- Opowiadanie: AubreyBeardsley - Przypadłość króla Henryka

Przypadłość króla Henryka

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Przypadłość króla Henryka

19 czerwca AD 1574

 

– Bacz waść, że ja nijakiego despektu Jaśnie Panu naszemu czynić nie pragnę, przeto powtarzam, co powiedają. A powiedają, bacz waść, wiele o naszym królu miłościwem, co to że niby obiady, kolacyje, tańce i rekreacyje rozliczne nad Rzeczpospolitą przedkłada. Podobno jednego słowa po polsku ni po łacinie wyrozumieć nie umie, jako malowany na sejmie siedzi… Aleć to kłamstwa, jasna rzecz, waść tak na mię nie poglądaj. Wieści jednakże inne też do uszu szlacheckich docierają, że pan nasz dziwaczne upodobania nierzadko okazuje. Kąpieli pono i kilkanaście razy do roku zażywa. A świecidełkami obwieszony jako ta białogłowa, dzwoni tym przy chodzeniu, że człowiek myśli własnych słyszeć nie podobny. Jam króla na oczy nie widział, toć wieści tylko, ale sam mości Tęczyński, który się do mnie kiedyś wyprawił, rzekł był… W tej sali, co to król uciech zwykł zażywać cum consortionis swojem, bacz waść…

– Waść mi tu nie waściuj, jeno milcz i prowadź. – Warknął opatulony płaszczem po same uszy ponury jegomość. Imć Piotr Zaborowski, szlachcic majątku nieznacznego, za to obdarzony niezmierzonymi wprost pokładami samozachwytu, zamilkł do głębi urażony niegrzecznością kompana, żując tylko pod wąsem jakoweś przekleństwo. Zgodził się robić za przewodnika, a jakże, sam to zaproponował nawet. Ale myślał, że podróż będzie przyjemniejsza, rozczarował się jednak snadnie. Dziwny młody człowiek z niejasnych przyczyn chciał, by go prowadzić do Lasu Bieleńskiego. Właściwie nie tyle chciał, by go prowadzić, co wypytany przez Zaborowskiego niechętnie przyznał, iż tam właśnie udać się zamiarowuje, więc Zaborowski, z gruntu łaskawy i z miłą chęcią każdą okazyję do wyprawy jakiejś wykorzystujący, coby się od swojej baby uwolnić choć na chwilę i o smętnym zaścianku Zaborowskim zapomnieć, zaraz zgłosił się do pomocy. A tu nędza, milcz jak ten pies i prowadź tylko, mimo że ranek bardzo wczesny, zabawić się rozmową by wypadło. Zaborowski wyciągnął zza pazuchy płaską manierkę i pociągnął tęgi łyk bimbru własnej roboty. Zapowiadała się długa droga.

 

Ponury jegomość zwał się Karol Grotowski. Nikomu się po drodze nie przedstawiał, bo zasadniczo pragnął się ukrywać, aleć mu się Zaborowski na łeb znienacka zwalił, co z lekka nieszczęśliwem go czyniło. Patrzał nadal przed siebie, nie odzywając się ani słowem. Widać, myślał o czymś intensywnie, gdyż jego czoło raz po raz przecinała głęboka zmarszczka.

Karol miał okazyję króla raz tylko oglądać, na balu w Krakowie, pierwszym bodaj, na którym król swą przyszłą małżonkę ujrzał był. Mina królewska adekwatna była zaiste do widoku starszej od niego o lat trzydzieści statecznej damy, wszelkimi sposoby usiłującej udowodnić, że żwawa jest jeszcze. Takie harce w salej wyprawiała, takie hołubce wywijała, suknię po samą brodę zadzierając, jakoby miała lat piętnaście. Król jednakowoż nie wydawał się tem przedstawieniem przekonany, umknął do wieżej swojej i nie wyszedł aż do dnia następnego. Mówili potem, że mu się żeniaczka odwidziała, aleć inszego wyjścia nie było, naród szlachecki z taką by doń pretensyją wyszedł, że król, chcąc nie chcąc, żenić się musiał i tak.

Rozmyślania owe przerwało dopiero zdarzenie dość oczekiwane, mianowicie ukazanie się Lasu Bieleńskiego na linii horyzontu.

– Bacz waść, oto i Las Bieleński – poinformował Grotowskiego Zaborowski. – Mówże zaraz, gdzie cię dalej prowadzić mam. Wszak nie po toś taki kawał ujechał, ażeby po lesie spacerować. Po co w ogóleś waść się tu wybrał? Toż to drzewa, krzaki, nic ciekawego…

– Bacz waść, żebyś zaraz nosa nie stracił, jak go będziesz w nie swoje sprawy wsadzał – warknął Grotowski, rzucił zdumionemu szlachcicowi sakiewkę z pieniędzmi i pognał konia ku leśnym ostępom. Zaborowski stał chwil kilka zbaraniały zupełnie, potem potrząsnął sakiewką i kontent zawrócił, machnąwszy ręką na dziwaka, któremu nie wiadomo czemu w te krzaki tak śpieszno.

 

Grotowski tymczasem pędził przez las na przełaj, jakby doskonale znał kierunek, w którym powinien zmierzać. Koń parskał wściekle, przedzierając się przez chaszcze, potykając na wystających korzeniach, a chwilami zapadając po pęciny w błoto. Karol wiedział jednak, że nie ma czasu do stracenia. Sytuacja była poważna, trzeba działać i to zaraz już. Smagnął konia po zadzie trzcinką, koń wierzgnął w odpowiedzi, ale posłusznie przyśpieszył. Już niedaleko, myślał Grotowski. Już niedaleko, ale jak dojadę – to się dopiero zacznie…

Po godzinie zwolnił do stępa i zeskoczył na ziemię. Wiedział, że jest prawie na miejscu.

 

Nagle ostrze sztyletu oparło się o gardło Grotowskiego, szramę mu czyniąc czerwoną na skórze.

– Czego tu waść szukasz? – zapytał ktoś groźnie za plecami Karola. Ten zamarł, oddech wstrzymawszy, aż rzekł w końcu:

– Mikołaj de Larchant? Tyżeś to waszmość?

Cisza uczyniła się na moment.

– A nawet jeśli? – Głos nadal dźwięczał groźbą słabo skrywaną.

– Wiozę ważne wieści. Przepuść waść, przysyła mnie sam biskup Karnkowski.

– Mamże ci wierzyć?

– W sakwie mam pismo pieczęcią papieską opatrzone.

Czyjaś ręka wsunęła się do sakwy przytroczonej do siodła Grotowskiego i wyjęła z niej czem prędzej zwinięty w rulon pożółkły pergamin. Napastnik tajemniczy sapnął aż ze zdumienia wielkiego, oddał pismo, odjął wreszcie ostrze od szyi Karola i stanął naprzeciw niego.

– Wybacz, panie, mam rozkaz pilnować chaty i nie przepuszczać nikogo. W takim jednak razie…

– Prowadź, waszmość – przerwał mu Grotowski szybko, a Mikołaj de Larchant, kapitan gwardii królewskiej, bo byłże to on we własnej osobie, posłusznie ruszył w kierunku najgęstszych zarośli.

 

***

 

Zakonnik patrzał na Grotowskiego nader nieufnie.

– Sobór zabronił naznaczać ludzi świeckich, by egzorcyzmowali opętanych – rzekł.

– Sobór w ogóle zakazał egzorcyzmów. – Odparł mu na to Grotowski, wskazawszy na drzwi, zza których hałasy niemałe słychać było. – Racz jednak, ojcze, zważyć, iż sam biskup potajemnie nakazał po mnie posłać wczorajszej nocy. Jam jest jedynym w Polszcze człowiekiem zdolnym tragedyi zapobiec…

– Biskup Karnkowski nic mi nie rzekł był na waszmości temat, kiedy w nocy opuszczał to miejsce, pana naszego pod moją kuratelą ostawiwszy. – Zakonnik potarł skroń w zamyśleniu głębokim. – Biskup jednakże tak zafrasowany był całą sytuacyją, iż słów kilka tylko ze mną zamienił. Pismo papieskie jest ponad wszelką wątpliwość prawdziwe.

Chwil kilka w powietrzu ciężkie milczenie wisiało, kiedy to zakonnik stary rozważał coś w myślach.

– Zresztą może i dasz radę, waszmość, jakoś w tem nieszczęściu dopomóc, lubo nam niedługo poddać się przyjdzie – rzekł w końcu, wskazując Grotowskiemu drzwi.

Karol czem prędzej wszedł do zamkniętej dotychczas izby. Oczom jego ukazał się widok zaiste niezwykły. Na prostym stole dębowym leżał Henri de Valois we własnej osobie, powszechniej w Rzeczypospolitej znany jako Henryk III Walezy, a nad nim stali kręgiem księża w szatach prostych, białych, modlący się po łacinie na cały głos. Król zaś miotał się po stole w drgawkach potężnych i jęczał rozpaczliwie, choć Grotowski niejasne wrażenie odniósł prędko, że Henryk drga i jęczy nieco bez przekonania i jakoby na pokaz. Księża co chwilę dłonie wznosili ku górze, coraz to nowe modlitwy rozpoczynając, a twarze ich były poważne śmiertelnie i białe jako ich odzienia. A potem Grotowski ujrzał coś tak niezwyczajnego, iż niewiele brakło, ażeby śmiechem buchnął, choć śmiech byłby to zapewne ponury.

Albowiem dojrzał był właśnie, iż Henryk Walezy ma ogon.

 

Na wyraźne polecenie Grotowskiego księża opuścili izbę, choć wyglądali, jakby czynili to bardzo niechętnie. Karola niewiele obchodziły ich pretensje. Miał tu zadanie do wykonania. Henryk przestał się miotać dokładnie w chwili, gdy Grotowski zatrzasnął drzwi za ostatnim duchownym. Ukradkiem otarł rękawem płynącą z ust ślinę. Ewidentnie czekał, aż kroki za drzwiami całkiem umilkną.

Wreszcie zapadła cisza. Król z rozmachem zeskoczył ze stołu i wściekle przyrżnął pięścią w dębowy blat.

– Kurwa! – ryknął – System kamuflujący mi się spierdolił!

– Ciszej! – syknął Karol, rozglądając się niepewnie na boki. – Już samo to, że się ze mną skontaktowałeś, jest wystarczająco ryzykowne. Musimy uważać.

Henryk spojrzał na niego żałośnie.

– A co niby miałem zrobić? – spytał. – Toż od tego mamy przecież kanał awaryjny.

Karol westchnął i pokiwał głową. Tak, to prawda. Kanał awaryjny był ostatecznością. Trzeba wystukać kod alarmowy na komunikatorze i czekać aż najbliżej znajdujący się agent przybędzie z odsieczą. Toteż Karol przybył. I ręce mu opadły.

– Szkolenie teoretycznie zakładało awarię kamuflażu, chociaż takie coś zwyczajnie nie ma prawa nastąpić – Henryk zaczął chodzić po niewielkiej izbie, wymachując nerwowo rękami – wtedy trzeba wyeliminować wszystkich świadków, żeby się nie rozniosło, bo całą misję diabli wezmą. Ale nikt mi, do jasnej cholery, nie mówił, co zrobić, kiedy nagle na środku sali balowej podczas imprezy z okazji moich własnych zaręczyn z tą starą krową Anną przestanie działać tylni fragment kostiumu i cała elita Rzeczpospolitej ujrzy mój ogon w pełnej krasie! Co tak na mnie patrzysz? Mówię, jak było. Tańczę sobie wczoraj z jakąś panną, a tu cyk – i nagle wszyscy wokół znieruchomieli. Obracam się, myśląc, że mi na przykład spodnie zjechały, raz już mi się to zdarzyło, przeklęte ziemskie łachy, i nagle widzę, że system padł. Na szczęście nie cały, ale wystarczyło, żeby ogon stał się widoczny. Zaraz wybuchła panika, na szczęście mam niezłych przydupasów, zwłaszcza ci kościelni dobrze ściemniają. Sprawę zatuszowano, a mnie uznano za opętanego i natychmiast potajemnie przywieziono tutaj, bo przecież nie może wyjść na jaw, że król jest we władzy szatana. Zostawili mi czteroosobową świtę – lokaja, dworzanina, lekarza i gwardzistę. Kompania doborowa, nie powiem… No i właśnie jestem w trakcie egzorcyzmowania, jak pewnie zdążyłeś zauważyć. Muszę robić co mi każą, żeby zachować pozory. Nie mogę przecież wyrżnąć kilkuset świadków i to z tak zwanej śmietanki towarzyskiej. Nie mieszać – pierwsza zasada. A to nie byłoby mieszanie, tylko najnormalniejsze w świecie włączenie miksera.

Karol przez chwilę trawił to, co właśnie usłyszał. Obaj od dawna pracowali dla Międzygalaktycznego Zakładu Naprawczego, powołanego specjalnie po to, by w sposób bezinwazyjny i możliwie delikatny ratować sytuację na planetach, gdzie cywilizacja chyliła się ku upadkowi. Kilkuset agentów rozsyłano do strategicznych punktów planety. Część z nich zastępowała miejscowych władców i miała kierować średnio inteligentne społeczeństwa ku rozwojowi i oświacie. Czasem się to nawet udawało, prędzej czy później, chociaż w większości przypadków raczej później. Pozostali agenci pracowali w terenie i jako zwykli, szarzy obywatele zbierali informacje, gromadzili materiały badawcze, obserwowali i pisali raporty, które raz na cztery lata były zbiorczo wysyłane do Centrali na pokładach maleńkich statków kurierskich. Posiadali znacznie lepsze wyposażenie, jako że nie byli na świeczniku i nikt nie analizował specjalnie ich bagaży. W razie czego ratowali tyłki tym, którzy mieli trochę cięższe zadania i do dyspozycji tylko nadajnik alarmowy.

Proces naprawczy trwał zwykle kilkaset lat, był powolny i nie zawsze kończył się sukcesem. Ale warto próbować, tak przynajmniej twierdził Zarząd Główny Zakładu, a póki dobrze płacił – pracownicy grzecznie przytakiwali.

Wszyscy agenci przebywający na danej planecie musieli pamiętać przede wszystkim o jednym – pod żadnym pozorem nie można się ujawnić. Mało która cywilizacja, zwłaszcza wśród tych słabo rozwiniętych, jest gotowa na odkrycie, że rządzą nią Wspaniali Kosmiczni Bracia z Odległej Galaktyki. Którzy szpiegują ich, uważają za bandę idiotów i próbują ratować bez ich wiedzy. Właściwie żadna cywilizacja nie jest na to gotowa.

A publiczne pokazanie ogona niewątpliwie było ujawnieniem. Może nieco nietypowym, ale jednak.

– Nie możesz tego jakoś naprawić? – mruknął wreszcie Grotowski, z góry znając odpowiedź.

– Myślisz, że nie próbowałem? – Henryk przestał chodzić, rękami machał za to nieustannie. Karol zaczął się obawiać, że król zaraz odfrunie. – To jakieś większe gówno. Program autonaprawy siadł, a mam tylko podstawowe narzędzia. Do tego trzeba kogoś z działu technicznego.

Grotowski potarł czoło w zamyśleniu.

– Ja też sam nie dam rady nic wymyślić. Te kostiumy miały być, żeby to szlag trafił, niezawodne! Pozostaje tylko jedno – oświadczył. – Musimy jakoś dotrzeć do boi sygnałowej, wysłać wiadomość do Centrali, żeby wymyślili, co z tym całym bałaganem zrobić, i kogoś po ciebie przysłali. Po mnie w związku z tym pewnie też, bo teraz toniemy w tym bagnie obaj i tylko góra może nas z tego wyciągnąć. Co poniektórych może wyciągnąć nawet za ogon. – Skrzywił się niezadowolony. Jeszcze rok służby w terenie i mógłby liczyć na podwyżkę. Co zrobić – ryzyko zawodowe.

– Ha, ha, ha – Henryk zmierzył go spojrzeniem mogącym zabić tura. Karol nie przejął się zbytnio. Henrykowe łypanie spływało po nim jak po ziemskiej kaczce.

– Ty się nie śmiej – westchnął – tylko zastanów, jak wykręcić się od egzorcyzmów, a potem skłonić swoją świtę, żeby odeskortowała cię do jakiejś zapadłej wiochy koło Kłodzka, bo tam jest zakopana najbliższa boja.

Henryk milczał przez chwilę, myśląc nad czymś intensywnie.

– Dwa tygodnie temu Karol wyciągnął nogi i z solidnym rozmachem kopnął w kalendarz – oznajmił w końcu.

Grotowski spojrzał nań, nie rozumiejąc. Nie przypominał sobie, żeby w coś kopał, a już na pewno nie tak ostatecznie.

– Nogi wyciągnął! – powtórzył zniecierpliwiony Henryk. – Mój teoretyczny brat, król Francji, Karol IX. Prątki go załatwiły, znaczy ta, no, gruźlica. Miałem jechać do Francji dopiero jesienią, załatwić to i owo. A gdyby tak…?

Zapadła pełna wyczekiwania cisza.

Grotowski uśmiechnął się. Trochę namieszają, fakt. Zmienią układ polityczny. Wyeliminują z gry aktualnie panującego króla Rzeczpospolitej. Ale z drugiej strony – nie mogą ryzykować, że kamuflaż Henryka nagle zupełnie przestanie działać i Henryk ukaże się swemu otoczeniu w całej swej bladozielonej, łuskowatej, ogoniastej okazałości. Poza tym licho wie, czy usterka dotyczy tylko jego kostiumu. Trzeba zgłosić Centrali, wprowadzić stan alarmowy. Karol wolał sobie nie wyobrażać, co się stanie, kiedy wszelkiej maści władcy największych światowych mocarstw zupełnie znienacka zmienią wygląd. Mogło by to wywołać drobne zamieszanie.

– Dobra – rzekł w końcu. – Będziemy musieli pójść na całość. Ale na kartach ziemskiej historii zapiszesz się jako ostatni palant.

– Jakoś przeżyję – mruknął Henryk. Teraz zostało im już tylko wymyślenie jakiegoś sposobu na szybkie zakończenie egzorcyzmów.

 

***

 

– Panie najjaśniejszy, czyliż pewien jesteś? Objawienie nie kożden raz daje się łatwo wyrozumieć, jeśli się mylisz… – Zakonnik załamywał ręce raz po raz, nie wiedząc, co czynić. Król właśnie oznajmił, że Bóg sam mu powiedział, jakoby jedyną radą na przypadłość jego przez diabła zapewne zesłaną było udać się do Francyjej i objąć tamtejszy tron w schedzie po dopiero co zmarłym bracie, i to najlepiej natychmiast. A tu biskup wyjechał zaraz w nocy, o niczym jego biednego nie poinformowawszy, żadnych instrukcyi nie ostawiwszy. – Cóż niby władza we Francyjej pomóc ci może, o panie najjaśniejszy, w pozbyciu się znamienia diabelskiego…? – spytał wreszcie, a na jego twarzy malował się frasunek. Karol przetłumaczył Henrykowi pytanie zakonnika, wspomniawszy, iż król ni słowa po polsku wyrzec nie umie, ani nic z polskiej mowy wyrozumieć też nie potrafi. Henryk z poważną miną wysłuchał go i zaraz wygłosił oracyję po francusku. Zakonnik patrzał nań wielkimi oczyma.

– Król rzecze – usłużnie ozwał się Grotowski – że Bóg wyraźnie nakazał mu powrócić do Francyjej ex ratione, żeby ratować ten kraj upadający, aliści uwolni go od jego przypadłości w nadgrodę. Szlachta polska jest silna i rozważna, lubo insza niż tameczni ludzie, kraj swój utrzyma, nawet jeśli króla przez czas jakiś zabraknie. Król musi visibiliter kierować się wolą Najwyższego. Zresztą – sameś, ojcze wielebny, widział, że papież, Gregorius Tertius Decimus, poświadczył na piśmie moje zdolności radzenia sobie z wszelkim nasieniem szatańskim. Skoro król nasz szlachetny doznał objawienia w mojej obecności – to jakoby sam ojciec przenajświętszy mu to objawienie potwierdził.

Zakonnik nie wyglądał na przekonanego.

– Przekażę to biskupowi – rzekł po chwili i wyszedł, coby list do zwierzchnika wypisać. Henryk gestem przywołał lokaja, Jana du Halde, i nakazał mu czym prędzej kulbaczyć konie. Zakonnik zakonnikiem, wyjechać należy natychmiast, choćby miał i bez zgody duchownych wprzód wyruszyć.

 

***

 

Odpowiedź od biskupa jeszcze nie nadeszła, dość rzec, że biskup jeszcze listu nie otrzymał był nawet, co dopiero mówić o odpisywaniu, kiedy król w towarzystwie Karola Grotowskiego oraz czterech przybocznych, którzy nijak zbyć się nie pozwolili, oddalił się już na dobrych kilkadziesiąt stajań od podkrakowskiej wsi i zniknął w lesie gęstym. Kierował się stale na zachód, zakonnikowi oczywiście o niczym nie powiedziawszy. Konie parskały wesoło na dobrą wróżbę i szły niezobowiązującym truchtem, aleć król, świadom że towarzysze jego coraz to bardziej niepewnie poglądają na jego królewskiego chwosta, narzucił orszakowi duże tempo. Toteż konie łacno przestały parskać, zaczęły natomiast sapać coraz ciężej. Mimo tego Henryk zezwolił na popas dopiero, kiedy słońce połowę swej drogi na nieboskłonie dawno już minęło.

Gdy konie stanęły spokojnie, trawę poskubując, a ludzie spacerowali, coby kości nieco rozprostować, Marek Miron, lekarz królewski, podszedł był nieśmiało do króla i wskazał niepewnie na jego ogon.

– Panie, powtórzę, com mówił już wczoraj, aliści racz nachylić się mojej perswazyjej i pozwól mi amputować swój ogon królewski. Tuszę, iż to nie diabelskie sprawki, a jedna z odmian choroby angielskiej sprawiła… – z przejęciem rzekł do Henryka po francusku. Henryk wytrzeszczył na niego oczy i czem prędzej zaczął odmawiać, gęsto zaprawiając swą odmowę słowami „Bóg", „powinność najwyższa" i „kraj ginący". Miron patrzał nań bez przekonania, ale Mikołaj de Larchant, wykazawszy się taktem tudzież refleksem niezwyczajnym, odciągnął go w tył i począł coś mu zawzięcie tłumaczyć. Henryk z szeptów tajemniczych wyłowił jedynie coś o decyzji politycznej, że król ma dość panoszącej się w Polszcze szlachty obmierzłej, przy czym szlachcic w szlachcica – pludraki wszytko, więc tajemnym sposobem dał sobie ogon przyprawić, coby mieć pretekst, aby do domu umknąć w te pędy. Miron zawstydzony kiwał ze zrozumieniem głową. Zadowolony z bystrości swego przybocznego król mógł spokojnie zarządzić kontynuowanie podróży.

 

***

 

W Polszcze wieść gruchnęła, że król zbiegł do Francyjej. Ponoć Henryk od dawna już ucieczkę przygotowywał, konie miał rozstawione po drodze i zostawił naród szlachecki, woląc francuskim psom przewodzić. Nikt nie wiedział o królewskiej przypadłości, jako że zabiegi duchowieństwa, polegające głównie na spojeniu na umór wszystkich świadków zajścia na balu, okazały się nader owocne. Anna zwana Jagiellonką rozpaczała za niedoszłym młodym i przystojnym małżonkiem, który mógłby być bez przeszkód jej wnukiem, a przyczyną jej rozpaczy wielkiej była świadomość, iż drugiego takiego naiwnego łatwo nie znajdzie. Pogoń za królem też wysłano, z kimś bystrym na czele, Tęczyńskim Janem na przykład…

 

Tak przynajmniej wyobrażał sobie sytuację w Rzeczypospolitej Henryk, ponieważ w rzeczywistości nie miał zielonego pojęcia, jak ta sytuacja naprawdę się przedstawiała. Naprawdę chciałby, żeby czekały na niego przygotowane w strategicznych miejscach konie na zmianę. Naprawdę chciałby mieć to wszystko zaplanowane, a nie pędzić na złamanie karku przed siebie w kierunku zakopanej gdzieś w okolicach Kłodzka boi sygnałowej.

Karol podjechał do niego bezszelestnie, korzystając z tego, że czterej przyboczni królewscy zamarudzili gdzieś z tyłu.

– Tak się zastanawiam – zaczął Henryk – skąd miałeś to pismo papieskie? Że niby jesteś zatwierdzonym przez papieża najskuteczniejszym egzorcystą w Europie? Większych bzdur w życiu nie słyszałem.

Karol zachichotał pod nosem.

– Wysłałeś mi kod oznaczający zdemaskowanie… Dobry pomysł miałem, nie? Inaczej bym cię stamtąd nie wydobył. Egzorcyzmowaliby cię w nieskończoność, a do publicznej wiadomości podali, że zadławiłeś się ogórkiem, albo co, i że trzeba wybrać nowego króla… Całe szczęście, że agenci obserwujący, tacy jak ja, dostają porządny sprzęt, w tym też miniaturowe komputery i drukarki. Na wszelki wypadek. To żem sobie wydrukował oryginalne papieskie pismo…

Teraz to Henryk się zaśmiał. Oryginalne papieskie pismo.

– Hej, nie wiem, czy słyszałeś – zagadnął po chwili Grotowski – ale ludzie mówią, że jesteś ciotą.

Henryk spojrzał na niego zdegustowany.

– Całkiem wam na tej waszej prowincji na mózgi padło? – zapytał uprzejmie. Karol zarechotał.

– Mycie się nie jest tu dobrze widziane. A poza tym jakżeś sobie taki ozdobny nadajnik kazał wyprodukować, to teraz masz… – palcem pokazał na dyndający u królewskiego ucha ogromny złoty kolczyk wysadzany perłami. On sam wybrał mikroczip, kilka chwil bólu, ale efekt niewidoczny dla oka. Centrala musiała ich jakoś lokalizować, kiedy pracowali w terenie. Każdy agent mógł wybrać, jak będzie wyglądał jego nadajnik. Ale żeby od razu taka ostentacja…

– Nigdy nie lubiłem tego kraju – Henryk spiął konia i ruszył naprzód kłusem. Królewski ogon majestatycznie zakołysał się nad siodłem.

 

***

 

Pierwsze zwiastuny kłopotów nadchodzących powitały ich u brzega strugi wodnej jakowejś, którą właśnie byli przekroczyli z trudem niemałym w okolicy Harmęża, wsi małej i raczej nędznej. Kłopoty miały postać szlachcica starszawego, na całe szczęście znajdowały się jednak po drugiej stronie rzeki i dzieliło je od króla dobrych trzydzieści łokci wody. Wkrótce wokół machającego rękoma na wszystkie strony jegomościa zgromadził się spory tłumek przybocznych, wszyscy uzbrojeni i jakoś wielce odświętnie ubrani.

– Panie, ten człowiek coś ku nam krzyczy przeraźliwie – rzekł do Henryka Marek Miron i nastawił ucha, jako że najbieglej z królewskich towarzyszy językiem polskim władał. – Że jest starostą oświęcimskim, że króla najjaśniejszego gonią, że pościg za nami wysłano, że jaśnie pan do Francyjej z Polski zbiegł, że wszystko przygotowane wcześniej było, ale że król może wrócić jeszcze ojczyznę nieszczęsną, osieroconą ratować…

Henryk spojrzeniem niechętnym zmierzył podskakującego w oddali szlachcica, drącego się ku nim, ile tylko miał powietrza w płucach. Czyli stało się, jako przewidział.

– Uciekajmy – zarządził natychmiast, uznawszy to za jedyne słuszne wyjście. Już mieli spiąć konie, gdy plusk donośny oznajmił im, że jednak warto głowy raz jeszcze odwrócić. Szlachcic podjął był decyzję odważną, skoczył wprzód z brzega i, usiłując wpław pokonać rzeczkę, krzyczał, o mało co wodą się nie dławiąc:

Serenissima Maiestas, cur fugis?

Henryk wzruszył ramionami i wnet konia spiąwszy, ruszył w kierunku zgoła przeciwnym niż rzeczka i starosta oświęcimski na poły tonący.

– Kretyn – powiedział do galopującego obok Grotowskiego – przecież wszyscy wiedzą, że ani słowa po łacinie nie umiem. To czego się drze?

 

Pościg rzeczywiście wyruszył był za królem. I, jako władca sądził, na czele pogoni stał szlachcic bystry, Jan Tęczyński. Granica polska dopiero co za nimi została, Pszczynę minąć zdołali nawet bez perturbacyi żadnych, jak nagle w polu szczerym tętent kopyt wielu rozległ się za nimi.

– Obawiam się, najjaśniejszy panie, że ów uparty starosta oświęcimski nie utonął był niestety, dał natomiast znać ludziom wysłanym przez biskupa, kędy się udaliśmy… – sapnął de Larchant, zatrzymując konia tuż przy królu. – I tuszę również, że w takim razie biskup nie jest przekonany co do twego objawienia, o najjaśniejszy.

– Czy mamy szansę umknąć? – zapytał Henryk, niepewnie w tył spoglądnąwszy na znajdujących się coraz to bliżej jeźdźców. De Larchant tylko głową przecząco pokręcił.

– Trzeba tedy negocjować – oznajmił król spokojnie.

 

Henryk nakazał swojej świcie zostać na miejscu, skinął jedynie dłonią w kierunku Grotowskiego. Obaj wyjechali pościgowi naprzeciw.

– Co teraz, mój ty ochroniarzu? – zapytał król nieco zjadliwie.

– Tedy negocjuj – odparł Grotowski jak gdyby nigdy nic. Henryk już miał na końcu języka jakąś szalenie ciętą ripostę, nie zdążył jednak uraczyć nią Karola, gdyż w jednej chwili otoczył ich krąg niesłychanie przejętych jeźdźców. Spośród nich zaraz wystąpił jadący na siwym koniu wysoki szlachcic w średnim wieku. Skłonił się przed królem, Grotowskiego zmierzył niechętnym spojrzeniem i odezwał się po francusku:

– Panie najjaśniejszy, jam jest Jan Tęczyński. Podążam za tobą z rozkazu biskupa naszego najmilszego, Stanisława Karnkowskiego. Biskup wątpi w intencyje czyste obecnego tu mości Grotowskiego, gdyż nie posyłał był po niego żadnym sposobem. Podejrzewa również, iż człowiek ów jest raczej szpiegiem francuskim, niż tym, za kogo śmie się podawać… Prosi również uniżenie, byś raczył wrócić do Krakowa i pozwolił pomóc sobie.

Henryk i Karol wymienili zrezygnowane spojrzenia.

– Rozumieć mam, iż prośba biskupa jest-li raczej rozkazem? I że jak obiecam, iż wrócę za, powiedzmy, dziewięć miesięcy, to biskup nie będzie kontent? – westchnął Henryk.

– Domyślność królewska jest dziś zaiste zaskakująca – Tęczyński podkręcił wąsa z namaszczeniem. Henryk miał wielką ochotę zdzielić go pięścią w łeb, ale jednak się powstrzymał. On miał jednego Grotowskiego – a Tęczyński dwudziestu szlachciców gotowych na każde skinienie. Niby ufał Grotowskiemu, ale jednak…

– Przejdźmy więc do konkretów, jeśli waszmość pozwolisz – odezwał się nagle Karol. Tęczyński spojrzał na niego z pogardą, czym Grotowski specjalnie się nie przejął. – Co biskup proponuje?

– Król pozwoli, by biskup prowadził egzorcyzmy, jak długo tylko będzie to potrzebnem, a władzę odda natenczas kościołowi…

– … czyli biskupowi… – wtrącił Grotowski uszczypliwie.

– … czyliż w ręce po temu najbardziej odpowiednie. – Tęczyński groźnie zmarszczył brwi. – Jeśli nie udacie się, waszmoście, ze mną po dobroci, zmuszony będę odeskortować naszego pana najjaśniejszego per vim do Krakowa, a ciebie, mości Grotowski, zabić.

Zapadła pełna wyczekiwania cisza. A potem zupełnie nieoczekiwanie Grotowski wybuchnął gromkim i bardzo, ale to bardzo wesołym śmiechem. Niewiele brakło, żeby spadł z konia. Nawet Henryk spojrzał na niego zdegustowany. Tęczyński zaś zbladł nagle, znów podkręcił wąsa i zeskoczył z konia.

– Despekt! – ryknął, ledwie panując nad głosem. – Infamia! Hańba straszliwa! Stawaj waść na ubitej ziemi, dobądź broni i pokaż, żeś chociaż trochę szlachcicem!

Grotowski przestał się śmiać i popatrzył na niego z politowaniem. W jednej chwili zeskoczył z konia, szybkim ruchem wyszarpnął niespodziewającemu się niczego, a już na pewno niczego takiego, Tęczyńskiemu szablę i wbił ją sobie w brzuch.

Przynajmniej na początku tak to właśnie wyglądało. Ostrze bowiem przecięło skórzaną kurtę, zatrzymało się na skórze Grotowskiego i bardzo powoli zaczęło się wyginać. Kilka chwil później Karol oddał oniemiałemu Tęczyńskiemu zagiętą tuż przy rękojeści szablę, bardziej przypominającą teraz wielki bojowy bumerang niż oręż szlachecki. Dwudziestu waszmościów, którzy ich otaczali, jednocześnie wypuściło z płuc powietrze. Cisza zrobiła się tak gęsta, że można by było w niej pływać.

Grotowski tymczasem w myślach dziękował działowi technicznemu za ultracienką nanokamizelkę ochronną i wszczepione pod skórę mikrowzmacniacze mięśni. Dzięki nanokamizelce nawet wystrzał armatni oddany z trzech metrów prosto w pierś nie zrobiłby na nim wrażenia.

Tęczyński jęknął, po czym padł na kolana. Zaraz jednak przemyślał sprawę i wstał, raz po raz niepewnie łypiąc na trzymaną w ręku szablę.

– I co, panie Tęczyński – zagadnął przyjaźnie Grotowski. – Pozwolisz nam jechać dalej? Sameś widział, że Bóg po mojej stronie…

– Wcalem nie taki pewien, czy to boska czy szatańska sprawka była – warknął Tęczyński, w pewnym stopniu odzyskawszy rezon. – Nie mnie to oceniać, ale biskupowi. Brać ich! – to ostatnie wrzasnął po polsku w kierunku swoich towarzyszy, którzy niby zaczęli zacieśniać krąg, ale robili to jakoś niemrawo i raczej bez przekonania, ciągle spoglądając z przerażeniem na Grotowskiego. Karol westchnął i zbliżył się do Henryka.

– Pytanie regulaminowe: czy to jest sytuacja ostateczna? – zapytał bardzo cicho. Henryk pomyślał o tym, co się stanie, kiedy biskup zabierze się za egzorcyzmy. Czyli pewnie spróbuje dociec, skąd tak naprawdę wziął się królewski ogon. Czyli prawdopodobnie prędzej czy później uda mu się całkiem rozwalić system kamuflujący i zobaczyć Henryka Walezego, króla Rzeczypospolitej, w postaci, w której ujrzeć go nie powinien. A to może spowodować spore problemy.

– Tak, to jest sytuacja ostateczna – odrzekł w końcu. Oznaczało to, krótko mówiąc, zezwolenie na jawne użycie technologii. Centrala mogła im za to głowy pourywać.

Karol mocno chwycił Henryka za kolano i jednym ruchem dłoni włączył ukryty na piersi paralizator. Urządzenie unieruchamiało wszystkie istoty inteligentne w promieniu piętnastu metrów na dobre kilka godzin. Promienie paraliżujące oszczędzały tylko tego, kto miał z urządzeniem bezpośredni kontakt. Albo miał bezpośredni kontakt z osobą, która miała z nim bezpośredni kontakt.

Henryk pokiwał smętnie głową, patrząc na dwudziestu szlachciców dość żałośnie zwisających w siodłach. Ich konie zaczęły dreptać nerwowo w miejscu, a po chwili najzwyczajniej w świecie rozlazły się po łące, skubiąc trawę. Grotowski stuknął czubkiem buta rozciągniętego na ziemi Tęczyńskiego.

– I trzeba było się tak rzucać? – zapytał, ale Tęczyński z przyczyn dość oczywistych był niezbyt rozmowny. Karol westchnął i wsiadł na konia. – Zostało nam mniej więcej trzy godziny i czterdzieści pięć minut na zniknięcie z tej okolicy, zanim śpiące królewny się obudzą – zwrócił się do Henryka. – Coś mam wrażenie, że Centrala nie będzie zachwycona…

 

Długo tłumaczyć musieli swym towarzyszom, cóż to za cud na łące nastąpił, że nagle dwudziestu bez mała chłopa bez sił padło. Nie bardzo wyrozumieć chcieli czy umieli racyje Grotowskiego, który wolą boską i łaską niebiańską się zasłaniał. Wreszcie zmilczeli swe wątpliwości, choć niepewnie i z przestrachem niejakim odtąd na króla i kompana jego patrzali.

 

20 czerwca AD 1574

 

Do Kłodzka już tylko kilka stajań im zostało, jak król zarządził, że obozem położą się w pobliżu wioski mizernej, niczem się specjalnym od inszych niewyróżniającej. A jednak, kiedy wszyscy rwetes podnieśli, iż lepiej do Kłodzka dojechać, albo do jakiejś wsi bogatszej chociaż, coby zapasy uzupełnić, król srogo tak spojrzał na swych przybocznych, że cisza uczyniła się natychmiast, konie posłusznie rozkulbaczono, spętano i na trawę wypuszczono. Zaraz też ognisko zapłonęło, a podróżnicy strudzeni posilać się jęli.

– Pewien jestem, że pogoń za nami daleko ostała – rzekł w pewnej chwili Grotowski. – Uczcijmy to, przyjaciele!

Wyjął z sakwy butelkę z miodem przednim, której widok westchnienia czułe z gardeł wszytkich wydobył. Grotowski butlę odpieczętował i podał zaraz królowi. Król, kilka słów francuskich z ukontentowaniem rzuciwszy, łyk tęgi pociągnął i oddał trunek Grotowskiemu, który z kolei przekazał go dalej, ku przybocznym, wielce zdumionym, że z królem z jednej butelki pić im przyszło. Nie wzbraniali się jednak, szczęśliwi i dumni zarazem.

Dokładnie minut potem piętnaście czterej królewscy towarzysze, to jest Mikołaj de Larchant, Jan du Halde, Marek Miron tudzież Gilles de Souvré, zwalili się nagle jako te kłody, snem głębokim zmorzeni.

– Nareszcie – mruknął Grotowski. – Już myślałem, że mają tak twarde łby jak te cholerne Sarmaty i nawet podwójna dawka środka usypiającego ich nie zmorzy. Ale na szczęście to Francuzi.

– Nie szkoda ci było zaprawiać takiego dobrego miodu? – westchnął Henryk, patrząc smętnie na pustą butelkę. – Aż przykro było udawać, że piję.

– A jakby to wyglądało, gdybym królowi tanie piwsko zaproponował? – Grotowski wstał i rozejrzał się dookoła. – Według gps-a, którego mili panowie z technicznego wszczepili mi w mózg, boja jest zakopana dokładnie pod tym drzewkiem, o tam – wskazał na ogromny dąb. – Chyba czas, mój ty najmiłościwszy królu, podwinąć jedwabne rękawki i zacząć kopać, bo łopaty nie mamy.

Henryk westchnął ponownie, tym razem jeszcze bardziej żałośnie niż poprzednio, po czym zabrał się za rozgrzebywanie ziemi rękoma. Na całe szczęście pierwszy czujnik boi zakopywany był zwykle nie głębiej niż pół metra pod ziemią. Wystarczyło go znaleźć, wystukać hasło i potem boja sama się odkopywała. Taaak. Ale najpierw trzeba było tenże czujnik znaleźć.

 

***

 

Zarząd Główny uznał, że najlepiej będzie przerwać misję na jakiś czas i zostawić Rzeczpospolitą samą sobie. Kiedy sprawa trochę przycichnie podjęta zostanie kolejna próba podmienienia kogoś u szczytu władzy, ale nie prędzej niż za kilkanaście ziemskich lat.

Po dwóch agentów natychmiast wysłano zdalnie sterowany, niewielki statek zwiadowczy. Miejscowa ludność w osobie ogólnowioskowego, stuletniego dziadunia cierpiącego na bezsenność wspominała później coś o spadającej gwieździe, którą widać było wieczorem nad okolicznymi wioskami, jednak nikt nie zwrócił na te rewelacje większej uwagi, jako że dziadunio często widywał różne rzeczy i niekoniecznie były to rzeczy prawdziwe. Tak czy inaczej statek miał niezły system kamuflujący, stąd cała operacja przebiegła bez przeszkód.

Zanim agenci weszli na pokład, wyładowali z luku bagażowego spory tobołek. Henryk rozpiął pokrowiec, wyjął z niego wierną kopię samego siebie i postawił na nogi, z pewną czułością poklepując ją po plecach. W końcu to tak, jakby poklepywał samego siebie, nieprawdaż? Robot stał przez chwilę w bezruchu, potem zamrugał gwałtownie, poprawił perukę i szalenie wzburzony zaczął świergotać po francusku. Karol uśmiechnął się zadowolony. O to właśnie chodziło. Jak najmniej mieszać – pierwsza i najważniejsza zasada agentów Zakładu Naprawczego. A jak już namieszałeś, to staraj się to ukryć – brzmiała druga zasada, równie ważna. Patrzył z ulgą, jak Henryk odprowadza swego sobowtóra w kierunku ogniska, zręcznie lawirując między śpiącymi jak cztery kamienie przybocznymi.

Potem wreszcie mogli odlecieć do domu. I złożyć podanie o bardzo, ale to bardzo długi urlop.

 

***

 

Król Henryk Walezy dotarł do Francji bez większych problemów i czym prędzej objął tam rządy. Tronu polskiego się nie zrzekł, tak na wszelki wypadek, w końcu trzeba się jakoś na przyszłość zabezpieczyć. Królewscy przyboczni zostali wystarczająco hojnie opłaceni, by zapomnieć, że król kiedykolwiek wyglądał nie tak, jak powinien. Zwłaszcza że gdzieś w okolicach Kłodzka henrykowy wygląd zupełnie znienacka powrócił do swego stanu wyjściowego. Henryk nadal zachowywał się dziwnie, tylko z kąpieli zrezygnował i przestał gustować w pannach, co tłumaczono różnie. Trzeba przy tym przyznać, że w większości były to tłumaczenia umiarkowanie pochlebne dla władcy, który zdawał się mieć je głęboko w nosie. Był zbyt zajęty zabawami i wydawaniem pieniędzy.

W wieku trzydziestu ośmiu lat Henryk Walezjusz został zasztyletowany przez podszywającego się pod dominikanina zabójcę, który wraził mu sztylet w żołądek aż po rękojeść. Tak przynajmniej brzmiała wersja oficjalna. Nikt nie wiedział, że królowi po prostu pewnego dnia skończyła się bateria.

 

Koniec

Komentarze

żeby nie było: łacina jest, to objaśnienia też będą :)

cum consortionis - z kompanią
ex ratione - z powodu
visibiliter - najwidoczniej
Serenissima Maiestas, cur fugis? - Najjaśniejszy Panie, dokąd uciekasz? (legenda mówi, że starosta tak właśnie  krzyczał za królem)
per vim - siłą

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Jacie! Supcio! Fajnie wplotłaś w  ucieczkę Henryka III Walezego element s-f. I jeszcze te inne smaczki związane z jego urzędowaniem na polskim tronie (sodomia, Anna Jagiellonka). Bardzo mi się podobało. Pozdrawiam

Mastiff

dzięki Bohdan :D

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Wyłuszczyłaś Waćpanna historyję słuszną. Zgrabnie napisaną i językiem wabiącą.
Czyżbyś czasu swojego Rzewuskiego Henryka i Paska Szacownego czytała?
Nie wzbraniając się zbytnio, 6 zostawiam. 

Warto było przeczytać tak zacny tekst. Stylizacja, tak na moje niewprawne oko, zrobiła swoje. Fajnie przechodzisz od jednej stylizacji do drugiej(albo braku owej). Najlepsze jest to, że w momencie w którym w dialogu użyłaś przekleństw przeraziłem się. Zresztą wiesz :) Bo te przekleństwa nijak mi pasowały do tego co wcześniej pisałaś, normalnie nijak. Ale potem się wyjaśniło i odetchnąłem z ulgą. Brawo za pomysł i za wykonanie.

Ode mnie masz 6 bo zdecydowanie tekst na to zasługuje

Pozdrawiam

http://tatanafroncie.wordpress.com/

Dziękuję Wam :D (ps. pierwszy raz tyle szóstek, aż nie wiem, co powiedzieć...)

Selena - słusznie rzekłaś, z Janem Chryzostomem się znamy, a jakże :)

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Trochę nielogiczne, ale co tam, nie będe Ci psuł oceny. Jak rozumiem ujawnienie ogona podczas balu nie było sytuacja nadzwyczajną, tylko spotkanie z pościgiem, do którego wcale dojść nie musiało?

Może ja mam słabość do 'szabli i kontusza', ale dobrze się bawiłem, czytając ten tekst. Rzeczywiście, zadbałeś i szczegóły i zgodność historyczną ( choć, to jeszcze sobie sprawdzę). daję 6

gwidon2 - król nic nie mógł zrobić na balu, bo nie miał przy sobie absolutnie nic poza nadajnikiem alarmowym, żadnej "technologii". Dopiero Karol mógł coś zdziałać podczas pościgu, bo agenci terenowi dysponują sprzętem :) a tak poza tym to dzięki :) mogę się nacieszyć średnią :D

Tomasz - dziękuję :) bardzo, bradzo się starałam, żeby historycznie się zgadzało w każdym szczególe. Mam nadzieję, że się udało...

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Super tekst. Chyba najlepszy, jaki dotąd napotkałem w tym konkursie. Tylko Waćpanna zapomniałaś dodać w eksplanacyji coż to słowo łacińskie kurwa znaczyć może.:))  Pozdrawiam i odemnie również 6.

jahusz - dziękuję :) ło rany, faktycznie, no i słowniczek niepełny... :D

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Ok. Rzeczywiście, napisałaś, że miał tylko nadajnik alarmowy, do tego że przestała działać tylna część kostiumu i że system częściowo padł - jak sie wyraził Walezy. Błędnie zrozumiałem, że obaj kosmici mieli takie same kostiumy kamuflujące.

Jestem pełna podziwu dla warsztatu i wiedzy historycznej, ale sama fabuła taka raczej średnia...

www.herbatkauheleny.pl

Dobrze, a nawet bardzo dobrze napisane. Pomysł - chyba średni. Konstrukcyjnie i fabularnie - opowiadanie " spalone" od sceny ezgorcyzmów Henryka i rozmowy z Grotowskim, kiedy wszystko od razu staje się jasne. Czytelnik krok po kroku nie odkrywa tajemnicy Henryka, bo  natychmiast Autorka kładzie "kawę na ławę"! Póżniej  tekst zaczyna nieco zmierzać w kierunku jakby humoreski. Ratuje go język narracji. 
Szkoda.to mógłby byc naprawdę świetne opowiadanie, gdyby tylko nie odkrywać od razu wszystkich kart. A tajemnica Henryka to clou całego pomysłu. 
4/6

Fajne, ale mnie na kolana nie rzuciło. "Sinusoidalna" stylizacja trochę mi przeszkadzała. Raz tekst był wystylizowany na makasa (i momentami średnio zrozumiały), by po chwili całkowicie się uwspółcześnić. W dialogach - rozumiem, ale przeskoki w narracji były co najmniej dziwne. Jeżeli chodzi o fabułę, zabrakło suspensu i zagadki. Muszę zgodzić się z Rogerem - zbyt szybko odkryłaś karty. Dałabym 5, ale nie będę psuć Ci średniej.

Dzięki za komentarze :) co do zarzutów - nie mogę się z nimi nie zgodzić... to chyba kwestia konwencji, którą sobie wybrałam - nie "intryga" a po prostu "historia prawdziwa" :D i wyszło, jak wyszło. Pozdrawiam!

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Niezłe. historia niebanalna, umiejscowiona w realiach i na dodatek opowiedziana bardzo dowcipnym językiem. Jak dla mnie bomba. Murowany kandydat do walki o najwyższy laur. PS. Ciekawie wyszłaś z impasu sugerując, że paralizator działa tylko na istoty inteligentne. Konie mogły sobie zostać niewzruszone. Swoją drogą Koń jakąś inteligencję chyba ma. Pozdrawiam 

andrzejtrybula - dziękuję :) cieszę się, że się podobało :)

PS. Koń jak najbardziej inteligencją dysponuje, tylko jakby to powiedzieć... inną. Gdybym napisała, że paralizator działa tylko na "istoty obdarzone samoświadomością" (a była i taka wersja gdzieś podczas pisania), to by po prostu marnie brzmiało... :/

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Skończyłem czytać po pierwszym akapicie, kiedy zobaczyłem, że Autor nie do końca wie o czym pisze. Po pierwsze, albo wóz, albo przewóz. Albo stylizacja językowa, albo ahistoryczne i kiepskie dziwadło językowe, jak wyszło tutaj. Tak ongiś nie mówiono, tak to można się powygłupiać i poudawać, że mówiono. Nie tylko konstrukcja zdań jest błędna, gramatyka, ale i słowa, które miały wtedy inne znaczenie, lub nie istniały. Spetakularnym przykładem, poza kilkoma typowymi, może być ,,bal". Jestem pewien na 80%, że tego słowa wtedy nie używano. Pod koniec wieku czytamy o ,,kuligu rogalińskim", a dopiero po erze makaronizmów zamienia sie w ,,bal rogaliński". Pozostawiając kwestię balu, wyszedł Ci językowy potworek. Tak nie mawiano. 
Historia społeczna też nie do końca jest tutaj ścisła, bo szlachcice myli się te kilka razy do roku, czy kilkanaście już pod koniec XVI wieku. Można o tem w pamiętnikach poczytać, wspominkach, można generalnie się dowiedzieć. Od czasów Al-Bekriego do XVI tyle się zmieniło w Polsce, że nie tylko łaźnie-sauny mieliśmy, ale i łaźnie-prysznice:). Pewne aspekty kultury zachodu również i do nas do cierały, nie byliśmy tak straszliwie hermetyczni, jak to się wydaje na pierwszy rzut oka. 
Lasek Bielański, jako osobny twór, również pojawia się późno, jakoś w połowie XVII wieku. W XVI był jeszcze deserdum mazovia, czy szeroko rozumiana monte regio (tak niekiedy określano cały ten obszar). Poza tym wtedy nie znano bielan warszawskich. Znano bielany krakowskie:). ,,Bielany warszawskie" zaczynają funkcjonować od 1641, czyli dwa lata po założeniu klasztoru kamedułów. 
 
Nie czytam dalej, bo lubię, jak Autor wie o czym pisze, a nie tylko mu się wydaje.  

A jednak przeczytałem. I mógłbym dalej krytykować, nie tylko za dziwaczną ahistoryczność i elementy obniżające wiarygodność świata przedstawionego. 

Orson, nie będę z Tobą dyskutować... albo jednak będę. Lasek Bieleński jest niehistoryczny i wymyślony przez mnie. Stylizacja jest czysto parodystyczna i ma oddzielać płaszczyzny fabularne. Tak wtedy nie mówiono - ale ja chciałam wyśmiać właśnie to, jak mówiono. Baaardzo dużo się naczytałam oryginałów z tamtych czasów. Gdybym sobie takie założenie postawiła - mogę pisać nawet słowami Kunickiego. I po cholerę, skoro nikt nie zrozumie?
Tak, nie sprawdziłam wszystkich słów, przyznaję bez bicia. Bo nie o to chodziło. Ale ok.
Zależy, co czytałeś. Fajnie, że jesteś specjalistą. Ale ja też coś wiem na temat tamtych czasów, chociaż moje oświadczenia zapewne Cię nie przekonają. Kuchowicz, Bystroń, niezłe książki. Konstrukcja zdań, mój drogi, nie jest błędna. Jest przejaskrawiona, celowo. Pasek się kłania. I gramatyka historyczna, którą miałam niewątpliwą przyjemność zdać lat temu kilka. Coś się w głowie ostało.
Skoro nie zrozumiałeś, dlaczego narracja jest taka a nie inna i Cię to wkurza - co zrobić, przykro mi. Ale takie było ryzyko, jak wrzucałam to opowiadanie, zdawałam sobie z tego sprawę, że może boleć. Tylko nie mogę przejść obojętnie nad tym, że zarzucasz mi totalny brak pojęcia o tym, co piszę. Bo tu akurat nie trafiłeś.

Dobra, już się nie denerwuję . Mogło się nie podobać, tylko nie rozumiem, czemu od jakiegoś czasu po prostu się nie lubimy i usiłujesz mi wetknąć szpilę, kiedy tylko się da. Co ja poradzę, że komuś się podobało i wrzucił moje opowiadanie do wątku z wyróżnieniami? Cieszę się, ale chyba zaraz przestanę. Bo w ten sposób tylko dostałeś do ręki powód, żeby mi przykopać. Amen.

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Nie martw się, Orson nie lubi nikogo i wszystkim wbija szpile :)

A swoją drogą, to zaczełam się cieszyć, że nie znam się na historii i wystarczyło mi minimum wiarygodności, żeby móc te teksty czytać bez piany na ustach :) 

www.herbatkauheleny.pl

AubreyBeardsley po pierwsze, to, że krytykuję czyjś tekst, albo go pochwalam nie oznacza, że kogoś nie lubię, lub lubię. Tyś mi ani brat, ani swat. Odnoszę się do tekstu. Po drugie, nie interesuje mnie co zdałaś, a co nie, co wiesz, a czego nie wiesz, co jest poza tekstem. Wiem i widzę co jest w tekście. 

 Lasek Bieleński, to inna nazwa, używana kiedyś, jeszcze w XX-leciu też dla Lasku Bielańskiego. Coś jak Arsenał i Arsenal, albo Żoliborz i Żoliburz. Jak piszę o Poznaniu i nie dam do zrozumienia, że chodzi mi o Poznań właściwy, to domniemanie u czytelnika pozostaje jasne. Ba! Mogę pisać o średniowieczu, a jak ktoś mi zarzuci, że napisałem głupotę, to przecież zawszę mogę powiedzieć, że miałem na myśli wymyślone średniowiecze. Chodzi o wskazówki i kontekst. 

Napisałaś, że nie chciałaś używać języka historycznego, bo nikt by nie zrozumiał. Ok. Po co więc używałaś języka kosmicznego? Taka wybiórcza stylizacja odbiera teksom realizm. Tak nie mówiono, po co więc wlewasz w usta mościpanów ten gęsty mix? I czemu to ma służyć? Jeśli tak nie mówiono i się nie mówi, równie dobrze mogłaś wstawić mieszankę japońsko-mongolską albo język kosmiczny. Czemu miał służyć ów mix? Bo nie historyzacji i również nie oddaniu ducha epoki. 
Pasek to zupełnie inna bajka, zupełnie inny zasób słownictwa, też niekiedy i inna gramatyka. Jeśli weźmiemy Paska, czy nawet oklepane dzieła rodu Obuchowiczów, wszystko co wyszło spod pióra Radziwiłłów, albo Andrzeja Morsztyna i porównamy to z okresem, w którym rozgrywa się Twoje opowiadanie i z językiem, który wtedy używano w pismach procesowych, w pismach z procesów, w pamiętnikach Ostroróga i w dziełach Groickiego (które są chyba najbardziej miarodajne, bo pisane są językiem zrozumiałym dla przeciętnego szlachcica, można by rzec, że od serca), to widzimy znaczną różnicę. I ona jest w różnych aspektach mowy, nie tylko w zakresie i znaczeniu słów. Dlatego uważam, że powołałaś się na niewłaściwe źródło. 

Nie zarzuciłem Ci braku pojęcia ,,o tym co piszesz". Tego nie wiem, nie znam Cię. Stwierdzam jedynie, że tym tekstem nie pokazałaś, że wiesz. Z premedytacją, albo dlatego, że miałaś gorszy dzień, albo dlatego, że nie wiesz. Nie wiem:). Mogę sięgnąć jeszcze do kilku innych nieścisłości i możemy powymieniać się uwagami na temat Twojego tekstu, tylko proszę nie podchodź do tego tak emocjonalnie. To tylko tekst i tylko ocena. 
 

Że się nieco wtrącę ...
Co najmniej w jednym, Orsonie, nie masz racji.  W tym opowiadaniu Henryk Walezy i Grotowski po prostu pochodzą z zupełnie innego świata i czasu , a ty  tym prostym fakcie zapominasz. Byłoby bardzo dziwne i nielogiczne, gdyby pomiędzy sobą, szczerze, rozmawiali tak samo, jak ówcześnie rozmawaili wielcy polscy panowie z dworu Henryka i pospolita polska szlachta. Henryk i Grotowski powinni rozmwawiać ze sobą, na osobności, innym językiem - i tak w opowiadaniu właśnie jest. Więcej, ten ich " własny" język należało chyba jeszcze bardziej skontrastować  z ówczesną polszczyzną. jaka  by ona nie była. 
Ten zabieg Wielce Czcigodnej Autorki jest celowy i szkoda, że nie jest jeszcze mocniej uwydatniony.  No, ale wiadomo - konkursy mają swoje terminy i czas zawsze goni.
Pozdro.

Orson - już milczę. "Śmierć autora", masz rację.

Roger - bardzo, bardzo dziękuję za to, co napisałeś. Wyszło, jak wyszło, ale przynajmniej wiem, że cel tego, co i jak zrobiłam z narracją (lepiej lub gorzej), jest mimo wszystko widoczny.

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Zgadzam się z Suzuki. To nie jest praca naukowa z historii. Autorka zadbała o tyle szczegółów, że dla mnie- laika- zupełnie to wystarcza. Mi się opowiadanie podobało.
Inny styl dialogów, też ma swoje uzasadnienie- dokładnie to, co napisał czerwonooki Roger :-). Też tak je odebrałem i właśnie to mi się podobało- że autorka zadbała, aby inaczej mówili między sobą, a inaczej z miejscowymi.

Mnie tam się podobało,  przy niektórych zdaniach zdarzyło mi się nawet lekko opluć monitor, tekst chyba lepszy nawet od tego o jednorożcu :) Podoba mi się Twoje poczucie humoru, które jest zarówno inteligentne, jak i pełne wyczucia, kiedy walnąć czyms mocniejszym (np. zdanie: - Kurwa! - ryknął - System kamuflujący mi się spierdolił! po fragmencie pełnym staropolskich "fidrygałek" to mistrzowski przykład "kulturotwórczej mocy brzydkiego wyrazu" :) Do tego bardzo zgrabne przejścia między fragmentami stylizowanymi i niestylizowanymi, co raziło nieco np. w (też niezłym skądinąd) tekście Piwak. Świetnie wyszło też przejaskrawienie stylizacji - idziesz na całosć, nie przejmując się, "czy tak się mówiło" i robisz to z takim wdziękiem, że czytelnik ma gdzieś "realizm". Swoja drogą, komentarz Orsona - "Taka wybiórcza stylizacja odbiera tekstom realizm" troche mnie rozbawił. Zabawa stylizacją służy tu rozrywce, owszem, ale żeby tak się bawić stylizacją, trzeba też coś niecoś wiedzieć i umieć. Fakt, że udało Ci się tę wiedzę wpleść w tekst tak zgrabnie, zasługuje na najwyższe laury. Gratulacje.

dziękuję Wam :) bardzo, bardzo :)

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Ciekawa koncepcja, dużo wyjaśnia. Czyli światem rządzili, rządzą i będą rządzić Reptilianie? ;-)

Czytało się przyjemnie, fajny tekst.

Babska logika rządzi!

Muszę wyznać, że Przypadłość króla Henryka średnio przypadła mi do gustu, już to za sprawą irytującej stylizacji, już wmieszania w opowieść istot pozaziemskich. Humor też jakoś do mnie nie trafił. Ale cóż, skoro Autorka miała taki pomysł.

A może zbytnio przyzwyczaiłam się do wersji, że Henryk, wracając do Francji, rzekł ponoć: – Pardon, ale zdaje mi się, że we Paryżu cygaretki zostawiłem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Nowa Fantastyka