- Opowiadanie: vyzart - Cena utopii

Cena utopii

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Cena utopii

Był wrakiem człowieka. Pomarszczona skóra miała niezdrowy odcień szarości, a pukle włosów, które jeszcze trzymały się na głowie, prawie zupełnie posiwiały. Utykał na prawą nogę, źle zrośniętą po „wypadku” podczas przesłuchania.

Z całego majątku, który wypracował przez lata, został mu tylko wytarty prochowiec, wyplamiony garnitur oraz garść drobnych w kieszeni. I okulary o posklejanych taśmą oprawkach, które pracownicy Agencji Bezpieczeństwa uznali za niewarte rekwizycji.

W areszcie spędził dwa lata, cztery miesiące i sześć dni. Pierwsze pół roku jako niebezpieczny wywrotowiec, następne jako fanatyczny terrorysta, aż w końcu podniesiono go do rangi wroga publicznego. Wszystko zgodnie ze stanowiskami, jakie w danej chwili zajmowała władza wobec takich jak on.

W gruncie rzeczy i tak mu się poszczęściło. W oczach agentów był tylko pionkiem, więc ugodził go jedynie rykoszet zmian ustrojowych. Najbardziej cierpieli szefowie instytutów i głowy rodzin. To ich wyciągano na przesłuchania długo po tym, jak jego samego zamykano na noc w celi. Zwijał się wtedy w kłębek, z całych sił przyciskając dłonie do uszu. I nienawidził się, bo w głębi serca czuł wdzięczność, że to nie on musiał przez to przechodzić.

Pomyśleć, że mogło być tak pięknie. Byli pierwszym z czarodziejskich rodów, od wieków tkwiących na poboczu historii, który wyszedł z ukrycia. Przełamali nieufność naukowców, pokonali podziały i stereotypy. Nawiązali współpracę. Wciąż pamiętał dzień podpisania pierwszej umowy stowarzyszeniowej – błyski w oczach zgromadzonych, pełne nadziei uśmiechy. Narodziny inżynierii magicznej.

Idea była banalna, tak absurdalnie oczywista, że aż dziw brał, że dopiero oni ją zrealizowali. Być może nikt wcześniej nie wierzył po prostu, że można połączyć naukę z czarami. Przeanalizować pradawne zaklęcia, rozbić je na części pierwsze, a potem wpleść w nie zdobycze najnowszej technologii. Zastąpić magiczne formuły algorytmami, a zamiast czasochłonnych rytuałów korzystać z mocy obliczeniowej mikroprocesorów.

Otworzył się przed nimi ocean nowych możliwości. Inżynieria magiczna mogła zrewolucjonizować każdą dziedzinę życia. Zlikwidować głód, zmiażdżyć nieuleczalne choroby. Nie trzeba by już było siłą wydzierać energii, kraść jej ziemi. Świat sam dałby ją człowiekowi dzięki odpowiednim formułom. Wszystko na wyciągnięcie ręki, prawdziwy dar niebios.

Byli o krok od stworzenia utopii. Nie zdążyli.

Przyszła inkwizycja.

Oczywiście nie palono ludzi na stosach, ani nie cenzurowano książek. Był w końcu XXI wiek. Stulecie rozumu, tolerancji i wolności słowa. Dlatego zamiast płomieni były nieszczęśliwe wypadki, a sale tortur zastąpiono dźwiękoszczelnymi pokojami przesłuchań. W mediach zaczęły pojawiać się propagandowe spoty, specjaliści nagle mieli mnóstwo dowodów na szkodliwość magicznych technologii, a celebryci okrzyknęli je niemodnymi zabobonami. Stacje i wydawnictwa, które twierdziły inaczej, w krótkim czasie bankrutowały. Ot, prawo rynku. Korpokracja.

Kiedyś był w stanie zripostować każdy z absurdalnych argumentów opozycji, ale teraz, po setkach godzin więziennej reedukacji, sam już nie wiedział, w co wierzyć.

Centrum miasta było takie samo jak zawsze. Szyldy niektórych lokali zastąpiono nowszymi, inne nieco wyblakły, ale wszystko wciąż tworzyło constans. Odporną na zmiany całość. Ludzie ignorowali problemy, które nie dotyczyły ich samych, a władza wreszcie nauczyła się, że zręczna manipulacja była lepsza niż grożąca buntem zmiana.

Żałował, że tu przyszedł.

Spuścił głowę i przyśpieszył kroku. Skręcił w Młyńską, potem Szyperską. Minął kilka uliczek, których nazwy zatarły mu się w pamięci. Im dalej od centrum, tym cichszy stawał się wieczorny zgiełk, a jaśniejące neony ustępowały miejsca nierzucającym się w oczy tabliczkom. Mieszkał w tej okolicy. Przynajmniej kiedyś, gdy jeszcze nie aresztowano ludzi za naprawianie świata. Dwa lata temu miał dom, ogródek, sporą bibliotekę i prywatne laboratorium. Nie wiedział, ile zostało z tego teraz. Bał się przekonać.

W tej chwili miał jednak większe zmartwienia.

Nogi zaniosły go do alejki, wciśniętej między ściany niskich kamieniczek. Skrót, którym chadzał setki razy, choć nigdy po zmroku. Drogę zagradzał mu rosły mężczyzna o kwadratowej twarzy, wykrzywionej udającym uśmiech grymasem. Z tyłu pojawiło się dwóch kolejnych.

Był w pułapce.

Dwa lata temu po prostu prychnąłby pogardliwie i zmiażdżył oprychów niedbałym ruchem ręki. Nawet teraz pokonałby ich z łatwością. W oprawkach okularów ukrył układ wypełnionych algorytmami zaklęć mikrochipów, a pod skórą palców lewej dłoni tkwiły wszczepy sterujące, tylko czekające na aktywację. Ale nie był idiotą, głupota zabijała szybciej niż zaklęcia destrukcyjne. Gdzieś w pobliżu na pewno czaił się agent, gotowy wtrącić go do pierdla za próbę użycia choćby i magicznej iskry. Nie wierzył, by tak po prostu pozwolili mu opuścić areszt po miesiącach bezowocnych przesłuchań.

Musiał zatem urządzić wiarygodne przedstawienie, dać pokaz uległości i bezsilności. Dlatego nie uciekał, ani nie próbował się bronić. Zamiast tego wziął kilka głębokich wdechów, by uspokoić nerwy, i oparł się plecami o ścianę. Czekał.

Chwilę później byli już przy nim. Górowali nad wychudzoną sylwetką, napawali się swoją oczywistą przewagą.

– Siema, kolego – zagadnął pierwszy, pan kwadratowa szczęka. – Przybrakło nam trochę kasy do browarka. Może byś nas poratował małą pożyczką, co?

Inżynier przytaknął powoli, obrzucając każdego z oprawców przelotnym spojrzeniem. Sięgnął do kieszeni i pokazał garść monet.

– Gościu! – Drugi z oprychów bezceremonialnie strzepnął pieniądze z wyciągniętej dłoni. Metal zadzwonił, rozsypując się po płytach chodnika. – Nie dajesz na ofiarę, tylko wspomagasz rodaków w potrzebie. Może by tak trochę szczodrzej?

– Nie mam nic wię… – Nie dokończył. Pięść, wielka jak bochen chleba, wbiła mu się w brzuch, wydzierając oddech z płuc. Zgiął się w pół, odruchowo obejmując rękoma przeponę, i opadł na kolana.

– Zła odpowiedź – rzucił kwadratowa szczęka. – Wyskoczysz z kasy, czy tym razem mam ci obić mordę?

Chudzielec nawet nie drgnął. Klęczał skulony, wlepiając wzrok w ziemię. Uderzenie nie zrobiło na nim wrażenia. Większa część ostatnich miesięcy była dla niego oceanem bólu i udręki. Przywykł, uodpornił się. Mógłby wstać i spojrzeć hardo na przeciwnika, spluwając mu pod nogi. Tylko po co? Brawura zabijała prawie tak szybko jak głupota.

Pierwszy musiał uznać, że ofiara potrzebuje dodatkowej motywacji, bo uniósł pięść do kolejnego ciosu.

– Czekaj, chłopie. – Trzeci poklepał kumpla po plecach, po czym wskazał na twarz inżyniera. Zapadły policzek zdobiły trzy nierówne litery. – Widzisz? To ten, jak mu tam, technik-magik.

– Ty, rzeczywiście. – Drugi pochylił się nad klęczącym mężczyzną i zarechotał. – Weź, gościu, pokaż jakąś sztuczkę.

Chudzielec uśmiechnął się cierpko. Jakiś czas temu władza zaczęła tatuować na twarzach więźniów pierwsze trzy litery zbrodni, które popełnili. W końcu nic tak nie zniechęcało do czynienia zła jak publiczne potępienie po zakończeniu odsiadki.

No tak, teraz był przestępcą. Zupełnie o tym zapomniał.

Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, usłyszał krzyk. Odwrócił wzrok, szukając spojrzeniem źródła dźwięku.

– Szybko, panie oficerze! Tam są! – Szczupła sylwetka pojawiła się w wejściu do uliczki.

– Psy – rzucił kwadratowa szczęka, okraszając wypowiedź siarczystym przekleństwem. – Spadamy!

Jego towarzysze splunęli niemal synchronicznie, krzywiąc twarze w pogardliwych grymasach. Podeszwy ciężkich butów zabębniły o beton i już po chwili trzech oprychów zniknęło za rogiem.

Postać tym czasem podeszła do chudzielca. Z napięciem spoglądała na oddalających się mężczyzn, zaciskając palce na kieszonkowym paralizatorze. Tak mocno, że całe zbielały. Odetchnęła dopiero, gdy szerokie plecy napastników zlały się z wieczornym mrokiem.

– Witaj, Aniu – powiedział naukowiec, unosząc delikatnie kąciki ust.

Anna Kraft była wiedźmą i jego przyjaciółką. Kiedyś, w innym życiu. Praktykowała pradawną magię, od pokoleń przekazywaną z babki na wnuczkę. Nie brała udziału w tworzeniu inżynierii magicznej, zawsze trzymając się na uboczu. Trwała przy metodach tradycyjnych, skrzętnie ukrywając swe dziedzictwo przed niewtajemniczoną częścią ludzkości. Dlatego inkwizycja jeszcze się do niej nie dobrała, choć musiało dostać jej się rykoszetem nowej polityki. W przeciwnym razie nosiłaby dla samoobrony księgę uroków, a nie paralizator.

Czarownica odpowiedziała uśmiechem. Podała mu dłoń i pomogła wstać.

– Ledwo cię poznałam – stwierdziła, mierząc go uważnym wzrokiem. Przez moment trwała w milczeniu, ważąc słowa. – Zmieniłeś się…

– Świat się zmienił – odparł, strzepując pył ze spodni.

– Od kiedy to jesteś takim filozofem? – zapytała, opierając pięści o biodra.

Wzruszył ramionami.

– Miałem ostatnio sporo czasu na przemyślenia. Co byś zrobiła, gdyby się nie nabrali? Przecież tu prawie nigdy nie kręci się policja.

– Jakoś bym sobie poradziła. – Zbyła jego troskę nonszalanckim gestem dłoni.

– No dobrze. Powiedzmy, że byś sobie poradziła. Tak czy inaczej, dla własnego bezpieczeństwa nie powinnaś się ze mną spotykać, przynajmniej przez jakiś czas. – Puknął palcem w linie szpecącego policzek tatuażu. – Sama rozumiesz.

– Wręcz przeciwnie. – Chudzielec dostrzegł w jej oku tajemniczy błysk. – Chodź, chcę ci coś pokazać.

 

***

 

Dom Anny był całkowicie zwyczajny. Jak żywcem wyciągnięty z katalogu producenta mebli. Czysty i schludny, nie do mieszkania. Dla pozoru. Tu przyjmowało się gości, pokazywało się sąsiadom. Prawdziwe życie toczyło się poziom niżej, za ciężkimi drzwiami, które zwykle zamaskowane były ochronnym urokiem. Choć teraz jego miejsce zajęła sterta kartonów. Dla pewności. Inkwizycja nigdy nie spała.

Kręte schody prowadziły do ciemnej, pachnącej dymem pracowni, oddzielonej stalowymi drzwiami od jeszcze dwóch podobnych. Siedzieli przy samotnym stoliku, pośród wypełnionych księgami regałów, obok półek ze słojami i pękami ziół. Czarownica bębniła paznokciami w blat, a jej przyjaciel obracał w dłoni miedziany lamen.

– To pieczęć mojego ojca – stwierdził po chwili milczenia. Wyryte w medalionie linie układały się w znajomy wzór. Metal był ciepły w dotyku i pulsował delikatnie, dając świadectwo ukrytej wewnątrz mocy. – Bez wątpienia oryginał. Pytanie brzmi, dlaczego właściwie ją masz?

– Nie tylko ja – odparła, uśmiechając się enigmatycznie. – To symbol ruchu oporu. On żyje i zbiera siły. Zwołuje wiedźmy i czarowników, chce uderzyć w inkwizycję. Szykuje rewolucję, rozumiesz?

Nie odpowiedział od razu. Ojciec jako pierwszy podpisał umowę stowarzyszeniową z naukowcami. To jego ród stworzył podwaliny algorytmów, pozwalających wykorzystać moc obliczeniową nowoczesnych procesorów w prastarych rytuałach. Właśnie dlatego został internowany na samym początku, gdy tylko inkwizycja odrodziła się pod nową, bardziej politycznie poprawną nazwą. Szanse na przetrwanie starca były nieskończenie bliskie zeru, a jednak mu się udało. Na przekór wszystkiemu. Jak zwykle.

– Dlaczego mi to mówisz?

– Potrzebujemy każdej pary rąk. – Spojrzała na niego badawczo. – A wiesz, jak trudno znaleźć teraz kogoś, komu można zaufać.

Odłożył lamen na stół. Powoli i ostrożnie, jakby bał się, że wystarczy chwila nieuwagi, by to, co reprezentował medalion, obróciło się w proch. Wiedźma go nie popędzała. Wiedziała, że miał wiele do przemyślenia. Musiał też przezwyciężyć strach, przecież na własnej skórze poczuł już przedsmak tego, co czekało ich wszystkich, jeśli rewolucja się nie uda.

Mimo to była spokojna. Znała go od dawna, wiedziała już jaką decyzję podejmie.

– Niech będzie – rzucił. – Wchodzę w to.

Nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się tylko smutno i spojrzała na niego przepraszająco.

Dopiero wtedy wyczuł, że w pracowni był ktoś jeszcze. Odwrócił się odruchowo, tylko po to, by zobaczyć wylot lufy wycelowanego w niego pistoletu.

– Właśnie to chciałem usłyszeć. – Nieznajomy mężczyzna stał kilka kroków od nich. Jego sylwetka, z początku niewyraźna, prawie przezroczysta, z każdą chwilę nabierała wyrazistości. Stało się jasne, że Ania nie dezaktywowała uroku, maskującego drzwi do piwnicy, tylko przeniosła go na inny obiekt. Ukryła inkwizytora we własnym domu. – Dziwię się tylko, że nie zorientował się pan wcześniej.

– To dobry czar – stwierdził spokojnie były więzień. – A ja nigdy nie miałem talentu magicznego.

– Tym lepiej dla mnie. Na szczęście płacą mi od ilości zatrzymanych, nie ich jakości.– Mężczyzna skinął na czarownicę. Wolną ręką delikatnie wskazał na schody. – Panno Kraft, po raz kolejny przyczyniła się pani do pojmania groźnego terrorysty. W imieniu rządu Rzeczpospolitej Polskiej dziękuję za okazanie niezłomnej postawy. Teraz proszę zostawić nas samych.

Chudzielec trwał w milczeniu. Położył dłonie na kolanach i obserwował jak jego przyjaciółka wstała i ruszyła do wyjścia. Każdy jej krok odbijał się echem w złowieszczej ciszy podziemnej pracowni. Szła spokojnie, bez nerwów, jakby podobny scenariusz przerabiała już po wielokroć, aż w końcu zniknęła za drzwiami. Nie obejrzała się ani razu.

– Myślałem, że prawo zabrania służbom organizowania tego typu prowokacji – powiedział inżynier po chwili, zmuszając się do uśmiechu.

– Cóż, parę rzeczy zmieniło się, gdy przechodził pan reedukację. Mamy też sądy zaoczne, więc jeśli dobrze pójdzie, wyrok w pana sprawie zapadnie nim dojdziemy do biura. Zapewniam, że ukryte kamery doskonale zarejestrowały całe zajście, ale… – Agent przyjrzał się badawczo mężczyźnie. Spokój przestępcy wydawał mu się bardzo podejrzany. – Nie wygląda pan na zaskoczonego.

– Bo nie jestem. – Chudzielec wzruszył ramionami. – Wiem, że nikt nie spodziewa się inkwizycji, ale miałbym uwierzyć, że napaść w spokojnej dzielnicy i ratunek ze strony dawno nie widzianej przyjaciółki to tylko przypadek? Takie rzeczy nie zdarzają się w prawdziwym życiu. Szczęśliwe zbiegi okoliczności nie istnieją.

Inkwizytor zmarszczył brwi.

– Nie rozumiem zatem, dlaczego pan tu przyszedł. Po co z własnej woli pakować się w pułapkę?

– Jestem zmęczony – odparł inżynier, przeczesując palcami posiwiałe włosy. – Nie mam siły ukrywać się, ani walczyć. Nie chce mi się patrzeć podejrzliwie na każdego napotkanego człowieka i budzić się każdego ranka z myślą, że następnego mogę wylądować za kratkami. Wasza reedukacja oduczyła mnie życia.

Agent skinął, najwyraźniej usatysfakcjonowany odpowiedzią.

– Dobrze, jeszcze tylko parę formalności i możemy się zwijać. – Nie spuszczając wzroku z naukowca sięgnął do kieszeni, po czym wyciągnął przed siebie odznakę. Osadzony w pokrowcu stalowy emblemat ilustrował orła, rozrywającego pazurami pięcioramienną gwiazdę. Całość otaczał kontur granic Polski. – W imieniu Wydziału Zwalczania Przestępczości Okultystycznej aresztuję pana pod zarzutem udziału w zorganizowanej grupie przestępczej oraz próby nielegalnego użycia czarów. Zostanie panu przydzielony adwokat z urzędu, a sąd zaoczny wyda wyrok w pana sprawie w trybie pilnym.

– I nawet dostanę adwokata? – Chudzielec prychnął, kręcąc głową. – Niesamowite.

– Oczywiście. – Agent wykrzywił usta w ironicznym grymasie. – Żyjemy przecież w państwie prawa. Nie wiem jaki wyrok zapadnie, ale nie oczekiwałbym wiele. W końcu jest pan recydywistą. Zawsze można też zdecydować się na stawianie oporu przy aresztowaniu, a wtedy zostanie pan zastrzelony za napaść na funkcjonariusza i obaj będziemy mieli problem z głowy.

– Niech będzie więc napaść na funkcjonariusza. – Mężczyzna machnął ręką zrezygnowany, zupełnie jakby lufa pistoletu wycelowana była w kogoś zupełnie innego. – Wygląda na to, że moja wizja świata nie przetrwała w kontakcie z rzeczywistością, a wasze idee zmiażdżyły te, które miałem w sercu.

Funkcjonariusz spojrzał na niego z politowaniem.

– Jeśli naprawdę pan w to wierzy, nic dziwnego, że skończył pan z tym tatuażem na policzku.

– Słucham?

– Myślicie, że jako pierwsi wzięliście się za naprawianie świata w ten sposób? Życie to gra o sumie zerowej. Ktoś musi najpierw coś stracić, by inny mógł zyskać. Jeśli wyleczy się raka, szef koncernu farmaceutycznego nie kupi sobie nowego ferrari, a gdy samochody zaczną jeździć na wodę, arabski szejk będzie musiał odpuścić sobie budowę kolejnej sztucznej wyspy. Ot, cała historia.

Inżynier przygryzł wargę.

Wiedział to. Od samego początku był pewien, że chodziło o pieniądze i układy. A mimo to wolał wmówić sobie coś innego, zatrzeć prawdę we własnym umyśle. Zastąpić ją naiwną bajeczką, by łatwiej było odpuścić. By można było przestać walczyć i zdać się na ślepy los.

Ale teraz wszystko się zmieniło. Inkwizytor splunął mu pod nogi prawdą, krzywiąc się przy tym ironicznie, spoglądając na niego jak na nieszkodliwego wariata. Tego było za wiele. Teraz, gdy rzeczywistość uderzyła go prosto w twarz, nie był w stanie wrócić do stanu błogiej apatii.

Musiał działać.

– Niech będzie napaść na funkcjonariusza… – powtórzył, wstając z krzesła. Zniknęła gdzieś powolność ruchów, a sylwetka wyprostowała się dumnie. Na powrót stał się inżynierem magicznym, mistrzem w swojej sztuce.

Zdjął okulary z nosa i wyjął z nich soczewki, rzucając oprawki na ziemię. Palce lewej dłoni zatańczyły. W odpowiedzi szkiełka zafalowały, by pół oddechu później wystrzelić we wszystkie strony tysiącem błysków, tworząc między mężczyznami ledwo dostrzegalną barierę. Naukowiec wyciągnął rękę, by ułożyć palcami komendy kolejnego czaru.

Nie zdążył.

Usłyszał trzask pękającej zasłony i poczuł piekący ból. Wspomagany obliczeniami procesorów czar rozsypał się, a pocisk naznaczył policzek cienką czerwoną linią.

– My też mamy w wydziale kilka ciekawych zabawek – rzucił agent. Jakby na potwierdzenie jego słów przez ułamek sekundy zajarzyły się kontury wzoru, oplatającego lufę pistoletu. – Niektórzy inżynierowie są bardzo skorzy do współpracy, jeśli da się im odpowiednią motywację.

– Nie wierzę.

– Nikt tego od pana nie wymaga. – Mężczyzna nonszalancko wzruszył ramionami, po czym poprawił palec na spuście. – Jakieś ostatnie słowa?

– Nie pozwolę na to, rozumiesz? – warknął chudzielec, szczerząc zęby jak pies, gotujący się do ataku. – Nie pozwolę, by utopia przepadła przez bandę chciwych głupców! Ta technologia może zmienić świat, a wy chcecie ją sobie przywłaszczyć, a potem sprzedać z zyskiem. Chcecie handlować czymś, co od początku należało do wszystkich! Nigdy się na to nie zgodzę!

– Cóż, uwzględnię to w swoim raporcie. – Kąciki ust inkwizytora uniosły się, lecz pobłażliwy uśmiech wkrótce zniknął z jego twarzy, zastąpiony bolesnym grymasem.

Mężczyzna wybałuszył oczy i spojrzał w dół, tylko po to, by zobaczyć dwa czarne szpikulce, wystające z piersi. Zanim upadł, dostrzegł jeszcze triumfalny błysk w oczach niedoszłej ofiary.

Naukowiec obszedł zwłoki i przyjrzał się broni agenta. Wściekłość, którą przed momentem kipiał, rozpłynęła się zupełnie. Nie było potrzeby dalej grać. Nie było przed kim.

Wpleciony w pistolet urok skwitował jedynie prychnięciem. Robota była co najwyżej mierna. Widać było, że inkwizycji nie udało się przekabacić nikogo utalentowanego. Kula pewnie nigdy nie przebiła się przez barierę, gdyby nie to, że magia inżyniera zupełnie nie nadawała się do ich tworzenia. Ot, kolejny algorytm, który trzeba będzie poprawić w najbliższej przyszłości.

Chudzielec pochylił się i podniósł leżące za trupem oprawki okularów, które zdążyły już wrócić do pierwotnej postaci. Ruszył do wyjścia, gdy tylko wsunął je do kieszeni.

– Trzeba było strzelać, a nie słuchać kiepskiej szopki – rzucił przez ramię, nie odwracając się. Jego twarz wykrzywił uśmiech. Pierwszy prawdziwy od dawna. – Słodkich snów, inkwizytorze.

 

***

 

W domu panowała cisza. Anna już dawno postanowiła zamontować dźwiękoszczelne drzwi do piwnicy. Agenci Wydziału Zwalczania Przestępczości Okultystycznej często bywali głośni. Trudno się jednak było dziwić. Czarownica nasłuchała się już wystarczająco dużo o więzieniach dla magów, by wiedzieć, że większość wolała ryzykować ucieczkę, niż trafić do jednego z nich. Nie każdy był tak obrotny jak ona. Nie wszyscy potrafili opowiedzieć się po stronie zwycięzców, nawet jeśli wiązało się to z pewnymi niedogodnościami. W końcu lepiej było ograniczyć uprawianie czarów, niż zgnić w ciemnicy.

Czasem dopadały ją wyrzuty sumienia. Sprzedawanie ludzi inkwizycji nie należało do rzeczy najbardziej szlachetnych, ale nie miała innego wyjścia. Albo oni, albo ona. Prosta zależność. Czarownice zwykły cenić własne życie, nawet jeśli trzeba było zapłacić za nie czyimś.

Dlatego, gdy drzwi do piwnicy w końcu się otworzyły, zamarła w bezruchu. Zamiast rosłego agenta, taszczącego zwłoki, zobaczyła wyniszczoną sylwetkę przyjaciela z dawnych lat. Zawahała się.

To ją zgubiło.

Jego palce zadrgały nim zdążyła ułożyć na języku słowa zaklęcia i już po dwóch uderzeniach serca poczuła, że coś krępuje jej nogi. Odruchowo spojrzała w dół i krzyknęła przerażona, gubiąc komendy nieuformowanego jeszcze czaru.

Matowa czarna materia oplotła kostki i wspinała się z szybkością atakującego węża. Anna nie była szkolona do walki. Nie potrafiła improwizować czarów, a te, których uczyła się przez lata, nagle uleciały jej z głowy. Chwilę potem upadła, opleciona kokonem czerni. Zdołała jeszcze tylko obrócić się na plecy, by spojrzeć w nieprzejednane oblicze chudzielca.

Ten podszedł do niej i zatrzymał się w pół kroku. Jego palce znów zatańczyły. W odpowiedzi z kokonu wystrzeliła ostra macka, miażdżąc strzelający w niego na wpół efemeryczny kształt.

– Nawet nie próbuj. Moje zaklęcia są szybsze od twoich. Jakieś dwadzieścia milionów razy.

Inżynier przysiadł obok czarownicy, opierając przedramiona na udach. W jasnym świetle energooszczędnych lamp wyglądał, jakby przed chwilą wyciągnięto go z kostnicy.

– Wiesz, dlaczego złamaliśmy dekret Wielkiej Rady i pokazaliśmy czary niewtajemniczonym naukowcom? – zaczął i uśmiechnął się gorzko, nie czekając na odpowiedź. – Bo nasza magia była do dupy. Dekompozycja materii i manipulacja związkami węgla. Skomplikowane, długotrwałe procesy bez żadnego zastosowania bojowego. Kiedyś może potężne, ale nasze zdolności umierały powoli z każdym pokoleniem i nawet mój ojciec, głowa rodziny od siedmiu boleści, nie potrafił prawie nic z tego, co niegdyś czynili przodkowie. Więc stworzyliśmy inżynierię magiczną, nie po to, by naprawiać świat, bo to ideologiczna bajka dla naiwnych, efekt uboczny. Chcieliśmy tylko przeżyć. Ale nawet to nie było nam dane.

– Nie miałam wyboru! – Zdołała wydusić przez ściśnięte strachem gardło. – Naprawdę! Przecież wiesz, prawda?

– To nic osobistego. – Nitki czerni wspięły się już po ramionach kobiety i zaczęły muskać kark. – Po prostu uważam, że będziesz mniej zdradliwa jako nieodnawialne źródło energii i surowców. Może nawet uda mi się zsyntezować z ciebie trochę grafenu na nowe mikroprocesory.

– Ale twój ojciec…

– Mój ojciec nie potrafił nawet prowadzić samochodu, a co dopiero ludzi w ruchu oporu – przerwał jej w pół słowa. – Zmusiliście go, by zrobił dla was lamen, a teraz pewnie gryzie ziemię. Nie, Aniu, mój ojciec nic mnie nie obchodzi.

Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale nie zdołała. Czerń wreszcie wspięła się po jej szyi i zasłoniła usta. Kobieta mogła tylko wlepiać w byłego przyjaciela błagalne spojrzenie, walcząc o kilka ostatnich oddechów.

– Widzisz, Aniu. – Mężczyzna pochylił się, jakby zupełnie nie dostrzegał jej przerażenia. – Naprawdę chciałem się poddać, dać się zabić temu osiłkowi z inkwizycji. Ale nie wytrzymałem. Wypruwałem sobie flaki w laboratorium, poświęcając każdą wolną chwilę na eksperymenty i weryfikację teorii. Płaszczyłem się przed tymi dumnymi idiotami z rodziny, by wreszcie przejrzeli na oczy i zaczęli poważnie traktować moje badania. Wreszcie, po latach wyrzeczeń, udało mi się nakłonić ich do podpisania tej cholernej umowy z inżynierami. A wszystko poszło do diabła, bo kilku bogatych kretynów uznało, że mogą przez to zarobić trochę mniej. To nie może im ujść bezkarnie.

Czarownica nie odpowiedziała. Nie była już w stanie nawet go usłyszeć, trwała tylko nieruchomo, całkowicie obleczona czarną powłoką.

Mężczyzna wstał. Jego palce wciąż tańczyły, wydając materii nowe szeregi komend. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że w tej czarnej, matowej masie kryje się jakieś dziwaczne piękno. Kąciki jego ust uniosły się, gdy tylko o tym pomyślał.

– Słodkich snów, czarownico.

 

***

 

Był wrakiem człowieka. Pomarszczona skóra miała niezdrowy odcień szarości, a pukle włosów, które jeszcze trzymały się na głowie, prawie zupełnie posiwiały. Utykał na prawą nogę, źle zrośniętą po „wypadku” podczas przesłuchania.

Tylko jego oczy błyszczały zza czarnych oprawek okularów, zdradzając determinację, a palce zacisnęły się mocniej na pasku ukradzionej torby, wypełnionej po brzegi czernią bezkształtnej masy.

Wiedział już, co powinien zrobić.

W oddali słychać było syreny radiowozów. Żałował tylko, że nie zdążył przetworzyć ciała inkwizytora, ale nie mógł ryzykować pojmania.

– Rewolucja… – wymamrotał pod nosem. – To nie jest taki głupi pomysł.

Koniec

Komentarze

Wszędzie ta technologia, nawet magia się przed nią nie ustrzegła, ciekawy pomysł. ;) Dobrze napisane (chociaż na warsztacie to ja sie nie znam…), przyjemnie się czytało. Tylko ten inkwizytor jakiś taki… ciapowaty trochę. Od pierwszej chwili było czuć, że gość nie dożyje do końca tekstu.   PS: Musiałem.

"Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie."

rekwiracji --> rekwizycji (nie ma słowa "rekwiracja", czasownik "rekwirować" to od rekwizycji właśnie) Gdzieś tam "tymczasem" rozpadło Ci się na dwa słowa… Ale ja w ogóle nie o kosmetologii chciałem, nie z jej powodu zacząłem pisać ten komentarz. Przede wszystkim chciałem napisać, że podoba mi się, jak w swoich opowiadaniach mieszasz magię ze współczesnością. Masz godną podziwu wyobraźnię i dobry styl. To opowiadanko też mi się podobało, czytało się gładko i przyjemnie.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Może trochę za dużo tych tańczących palców :>

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

 a pukle włosów, – pukle są raczej zarezerwowane dla włsów długich i gęstych, a na dodatek dziewczęcych – tutaj raczej kępki

areszt – czy tu nie powinno być raczej więzienie. Nie jestem pewna, ale areszt kojarzy mi się z tymczasowym miejscem zatrzymania

Nie trzeba by już było siłą wydzierać energii, kraść jej ziemi – lepiej brzmiałoby – wykradać ją ziemi/Ziemi

Oczywiście nie palono ludzi na stosach, ani nie cenzurowano książek – tu chyba nie powinno być przecinka

 Stacje i wydawnictwa, które twierdziły inaczej w krótkim czasie bankrutowały. – tu zaś po "inaczej" przecinek, bo zastosowałeś wtrącenie

 Nie wiedział ile zostało z tego teraz – przecinek przed ile

Drogę zagradzał mu rosły mężczyzna o kwadratowej twarzy – drogę zagrodził mu

 Gdzieś w pobliży – literówka

Dlatego nie uciekał, ani nie próbował się bronić – tu też chyba zbędny przecinek  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

 już po chwili trójka oprychów zniknęła za rogiem – a nie trzech?

– A wiesz jak trudno znaleźć teraz kogoś – przecinek przed jak

własny strach, przecież na własnej skórze – potórzenie, ale chyba niezamierzone?

 Nie rozumiem zatem dlaczego pan tu przyszedł – przecinek przed dlaczego

Jestem zmęczony – odparł, przeczesując palcami posiwiałe włosy – tu warto wstawić, kto odparł

Nie mam siły ukrywać się, ani walczyć. – znowu chyba zbędny przecinek przed "ani". Wydaje mi się, że stawia się go tylko, jeśli następuje powtórzenie ani.

za napaść na funkcjonariusza i oboje będziemy mieli problem z głowy. – obaj, bo to dwóch facetów

 Jeśli naprawdę pan w to wierz,  – zjadło Ci y

Jeśli wyleczy się raka, szef koncernu farmaceutycznego nie kupi sobie nowego ferrari – tu moim zdaniem źle dobrany przykład – do wyleczenia raka potrzeba farmaceutyków, więc tu raczej "jeśli rak przestałby dziesiątkować społeczeństwo"

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wspomagany obliczeniami procesorów czar rozsypał się,  – raczej mimo wspomagania 

 by zobaczyć dwa czarne szpikulce, wystające z piersi. Zanim upadł, zobaczył jeszcze 

Dlatego gdy drzwi do piwnicy – przecinek przed gdy

gubiąc komendy nie uformowanego jeszcze czaru. – nieuformowanego?

a te, których uczyła się przez lata nagle uleciały jej z głowy.– przecinek przed nagle

W odpowiedzi z kokonu wystrzeliła ostra macka, miażdżąc strzelający w niego na wpół efemeryczny kształt.

– Nawet nie próbuj. Moje zaklęcia są szybsze od twoich. Jakieś dwadzieścia milionów razy – tu sie pogubiłam, kto do kogo mówi i strzela :-)

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Pobawiłam się trochę i przeczochrałam Twój tekst. Bo mi się podobał – ładnie pokazałeś zderzenie magii ze współczesnym światem, choć dla mnie inżynier (nie inkwiztror) był troszkę sztuczny wygłaszając takie zacne tezy i na  końcu uznając rewolucję za najlepsze rozwiązanie. Mam takie wrażenie, że połowę, no 3/4 tekstu pisałeś tak, jak podpowiadała Ci wyobraźnia i umysł, a potem nagle stwierdziłeś, że opowiadanie robi się ciut długie i bach… ześliznąłeś się gładko po zboczu do zakończenia. Widzę też podobieństwo do tekstu "Matematyk i czarodziejka" – chodzi mi o tematykę: zderzenie magii i realności.  

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Zostawię ślad, żeby mi gwiazdka przypominała, żeby pózniej przeczytać twoje opko.

Złościć się to robić sobie krzywdę za głupotę innych.

Tekst spiskowy i wywrotowy. Podoba mi się. Do tego napisany niezłym językiem. To do zasady. Nie do końca jednak rozumiem postępowanie bohatera. Facet z takimi możliwościami siedzi w więzieniu. Po co? Żeby przeżyć? To niech ucieka zagranicę. A jeśli dąży do rewolucji, to jak przekona do tego masy? Może gdybyś szerzej nakreślił nastroje społeczne, byłbym przekonany.

Dziękuję za opinie i wytknięcie błędów. Biję się w pierś i padam na kolana, przytłoczony ciężarem tego, że po raz kolejny nie udało mi się opublikować bezbłędnego tekstu. Ech, życie. Bemik, podobieństwo rzeczywiście jest, bo mieszanie magii z realnością oraz boskość to dwa motywy, po które często ostatnio sięgam. Och, są też krwawe jatki, ale o tym ciii. Fokker, wątpliwości w gruncie rzeczy zrozumiałe. Nie napisałem tego wprost, ale inżynier siedzi w więzieniu, bo po prostu został pojmany. Jest dużo prawdy w stwierdzeniu, że nikt nie spodziewa się inkwizycji. Nawet jeśli może przy pomocy swoich zdolności stawić czoła kilku oprawcą, to nie wygra w starciu z czołgiem czy pociskiem .50 BMG, wystrzelonym przez ukrytego snajpera. Swoje zdolności ukrywał, by władza wzięła go za pionka i wypuściła, by przetrwać – jak słusznie zauważyłeś. W międzyczasie odechciało mu się żyć i stąd ta historia. To, jak przekona masy do rewolucji jest już zupełnie inną historią, choć podejrzewam, że o ile nie uda mu się pociągnąć za sobą zwykłych ludzi, o tyle społeczność magiczna z chęcią zrzuci z siebie jarzmo inkwizycji. Cóż, powinno dać się to odczytać między wierszami tekstu, ale jeśli Ci się nie udało, po prostu będę musiał popracować nad przekazem informacji we własnym tekście.

Ciekawy pomysł i wart kontynuacji, moim zdaniem. Póki co, niewiele się wydarzyło, a szkoda. Pozdrawiam

Mastiff

Mam wrażenie, jakbym przeczytał sprawnie napisany, wciagający prolog do czegoś. Pomysł nieźle zrealizowany. Wątpliwość mam identyczną jak Fokker – odpowiedź naprawde trudno wyciagnąć z tekstu, może warto to uzupełnić? Do satysfakcji brakuje mi czegoś dalej :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ojjjj, odarłeś magię z… magii. To wszystko dla kasy? Fuj! A nie można jakoś dogadać się z magami? Na pewno któryś zdolny do transmutacji… A tekst fajny, wart dalszego ciągu.

Babska logika rządzi!

Fajne, podobało mi się :)

Już drugi tekst, czytany tu dziś przeze mnie, który domaga się kontynuacji.

Sorry, taki mamy klimat.

"od pokoleń przekazywaną z babki na wnuczkę" – czyli co drugie pokolenie? Dziwnie jakoś ;) I znow "pół oddechu pózniej" – jest kilka innych sposobów na określenie chwili, momentu, mgnienia… ;)

Całkiem, całkiem, CAŁKIEM dobry fragment większej całości – czekam na ciąg dalszy. Pozdrawiam!

Złościć się to robić sobie krzywdę za głupotę innych.

Szanowni Państwo, wbrew temu, co wszyscy zdaje się sądzicie, ten tekst nie jest częścią większej całości. Nie pisałem go z myślą o ciągu dalczym. Chciałem tylko napisać opowiadanie z tym szalenie irytującym zakończeniem, po przeczytaniu którego człowiek wręcz domaga się kontynuacji. Widuję takie zabiegi w wielu zbiorach opowiadań i za każdym razem po trosze mnie irytują, a po trosze stymulują motywację i wyobraźnię. Chciałem, by zakończenie mojego tekstu właśnie tak zostało odebrane. Chyba mi się udało.

Podobało mi się. Dynamiczny, dobrze napisany tekst, ciekawy pomysł. Cóż więcej trzeba? I z tego, co czytam w komentarzach, widzę, że będę należała do mniejszości, ale zupełnie nie uważam, by to było zakończenie domagające się kontynuacji. Nie, pewna historia została opowiedziana, kontynuacja byłaby zupełnie inną opowieścią, nawet, jeśli z tym samym bohaterem. Tekst odbieram jako kompletny. Może też dlatego, że sama miałam podobną sytuację – zawarłam w opowiadaniu wszystko, co chciałam, komentujący jednak uznali, że to fragment większej całości, domagający się kontynuacji. Tego typu zakończenia nie są jakąś wielką rzadkością. Jasne, można pociągnąć dalej, ale jako nowe opowiadanie. Ale – wcale niekoniecznie trzeba.

Dobry tekst, chociaż dużo w nim gadania, a mało działania. Bardzo to hermetyczne. Może trzeba było więcej o Annie wspomnieć, trochę rozbudować jej osobę. Lecisz po łepkach. A świat wydaje się taki ciekawy… I nie szkoda Ci takiego fajnego pomysłu? No, chyba że takie teksty wymyślasz przy obiedzie, to inna sprawa:)    

Bardzo dobrze się czytało. Tematyka bardzo przypadła mi do gustu. Czekam na kontynuację ;)

Ładnie napisane, treść nawet interesująca. Oceniam pozytywnie ;D 

To dość nietypowe dostać tu komentarz do opowiadania sprzed roku. Nietypowe, ale bardzo miłe. Dzięki wielkie.

Całkiem niezły pomysł, na zaistnienie magii we współczesnym świecie. Czytało się świetnie i muszę powiedzieć, że udało Ci się wzbudzić we mnie owo irytujące uczucie – akceptuję, że opowiadanie jest skończone, ale chętnie dowiedziałabym się, co dalej.

 

Po­stać tym cza­sem po­de­szła do chu­dziel­ca.Po­stać tymcza­sem po­de­szła do chu­dziel­ca.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się, że ci się spodobało, choć z perspektywy czasu dostrzegam, że jest dużo rzeczy, które mógłbym poprawić w tym opowiadaniu. Nie wspominając o tym, że bardziej podoba mi się kontynuacja (”Upragniona wojna”), która nawet bibliotekę zgarnęła. Może nawet kiedyś uda się wrócić do pisania czegoś w tym uniwersum? Kto wie?

Nowa Fantastyka