- Opowiadanie: exturio - Gliese

Gliese

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Gliese

Tarcza słońca powoli wyłaniała się zza widnokręgu, rozpalając kłębiaste chmury. Dolina jeszcze długo miała tonąć w cieniu, ale na położonym kilkadziesiąt metrów ponad nią płaskowyżu było już jasno.

 

Drobny blondynek przetarł oczy, podchodząc do urwiska. Za plecami miał kilka metrów nagich skał, dalej rzadkie krzaki za którymi wyrastał gęsty las. Przed chłopczykiem ziemia urywała się gwałtownie. U stóp piaskowcowej ściany, kilkadziesiąt metrów niżej, ciągnęła się poprzecinana wstęgami Idy i Ezzy lesista równina, a na horyzoncie majaczyły Góry Graniczne.

– Nie podchodź zbyt blisko – ostrzegł chłopca ciemnowłosy mężczyzna. Chwycił go za kamizelkę, ostrożnie odciągając od krawędzi. – Nie chcę, żebyś spadł.

– Tato, myślisz, że na wschodzie znajdziemy drakkar, który nas tam zabierze? – Dzieciak wskazał dłonią na Gliese. Planeta była nisko nad horyzontem, a promienie słońca delikatnie oświetlały jej krawędź. Świetlisty łuk obrysowywał ocean, światło wydobywało z mroku kawałek soczyście zielonego lądu. Dalej panowała noc.

– Mam nadzieję – odpowiedział Robert, uśmiechając się.

Wiedział, że okłamuje dzieciaka. Siebie też próbował przekonać, że taki statek istnieje. Mimo to był niemal pewien, że podróże między planetami nie są możliwe. Nawet jeśli chodziło o siostrzaną Gliese.

Uprzątnięcie obozowiska nie trwało długo. Byli uchodźcami, nie mogli pozwolić sobie na luksus noszenia wielu rzeczy. Poskładali skórzane śpiwory, starannie zadeptali pozostałości po ognisku. Kiedy w pobliskim strumyku napełnili manierki, byli gotowi do drogi.

Marsz między drzewami był przyjemny i łatwy. Od czasu do czasu Robert musiał schylić głowę pod nisko zawieszoną gałęzią lub ominąć zwisającą lianę. Ciemna ściółka z kępkami twardej, wysokiej trawy przy każdym kroku chrupała łamanymi gałązkami, a co jakiś czas w oddali mogli uchwycić ulotne kształty zwierząt, płoszonych ich niefrasobliwością.

– Tato, czy to prawda, że w lesie można spotkać wilkozwierze?

– One żyją na południu – spokojnie wyjaśnił ojciec. – Daleko stąd.

Tak było kiedyś, przemknęło mu przez myśl. Wojna zmieniła wiele. Zwierzęta uciekały z niszczonych lasów, przemieszczały się na północ i wschód, szukając nowych rewirów. Ziemia niczyja między Violet Hill na wschodzie a Knight Cross na zachodzie była dla nich miejscem idealnym. Co prawda wilkozwierze unikały ludzi, ale gdyby jakiś poczuł się zagrożony z pewnością rozszarpanie wędrowców na strzępy nie byłoby dla niego żadnym wyzwaniem.

Gdzieś u szczytu zaskrzeczały ptaki. Zerwały się z trzepotem i szumem liści. Całe stado kolorowych niczym tęcza plam przefrunęło między gałęziami, żeby nieco dalej spocząć w koronach.

– Są śliczne. – Mark wpatrywał się w ptaki jak urzeczony. Robert poczuł ssanie w żołądku. Od wczorajszego poranka nie jedli sytego posiłku. Malec nie narzekał, ale było pewne, że jego również męczy głód. Kilka takich ptaszków nadałoby się na obiad.

– Poczekaj tu – Robert odłożył plecak. Ze sobą wziął tylko procę i sakiewkę z kamieniami.

 

Ptaki siedziały spokojnie. Co jakiś czas któryś z nich machał skrzydłami, wydawał przeciągły pisk i przelatywał na sąsiednie drzewo, z gracją opadając na gałąź. Robert wypatrywał siedzących najniżej, z dala od stada. Przy odrobinie szczęścia mógłby upolować trzy, może cztery, zanim reszta ucieknie w popłochu. Nagle kątem oka zauważył ruch. Cofnął się, przywarł plecami do drzewa. Dłuższą chwilę nic się nie działo.

Dźwięk strun ani trochę nie pasował do sytuacji. Wpierw kilka pojedynczych nut, później akord. Rozedrgane tony zlały się w muzykę.

 

 

 

Pojechał na wojnę

Wojaczek malutki

W ryj dostał kamieniem

Skończyły się smutki

 

 

Wybrał się na bitkę

Wojak zaprawiony

Dupę mu skopali

Nie wróci do żony

 

 

Prosty z tej historii

Morał płynie dla was

 

Grajek urwał, zaklął. Po chwili zaklął ponownie, nie potrafiąc skończyć piosenki. Kiedy śpiewał, Robert zbliżył się na tyle, żeby widzieć zza krzaka jego plecy. Ubrany ubogo acz starannie nie przypominał wagabundy. Raczej syna mieszczanina, który jakimś cudem znalazł się zbyt daleko od domu. Robert wyszedł z ukrycia, dośpiewał:

 

 

Zanim szarpniesz druty

Wsadź se kuszę za pas

 

Chłopak podskoczył, upuścił lutnię. Jego ręka powędrowała ku zawieszonemu u pasa kordowi. Po chwili poprawił się, podniósł instrument.

– Spokojnie – powiedział Robert, podchodząc bliżej.

Grajek skrzywił się, sprawdzając strój lutni.

– Nie mam przy sobie nic wartościowego – powiedział. – A sądząc po tym jak śpiewasz, to – wskazał wzrokiem instrument – na wiele ci się nie zda.

Robert prychnął.

– Nie jestem zbójem – odrzekł nieco urażony. – Nie chcę cię okradać.

– Więc dlaczego zachodzisz mnie od tyłu?

– Jakoś tak się złożyło, że akurat od tamtej strony przyszedłem. Na imię mi Robert – powiedział, wyciągając dłoń. Chłopak miał całkiem mocny uścisk.

– David.

– Niebezpiecznie jest podróżować samotnie, Davidzie.

– Takie czasy – mruknął chłopak, kręcąc kołkiem. – Ani podróże bezpieczne, ani siedzenie w domu, a coś robić trzeba.

– Idziemy z synem na wschód – uśmiechnął się Robert – do Knight Cross. Może się przyłączysz?

Chłopakowi rozbłysły oczy. Tylko na moment, jednak wystarczyło, żeby Robert to zauważył. Zaraz potem David powrócił do miny znudzonego artysty.

– W porządku – powiedział tonem, który miał brzmieć na obojętny. – Kompania może się przydać.

– Takie czasy – przytaknął Robert. – Lepiej trzymać się w grupie.

 

Szybko okazało się, że David stara się uchodzić za zdystansowanego i chłodnego, ale w głębi duszy jest ciepłym, otwartym człowiekiem. Od razu przypadł do gustu Markowi, który z miejsca wyczuł pozytywne strony nowego towarzysza. Niemal cały dzień maszerowali wygłupiając się, żartując i śpiewając kolejne, coraz głupsze piosenki. Popołudniu, kiedy chłopiec zmęczył się i marsz wyraźnie mu dokuczał, David wziął go na plecy i niósł przez kolejne kilka mil.

Zatrzymali się dopiero, kiedy słońce stało dość nisko nad horyzontem, a las ucichł w oczekiwaniu na zmrok.

– Tam – Robert wskazał na niewielką polanę, ledwie większy prześwit między drzewami – tam się rozłożymy.

Nie zajęło im to dłużej, niż kilkanaście minut. Zrezygnowali z szałasu, nie dbali o dach nad głową – była pora ciepła, niemal bezchmurne niebo nie zapowiadało deszczu. David wykazał się kolejnymi talentami: był nieocenioną pomocą przy rozpalaniu ogniska i polowaniu. Kiedy wyszedł po gałęzie i chrust, wrócił z kilkoma dorodnymi ptakami i naręczem opału.

– Wychowałem się w Grantestate Meadows – odpowiedział na pytające spojrzenie Roberta. – Tam polowania to codzienność.

Robert wzruszył ramionami i zabrał się za oprawianie zdobyczy.

– Gdy byłem małym chłopcem – zaczął David, wyrywając lotki błękitnego ptaka – mama gderała, kiedy nie chciałem pomagać w kuchni. Mówiła: jeszcze kiedyś będziesz się cieszył, że umiesz oprawiać zwierzęta. Twoja żona mi podziękuje. Kogo obchodzi śpiewanie, mówiła. Dzięki temu rodziny nie wyżywisz.

Robert uśmiechnął się.

– Żony się nie doczekałem – ciągnął bard – ale i tak w duchu dziękuję matce, że czegoś pożytecznego mnie nauczyła.

Długo nikt się nie odzywał. Ciszę przerywały dźwięki rwania piór, podobne rozrywaniu materiału i odgłosy nocnego lasu. Mark spał w skórzanym śpiworze, zaspokoiwszy wcześniej głód wodą i owocami, które udało im się znaleźć po drodze. Wielkie zielono-żółte kule były kwaśne, a czerwone jagody – cierpkie. Mimo to nikt nie wybrzydzał.

– Byłeś żołnierzem – przerwał milczenie Robert. Wyglądał na zmartwionego. Jego błękitne oczy poszarzały, a twarz pomarszczyła się w świetle ogniska.

– Byłem – przyznał bez skrępowania chłopak. – Po czym poznałeś?

– Kord – blady uśmiech na twarzy ojca nie wyglądał wesoło. – Wszędzie poznam to żelastwo. Dają je każdemu zrekrutowanemu jak talizman na szczęście. Mimo że nie pomagają przeciwko kulom i stalowym machinom na parę.

– Walczyłeś? – David zmrużył oczy.

– Jesteś dobrym człowiekiem – Robert nie zwrócił uwagi na pytanie. – Ale chyba rozumiesz, że nie możemy pozwolić sobie na podróżowanie z dezerterem. To zbyt niebezpieczne.

Zanim jeszcze skończył mówić, kompan roześmiał się.

– To oczywiste – przyznał. – Ale szkoda twojej troski. Nie zdezerterowałem. Zgłosiłem się do woja na ochotnika – wyjaśnił. – Kiedy zostałem ranny, odesłali mnie do domu. Nie uciekam przed poborem, tylko przed wojną.

– Zostawiłeś wszystko za sobą? Dom, rodzinę, znajomych?

Chłopak uśmiechnął się, choć na jego twarzy malowała się gorycz.

– A ty nie zostawiłeś?

– Nie miałem kogo zostawiać. – Robert poruszył się na kłodzie.

– Widziałem, jak front przeszedł przez moje miasteczko. – Wzdrygnął się David. – Oglądałem stalowe monstra niszczące każdy zakątek, z którym związane były moje wspomnienia. Na szczęście – jego twarz przybrała twardy wyraz – nie byłem świadkiem śmierci moich rodziców ani braci. Wtedy z pewnością podzieliłbym ich los.

– Przykro mi – głos Roberta brzmiał naprawdę przekonująco. Pochylił się w stronę ogniska, kończąc skubać upolowanego ptaka. W momencie poczuł się naprawdę zmęczony wszystkim: wojną, tułaczką, uciekaniem. Złapał się nawet na myśli, że najlepiej byłoby osiąść tutaj, w lesie, przestając troszczyć się o wszystko. Zostać pustelnikiem, odizolować się.

– Mark wspomniał…

Mark, pomyślał Robert. Dzieciak, dzięki któremu to wszystko ma sens.

– Przepraszam – wyrwał się z zamyślenia. Zauważył, że przestał skubać, za to bardzo mocno zaciskał pięści na ptaku – Co mówiłeś?

– Mark wspomniał, że chcecie dostać się na Gliese.

Robert mruknął coś pod nosem.

– Myślisz, że to w ogóle możliwe?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Czy to ważne? – spytał, opalając kuper z resztek piór. – Chodzi o to, żeby uciec od wojny i znaleźć gdzieś miejsce do zamieszkania. Gdzieś daleko od niepokojów.

David skinął głową. Przez jego umysł przewijały się tysiące myśli.

 

 

***

 

Moje ciało jest wątłe i słabe. Chwieje się pod najlżejszym powiewem wiatru i tylko cudem udaje mi się powstrzymać upadek. Nie, już upadłem. Wszyscy upadliśmy.

Dlaczego, Matko?

Widzę cię. Przed oczyma mam twoje piękne kwiaty, drzewa, soczystą trawę. Spoglądam na ciebie przez mgłę. Kiedy próbuję ich dotknąć, rozwiewają się w szarym dymie. Brakuje nam twojej potęgi, Matko.

Kiedy przybyliśmy z najczarniejszych otchłani kosmosu, my – osierocone dzieci bez domu – dałaś nam schronienie. Przyjęłaś jak własnych wychowanków. Twoje czerwone Słońce dało nam siłę. Przez wieki służyliśmy ludziom, doradzając i zapobiegając wojnom. Kończąc trwające konflikty. Staliśmy u boku najpotężniejszych królów i najbiedniejszych żebraków, a kiedy kończyliśmy pracę znikaliśmy, by wynurzyć się z mroku przy kolejnej potrzebie. To był złoty wiek.

Byliśmy bogami, Matko.

Byliśmy.

 

 

***

 

Kolejne cztery dni upłynęły im na wędrówce. Wpierw wzdłuż uskoku, z którego zejście znaleźli dopiero pod koniec drugiego dnia wspólnej drogi. Dalej czekała na nich podróż w górę Idy, gdzie na horyzoncie majaczyły już Góry Graniczne. Pogoda dopisywała. Błękitne niebo wciąż nie zapowiadało deszczu, a słońce przyjemnie grzało, kiedy tylko wychodzili z cienia drzew. Noce były ciepłe i bezwietrzne, dzięki czemu nie musieli zatrzymywać się w miejscach osłoniętych. Po prostu rozkładali obóz na najbliższej polance i spokojnie zasypiali.

Mimo to, David zmarkotniał. Wciąż śpiewał, żartował i bawił się z Markiem, nadal nosił go, kiedy chłopcu nogi zaczynały odmawiać posłuszeństwa, ale Robert nie mógł oprzeć się wrażeniu, że młodzieńca coś dręczy. Pod koniec czwartego dnia, kiedy Mark biegał przy brzegu rzeki próbując łapać ważki, Robert zapytał Davida o powód nie najlepszego samopoczucia. Ten odparł tylko:

– Wszystko w porządku.

Mężczyzna nie podejmował więcej tego tematu. Kolację zjedli w milczeniu.

Od kiedy zeszli z urwiska, las przerzedził się, drzewa stały się jeszcze wyższe i bardziej strzeliste. Ich pnie były tak grube, że gdyby je wydrążyć, mogłyby służyć za całkiem obszerne schronienie. Brązową ściółkę zaścielały zbutwiałe liście. Kolorowe ptaki nie zapuszczały się tutaj, za to coraz częściej mogli zobaczyć większą zwierzynę.

Tego wieczora David upolował pokaźnego jelonka. Samiec nie miał jeszcze dwóch lat, ale i tak ważył tyle, że musieli nieść go razem. Rzucili cielsko niedaleko ognia. Robert od razu zabrał się do skórowania, za to David przykucnął przy ognisku.

– Będzie co jeść przez kilka dni – uśmiechnął się mężczyzna, ocierając przedramieniem czoło.

– Do przedgórza macie najwyżej dwa dni z rzeką – powiedział grajek, wstając. – Później odejdziecie dwie mile na południe. Znajdziecie tam trakt prowadzący do przełęczy. Innej drogi nie ma. Kiedy przeprawicie się przez góry, zostanie wam jeszcze kilkanaście mil, najwyżej jeden dzień.

– Odchodzisz.

– Pożegnałem się z Markiem.

Robert wytarł skrwawioną słoń w koszulę.

– Nie zaczekasz do rana? Byłoby bezpieczniej.

Nie odpowiedział. Silnie uścisnął rękę Roberta.

– Jeszcze się zobaczymy – powiedział, wchodząc w ciemny las.

Gliese jaśniała nad horyzontem.

 

 

***

 

David stał w ciemności u podnóża góry. Na jej szczycie szalały błyskawice, echo niosło odgłosy grzmotu. Przed nim kamienna droga wznosiła się serpentynami.

Ostrożnie wspinał się ku szczytowi. Nagle droga zmieniła się w wąską ścieżkę, ledwie pasek ziemi między dwiema otchłaniami. David zachwiał się.

Nie upadnę, pomyślał. Nie skończę w przepaści.

Utrzymał równowagę. Kolejne kroki stawiał ostrożnie, bojąc się nawet wykonać głębszy wdech. Kroczył ku błyskawicom, nie oglądając się za siebie.

W migotliwym świetle wyładowań zamajaczyła postać. Drobna sylwetka, ledwie cień w odblaskach elektrycznych pióropuszy. David przyspieszył. Rzucił się biegiem, nie bacząc na niebezpieczeństwo. Przeskakiwał większe kamienie, potykał się. Im szybciej biegł tym odleglejsza wydawała się sylwetka. Tylko błyskawice zbliżały się niebezpiecznie.

Krzyk. Rozpaczliwy, kobiecy.

Vera!

Obudził się zlany potem.

 

 

***

 

Tej nocy Vera miała dziwny sen. Stała na wzgórzu. Wokół szalała burza, a błyskawice co chwilę rozświetlały całkowitą pustkę. Przed nią ciągnęła się wąska ścieżka. Serpentynami wiodła w dół, w ciemność. Gdzieś w oddali, daleko przed Verą, ścieżką szła postać. Mężczyzna chyba ją zauważył, przyspieszył kroku. Po chwili biegł na złamanie karku, nie bacząc na urwiska po obu stronach.

Vera chciała pójść w jego kierunku, ale nie mogła się ruszyć. Krzyknęła.

Obudził ją grzmot.

Smiljan, pomyślała. Kolejny eksperyment.

 

 

***

 

Poranek był ciężki. Słońce przebijało się przez kalejdoskop liści nad głowami, drażniąc ciągle jeszcze zmęczone oczy. Ptasi świergot brzytwą wcinał się w świadomość, a ciężkie od wilgoci powietrze drażniło płuca.

– Wstawaj – Robert szturchnął syna. Rozłożony pod drzewem Mark jęknął, przewracając się na drugi bok. – Wstawaj. Musimy iść.

Chłopak usiadł, przetarł zaspane oczy.

– Umyj się nad rzeką i za chwilę ruszamy, dobrze?

Mark mruknął coś niewyraźnie. Robert z uśmiechem zmierzwił mu włosy.

Jeśli David się nie mylił, mieli przed sobą trzy dni drogi, przynajmniej jeden przez góry. Nie warto było zwlekać.

Rzeka, jeszcze kilka dni temu dość rozległa i spokojna, z każdą milą przybierała na sile, bystro płynąc w coraz węższym korycie. Częściej też przekraczali zasilające ją strumienie, wijące się po obu stronach: te rwące, z korytami wypełnionymi gładkimi kamieniami i te leniwe, zarośnięte rzęsą i tatarakiem.

Niemal dwa dni później, u podnóża gór, Ida była już tylko bystrym strumieniem w wyżłobionym w skale korycie.

Noce i dni stawały się chłodniejsze. Gliese stała coraz wyżej na niebie, zabierając znaczną część promieni słonecznych. Za kilka dni miała osiągnąć zenit, przesłaniając słońce w całości i sprowadzając na ziemię kilkadziesiąt minut mroku.

 

Droga do przełęczy w rzeczywistości była jedynie przesieką przez las. Zapomniana od kiedy Ludzie Wschodu zbudowali drakkary, zarosła zielskiem i młodymi drzewami. Nikt rozsądny nie podróżował już lasami, handel realizowano dzięki podniebnym statkom, majestatycznie sunącym pod baldachimami olbrzymich balonów.

Robert przeklinał pod nosem za każdym razem, kiedy pokrywające podejście kamienie osuwały się pod nogami. Szczyty sięgały bieli chmur, za podróżnikami zostawała leśna zieleń, a po drugiej stronie czekała czerwień piasku, kępy sztywnej trawy i tnące wiatry.

Davida spotkali na szczycie. Zmierzchało już, a bard czekał na nich przy dwóch szałasach i rozpalonym ognisku.

– Wybaczcie, potrzebowałem trochę samotności. Przygotowałem to na wasze przyjście.

Pieczyste skwierczało na zaimprowizowanym różnie, roznosząc wokół przyjemną woń ziół.

– Opowiem ci historię – młodzieniec uśmiechnął się do dzieciaka – a później pójdziesz spać, dobrze?

Malec skwapliwie pokiwał głową. Robert zajął się posiłkiem, a bard ułożył Marka na pieńku.

– Kiedyś, dawno temu, ziemia była spokojnym miejscem. Ludzie żyli w pokoju, bez wojen i waśni. W tych cudownych czasach czuwali nad nami bogowie.

– Byłeś wtedy małym chłopcem?

– Nie – roześmiał się bard. – To było na długo zanim pojawiłem się na świecie. Przyjaciel opowiadał mi historie o tamtych czasach.

– Twój przyjaciel musi być bardzo stary – wykrzywił się Robert, podając bardowi kawał mięsa. Ten uśmiechnął się tylko i kontynuował:

– Bogowie pomagali biednym ludziom i załatwiali wszystkie spory. Ale pewnego dnia z nieba spłynęły statki złych demonów. Nie sposób było ich zliczyć. Demony wysypały się na ziemię, rozpętując największą wojnę, jaka kiedykolwiek miała miejsce. Potężni bogowie nie mogli ich zwalczyć, bo przeciwników było zbyt wielu, ale najmądrzejszy z bogów, Jor-El, wpadł na pewien pomysł. Zebrał wszystkich swoich braci i siostry i kazał im iść do obozów wroga. Kiedy już się tam dostali, użył swojej mocy, stworzył nową planetę i przeniósł na nią wszystkich bogów i demony. Tam bogowie pokonali najeźdźców, ale już nigdy nie powrócili na ziemię. Od tamtej pory nikt więcej ich nie widział.

– Ta planeta to Gliese?

– Mądry z ciebie chłopak – roześmiał się David. – Tak, Jor-El stworzył Gliese. Teraz mieszka tam ze swoim ludem i przygląda się nam.

– Skończyłeś jeść? – wtrącił się Robert, niemal przerywając bardowi w pół zdania. – Połóż się spać. Jutro czeka nas jeszcze kawał drogi, musisz odpocząć.

Mark spuścił nos, ale nie protestował.

– Kiepska opowieść – Robert spiorunował wzrokiem Davida. – Demony na dobranoc?

Bard wzruszył ramionami.

– Zakończenie było pozytywne. Dobrze wiedzieć, że ktoś nad nami czuwa.

– Bogowie? Dajesz mu fałszywe poczucie bezpieczeństwa. To bajka. Gliese była tam od zawsze i pewnie nie ma na niej nic prócz lasów i oceanów.

– Może nie ma – bard spojrzał w oczy rozmówcy – a może jest. W każdym razie – zmienił temat – poznam cię z kimś, kto może pomóc ci się tam dostać.

– Ma odpowiednio duży drakkar i jest na tyle szalony?

– To wynalazca i mój stary przyjaciel. Nie ma statku, ale jest szalony.

Siedzieli tak długą chwilę, wsłuchując się w wiatr i trzask ognia.

– Byłem kiedyś żołnierzem – zwierzył się Robert.

David pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Domyśliłem się. Poza tym, kto nie był? Każdy kto może, idzie na front.

– Nie rozumiesz. Nie walczyłem po waszej stronie. Pochodzę z Zachodu.

Bard ściągnął brwi, z uwagą przyjrzał się rozmówcy.

– Jesteś szpiegiem?

Robert pokręcił głową. Wydawało się, że ta myśl go rozbawiła, choć przelotny uśmiech mógł równie dobrze być grą cienia. Ognisko huczało, niespokojnym płomieniem rozdzielając mężczyzn.

– Szpieg z dzieckiem? Zapomnij.

– Dezercja? – nie dawał za wygraną David. – Uciekasz?

– Mówiłem ci już: uciekam przed wojną. Nie zdezerterowałem. Zwolniono mnie ze służby, ale nie chciałem wracać. Nie miałem po co.

– Czegoś tu nie rozumiem. Skoro nie wracałeś do domu, skąd się tutaj wziął Mark?

– Mark to sierota – wyznał mężczyzna. – Jedna z setek niewinnych ofiar naszej wojny. Rzezi, która niczemu nie służy.

David opuścił głowę.

– Czyli mamy coś wspólnego.

 

 

***

 

Zawiodłem cię, Matko. Zawiodłem wszystkie twoje dzieci: rodzone i przybrane. Zawiodłem siebie.

Kiedy Oni przybyli, my byliśmy tam już od tysiącleci. Wspomagaliśmy twoje latorośle i strzegliśmy ich przed niebezpieczeństwami. Przed nimi samymi. Ale na Przybyszów nie byliśmy gotowi. Ja nie byłem gotowy.

Pojawili się znikąd, tak samo jak kiedyś my. Wylądowali na twojej powierzchni i skalali ją okutymi butami. Oni też stracili swoją planetę, dlatego chcieli cię dla siebie. Chcieli zniewolić ludzi.

Przybysze byli słabi, Matko. Twoje Słońce nie użyczyło im swojej siły tak, jak kiedyś nam. Byli słabi, ale było ich zbyt wielu. Nie mogłem powstrzymać napierającej fali wrogości i przemocy.

Strzegliśmy ludzi tak, jak kiedyś przyrzekliśmy. Uderzyliśmy w Przybyszów z furią huraganu, siłą kamienia, chłodem wody i szaleństwem ognia. Zaatakowaliśmy ich wszystkim, co mieliśmy. To i tak było za mało.

Walczyli jak szakale: zawzięcie i do samego końca. Walczyli skutecznie.

Przegrywaliśmy, Matko. Byliśmy nieskuteczni w walce o twoje dzieci. O ich wolność. Przybysze atakowali każdego z nas grupami. Powalali i długo bili. Bili aż do śmierci. A nas było coraz mniej. Mój lud przegrywał.

Dlatego kazałem im to zrobić, Matko. Kazałem im zaatakować największe obozy Przybyszów. Pojedynczo, dwójkami – na tyle nas było stać. Tyle mogłem wymyślić. I tyle mogłem przenieść tutaj.

Na Ziemi – twojej Ziemi – została ich tylko garstka. I tylko jeden z nas. Twoje prawdziwe dziecko z naszej krwi. Mieszaniec bez potęgi.

Mój syn.

 

 

***

 

Dom wynalazcy zobaczyli z daleka. Niebo było bezchmurne, ale na wzgórzu szalały błyskawice. Trzaski i głębokie pomruki rozchodziły się po okolicy na odległość wielu mil. Świetliste węże strzelały w niebo, rozgałęziając się na tysiące odnóg. Łukami uderzały w ziemię, ślizgały się po ledwo widocznej z oddali kopule chroniącej dom.

Robert przystanął i zwrócił się do Davida:

– Jesteś pewien, że to dobry pomysł?

– Mówiłem ci, że Smiljan jest trochę… ekstrawagancki. Niemniej to mój przyjaciel. W jego domu nic nam nie grozi.

– Zdajesz sobie sprawę, że od uderzenia błyskawicy można umrzeć?

Grajek uśmiechnął się, kręcąc głową.

– Nie tutaj.

Powoli zapadający zmrok utrudniał marsz. Na szczęście im bardziej zbliżali się do posiadłości na wzgórzu, tym więcej światła dawała błyskająca konstrukcja. Były to, Robert dopiero teraz zauważył, dwie wieże. Wznosiły się na dobre sześćdziesiąt stóp, jednocześnie będąc oddalonymi o przynajmniej dwadzieścia.

Jedna z nich, bliższa domowi i stojąca niemal u zewnętrznej granicy kopuły, miała na szczycie zamocowany olbrzymi torus, z którego strzelały małe, syczące pioruny. Większe błyskawice pojawiały się znacznie rzadziej, wychodząc od zwieńczonej błyszczącą kopułą drugiej wieży. Ich blask przyćmiewał wzrok, a huk powodował dudnienie odczuwalne w każdym skrawku ciała.

Nagle, kiedy zaczęli wspinać się na wzgórze, wszystko zgasło. Wokół zapanowała ciemność rozświetlona nikłym światłem gwiazd. Na niebie nie było widać księżyca, ale Gliese dobrze sprawdzała się w jego roli.

– Zauważył nas. – Twarz Davida rozpromieniła się. – Widzisz? Jesteśmy całkiem bezpieczni.

Robert nie był do końca przekonany. Z podejrzliwością przyglądał się wieżom, jakby zaraz znów miały wystrzelić ogonami błyskawic, najeżyć się błękitnymi iskrami i spalić wędrowców na popiół. Na potwierdzenie jego obaw kopulasta wieża syknęła i rozbłysnęła łukiem pioruna. Od razu jednak zgasła, jeszcze bardziej pogłębiając panującą ciemność i ciszę.

– Wybaczcie, przyjaciele! – Nieoczekiwanie z ciemności wyłonił się postawny mężczyzna. – Wybaczcie! Nie chciałem was przestraszyć.

Jego głos brzmiał niezwykle łagodnie i radośnie, całkowicie nie przystając do wyobrażeń Roberta o człowieku, który zbudował te odstraszające konstrukcje.

– Piękne, czyż nie? – zapytał, błyskając w ciemności bielą zębów. – Przerażające i cudowne. Mów mi Smiljan – przedstawił się, wyciągając wielką dłoń. Z wąsatej twarzy spoglądały gorejące oczy wizjonera i wariata.

– Robert.

– Witaj, Davidzie! – wynalazca uściskał barda. – Dobrze wiedzieć, że nie pożarło cię nic w puszczy.

– Witaj, Smiljan – uśmiechnął się młodzik. – Dobrze wiedzieć, że nie zabił cię jeszcze żaden z twoich wynalazków.

Wielkolud odchrząknął.

– Powoli zbliżam się do tego punktu. Ale nie będziemy przecież rozprawiać na zewnątrz, bo się zimno robi. Chodźcie – poprowadził gości w górę zbocza. – Chodźcie, ogrzejecie się i coś zjemy.

 

Wnętrze domu wynalazcy, Robert mógłby przysiąc, zostało wyjęte z innej rzeczywistości. Sam środek salonu zajmowała miniatura wieży z torusem. Ta jednak nie strzelała na oślep – łuki wiły się i skręcały, odprawiając swój wężowy taniec, jednym końcem przyczepione do torusa, drugim zaś łączyły się z rozwieszonymi w pokoju kulami.

Wszędzie – na meblach, podłodze, parapetach – porozstawiane były jarzące się różnokolorowym światłem kule, cylindry i pałki. Jedne były mlecznobiałe, inne czerwone, zielone, żółte i niebieskie.

Smiljan uśmiechnął się, widząc mieszaninę zdziwienia i przerażenia na twarzy Roberta. Mężczyzna stanął w drzwiach, przyciągając do siebie syna. Mark zdawał się walczyć z ciekawością, o wiele silniejszą od strachu.

– Proszę się nie bać – rozpromienił się wynalazca, delektując się wrażeniem wywołanym przez lokum. – To całkowicie bezpieczne.

Żeby potwierdzić swoje słowa, podszedł do jednej z kul, wyciągnął rękę. Trzasnęło, łuk przeskoczył na dłoń. Między palcami zatańczyły błękitne iskierki. David roześmiał się.

– Nigdy nie przestaniesz robić przedstawienia ze swojej pracy, prawda?

– Tak rzadko mam gości… – Smiljan wystawił ręce przed siebie. Błyskawice trzaskały, przeskakując między wyciągniętymi ramionami i rozstawionymi nogami, strzelały od wieży do wynalazcy i dalej, w stronę kuli. Ciało rozjarzyło się delikatną poświatą o tysiącu kolorów. Przez długą chwilę wszyscy wpatrywali się w objawionego w pełni mocy boga błyskawic. Pięknego, szalonego i śmiertelnie niebezpiecznego.

Smiljan zrobił dwa kroki w przód, cała iluzja zniknęła.

 

 

***

 

– Podsumujmy – powiedział gospodarz, odkładając sztućce. – Uciekacie z synem na wschód, w poszukiwaniu spokojnego miejsca do zamieszkania.

– Na Gliese! – wyrwał się Mark, obgryzając kostkę kurczaka.

Wielkolud odpowiedział mu uśmiechem.

Vera, jasnooka dziewczyna, która dołączyła do nich w połowie kolacji, łagodnie zwróciła się do chłopca:

– Skąd wiesz, że tam jest bezpiecznie?

– Bo tam mieszkają bogowie! – odparł bez zastanowienia.

David spuścił wzrok i z uśmiechem pokręcił głową.

– Szukamy nowego startu. – Robert przełknął kęs pustynnej jaszczurki w sosie chrzanowym, miejscowego przysmaku. – Każde miejsce byłoby dobre, nawet to. Ale i tutaj wojna kiedyś zawita. Ludzie 0, jeśli chodzi o podbój, nie znają umiaru. Ich machina wojenna z łatwością miażdży kolejne punkty oporu, przesuwając linię frontu coraz bardziej na wschód. Parowe maszyny kroczą po trupach żołnierzy jak po szmacianych lalkach, bezlitośnie wgniatając w ziemię wszystko, co może się im sprzeciwić.

Gospodarz w zamyśleniu pokiwał głową.

– Trafili na słabszego – rzekł – i zachłysnęli się zwycięstwem. Przekonali się o swojej dominacji, więc ją wykorzystują.

Robert nie zaprzeczył.

– Ale nie martw się, każda machina wojenna kiedyś się wypala. Na każdą w końcu znajdzie się sposób.

I tym razem Robert nie skomentował, grzecznie przytakując. Wiedział jednak, że siła pchająca do walki Zachodnie Ludy nie wyczerpie się, bo w tej wojnie nie chodziło już o pieniądze czy sporne terytoria. Teraz stawką była władza absolutna: panowanie nad całym znanym światem.

– Nie mogę obiecać wam – ponownie odezwał się Smiljan – że pomogę wam dostać się na Gliese. Właściwie nie widzę sensu, żeby na nią podróżować. Ale zapewniam cię, przyjacielu, że dożyjesz swoich dni w pokoju.

– Co masz na myśli?

– Wyjaśnię ci w pracowni.

 

 

***

 

David wyszedł na ganek. Wielka ćma uporczywie stukała w rozsiewającą czerwone iskry lampę. Pustynny wiatr szumiał za szklaną kopułą, poprzecinaną nitkami stelażu.

– Przykro mi. – Vera przysunęła się, kładąc dłoń zaraz obok jego. Drgnęła, zawahała się.

– Dlaczego?

– Słyszałam o twojej rodzinie…

Długo było słychać tylko trzask żarówki i niezmordowaną ćmę. Stali w milczeniu, opierając się o balustradę.

– Naprawdę mi przykro. Nie wiem, co ja bym zrobiła… – przerwała, czując drżenie jego dłoni.

Spojrzał w jej twarz.

– Przystosowałabyś się – odpowiedział niemal bez żalu. – Nigdy nie miałaś z tym problemu.

Odwróciła się. Nie chciała patrzeć w jego oczy. Oczy zbitego, wiernego psa.

– Wiesz, że to nie tak…

Nie odpowiadał. Widział niestarannie upięte włosy, nieco za wysokie ramiona. Patrzył na nią, niepewną i zmieszaną i coś w nim pękało. Trudno było powstrzymać się od objęcia jej, uspokojenia. Mocniej chwycił barierkę, wpatrując się w ciemność za wielkim kloszem.

– David…

Nawet się nie odwrócił.

– Grasz zimnego i niedostępnego, a tak naprawdę w głębi duszy trzęsiesz się jak dziecko. Boisz się utraty, dlatego odrzucasz wszystko, co proponuje ci życie. Odrzucasz szczęście. Właśnie tego się boisz, prawda? Że jeśli będzie zbyt dobrze, to później może być już tylko gorzej.

Bard zamknął oczy. Nie chciał, żeby przypadkiem coś z nich wyczytała. Żeby mogła zobaczyć, co dzieje się w jego wnętrzu.

– Trzeba iść naprzód – rzekł, spuszczając głowę. – Nie oglądać się za siebie. To ty mi kiedyś powiedziałaś…

Urwał. Very nie było już na ganku. Wielka ćma uporczywie stukała w rozsiewającą czerwone iskry lampę.

 

 

***

 

– Widzę, że interesuje cię moja praca – Smiljan zwrócił się do Roberta, wpatrującego się w miniaturę wieży tworzącej pioruny. – To unikat na skalę światową.

– Podejrzewam – uśmiechnął się zagadnięty. – Nie widzę powodu, dla którego ktoś mógłby chcieć zbudować coś podobnego.

Oczy gospodarza zwęziły się.

– Nie widzisz, bo nie rozumiesz idei tego urządzenia. Pozwól, że ci wyjaśnię.

Wyszli na zewnątrz.

– Co widzisz?

Robert wzruszył ramionami.

– Nic nie widzę. Jest noc.

– Właśnie – oblicze wynalazcy pojaśniało. – Ciemność. A teraz wyobraź sobie przestrzeń rozświetlaną lampami. Wolną energię dla każdego, kto tylko będzie chciał z niej korzystać. Bez potrzeby używania ognia, węgla, produkcji pary. Siłę oświetlającą miasta i trakty, napędzającą mechaniczne powozy, łodzie i maszyny latające.

Smiljan uśmiechnął się do swojej wizji. Złączył ręce za plecami, podszedł do kopuły.

– Człowiek mieszkający w Knight Cross będzie mógł rozmawiać z przyjacielem w Violet Hill… Nawet w Grantestate Meadows!, bez względu na odległość i czas. Moja wieża… wiele takich wież rozsianych po świecie pozwoli na dzielenie się informacjami, dźwiękiem a nawet obrazami! Wiedzę i sztukę będzie można rozpowszechniać bez żadnych barier. Będzie mogła łączyć ludzi nawet w ich snach.

– Więc musisz się pospieszyć – wykrzywił się Robert, wyrywając Smiljana z marzeń. – W przeciwnym wypadku Grantestate, nawet Violet Hill zostaną zmiecione z powierzchni ziemi i nie będzie z kim tam rozmawiać.

– I tutaj dotykasz istotnego problemu, przyjacielu – Smiljan błysnął bielą zębów. – Ta wieża to także broń. Najpotężniejsza i najczystsza moc, jaką możesz sobie wyobrazić. Zdolna w mgnieniu oka zmienić w pył całą armię.

– Chcesz skończyć wojnę, sprzedając to którejś ze stron? – Robert nie wydawał się przekonany. Wynalazca pociągnął jakąś dźwignię. U szczytów znów zahuczały błyskawice.

– Oj, bynajmniej – odpowiedział, uśmiechając się szelmowsko. – Mam zamiar tego użyć i patrzeć, jak porządek sam się zaprowadza.

Robert spojrzał na niego jak na wariata. Oczami wyobraźni widział mocarstwa wschodu i zachodu, dziesiątkowane spadającymi z nieba promieniami.

– Pomyśl o tym, przyjacielu. – Oczy wielkoluda odbijały światło szalejących błyskawic. – Idealna równowaga.

– I ty, pan świata. Mogący zniszczyć wszystko: człowieka, armię, miasto… państwo?

– Ty widzisz człowieka stojącego za bronią – Smiljan pochylił się nad gościem – a ja mówię o czymś więcej, niż o urządzeniu. Zrobię coś, co udało się tylko bogom: zaprowadzę pokój i zniknę w cieniu.

Twarz Smiljana złagodniała.

– Terror.

– Idealna równowaga, przyjacielu – powtórzył, przeciągając słowa. – Ludzie, bez względu na narodowość, nauczą się, że kiedy bawią się z ogniem, mogą się poparzyć. Przestaną się bawić. Nastanie pokój.

Kiedy mówił w jego oczach zajaśniało coś, co kazało wierzyć w tę wizję. Mimo szaleństwa w sercu rodziła się nadzieja pozwalająca ufać, że koszmar wojny, wszystkich wojen, skończy się.

– Pewnie masz rację.

Wynalazca rozpromienił się, klepnął Roberta w ramię.

– Wiem, że mam rację. Wina?

– Z chęcią.

 

 

***

 

– Nie przyprowadziłeś Very? – zapytał Smiljan, unosząc w stronę Davida kieliszek. – Jesteście zadziwiający, wiesz?

Młodzian opadł na fotel i nalał sobie wina.

– Tych dwoje – gospodarz zwrócił się w stronę Roberta – to przypadek beznadziejny. Istne wariatkowo, mówię ci, przyjacielu.

Na pierwszy rzut oka było widać, że cieszył się z wdzięcznego słuchacza, którego znalazł w gościu. Zapalił cygaro i kontynuował:

– Gdyby zostawić ich na kilka dni samych w jednym pokoju, nie wiadomo czy by się pozabijali, czy zeszli. Choć skłaniam się w stronę zabijania.

David prychnął, po czym jednym haustem opróżnił kieliszek. Od razu sięgnął po wino.

– Coś się stało? – Robert chwycił butelkę, powstrzymując barda przed uzupełnieniem szkła. Ten zmrużył oczy, wskazując na wino.

– W porządku, ale zwolnij tempo.

– Nie jestem dzieckiem, wiem że alkohol nie rozwiązuje problemów.

– Za to sprowadza błogie zapomnienie, przyjaciele. Raczcie się, nie miejcie skrupułów dla mojej piwniczki.

David uśmiechnął się smutno, pociągając spory łyk.

– Czasami się zastanawiam – powiedział – skąd ty bierzesz cały ten entuzjazm.

Zrobił pauzę, jakby oczekując odpowiedzi. Smiljan palił cygaro, z zainteresowaniem wpatrując się w żar na końcu. David kontynuował:

– Siedzisz tutaj, otoczony śmiercionośną maszynerią, w hałasie i z tym ciągłym błyskaniem, a i tak wydajesz się bardziej zadowolony z życia, niż wszyscy wokół.

Smiljan nie odrywał wzroku od cygara.

– Daj spokój, David.

– Ja bym tu zwariował – ciągnął, upijając kolejny potężny łyk. – Użyłbym tego twojego żelastwa, skończył z wojną, wybił wrogów i przeciwników, żeby na koniec zostać cesarzem świata. Nie myślałeś kiedyś o tym?

– Gdybym pomyślał – gospodarz ani na chwilę nie stracił uśmiechu – ciebie musiałbym zabić pierwszego.

Bard roześmiał się.

– Niech ci będzie.

Cygaro powędrowało na popielniczkę, wynalazca splótł dłonie.

– Pijcie, panowie, bawcie się. Odpoczywajcie po trudach podróży. Jutro czeka nas ważny dzień.

– Jutro? – Robert zmarszczył brwi.

Smiljan uśmiechnął się zagadkowo.

– Dobranoc – pożegnał gości opuszczając salon.

Przez chwilę panowała cisza. Kiedy Robert wciąż wpatrywał się w drzwi, David uzupełnił kieliszek.

– Nie przyjdzie – wyrwał kompana z zamyślenia. – Poszedł bawić się zabawkami, których my nie jesteśmy w stanie zrozumieć.

Drzwi jednak skrzypnęły, uchyliły się delikatnie. Robert wbił w nie wzrok, czekając na odpowiedź. Zamiast Smiljana pojawiła się Vera.

– Nie śpicie? – spytała niepewnie. Wahała się, ale weszła.

– Noc młoda, wina dużo… – Bard zakołysał butelką. – Chcesz trochę?

Dziewczyna przytaknęła bez zastanowienia. David znalazł szkło, nalał.

– Zostawię was samych.

– Chcesz sprawdzić czy się pozabijamy, czy jednak zejdziemy?

Robert uśmiechnął się, widząc zdziwioną minę Very.

– Siedź, nie dam Smiljanowi satysfakcji z przeprowadzenia kolejnego eksperymentu.

– Skoro chcesz…

David przytaknął milcząco. Ukradkiem przyglądał się Verze. Dziewczyna stała przy oknie, oświetlona blaskiem Gliese i niepewnie upijała z kieliszka kolejne łyki.

– Opowiedz mi o zachodzie – zwróciła się do Roberta. – Jak jest w twoim kraju?

Mężczyzna zamyślił się. Długa chwila minęła, zanim zaczął opowieść o olbrzymich miastach ze stali i szkła, o niezliczonych fabrykach, zadymiających je z wysokich na setki stóp kominów. O zatrutej wodzie i wymierających zwierzętach. O wojskach, maszerujących przez kraj na front.

Vera usiadła obok Davida, szukając bliskości i ciepła.

Tej nocy dużo rozmawiali: o wojnie, życiu jakie mieli przed jej rozpoczęciem i nadziejach żywionych w związku z jej zakończeniem, na które się nie zanosiło. Robert perorował o żądzy władzy, która zżerała władców jego kraju, a David i Vera słuchali. Później, kiedy wino rozgrzało członki i uderzyło do głowy, bard sięgnął po lutnię i śpiewał o czasach pełnych spokoju i miłości. Po nim zaśpiewała Vera, a jej głos wlewał w serca otuchę.

W końcu zmęczenie i alkohol zmorzyły wszystkich.

 

 

***

 

Ludzie sami sobie poradzili z niedobitkami Przybyszów. Z niedowierzaniem wpatrywali się w nową planetę, karykaturalne odbicie ciebie. Krzywe zwierciadło, parodiujące twoją moc. Martwe. Puste. Przerażenie wypełniało ich serca na myśl o przyszłości bez nas. Byli sparaliżowani strachem, ale kiedy tylko się ocknęli, zaczęli walczyć o dominację. Zaczęli zabijać.

Przez długie lata zmagaliśmy się tutaj z Przybyszami aż w końcu ostatecznie ich zmiażdżyliśmy. Resztką sił, Matko. Iskrą potęgi, którą kiedyś nam podarowałaś. Iskrą, która zgasła wieki temu, odcięta od swoich źródeł.

Teraz, najpotężniejsi z potężnych, umieramy na wygnaniu. Otoczeni iluzją wszystkiego, co przyciągnęło nas do ciebie. Bez mocy, która przed poznaniem ciebie nie była nam w ogóle potrzebna. Wśród ułudy i dymu, powaleni i bezbronni. Na kolanach. Przez mgłę obserwując twoje dzieci, które zabijają się wzajemnie. Kule przeszywają ich wątłe ciała. Stalowi tytani niszczą miasta, kontynuując marsz po trupach.

Mieliśmy być ich tarczą, Matko. Mieliśmy stać w ich obronie i strzec równowagi. Jaśnieć na tle błękitnego nieba.

Powstań i jaśniej!

Powstań!

Jaśniej.

Umrzyj…

 

 

***

 

Gliese powoli dochodziła do zenitu, zakrywając swoją majestatyczną bryłą słońce. Smiljan pociągnął jedną dźwignię, drugą. Coś strzeliło. Nic więcej się nie stało.

Wynalazca uśmiechnął się.

– Poczekajcie, przyjaciele.

Wpatrywał się w wieżę. Ta, cicha i spokojna, całkiem inna od tego, co widzieli wczoraj, rozjarzyła się na czerwono. Później przeszła w purpurę, zieleń, a na koniec zabłysnęła niebieskim światłem.

Smiljan wpatrywał się w nią z rosnącym uśmiechem.

Strzeliło. Tym razem nie błyskawica, nie elektryczny pióropusz. Snop czystego błękitu bezgłośnie rozpruł niebo. Wokół niego koliście tańczyły terkoczące cichutko wyładowania. Brzmiały głucho, jakby wydobywały się zza kamiennego muru.

Dosięgnięcie Gliese zajęło promieniowi kilka sekund. Błękit stopniowo obejmował całą planetę, rozjaśniając ją i pogrążając w zimnym blasku. Światło wyciągnęło z mroku kontury kontynentów i mórz, trupią poświatą spadło na ziemię. Gliese jarzyła się coraz silniej, coraz szersza sfera obejmowała bliźniaczą planetę.

Nagle wszystko zniknęło. Promień, sfera, poświata. Gliese.

Ziemię zalały promienie słoneczne.

David i Vera wpatrywali się z niedowierzaniem. Pod Robertem ugięły się nogi. Mark z rozdziawionymi ustami obserwował wszystkich wokół. Smiljan śmiał się jak opętany.

– Udało się! – wykrzyknął. – Udało się!

Robert doskoczył do wynalazcy, chwycił go za poły płaszcza.

– Zniszczyłeś planetę!

Smiljan nie przestawał się śmiać.

– Bogowie tylko wiedzą, ilu ludzi mogło tam być!

Wyglądało na to, że wielkolud się opamiętał.

– Właśnie – wyszeptał. – Bogowie.

 

 

***

 

Byliśmy bogami.

Byliśmy.

Światło.

 

 

***

 

Wielkolud odepchnął Roberta. Ten poleciał w tył, upadł. Smiljan uskoczył w bok. W miejscu, gdzie stali jeszcze sekundę wcześniej, zajaśniała półprzezroczysta bańka. Pękła, wydając na świat człowieka.

Starzec klęczał na ziemi chwiejąc się rytmicznie. Pomarszczona, zżółknięta skóra zwisała na kościach. Resztki siwych włosów okalały błyszczącą łysinę, opadając na ramiona.

Mężczyzna stęknął, odwrócił w stronę Smiljana puste oczy. Wynalazcy wydawało się, że złowił przelotny uśmiech na jego twarzy. Zaraz potem starzec zachwiał się i padł na ziemię. Oddychał ciężko.

Mark schował się za ojcem.

– Wnieście go do środka! – krzyknęła Vera. Robert i David ruszyli w stronę nieznajomego, ale Smiljan ich uprzedził.

– Zostawcie – warknął, odgradzając starca ramionami. – Nikt go nie ruszy.

Robert i David byli jednak zdecydowani. Chwycili wynalazcę za ramiona, odciągnęli od ciała.

– Jeśli tu zostanie, umrze – powiedziała łagodnie dziewczyna, kucając przy leżącym.

Krzyknęła.

Zaalarmowani mężczyźni puścili Smiljana i rzucili się w jej stronę. W połowie drogi stanęli jak wryci, wlepiając oczy w starca.

Stał w słońcu: nagi, wyprostowany, uśmiechnięty. Jego zmarszczki zniknęły, skóra nabrała zdrowego koloru. Włosy zagęściły się, przybrały słomianą barwę. Był olbrzymi – Smiljan mógł mu sięgać najwyżej do ramienia.

Stary-młody bóg mierzył ich radosnym spojrzeniem. Oczami, które płonęły.

– Dziękuję – skłonił głowę w stronę Smiljana. – Ocaliłeś mnie. Nas wszystkich.

Smiljan odpowiedział mu uśmiechem, otrzepując się z kurzu.

– Czeka nas tu wiele pracy.

 

 

***

 

Bogowie powrócili. Osiem miesięcy zajęło im zakończenie wojny. Kiedy ludzie zobaczyli ich moc, bez protestów zgodzili się na rozejm i pokojowe negocjacje. Nie opierali się, kiedy rozbrajano ich armie. Później nadprzyrodzeni zniknęli, żeby z daleka przyglądać się latoroślom Matki Ziemi.

Smiljan nigdy nie zrealizował swojego snu o wolnej energii. Zafascynowany bogami, zniknął razem z nimi.

Robert dożył swoich dni w spokoju, osiedliwszy się niedaleko Idy, w chatce na skraju lasu. Po jego śmierci Mark wyruszył szukać przygód i nowych doświadczeń.

David i Vera nigdy więcej się nie spotkali.

 

 

 

Koniec

Komentarze

"Uprzątnięcie obozowiska nie zajęło im długo." - nie trwało długo, nie zajęło im dużo czasu. Chyba zmienialeś zdanie. i coś umknęło.
Otwarcie tekstu -- klasyka smaku. Nastrój, tajemnica, piękne przywolanie łodzi Wikingów. Zobaczymy, co będzie dalej. 
Pozdro.

Hmm... Zapowiadało się dobrze, ale chyba coś nie wypaliło.  Przede wszystkim -- nie wciąga. Nie ma klimatu. Bie ma tajemnicy... Akcja jest mdła, a właściwie --  nie ma akcji. Chyba największy błąd.
Za to npisane jest, jak zwykle, dobrze.  
Pozdrowienia.

Pozostaje mi tylko podziękować za przeczytanie. :)

Tak to jest, że trudno nieustannie wspinać się. Czasami zdarza się ześlizg...
Jak dla mnie, osłabiłeś tekst ostatnimi siedmioma wierszami. Ze szczególnym uwzględnieniem pierwszych trzech z tych siedmiu... A potem żyli długo i szczęśliwie...
Ale to nie znaczy, że totalnie źle.

Długo się zastanawiałem nad umieszczeniem tej końcówki. Zwyciężyło przekonanie, że w koncu powinienem napisać zamknięte zakończenie. Cóż, zawsze można go nie czytać (jak u Kinga w "Mrocznej wieży" :P).
Dzięki za komentarz. 

Spróbuj nie doczytać, gdy nabrałeś rozpędu... Poza tym dopiero po przeczytaniu wiadomo, że należało nie czytać. :-)

Z "Mroczną wieżą" było tak samo. Tylko tam King przestrzegał. Cóż, ciągle się uczę, a ponoć najlepiej uczyć się na własnych błędach. :)
Może kiedyś zdecyduję się wykorzystać ten tekst gdzie indziej, wtedy zmienię zakończenie i usunę feralne wersy. 

Hmmm... A mi się podobało. Jakoś idealnie mi podpasowało i do nastroju i do pogody za oknem. Może faktycznie fabuła bez jakiś większych rewelacji, ale bardzo przyzwoita. Jak to się mówi: "są historie o wydarzeniach i są historie o ludziach" i to jest zdecydowanie historia o ludziach, taka dosyć w moim typie. Akcji mało, ale to nie jest w tym przypadku wada, można przy czytaniu odpocząć. Jak dla mnie, zdecydowanie poziom trzymasz.

www.herbatkauheleny.pl

Dzięki, Suzuki. Przed publikacją czytały to trzy kobiety, wszystkie wyrazyły podobne zdanie. Może właśnie w tym tkwi szkopuł? ;)

Teksty psychologiczne to chyba ogólnie domena kobiet :) Dla facetów muszą być strzelanki, statki kosmiczne i cycki ;)

www.herbatkauheleny.pl

Nie ta kolejność, Suzuki. C, S, SK.

Pardon ;P

www.herbatkauheleny.pl

Mi też się spodobało. Zwłaszcza nieoczekiwane zakończenie. A już się zastanawiałam, który z bohaterów jest synem bogów i wyciągnie towarzyszy z tego bagna. :-)

Ale może z facetami nie jest aż tak źle? W opowiadaniu mamy aż dwóch, którzy zrezygnowali ze strzelania. No dobra, może niektórzy na rzecz statków kosmicznych… ;-)

Babska logika rządzi!

Statki kosmiczne są fajne!  ;)

Dzięki za komentarz. :)

Fajne :)

Przynoszę radość

Otagować, po wykonaniu zameldować.

Babska logika rządzi!

Powoli snuje się ta opowieść i choć cały czas miałam nadzieję, że w końcu coś się wydarzy, to kiedy się wydarzyło, nie do końca spełniło oczekiwania i muszę powiedzieć, że skończyłam lekturę nieco rozczarowana.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka