- Opowiadanie: uthModar - Świąd

Świąd

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Świąd

Zaczęło się w piątek, kiedy odeszła Ewa.

 

*

 

Michał zatapiał się w miękkie obicie fotela, patrząc tępo w ścianę i machinalnie gnąc w dłoni potargany zwitek papieru. Po dłuższej chwili wyprostował rogi kartki i rozłożył ją na stoliku.

Dość tego. Odchodzę. Nie szukaj mnie.

Oczywiście, kiedy po powrocie z pracy znalazł notatkę przyklejoną do lodówki i zorientował się, że rzeczy żony zniknęły (podobnie jak oszczędności na czarną godzinę, trzymane w starej pozytywce), pierwsze, co zrobił, to wykręcił w komórce jej numer. Nie odebrała. Nie odebrała też za drugim ani trzecim razem. Przestał maltretować przycisk zielonej słuchawki, gdy ilość wybieranych połączeń niebezpiecznie zbliżyła się do trzycyfrowej granicy.

 

Był prawie pewien, że to koniec. Nie oszukiwał się, że ze względu na te kilka wspólnie przeżytych lat, które w najlepszym wypadku można było określić „takimi sobie", Ewę najdzie szczera skrucha i lada moment stanie zapłakana pod drzwiami, prosząc o wybaczenie. Michał nie był zły, nie był zaskoczony takim obrotem wydarzeń, był po prostu rozczarowany, że wszystko potoczyło się tak szybko. Za szybko. Jak chłopiec w lunaparku, który liczył na długą przejażdżkę diabelskim młynem, a koło obróciło się ledwo dwa razy i w międzyczasie ktoś opędzlował mu portfel z kieszonkowym.

 

Fotel dawał względne poczucie bezpieczeństwa. Lubił siadać w nim w wolnym czasie i zagłębiać się w lekturę, podczas kiedy Ewa kręciła się po mieszkaniu albo przyrządzała posiłki. W fotelu wszystko było takie zwyczajne – zwyczajny relaks, zwyczajne popołudnia, zwyczajne małżeństwo. Gdy opuszczał wygodne siedzisko, ponura rzeczywistość wracała ze zdwojoną siłą. Zdawkowa wymiana uprzejmości („Jak ci minął dzień? Dobrze, a tobie? Też dobrze. Cieszę się"), krępująca cisza, unikanie spojrzeń, czasem pozbawiony namiętności seks. Na wyściełanym tronie mógł przesiadywać całymi godzinami, ba, najchętniej w ogóle by się z niego nie podnosił. Tam nie dosięgały go odłamki sypiącego się sufitu, nie słyszał pękania fundamentów, nie zwracał uwagi na grzyba lęgnącego się na ścianie. To był teren eksterytorialny, niepodlegający ruinie, w jaką stopniowo zamieniał się ich związek.

 

Teraz w fotelu było inaczej. Michał wbijał spojrzenie w rządek równych liter, starannie nakreślony ręką żony, i coś nie dawało mu spokoju. Nie bolące serce, nie zraniona duma, coś dużo bardziej przyziemnego, coś irytująco fizycznego…

Ocknął się i dostrzegł, że od dłuższego czasu nieświadomie drapie się po prawej ręce. W zgięciu łokciowym powstała zaczerwieniona plamka. Musiał się drapać, odkąd przestał wydzwaniać do Ewy i postanowił przemyśleć sprawę na spokojnie, pozbierać myśli w bezpiecznej przystani. Dotąd coś zakłócało proces analizy, wytrącało z rytmu pracujące neurony aż tu proszę, wreszcie znalazł się winowajca. Nie mógł wziąć się w garść, bo całą uwagę absorbowało swędzące ramię. Niby błahostka, ale…

Próbował to powstrzymać, ale drapał się jeszcze dobre kilkanaście sekund. Dopiero później wstał z miejsca i ruszył do łazienki, gdzie obmył rękę zimną wodą.

– Gdzie mogła pójść? – zastanawiał się na głos, ścierając wilgoć. – Jej rodzice nie żyją, moich nie znosi, koleżanki… Czy ona ma w ogóle jakieś koleżanki? – spytał swojego odbicia w lustrze, które cmoknęło wargami i przybrało skupioną minę. – Myśl, myśl, myśl, myśl, myśl, myśl…

*szur* *szur* *szur* *szur* *szur* *szur*

Chropowata powierzchnia ręcznika boleśnie drażniła skórę. Mężczyzna szorował ramię jak automat, któremu zaprogramowano funkcję „przód-tył" i dwukrotnie podkręcono obroty.

– Co jest?! – Rzucił ręcznik na posadzkę, jakby palił żywym ogniem. – Jezu.

Zaczerwienione ramię swędziało jak diabli. Oparł się o umywalkę i wygwizdał fałszywie refren piosenki, która niedawno wpadła mu w ucho. Wszystko, byle przestać myśleć o drapaniu.

– Pieprzone uczulenie. Pełno pyłków w powietrzu.

Nie był do końca przekonany, czy w środku zimy latają po dworze jakieś alergeny, ale żadne inne tłumaczenie nie przychodziło mu do głowy.

*

 

*szur* szur* *szur* *szur* *szur* *szur*

Obudził go ten denerwujący dźwięk. Zanim zasnął, obwiązał ramię bandażem, by uniemożliwić realizację kuszącej wizji ulżenia sobie w cierpieniu. Pomysł nie był najwyraźniej wcale taki dobry – strzępy rozdartego materiału walały się po całym łóżku, a paznokcie raniły skórę na podobieństwo brony przebijającej się przez twardą glebę.

Zapalił lampkę. Pod paznokciami zalegały drobinki startego naskórka. Prawie ramię, już nie tyko w zgięciu łokciowym, naznaczone było czerwonymi smugami. A pod rozdrapaną warstwą…

– Kurwa, jak swęęęęędzi! – zajęczał i kurczowo chwycił się za rękę. Zagryzając zęby, walczył z narastającą chęcią zrzucenia prześcieradła i szaleńczego ocierania się o chropowatą powierzchnię łóżka.

Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.

Oddychał głęboko i wyobrażał sobie, że dryfuje łódką po łagodnej toni jeziora. Metodę tę podpatrzył w telewizji, u mnichów uczących medytacji – podobno doskonale pozwalała się uspokoić. Nie był mnichem, nie umiał żeglować, może dlatego w jego przypadku cudowna technika jakoś specjalnie się nie sprawdzała. Męczył się wizjami iluzorycznego rejsu i zaciskał dłoń na prawym przedramieniu, jakby chronił drogocenny skarb. Zasnął dopiero nad ranem.

Był tak wykończony, że nie rejestrował nawet nieregularnego *szur* *szur*, rozlegającego się tuż przy jego uchu.

*

 

Gdy otworzył oczy w sobotnie popołudnie, prawie go zemdliło. Na pościeli zalegały warstwy złuszczonego naskórka, a jego własna ręka niewiele różniła się od kończyny dotkniętej pierwszą fazą trądu. Krople ropy przypominałyby zwykłe przebarwienia z tłuszczu, powstałe w trakcie niedbałego jedzenia obfitego posiłku, gdyby nie czerwona posoka, z którą się łączyły. Mieszanka płynów ustrojowych pokrywała ramię od nadgarstka aż do barku i była odpychającym następstwem gwałtownego pocierania.

Michał chciał krzyknąć, ale zamiast tego jak zahipnotyzowany przejechał palcem po zaropiałym przedramieniu.

– Co za… – Mocno wbił paznokieć w ledwo zagojoną ranę i oderwał cienką warstewkę tworzącego się strupa. Zanim żółtawa ciecz zdążyła pokryć skaleczenie, udało mu się kilkakrotnie zadrapać paznokciami jasnoróżową skórę. Ból był przejmujący.

Zorientowawszy się, co robi, wyskoczył z łóżka i pędem pobiegł do łazienki. Włożył rękę pod strumień zimnej wody. Wolną dłonią zrzucał z szafek toaletowe akcesoria. Dezodorant, pasta do zębów, woda kolońska…

– Jest!

Maszynka do golenia lepsze dni miała już dawno za sobą. Michał swego czasu cieszył się, że obalił twierdzenie widniejące na opakowaniu – „Do jednorazowego użytku". Golił się nią prawie trzy miesiące, aż zielony pasek nawilżający stał się tylko wspomnieniem. Przetarta, biała linia („pasek z aloesem i witaminą E") i dwa pordzewiałe ostrza („lepszy komfort golenia") od tygodnia skutecznie zachęcały go do zapuszczania modnej bródki. Teraz jednak musiały wystarczyć.

Włosy. Włoski rosnące na ramieniu. Małe cebulki, osadzone pod skórą, nieustannie podrażniały źródło swędzenia… Cienkie końcówki, ocierając się jedne o drugie, łaskotały powierzchnię ręki przy każdym najmniejszym poruszeniu… Tutaj tkwił problem. Na pewno.

 

Przy pierwszym pociągnięciu odpadła większość strupów. Obmył ostrze i powtórzył ruch. Na odrapanej kończynie znowu pojawiły się czerwone strużki i ropne wykwity. Nie zwracał na nie uwagi. Dokładnie przejeżdżał po całej zewnętrznej części przedramienia, czyszcząc skórę z włosów i skrzepów krwi. Dla pewności potraktował maszynką także biceps, chociaż nie przypominał sobie, by z niego również coś wyrastało.

Był niecierpliwy. Rdzawe ostrza, prowadzone zbyt szybko i zbyt łapczywie, pozostawiały za sobą krwawe ślady – wysepki płynnej czerwieni na morzu zadrapań i żółci. Za wszelką cenę chciał pozbyć się nieprzyjemnego swędzenia, które przejmowało kontrolę nad całym organizmem, zakuwało umysł w kajdany nerwowego tiku. Myślami nie mógł wybiegać poza obszary odpowiedzialne za błyskawiczne sprawienie ulgi, nie mógł wybiegać do…

– Ewaaa! – Krzyk bólu zlał się z imieniem żony, kiedy agresywnym pociągnięciem zdarł ostatnią warstwę strupów. Podstawił okaleczone ramię pod strumień wody, obmywając je z resztek naskórka i ogolonych włosów, które przywarły do lepkiej mazi. Podrażnione gruczoły wypluwały płyny w takim tempie, jakby chciały zasklepić je i utworzyć woskowy pancerz, odcinając tym sposobem świat zewnętrzny od szaleńczych prób wydrapania mięsa do kości.

Michał dygotał z obrzydzenia. Domyślał się, że zachowuje się irracjonalnie, że najlepiej będzie zarzucić coś na siebie i pobiec do dermatologa, do szpitala. W dwadzieścia minut będzie na miejscu, lekarz go zbada, wetrze jakiś balsam, przepisze leki…

– Przecież to, kurwa, nic takiego! – Głos Rozsądku szybko został zagłuszony przez Głos Faceta, Którego Żona Uciekła z Domu, Zabierając Pieniądze Ze Starej Pozytywki. – Zaraz przestanie swędzieć…

Nie przestało.

*

 

Obcinanie było bez sensu. Do tego wniosku doszedł, kiedy odkładał cążki na półkę i spłukiwał fragmenty paznokci w zlewie.

– Będę po prostu mocniej dociskał. – Przygryzł wargę, bo na samą myśl o przejechaniu czymś twardym po okaleczonej skórze dostawał dreszczy.

Spojrzał na opuszki palców. Zobaczył nierówności na świeżo poobcinanych paznokciach i wyobraził sobie, jak te mikroskopijne krzywizny przecinają gojące się rany, jak dotykają najwrażliwszych części ciała… Ile przyjemności zaznałby w przeciągu kilku chwil, wystarczyło przecież tylko dotknąć…

– Nie! – Uderzył pięścią w umywalkę. Dyszał niczym spanikowany gryzoń, otoczony zewsząd drapieżnikami. Gdy dostrzegł leżące na ziemi pudełko wykałaczek, objawiło mu się ono jako ostatnia szansa na zmylenie pościgu.

Wilk, który wpadł w sidła kłusownika, jest w stanie odgryźć sobie nogę, żeby uciec.

Na szczęście pamiętał, gdzie odłożył zestaw do majsterkowania – nietrafiony prezent na święta. Wreszcie zrobi pożytek z tych obrzydliwie zielonych obcęgów.

Bolało tylko przy podważaniu pierwszego paznokcia.

*

 

Siedział w fotelu, postukując stopami w podłogę. Ciszę przerywało jedynie tykanie ściennego zegara. Wpatrywał się w okrągłą tarczę i odliczał.

Czterdzieści dwa, czterdzieści trzy, czterdzieści cztery…

Przebierał stopami w dziwacznym tańcu, dając pokaz amatorskiego, ale bardzo żywiołowego stepowania. Opuszki palców, każdy szczelnie oklejony plastrem, gładziły srebrny uchwyt widelca.

Czterdzieści osiem, czterdzieści dziewięć, pięćdziesiąt…

Góra, dół, prawo, lewo, podskok, góra, dół. Pantofel ledwo wytrzymywał szaleńcze tempo. Widelec w dłoni kiwał się jak wahadełko hipnotyzera.

Pięćdziesiąt siedem, pięćdziesiąt osiem, pięćdziesiąt dziewięć…

Aluminiowe zęby rozorały skórę w tym samym momencie, kiedy duża wskazówka odliczyła kolejną minutę. Mężczyzna wydał z siebie jęk bólu, przemieszany z prymitywnym, zwierzęcym westchnieniem spełnienia.

– Dłużej nie dam rady, nie wytrzymam, to dobry wynik… – przekonywał sam siebie, zagłębiając się coraz bardziej w delikatne mięso. W kącikach oczu pojawiły się łzy.

– Swędzi, swędzi, swędzi, ale swędzi! – Ząbki widelca zgarniały złuszczony naskórek jak grabie ogrodnika, porządkujące ogródek z zeschłych liści.

Prawe ramię było jedną wielką, nieustannie krwawiącą raną. Tam, gdzie jeszcze niedawno biel skóry kontrastowała z ciemnymi pasemkami włosów, znajdował się obrzydliwy skrzep, spod którego, z każdym pociągnięciem ostrego ząbka, wypływała cuchnąca ropa i brudnoczerwona posoka. Wszystkie komórki ciała, budujące jego prawicę, domagały się drapania, tarcia, podrażnienia. Robił to, celebrując najdrobniejszą sekundę ulgi. Niestety nie miał czasu dłużej cieszyć się błogością, gdyż odzywały się kolejne obszary, pragnące znaleźć ukojenie od nieznośnego, irytującego, doprowadzającego do szaleństwa uczucia.

Dlatego, chcąc definitywnie przerwać ten zamknięty krąg, postanowił wypalić rany.

*

 

W dłoni, zabezpieczonej kuchenną rękawicą, trzymał metalową chochlę. Sztuciec opiekał w płomieniu palnika. Nawet przez gruby materiał czuł, że rączka jest strasznie nagrzana. Przełknął ślinę na myśl o gorącu, jakie wytworzyło się po drugiej stronie.

Wiedział, że to będzie bolało. Wiedział również, że będzie skuteczne. Oglądanie programów przyrodniczych naprawdę ma walory edukacyjne. Żar wypali nieznośny świąd i dodatkowo zasklepi rany. Wytrzymać kilka chwil i będzie po wszystkim, męczarnia wreszcie się skończy…

Wolał zrobić to w bezpiecznym miejscu. Rozsiadł się w swoim ukochanym fotelu, trzymając przed sobą rozgrzaną chochlę. Król Relaks i jego berło.

Tandetny plastikowy zegar, pamiętający jeszcze czasy transformacji ustrojowej, wybijał kolejne sekundy.

Tik-tak, tik-tak, tik-tak

Wytrzymać pięć sekund, pięć sekund. Raz, dwa…

Tik

Zanim stracił przytomność, ukruszył sobie dwa zęby, zaciskając szczękę na kneblu zrobionym ze skarpetki.

*

 

Zamrugał. Musiał chwilę odczekać, zanim odzyskał ostrość widzenia. W mieszkaniu śmierdziało przypalonym mięsem. Spojrzał na rękę. Po chwili śmierdziało także wymiocinami.

 

W zgięciu łokciowym widniała czarna plama, upstrzona kraterami, z których wolno sączyła się szarobrązowa maź. Nigdy nie widział czegoś podobnego – ani na obrazkach w podręcznikach biologii, ani w programach dokumentalnych, ani na różnych paskudnych stronach w Internecie. Spopielona powierzchnia przypominała łuski jakiegoś wymarłego gatunku czarnego gada. Pomarszczona skóra nachodziła na siebie jak blaszki albo ogniwa zbroi, tworząc zrogowaciałą siatkę obrzydliwego pancerzyka. Ropne wypryski kurczyły się i poruszały, pompując na wierzch cuchnącą wydzielinę, równie dobrze mogącą być zakażoną ropą jak i dziwacznym śluzem, którego żadną siłą rzeczy nie dane było wyprodukować ludzkim gruczołom. Wydzielina spływała wzdłuż ramienia, pokrywając zmaltretowaną skórę obślizgłą posoką. Zaczerwienione plamy, podskórne wyżłobienia, wydrapane pręgi i poobrywane kawałki naskórka zdobiły całą powierzchnię ręki, upodabniając ją bardziej do kończyny filmowego zombie niż człowieka.

Ale nie to było najgorsze.

 

Świąd nie odszedł. Po prostu na kilka minut odsunął się w cień i pozwolił umysłowi pławić się w przerażaniu. Nowe doznanie było intensywne, ale nie na tyle, by przyćmić sprawcę całego zamieszania. A sprawca lubił powroty w wielkim stylu.

Ciało Michała wygięło się w łuk. Chciał krzyczeć, ale tylko wytrzeszczał oczy i poruszał ustami jak wyciągnięta na brzeg ryba. Pragnienie rozdrapania ręki w drobny mak było silniejsze niż wszystko, czego doświadczył w życiu. Zaczął trzeć ramię o szorstki dywan, wijąc się na ziemi i uderzając głową o podłogę w mimowolnych skurczach. Ropne wrzody pękały jak przebijane pęcherzyki bąbelkowej folii. Już przy pierwszym rozprysku poczuł smród zgnilizny i w drobnym przebłysku świadomości zdążył zarejestrować, że tak muszą cuchnąć wystawione na słońce gnijące zwłoki, na których ucztują cmentarne ścierwojady.

 

Nie mógł poruszać palcami prawej ręki. Kończyna była bezużyteczna, służyła tylko i wyłącznie do dręczenia go przejmującym swędzeniem, narastającym z każdym przekłutym wypryskiem, z każdym otarciem o cudowną szorstkość. Płakał z bezsilności, tarzając się w plamach krwi i ropy.

Wolno poczołgał się w stronę kuchni. Zostawiał za sobą wyraźny ślad, jak wyjątkowo dorodny ślimak. Gubił płaty skóry, aż światło dnia ujrzały mięśnie i ścięgna. Naczynia krwionośne tworzyły plugawą sieć, otulającą zepsute mięso. Żyły pompowały zatrutą krew, wyznaczając fioletowy szlak wśród ognisk gangreny. Szkielet ręki kruszył się, nie wytrzymując naporu podtrzymującego się na nim ciała.

Umierał. Ale to za mało, by powstrzymać żądzę.

*

 

Wiecznością wydał mu się czas, kiedy podnosił się z klęczek, podpierając zdrową dłonią o kuchenny blat. Chyba jeszcze dłużej podłączał urządzenie do prądu. Drżącymi palcami pozbył się osłon zabezpieczających, walcząc z wycieńczeniem i mdłościami. Trupia ręka wisiała wzdłuż tułowia jak rażona piorunem gałąź.

Kupił ją dla Ewy. Oboje cenili praktyczne prezenty. Skoro odeszła, nie obrazi się, że z niej skorzysta, nawet jeśli po wszystkim będzie do wyrzucenia.

Wiedziony niezdrową ciekawością ostatni raz rzucił okiem na ramię. Od razu pożałował. Z czyraków wystawały mięsiste, białe główki. Robaki przebijały się przez skórę na podobieństwo przebiśniegów pokonujących białą warstwę puchu. Drążyły tunele wśród nerwów, ślizgały po tafli żółci. Zżerały go od środka. Zwymiotował i szybko włożył do ust mokrą szmatkę.

Jedyne, co mu pozostało, to ulżyć sobie w cierpieniu.

 

Nie zastanawiał się długo. Włączył przycisk, zacisnął zęby na prowizorycznym kneblu i wepchnął obumarłą rękę w otwór na mięso. Szatkownica z łatwością przebiła się przez próchniejące kości.

*

 

Ewa długo stała pod drzwiami, trzymając dłoń na klamce. Serce kołatało jej jak szalone.

Przeprosi za liścik i może nie będzie tak źle. Wytłumaczy się, obieca, że to nigdy więcej się nie powtórzy. Zwróci pieniądze z pozytywki. Nie wydała dużo, ledwo dwie noce w hotelu.

Mogła odejść, ale dokąd? Co by jej to dało? Nie miała za co żyć, nigdy nie pracowała, z rodziną, która jej została, dawno straciła kontakt. Michał w gruncie rzeczy nie był taki straszny.

 

Nie cierpiała go, to prawda. Nie znosiła chłodu w jego oczach, obojętności, jaką bezceremonialnie manifestował, siedząc w tym durnym fotelu i popijając piwo nad Przeglądem Sportowym. Gardziła jego wyniosłością, która brała się tylko i wyłącznie z tego, że obejrzał do końca kilka programów popularnonaukowych, kiedy ona była zajęta pracą w kuchni. Irytował fakt, że traktuje ją jak element wystroju wnętrza, chodzący gadżet do gotowania i sprzątania.

 

Codziennie prosiła Boga o to, żeby mąż się zmienił. Czasem do modlitw zakradało się nieśmiało życzenie kary. Wszechmocny z podobnym zaangażowaniem zdawał się ignorować obie prośby.

Było źle, ale miała za to gdzie spać i co jeść, nawet za cenę… za cenę…

 

Zanim wpadła w panikę, przypomniała sobie, co zawsze powtarzała matka, tuląc ją do siebie i wysłuchując, jak zwierza się z małżeńskich problemów.

„Mąż musi czasem uderzyć, Ewciu, grunt, żeby było co do garnka włożyć. Chłopy już tak mają, że czasem…"

Wzięła głęboki oddech i nacisnęła klamkę.

„… czasem swędzi ich ręka".

 

Koniec

Komentarze

Strasznie mi się podobało! Body horror nie jest zbyt popularny i często miernie się prezzentuje, ale to naprawde było pryzjemne ;>.

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

*przyjemne oczywiście.piątkuje z obleśnym uśmiechem

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

Dziękować, cieszę się, że opko przypadło do gustu. Siostra nie miała tyle nerwów, by doczytać do końca ;P

Heh. Ja jestem zwolennikiem francuskiego gore, więc ;>,ciiii.

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

Bardzo dobry tekst i niezły warsztat. Podrzucam moje 5

O.o. O świecie jedyny, mam o wiele zbyt plastyczną wyobraźnię, jeśli chodzi o takie rzeczy, więc... w pewnym momencie przerwałam, a dalej przeleciałam tylko tekst wzrokiem, żeby się upewnić, co też on jeszcze z tą ręką zrobi... I doczytałam ostatni kawałek, bo wpadło mi w oko imię "Ewa", zatem poznałam i konkluzję. Świetne!

(Arrrgh. Trzeba było na początku ostrzec, że to nie dla osób o słabych nerwach... Dreszcz, dreszcz...)

(To był komplement. Jak coś wzbudza tak silne emocje, to po prostu musi być dobre. ; ]).

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

jahusz i joseheim, dziękuję za komentarze. Racja, mogłem w sumie ostrzec w tytule, że tekst nie dla każdego (może wtedy nawet więcej osób by po niego sięgnęło ;P), ale niestety już minął czas na edycję.

Łomatko. Ja nawet nie wiem, co napisać.

www.herbatkauheleny.pl

Może coś w stylu: "podoba się" lub "nie podoba się"? ;)

Na pewno jestem pod wrażeniem :)

www.herbatkauheleny.pl

Witaj!

Wspaniałe! Wręcz widowiskowe, o ile można użyć takiego sformułowania w odniesieniu do słowa pisanego. Bardzo mi się podobało. Może jestem poryty, ale z każdym zdaniem miałem na twarzy coraz szerszy uśmiech i tylko modliłem się, żebyś nie zawalił końcówki. =)

Pozdrawiam
Naviedzony

Serdecznie dziękuję! Obawiałem się, czy na portalu znajdą się miłośnicy takiej makabry (co prawda teksty Fasolettiego cieszą się powodzeniem, ale to może dlatego, że wplata do nich specyficzny humor) i cieszę się, że wątpliwości zostały rozwiane :)

Bardzo dobry tekst. Czytałam już podobne nawet na tym portalu, ale nagle nie umiem sobie żadnego przypomnieć. Z wrażenia. Jak ktoś umie pisać, to interesująco napisze nawet regulamin usług telekomunikacyjnych :-) Ty zdecydowanie umiesz. 

Świetny tekst! Taki... mięsisty, mniam ;>
Tylko tak się zastanawiam - on nie powinien się szybko wykrwawić mając tak rozoraną rękę? Wprawdzie piszesz pod koniec, że umierał, ale czy wytrzymałby tak długo? Zgaduję, że powinien mieć uszkodzone tętnice, żyły... Ale to tak gdybam tylko ;P


Cholera, swędzi mnie ręka...

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

Aż mnie swędzi, żeby wstawić piątkę... Paskudnie Ci to wyszło - i potraktuj te słowa jako komplement :P A tak na marginesie - myślałem, że w porę spróbuje sobie uciąć kończynę...

Świetne opowiadanie! I to zakończenie! Na mojej twarzy od razu pojawił się popularny "banan" :)

Dzięki wszystkim za przychylne opinie! :)

Czytałem niedawno coś podobnego – “Infekcja”, niejakiego Scotta Siglera. I była całkiem spoko.

Ale to opowiadanie jest znacznie, znacznie lepsze. 6 /6

And one day, the dream shall lead the way

Dzięki za ocenę i dzięki za odświeżenie opowiadania. Polecam się na przyszłość :)

Przeczytałam do końca. Nie wiem jak, nie wiem dlaczego, ale przeczytałam, nie mogąc się oderwać od ekranu.

O Jeżu… ledwo doczytałam do końca ;___; W pozytywnym znaczeniu tego słowa, oczywiście. Cóż, muszę przyznać, że trochę mi niedobrze. Trochę bardzo.

Zastanawia mnie, skąd wziął się pomysł na to opowiadanie :D I czy masz jakieś doświadczenie w sprawie niemiłosiernie swędzącej ręki, że tak ze szczegółami wszystko wypisałeś :)

Kurczę, mnie też swędzi ręka… ;___;

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

@Mela, pomysł jak pomysł, w chorej głowie rodzą się różne chore rzeczy :) Ale owszem, w dzieciństwie miewałem napady uczulenia prawej ręki, oczywiście nie tak spektakularne jak opisane powyżej – uznałem, że to bardzo wdzięczny temat na opowiadanie.

Jak swędzi to trzeba drapać! :>

Pamiętam ten tekst do dzisiaj i drżę – taką dobrą robotę wykonałeś ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

UthModarze, to jest plastycznie paskudne, ohydnie niesmaczne, obrzydliwie sugestywne… Dobrze, że nie mam słabego żołądka! I co ważne, końcówka dramatycznie wykręca czytelniczą percepcję głównego bohatera, niby znerwicowaną ofiarę, a jednak… Od niechcenia, kilkoma zdaniami podrapałeś swędzący temat poważnego zjawiska, zbrodni i kary, milczącej akceptacji jeszcze obrzydliwszego stanu rzeczy… I tylko za imię głównego bohatera się boczę. ;-) Parszywość i ropa, dosłownie i metaforycznie.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ohydne, obrzydliwe, wstrętne. A jakby wymienionych zalet było mało, to jeszcze dodam, że to naprawdę mocny tekst z gatunku tych, które pamięta się jeszcze długo po przeczytaniu. Naprawdę mocarne.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Kłaniam się nisko i dziękuję za miłe słowa, Panowie :)

Obrzydliwe. Fakt, rodzi na tyle barwne obrazy, że trudno będzie zapomnieć.

Też się zastanawiałam, ile organizm wytrzyma i kiedy się wykrwawi.

Babska logika rządzi!

O matko, ależ nieestetyczne i osobliwe opowiadanie! Ale cóż z tego, skoro zafascynowało i musiałam przeczytać do końca. ;)  

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

XD

Tak obrzydliwego tekstu chyba tu jeszcze nie czytałem… mistrzu! XD

A tak na serio, to napisane bardzo sprawnie, a konkluzja intrygująca. Na swój sposób podobało mi się.

Ciekawe, czy historia skończyła się happy endem i Ewka została z okaleczonym, choć wreszcie spokojnym Michałem ;D

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Fajne :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka