- Opowiadanie: surfaceofthesun - Za zamkniętymi drzwiami bywało cieplej

Za zamkniętymi drzwiami bywało cieplej

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Za zamkniętymi drzwiami bywało cieplej

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

W takich miejscach łatwiej o ciszę i spokój.

 

Ludzie, zwierzęta, nawet drzewa – z grającym na ich liściach wiatrem – milkną, odzywając się rzadko. Zewsząd dobiegają zaledwie urwane westchnięcia, szelesty, czasem ulotne znaki pisane dymem opieszale sączącym się z wszechobecnych zniczy. Te ostatnie swój żywot – krótki niczym knot w ich wnętrznościach – spędzają samotnie, rosnąc w siłę jedynie w Dniu Wszystkich Świętych.

Wtedy, chodząc ciasnymi alejkami, bez trudu można przeczytać imiona i nazwiska tych wszystkich, którzy odeszli – nawet w głęboką noc zazdrośnie chowającą księżyc za fasadą chmur. Gdyby wznieść się w powietrze możnaby pomyśleć: „Zupełnie jak choinkowe lampki. Lampki powieszone na drzewku w smutnym domu, gdzie nikt już nie mieszka”.

Przez resztę roku cmentarze straszą tym okrutnym, beznadziejnym poczuciem samotności utkanym ze zgniłych kwiatów, potrzaskanych resztek zniczy i wszechobecnego, dziwnie przygnębiającego zapachu

(śmierci)

chłodnej ziemi.

 

Ale są tacy, którym ta c i e m n o ś ć i c i s z a nie przeszkadza. Witają ją z radością – dawno się nie widzieliśmy, stary druhu, tęskniłem, dobrze cię w końcu zobaczyć.

Do tej kategorii zaliczały się dwa Cienie odwiedzające groby późnym wieczorem. O tej godzinie normalni ludzie spędzają czas z rodziną: rozmawiają, kochają się, kłócą. I odchodzą.

Cień Jeden przychodził tu często, choć od niedawna. Jego strata była świeża – taka rana w pechowym miejscu, co to wystarczy lekki ruch ręki, by strup pękł uwalniając czarną, kleistą ropę.

Cień Jeden przychodził tu rozmawiać. Opowiadał o pracy, książkach, śmiał się. Czasem słuchał; uważnie, w skupieniu – przecież zmarli mówią poprzez wspomnienia cichsze od szeptu. A czasem po prostu siedział, bo niekiedy chodzi tylko o to, żeby ktoś był.

 

Cień Dwa to rozumiał.

Dlatego nie zdradzał swojej obecności i krył się w tym marmurowym lesie nagrobków, zamierając w bezruchu – kolejny posępny granitowy pomnik. Zdradzał go tylko oddech, za sprawą siarczyście zimowej temperatury przemieniany w parę, zaraz po opuszczeniu ust. A gdyby nocny stróż,współczesny strażnik królestwa zmarłych, przekładał obowiązki nad (wedle ustanawianych przez siebie przepisów równie obowiązkową) drzemkę i podczas obchodu promieniem latarki wyłowiłby z mroku twarz tajemniczego mężczyzny, to zdradziłoby go coś jeszcze. Poprzeczny, niemal namacalnie ostry błysk tuż poniżej nosa.

Bo od pewnego czasu Cień Dwa ciągle się uśmiechał. Coraz szerzej i szerzej, jakby nie mógł przestać, a przy tym nie obawiał się, że z tej radości kąciki ust pękną i odsłonią wszystkie równe, białe zęby twardo osadzone w rdzawoczerwonych dziąsłach.

Szczęście Cienia Dwa było równe szczęściu wybitnego reżysera, który po latach poszukiwań w końcu odnalazł tę jedną, jedyną gwiazdę godną zagrać wiodącą rolę w Najwybitniejszej Sztuce Wszechczasów.

Wykonał gwałtowny ruch rękami, niby odsłaniając kurtynę. Księżyc wychynął zza chmur, wiatr przywarł do ziemi, gotów zerwać się w każdej chwili.

Przedstawienie rozpoczynało się teraz, choć pierwszoplanowi aktorzy jeszcze nie mieli o tym pojęcia.

 

 

 

 

I

 

 

 

– A jeśli za dziesięć lat wciąż będę sama?

– Wtedy… Napiszę list i przyczepię go do tresowanego sokoła. I niech umrę, jeśli tym nie zdołam cię zdobyć! A jeśli za… piętnaście lat wciąż będę sam?

– Hmmm… To może odwrócimy role i to ja do ciebie przyjdę, i uklęknę wręczając pierścionek zaręczynowy? Maciek uśmiechnął się.

– Skoro i tak masz zamiar padać na kolana, to miałbym nieco lepszy pomysł, jak moglibyśmy to wykorzystać.

Natalia przez chwilę wpatrywała się w niego z szeroko otwartymi ustami, nagle parsknęła i zmarszczyła groźnie brwi. A potem rzuciła w ukochanego poduszką.

– Ty mała świnio! Ty mała świnio! – zaczęła krzyczeć, wyjątkowo kiepsko udając zdenerwowanie.

Mimo wszystko lubiła te żarty niebezpiecznie balansujące na granicy dowcipów czerstwych i tych zupełnie pozbawionych smaku.

Każdy ma wady, te nie są specjalnie dokuczliwe, powtarzała w myślach.

– No dobra… A jeśli za pół wieku wciąż będę sam? – zapytał.

– Kocham cię – odparła szybko.

Warga mu drgnęła, jakby chciał odpowiedzieć, ale słowa musiały gdzieś utknąć, nie pojawił się dźwięk – zamiast niego w pokoju zagościło napięcie.

– Co ty powiedziałaś?

– Kocham cię.

– Oszalałaś? – Wstał z łóżka, sięgnął po spodnie leżące na podłodze – wyblakłe teraz świadectwo spontanicznego, namiętnego seksu rozgrywającego się tu zaledwie przed chwilą.

– Co ty robisz?!

Jedną nogawkę miał już naciągniętą do połowy uda, druga luźno opadała na ziemię. Nie, wcale nie tak wyobrażała sobie tę chwilę.

– Jak to co robię? Chryste, kolejna… Mieliśmy jasny układ: spotykamy się, bawimy, czasem gdzieś pójdziemy… Ja pierdolę, „kocham cię”?! Czyś ty kompletnie ocipiała?!

Stała w miejscu, gdy trzasnęły drzwi. Stała w miejscu – naga, z udami spryskanymi zaschniętymi kropelkami spermy, z głową pełną skłębionych myśli, z wciąż suchymi oczami, do których jeszcze najwyraźniej nie docierała informacja: „ To już, to teraz łzom nie powinno być końca”.

 

Faceci po prostu tacy są, tłumaczyły jej koleżanki.

Potakiwała, choć w duchu miała nadzieję, że w końcu się zamkną, bo przecież ona doskonale wie, że faceci właśnie TACY są. Ale chyba mogła liczyć – po cichu, w kąciku – na trafienie szóstki, czy nawet marnej trójki – odrobiny zwyczajnie udanego, niechby nawet nudnego, związku.

Spotkała Maćka jeszcze parę razy na uczelni – wymienili zdawkowe „cześć”, a po dwóch tygodniach zdołali przejść do komfortowej fazy „Chyba się nie znamy, nie ma co zaszczycać się nawet spojrzeniem”.

Sylwestra Natalia obchodziła sama w swoim pokoju. Jeszcze niedawno pachniał seksem, był duszny seksem, a teraz – zupełnie jak nasze relacje, zażartowała gorzko – przypominał uschniętą roślinę; zima koszmarnie dawała się we znaki i buchające żarem kaloryfery skutecznie przepędzały spośród czterech ścian najmniejsze nawet zalążki orzeźwiającej wilgoci.

– Sama, sama, sama, sama – powtarzała Natalia przekładając książki z jednego kąta w drugi, przecierając kurze tą samą chusteczką, w którą jeszcze przed chwilą wydmuchiwała nos.

Nagle, niewiele myśląc, otworzyła okna na oścież, wzięła głęboki oddech i wciągnęła do płuc lodowato zimne powietrze. Chłód radośnie objął drżące ciało i wypowiedział wojnę duchocie panującej w mieszkaniu.

Zaczęła płakać. To moja wina, wmawiała sobie, moja wina. Przeze mnie odszedł tata, teraz Maciek – i tak dalej, i tak dalej. Dlatego jestem

(zawsze będę)

sama.

– Sama, jak to pieprzone ohydztwo! – krzyknęła oskarżycielsko do małej rękawiczki w krzykliwie pastelowych barwach sztywno tkwiącej na łysych, brunatno-szarych resztkach żywopłotu.

Ktoś musiał ją tam zgubić już dawno temu – lśniła barwnymi soplami, palce zesztywniały wyprostowane kojarząc się z żołnierzami oczekującymi surowej inspekcji generała. Nie zdziwiłaby się, gdyby stał tylko ten środkowy: „Los (niby ślepy, a nieludzko wręcz niesprawiedliwy) pewnie też mnie nienawidzi”.

I jeśli pomyśleć o wszystkim, co stało się potem – może naprawdę tak było.

 

 

 

 

II

 

 

 

 

Historia lubiła się powtarzać i tuż po opowieści o cudownych, szóstych urodzinach wnuczka, Babcia sięgnęła pod siebie i ruchem zaskakująco szybkim, jak na osobę w takim stanie, zaczęła rzucać w Tomasza gównem.

– Babciu… Przecież nie tolerujemy tutaj takiego zachowania – powiedział spokojnie, uchylił się przed kolejnym śmierdzącym, rzadkim pociskiem i zrobił krok w jej kierunku.

Nim zdążyła zareagować złapał staruszkę za nadgarstki i przytrzymał delikatnie, ale stanowczo.

– Nie. Tolerujemy. Takiego. Zachowania. Tak?

Oczy Babci – małe, zasnute kataraktami i ukryte już głęboko w jamach oczodołów otoczonych siatką zmarszczek głębokich niczym blizny – zwilgotniały.

– Kiedy przyjedzie Staś? – Spróbowała wyrwać rękę, bez powodzenia.

Pewnie znowu zaczęłaby ssać kciuk, pomyślał Tomasz.

– Wkrótce. No, Babciu, niech Babcia będzie grzeczna. Chyba nie chcemy, żeby Staś się denerwował, jak przyjedzie, prawda?

– M-m – mruknęła i pokręciła głową, przypominając skarcone dziecko.

Dziecko zbliżające się do dziewięćdziesiątki i z zaawansowanym Alzheimerem.

– No właśnie. – Tomasz mówił niskim, uspokajającym głosem. – Dlatego teraz przyjdzie siostra Joanna, da Babci obiad, później Babcię umyje, a potem przyjdzie Staś, tak? I będziemy bardzo, bardzo grzeczni.

– Tak, grzeczni – potwierdziła i uśmiechnęła się szeroko.

Poczerniałe resztki zębów nadały jej wygląd trupa właśnie wyjętego z grobu.

– Cieszę się. To ja teraz idę, zawołam siostrę i wpadnę wieczorem, może opowiem ładną historię, tak?

– Tak, historię. Chuj, kutas, kutas, chuj, kurwa, jebać kurwę – ochoczo potwierdziła Babcia.

– Długo już nie pociągnie – mruknął Tomasz, gdy przymykał drzwi.

Korytarzem akurat szła Joanna – gwizdnął i wskazał numer pokoju. Zasalutowała, mrugnęła do Tomasza i skręciła w prawo, do kuchni.

Tomasz zacisnął i rozprostował palce. Zdrętwiały z zimna, choć u Babci temperatura nie spadała poniżej dwudziestu trzech stopni. Przypuszczał, że w końcu do tego dojdzie, tylko dlaczego to musi dziać się tak szybko?! Musiał się spieszyć. Musiał kogoś znaleźć prędko, teraz, już.

Cisnęło mu się na usta: „Bóg jeden wie ile czasu mi jeszcze zostało”, ale przecież od początku wiedział – Bóg nie ma z tym całym koszmarem absolutnie nic wspólnego.

 

 

 

 

III

 

 

 

Czasem hobby, czy zwyczajne ot-takie-zajęcie-aby-zapomnieć stają się zachłanne i zazdrosne, domagając się od właściciela poświęcania im całkowitej, niepodzielnej uwagi. I czasem zbyt ciężko im odmówić, toteż hobby łapczywie połyka kolejne godziny, z czasem nabierając apetytu na dni, w końcu tygodnie. A potem zamienia się w obsesję i pożera właściciela – kawałek po kawałku aż zostanie tylko skóra, pusta skorupa.

Natalia była – tak na oko – w połowie drogi.

Rzecz jasna nigdy by się nie przyznała, że chęć odnalezienia chłopczyka, który zgubił rękawiczkę (nie wiedziała dlaczego właśnie chłopczyk – wierzyła w niego, takiego sobie wymyśliła i wystarczy) zaczęła przeobrażać się w coś niebezpiecznego. Na uczelni pojawiała się rzadko, jeśli w ogóle. Jadła mało, mówiła jeszcze mniej i dziękowała Bogu, iż wyprowadziła się z domu te pół roku temu, bo chyba nie wytrzymałaby współczującego spojrzenia smutnych, ciągle załzawionych oczu matki – intensywne błękitne tęczówki zdawały się rozpływać w coraz bledszych, smutno-niebieskich barwach, tak jakby odejście ojca zabiło w nich lazurową wesołość.

Dni Natalii dzieliły się zatem na dwa, bardzo podobne do siebie, okresy – czuwania od rana do wieczora, i od wieczora aż do niechcianego snu. I nawet nie zorientowała się, kiedy przestała rozmawiać z innymi, a zaczęła z samą sobą.

– Przecież to niemożliwe zostawić taką ładną rękawiczkę. Taką ładną! Droga na pewno, nie żal znowu wydać sporo pieniędzy? Taka strata, taka strata…

 

Wkrótce Natalia nabrała dziwacznego zwyczaju krążenia wokół przystanku autobusowego sąsiadującego z żywopłotem, na którym zakwitł kwiat z włóczki. Zawsze ubrana w czarny płaszcz, zawsze mamrocząca coś pod nosem, szybko stała się obiektem żartów i drwin okolicznych smarkaczy: "Spójrzcie, to znowu Wielki Ptak z ulicy Wiązów", "Patrzcie, śmierć zostawiła gdzieś kosę", "Patrzcie, patrzcie…". I nic dziwnego, ludziom zawsze łatwiej idzie wytykanie palcami niż wyciągnięcie pomocnej ręki. Tak więc Natalia powoli osuwała się w otchłań o podstępnie gładkich ścianach i wydawało się, że szaleństwo już czeka na nią na samym dole, szczerząc kły i zacierając z zadowolenia karykaturalnie powykręcane łapy.

 

W pierwszy wtorek stycznia Natalia obudziła się wyjątkowo wcześnie. Przyrządziła skromne śniadanie, poszła do łazienki – przez chwilę zastanawiała się, czy warto umyć włosy, ale przecież nie spodziewała się żadnych gości, zatem tylko zmoczyła zmęczoną, wychudzoną twarz, by szybko wrócić na swoje stanowisko – taboret przy oknie w kuchni, z doskonałym widokiem na rękawiczkę.

I chłopca. Chłopca stojącego samotnie na przystanku, rozglądającego się nerwowo na boki. Kogoś szukał, może coś zgubił? Na przykład ulubioną rękawiczkę, i tak, to musiał być on!

To musiał być on!

Drzwi, klatka schodowa – Natalia zapomniała o butach; mróz teraz się nie liczył, ba, nie istniał w ogóle, bo przecież pojawił się

(ratunek)

chłopiec.

– Wiem, czego szukasz – oznajmi mu wesoło.

– Znalazła ją pani? Naprawdę ją pani znalazła?! – odpowie.

– No pewnie! – wykrzyknie.

Przytulą się.

Teraz wszystko się zmieni, myślała i w pewnym sensie miała rację. Gdyby nie chłopiec – nigdy nie poznałaby Piotra, ten pewnie nigdy nie zaprzyjaźniłby się z Tomaszem. I może tak byłoby lepiej, ale to już nieważne, bo przeznaczenie zaczęło układać nową drogę w momencie, kiedy bose stopy Natalii ślizgały się po oblodzonej nawierzchni jezdni.

 

 

 

 

IV

 

 

 

Jeśli szaleństwo rozbija swój pysk na czymś tak prozaicznym, jak przystankowa wiata (chłopiec-zbawca okazuje się zupełnie innym chłopcem), to niechybnie znak – pewne rzeczy powinny się skończyć, a okręt osobistego mikro-świata powinien wrócić na spokojniejsze wody.

Piotr stanął tuż koło Natalii i przyjrzał się jej uważnie.

– Ma pani bardzo ładną buzię, więc całościowy makijaż nie zajmie nam dużo czasu. Delikatne rysy twarzy, ładnie zarysowane kości policzkowe. Proponowałbym coś subtelnego. Oczywiście pani słowo jest najważniejsze.

– Nie, nie, to pan tu jest ekspertem. U kosmetyczki byłam może… Czy ja wiem, z dwa, z trzy razy w życiu, a ostatnio już w ogóle nie miałam do takich rzeczy głowy.

– Rozumiem… – odparł – Ok, nie traćmy czasu, proszę pani…

– Dajmy spokój tym formalnościom, co? Jestem Natalia.

– Piotr – odpowiedział i zaskakując samego siebie, jeszcze bardziej Natalię – pocałował ją w dłoń.

Co ty wyprawiasz, idioto, pomyślał natychmiast.

– Dobrze… To co, zaczynamy?

– Już nie mogę się doczekać – odpowiedziała, a uśmiech czający się w głosie, zdradzał, że nietypowy, staroświecki gest Piotra nie okazał się aż takim niewypałem.

 

Zapadła cisza.

Nadszedł czas Piotra – jego ruchy: pewne, szybkie, dokładne przypominały chirurga przy stole operacyjnym. Podczas pracy przenosił się do jakiegoś innego wymiaru rzeczywistości – pomieszczenie pogrążało się w bieli, pozostawał on i osoba, którą malował, której układał fryzurę. W tej chwili było dla niego coś magicznego i – przy zachowaniu odpowiednich proporcji – coś z zabawy w Boga. Na dobrą sprawę spod rąk Piotra wychodził nowy człowiek – mityczna glina Stwórcy okazywała się zupełnie zbędna.

– Skończyłem – oznajmił i przysunął lusterko, by mogła się obejrzeć – Co sądzisz?

– Brak mi słów, naprawdę…

– Przepraszam… Nigdy czegoś takiego nie robiłem… i zwariuję, jeśli przynajmniej nie spróbuję…

– Wiem…Zrób to – pomyślała, a on usłyszał.

I Piotr pochylił się nad Natalią, położył dłonie na policzkach, zbliżył usta, a następnie pocałował. Namiętnie, z pasją, ale zachowywał ostrożność. Przecież lewa strona twarzy dziewczyny… Przecież zaledwie parę godzin temu wyglądała zupełnie inaczej.

Przecież właściwie jej nie było, bo gdy Natalia wbiegła na jezdnię nie zwróciła uwagi na rozpędzony samochód – samochód jeszcze na letnich oponach, kierowca nie miał szans by wyhamować. Właściwie jej nie było, bo ręka Natalii zablokowała się pod podwoziem i samochód ciągnął dziewczynę po lodzie, asfalcie, kamieniach – skóra między żuchwą, a czołem spowiła drogę niczym krwisty całun, powieki zamieniły się w strzępy.

Natalia cały czas krzyczała, potem auto uderzyło w przystanek i Natalia przestała krzyczeć, a zaczęli stojący wokół ludzie. Nie mogła już wyć – potylica pękła na pół i mózg powoli wypływał z czaszki. Matka zasłoniła chłopcu – niedoszłemu zbawcy – oczy, ale zdążył zobaczyć wszystko. Natalia śniła mu się tej nocy. W tym koszmarze nagle otworzyła oczy i zaczęła się śmiać, a mózg wypływał znacznie szybciej.

– Może na to za wcześnie… Chyba cię kocham – pomyślał Piotr.

– Ja ciebie też – pomyślała Natalia.

 

Następnego dnia zwłoki Natalii spoczęły w trumnie, ta pod kilkoma metrami zmrożonej ziemi. Gdy zasypywano grób, na drewno spadały zesztywniałe z zimna robaki. Wyglądały na martwe, ale Piotr wiedział, że już wkrótce zaczną się wić i to one, nie on, będą składały

(pełne śluzu)

pocałunki na ustach Natalii.

 

 

 

 

V

 

 

 

– Przykro mi z powodu pańskiej straty.

– Dziękuję.

– Proszę się o nic nie martwić, pracuje u nas prawdziwy… Określenie „arcymistrz” nie jeg w jego przypadku przesadą.

– Czyli trumna będzie mogła być otwarta?

– Jak najbardziej. Piotr już nie raz dokonywał cudów. O, zresztą to on, we własnej osobie. Proszę pytać, ja pójdę po katalogi z trumnami.

Tomasz wstał zanim Piotr zdążył zaprotestować i uścisnął mu rękę – dłoń miał lodowatą, pewnie z powodu temperatury panującej na zewnątrz.

Usiedli naprzeciwko siebie.

– Szef bardzo pana chwali – rozpoczął Tomasz.

– Na pewno przesadza – Uśmiech.

– Długo jest pan już tana…

– Tanatopraktorem – dokończył za niego Piotr – Będzie już parę dobrych lat.

Tomasz pokiwał głową, potarł brodę, spojrzał w podłogę i znów na Piotra.

– Nie boi się pan?

– Czego?

– No wie pan… Dla mnie, laika, to trochę przerażające… Tak cały dzień….

– Nie.. To tacy sami ludzie jak my. Po prostu już nie oddychają, ot i cała różnica. Poza tym zmarli są nawet lepsi od żywych. Oni nie mogą nas skrzywdzić, duchów nie ma, proszę pana.

– Nie rozmawiają z panem?

– Nigdy – skłamał.

Nie miał wątpliwości, co do rozmów z trupami – są wytworami

(samotności)

wyobraźni, ale każdy miał swoje skrzywienie; Piotr lubił myśleć, że mimo wszystko łączy go ze zmarłymi tajemnicza więź, która sprawia, iż w swoim fachu był kimś naprawdę wyjątkowym.

– Rozumiem. A później?

– Później?

– Po śmierci. Jest coś?

– Nie wiem. Wierzę, że nie ma jednej śmierci, że każdy z nas ma takiego stróża, który idzie z nami przez całe życie, a kiedy przychodzi moment, ten moment… Wtedy nas zabiera. I on, ta śmierć, umiera z nami. Więc myślę, że śmierci jest wiele, ale, czy coś jest później? Nie wiem. Nie mam pojęcia.

Tomasz nagle wstał.

– Dziękuję. Panie Piotrze, miałbym dla pana propozycję – Sięgnął do portfela, wyciągnął z niego coś małego i rzucił na stół. – To moja wizytówka. Jest telefon, jest i adres. Niech pan do mnie wpadnie. Jutro. Koło południa?

Piotr nie zdążył odpowiedzieć, Tomasz już ruszył do drzwi.

Zatrzymał się jeszcze na progu, odwrócił.

– Może i ma pan rację z tymi… Śmierciami, ale powinien pan uwierzyć w piekło. Ono istnieje, panie Piotrze. I jest lodowato zimne.

Piotr wciąż siedział. Patrzył.

Patrzył na klamkę, z której unosiła się para, zupełnie, jak z puszki napoju wyjętego wprost z zamrażarki.

 

 

 

 

VI

 

 

 

Promienie słońca bezskutecznie walczyły ze szronem, próbując wedrzeć się do środka autobusu i napełnić wnętrze chociaż odrobiną ciepła. Ogrzewanie nie działało – kierowca najpewniej uznał, że nie warto go uruchamiać dla jednego pasażera.

Piotr to składał, to rozkładał wizytówkę Tomasza– wizytówkę bardzo enigmatyczną: bez żadnej wskazówki, czym może się zajmować.

– Może to jakiś elitarny zakład pogrzebowy? – pomyślał Piotr.

– Może – pomyślała Natalia i objęła go wokół szyi swoimi niewidzialnymi rękami pozbawionymi kości, żył, duszy.

Została przy nim dłużej niż inni.

Zazwyczaj "duchy" zmarłych przestawały nawiedzać Piotra, gdy tylko trumny znikały w grobach. Z Natalią było inaczej, w końcu ją kochał. Lubił zasypiać z chybotliwym widmem krążącym wokół łóżka – niemy strażnik snów. Ale bujna wyobraźnia okazywała się w równym stopniu darem, co przekleństwem. Wiedza Piotra na temat rozkładu toczącego martwe organizmy sprawiała, iż nawet ta osobista Natalia, nie mająca nic wspólnego z tą z trumny – gniła. Pojawiały się pierwsze zasinienia. Pod żebrami wykwitła zielona plama – to jelito grube, od niego się zaczyna. Wkrótce z jej naturalnych otworów ciała zacznie sączyć się ciemnoczerwony płyn. A potem skóra zacznie pękać i będzie ciekł już zewsząd. Z jaj złożonych we wnętrznościach wyklują się larwy, dołączą do nich chrząszcze, jeszcze później roztocza – zatańczą mikroskopijny, bezlitosny danse macabre. Mało trzeba, by obrócić nas w proch.

 

Autobus zatrzymał się z piskiem hamulców – koła jeszcze poślizgały się po lodzie (podobnie do kół samochodu, który zabił Natalię), a kierowca głośno odetchnął, kiedy udało mu się stanąć niemalże przy samym przystanku.

Piotr wysiadł i rozejrzał się. Od pętli autobusowej odchodziła zaledwie jedna droga. Z obu stron wznosiły się potężne wille, latem najpewniej skryte za bujnymi zielonymi koronami, ale teraz łyse gałęzie – uginające się boleśnie pod ciężarem szpiczastych kłów sopli – odsłaniały surowe, pozbawione zbędnych ozdobników budynki, podobnie do odartych ze skóry i mięśni żeber odsłaniających serce.

Na ulicach nie stały żadne samochody, w oknach domów Piotr nie dostrzegał żadnego ruchu, żadnych oznak życia. Wzdrygnął się – cmentarzysko ogromnych, jednolicie szarych domostw wywierało przytłaczające wrażenie; wkroczył do zakazanego królestwa niewidzialnych potworów żywcem wyjętych z zapomnianych, przerażających baśni absolutnie nie dla dzieci.

Może ktoś właśnie mnie minął, pomyślał Piotr, może ktoś idzie za mną – i na tę myśl odwrócił się szybko, przekonany, iż chociaż kątem oka dostrzeże ruch, kogoś, kto spróbuje się schować za jedną z zasp. Ale nie. Otaczała go jedynie biała cisza i świeży śnieg, którego delikatną fakturę zmiażdżył ciężkimi zimowymi butami.

– Może nie żyję – wymamrotał, obawiając się wydać głośniejszy dźwięk, obawiając się zaalarmować coś ukrytego między murami.

I nagle cisza się zmieniła.

– To jest pojebane! Pojebane gówno i nigdy więcej nie każ mi tu przyjeżdżać – wydzierał się mężczyzna maszerujący środkiem ulicy.

Za nim biegła drobna kobieta – w rozpiętym płaszczu, z żałośnie przekrzywioną czapką.

– Kochanie, proszę cię, błagam! Błagam!

Mężczyzna zatrzymał się.

W jego ruchu było tyle agresji, że Piotr odruchowo cofnął się o krok.

– Nie! Nigdy, nigdy więcej! To… To pierdolone oszustwo! To chore! Nigdy więcej, rozumiesz? Nigdy.

Bez ostrzeżenia rozpadał się śnieg – wydawało się, jakby ktoś opróżnił cały zapas naraz – zaryczał wiatr i mężczyzna z kobieta zniknęli w zaskakującej zamieci, zupełnie – stopili się z bielą. Głosy ucichły.

Koło Piotra zaskrzypiała furtka. W nietypowym miejscu, zaraz przy klamce, widniał numer willi. Czterdzieści dwa. To tu.

Dom – czy też Bóg wie co – należący do Tomasza.

– Pięknie się zaczyna – pomyślał Piotr.

– Nie bądź takim pesymistą, kochanie – pomyślała Natalia i mrugnęła zalotnie.

Odwrócił wzrok od robaków – cienkich niczym nitka – wściekle wijących się w prawym oku. Krwawiło – krople rozpływały się w powietrzu nim zdołały zbrukać ziemię ciemną czerwienią.

 

W środku panowało przyjemnie rozleniwiające ciepło.

Sufit – na co zupełnie nie wskazywał rozmiar domu – znajdował się bardzo nisko i Piotr zastanawiał się, czy gdyby podskoczył, to zdołałby sięgnąć go ręką. Panował tutaj ten sam rodzaj ciszy, który sprawia, że w kościele mówi się szeptem.

– Pan Piotr?

Głos rozległ się za nim.

Obejrzał się i odetchnął z ulgą. Spodziewał się ponurej postaci, a pielęgniarka – tak przypuszczał, na to wskazywał jej strój – co prawda nie uśmiechała się, ale nie przypominała też dwumetrowego ponurego gnoma.

– Tak, zgadza się. Jestem…

– Umówiony z Tomaszem. Tak, wiem. Trzecie drzwi na prawo, na pewno pan trafi.

Oddaliła się szybko, bez pożegnania.

 

Tomasz już na niego czekał.

– No, dotarł pan! I co, jak się podoba? Spokojnie tu u nas, co?

– Spokojnie – powtórzył Piotr, wciąż jeszcze lekko oszołomiony.

Fotel, na którym usadził go Tomasz był wygodny i miękki, lecz nienaturalnie niski, przez co Piotr spoglądał na swojego gospodarza z dołu – wydawało się to zabiegiem perfidnie zaplanowanym.

– Przejdę do rzeczy – niemal krzyknął Tomasz i dla podkreślenia słów popukał w stół dłonią ubraną w rękawiczkę. Puknięcie zabrzmiało głucho. – Potrzebuję pana i jestem skłonny zapłacić okrągłą sumkę, jeśli zacznie pan dla mnie pracować.

– Ale…

– Tak, wiem, pieniądze. Nie lubię o nich rozmawiać! – Otworzył szufladę, wyciągnął z niej długopis i kawałek papieru – napisał coś na nim i przesunął w stronę Piotra. – Proponowałbym taką sumę. Co miesiąc. Umowa… Jak pan woli – etat, dzieło, cokolwiek. To co?

Piotrowi zrobiło się gorąco.

Suma – cóż, nie był w stanie policzyć o ile dokładnie przebija skromną pensję w domu pogrzebowym. W sumie nie powinien się wahać…

– Co ja właściwie miałbym dla pana robić, panie Tomaszu?

– Świetne pytanie! Naprawdę świetne pytanie – odparł Tomasz, zupełnie nie zbity z tropu – Tutaj… Pomagamy ludziom. Ktoś mógłby powiedzieć, że pomagamy im się żegnać, mówić „do widzenia”, ale to nie do końca to. Pomagamy im radzić sobie z tęsknotą, rozumie pan? Piotrze, może przejdziemy na ty? Super. Z czym kojarzy ci się tęsknota?

– Ze smutkiem?

– A smutek?

– Z… Z beznadzieją?

– Też. Ale mnie kojarzy się ze łzami. To miejsce, gdzie ludzie często płaczą, Piotrze. Płaczą, bo ich bliscy już nie są sobą. Ci… Ci którzy tu leżą, oni umierają. Właściwie one, mamy tu same kobiety… Są bliżej niż dalej, są chore, czasem zupełnie nieprzytomne. Wyglądają strasznie, to żywe trupy, Piotrze.

– Powoli… Czyli to coś w rodzaju hospicjum?

– Tak… Coś w rodzaju hospicjum…

– I pan chce, żebym malował te kobiety, które tu są?

– Tak! Sprawmy im trochę przyjemności! Nie chodzi mi o makijaż na sylwestra. Widziałem, co potrafisz. Twoi zmarli wyglądają na żywych, ba, wyglądają lepiej od niejednego żałobnika! Ja proszę tylko, żebyś w żywych tchnął trochę szczęścia. Niech ci wszyscy ludzie poczują, że jest jak dawniej, ok? Kiedy było jeszcze normalnie. To co?

– Byłbym idiotą, gdybym odmówił.

Podali sobie ręce, starszy mężczyzna o szczupłych dłoniach ukrytych w grubych rękawiczkach i wciąż jeszcze chłopiec o sercu ukrytym w dłoniach martwej dziewczyny.

 

 

 

 

VII

 

 

 

 

Zima wcale nie miała zamiaru odchodzić.

Zdawała się buntować przeciwko coraz bardziej niecierpliwej wiośnie i choć wybiła już połowa marca, to wciąż zaciekle się broniła – uderzając to lodowatym wiatrem, to gradem, czy nieprzyjemnym śniegiem przemieszanym z deszczem.

Odchodziła za to Natalia.

Znajdowała się już w zaawansowanym stanie rozkładu, nie mówiła, a spomiędzy warg wypełzały chrząszcze –wędrowały potem wzdłuż dłoni Piotra, lecz znikały za każdym razem, gdy chciał się ich pozbyć. Poza tym radził sobie nie najgorzej – zdołał już przyzwyczaić się do niezwykłych klientek, z paroma niemal zaprzyjaźnił. Natalia często obserwowała te poczynania z kąta pokoju i pewnie nawet puściłaby mu oko

(jak świetnie ci to idzie, kochanie)

, ale zrekonstruowane powieki zwisały teraz bezwładnie, na powrót w strzępach, pełne małych dziurek po tych maleńkich, wykluwających się larwach.

– Nie odchodź – prosił.

– Nawet zmarli muszą w końcu odejść – odpowiadała smutno.

Żeby ją zatrzymać Piotr potrzebował cudu.

 

 

Cud zdarzył się na początku kwietnia.

Gdy tylko przyszedł do pracy Joanna powiadomiła go, że Tomasz chce z nim pilnie porozmawiać.

Tylko Tomasz gdzieś przepadł. Chyba pierwszy raz jego biuro stało puste,a tuż obok półek z książkami otwarte były drzwi, których Piotr nigdy wcześniej nie widział

– Tomasz?

Cisza.

I cisza trwała, kiedy Piotr zbliżał się w ich kierunku, bo gruby dywan – chyba nawet grubszy niż wszystkie inne w willi – pochłaniał dźwięki wyjątkowo zachłannie. Kiedy już stanął w progu – ta cisza chwyciła mocno dłoń śliską dłoń ciemności.

Nigdzie nie mógł znaleźć kontaktu, ale coś ciągnęło Piotra ku środkowi. Powoli, ostrożnie, krok za krokiem, z rękami wyciągniętymi przed siebie pokonywał kolejne centymetry. Pokój wydawał się pusty. I zimny. Piotra raz po raz przechodziły dreszcze, przecież szedł już tak długo – może przedostałem się do Narnii, spróbował bezskutecznie rozśmieszyć sam siebie. I nagle, zupełnie niespodziewanie, dwie rzeczy – niczym w dokładnie zaplanowanej reakcji chemicznej – zdarzyły się jedna po drugiej.

Dłonie Piotra dotknęły czegoś najpewniej metalowego, o obłych kształtach i bardzo chłodnego. A chwilę później rozległ się głos.

– Widziałem cię, wiesz?

Piotr obrócił się.

W prostokącie światła – dziwnie małym – rysowanym przez framugę otwartych drzwi stał Tomasz. Chyba się uśmiechał. A potem wykonał szybki ruch i w pokoju – leniwie, powoli – z okrągłych lamp wbudowanych w sufit, wypełzło ciemne, miękkie światło.

Piotr cofnął rękę, bo przez chwilę wydawało mu się, że pośrodku pokoju stoi trumna. Ale nie, mylił się. To coś, całe czarne, rzeczywiście przypominało trumnę – przynajmniej na pierwszy rzut oka. Na drugi okazywało się sporych rozmiarów kapsułą. Piotr nie dostrzegał żadnej szczeliny, która mogłaby służyć za podpowiedź, gdzie ową kapsułę – tak, to chyba dobre słowo – możnaby otworzyć.

– Widziałeś? Co to… Co?

– Nigdy nie zapytałeś, czy to był przypadek, że przyszedłem akurat do waszego zakładu i znalazłem akurat ciebie. Wiedziałem już wcześniej, kim jesteś, Piotrze.

– Kim jestem? Chyba przestaję rozumieć… Cokolwiek.

– Widzisz… – Tomasz krążył teraz przy kapsule, delikatnie, z czułością gładząc jej powierzchnię – Jestem człowiekiem, którego można spotkać w różnych dziwnych miejscach. Na przykład często bywam na cmentarzu. I wiesz kogo tam często widywałem?

Tomasz uśmiechnął się, kiedy Piotr bezgłośnie wypowiedział swoje imię.

– Dokładnie tak. Widziałem młodego człowieka, który lubi siedzieć przy świeżym grobie, i który zachowuje się trochę… Ha, trochę! Całkiem inaczej niż wszyscy. Śmieje się, opowiada coś z entuzjazmem, gestykuluje. A zaraz potem pogrąża się w ciszy. Na długo, bardzo długo. Jak ona się nazywała? Natalia, prawda?

– Czego ty właściwie chcesz? – Piotr w końcu odzyskał głos – Bo nie za bardzo wiem, czego się spodziewać.

– Często o niej myślisz, prawda? Może nawet sobie ją wyobrażasz, że stoi tuż koło ciebie, że możesz z nią porozmawiać. Że wasza historia toczy się dalej, że nie skończyła się głupio, bez sensu. Równocześnie wiesz, że już nic na to nie poradzisz. Koniec. Nasza Śmierć umiera z nami, sam to powiedziałeś, pamiętasz?

– Tak, ale… Nie rozumiem, dlaczego mnie śledziłeś?

– Nie śledziłem. Ludzie… Ludzie tacy, jak my, żyjący smutkiem przyciągają się wzajemnie, wiesz? Wcześniej,czy później byśmy na siebie trafili, na szczęście stało się to teraz, bo… Czas mi się powoli kończy. I dlatego potrzebuję ciebie, Piotrze.

– Nic nie rozumiem. Nic. I co jest w… – Zawahał się – W tej kapsule?

– Rozwiązanie, Piotrze. Rozwiązanie.

 

Wieko kapsuły okazało się wiernym dzieckiem domu – uchyliło się bezgłośnie.

Piotrowi wydawało się, że wnętrze wypełnione jest smołą, później – że tylko mrokiem, który w przerażający sposób nabrał realnych kształtów, stał się cieczą, a w nim skondensowało się zło. Potem Piotr włożył w ten mrok rękę, cofnął, bo ciecz była zimna, a później dojrzał, co chciał pokazać mu Tomasz.

 

Jeszcze tego nie rozumiał, ale gdzieś bardzo głęboko, obudziła się w nim dziwna nadzieja: oto Natalia o sercu i twarzy z prochu, Natalia martwa od tylu miesięcy – może powróci.

 

 

VIII

 

 

 

 

Nawet najzdolniejsi ludzi potrzebują nauczycieli, przewodników.

Bez nich skazani są na tułaczkę przypominającą błąkanie się po ciemnych tunelach podziemnych jaskiń. I czasem zostają tam na tak długo, że ich talent, ich iskra przepada, bo żaden płomień nie może palić się wiecznie.

 

Tomasz został mentorem Piotra. To, co pokazał mu wtedy, w tamtym ciemnym pokoju z kapsułą wypełnioną mrokiem i czymś jeszcze zmieniło Piotra – zmieniło na zawsze.

Wcześniej ledwie nadawał śmierci nikłe i ulotne pozory życia – teraz te pozory miały przemienić się w moc.

– Nie będzie łatwo – oznajmił Tomasz.

– Nigdy nie jest. Wcale na to nie liczę.

– Boisz się?

– Już się chyba kiedyś o to pytałeś?

– Masz rację. To co, gotów?

– Bardziej nie będę.

Piotr wziął głęboki oddech, zamknął oczy i ostrożnie wszedł do kapsuły. Wieko zamknęło się i przeszyły go dreszcze – trochę ze strachu

(czy aby tak nie jest w trumnie?)

,a trochę dlatego, że przecież nie leżał tu sam. Czuł się, jak intruz, ale to minie. Na pewno minie, obiecywał Tomasz.

I Piotr przestał myśleć o strachu, a zaczął wsłuchiwać się w siebie.

– To co, gotów? – Bardziej nie będę.

 

Początki – jak zawsze – były ciężkie, okupione niezliczoną ilością porażek. Tomasz ograniczał się do podawania wskazówek – sam czuł się coraz gorzej. Cały czas trząsł się, nie zdejmował kożucha, ręce chował w trzech parach grubych rękawiczek, nie wspominając o całej armii termoforów, które co godzinę przynosiła mu Joanna.

Mimo to, wszystko wydawało się iść w dobrym kierunku, a Piotr wierzył, że już teraz, już wkrótce, nastąpi przełom.

Miał rację.

 

 

 

 

IX

 

 

 

 

Cisza się zmieniła.

Z dobrze znanej – przyjemnie chłodnej i obojętnej – przepoczwarzyła w duszną i ponuro wyczekującą. I wilgotną.

Drzwi do willi przywitały Piotra lekko uchylone, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło. Przymknął je szybko, chcąc przywrócić normalność, rutynę, którą dobrze znał i która mu odpowiadała. Ale na to było za późno.

Odgłos kroków już nie zamierał w grubym dywanie – buty kleiły się do niego i odrywały z niemiłym dla ucha mlaśnięciem, jakby ktoś złośliwy celowo rozlał tam kisiel – kisiel śmierdzący solą i czymś bardzo kwaśnym.

– O co chodzi? – pomyślał Piotr.

A tą miała okazać się Joanna.

Siedziała przed swoim biurkiem z nogami bezwstydnie rozłożonymi na boki, jedną ręką luźno leżącą na kroczu i drugą opadającą wzdłuż ciała. Uśmiechała się szeroko – albo może przypominała bardzo, bardzo zdziwioną Cios, strzał roztrzaskał szczękę i ta wisiała nieco krzywo, drugi (cios, strzał?) trafił prosto w lewe oko, z którego ziała teraz bardzo oszczędna w swej brutalności, czarna jama – ot trochę krwi, kości, małe wybrzuszenie w okolicach czoła, choć gdyby nie ta oszczędna w swej brutalności, czarna jama, to Joanna wyglądałaby, jakby przewróciła się na rowerze i nabiła sobie niewielkiego guza. No ale przecież pozostawała też ta szczęka– czy ona aby zaraz się nie urwie? O Boże, nie, błagam, nie.

 

Co zatem zrobić? Co robić, co tu się stało?

Piotr poczuł nagłą słabość w nogach, a potem przestał je czuć w ogóle – lewitował w tym śnie, strasznym śnie, strasznie prawdziwym śnie. Kap, kap, kap – z nosa Joanny zaczęła płynąć krew i krople padały na fartuch dokładnie między jej nogami, kojarząc się z niespodziewaną menstruacją. Nie, nie, nie, myślał Piotr, a bezradność przytuliła się bardzo mocno, aż trzeszczały żebra i ciężko się oddychało; świszcząco, prawie śmiesznie.

Prawie.

 

A potem uderzył grom i pomknął dudniącym echem po korytarzach. A za nim ruszył krzyk, przeszedł w wycie i utonął w cichym skomleniu kundelka, któremu łobuzy połamały łapki. A w jego kierunku udał się Piotr; wcale nie chciał, lecz nogi nie należały do niego, tylko do tego strasznie prawdziwego snu, a sny rządzą się swoimi prawami.

 

Po porządku w biurze Tomasza nie było śladu. Oba fotele ktoś przewrócił, biurko przypominało wioskę po przejściu tajfunu. Otwarte okna straszyły potrzaskanym szkłem i smętnie bujały się we framugach. Przypominały szczękę Joanny.

Pośrodku tego wszystkiego leżał Tomasz– próbował oprzeć się o oparcie jednego z foteli, ale wciąż osuwał się w dół – dziecko przy pierwszej, pokracznej próbie chodzenia. A przy nim, tuż przy stopach, leżał człowiek – zwinięty w kłębek, drżał i jęczał, rękoma to sięgał twarzy, to rozkładał je na boki, machając, jak ktoś komu wmówiono, że w taki sposób może pozbyć się złych emocji. Albo jak ktoś, kto wciąż wierzy, że do latania wystarczą szczęśliwe myśli.

– Niezły… niezły burdel, co? – wychrypiał Tomasz i spróbował się uśmiechnąć.

W szczelinach pomiędzy zębami tworzyły mu się małe baloniki z krwi i śliny.

Pękały z cichym „pop”. Na miejsce jednego martwego pojawiały się trzy kolejne. Tomasz przypominał teraz, dziwaczną hybrydę złożoną z krwi, materiału i ciała – sklejoną niedbale, niecierpliwie.

No i pomiędzy jego nogami wciąż wił się ten dorosły płód. W końcu Piotr ten płód rozpoznał, bo i niewiele się zmienił od czasu ich ostatniego spotkania.

– To jest pojebane! Pojebane gówno i nigdy więcej nie każ mi tu przyjeżdżać – wydzierał się Mężczyzna, który maszerował teraz środkiem ulicy.

A jednak przyjechał. Przyjechał, bo nie mógł wytrzymać tego, co zrobił, nie mógł tolerować tego, co się tu działo. Nieważne dlaczego, nieważne po co. Wciąż TO robił. I Mężczyzna przyjechał położyć temu kres.

(Niewiele się zmienił od czasu ich ostatniego spotkania)

chyba, że coś zmieniło się w jego duszy, ale tego Piotr nie miał się dowiedzieć, bo szaleństwo, cierpienie i beznadzieję najłatwiej wyczytać z oczu, a Mężczyzna

(jednak przyjechał)

już ich nie miał.

Chyba wyczuł obecność Piotra. Odwrócił się i zaczął krzyczeć:

– Zobacz, co on mi zrobił, zobacz co on mi zrobił, z o b a c z! – Z dłoni posypało mu się coś przypominające pokruszone bombki.

Mężczyzna nie miał oczu – wokół nich skóra była mocno zaczerwieniona i wyglądała, jakby się łuszczyła. Rzut oka na ręce Tomasza

(drżące, z parą unoszącą się wokół nich)

i Piotr już wiedział, co się stało. A człowiek, który zabił Joannę, wciąż wył.

– Z o b a c z, z o b a c z!

I ucichł – Tomasz przechylił się w jego kierunku i objął czaszkę. Włosy błyskawicznie zaszkliły się szronem, za uszami skóra zaczęła pękać. Nie żył. Tomasz z powrotem opadł na przewrócony fotel i łypnął spode łba na Piotra.

– Spal wszystko – wychrypiał.

– Co… Co?! A ludzie, wezwiemy karetkę, przecież on nas napadł, zrozumieją.

– Niiii… Nic nie zrozumieją. Nie wytłumaczysz im tego. Ale to, to czego cię nauczyłem, to musi trwać, rozumiesz? Zbliż się.

Piotr pochylił się ku niemu.

– Ostrożnie, uuuu… Uważaj na dłonie – ostrzegł, chociaż te leżały na podłodze; siły opuściły go całkiem.

Tomasz wyszeptał mu do ucha ostatni sekret.

– Rozumiesz?

– Rozumiem…

– A zatem ruszaj, już, teraz. I kiedy będziesz gotowy… Odnajdź nas. Odnajdź.

Bladobłękitne oczy zasnuły się bielmem i oto w pokoju został już tylko Piotr – towarzystwa dotrzymywały mu z dwa trupy i rozpacz rozdzierającą serce.

 

Strażacy mówili później, że był bardzo dzielny i wiele ryzykował próbując ocalić te wszystkie niepełnosprawne kobiety – i tak nie miały szans. Policjant przyniósł mu kakao i koc, poklepał po ramieniu, nazwał przyjacielem i chyba nawet coś wspomniał o jakimś medalu.

Pożar opanowano dopiero następnego dnia.

Zdążył unicestwić wszystko.

 

 

 

 

X

 

 

 

 

Styczeń 2013 roku bardzo przypominał ten zeszłoroczny.

Dla czterdziestoparoletniej, mieszkającej samotnie kobiety nie przyniósł póki co zbyt wiele szczęścia – ból, który prześladował ją już od ponad roku zdawał się w końcu słabnąć. Wątpiła, żeby całkiem odpuścił, ale może wkrótce znajdzie nową ofiarę.

I może kobieta znowu zacznie podlewać kwiatki, spotykać się z koleżankami, i może one zaczną udawać, iż wcale nie mają ochoty szeptać słów pocieszenia.

Kobieta sama nie wiedziała, czy tego chce. Zrzucenie żałoby już teraz wydawało się zwyczajnie pozbawione sensu. Zawsze, gdy przychodziło jej to na myśl szła do szafy i darła jedną z kolorowych sukienek. Zostały najwyżej dwie, na wieszakach pozostały tylko czarne i szare. Wszystkie zbyt duże, bo kobieta wciąż chudła; strachy na wróble nie potrzebują jedzenia.

Szóstego stycznia jednak poczuła się dużo lepiej, umyła okna i odważyła się nawet podłączyć stary magnetofon, jeszcze na kasety.

Sprzątała, w końcu zmyła naczynia, wyniosła śmieci – wszystko przy trzaskach audycji radiowej, gdzie akurat puszczano piosenki z czasów PRZED.

 

Luty 2013 roku przypominał zeszłoroczny znacznie mniej.

Właśnie stuknął mu drugi tydzień – ludzie powoli zaczęli zapominać o noworocznych postanowieniach, a w parkach zaczęto znajdować uduszone zwierzęta. Na wiewiórki i szczury nikt by nie zwrócił uwagi, ale pod koniec lutego znaleziono całkiem blisko siebie dwa koty; ten pierwszy miał przetrącony kark, drugiemu oczy prawie wypadły z czaszki w upiornej karykaturze dziecięcych okularów-zabawek. Wkrótce dołączyły do nich dwa psy – wilczur i jamnik, jeszcze szczeniak.

To na pewno sprawka okolicznych chuliganów, zadecydowała policja i dla ostrzeżenia przymknęła paru z nich – potem po cichu wypuściła.

 

Nim wybił marzec – do drzwi samotnej kobiety zapukał młody mężczyzna.

Przedstawił się, ukłonił, wręczył kwiaty, a potem przeprosił.

– Za co? – spytała wyraźnie zaskoczona zachowaniem szczupłego człowieka, którego widziała po raz pierwszy.

– Że nie przyszedłem wcześniej.

– Ale…

– Byłem jej przyjacielem. Bliskim. I bardzo za nią tęsknię.

Kobieta upuściła namoczoną gąbkę (od stycznia sprzątała codziennie, od rana do wieczora, płyn do zmywania zniszczył skórę, paznokcie pękały, niczym skorupki świeżych jajek, a ten od palca serdecznego prawej dłoni zszedł zupełnie; czasem posypywała to miejsce solą).

– Dlaczego to się stało?

– Nie wiem – odparł – Nikt nie powinien przechodzić przez to sam. Ból najlepiej czuje się w samotności. Nie dajmy mu tego komfortu.

Piotr stał się częstym gościem w domu matki Natalii.

 

Zabójstwa zwierząt ustały tak nagle, jak się zaczęły. W zaroślach nieopodal placu zabaw znaleziono jeszcze kolejnego wilczura, z posesji niedaleko spalonej willi Tomasza zniknęły dwa koty – odkryte potem w śmietnikach na końcu ulicy i tyle.

Wszyscy – a najbardziej dzieci – odetchnęli z ulgą.

 

Piotr mieszkał teraz w apartamencie pozostawionym mu w spadku przez Tomasza. Niemal pięćset metrów kwadratowych, dwie sypialnie, ogromny taras, gdzie można zorganizować grilla dla przyjaciół. Łazienka z półokrągłą wanną i złoconymi kranami. Dźwiękoszczelne pomieszczenie z kapsułą identyczną, jak ta, która nie przetrwała pożaru.

Piotr często siadał przed nią i wpatrywał się uważnie w jej konstrukcję – chyba wierząc, że w lśniącej, czarnej powierzchni oprócz własnego odbicia dojrzy jeszcze wskazówki przekazywane nadnaturalnym sposobem przez Tomasza.

Równie często wchodził do kapsuł i odprężał się, przypominając sobie dzień, kiedy zmieniło się wszystko.

 

 

 

 

XI

 

 

 

 

– To moja żona, Magda. Jest w takim… Takim stanie od czasu wypadku, trzy lata temu – wyjaśnił Tomasz.

Piotrowi zrobiło się niedobrze.

Pośrodku kapsuły widział teraz wyraźnie bladą twarz o obojętnych lecz ostrych rysach, – maska manekina, nie prawdziwego człowieka.

– Chryste… Co… Co ty jej robisz? Co ona tu robi?

– Ratuję.

– Ratujesz ją?! Trzymając w tej… Tej wilgotnej trumnie?

– Dla niej ratunku nie ma. Jeszcze. Ratuję moje dzieci. Przynoszę ulgę.

Piotr patrzył.

To na żonę Tomasza

(czy ona mrugnęła? nie, to tylko odblask jarzeniówki w wodzie)

, to na jej męża, najprawdopodobniej wariata. Przydałaby mu się jakaś broń, skąd wie co takiemu strzeli do łba.

– Uspokój się, wyjaśnię wszystko. Trzy lata temu wybieraliśmy się na wakacje. Żadne tam „last minute”, mieliśmy dziesiątą rocznicę, chcieliśmy porządnie ją uczcić. Nasze bliźniaki, Kasia i Jaś, podczas wyjazdu obchodziłyby urodziny. Siódme. Szczęśliwe, wiesz? Samolot mieliśmy o osiemnastej. Wszystko już popakowane, kiedy okazało się, że podobno nie mamy materaca. Kupimy na miejscu, powiedziałem, przecież nawet nie ma już, gdzie go wcisnąć. Ale uparli się, cała trójka. Trzech muszkieterów… I pojechali, bo w sklepie niedaleko był taki fajny, wielki i w dinozaury. Powinni wrócić w ciągu pół godziny. Po czterdziestu minutach usłyszałem karetkę, wkrótce syren pojawiło się więcej, a ja wiedziałem, że to musi chodzić o nich. To był tir. Kierowca zasnął za kierownicą, niemal wprasował ich w ścianę, coś pękło, wyciekła benzyna, gdzieś poszła iskra, tył zaczął płonąć. Bliźniaki bawiły się tam nienapompowanym materacem. Stopił im się w dłoniach. Magdę wyciągnęli przez przednią szybę w ostatniej chwili. Cud, że przeżyła, ale już nigdy się nie obudziła. Podejrzewam, że gdzieś tam zarejestrowała, co się stało i mózg celowo odmówił funkcjonowania w tym świecie bez Kasi i Jasia.

– Tak strasznie mi przykro, nie miałem pojęcia…

– Wiem, wiem. Przez rok nie istniałem. Przesiadywałem w szpitalu, przy łóżku Magdy, cały czas wierząc, że się obudzi. Mam pieniądze – praktycznie kupiłem wspaniałą salę, kupiłem prywatność, najlepszych lekarzy. Czasem przychodzili, gdy tam z nią siedziałem. Na początku klepali po plecach, mamili obietnicami, że z wykresów można wywnioskować nadchodzącą poprawę. Bzdura. Jeden z nich, naprawdę w porządku typ, przyznał kiedyś otwarcie, że Magda szans nie ma żadnych i trzymanie jej tutaj, płacenie za to wszystko i wciskanie mi kitu podchodzi pod szabrownictwo. Jakbym o tym nie wiedział. I wszystko się zmieniło w Sylwestra. Szpital był niemal kompletnie opustoszały, zostały niedobitki personelu, takie absolutnie konieczne w razie wypadku. A ja piłem, dużo. Wyglądałem przez okno, na zewnątrz wybuchał fajerwerk za fajerwerkiem, pod szpitalem przechodzili śpiewający, roześmiani ludzie, czasem dochodziły mnie strzępki życzeń. I nie wytrzymałem. Zacząłem ryczeć, jak dziecko. Nie mogłem się powstrzymać, z trudem łapałem powietrzem. Wyłem. Szarpałem koszulę, butelkę szampana rzuciłem w kąt – rozbiła kilka innych, które zrobiłem od rana. Byłem w transie, po prostu w transie, gdzieś indziej, w bańce, gdzie rzadko dochodziły jakiekolwiek głosy. Wdrapałem się na łóżko, do Magdy. Pocałowałem spierzchnięte usta, które wcześniej całowałem tak często, które opowiedziały mi tyle historii, które kiedyś, dawno temu, powiedziały to najważniejsze „tak”. Dotknąłem piersi, przesunąłem rękami po bokach – schudła, wyraźnie czułem żebra. I czułem, że mięśnie zanikają, że cała moja Magda się kurczy.

Piotr zerknął w kierunku komory, zdjęty absurdalnym poczuciem, iż żona Tomasza zaraz stamtąd wyjdzie chcąc potwierdzić słowa małżonka; lub zadać im kłam.

– Zakładali jej pieluchomajtki, zdjąłem je szybko. Nie wiedziałem, co właściwie robię, zupełnie, jakbym śnił i zdawał sobie z tego sprawę, stojąc obok, ciekaw co też to moje senne „ja” zaraz zrobi. Spróbowałem w nią wejść. Boże, była taka sucha. Bolało, bardzo. Na szczęście wystarczyło mi trochę śliny i… I stało się coś dziwnego, bo zwilgotniała, kiedy w końcu w niej byłem. I zaczęliśmy się kochać. Pewnie, wciąż była nieprzytomna, wciąż była, słyszałem, jak mówił to jeden ze statystów: „burakiem, warzywkiem" śmiali się, że przy jedzeniu warzyw najtrudniejszy do przełknięcia jest respirator… Zabawne, co? Więc kochaliśmy się, tuliłem się do niej i płakałem. Ten „ja” w niej i ten drugi, z boku. Poczułem, że dochodzę. Pociemniało mi w oczach, wszystko zwolniło. Nie słyszałem już nic. Myślałem, że mdleję, czułem, jak spadam, gdzieś w dół. Myślałem, że umieram. I wtedy je usłyszałem.

– Usłyszałem? Zaraz, mówisz o jakiś halucynacjach…

– Na początku też tak myślałem. Ale usłyszałem wyraźnie g ł o s y. Kasi i Jasia, rozumiesz?! Wołali, tak strasznie smutno, wołali: „Tato, mamo, tato, zimno mi, zimno, tak strasznie zimno, tato, tak zimno”. Ich głosy nakładały się na siebie, wydawało się, że nie wiedzą, że są gdzieś koło siebie. Chyba. I pewnie pomyślałbym, że to halucynacje, ale w tej ciemności nagle poczułem dwa małe ciałka, poczułem je pod swoimi dłońmi i przytuliłem z całych sił. Boże Święty, jakże byli lodowaci. I sam drżałem, ale czułem, że ich ogrzewam. Przestali zawodzić, zaczęli pytać: „Tato, to ty? Tato, tato, tato, zabierz nas stąd, jest tak zimno, jest tak ciemno”. Odpowiadałem im, chyba mnie nie słyszeli. A wkrótce wszystko zaczęło przyspieszać, dźwięki powróciły, nagle znalazłem się znowu na Magdzie, w Magdzie i wokół nas mieszał się zapach lekarstw, rozlanego szampana i seksu. Przez chwilę myślałem, że to były zwidy. Wiesz, alkohol, smutek. Zdradliwa mieszanka. Wtedy spojrzałem na swoje ręce – były zaczerwienione, a na koniuszkach palcach wydawały się odmrożone. To nie było możliwe w tamtym pokoju. Zgoda, mieliśmy otwarte okno. Mimo to nie było aż tak zimno. Poza tym, punktowe odmrożenia? Niemożliwe.

Co zatem zrobiłem? Zacząłem działać. Zacząłem ich szukać. Medytowałem, o tak, medytowałem dużo. Czytałem, dużo. I wiesz… To wszystko zaczęło nabierać sensu. Jak dotrzeć tam? Na drugą stronę? Prymitywne instynkty, stworzenie człowieka. Seks, Piotrze. Seks. Próbowałem z tymi… Z tymi, które są jeszcze tu, po naszej stronie. Nie działa. Zupełnie, jakbyśmy potrzebowali tego drugiego umysłu zupełnie pustego, jakby to w nim właśnie na chwilę mogli pojawić się ci… stamtąd.

Ciężko z nimi nawiązać kontakt, zdają się tylko wyczuwać twoją obecność, nie reagują na głos… Ale wiem, że wciąż odczuwają chłód. Koszmarny, przeszywający do szpiku kości. Też go poczujesz, jeśli… Jeśli zechcesz mi pomóc. Coś za coś, Piotrze, bo jeśli chcesz kogoś ratować, odebrać… Musisz coś oddać. Oddajemy im ciepło, sam się o tym przekonasz. Moja temperatura ciała spadła do 36,3, ciągle jest mi zimno. Umieram, wiesz? Nie szkodzi, dla tych dzieciaków zrobię wszystko. Żeby choć przez chwilę poczuli się lepiej. Żeby nie byli tak strasznie przerażeni.

– Czy… Myślisz, że to szansa dla Natalii?

– Nie będę cię okłamywał. To działa najlepiej z osobami związanymi krwią z tymi, do których chcesz dotrzeć. Pewnie dlatego tak szybko odnalazłem Kasię i Jasia. Boże, gdybyś słyszał ich płacz… I ten mały, malutki wybuch radości, kiedy zdołałem ich ogrzać. Tak… Dlatego to, co dzieje się tutaj, u nas… Ci ludzie robią to z własnymi matkami, siostrami, babkami. Są również żony, pewnie… To ciężkie, wiem. Jednak zastanów się – co ty byś zrobił aby odzyskać dziewczynę, o której wciąż myślisz?

– Wszystko.

– No właśnie. Musisz wiedzieć o jednym… Przyjdzie zapłacić ci cenę. Mój czas się kończy, nie zdołam ogrzewać moich najbliższych już zbyt długo, ale ty… Ty jesteś młody, tobie może udać się coś więcej! Chryste, przecież oni gdzieś tam są, zdajesz sobie z tego sprawę? Czuję ich dotyk! C z u ję ich d o t y k! A jeśli tak, to znaczy, że istnieją materialnie, że możemy ich stamtąd wyciągnąć! Możemy wyciągnąć wszystkich. Z piekła, z nicości, z tego lodu. Możemy uratować wszystkich.

– Tak… – Piotr poczuł, jak policzki występują mu rumieńce – Zróbmy to…

– Wspaniale! Wspaniale… Ale pamiętaj – nic w tym ani tamtym świecie nie jest za darmo.

 

Tomasz ściągnął rękawiczkę.

Dłoń mu drżała. Była zupełnie sina, niemal trupia. Spomiędzy palców, niczym złośliwe oczy samego diabła, wyzierały żywe, pulsujące mięśnie.

 

 

 

EPILOG

 

 

 

Zaniedbana samotność wstydliwe wycofała się do kąta.

Uśmiechnięta kobieta mierzy ostatnią sukienkę w kwiaty – chyba wygląda w niej lepiej niż mogła przypuszczać. Bajecznie, szepcze sama do siebie. Wszystko zmieniło się na lepsze – poznała tego wspaniałego młodego człowieka. Tak pięknie opowiada o Natalii. Przy nim nie istnieje ból, istnieje tęsknota, ale ten przyjemny rodzaj – ten, który odczuwa się, kiedy ukochana osoba wyjeżdża na wakacje albo do wymarzonej pracy i wkrótce wróci; wkrótce na powrót usłyszy się ten głos, ujrzy te oczy.

Przy tym młodym człowieku Natalia znów żyje.

 

Piotr oddycha głęboko.

Spogląda na kapsułę, potem na zegarek. Matka Natalii wkrótce powinna zapukać do drzwi. Będzie przygotowany, wprowadzi ją do korytarza, weźmie płaszcz, zaprosi do kuchni, zaparzy herbaty, doda coś jeszcze prócz cukru. Kobieta zrobi się senna, otumaniona. Wtedy obejmie jej szyję, delikatnie.

To tylko trochę coś innego niż psy, czy koty. Wie, na jak długo trzeba odciąć dopływ tlenu, by odpłynął umysł, ale nie zatrzymało się serce. I wkrótce, ma nadzieję, gdzieś tam, w tej lodowatej czerni, przytuli Natalię. A potem odnajdzie Tomasza wraz z Magdą, Kasią, Jasiem. Wydrze ich wszystkich samemu diabłu jeśli będzie trzeba.

Przyspiesza mu serce. Rozbiera się do naga i wchodzi do kapsuły. Ogarnia go mrok, myśli o miesiącach spędzonych przy malowaniu trupów, żywych trupów, myśli o naukach Tomasza, o zwierzętach, o Natalii i o przyszłości.

Uśmiecha się, bo nagle zdaje sobie sprawę, że szczęśliwe myśli dają o wiele więcej niż dar latania.

W takich myślach łatwiej o miłość i spokój.

I najważniejsze – nadzieję.

 

Już niedługo, Natalio.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Co do formy i treści... Pozostajesz niezmiennie moim mistrzem. Kłaniam się.

Zdadzam się z opinią przedpiscy. Dobry pomysł, świetnie napisany - tekst przeczytałem z przyjemnością. Zauważyłem jakieś literówki, ale nie zmienia to faktu, że opowiadanie prezentuje bardzo wysoki poziom.

Pozdrawiam

Mastiff

„…chowającą księżyc za fasadą chmur .” – zbędna spacja przed kropką.

 

„…w końcu odnalazł tą jedną, jedyną gwiazdę…” – tę gwiazdę.

 

„To może odwrócimy rolę i to ja do ciebie przyjdę…”- mowa o dwóch osobach, więc role, a nie rolę.

 

„…i uklęknę wręczając pierścionek zaręczynowy? Maciek uśmiechnął się.” – Brak myślnika przed ”Maciek”.

 

„- No właśnie – Tomasz mówił niskim, uspokajającym głosem – Dlatego teraz…”- Po „właśnie” i po ”głosem” kropki.

 

„W pierwszy wtorek stycznia Natalia obudziła się…” – wcześniej była mowa o Walentynkach, czyli o lutym, czy to celowy zabieg retrospekcyjny?

 

„…przeznaczenie zaczęło układać nową drogą w momencie…”- nową drogę?

 

Ok, resztę doczytam jutro. ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Temat nie dla mnie, ale nie tylko on się liczy. Dowodem niech będzie, że przeczytałem bez ziewania, zżymania się i bez przystanków.

Joseheim obiecała doczytać, więc zapewne wyłapie następne potknięcia. Bo jest ich kilka.

- Hmmm... To może odwrócimy rolę i to ja do ciebie przyjdę, i uklęknę wręczając pierścionek zaręczynowy? Maciek uśmiechnął się. ---> a to nie powinno być w dwóch wierszach? 

--------------------------

- Hmmm... To może odwrócimy rolę i to ja do ciebie przyjdę, i uklęknę wręczając pierścionek zaręczynowy? 

Maciek uśmiechnął się.  

-------------------------

No, jeszcze trochę dzisiaj zdążę.

 

„Czy ja wiem, z dwa, z trzy razy w życiu…”- A nie: ze dwa, ze trzy?

 

„- Rozumiem... – odparł – Ok, nie traćmy czasu, proszę pani...”- Po „odparł” kropka. Widzę też dalej, że z tym masz problem. Opis w dialogu, znajdujący się pomiędzy myślnikami, na ogół, w większości przypadków, stanowi koniec danej kwestii/zdania. I jako taki kończony jest kropką.

Nie będę się więcej tego czepiać, ale to, jak zapisujesz dialogi, nie zawsze jest właściwe. W razie wątpliwości zajrzyj do wątku z radami dla pisarzypodpiętego w Hyde Parku.

 

„- Wiem...Zrób to” – brak spacji.

 

Hm, w związku z tym, że Natalię trafił samochód, rozumiem że Walentynki przed styczniem to pomyłka? Czy czegoś nie zrozumiałam?

 

„Określenie „arcymistrz” nie jeg w jego przypadku przesadą.” – Nie JEST.

 

„- Na pewno przesadza – Uśmiech.” – Znowuż dialog. Jeśli po myślniku następuje opis nie związany z kwestią mówioną (czyli nie „odgłos paszczą” typu powiedział, rzekł, szepnął itp.), to ta kwestia mówiona kończy się znakiem interpunkcyjnym. Zatem po „przesadza” kropka.

 

„- Nie.. To tacy sami ludzie jak my.” –Zbędna podwójna kropka.

 

„Patrzył na klamkę, z której unosiła się para, zupełnie, jak z puszki napoju wyjętego wprost z zamrażarki.” – Zbędny przecinek po „zupełnie”?

 

„Piotr to składał, to rozkładał wizytówkę Tomasza– wizytówkę bardzo enigmatyczną” – brak spacji.

 

„…łyse gałęzie – uginające się boleśnie pod ciężarem szpiczastych kłów sopli – odsłaniały surowe, pozbawione zbędnych ozdobników budynki, podobnie do odartych ze skóry i mięśni żeber odsłaniających serce.” – Literówka: podobne.

 

„…zaryczał wiatr i mężczyzna z kobieta zniknęli w…”- literówka: kobietą.

 

Znowu przerwa. Ale doczytam na pewno. ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Noo...  Błąd ortograficzny w tekście posiadacza "Srebrnego piórka'", i to na samympoczątku. Oto cytat.

" Witają ją z radością – dawno się nie widzieliśmy, stary druchu, tęskniłem, dobrze cię w końcu zobaczyć."  

Niebywała historia. Naprawdę warto czytać dalej?

Pozdrówko.

O bogowie, jakże mi wstyd...

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

"Dla czterdziestoparoletniej, mieszkającej samotnie kobiety nie przyniósł póki co zbyt wiele szczęścia"

No laboga, dativus bialostosiensis jako żywo!

Czterdziestoparoletniej, mieszkającej samotnie kobiecie nie przyniósł... etc.

Bo komu/czemu.

Wstrętne, straszne, brzydkie, krzywdzące czytelnika opowiadanie. Bardzo mi się podobało, nie mogłam się oderwać, nie mogłam narzucić mu własnego tempa, musiałam czytać tak, jak chciał autor. Gdyby nie błędy, to spokojnie na siódemkę. Twój styl jest niepodrabialny. Temat wałkowany setki razy nabiera dzięki niemu aspektów nowości, które wielu innym trudno byłoby wydobyć. Jestem szczerze zauroczona.

„spomiędzy warg wypełzały chrząszcze –wędrowały” - brak spacji

 

„...pewnie nawet puściłaby mu oko
(jak świetnie ci to idzie, kochanie)
, ale zrekonstruowane powieki...”

Hm, w takim kingowskim, że tak powiem, zapisie ten przecinek na początku nowego wiersza wygląda nieładnie.

 

„Chyba pierwszy raz jego biuro stało puste,a tuż obok półek z książkami otwarte były drzwi, których Piotr nigdy wcześniej nie widział” - brak spacji po przecinku, brak kropki na końcu zdania.

 

„...ta cisza chwyciła mocno dłoń śliską dłoń ciemności” - Powtórzenie?

 

„Tomasz uśmiechnął się, kiedy Piotr bezgłośnie wypowiedział swoje imię.”

Swoje imię? A w takich wypadkach nie mówi się „mnie”?

 

„Wcześniej,czy później” - brak spacji, a ogólnie przecinek tu jest zbędny.

 

„Nawet najzdolniejsi ludzi potrzebują nauczycieli, przewodników.” - Albo z ludzi, albo ludzie.

 

„- Już się chyba kiedyś o to pytałeś?” - to dialog, więc postacie mogą mówić, jak chcą, ale tak tylko przypominam: pytać się, to znaczy zapytywać siebie samego, pytać kogoś innego to po prostu pytać.

 

„...trochę ze strachu
(czy aby tak nie jest w trumnie?)
,a trochę dlatego, że przecież nie leżał tu sam.”

Znowu kwestia przecinka przeniesionego do nowego wiersza, i to jeszcze bez spacji.

 

„...okupione niezliczoną ilością porażek.” - Jak na mój gust porażka jest policzalna, a więc liczbą, nie ilością.

 

„Drzwi do willi przywitały Piotra lekko uchylone, co nigdy wcześniej się nie zdarzyło.”

Hm, dziwny szyk. A nie można po prostu: Piotra przywitały lekko uchylone drzwi do willi?

 

„albo może przypominała bardzo, bardzo zdziwioną Cios, strzał roztrzaskał szczękę i ta wisiała nieco krzywo” - brak kropki po „zdziwioną”.

 

„No ale przecież pozostawała też ta szczęka- czy ona aby zaraz się nie urwie?” - brak spacji.

 

„Pośrodku tego wszystkiego leżał Tomasz- próbował” - brak spacji.

 

„Tomasz przypominał teraz, dziwaczną hybrydę” - zbędny przecinek.

 

„...towarzystwa dotrzymywały mu z dwa trupy i rozpacz rozdzierającą serce.” - Z dwa trupy?

 

„Równie często wchodził do kapsuł i odprężał się, przypominając sobie dzień, kiedy zmieniło się wszystko.” - Literówka: kapsuły.

 

„Pośrodku kapsuły widział teraz wyraźnie bladą twarz o obojętnych lecz ostrych rysach, - maska manekina, nie prawdziwego człowieka.” - Zbędny przecinek przed myślnikiem.

 

„Kupimy na miejscu, powiedziałem, przecież nawet nie ma już, gdzie go wcisnąć.” - Zbędny przecinek po „już”.

 

„Trzech muszkieterów...” - Czemu nie w mianowniku?

 

„...butelkę szampana rzuciłem w kąt – rozbiła kilka innych, które zrobiłem od rana.” - Zrobiłem?...

 

„...słyszałem, jak mówił to jeden ze statystów: „burakiem, warzywkiem"...” - raczej stażystów.

 

Upiorne. ; P Za Adamem powtórzę, że to temat nie dla mnie. Mogę też rzec, że idea niespecjalnie mnie przekonuje. Że właściwie sama nie wiem, czy mi się podobało, czy nie. Ale na pewno ma w sobie to coś. Wciąga i wali w głowę dużym młotkiem. Uff...

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bo z Jego, człowieka o bardzo krótkim nicku, tekstami*), tak jakoś jest. Nie w typie --- a się czytać każą... 

 

*) z jednym wyjątkiem, ale cyt, bo to dawno było.

Dzień dobry :).

Także tego, jedziemy od góry:

@ jahusz - Witam ponownie, kopę lat, miło Cię widzieć. I dziekuję, rzecz 
jasna!

@Bohdan - cała przyjemność po mojej stronie!

@AdamKB - No proszę, kolega w loży. Należało się! Zawsze przyjemnie mi 
czytać, że przebrnąłeś przez moje opowiadanie (bez ziewania, zżymania się i 
bez przystanków), tym bardziej, iż moje horrory to nie to, co Adamy lubią 
najbardziej :)!

@joseheim - Witam, my się jeszcze nie znamy, prawda? Dziękuję za wszystkie 
poprawki. Cholera, długo nie pisałem, zardzewiałem trochę, że ich wszystkich 
nie wyłapałem. Ale cieszy, że nasz "wieczorem zapoznawczy" zaczął się od 
uderzenia wielkiego młotka ;).

@RogerRedeye - Mogę zacytować joseheim: "O bogowie, jakże mi wstyd...". 
Straszna wpadka, ale swego czasu miałem gorszą. Madryt przemianowałem na 
Madryd. Aczkolwiek "druh" wyjątkowo żenujący, chyba sobie zafunduję karnego 
byka w ścianę!

@niezgodab - I kolejny, dobrze znany nick! Fajnie, Ciebie też zawsze miło tu 
widzieć, szczerze zauroczony jestem, że mogę Cię tutaj często oglądać :)!


To co? Do zobaczenia przy następnym? I oby wena spłynęła na mnie szybciej, a joseheim nia miała czego wytykać ;).

No dzień dobry. ; ) Pisz dużo i coraz lepiej, ku radości wszystkich zainteresowanych. ^ ^

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Cień Jeden i Dwa. Proponuję Pierwszy i Drugi.

Przeczytałem 2/3 i muszę zrobić przerwę, ale nie mam pewności, że dokończę. Jest bardzo dobrze napisane, ale dla mnie osobiście zbyt ciężkie. Może nie mam aktualnie nastroju.

Do połowy czytałem, od połowy zacząlem już przeskakiwac tekst co dwa - --trzy zdania. Niestety, dla mnie opowiadanie stało się nużące. W sumie --- mało wcigąjące.  Chyba jest, niestety, nieco przegadane.  Niewątpliwie opowiadanie jest dobrze napisane, ale  przerost  rozbudowanej formy nad treścią zaczyna męczyć ( przynajmniej mnie). Skrócenie tekstu o niewiele, jakieś pięć procent, bardzo wyszłoby mu na zdrowie.  

Pozdrówko.

5/6 

No to i ja przeczytałem.

Pomysł bardzo fajny, ale trochę gorzej z wykonaniem:

--- potknięcia wyliczyła joseheim,

--- roger wspomniał o przegadaniu. Tekst rzeczywiście przydałoby się trochę skrócić,

--- brakuje jednego czy dwóch spektakularnych akapitów opisowych. Klimat opowieści wyrasta bardziej ze świata przedstawionego i wydarzeń. Sposób narracji został gdzieś z tyłu --- a to zgrzyta.

pozdrawiam

I po co to było?

Na początku klimatem mocno przypominało mi "Balsamistę" Mitsukazu Mihary, to oczywiście na plus. A jednak poszedłeś dużo dalej i to też jak najbardziej na plus. Zdecydowanie najlepsze opowiadanie, jakie czytałam w tym miesiącu.

www.herbatkauheleny.pl

Brawo. Naprawdę gratuluję udanego tekstu. Zgrzytają te niedopatrzenia i drobne pomyłki, ale czym są takie błędy w obliczu porządnej literatury? Bo to jest właśnie porządna literatura. 

Ja jestem absolutnie kupiony i cieszę się niezmiernie, że dane mi było przeczytać coś takiego. Dziękuję za mile spędzony czas, kłamiam się nisko.

Witaj!

 

Tak! Jest! Jest pierwsza i ostatnia szóstka, którą postawiłem w tym miesiącu! Pozostajesz mistrzowski, pomimo tego, że od czasu kiedy zachwyciłeś mnie "Motylami..." minęło już tyle czasu. Na ten tekst poświęciłem około godziny i to chyba moja najlepiej wykorzystana godzina w tym tygodniu. Tylko te literówki... Musisz sobie znaleźć korektora. :) Tak, czy inaczej tekst skrzy się od emocji, emanuje smutkiem i beznadzieją. Jest znakomity. I tyle.

 

Pozdrawiam

Naviedzony

Nie wiem, czy to z racji długości opowiadania, czy może z powodu pewnych rozwlekłości tekstu, miałam nieodparte wrażenie, że ta historia toczyła się dość ospale, rzekłabym nawet, że w dziwnie zwolnionym tempie. Nie odebrało mi to jednak przyjemności czytania i możliwości docenienia specyficznego klimatu utworu.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przyjemne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka