- Opowiadanie: szklany10 - Feks cz 1

Feks cz 1

Autorze! To opowiadanie ma status archiwalnego tekstu ze starej strony. Aby przywrócić go do głównego spisu, wystarczy dokonać edycji. Do tego czasu możliwość komentowania będzie wyłączona.

Oceny

Feks cz 1

Miasto Lawan położone było w zachodniej części wielkiej pustyni Shaar. Było to zatłoczone miejsce, w którym liczba mieszkańców ponad dwukrotnie przewyższała ilość miejsc w domach. Nierzadko bywało, że w jednym mieszkaniu przebywały cztery rodziny. Z tego powodu część ludności mieszkała na pobliskich farmach. O ile pola, na których nie ma nic prócz piachu i studni, wkopanej w ziemię na nienaturalną głębokość, można w ogóle nazwać farmą.

W samym mieście raz po raz odbywały się huczne bale, festiwale i święta. Ponieważ było to jedyne duże miasto w promieniu dwudziestu staji, ludność rzadko je opuszczała. Wszędzie wokół widać było jedynie złoty, rozgrzany promieniami słońca, pustynny piach. Obywatele tłocznie zbierali się na ulicach i w gospodach. Rozmawiali o wszystkim. Największe zainteresowanie wykazywali niedawną wojną oraz nadchodzącą egzekucją jakiegoś nieznanego nikomu z imienia zbrodniarza. Nikt nie wiedział, kogo wieszają, lecz wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, kiedy i o której godzinie to nastąpi. A wszystko miało się odbyć dziś. W ten piękny, upalny dzień. Chociaż tutejsza ludność nie bardzo wiedziała, jak wygląda dzień nie upalny.

Dochodziła dwunasta. Słońce grzało w pełni swoich sił. Rozświetlając najmniejsze zakamarki miastowych ulic i przypalając głowy przechodniom zdawało się drwić z nieszczęścia, jakie spotkało dzisiejszych skazańców. Na lawańskim rynku już od rana czyniono przygotowania do egzekucji. Miała to być „uroczystość" na wielką skalę. W końcu wieszano dziś trzech największych bandytów tego miasta. Jeden z nich to niejaki Brutus de Morgon. Hrabia z Południowych Wysp, który niedawno wprowadził się do miasta. Jak się potem okazało działał w nielegalnej organizacji, zajmującej się wymuszeniami i handlem niewolnikami, co już od zakończenia wojny było zabronione. Władze miasta natychmiast wydały nakaz aresztowania i skazania mężczyzny. Drugim przestępcą był Saleh Al-Lima. Mieszkaniec Lawanu, odpowiedzialny za śmierć czterech osób. Złapany na gorącym uczynku przy próbie zamordowania piątej ofiary. Skazany, gdyż natychmiast przyznał się do winy z nieudawaną satysfakcją. Większość ludzi twierdziła, że tacy jak on, czyli w wolnym tłumaczeniu słowa ludu: ludzie psychicznie chorzy, nie zasługują na życie. Trzeba ich zabijać i wyganiać z miast.

Trzecim skazańcem miał być doświadczony wojownik – Leo Hafir. Syn Asyafa i Anny, pochodzącej ze Skaleronu. Za co go skazano? Tak naprawdę żaden z obywateli nie znał odpowiedzi na to pytanie. Być może dlatego tak tłumnie zbierali się na rynku? By poznać odpowiedź.

Jednakże Leo było już wszystko obojętne. Spędzał właśnie ostatnie chwile swojego życia w brudnej, cuchnącej i porośniętej grzybami celi, zamknięty jak w klatce wraz z dwójką pozostałych więźniów. Patrząc na jego pobite i zmęczone ciało nikt nie powiedziałby, że jeszcze sześć miesięcy temu ten mężczyzna walczył u boku króla Nathaniela. Obecnie na usta tłumu cisnęło się coś zupełnie innego. Jest winny! Chociaż nie mamy pojęcia co zrobił, jest winny! Na pewno! W końcu nasza wspaniała straż nigdy się nie myli!

„Gówno prawda", pomyślał mężczyzna. W końcu co mogą o tym wiedzieć prości ludzie, zaślepieni władzą fałszywego namiestnika, który objął władzę w mieście poprzez zamordowanie poprzedniego burmistrza? Nic. Żyją w błogiej nieświadomości. Nie mają pojęcia co się wokół nich dzieje. A jeżeli ktoś zauważyłby, że coś tu nie gra i powiedziałby o tym głośno, skończyłby jak Leo. Te brutalne zasady pojawiły się w mieście wraz z nowym burmistrzem. Prawdziwym sukinsynem. Jednym z tych typów ludzi, którzy dążą do celu po trupach. Nawet swoich najbliższych…

Nareszcie wybiła długo oczekiwana godzina. Do celi weszło trzech dobrze zbudowanych strażników, którzy natychmiast zabrali się do przenoszenia więźniów.

„To chyba najbardziej umięśnieni strażnicy, jakich ma to miasto", wysapał w duchu Leo. Miał już tego wszystkiego dość. Zdecydowanie. Dwa dni na pustyni bez jedzenia i z dawką wody, ograniczającą się do trzech kubków dziennie mogło wykończyć nawet osoby siedzące w chłodnej celi.

Pierwszego wyprowadzono Saleha. Cała trójka zdążyła się już ze sobą poznać. Leo wiedział, że mężczyzna, który pierwszy opuścił celę śmierci żałował z nich wszystkich najbardziej. Sumienie ocknęło się w nim kilka dni po próbie zabójstwa i aresztowaniu. Wyznał przed pozostałymi więźniami, że działał w euforii. Nie miał pojęcia, że może skończyć w ten sposób. A jednak życie jest okrutne.

Za Salehem wyprowadzono hrabiego de Morgona. Jak zawsze dumny, chociaż brudny i cuchnący na kilka stóp. Głowa zadarta wysoko do góry, wypięta pierś. Co mogło nakłonić tak wysoko urodzoną osobę do przestępstwa? Leo mógł jedynie zgadywać, że chciwość. Brutus mało mówił. Słuchał, pocieszał, jednak niewiele powiedział o sobie samym. Nie mówił, czy chciałby coś naprawić, zmienić przeszłość. Nie wspominał rodziny, przyjaciół. Nic.

„Rodzina", przeleciało nagle przez myśl ostatniemu wyprowadzanemu mężczyźnie. Dla niego tylko to się w tej chwili liczyło. Jak jego śmierć zniesie jego ukochana? W końcu Lila była bardzo emocjonalna. Oby nie popełniła żadnego głupstwa. Do końca powtarzała, że wyciągnie Leo z celi choćby za cenę własnego życia. Ale nie odwiedzała go odkąd trafił do celi śmierci. Prawdopodobnie już pogodziła się z losem swojego ukochanego, którego nawet nie zdążyła poślubić. Widocznie bogowie nie byli przychylni tej parze.

Trójkę skazańców wyprowadzono na zalany słońcem plac ćwiczebny straży miejskiej w koszarach. Leo nigdy nie widział go pustego. Zwłaszcza w samo południe. Tym razem nikt na nim nie ćwiczył. Stało za to coś gorszego. Trzy zaprzęgnięte wozy, do których przymocowano metalowe klatki. Procedura śmierci przez powieszenie była Leo bardzo dobrze znana. Sam nie raz w czasie wojny brał udział przy podobnych egzekucjach. Ale nigdy jako skazaniec. Teraz było to o wiele straszniejsze.

Każdego mężczyznę przydzielono do oddzielnego wozu. Oddzielnej stalowej klatki, w której zostanie przewieziony na rynek, by po raz ostatni popatrzeć na twarze zatroskanej rodziny, przyjaciół czy choćby litościwych przechodniów. Tych ostatnich jednak brakowało w tym mieście.

Leo wrzucono do klatki na wozie zaprzęgniętym w dwa konie. Jeden z nich był biały, z brązową łatą na zadzie. Wydawało się, jakby próbował pocieszyć wchodzącego na wóz więźnia. Swoją postawą budził lekką nadzieję. Drugi, czarny jak węgiel, łypał groźnie swoimi wielkimi oczyskami. W przeciwieństwie do białego, ten jakby czekał na śmierć ludzi. Wyraźnie ich nienawidził. Do klatki wszedł strażnik. Mocnym szarpnięciem przymocował skazańca do prętów klatki za pomocą łańcucha. Lewa ręka, potem prawa. Następnie spiął nogi w ten sam sposób. Leo pozostał w lekkim rozkroku, z rękoma rozłożonymi na niemal całą szerokość swoich ramion. Gdy zapięto ostatniego więźnia, karawany ruszyły. Powoli przetoczyły się przez dziedziniec koszar i wypadły na ulice Lawanu. Na rynek prowadziła droga przez ulicę targową. Tym razem pustą. Wszyscy udali się do centrum miasta, by znaleźć dla siebie dogodną pozycję. Taką, która zapewni im spokojne obejrzenie całego widowiska.

Powozy wtoczyły się na plac. Do podestu z trzema szubienicami prowadziła ścieżka pomiędzy mieszkańcami, rozstępującymi się na boki jak ściany wąwozu. Leo od razu zdał sobie sprawę, że teraz nastąpi najgorszy moment podróży do śmierci. Sama egzekucja była niczym w porównaniu do tego etapu. Powóz strasznie dygotał, a w tej pozycji utrzymanie równowagi było niemożliwe, przez co ciało chybotało się na wszystkie strony. Łańcuchy wrzynały się w nadgarstki i kostki skazańców. Dodatkowo mieszkańcy zaczęli właśnie wymierzać kary od siebie. Jedni pluli na więźniów, co z resztą sprawiało radość w tej sytuacji. Ślina ochładzała poranione i popękane od słońca ciało, przynosząc ukojenie chociaż na tą króciutką chwilę. Niektórzy ciskali kamieniami lub innymi przedmiotami, które nawinęły się pod rękę. Jeszcze inni klęli na głos, wyzywając skazanych od najgorszych.

„Wredne skurwysyny. Zero współczucia. Nawet, gdy gówno wiedzą", myślał Leo. Zmęczenie dawało mu w kość, a droga do szubienicy wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Tygodnie więziennej katorgi, a potem dwa dni w celi śmierci miały posłużyć tylko jednemu – złamaniu w człowieku ducha walki. W przypadku Leo ten eksperyment wypadł pomyślnie. Jedyne ukojenie, jakie znajdował mężczyzna, to śmierć.

„Niech oni już wreszcie dojadą! Niech mnie wreszcie powieszą!"

Jego życzenie miało się niebawem spełnić. Powozy stanęły przed wejściem na drewniany podest. Nareszcie. Więźniowie zostali brutalnie wyrzuceni ze swoich klatek. Kajdan nie zdjęto. Jeszcze. Powoli rzucono trójkę skazańców na schody podestu. Saleh przewrócił się i zjechał na dół. Mordęga dla niego zaczęła się od początku. Czując na plecach katowski bat musiał się podnieść. Zmobilizował wszystkie mięśnie i dźwignął się na chwiejne nogi. Chwilę potem dołączył do pozostałych, czekających na niego przy sznurach.

Ostatni przywilej skazańca. Sam mógł sobie wybrać sznur. Stanowisko swojej śmierci.

„To niemal tak, jakbyśmy sami decydowali o tym, kto ma nas zabić. A raczej co, bo kawałka liny nie można nazwać istotą żywą. Nawet mimo tego, że zaciska się na szyi jak dłonie doświadczonego zabójcy", pomyślał Leo, po czym spojrzał na swoich towarzyszy. Nie znał ich, chociaż tak wiele razem przeszli. Mimo świadomości, że zrobili coś złego, strasznie im współczuł. Teraz, gdy był w tej samej sytuacji mógł zrozumieć więcej, niż gdy osobiście pilnował skazanych więźniów.

Zaczęły się wreszcie ostatnie chwile cierpienia. Herold zaczął wygłaszać swoją przemowę. Pieprzył coś o lojalności, miłości do ojczyzny i równego prawa wobec wszystkich. On też nie wiedział, że dziś powieszą niewinnego człowieka. Lojalnego patriotę, który przez całe swoje życie walczył o prawo. Prawo, dzięki któremu zginie dzisiaj z przekonaniem, że wszystko co zrobił było tak naprawdę bezwartościowe. Wystarczyło kilka słów krytyki, skierowanych do jakiegoś skurwiela na wysokiej pozycji, by wszystko runęło. Tacy ludzie nie powinni dostawać władzy w swoje ręce. Ale kto wie? Może dzisiejsze morderstwo, bo inaczej tego nazwać nie można, kiedyś się na nim odbije? Leo miał taką nadzieję.

Herold skończył i tak nikogo nie interesujący monolog . Jeszcze sekunda. Leo Hafir rzucił wzrokiem przez tłum. Nie zobaczył jej. Tak jak się spodziewał. Gdyby to ona była wieszana, również by nie przyszedł. Strach i rozpacz nie dałyby mu spokojnie patrzeć na śmierć jedynej bliskiej mu osoby. Został sam, choć wiedział doskonale, że Lila siedzi teraz w ich wspólnym domu i myśli o narzeczonym, a jej wielkie jak perły łzy spadają na ziemię, rozbijając się o drewnianą posadzkę.

Jeszcze chwila. Kat podszedł do pierwszej dźwigni. Zaczyna się loteria, gdyż żaden ze skazańców nie wie, kiedy będzie jego kolej. Leo błaga bogów tylko o jedną rzecz: Zginąć jak najszybciej. Żeby nie być zmuszonym patrzeć na śmierć pozostałych skazańców.

Spogląda w górę. Błękitne niebo wydaje się uśmiechać. Jest bezchmurne. Na płacz z jego strony nie ma co liczyć. Wtem pierwsza dźwignia zostaje naciśnięta. Leo odruchowo zaciska powieki. Słychać trzask otwieranych desek. Mężczyzna wstrzymuje oddech. Chrzęst łamanego karku jest tak wyraźny, jakby to był jego własny. Jednak nie. Pierwszy zginął dumny hrabia Brutus de Morgon. Kto następny? Śmierć gra dalej ze skazańcami. Kat podchodzi do drugiej dźwigni. Leo jest pewien, że tym razem kolej na niego. Tłum śmieje się i klnie. Patrzą z pogardą na powieszonego przed chwilą skazańca. Znowu trzask desek. Znowu kilka prób złapania oddechu osoby wiszącej na linie. Słychać przeraźliwe charczenie. Saleh Al-Lima dokończył żywota.

„Że też ja muszę być ostatni! Kurwa, dlaczego wszystko jest przeciwko mnie?!", denerwował się Leo. Kat podszedł do ostatniej dźwigni. Położył na niej obie ręce. Leo spojrzał w tłum, w niebo, na kata, i znów w niebo. Zauważył wrony. Pomyślał, że chciałby teraz tak jak one wzbić się w powietrze i uciec jak najdalej. Zacząć nowe życie. Ale nie wszystko można mieć…

Ostatnie co usłyszał to trzask zapadających się desek. Poleciał w dół. Złapał oddech jeszcze na chwilę, zanim lina szarpnęła jego szyją, podrywając go lekko do góry. Nogi mimowolnie zaczęły szukać oparcia. Usta same rozpoczęły rozpaczliwą walkę o powietrze. Zaciśnięta szyja nie wpuszczała go jednak do płuc. Z oczu popłynęły łzy, a za nimi strugi krwi. Chwilę potem zrobiło się ciemno. Ciemno i cicho. Wrzeszczący tłum zniknął. Nie było już kata ani herolda. Nie było niczego.

„ I gdyby nie to wkurwiające, napieprzające po oczach, białe światło, to czułbym się jak w raju!", pomyślał Leo.

***

 

Ratusz miasta Lawan wyglądał jak miniaturka twierdzy Shubaras, znajdującej się na północ stąd. Był to specjalnie odgrodzony wysokim murem budynek w górnej części miasta. Wejścia na posesję oprócz strażnika strzegł jeszcze posąg lwa, leżącego na kamiennej podstawie, wpatrującego się groźnie w każdego, kto ośmieliłby się podejść zbyt blisko. Tak odważnych jednak było bardzo niewielu.

Plac ratusza podzielony był na dwa skrzydła: We wschodnim urządzono oazę dla spragnionych, ważnych gości miasta. Znajdował się tam duży basen z wodą wymienianą niemal codziennie. Zakryty był specjalnymi parawanami, by w takie jak ten dni możni mogli sobie odpocząć w swoim jakże doborowym towarzystwie. Zachodnia strona urządzona była jako plac treningowy dla przybocznej straży gubernatora – asasynów. Płatnych morderców, wynajmowanych jedynie przez nowego zarządcę miasta. W innych częściach świata wynajęcie usług takiej osoby było równoznaczne ze zdradą. Groziła za to kara śmierci. Ale w Lawan prawo stanowił obecnie jeden człowiek.

Budynek ratusza miał dwa piętra: parter z salą wizytową, kwaterami dla gości i kuchnią, a także pierwsze piętro. Dostępne rzecz jasna jedynie dla gubernatora i jego kompanii asasynów. A tych nie było mało. Co najmniej dwunastu kręciło się obecnie bez celu po ratuszu. Pięciu odbywało trening na placu. A jeszcze kilku patrolowało miasto.

Na samym końcu korytarza pierwszego piętra mieścił się pokój gubernatora. A właściwie jeden z nich. Zza dębowych drzwi dobywały się odgłosy sprzeczki.

– Jak to kurwa zniknął?! Jak skazaniec może tak nagle zniknąć?! Nawet magia nie jest do tego zdolna! – wrzeszczał potężny, męski głos. Gubernator Hiss był jeszcze bardziej rozjuszony, niż zwykle. Ubrany był w granatową bluzkę z najdroższej w mieście tkaniny, ciemne, skórzane spodnie oraz filcowane buty. Wyglądał dość śmiesznie, jednak każdy w mieście zdawał sobie sprawę z tego, że Hiss w ogóle nie potrafi dobierać sobie ciuchów.

– Niech się pan nie denerwuje. To tylko potwierdza nasze podejrzenia. Ten człowiek był jednym z nich – odpowiedział spokojny, zimny głos drugiego mężczyzny. Hiss przyjrzał mu się już wcześniej. Bardzo podobały mu się koszula i spodnie, w które odziany był rozmówca. Gdyby nie były w kolorze białym, lecz ciemniejszym, pewnie rozkazałby swoim strażnikom kupić podobne.

– Moim zdaniem powinniśmy trochę poczekać. Na pewno wróci do domu po swoje rzeczy – dodał po chwili zastanowienia mężczyzna w koszuli.

– Masz rację Laronie. Powinniśmy poczekać. Jak dobrze pójdzie, zaprowadzi nas do reszty tej zgrai. Jak oni się tam nazywają? – odpowiedział nieco uspokojony gubernator.

Nagle drzwi pokoju otworzyły się z hukiem i stanął w nich młody strażnik miejski, krzycząc:

– Lud się buntuje! Wrzeszczą, że chcą sprawiedliwości i wydania świeżo powieszonych zwłok! Co robić?!

– Jak to co?! Gonić hołotę do domów! Czy wszystkim mam się za was zajmować?! – ryknął Hiss, po czym udał się do wyjścia. Zapowiadał się dla niego długi dzień.

 

***

 

– Budzi się – wyszeptał męski głos. W pokoju zapanowało poruszenie. Obity, na wpół przytomny mężczyzna otworzył oczy. Powoli. Jedno za drugim. Najpierw lewe. Przez chwilę widział świat za mgłą. Otworzył prawe. Wszystko było jakby za szkłem. Tylko przez pierwsze sekundy. Nad sobą ujrzał całkiem dostojnie ubranego jegomościa w średnim wieku. Na oko miał może trzydzieści lat. Długie, blond włosy opadały mu na ramiona. Spod ciemnobrązowych brwi spoglądały delikatnie wąskie, niebieskie oczy. Na prawym policzku malowała się przeciągła blizna. Biała cera odbijała promienie słońca.

– Co z nim zrobimy? – zapytał nieznajomy blondyn.

– Nic. To jeden z nas – odpowiedział drugi mężczyzna, stojący nieco dalej. Ubrany w znoszoną, skórzaną kurtkę, z kilkudniowym zarostem i postrzępionymi, czarnymi włosami wyglądał jak przeciętny pijaczyna, jakich pełno w Lawan.

– Jak się nazywasz? – dodał, patrząc na leżącego mężczyznę. Poszkodowany powoli podźwignął się na łokciach i rozejrzał po pokoju. W rogu na krześle siedział sędziwy staruszek. Przy kominku, kilkuletnia dziewczynka grała z rudowłosą kobietą w kości.

– Jestem Leo… – wysapał. – Leo Hafir.

– Witaj wśród nas, bracie – odpowiedział niemal natychmiast mężczyzna w znoszonej skórze, wyciągając dłoń. Leo złapał ją z lekkim wahaniem. Niemal natychmiast poczuł szarpnięcie. Spróbował stanąć na nogi. Były jak z galarety.

– Ranil pomóż, a nie gapisz się jak suka w gnat! – warknął mężczyzna z zarostem, patrząc w kierunku blondasa i próbując podnieść ofiarę. Długowłosy natychmiast podszedł i chwycił Leo pod pachy. Po chwili mężczyzna chwiejnie stanął na nogach.

– Gdzie jestem? Co się stało? – zapytał, łapiąc się za dygocące kolana. Próbował opanować drżenie nóg. Dwaj mężczyźni wzięli go pod ramię i posadzili na krześle przy długim stole. Sami zajęli kolejne dwa miejsca. Leo widział stąd okno, znajdujące się naprzeciw niego. Za nim rozciągał się las, a promienie słoneczne, przedzierające się przez koronę drzew tylko częściowo docierały do domu.

– Jesteś w domu Złotej Róży, na zachód od Sheller – odpowiedział spokojnie człowiek wyglądem przypominający pijaka.

– Sheller? Przecież to zachodnia część Skaleronu! Jak się tu znalazłem? Miałem egzekucję w Lawan! – dziwił się Leo. – Co się do cholery stało?!

– Co się stało? No, najprościej rzecz ujmując… Umarłeś – odpowiedział mężczyzna, lekko się uśmiechając. Leo wlepił w niego zaskoczone spojrzenie.

– Posłuchaj, cwaniaczku. Jeszcze jeden głupi żart, a… – zaczął, jednak urwał patrząc na białowłosego Ranila. Ten powoli wyjął coś z kieszeni i podał mężczyźnie. Leo spojrzał na przedmiot i zrozumiał wszystko. Był to kawałek lusterka. Hafir widział w nim swoje odbicie. Spojrzał na szyję. Wciąż widział ślady zaciśniętej pętli.

– To jeszcze o niczym nie świadczy! Mogłem stracić przytomność, a wy mogliście mnie odciąć i uprowadzić – powiedział, niedowierzając.

– Mogliśmy… – zaczął ciemnowłosy.

– Kim wy w ogóle jesteście, co? – wtrącił Leo. Ranil westchnął, odbierając kawałek lusterka i chowając je z powrotem do kieszeni.

– Nazywam się Niltram Mehles. Ten tutaj to Ranil Filholen – elf z Farth. Tamta kobieta to czarodziejka Sevira mon Ibnik. Dziewczynka obok to Kathia Flyhorn. Tamten staruszek to dziadek Otto. Dawniej znany jako nekromanta Otto von Skilburn. Jesteśmy feksami – wyliczył spokojnie Niltram, jednocześnie pokazując palcem wskazującym lewej ręki wymieniane osoby.

– Feksami? – zaciekawił się Leo, pocierając świeżą ranę na szyi. Ta dopiero teraz zaczęła dawać o sobie we znaki. Okropnie szczypała.

– Jakby ci to powiedzieć… Słyszałeś o feniksach? – zapytał Niltram.

„Co za durne pytanie", pomyślał Leo, „Tam skąd pochodzę każde dziecko zna legendy o odradzających się z popiołów stworzeniach!"

– Oczywiście – odpowiedział, kiwając delikatnie głową. Znowu poczuł ból.

– Otóż to. My jesteśmy ludźmi, którzy mają podobne zdolności do tych mitycznych stworzeń – wypalił nagle Ranil. Drugi mężczyzna natychmiast obrzucił go gniewnym spojrzeniem.

– Możecie odradzać się po śmierci? – zapytał zaskoczony Leo. Niltram uśmiechnął się:

– Po pierwsze, możemy. Ty także, co właśnie niedawno zrobiłeś na naszych oczach. Po drugie, to jest jednorazowa zdolność. Trzeciego życia już nie dostaniesz, więc nie zmarnuj tego jak wcześniej.

– Mam w to niby uwierzyć? Zostaję powieszony, a gdy naglę odzyskuję świadomość widzę bandę wariatów, którym się ubzdurało, że mają drugie życie? Skąd ja się tu w ogóle wziąłem? Nie odpowiedzieliście mi!

– Minęły trzy dni od egzekucji Leo Hafira. Jako feks, tuż po śmierci został z ciebie jedynie popiół. Musieliśmy zabić aż czterech strażników, żeby móc cię pozbierać. Potem trafiłeś tutaj.

– Co to za chędożone bajki?! – zdenerwował się Leo. Zerwał się na nogi, jednocześnie waląc pięścią w stół. Dyszał ciężko. Skutki więzienia i tortur natychmiast dały o sobie znać. Po chwili opadł bezsilnie na krzesło. Czarodziejka, mała dziewczynka i starzec podeszli i zajęli miejsca najbliżej rozmawiających. Przy stole zostały jeszcze trzy wolne siedzenia.

– To nie bajki, Leo – powiedział po chwili milczenia Niltram. – Pokażcie mu.

Chwila ciszy. Zgromadzeni spojrzeli po sobie. Jako pierwszy wstał Ranil. Odchylił włosy. Na jego szyi widoczna była duża blizna. Leo, jak na weterana wielu wojen przystało, natychmiast rozpoznał zranienie sztyletem. Ktoś próbował temu elfowi podciąć gardło. A sądząc po głębokości blizny… Udało mu się to! Hafir ze strachem spojrzał na Niltrama. Ten już podwinął rękaw swojej skórzanej kurtki. Oczom wojownika ukazały się ślady po podciętych żyłach. Ogromna szrama, ciągnąca się przez całą szerokość nadgarstka. Po takim czymś śmierć następowała zwykle bardzo szybko, choć w bólach.

Czarodziejka, dziewczynka i starzec wstali od stołu i podeszli do krzesła Leo. Rudowłosa podniosła nogę i położyła ją na krześle gościa. Stopę umieściła między jego nogami. Odwinęła kawałek ciemnoczerwonej sukni. Mężczyźnie ukazała się poparzona łydka. Wyraźna robota pożaru, lub innego maga. Leo dopiero teraz spostrzegł, że również cała szyja i część twarzy kobiety jest w podobnym stanie. Wywnioskował, że została ona podpalona i spłonęła żywcem. Być może robota łowców czarownic.

Przestało to być istotne, gdy Hafir ujrzał starca, zdejmującego płaszcz. Początkowo dziwił się, dlaczego ściąga go tylko jedną ręką. Jednak po chwili stwierdził, że lepiej byłoby gdyby ktoś pomógł założyć ubranie z powrotem. Prawej ręki dziadka w ogóle nie było. Spod ledwie zrośniętej skóry wystawała jedynie kość ramieniowa. Rana otwarta, ręka oderwana od tułowia, a on nadal żył!

„Jak to możliwe?! Przecież każde z nich powinno już dawno temu dokonać żywota z takimi obrażeniami!", zastanawiał się Leo.

Jednak na dłuższe przemyślenia nie było czasu. Mała dziewczynka pokazała mężczyźnie język. Następnie otworzyła szeroko buzię. Wnętrze jamy ustnej było czarne jak węgiel. Trucizna! To dziecko z pewnością zostało otrute.

„ Niemożliwe, żeby organizm dziecka zniósł taką dawkę trucizny!"

– Teraz już wierzysz? Jesteś feksem, Leo Hafirze. Czy ci się to podoba, czy nie jesteś skazany na nas… – dodał po chwili Niltram Mehles.

– Czy to wszyscy? Skąd wiecie, że mamy tylko dwa życia? – zapytał Leo z nutą ekscytacji w głosie.

– Jest jeszcze nasz medyk – Jemshar Fost, ale wyszedł po zioła dla ciebie. Skąd to wiemy? Nie tak dawno temu zginął jeden z naszych. Krasnolud. Niejaki Frapen. Nigdy nie powiedział swojego nazwiska. Co więcej podejrzewamy, że jeżeli ciało feksa zostanie rozczłonkowane przed reinkarnacją, to nie ma on szans na powrót do swojej postaci – odpowiedział Niltram.

– Dlaczego? Sam mówiłeś, że po śmierci rozpadłem się w pył.

– Tak, ale potrzebowałeś całości organizmu do reinkarnacji. Przy pociętym ciele proces ten nie jest możliwy. Magiczny pył odtwarza feksa takiego, jakim zapamiętuje go w chwili śmierci. Jeśli kat zdecydowałby się na ścięcie, pewnie byś chodził bez głowy. Czyli umarłbyś chwilę po odrodzeniu – wytłumaczył starzec, po czym powoli wrócił do swojego zajęcia w ciemnym rogu pokoju, uprzednio założywszy płaszcz z drobną pomocą dziewczynki. Kathia wydawała się być niezwykle pomocną osobą.

– Skoro mówicie, że mam drugą szansę… – zaczął Leo. Jego mózg zaczął pracować na pełnych obrotach. Myślał tylko o jednym. Wiedział, że Lila będzie miała przez to wszystko nie lada problemów. Doskonale zdawał sobie sprawę także z tego, że musi wrócić do Lawan.

– Nawet o tym nie myśl – powiedziała nagle czarodziejka.

– Czytasz w moich myślach? – oburzył się.

– Wybacz, to z nudów. Nie możesz wrócić do miejsca, gdzie zostałeś zabity i gdzie wszyscy cię szukają. Jeżeli chcesz coś zrobić, to od tej pory musisz działać wspólnie z nami. Tylko tak mamy szansę na rozwój zakonu feksów. Kto wie, może kiedyś będziemy silniejsi od miastowych gildii wojowników? – odpowiedziała kobieta.

– Sevira ma rację. Musisz się zadeklarować. Albo zostawiasz swoje poprzednie życie i pracujesz z nami, albo odejdź i zapomnij o feksach. Żyj jak potrafisz, nie dając się złapać i ciągle uciekając – dodał Ranil. Nastąpiła chwila ciszy i zadumy. Po chwili Leo wypalił:

– Muszę się przespać. Odpowiem na to pytanie, gdy już się namyślę…

– Mamy dużo czasu. Zaprowadzę cię więc do pokoju sypialnego – zaproponował Niltram. Obaj mężczyźni wstali i ruszyli w kierunku drzwi niemal pustego salonu. Wyszli przez nie i znaleźli się na korytarzu. Tuż przy schodach, prowadzących na górę. Po prawej stronie znajdowały się drzwi wyjściowe.

– Ty jesteś tu przywódcą? – zapytał Leo najbardziej wygadanego feksa.

– Nie. Nasze bractwo nie ma wodza. Każdy rządzi samym sobą. Może za wyjątkiem Kathii, która jest pod opieką Seviry.

– Po co wam to dziecko?

– Każdy feks ma wrodzony talent do walki. Poza tym na wolności by nie przeżyła. Wytruto całą jej rodzinę, a dom spalono. W najlepszym przypadku czekałaby ją kariera kurtyzany gdzieś w miejskim burdelu – odpowiedział Mehles.

Weszli po schodach i znaleźli się w korytarzu z dwojgiem drzwi. Po lewej i po prawej stronie. Puste ściany i podłoga nadawały ponurej atmosfery całemu domowi. Tak również było w pokoju sypialnym. Mężczyźni znaleźli się w nim, wchodząc przez drzwi po prawej. Leo domyślał się, że lewa strona to kwatera czarodziejki i dziewczynki.

Wnętrze pokoju było skromne i ponure. Stało tu siedem niezbyt komfortowych łóżek, ustawionych w rzędzie pod ścianą. Każde oddzielone było nocną szafką. Po drugiej stronie stał mały stolik z trzema taboretami. Na oknie postawiono jakiś nieznany Leo kwiat. Była jeszcze stara, dębowa szafa w rogu. Ot całe wyposażenie tej prowizorycznej sypialni.

– Twoje łóżko jest w rogu pod ścianą. Śpij dobrze. Jeśli będziesz chciał jeść, idź do końca korytarza i skręć w lewo. Tam mamy spiżarnię. Nie widać jej stąd, ale gdy przejdziesz hall, na pewno zauważysz otwór w ścianie. Do zobaczenia – rzucił Niltram, po czym opuścił pokój, zamykając za sobą drzwi.

„Kurwa. Mam mieszkać w takich warunkach? Co z Lilą? Przykro mi, moi drodzy. Jeżeli faktycznie tak wiele nas łączy i też jestem tym całym feksem, to muszę was rozczarować…", pomyślał Leo Hafir, zasiadając na wskazanym przez ciemnowłosego mężczyznę, niewygodnym łóżku…

 

***

 

– Poszedł spać? – zapytał Ranil, gdy tylko zauważył powracającego kompana.

– Nie wydaje mi się. Po takich przeżyciach i tym, co usłyszał? – odpowiedział Niltram, rzucając mężczyźnie wymowne spojrzenie.

Nastąpiła długa chwila ciszy. Stary Otto skrobał coś na pergaminie, pochłonięty bez reszty swoją pracą. Kathia wraz z Sevirą wciąż grały w łapki przy akompaniamencie wesołego trzaskania ognia. Ranil siedział zamyślony, wpatrując się w blat stołu, delikatnie stukając weń palcem. Niltram podszedł do okna.

Nagle wszyscy to usłyszeli. Jako pierwsza zareagowała Sevira. Ruszyła biegiem w kierunku sypialni na piętrze. Niltram popędził za nią.

Wpadli z impetem do sypialni mężczyzn. Czarodziejka natychmiast zauważyła otwarte okno i zbity wazon, leżący na ziemi wśród wysypanej ziemi i walającej się po deskach rośliny. Niltram zaklął głośno.

– No. To tyle widzieliśmy feksa Leo Hafira. Co teraz, o wielki dyplomato? – zadrwiła kobieta.

Niltram spojrzał na nią, po czym znów przeniósł wzrok na okno. Podszedł powoli do niego i wyjrzał na zewnątrz. Ciemny las nie pozwalał niczego dostrzec. Podczas jego zadumy do pokoju wpadła reszta towarzyszy.

– Zostawcie wiadomość dla Jemshara. Niech opiekuje się Różą. My ruszamy za Leo – powiedział po chwili milczenia.

– Skąd wiesz dokąd się udał? – zapytał elf. Natychmiast został obdarowany pełnym gniewu spojrzeniem Niltrama.

– A jak myślisz? Dokąd może uciec?

– A więc zemsta? – zapytał Otto.

– A więc zemsta… – powtórzył Niltram, spoglądając po raz kolejny w leśną otchłań.

 

C.D.N

 

Koniec

Komentarze

Było to zatłoczone miejsce, w którym liczba mieszkańców niemal dwukrotnie przerastała ilość domostw.
Jeżeli chciałeś mnie natychmiast rozśmieszyć, odniosłeś sukces. Pokaż mi miasto, w którym jeden mieszkaniec zajmuje jeden dom. Poza tym liczba mieszkańców nie przerasta, lecz przewyższa, przekracza, jest iluśkrotnie większa, mniejsza...
Zobaczę, czy i jak poprawiłeś, i poczytam, jeśli tak.

zawsze chciałem zobaczyć ludzi zabijających przestępcę, a potem wyganiających go z miasta. wyganiane zwłoki muszą wyglądać dość nietypowo.

to tyle jeśli chodzi o uszczypliwość. wybacz, ale nie mogłem się powstrzymać. jeśli natomiast chodzi o opowiadanie to jest fajnie. nawet bardzo fajnie. styl mógłby być trochę bardziej dopracowany, ale nad tym myślę z czasem popracujesz. poza tym jak zwykle powtórzenia i trochę niefajności językowych. masz również tendencję do nadużywania zwrotów,  w stylu "jego" "swoich" i tak dalej. one naprawdę nie są tak często potrzebne.

reasumując: czytaj, pisz, ćwicz i walcz, bo trąci od tego twojego tworu całkiem dobrym pomysłem
pozdrawiam

AdamKB - Poprawiłem! Teraz możesz dokończyć lekturę.

Vyzart - Myślę, że niezbyt uważnie czytałeś... Nikt tu przecież nie wyganiał zwłok! Wyciągnij wnioski z rozmowy zgromadzonych w Złotej Róży.

"ludzie psychicznie chorzy, nie zasługują na życie. Trzeba ich zabijać i wyganiać z miast."
spójnik "i" sugeruje, że jedna czynnośc została wykonana po drugiej, względnie obie wykonywane są w tym samym czasie. innymi słowy, z tekstu wynika, że ci ludzie są najpierw zabijani, a potem wyganiani z miasta, co jak już zauważyłem brzmi conajmniej intrygująco.
sądzę, że słówko, którego chciałeś tam użyć to "lub".

Aha... O to Ci chodzi... W takim razie zwracam honor. Masz rację. Chodziło mi o "lub". No i właśnie potwierdza się moja teza, że "Własne błędy ciężko zauważyć" :D

Pomijając literówki, "lub" zamiast "i" i tym podobne sprawy, trudno mi się to czytało. Niedopracowane logicznie:
1. feniks odradzał się cały i zdrowy, a nie zbliznami. Po odrodzeniu, facet nie powinien mieć żadnych blizn, ani nie powinien być zmęczony i obolały po areszcie. Był dosłownie "jak nowo narodzony". To samo z resztą kompanii. Człowiek z obciętą głową, powinien się 'obudzić' cały.
2. nawet jeśli pominiesz powyższe- piszesz, że powinny być wszystkie prochy, ciało musi być kompletne żeby się odrodzić. A dziadek nie ma ręki! Dalej, jeśli brakujący element uniemożliwia zmartchwychwstanie- to ten po podcięciu żył, też nie powinien ożyć- stracił krew, a to też organ, chociaż płynny.
3. ten fragment nie trzyma się kupy: "- Skoro mówicie, że mam drugą szansę... - zaczął Leo. Jego mózg zaczął pracować na pełnych obrotach. Myślał tylko o jednym. Wiedział, że Lila będzie miała przez to wszystko nie lada problemów. Doskonale zdawał sobie sprawę także z tego, że musi wrócić do Lawan.
- Nawet o tym nie myśl - powiedziała nagle czarodziejka.
- Czytasz w moich myślach? - oburzył się.
- Wybacz, to z nudów. Nie możesz wrócić do miejsca, gdzie zostałeś zabity i gdzie wszyscy cię szukają. Jeżeli chcesz coś zrobić, to od tej pory musisz działać wspólnie z nami. Tylko tak mamy szansę na rozwój zakonu feksów. Kto wie, może kiedyś będziemy silniejsi od miastowych gildii wojowników? - odpowiedziała kobieta.
- Sevira ma rację. Musisz się zadeklarować. Albo zostawiasz swoje poprzednie życie i pracujesz z nami, albo odejdź i zapomnij o feksach. Żyj jak potrafisz, nie dając się złapać i ciągle uciekając - dodał Ranil. Nastąpiła chwila ciszy i zadumy."
Najpierw mówią mu, żeby zapomniał o powrocie, a za chwilę, że ma wybór: moze zostać z nimi, albo wrócić.
4. tak samo to:
"- Po co wam to dziecko?
- Każdy feks ma wrodzony talent do walki. Poza tym na wolności by nie przeżyła."
Zdecyduj się: albo ma talent do walki, albo sobie nie poradzi. Jeśli umie walczyć, to zostałaby mordercą, a nie kurtyzaną, czy żebrakiem.
Ogólnie takie sobie tam. Średnia krajowa.

O dziwo zgadzam sie z Tomaszem: średnia krajowa ;) Nie jest najgorzej, ale też chwalić nie ma za co. Dla mnie największym minusem jest dziecinność tego tekstu.

www.herbatkauheleny.pl

Nowa Fantastyka