- Opowiadanie: agatakasiak - Bitwa na Wilczym Polu

Bitwa na Wilczym Polu

Opowiadanie może być alternatywnym początkiem "Baśni o wilczej dolinie".  Waham się, czy nie byłby lepszym. Jeśli ktoś mógłby się wypowiedzieć, będę wdzięczna.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Bitwa na Wilczym Polu

Mgła wstająca znad równiny wolno odsłoniła wojska przybyłe z odsieczą zamkowi.

Pogardliwy grymas zagościł na obliczu obserwującego je młodego palatyna, szacującego bezładne i koślawe szyki wroga.

– Zaspali widno – mruknął Biezdar, druh jego i dowódca izbickich chorągwi, stojących już równiutko na prawym skrzydle.

– Łajzy. – Palatyn Pomir splunął przeżuwanym owsianym zaczynem, czując wzbierającą w ciele twórczą nienawiść.

– Sulejman skryty za Mogiłą, na wysokim wzgórzu – rzucił Biezdar. – Nie poprowadzi swoich. Toligniewowi łatwo będzie go oflankować z lewego od tamy.

Pomir zmrużył oczy, wpatrując się uważniej w linię pagórka za stanowiskiem nowego sułtana. Spodziewał się tam kogoś najwyraźniej.

– Zbyt łatwy byłby to kąsek dla naszych – pomyślał głośno. – Toligniew tkwić ma przy obronie tamy. Dopóki nie widzę duszanieckiego księcia, niczego nie zmieniamy.

Tu zaklął na myśl o młokosie, który choć lalkowaty i powszechnie wykpiwany jako kochanek i faworyt starego sułtana, był jedynym dowódcą spośród wrogów, z którym liczył się teraz palatyn.

Biezdar milczał nieswój, jak za każdym razem, kiedy czarni rycerze znikali im z widoku.

O duszanieckich panach mówiono, że to wilkołaki. Niejeden raz, gdy Biezdar w zwiad chodził, zastawał ich puste leża. Schowany ekwipunek, spętane w lesie konie, nie bez powodu ponoć od źrebiąt hodowane specjalnie z wilkami, i żywej duszy wkoło. Tak znikać potrafili, zwłaszcza przy okrągłym księżycu. A tylko zewsząd słychać było stąpanie i warczenie takich bestii, jakieś posapywania wkoło. O północy zaś wycie, z licznych wilczych gardeł dobywane, na dźwięk który to każdy czmychał, nie zabrawszy ani jednego znalezionego ogłowia spośród porzuconego ekwipunku, choćby i złotem świeciło.

– Czarni rycerze zjawią się, tegom pewny – mruknął palatyn. – Ale czy uderzą? Sulejman wodzi kawalerią to w prawo, to na lewo, widać niepewny sojuszu ojcowego faworyta. – Tu znów wytężył wzrok, patrząc w stronę wzgórz za sulejmanowym sztandarem. – Młody sułtan nie wie, czy zasłonić się, czy liczyć może na kogoś w odwodzie. Księcia wygląda. Jeśli doczeka się, stamtąd ów nadejdzie. Jak znam młodego, chrapkę ma na naszą tamę.

Biezdar pokiwał na to głową, obserwując przeciwległe wzgórze. Jeśli sprzymierzeni z Nadalią rycerze dusznieccy podejść by tam mieli, stanowiliby sulejmanowe plecy i poważnie zagrażali tamie.

Palatyn cmoknął, żując owies. Z zębów wydłubał łuseczkę.

– Sulejman nienawidził ojcowego gacha – dumał. – Co, jeśli młody…?

– Co? – Biezdar domagał się dalszego ciągu po dłuższej przerwie w słowach druha.

– Co, jeśli ma go w swojej gładkiej dupie?

Tu palatyn parsknął, a przyjaciel skrzywił się mimowolnie.

– Toligniew nie opuści pozycji, choćby z nas pasy darto – Pomir opanował wesołość. – A i ja nie oddam starego koryta Mogiły, nawet gdyby sam król mi nakazał. Nie teraz, kiedy mogę skończyć tę zaplutą wojnę.

Rzeczywiście, batalia trwała już tak długo, że niejeden koń zestarzał się w jej trakcie. Zaczęło się przed dziesięciu laty, kiedy po tajemniczej śmierci swej siostry, król Strzedziwój wypowiedział wojnę szwagrowi, butnemu księciu Czciradowi z Duszańca. Powiadano bowiem o nim, że w wilka zmienia się o księżycowej pełni, że nad zwłokami żony został znaleziony jednej takiej nocy z twarzą jeszcze unurzaną w jej krwi. Król chciał wypędzeniem go i odebraniem mu ziem zyskać szacunek poddanych. Książę poprosił jednak o pomoc sąsiedniego sułtana Mehmeda i próba wchłonięcia małego państewka okazała się dla królestwa wieloletnią wojną z Nadalią, równą sobie monarchią.

Palatyn zdobył przed dwoma laty siedzibę sułtana, odtąd wojna chylić miała się ku końcowi. Do tego Czcirad przepadł jednej księżycowej pełni, i ostatecznie sułtan został sam. Resztką sił schronił się w Duszańcu, starodawnej twierdzy – ostatniej niezdobytej, a ważniejszej warowni, która nie przeszła na stronę Pomira. Naturalne walory twierdzy położonej na skale, obmywanej przez rzekę, czyniły ją w istocie nie do zdobycia.

Oblężenie trwało prawie rok. Od strony lądu mury twierdzy były nie do podejścia dla taranów, choćby przez potężne ławy, czyniące obwarowania nad wyraz szerokimi u nasady. Od strony zaś rzeki, Mogiłą zwanej, wzbijały się strome skały, dodatkowo chronione rwącym nurtem. Pomir obwarował się pod zamkiem, bo wiedział, że na dłużej tu zabawi. Kazał zbudować umocnienia zewnętrzne, całkowicie odcinając wroga od pomocy świata. Potem powziął zamiar, by zmienić rzeczne koryto. Prace trwały od jesieni, przerwane zimą, potem wiosenną powodzią, jakiej jeszcze twierdza nie widziała. Ale na początku lata dzieło zostało ukończone, powstała tama, puszczająca rzekę na dalszy od warowni tor. Koryto pod skałą zamku wyschło, a wtedy Pomir usypać kazał rampę. Nią wjechał taran, stopniowo podkopując skałę, potem burząc mury. Dni twierdzy były policzone.

Najdłużej broniła się prastara świątynia umieszczona kiedyś w słupie zamkowym, pod którą Pomir zatknął największe hulajgrody. Wjechały po rampie z gruzów jej własnych murów, a ci, którzy nie zostali wzięci przez wroga bądź też nie zginęli, modlili się w świątyni, odejmując od ust pożywienie swym świątynnym bogom, i licząc na ile go jeszcze zostało. Walki zamarły. Wszyscy czekali na poddanie się Mehmeda i resztek rycerzy, co było kwestią niedługiego czasu. Jednak wtedy, studziennym szybem, mającym potajemne wyjścia pomiędzy skałami, zbiegł młody książę, syn Czcirada i zdołał przebić się po pomoc. Wojowie przysięgali, że przez obóz mysz by się nie przecisnęła, że wilka jedynie widzieli… Że przegonili go. Nie jeden to był przecież, wszak duszanieckie ziemie przez wieki roiły się od wilków.

W Nadalii tymczasem władze samozwańczo przejął najstarszy z synów Mehmeda, Sulejman. Odbudował armię z młodych, mało doświadczonych rycerzy, zhołdowanych niedawno jeszcze przez Pomira. Książę zaś, nie wiedzieć jakim sposobem, dołączył doń z czarnymi chorągwiami, które jakimś sposobem zdołał odbudować. Mówiono nawet, że poznano pośród wojów tych samych, których Pomir zamknął w duszanieckiej twierdzy. Jak jednak odzyskali wolność, nikt nie pojmował.

– Wilcze Pole…

– Co? – Chorąży Biezdar nie zrozumiał słów zadumanego druha.

Ten wzruszył ramionami:

– Tak będzie się nazywało. Sen miałem – dodał, zwierzać się nie zamierzając. – Śniły mi się prawdziwie wilcze oczy. Przed pełnią mnie ostrzegał.

– Wilk?

Palatyn skrzywił się zniecierpliwiony:

– Książę. Śnił mi się młody duszaniecki książę. Złotooki.

– Na bogów…

Tu Biezdar umilkł, sieczony prawdziwie już rozdrażnionym spojrzeniem swego druha. Zaprzestał drążyć.

– Niech będzie, „Wilcze Pole” – specjalnie z natchnieniem wyrzekł nową nazwę. – Bitwa na Wilczym Polu. Hmm.

Pomir westchnął. Wrócił do rzeczywistości, śledząc poczynania wroga.

Wtem przeraźliwy kwik ogiera bojowego przeciął ciszę brzasku.

Palatyn uśmiechnął się z czułością na widok Karego Zwierza. Wielkiego, wystanego, nafaszerowanego owsem. Najbardziej opętanego bydlęcia jakie srało kiedykolwiek na tych polach aż po same Góry Północy.

Kary Zwierz, kwiczał pobudzony, aż milkły inne ogiery. A klacze rżały z cicha gdzieś nieśmiało.

Bojowy, potężny ogier, prowadzony na sztywnych postronkach, patrzył spod bujnej czarnej grzywy, usilnie chcąc wypluć wąskie wędzidła, których nienawidził, jak mało który.

– Chodź, pojebańcu – Pomir podsunął ogierowi miskę z resztką owsianego zaczynu. – Dziś pochędożysz nadalijskie klacze, moje słowo.

Ogier w kłębie wyższy był od przeciętnego woja. Wysoki palatyn równał się z nim wzrostem. Był też jednym z mocarzy, którzy bez pomocy dosiadali konia w pełnym uzbrojeniu.

Kary Zwierz rżał szaleńczo, dolizując fermentujący poczęstunek. Zakwiczał przejmująco, kuląc niecierpliwie uszy. Parskał, kręcił się, ogonem wywijał w podnieceniu, nogą grzebał.

Palatyn dosiadł go nareszcie, uspokajając na jedną małą chwilę. Wymienił skinienie z Biezdarem, siedzącym już na swoim koniu.

– Nadal chcesz to zrobić? – spytał ten jeszcze.

Pomir wbił wzrok w stanowisko Sulejmana.

– Dzieciojebca da dziś dupy – skinął zatwardziale, plując ostatkiem owsianych łupinek.

I dał sygnał rozpoczęcia bitwy.

Przy pierwszych trąbach Biezdar pożegnał się gestem i puścił w cwał do lewego skrzydła.

Miał rozwinąć szyk w ostatniej chwili i uderzyć z czoła. Związać główne nadalijskie siły, i w oparciu o linię Mogiły, ostatecznie odciąć je od Sulejmana. Trzymać plecy pomirowej jeździe. Ta bowiem miała zupełnie inne zadanie. I z niepokojem popatrywała na nurt Mogiły… czy raczej „Utopcowej Rzeki”, jak ją między sobą zwali, za którą schował się Sulejman.

Palatyn rozpuścił wierzchowca, przejechał go przed linią swoich. Wszak koń ten nie potrafił ustać ani chwili w jednym miejscu.

Chorągwie witały wodza głośnymi zawołaniami. Rżenie i kwiczenie platynowego ogiera dodawało wigoru każdemu z słuchających. Niejeden jaja poprawił odruchowo.

Koń ten zaś kochał uwielbienie. Paradował. Szyję w łuk wygiął, ogon uniósł. Od plucia wędzidłami już pianę miał w pysku. Całą długość przebył przed linią jazdy, wzbudzając zachwyt i pragnienie okazania takiej samej witalności.

Trąby od prawego skrzydła Toligniewa odezwały się raźno. Biezdar odpowiedział tym samym. Palatyn spiął konia, w dęba uniósł, co tak uwielbiali. Potem zaśmiał się i ryknął zwyczajowe:

– Na pohybel!

Po czym wezwał do natarcia.

Głęboki bojowy dźwięk wojennych bębnów rozległ się pod niebem. Miarowe, przejmująco wibrujące dudnienie szło w równinę, zaczepiając ciągle jeszcze zaniepokojone swym nieładem świeże siły nadalijskie.

Kary Zwierz zakwiczał znowu, po czym rad ruszył w marsz bojowy. Dźwięk wojennych bębnów zaprowadzał ład w jego ognisto-krwistym, rozpalonym ciele. Kroczył dumnie, coraz dłużej wyciągając nogi. Za nim kolejne linie cudownej kawalerii, najlepszej, jak mawiano w dziejach. Która od stu lat nie ustąpiła pola w żadnej z bitew i żadnej nie przegrała. A od dziesięciu lat szła w ciemno za Pomirem z Izbic, choćby ten sforsować kazał nawiedzoną rzekę pełną topielców…

Nareszcie spięty w cwał wierzchowiec wodza puścił się w dół stoku. Za nim szarża, która z każdym susem kolejnych zwartych linii nabierała pędu. Liczne kopyta przemieliły trawę, wzbiły w powietrze rozrywane grudy suchej darni. Zakurzyło się na stoku, zaroiło od konnicy.

Kiedy zaś linia natarcia zbliżała się do celu, zza sąsiedniego wzgórza wyłoniła się nowa czarna armia.

– Duszanieccy… – Palatyn dostrzegł księcia, nie bez niepokoju. – Więc jednak.

Miast własnych bębnów słyszał teraz harmider rozpędzonej konnicy, a w tle gdzieś, od wzgórza za Mogiłą, brzmienie bojowej pieśni czarnych rycerzy księcia. Pędził, lecz okiem mierzył ku młodemu. Zacisnął usta, widząc, jak „lala mahmedowa” zatrzymuje linię. Zwarte, pełne dyscypliny duszanieckie wojsko zastygło na znak księcia w jednej chwili. I tak utkwiło swym zwyczajem, niczym zaklęte w posągi, czekając znaku złotookiego młokosa.

Pomir uśmiechnął się pod nosem na to. Miał przeczucie. Zbyt dobrze znał swojego wroga.

Różne cuda wygadywano o młodym duszanieckim księciu, po kądzieli przecież z królewskiego rodu. Że po śmierci matki, gdy chłopcem był, ojciec jego Czcirad oddał go w zastaw za pomoc Mehmedowi zaraz na początku wojny. Wreszcie te najgorsze, że zwyrodniały sułtan nałożnicę sobie z niego uczynił, że chłopak wyrósł na nieobyczajnego i prawom natury się sprzeniewierzającego rozpustą i ogólnym prowadzeniem.

Ścierając się z nim na wojennym polu, Pomir zdążył go już znienawidzić, ale i zaczął szanować. Odkąd sułtan Mehmed oddał swojemu kochankowi najpierw sojuszniczą duszaniecką armię, potem ogólne dowództwo, synów pomijając, wojna zakończyć się nie mogła. Sułtan nie chciał z białą flagą posłać, a jego posłuszny faworyt robił co mógł, by od klęski go uchronić. Wiele chwil miał Pomir, gdy zdawało mu się, że złapie sułtana, a za każdym ten wymykał mu się z niedobitkami swej armii osłaniany przez ulubieńca. Tak więc najpierw ścigani i pędzeni wprost w nurt potężnej Mogiły Nadalijczycy z Duszańcami pospołu umknęli, rzekę forsując. Dziesięć dni potrzebował książę, by jego armia wroga zatrzymywała. W tym czasie zmyślny most na rozległej rzece wybudował. Potem istną ścianę ognia utworzył, podpalając naniesione hałdy chrustu, i znikając za tym Pomirowi. Tak mostem zdążywszy ujść, spalił go jeszcze za sobą. A Pomira na długo przed rzeką zatrzymał wściekłego, ale i roześmianego w podziwie dla niepozornego chłoptasia.

Choć dziś książę wymarzone miał pole do ataku na tamę, jeszcze lepsze do obronnej szarży wobec Sulejmana, palatyn miał przeczucie, że tego dnia książę pozwoli mu zakończyć tak obmierzłą wszystkim wojnę.

– Na pohybel dzieciojebcom – syknął.

Odbił. Zgodnie z planem Biezdar wpadł na środek szyku wroga, zastępując w okamgnieniu wojska palatyna. Ten zaś, w pełni rozpędu, uderzył na lewo. Chorągwie z jego legionu w momencie pierzchły za nim, ustępując z pozycji czoła, łukiem zatoczyły koło i ruszyły wprost na „Utopcową Rzekę”.

Sułtan podniósł się na koniu, oniemiały. Odruchowo cofnął rumaka, obejrzał się na czarne zastępy duszanieckich wojów, gotowych do natarcia w jego obronie. Okrzepł, czekając na wydanie znaku. Śledził pomirowe skrzydło, cwałem zbliżające się wprost w nurt strasznej rzeki.

A bali się wojowie tego miejsca odkąd zbudowano tamę. Susza obnażyła w korycie Mogiły najdziwniejsze tajemnice. Rycerze palatyna Pomira obozujący pod oblężonym zamkiem znajdować zaczęli dziwne truchła. Coraz częściej się pojawiały w miejscach, gdzie stare koryto rzeczne stawało się suche. Niby świeże były, przygniłe tylko i spuchnięte wodą, ale w uzbrojeniu szczątkowym, przypominającym raczej starożytne pancerze, jakich od wieków nie używano. Znaleziono nawet na niektórych zgniłe rycerskie pasy, wniknięte w ciała. Te zaś w herbie miały coś, co wyglądało na symbol wilczej głowy. Taki sam, jakim odznaczało się tutejsze księstwo i ród Duszańców. Szybko więc topielców za wrogów wzięto. Truchła zresztą nie zrobiły na większości wrażenia, wszak wojna bez trupów nie została jeszcze wynaleziona. Do pełni księżycowej. I dopóki kilku z nich osobiście po całonocnej gonitwie nie dopadło istoty na pobitewnym pobojowisku. Tam wśród poświaty dostrzegli zgarbioną postać, sapiącą dziwnie i włochatą. Tym straszniejszą, że żywiącą się pośpiesznie zwłokami poległych. A kiedy to zabili, znów w truchło ludzkie się zmieniło na ich oczach. Od razu je poznali, bo jednym z utopionych było, którego wcześniej z Mogiły wyłowili i głęboko w ziemi pogrzebali.

Spalili to pospiesznie, czymkolwiek było. A resztę zakopanych, na jego również rozkaz, wydobyli i na wszelki wypadek na podobny stos wrzucili. Nie skończyło się na tym jednak. Stare koryto Mogiły co raz to odsłaniało kolejnych topielców, zawsze tak samo straszących swoją zamierzchłością, której nikt nie pojmował. I tak stos co wieczór prawie musieli zapalać, na umór pijąc tylko coraz więcej, bo dziwów takich żaden z platynowych wojów nie widział, jak żył długo.

Tak okrzyknęli Mogiłę nawiedzoną i trzymali się z dala od jej brodów.

– „Utopcowa Rzeka” – mruczeli kolejno, mając teraz właśnie w nią skierować swoje konie. O świętych słowach modlitwy do bogów żaden nie zapomniał. I za Pomirem powiedli spojrzenia. Ni krzty strachu nie zdradzającego.

Tak na ich oczach Pomir pierwszy dopadł rzeki. Za sobą wciąż miał najwierniejszych wojów. Znał ich strach, znał tą zdradziecką topiel, dlatego bacznie nakierował konia w najbezpieczniejszy z brodów. Spiął zwierzę. A to, bez cienia wahania rozpruło kopytami wodę. Za nim w toń powpadały kolejne, w chwilę później sadząc zwinne susy.

Kary Zwierz pierwszy brnął, za to właśnie palatyn kochał szaloną gadzinę. Nieznającą strachu, agresywną, posłuszną w całym swym umiłowaniu czynu. Koń przed wszystkimi dopadł przeciwnego brzegu, wyskoczył z odmętów, wygrzebał się na trawę. Chwilę spinał się, by wdrapać na łąkę, po czym wybrnął. Skoczył, grzbiet przykulił i pogoniony, ambitnie w cwał się puścił w górę, wprost na namiot nowego sułtana.

Wśród miarowego parskania sunącego w górę wierzchowca, palatyn rzucił okiem na dolinę. Tam Biezdar zepchnął czoło nadalijskiej jazdy, skutecznie wiążąc siły wroga. Na górze wciąż nieporuszone tkwiły duszanieckie hufce. Jak posągi. Nucąc pieśń o Białym Wilku.

Wojska palatyna przeorały rzekę, wylewając ją wręcz z koryta. Raźno pokonywały śliski brzeg, szybko wracając do uformowanego szyku. I parły w górę wzgórza, tym raźniej, że pokonawszy największy strach co do pełnej topielców Mogiły.

Wciąż niedowierzając w zuchwały czyn wrogiego palatyna, Sulejman dał znać do natarcia. Niedbale, jednak drżącą dłonią.

I czekał, nasłuchując.

Bojowa pieśń czarnych rycerzy nie cichła, lecz sułtan nie usłyszał również jakiegokolwiek stamtąd poruszenia.

Odwrócił się, niedowierzając. Zobaczył nieruchome twarze rycerzy duszanieckich, dowodzonych przez kiedyś tak wiernego jego ojcu faworyta.

Posępni, zdyscyplinowani, nieustępliwi w boju, którymi Mehmed tak chlubił się przez lata. Teraz stali, obojętni i nieporuszeni. Zdradzieccy.

– Szybko! – Sulejman ryknął na swoich.

Odwody ruszyły do obrony. Rodzime, nadalijskie. Choć tak przygnębiająco świeże i niedoświadczone, to jedyne teraz, wobec zdrady rycerzy ojcowego faworyta.

Spanikowany i rozbity nowy sułtan spostrzegł ze zgrozą jak blisko ma już palatyna. Ten dopadł właśnie szczytu i rozpędzał się na dobre. Kary Zwierz mokry od wody, spieniony od wysiłku aż połyskiwał czernią. Pomir zaś porwał pikę ze szpaleru znaczącego stanowisko władcy i cisnął nią pod kopyta sułtanowego wierzchowca.

Tak wyzwał wrogiego monarchę na pojedynek. Czekał, zataczając koło. Kary Zwierz zakwiczał raźno, czując nadalijskie klacze. Znów kłusował, prężąc lśniące ciało.

Pomirowa chorągiew łukiem idąc, przyjmowała linię równą siłom wroga.

Sulejman nie odwołał natarcia, szeroko rozwierając oczy, kiedy Nadalijczycy sami stanęli w szacunku dla zwyczaju.

Nie chciał, nie dowierzał. Rozglądał się w popłochu. Miał nadzieję, że kontynuują atak, zlekceważą gest wrogiego wodza.

Ci jednak utkwili, naiwni, zapatrzeni w niego, obrzydliwie honorowi.

Zacisnął szczęki. Namierzył wzrokiem palatyna. Na swoich się obejrzał, na niewzruszone duszanieckie wojska, wyraźnie łaknące jego klęski, i na rosnące pomirowe siły, gromadzące się naprzeciw niego.

Odebrał podaną mu pospiesznie lancę, widząc, że to samo czyni już palatyn. Drżał. Usilnie skupił się na tym, co go czekało. Pochylił lancę. Ruszył. A wtedy miał już na swej linii rozpędzone rącze cielsko prężnego ogiera z palatynem w siodle i lancą wymierzoną wprost w siebie.

Nie zginął od razu. Usłyszał tylko metaliczny szczęk, jazgot i następne, co skojarzył to platynowy but i uprzytomniający kopniak w szczękę.

Łapczywie złapał powietrze, płucami znieruchomiałymi po upadku z konia. Otwarł oczy, czując rozdzierający ból w ramieniu. Ręka, którą chciał się podeprzeć i wstać z trawy nie posłuchała. Ujrzał złamane drzewce lancy, wystające spod pachy i bezładne ramię dyndające na ścięgnach.

– Nie mdlejemy. – Palatyn splunął tuż obok i karcąco pokręcił długowłosą głową. – Nie możesz przegapić swojej kolejnej poślubnej rozkoszy, dzieciojebco. Tym razem ja cię z kimś ożenię… z czymś…

Sulejman nie nadążał. Obolały, bliski utraty przytomności spostrzegł, że od pasa w dół był… nagi.

– Bandyto… Zbóju… – jęknął.

– No, dość – palatyn cmoknął – wypnij się. Tak mawiałeś do swych ośmioletnich żon? A, nie pamiętasz, żadna nie przeżyła poślubnej nocy.

I skinął, dając znak komuś z tyłu.

Nim Sulejman zdołał wrzasnąć, coś ostrego podrażniło go w niechlubnym miejscu. W przerażeniu spojrzał w twarze swoich rycerzy, stojących z trwogą z drugiej strony obozu.

– Ruszcie się! – wyjęczał.

– Mamusia nie usłyszy, sprzedała cię, nieboga – doszedł go syk Pomira, po czym ostrze weszło brutalnie i gładko w ciało Sulejmana.

Palatyn westchnął, od niechcenia kopiąc bluzgającego krwią, konającego mężczyznę.

– „Posprzątajcie to” – nakazał jeszcze, dobitnie cytując legendarne słowa Sulejmana, którymi ten zwykł… kończyć.

 

 

 

 

Kiedy niedługo później rycerze palatyna triumfalnie obwozili nabitą na pikę głowę Sulejmana przed oczami nadalijskich rozproszonych wojsk, palatyn znudzony przyjmował składane mu pod nogi chorągwie i proporce wroga.

Uważniej zerkał za to na oddziały duszanieckie, wciąż nieporuszone na powyższym stoku.

 

Wiedział już, że nie zaatakują. Nie rozumiał jednak, dlaczego nie odchodzą.

Kiedy wreszcie linie ich konnicy ruszyły powoli, zwarte, równiutko chrapy w chrapy, zastygł.

– Nacierają!

Gestem powstrzymał jednak swych rycerzy. Wzrok utkwił w księciu, zmarszczył krzaczaste brwi.

I patrzył ciekawie. Równiutkie linie wroga zgodnie z przewidywaniami obrały przeciwny kierunek, kolejno niknąc za grzbietem wzgórza.

Pomir patrzył. Później już czekał.

Czarny jeździec bowiem, na błyszczącej duszanieckiej klaczy, odłączył się od swoich wycofujących się chorągwi i jechał wprost ku niemu, wprawiając w osłupienie wojów.

– Spokój… – Pomir podjął do druhów, rozstępujących się bezgłośnie przed młodym.

W zupełnej ciszy ten dotarł do Pomira. Zatrzymał się przed nim, ciekawym zajścia.

Pochylił nieznacznie subtelną, śniadą twarz, aż kruczoczarne loki musnęły delikatne policzki.

Złote oczy łagodnie ujęły palatyna swoim smutkiem.

Potem książę coś rzekł palatynowi. Cicho, w zaufaniu.

I odjechał za swymi, niknąc na tle jaskrawego słońca.

Palatyn ocknął się z amoku, trącany przez Biezdara:

– Co?

– Opętał cię! Na bogów… Wilk! Wilk to duszaniecki!

– Wilkołak – dopowiedział któryś całkiem poważnie.

– Dobrześ nazwę wyśnił, Pomir! Wilcze Pole! Wygraliśmy właśnie tutaj! Nad przeklętą rzeką!

– Nad Mogiłą… – wyszeptał palatyn wciąż osowiały od złotookiego spojrzenia.

– To taki już przez sen potrafi urok zadać! – frasował się Biezdar. – Co ci rzekł? – Pomira napastował z troski.

Palatyn myślał zadumany.

– Ostrzegł mnie – przemówił wreszcie nie bez lęku. – Ostrzegł mnie przed księżycową pełnią.

– Co?

Tym razem jednak ocknął się na dobre:

– Mogiła jest przeklęta. Nikt z żywych nie powinien zostać tu po zmroku. To Wilcze Pole. I do wilków należy tej nocy.

 

 

 

Jego słowa zrozumieli jednak dopiero głęboko po zmroku.

Pomir nie spał, śledząc z niepokojem okrągły księżyc wschodzący na niebo. Nie pił. Wojów zajął specjalnie świętowaniem zwycięstwa, przede wszystkim na celu mając odciągnięcie ich od pobitewnego pola – gdzie ciała nie były jeszcze pogrzebane.

Oddalił się od obozowiska, wspiąwszy na najbliższe wzgórze. Żółta tarcza księżyca w pełni bledła im wyżej płynęła po niebie. Trupiała. Sinawą poświatą ożywiała czerń pobitewnej równiny. Ożywiała… Palatyn otrząsnął się na taką dziwną myśl.

A potem spostrzegł, że ktoś tam jednak chodzi. Lub coś. Przemyka, porusza się, jęczy.

Wszyscy ranni zostali zdjęci lub dobici przecież. Coś jednak sprawiało, że porzucił myśl o sprawdzeniu, czy kto nie w potrzebie.

– Pomir! – Głos Biezdara zaskoczył go z boku, jak nigdy.

Omal nie wrzasnąwszy, obrócił się ku druhowi.

– Coś tak wyrósł jak spod ziemi!? – Zrugał go, nie chcąc dać poznać po sobie, jak bardzo się… zląkł! – No, widziałeś gdzie się zatrzymali?

Pytał o duszanieckie chorągwie. Lecz po pierwszym odruchowym skinieniu, Biezdar zaprzeczył znowu gestem.

– I tak i nie – wysapał nie bez przejęcia.

– Czyli jak?

– W Czarnym Borze. Tam obóz rozbili. Lecz…

– „Lecz”?

Biezdar odetchnął, szeroko otwartymi oczami wpatrując się już w Wilcze Pole.

– Zniknęli – wypowiedział w strachu. – Leża ich znów puste, samem widział, Pomir!

Palatyn struchlał mimo wszystko. Za spojrzeniem druha swoje powiódł w siwą równinę. W pole, gdzie pośród trupów coś już się poruszało, drżące cienie kładło w poświacie

księżycowej.

– Więc gdzie są? – Pomir wyrzucił z siebie, jednak odpowiedzi już więcej nie czekając.

– Tam…

Wycie rozległo się nad pobitewnym polem. Pomira ciarki przeszły, zwłaszcza kiedy głosy rozbrzmiewać zaczynały z coraz to liczniejszych gardzieli. Tak bardzo przypominały bojową pieśń rycerzy duszanieckich…

– Pieśń Białego Wilka… – wymamrotał.

Oczy Biezdara robiły się okrąglejsze.

– Polecę! Niech grają wsiadanego! – Chciał zbierać rycerzy.

Palatyn jednak chwycił go za ramię mocno, powstrzymując. Usta zacisnął, brwi zaciągnął, przenikał cienie zalewające srebrzystą równinę.

– Nie wolno – przypomniał sobie ostrzeżenie.

– Tam coś jest! To wilkołaki, Pomir! Z Mogiły wylazły! Jak tamte! I jak Duszańcy!

Palatyn milczał dobrą chwilę zadumany. Na siłę trzymający w sobie przejmujący lęk. Wycia słuchał, pieśni tej bojowej, szare wilcze cienie śledził zbierające się na wzgórzach, inne mknące już w dolinę trupów.

– Dobrzem wyśnił – przemówił ledwo dosłyszalnie – że bitwa się odbędzie tu na Wilczym Polu…

– Na Wilczym…!

– Właśnie się zaczyna.

 

 

 

 

 

 

* W opowiadaniu wykorzystałam fragmenty drugiego rozdziału mojej "Baśni o wilczej dolinie".

Koniec

Komentarze

Ze zdumieniem zauważyłam, że opowiadanie nie ma nawet jednego komentarza, więc zajrzałam i po kilku zdaniach uprzytomniłam sobie, że ten tekst już czytałam. To chyba wersja po poprawkach, ale jak się zorientowałam, nadal poprawek wymaga, że wspomnę tylko konia nafaszerowanego owsem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawe, bo wygląda na to, że Agata Kasiak opublikowała dwie książki, własnie “Baśń o Wilczej Dolinie” i “Mogiłkę”. Obie w tym samym wydawnictwie.

Pamiętam, że wydanie chyba pierwszej kiedyś tutaj zapowiedziała.

Nowa Fantastyka