- Opowiadanie: Morf3usz - Starcie

Starcie

Oceny

Starcie

 

Starcie

 

 

 

Leżąc na brzuchu nad krawędzią przepaści, wraz z pozostałymi dowódcami obserwował maszerujących doliną nieprzyjaciół. Widok dwukrotnie liczniejszej armii mógł wzbudzać lęk. Ale jego wojsko składało się z zaprawionych w bojach weteranów. Dodatkowo po swojej stronie mieli czynnik zaskoczenia. Idący wąwozem najwyraźniej nie spodziewali się zasadzki, gdyż zaniedbali wszelkiej ostrożności. Zapewne założyli, że żadna armia nie będzie w stanie przekroczyć tych gór jesienią. Pomylili się.

 

 

 

Ostrożnie wyczołgał się znad grani. Gdy mijał grupę czekających na rozkazy żołnierzy, przystanął. Pięćdziesięciu uzbrojonych w ręczną broń, moździerze i granatniki, licho odzianych i odżywionych, lecz doświadczonych i zmotywowanych ludzi stało na szczycie stoku, gotowych do ataku. Nad nimi górował czarno-żółty, kilkunastometrowy, dwunożny, mechaniczny potwór. Znakomite dzieło przedwojennych inżynierów. Metalowe cielsko budzące grozę nawet we własnych szeregach. Dwa uzbrojone po zęby ramiona, nowoczesne algorytmy sterujące, gruby pancerz i monstrualne rozmiary miały dziś stanowić o ich sile. Czy to wystarczy? Czy wytrzyma impet uderzenia? Kadłub nosił ślady licznych napraw, a wgniecenia, rysy i ślady spawów świadczyły o stoczonych walkach. Ale na lewo i prawo od niego stało ponad dwieście podobnie zorganizowanych oddziałów. Za każdym sterczała sylwetka mecha. Wielkie jednostki wyglądały jak tytani otoczeni przez mrówki. Tylko że przeciwników na dole nadal było dwa razy więcej.

 

 

 

Po drabince wszedł do sterówki. Gdy zapinał pasy, padł rozkaz. „Tak szybko?” – zdziwił się. Nie zdąży już sprawdzić stanu podsystemów. Lecz w tym momencie nie miało to już większego znaczenia. Rozejrzał się wokół. Pozostałe machiny właśnie ruszały. „Pobłogosław mnie, wielki Adżami, albowiem bez twojej woli włos z głowy mi spaść nie może. Daj mi wzrok orła i szybkość pantery” – szepnął włączając silniki. Ujął delikatnie w dłoń drążek sterowniczy, oparł stopy o pedały i lekkim ruchem orczyka uniósł oba ramiona mecha. Silniki posłuchały.

 

 

 

– Naprzód! – krzyknął ile sił. Głośniki zaniosły jego rozkaz do osłaniającej go piechoty. Głodni zwycięstwa, od dwóch lat głównie uciekający ludzie, tym razem z nazwiskiem dowódcy na ustach rzucili się w stronę wąwozu. Maszyna wykonała pierwszy krok. Za moment także drugi, trzeci i czwarty. Napęd osiągał pełną moc. Algorytm w czasie rzeczywistym analizował ruchy własnych żołnierzy i błyskawicznie znajdywał przestrzeń między nimi, gdzie mógł postawić stalową stopę.

 

 

 

Już po chwili Roger dotarł do zrębu. Za wyłomem ujrzał tumany kurzu unoszące się nad obydwoma stokami. Tysiące wojowników, zbiegając jednocześnie po piaszczystych zboczach, wzbijało w powietrze chmury pyłów. Za piechotą, nieco niezdarnie krocząc po stromiznach, podążały dwie setki maszyn podobnych do tej, którą sterował. Kurzawa przysłaniała mu podstawę wąwozu, lecz mimo to bez trudu je dostrzegł. Wielkie lufy dział robotów osłonowych właśnie zaczynały się obracać w stronę, z której atakowali.

 

 

 

„Lęk mój wzbudzę przed tobą i wprawię w przerażenie wszelki lud, przeciw któremu wyruszysz.” – wyszeptał fragment z drugiej Księgi Mojżeszowej.

 

 

 

Pierwsze granaty właśnie spadały na wrogie jednostki. Odłamki rozrywających się kartaczy dolatywały nawet do niego. Słyszał, jak wybuchają i odbijają się od pancerza machiny. Razem z ich hukiem, do jego uszu dobiegł krzyk ludzi, z którymi dwa lata wcześniej w popłochu uchodził z pola walki. Wówczas uratował go jakiś żołnierzyna, który rzuconą w ostatniej chwili racą dymną wstrzymał pościg i umożliwił ewakuację. Tym razem miało być inaczej. Nadchodził czas rewanżu. Pilot rozejrzał się. Kilku kolegów już wystrzeliło rakiety w stronę wrogiej kolumny. Powstałe przy tym smugi siwą powłoką pokryły stoki.

 

 

 

„Twoi nieprzyjaciele okryją się hańbą, a namiot bezbożnych zniknie.”

 

 

 

Natrafiwszy na śliski kamień, mech zachwiał się. Niemal w tym samym momencie błękitna smuga śmignęła obok ramienia. Po chwili, znalazłszy twarde oparcie, robot ponownie ruszył w dół. Na czoło Rogera wystąpiły krople potu. Kątem oka dostrzegł kolejne smugi lecących w jego stronę rakiet. Błyskawicznie ocenił sytuację. Nie zareagował. Na to wystarczył automat. Komputer skierował działko wielolufowe w stronę nadlatujących głowic. Gdy miniguny zrobiły swoje, Roger, idąc w ślad za pozostałymi, wystrzelił własne pociski. Lecz one także zostały zestrzelone, zanim dosięgły celu. Dystans pozwalał obu stronom na zastosowanie tego środka obrony. Dowódca nie zrażał się jednak i jak automat przeładowywał i strzelał, przeładowywał, strzelał. Odległość zmniejszała się z każdą sekundą. Niektóre rakiety musiały już trafić. Jeszcze trochę i nie będzie czasu na precyzyjne reakcje. I wtedy…

 

 

 

„I niech się rozproszą nieprzyjaciele Twoi. A ci, którzy Cię nienawidzą, niechaj uciekną przed Tobą.”

 

 

 

Usłyszał, jak w pancerz uderzają mniejsze pociski. Głupcy. Powinni wiedzieć, że żadna ręczna broń nie jest mu w stanie zaszkodzić. Zwrócił ramiona potwora w miejsca rozbłysków i nacisnął spust. Gdy pisk obracających się luf dobiegł do jego uszu, stukanie ucichło. Nie mieli szans. Nawet najsilniejsze pole nie mogło ich osłonić. Rozejrzawszy się, dostrzegł, jak pierwsi żołnierze, a wraz z nimi wspierające ich człapaki, osiągają już szeregi nieprzyjaciela. Jeśli wszystko poszło zgodnie z planem, czoło i tył wrogiej kolumny powinny zostać zablokowane przez ukryte wcześniej oddziały. Znając swojego dowódcę, przypuszczał, że ten właśnie tak to rozegra. Dokładnie tak samo jak wieki wcześniej Hannibal rozbił wielkich Rzymian nad Jeziorem Trazymeńskim.

 

 

 

Mech właśnie dotarł do dna wąwozu. Roger poczuł, jak żelazna stopa miażdży wrogi czołg, a wraz z nim znajdujących się w środku ludzi. Nie było jednak czasu na litość. Przynajmniej dopóki trwała walka.

 

 

 

„Powali Pan twoich nieprzyjaciół, którzy powstają przeciwko tobie, i nie pozwoli, by stała ci się jakakolwiek krzywda.”

 

 

 

Pierwsze trafienie otrzymał, gdy niszczył wrogą radiostację. Silne uderzenie całkowicie unieruchomiło lewe ramię robota. Roger poczuł szarpnięcie pasów. Drążek sterowniczy wyleciał mu z rąk. Wszystkie ekrany, poza jednym zgasły. Maszyna przechyliła się niebezpiecznie na prawy bok. Jednak algorytm nie dopuścił do upadku. Błyskawiczne obliczenia dokonane przez najszybsze dostępne procesory w okamgnieniu przywróciły stabilność. Pilot nacisnął przycisk ładowania. W bitewnym zgiełku, wśród huku strzałów bezbłędnie wychwycił łoskot wsuwanych do luf pocisków. Po chwili dwa głuche trzaski upewniły go, że komory strzelnicze zostały odbezpieczone. Jednocześnie wypuścił nanoroboty. Miniaturowe urządzenia często były w stanie szybko naprawić mniejsze uszkodzenia dużego mechanizmu. Roger liczył, że przywrócą sterowanie bezwładnej, lewej kończyny. Chwycił drążek sterowniczy. Ruchem prawej stopy skierował automat w stronę, z której przyszło uderzenie. Brązowy człapak, podobny do jego, trochę tylko mniejszy, stał naprzeciwko z dymiącymi lufami. Delikatne drżenie ramion wskazywało, że trwało przeładowywanie wyrzutni. Zanim Roger zdążył zareagować, kolejna rakieta opuściła wylot. Nie było czasu dla minigunów. Skulił się gwałtownie, co spowodowało, że maszyna wykonała unik. Pod wpływem przeciążenia krew odpłynęła z głowy pilota. Na moment stracił świadomość, lecz głowica przeszła bokiem. Gdy podniósł potwora, jego własne działa były już gotowe do wystrzału.

 

 

 

„Spokojne jest serce jego, nie boi się, aż spojrzy z góry na nieprzyjaciół swoich.”

 

 

 

Dwie smugi, jedna po drugiej oderwały się od prawego ramienia i poleciały w kierunku wrogiej maszyny. Przeciwnik postanowił zastosować ten sam manewr, co on sam przed chwilą. Błyskawiczny unik uchronił wrogiego mecha przed trafieniem. Roger zaklął. Lecz drugi ładunek był lepiej wycelowany. Lewa noga automatu rozbłysła od wybuchu pocisku. Pancerz nie wytrzymał. Od podstawy oderwało się kilka metrowych płatów blachy. Jednocześnie robot upadł na lewe kolano. Wyglądało to, jakby bestia przyklęknęła przed swoim pogromcą. Dowódca odetchnął. Czy zniszczył przeciwnika? Obserwował, jak wrogi pilot usiłuje poderwać stalowe cielsko. Silniki działały, lecz pogięte, teleskopowe wysięgniki, wyrwane z łożysk zwisały bezwładnie. Robot miotał się na jedynym, sprawnym odnóżu. Podrywał się i opadał, usiłując wstać, lecz napęd nie był już w stanie utrzymać mechanizmu w pionie. „Ten drugi pocisk wykonał świetną robotę” – pomyślał Roger. „Dlaczego tamten nie wychodzi?” Lecz zamiast pilota ujrzał ramię maszyny kierujące się w jego stronę. Zrozumiał. Co za głupiec. Wycelowana prawa ręka mecha czekała na sygnał. Nacisnął spust. Spokojnie obserwował, jak dwa kolejne pociski, tym razem armatnie w odstępie sekundy, jeden po drugim wbijają się w pancerz. Wroga maszyna, dymiąc, upadła na plecy, ukazując dwie duże dziury w przednim korpusie. Nie była już groźna.

 

 

 

– Piękna robota – usłyszał w głośniku. Mówił to Ed, pilot sąsiedniego mecha. Musiał widzieć walkę.

– Dzięki – odpowiedział.

– Idę na czoło. Tutaj nic już nie ma – rzekł Ed.

– Poczekaj, pójdę z tobą. – Skierował maszynę na lewą flankę i ruszył za przyjacielem.

 

 

 

Bitwa dogasała. Dookoła leżały ciała. Niektóre trafione z broni ręcznej, inne z granatników, a niektóre całkiem zmiażdżone. Mechy były zaprogramowane, by omijać tylko swoich. Setki maszyn leżało przewróconych, ale tylko kilkanaście z nich należało do ich oddziału. Większość stanowiły wrogie człapaki oraz czołgi. Gdzieniegdzie jeszcze broniły się małe grupki żołnierzy. Te pojedyncze punkty oporu poddawały się, albo były znoszone przez towarzyszy Rogera. Czego nie rozbiły mechy, to niszczyła piechota. Zwycięstwo było całkowite. Dwukrotnie silniejsza, do tej pory niepokonana armia właśnie przestawała istnieć.

 

 

 

„Albowiem na pewno wybawię cię i nie padniesz od miecza, i zyskasz swoje życie jako zdobycz, bo mi zaufałeś.”

 

 

 

Zszedł po drabince na dół. Wiwatujący żołnierze z jego kompanii otoczyli go ze wszystkich stron. Po dwóch latach ucieczek i uników wreszcie zatriumfowali. Należała im się ta wygrana. Miała dodać im sił, natchnąć do dalszych bojów. Aż do całkowitego zwycięstwa.

Koniec

Komentarze

Poza samą walką jest minimum kontekstu… ale już nie będę usuwać. Miłej lektury!

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Podobało mi się. Musisz jednak wiedziec, że jestem nieobiektywny, bo wszystko, co miechopodobne, ma u mnie z góry dużego plusa :)

Hehe, dzięki ;)

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Odłamki rozrywających się kartaczy dolatywały nawet do niego. Słyszał, jak wybuchają i odbijają się od jego pancerza. Razem z ich hukiem, do jego uszu dobiegł krzyk ludzi, którzy dwa lata wcześniej razem z nim w popłochu uchodzili z pola walki. Wówczas uratował go jakiś żołnierzyna, który rzuconą w ostatniej chwili racą dymną wstrzymał pościg i umożliwił mu ewakuację. To jest tak zwana "zaimkoza". :) Zajwisko to powtarza się w kilku innych fragamentach. Jak z tym powalczysz, to tekst tylko zyska.   Co do treści, przeczytałem bez bólu, ale też i bez większych emocji. Za Mega– Roboty, też masz u mnie plusika. :)  

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Dzięki Zalth, rzeczywiście umknęło mi. Pisałem wczoraj o 4 w nocy i dzisiaj jestem już ślepy. Do przeczytania też na szybko nie ma komu dać. Poprawiłem. Co do mechów, to fascynowały mnie, od kiedy zagrałem w pierwszą grę o tej tematyce (bodajże na C64 jeszcze)

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Dobrze się czytało :)

Przynoszę radość :)

Człapaki – prześliczne określenie na maszyny kroczące :) Przyjemny motyw z religijnymi cytatami oddzielającymi sekwencje walki. Zaimkozę zdiagnozował już Zalth, więc ja tylko powiem, że skoro lubię mechy, to i czytało mi się dobrze :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Ach, dzięki wielkie :) Trochę poprawiłem te zaimki.

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

"Algorytm w czasie rzeczywistym analizował ruchy własnych żołnierzy i błyskawicznie znajdywał przestrzeń "między nimi, gdzie mógł postawić stalową stopę.

Po dotarciu do zrębu ujrzał tumany kurzu unoszące się nad obydwoma stokami." Kto, algorytm ujrzał?   No ja akurat mechów nie lubię, więc dodatkowych plusów nie ma, ale ogólnie wyszło nieźle. Choć na początku odniosłam wrażenie, że mamy do czynienia z wąwozem, bohater gapi się przez krawędź, potem mija swoich pięćdziesięciu ludzi itp. – w sensie, że sądziłam, że to wszystko jest w mniejszej skali. A tu nagle mechy, piechota, setki ludzi i cąłe armie, trochę mi się wizja rozjechała. I czasem miałam trudności z ogarnięciem, czy coś robi strona bohatera, czy strona przeciwników.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

@joseheim, dzięki za wskazanie minusów. Oczywiście nie omieszkałem poprawić tego i owego :)

"No ja akurat mechów nie lubię" – tym bardziej się cieszę, że doczytałaś do końca.

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Nawet fajne. Biblia i Hannibal budują swoisty klimat.

I po co to było?

Dzięki, syf.ie. Uczę się z dnia na dzień ;)

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Hmmm. Scenka bez tła. Jesteś pewien, że to zamknięte opowiadanie, a nie fragment?

Do mechów nic nie czuję, więc mnie nie uwiodły. Ale cytaty fajne.

Babska logika rządzi!

Finklo, konfrontacja ogólnie chyba miała w założeniach przedstawiać scenę walki : >

Pamiętam, ale to jeszcze nie powód, żeby gołą scenkę oznaczać jako opowiadanie.

Babska logika rządzi!

Czy szanowna koleżanka będzie usatysfakcjonowana zmianą typu z “opowiadanie” na “fragment”?

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Będzie. :-) Zawsze jakaś odrobina porządku więcej.

Babska logika rządzi!

Praworządna dobra – brrr, paladyn! :-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Sceny walki nie należą do moich ulubionych, więc i Starcie, mimo udziału w nim imponującego mecha, nie wywarło na mnie szczególnego wrażenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wow, że tez komuś chciało się tu jeszcze zaglądać… po roku od publikacji ;)

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

 Byłam przekonana, że od publikacji minęły prawie trzy lata… ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak ten czas szybko leci :D

Nie odkładaj nig­dy do jut­ra te­go, co możesz wy­pić dzisiaj (JT)

Ano, leci. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Lubię takie mega bitwy :) Trochę za bardzo leci mi patosem, ale całość sprawnie napisana. Dobre opowiadanie.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Nowa Fantastyka