- Opowiadanie: Szkapa - Krfiożercze kłyszcza

Krfiożercze kłyszcza

 

To mój kolejny debiut literacki, toteż możesz czytelniku poczuć się zaskoczony, gdzyż z przyrodzenia nie pisuję na tematy wilkołaków, jednak nie tym razem.

Utwór powyższy dedykuję Jolce, Marjoli, Żanecie oraz Dolores M.(;)) która ma męża, ale ja nie jestem zazdrosny.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Krfiożercze kłyszcza

Wstęp

 

Rzecz ta dzieje się w nocy w piątek trzynastego w 666 roku ery pokwitania, a występujące w niej osoby to Babuleńka, o której nazwisku nic nie można wyrzec z tajnych powodów, leśniczy Borowik, którego zbieżność nazwiska jest zupelnie przypadkowa oraz wilkołak, którego nazwisko nie jest tu ujawnione ani także tajne, tylko on sam ukrywa je w swym przeżartym dziczyzną sercu, ale i tak można by go zabić, jednak natenczas musiałbym wymienić swoją całą końcówkę.

 

Rozdaiał I

 

 

Babuleńka przygładziła wąsy i pochyliła się nad lustereczkiem powiedz przecie.

 

– Lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie – zapytała się, a w jej głosie była jakby nadzieja. Była już coraz mniej atrakcyjna seksualnie i chciała mieć pociechę. Zwierciadło nie było w ogóle na to gotowe, toteż chciało się wywinąć, ale mocno je trzymała rękami i coraz bardziej nalegała.

 

– Nalegam – nalegała, jak Władimir Putin.

 

– Yhmhgh… – wybełkotało lustereczko coś pod nosem, lecz, ponieważ stara mieszkała w środku lasu, trudno ją było wywieźć w pole. Kiedy naciskała corz bardziej, nieszczęśliwy przedmiot wreszcie pękł, poczym rozdarł się jak ta sosna.

 

– Tttt… – rozdarło się, ale nie dokończyło tego słowa, gdyż pewien dźwięk: Ałuuuu! go zagłuszył.

 

Wtem wilkołak wychynął się zza węgła komnaty i zawył żałośnie – jakby był głodny, co było dziwne bo, dopiero co, pożarł przecież nindżę, który cały pokryty był grubym tłuszczem (nawet na palcach). Babuleńka wynajęła go, żeby pilnował obejścia, gdyż miała nocne lęki co objawiało się moczeniem i w ogólę bała się życia, a co dopiero teraz powiedzieć?

 

To okropne stworzenie, ni to wilk – ni to człowiek, stał przed nią w całej pełni, niczym księżyc pośród atramentowo czarnego nieboskłonu i uwidaczniał zaciekle ostre jak szpikulce kłyszcza wzdłóż których ściekała, przypominająca ślinę, lepka substancja, która rzeczywiście mogła nią być.

 

– Och! Czy ktoś przybieży biednej babuni na pomoc? – Zakrzyknęły by teraz na pewno dziatki, gdyby była to bajka na dobranoc. W życiu jednak tak bywa, że nie wszystko jest bajką, lecz również prawdziwym życiem, a to właśnie było takimż – ale pomimo tego zdarzali się jeszcze bohaterzy, jakim był na przykład leśniczy Borowik.

 

Należy przyznać otwarcie, że nie nawidził on wszelkiego rodzaju wilkołactwa, ponieważ nie raz – jeden z drugim; wyżerali mu sarny z paśnika, co rozpoznawał niechybnie po łapach na śniegu. Poza nimi bardzo lubił ten człowiek inne rodzaje flory i fauny, do których przyzwyczaił się, zasiedlając swoją osobą od wielu lat okoliczne lasy. Dzięki temu też nauczył się biegle sztuki tropicielstwa itd.

 

Nagle, zza pobliskich drzew usłyszał zdradzieckie wycie istoty i od razu rozpoznał w nim coś jakby – wilkołaka. Zacisnął ze zgryzotą szczęki a także dłoń na swej lufie,, która zachrzęścił jakby w odpowiedzi.

 

– Mam cię ptaszku! – wrzasnął przez zaciśnięte usta. Potem, przystanąwszy wpół kroku, zajodłował, bo miał do tej czynności dobry głos.

 

"Ole o li li": jodłował, a wokal jego niósł się w puszczy jak bęben tatarzynów.

 

Trzeba też dodać, iż myśliwy wyczuł w głosie potwora, że jest już dobrze nafaszerowany ludzkim mięchem , co czyniło go nadomiar powolnym oraz ślamazarnym w ruchach. Mężczyzna ów mógł to wszystko wyczuć, gdyż od czasów nienawiści, wilkołak stał się po prostu jego konikiem.

Kiedy ukończył swoje wesołe trele a jego, słowicze wręcz gardło brało ostatni wysoki akord pomknął powoli przez drzewa i krzewy jak jakaś trąba powietrzna, kierując się w kierunku małej chatki. Nie nastręczało mu to większych trudności, ponieważ w nocy widział niczym kret.

 

Kiedy dotarł po niewczasie na skraj polany leśnej, w samym sercu dziewiczego boru, gdzie nie postała noga ludzka zobaczył ową chatkę. Cała jego twarz była podrapana gęstym podszytem, i obficie skropiona czerwoną juchą lecz nie zważał na to uwagi gdyż, w ciemności jaka tutaj majaczyła i tak nie mógłby tego dostrzec. Przymrużył tylko wzrok, który świecił wręcz w ciemności chęcią mordu i zagłady.

 

Przez ciemne o tej porze okienko spostrzegł dwa szamocące się cienie i od razu zorientował się w okropieństwie tego wszystkiego. Nie miał wyboru – kogoś tutaj trzeba było pociągnąć za konsekwencję.

Leśniczy Borowik miał kunsztowny plan. Mógłby oczywiście wypalić od razu ze swojej luśni, posyłając wilkołakowi srebrny pocisk wprost w jego przegniłe złem serce, ale to nie było w jego stylu. Z natury był bardzo chytrym człowiekiem i lubiał mieć dużo pieniędzy a także srebra więc – nie lubiał bardzo strzelać srebrnymi pociskami. Po prostu szkoda mu było.

 

Uknuł więc pewien plan, kiedy siedział w wychodku po wieczerzy wigilijnej, cierpiąc na obstrukcję z powodu nadmiaru grzybów w swym organiźmie.

 

Tymczasem wilkołak dobrał się już do babci, obgryzając jej nogę z mięsa, jakby to było kurze udko a nie, jej kończyna. Jednak szła mu ta czynność coraz wolniej, gdyż jego brzdyl nie mógł więcej pomieścić a poza tym był już coraz bardziej ślamazarny w ruchach. Nagle wysmyknął kłyszcza z kolacji i rozejrzał się dokoła, jakby coś rzeczuwał.

 

– Teraz musi się wykasztanić – pomyślał leśniczy Borowik, szykując się do ostatecznego uderzenia.

 

– Teraz muszę się wykasztanić – pomyślał także wilkołak, tak samo, jak mężczyzna ukryty na skraju polany, którego istnienia nawet nie przeczuwał, chociaż jego instynkt mordercy coś – nie coś mu już podszeptywał.

 

Babuleńka natomiast wciąż okropnie krzyczała jednak nadgryziona porządnie noga wcale jej nie bolała, bo niczym antylopa zjadana przez lwa wytrysnęła z siebie zbyt dużo adrenaliny, co było dobre, bo ją przynajmniej nie bolało. Jednak darła się ze strachu.

 

Gdy wilkołak wybiegł z chaty jak poparzony, leśniczy już tam był. Bestia była już przycupnięta, ale gdy zobaczyła owego człowieka, jeszcze bardziej wytrzeszczyła oczy.

 

Borowikowi na chwilę zrobiło się go szkoda, ale szybko otrząsnął z siebie sentymenty i pomyślał że, mógł nie żreć przecież tyle grzybów. W tej chwili stali się jednak na moment braćmi wswym cierpieniu, które połączyło ich niewidzialną nicią przyjaźni i zrozumienia jak zawsze, gdy cierpienie zbliża do siebie różne istoty i ludzi.

 

Leśniczy Borowik był jednak profesjonalistą w swym zawodzie, toteż szybkim, Błyskawicznym ruchem wyciągnął zza pazuchy muszkiet i wypalił wilkołakowi odstraszającą serię w pierś. Normalne kule przyłapały bestię w chwili słabości, więc musiała wziąść wszystko na klatę. Nic jej się jednak nie stało, poza swędem przypalonej sierści oraz mięsiwa. Leśniczy poza tym nie chciał wilkołaka skrzywdzić, gdyż poznał po twarzy, że był on ostatnim wilkołakiem i gdyby go w tej chwili anulował, musiałby porzucić marzenia o zabijaniu tychże zwierząt, – a tak to, wszyscy byli zadowoleni (tylko za wyjątkiem babci). O niej jednak poza nimi nikt niczego nie wiedział, bo wszystko to zdarzyło się w głuchej puszczy i ciemności, a noc trwała sobie w najlepsze nic sobie z tego nie robiąc i nic jej to nie obchodziło jak również to, że ktoś tam ma jakąś obgryzioną nogę. A lustereczko nie dość, że było głupie, to jeszcze pękło.

 

Epilog

 

Tak to leśniczy Borowik zachował umiar i równowagę pomiędzy żądzą mordu a swą chytrością, które to namiętności onegdaj powodowały u niego bez żadnego widomego powodu huśtawkę nastrojów (przez co też zamieszkiwał lasy), wyrzucając go z odmętów czarnej melancholii wprost na wyżyny euforycznych szczytów, na których nie mógł przebywać zbyt długo, bo był ogólnie pesymistycznie nastawiony do świata i do siebie samego, co przejawiał nawet w ponurych aktach autoagresji na przykład – wkładając bose stopy do kominka lub też, zjadając robaki, co go obrzydzało.

 

Myślał o tym wszystkim, odprowadzając wzrokiem przypakowane plecy wilkołaka, które znikały w leśnym runie niczym dłoń kochanki, która macha na pożegnanie z okna samolotu, odjeżdżającego gdzieś w nieznane.

 

Myślał o tym i o innych rzeczach, jak na przykład o babuleńce, która – wiedział to dobrze, nigdy już nie zatańczy kankana, lub coś w tym stylu. Dopóki nie przyszło prawdziwe, bolesne pożegnanie. Tak, okres koniunkcji nieprzebaczalnie odchodził do zamierzchłych czasów jak czynił to również w tej chwili ten wilkołak i nie było, na to żadnej rady. Mimo wszystko trzeba było żyć i mężczyzna, choć nie wierzył już w opatrzność ani nawet w Pana Boga uklęknął na kolanach i przeżegnał się nad swym sobaczym losem. Bynajmniej tyle mógł w tym momencie uczynić, aby nie popaść ostatecznie w rozpacz ciemniejszą od nocy, w której się obecnie znajdował.

 

– Ech, życie – wyrzęził z głębi ducha, deklamując, lecz wkrótce przeszedł w zawodliwe jodłowanie.

"Cóżem ci uczynił, że mnie tak podżerasz skrycie? – jodłował."

"Jakiej mękim ci dokonał?"

"Że tak męczysz, abym skonał."

 

Wtem zaprzestał swojego jodłowania i zapomniał dalszych słów pieśni, jednak babuleńka i tak umarła. Było to dobre zakończenie, bo się przynajmniej nie musiała tak kołatać z jednym kulasem po tym świecie.

 

Wtem zaprzestał jodłować i zapomniał słów piosenki, jednak babuleńka i tak umarła. Było to dobre zakończenie, bo się przynajmniej nie musiała tak kołatać z jednym kulasem po tym świecie.

 

Koniec

 

Od tłumacza:

Nie było za dużo roboty, bo wszystko było po polsku.

 

 

Koniec

Komentarze

Cóże rzec można, geniusz prawdziwy jak prawdziwek z głębin leśnych kniei wykwitnął. Na kolana przed geniuszem i hołd oddawać. Tak żeczem ja, znafca nad znafcami, na geniuszu jak mało kto poznać się potrafiący i umiacy.

Bardzo dziękuje, że się podobało. To moje pierwsze opowiadanie na tym portalu, więc tym bardziej cieszy. Czy myślisz, że jest szansa na gdzieś wydrukowanie?

Miała babuleńka niezbyt ładne lico a więc nic dziwnego, że była dziewicą. gdyby się nie wdała z lustereczkiem w sprzeczkę mogłaby się cieszyć dłużej lustereczkiem. ale ją bolała obgryziona nóżka więc stłukła lusterko cierpiąca staruszka. Szkapo Jeżeli wpiszesz jakikolwiek pocztowy adres na mą skrzynkę, za ten tekst otrzymasz ode mnie prywatną nagrodę. Pozdrawiam.

Piękna historyjka, chlip, chlip <ociera łezkę>. Twoje homeryckie porównania rodem z Springfield odwaliły całą robotę. Chyba ostatnie dwa akapity się powtórzyły.

Ryszardzie, nagród ci u mnie niedostatek, ale i tę przyjmuję, jako wróżbę zwycięstwa, którą mi sam Bóg przez twoje ręce zsyła.

Oby ciem ino jury nie wypunktowało ujemnie za pisownie będące podkreślanymi przez Edi Tor.

Maniacka perseweracja ambiwalencji niekongruentnych epifenomenów

Uda ny kolej ny debiut! Minie zadedykował, wiec nie bede zbyt chwalić. ;-)

Babska logika rządzi!

Parskłęm nie raz w trakcie lektury, zwłaszcza gdy obydwa me z dwóch mych oczu kierowałem na wypowiedzi postaci takich jak: Babuleńka i inne. Narrator też robi robotę, a niektóre porównania – bezcenne. :) pzdr. m.

Ciężkie jest więc życie nawet w takim zdrowym lasowym klimacie, gdzie jodłują Borowiki, a Babiny nabawiają siem śmiertelnych uszczerbów na ciele :(, nigdzież już nie masz nadziei? Chyba tylko wilkołakiem ostatecznym zostać… albo tłumaczem. Ciekawe u życie dwuprzecinka i dwuzakończenia. Bardzo satysfankcjionująca debjutancka grafomanja  :)

Szkapo, jestem pełana etuzjazmu dla Twojego tekstu i bardzo mnie ujęła postawa leśniczego. Trochę mi szkoda babuleńki, ale cóż – tak jak napisałeś – stara już była, więc i ze starości zaraz mogła zejść, a nie tylko przez wilkołaka. Super produkcja!  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki wszystkim za przeczytanie i komentarze. Szczególne podziękowania dla Ryszarda za nagrodę, jaką raczył mnie uhonorować.

Jodłujący leśniczy z chrzęszczącym ptaszkiem w dłoni zasiedlający lasy – niesamowite.

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

Musze pogratulować bo borowik jest skomplikowany umysłowo. W przeciwieństwię do babuleńki, którą łatwo rozgryźć i, która nie jest taka głęboka, czego dowodzi jej akt z wilkołakiem. Sprytny kontrabast Ci wyszed. Podziwiam Twoją madrość, bo trzeba mieć duże IQ żeby stworzyć taką rozwiniętą mętalnie i rozbuchaną umysłowo postać jak Borowik. Wołgle on troche nie pokoi, naprzykłąd kiedy świerkuje, a zwłaszcza w wychodku, bo niewiadomo co planuje, a potem zaskakuje kiedy wstrzymuje przed zabiciem wilkołaka czkając na niego. Zamiast wbić wniego kołka. Twe psychologiczne opowiadanie powinno od razu iźć do druku. Troche szkoda dawać go tutej.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Jeroch, Twój komentarz mnie rozłożył :D

Powaliłeś mnie opkiem, to wstałem i oddałem :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Czy wy zdajecie sobie spraw, że poznałem nowe słowo, które w tym kontekście zlało mnie i przewróciło chcichotem ogólnem, a mianowicie zaskakujący zwrot akcji, którego nikt nienormalny się nie spodziewał,m a co dopiero paranormalny:

– Teraz musi się wykasztanić

Miszcz i genjusz bo stałem w tym miejscu minut dobrych parę i moża morzliwośc i otwierasły sie, bo rzczywiscie zasiedlajacy lasy luf w dloni obmyslil ze skompstwa tak chytry plan, ze czapki z glow, poklony w pas i szalone wibratory w akcji!

 

I kumulacja w tym jednym slowie byla tak ogromna, ze idealnie w polowie tekstu, za co Hiczkok by cie wypochwalil na pewno, gdyby zyl, ale nie żyje, więc ja ci mówię, bo dużo go czytałem.

 

P.S. Nadal twierdze, że Kuba, czyli Jacob, dźgnął by babuleńkę, Borowika i tego zniewieściałego kundla o kłyszczach co to się tak osmalić dał (mimo dziczyzny w jego osierdziu) razem zusammen do kupy a potem każdego z osobna!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Leśniczy poza tym nie chciał wilkołaka skrzywdzić, gdyż poznał po twarzy, że był on ostatnim wilkołakiem i gdyby go w tej chwili anulował, musiałby porzucić marzenia o zabijaniu tychże zwierząt, – a tak to, wszyscy byli zadowoleni (tylko za wyjątkiem babci). O niej jednak poza nimi nikt niczego nie wiedział, bo wszystko to zdarzyło się w głuchej puszczy i ciemności, a noc trwała sobie w najlepsze nic sobie z tego nie robiąc i nic jej to nie obchodziło jak również to, że ktoś tam ma jakąś obgryzioną nogę.

Hell yeah.

 

To dobre jest :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

No tak, kłyszcza były istotnie krwiożercze, kiedy tak mięsko od kości starowinki odskubywały, choć nie całe pożarło stworzenie będące na wymarciu i dlatego oszczędzone przez pana Borowika leśniczego którego pieśnia niosła się jak pohańców taraban w który nasi bili pono.

 

Nie wiem, zacny Autorze Szkapo, czy Ty przeczytasz ten mój wypotek, bo może już żeś udał się do krainy absurdu, na tę łączkę za lasem obfitującą w wyśmienitą trawę. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka