- Opowiadanie: zygfryd89 - Z jedenastego dnia igrzysk

Z jedenastego dnia igrzysk

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Z jedenastego dnia igrzysk

Czas na gwiazdę wieczoru. Na arenę wchodzi Dijbujczyk. Jest nagi, krępy, gęsto owłosiony, przypomina mi małpę. Stąpa lekko, grotem włóczni rysuje na piasku idealnie prostą linię. Zgromadzona widownia wyje opętańczo. Wszyscy na niego czekali. W całym znanym kosmosie ludzkość nie spotkała wojowników wspanialszych od mieszkańców Dijbuji.

Nie mam pojęcia, z czego wykonana jest jego broń. Trzymałem ją kiedyś w dłoniach, lecz nie rozpoznałem materiału. Nie znam się na tym. Z tego, co słyszałem, robią je tylko na tej ich zapyziałej planecie. Ciekawe, po ile chodzą na czarnym rynku. Muszę sobie taką sprawić.

Przeciwległa kratownica podnosi się, piszcząc jak zarzynane prosię. Wyłania się pierwszy przeciwnik Dijbujczyka. Uzbrojony jedynie w miecz, kroczy niepewnie, boi się. Gdybym to ja był na jego miejscu, pewnie umarłbym ze strachu. Każdy wie, że dzikus jest faworytem. Na trybunach trwają zakłady, lecz nie o to, kto wygra, lecz ilu powali Dijbujczyk. Ostatni przeorał trzydziestu ośmiu, nim padł. A wyglądał mizerniej od tego.

Jego Wysokość daje znak z loży. Wojownicy stają naprzeciwko siebie. Zaczyna się. Dzikus unosi włócznię i wyprowadza cios, mierząc w serce. Broń rozmywa się w moich oczach, uderzenie jest nieprawdopodobnie szybkie. Jego przeciwnik wykonuje zgrabny unik i chce skontrować. Nie ma szans. Włócznia nagle zmienia kierunek, zupełnie jakby była żywym, myślącym stworzeniem, i wbiwszy się w ciało, przecina go na pół.

Jeden. Szybko poszło.

Widownia ryczy, zachwycona krwią tego pojedynku. Jest tu, na moje oko, z pół miliona, głównie mieszkańcy kolonii. Na szczęście mam miejsce z przodu, nieopodal loży. Zerkam na władcę i jego syna. Obaj wyglądają na zadowolonych z widowiska. A to dopiero początek.

Na trybunach zapada cisza, gdyż kratownica unosi się ponownie. Na piach wchodzi para wojowników, chyba bliźniacy, ale głowy nie dam. Jeden uzbrojony w trójząb i sieć, drugi w halabardę.

Dijbujczyk stoi na środku areny, ściskając swą włócznię. Bliźniacy rozdzielają się, zachodzą go powoli z dwóch stron. Nie rusza się, czeka. Uwielbiam to uczucie, gdy wiem, że za chwilę zdarzy się coś niesamowitego. I mam rację. Małpiszon ciska włócznię, choć trafniej byłoby powiedzieć, że broń po prostu wystrzeliwuje z jego ręki. I trafia halabardnika. Biedak zostaje przybity do płotu areny, choć jeszcze przed chwilą stał przynajmniej pięć metrów od niego. Ten dzikus jest niesamowity. Zrywa się do biegu, odzyskuje oręż i ciska ponownie. Drugi z wojowników unika grotu, rzucając się na ziemię. Gdy próbuje wstać, Dijbujczyk jest już obok, wskakuje na plecy biedaka i wbija w nie jego własny trójząb. Mężczyzna, w przedśmiertnych drgawkach, macha jeszcze siecią, niczym jakiś pomylony rybak.Może chce w nią złapać swojego przeciwnika? Bez szans, ten jest już daleko, wyjmuje wbitą w ogrodzenie broń.

Trzech. Zadziwiające. Aż strach pomyśleć, jak wyglądałby świat, gdyby Dijbujia dysponowała naszą ziemską technologią. Pewnie to oni nas by podbili. Może to ja walczyłbym teraz na arenie.

Spod kratownicy wyłania się czterech wojowników. Okrążają dzikusa, a on zaczyna taniec – przerażającą kombinację ciosów i uników, podczas której grot rysuje niemożliwe do wyobrażenia obrazy. Dijbujczyk jest tak szybki, że pozostali wyglądają przy nim jak posągi. Broń jest jego trzecią ręką, ledwie widoczną smugą. Rzecz jasna, zabija całą czwórkę. Potem szóstkę. I ósemkę.

Dwudziestu jeden. Entuzjazm na widowni rośnie wprost proporcjonalnie do ilości przelanej krwi.

Postawiłem, że zdechnie przy czterdziestym przeciwniku. A więc trzymam za niego kciuki. Na razie.

Minęła piąta runda, a to oznacza jedno. Syn władcy opuszcza lożę. Muszę przyznać, że jest coś antypatycznego w tym dzieciaku. Młody wchodzi na specjalnie przygotowany podest, napina cięciwę swego łuku, wymierza, strzela. I trafia. Dzikus dostaje w nogę. Imponujące? Dla tysięcy widzów na pewno. Dla mnie nie. Wiem, że na krótki moment operatorzy areny paraliżują wojownika, aby czasem nie umknął przed strzałą następcy tronu.

Na pole walki zostają wpuszczone ziemskie zwierzęta. Miałem nadzieję na tygrysy, lecz są lwy. Cztery dorodne osobniki. Biegną, a dzikus znów stoi nieruchomo. Wśród rozczłonkowanych ciał wygląda jak jakiś paskudny bóg śmierci. Czy strzała w nodze go unieruchomiła? A skąd! Czeka, aż drapieżniki do niego podbiegną, a gdy są już blisko, uderza włócznią, bardzo słabo, jakby od niechcenia. Grot przejeżdża po pysku jednego ze zwierząt, oślepia je, ryk wstrząsa areną. Wtedy Dijbujczyk wzbija się w powietrze. Jeszcze nie widziałem, by któryś tak wysoko skakał. Szybuje nad zdumionymi i rozwścieczonymi zwierzętami jak jakiś cholerny ptak, po czym ląduje na grzbiecie jednego z lwów i zanurza grot w jego łbie. Dwa pozostałe osobniki skaczą, lecz dzikus umyka. Oddala się i znów czeka. Cierpliwy skurczybyk. Lwy ryczą na niego, podchodzą powoli, jeden z prawej, drugi z lewej. Wtem wojownik zrywa się do biegu, pędzi ku jednemu z drapieżników, prosto w jego paszczę. Wbija grot w oczodół zwierzęcia, odbija się na włóczni jak na tyczce, przeskakuje je zwinnie. Został jeszcze jeden. Chyba wiem, co teraz będzie. Dijbujczyk ciska swą bronią, a lew pada jak kukła.

Dwudziestu pięciu.

Są i moje ulubione tygrysy. Och, tylko sześć. To będzie jatka. I rzeczywiście, istna masakra. Piasek szybko zmienia kolor, czerwieni się jak dojrzały owoc.

Trzydziestu jeden.

Dijbujczyk nawet się jeszcze nie spocił. Ma chwilę wytchnienia, więc wyjmuje strzałę z nogi. Wcale się przy tym nie krzywi. Dajcie mu w końcu jakieś wyzwanie! Uuu… wyprosiłem. Na arenie pojawia się znajoma twarz. Xario, żywa legenda. Wysyłają go na emeryturę, że chce ze sobą skończyć? Ale nie przesądzajmy, drań jest naprawdę dobry. Łysy chudzielec o ogromnych oczach. Na piach zawsze wchodzi ubrany na biało, lecz opuszcza arenę odziany w twarzową czerwień. Walczy czymś w rodzaju starożytnego jo-jo, śmiercionośnej kuli, którą wypuszcza na sznurku o ponoć nieskończonej długości. Publika wita go owacją na stojąco.

Xario zatrzymuje się pod kratownicą, jest dobre dwadzieścia metrów od przeciwnika. I z takiej odległości wyprowadza pierwszy cios. To cudaczne, ponoć skonstruowane przez niego, draństwo pędzi tak szybko, że uderzeniu towarzyszy grom dźwiękowy. Choć wycelował idealnie, Dijbujczyk odskakuje. Został jednak draśnięty, tuż obok ucha. Pocisk wraca do właściciela i ułamek sekundy później wylatuje ponownie. Dzikus po raz pierwszy ma kłopoty. Robi unik za unikiem. Przypomina spłoszoną małpę. Xario kaleczy go kilka razy, lecz żadna z ran nie jest na tyle dotkliwa, by zakończyć pojedynek.

Kolejny unik Dijbujczyka, tym razem wyjątkowo głupi. Aż oczom swym nie wierzę. Rzucił się na ziemię. To chyba koniec. Nim wstanie, Xario zdoła go przedziurawić osiem razy. Ale wtedy brzydal unosi włócznię i jakimś cudem przecina sznurek broni. Żelazne, śmiercionośne jo-jo upada cicho na piasek. Tłum wiwatuje, a Xario czeka. W jego oczach widać strach.

Dzikus podchodzi do niego powoli. Mężczyzna klęka, odsłania szyję, czeka na godną śmierć. Gdy jednak Dijbujczyk staje nad nim, podrywa się w ostatnim akcie desperacji. Szamoczą się tuż obok truchła jednego z tygrysów. Grot włóczni przebija twarz Xario, krew płynie z niej małym wodospadem. Będzie mi cię brakować, sukinsynu.

Trzydziestu dwóch. Tłum oszalał.

Kolejny przeciwnikiem okazuje się kobieta. Ślicznotka nie ma broni, ubrana jest we fiołkową suknię z dekoltem po pępek. Kroczy powoli, slalomem omijając ciała. Nie znam jej. Przyznam, że nie wiem, co się za chwile stanie. Spoglądam na władcę i jego latorośl. Wyglądają na podekscytowanych, jestem więc pewien, iż będzie ciekawie.

Dijbujczyk też nie wie, co się dzieje. Ściska broń, śledzi kobietę wzrokiem, czeka. I nagle pada na piach, wijąc się w konwulsjach. Telepatka! No oczywiście, mogłem się domyślić. Zabije drania samą myślą. Czy to jest widowiskowe? Sam nie wiem. Przeżyj, dzikusie. Musisz zabić jeszcze sześciu. Dopiero wtedy możesz zdychać.

Bydlak telepie się, poci, krzyczy. Cierpi jak udręczone zwierzę, którym zresztą jest. Kobieta stoi obok niego, uśmiechając się niewinnie. Gdy włócznia wypada z ręki wojownika, z tysięcy gardeł wyrywa się ogłuszający wrzask. Mijają minuty.

Z czasem coś zmienia się w spojrzeniu kobiety, uśmiech spełza z ust, a ona słabnie, chwieje się i siada na zakrwawionym truchle lwa. Nie znam się na telepatii, lecz wiem, że dzikus musi mieć potwornie mocny umysł, skoro wciąż żyje. Jego ciało nieruchomieje. Czyżby zdechł? Nie, na szczęście. Podnosi się powoli, schyla po włócznię. Telepatka pada na piach. Umarła? Być może. Dijbujczyk upewnia się jednym szybkim pchnięciem.

Trzydziestu trzech. Tak oto przeszliśmy ze starożytności do czasów najnowszych.

Nadchodzą strzelcy, ośmiu wyborowych żołnierzy. Każdy z celownikiem w oku i karabinem laserowym. Reflektory areny przygasają. Po chwili rozpoczyna się orgia zupełnie innych świateł. Promienie celowników tkają oszałamiającą, wielobarwną pajęczynę, tańczą szaleńczo, a dzikus umyka niczym wielka, brzydka mucha. Nie mam pojęcia, gdzie nauczył się walczyć z tak uzbrojonymi przeciwnikami, ale jest w tym dobry. Nie umieją go trafić. On nie ma podobnych problemów. Po kolei rzuca się na strzelców. Promienie gasną jeden po drugim, ciała i karabiny lądują na piachu. Wszędzie pryska krew, morze krwi. A potem cisza i ciemność. Tylko na chwilę. Tłum wiwatuje, na arenę powracają światła.

Czterdziestu jeden. Kurwa, przegrałem zakład.

Minęła dziesiąta runda. Następca tronu znów napina cięciwę. Trafi dzikusa w ramię. Twarz wojownika spowija grymas bólu, lecz wciąż stoi.

Znów pojawiają się smutni panowie z laserami. Dziesięciu. Piramida trupów. I ponownie zwierzęta. Tym razem nieziemskie. Jakieś dwunożne potwory, tylko dwa, ale wielkie jak słonie. Drań je zmasakrował. Ledwo chodzi, jest zmęczony, krwawi jak zarzynana świnia, ale dalej walczy i dalej zabija. Wchodzi wielki potwór, nawet nie wiem, skąd go wytrzasnęli. Jest niesamowity. Nie dane mi jednak cieszyć się jego wspaniałością, gdyż szybko zamienia się w górę mięsa. Następne wbiegają podobne wielkim kotom drapieżniki, całe stado. Dijbujczyk walczy na trupach, już prawie nie widać piasku. On jest cholernie niesamowity! Władca aż promienieje. Wchodzi trzech telepatów, kobieta i dwaj mężczyźni. Dał im radę! Oczom nie wierzę.

Straciłem rachubę, na szczęście wyświetlacz nad trybuną liczy lepiej ode mnie. Sześćdziesięciu czterech. Czy ktoś kiedyś powalił aż tylu? Nie przypominam sobie.

Młody znów strzela, bowiem minęła piętnasta walka. Trafia w brzuch. Gdybym nie znał dzikusa, powiedziałbym, że zaraz skona.

O szesnastej rundzie krążą legendy. Nielicznych, którzy do niej dotrwają, czeka najcięższa próba. Będzie ciekawie.

Widownia zamiera, bowiem na arenę wchodzi dziecko. Przerażona dziewczynka. Brzydka jak noc, więc pewnie Dijbujka. Płacze. Niesie w dłoni maluteńki nożyk. Omija ciała, kroczy ku dzikusowi.

On również zaczyna płakać. Klęka i zanosi się jak baba. Widownia buczy. Ładnie go załatwili. Ta noc przejdzie do historii. Pokonał tak wielu, zabije go dziecko.

Nagle dzikus wstaje i unosi broń. Rozgląda się po trybunie. Czuję, jak mocno bije moje serce. Czy on zamierza cisnąć włócznię w trybuny? Żaden nigdy tego nie próbował.

Dijbujczyk mierzy. Operatorzy włączają paralizatory, lecz one głupieją i trafiają dziewczynkę.

Cesarz jest przerażony. Lożę powinny chronić osłony, lecz czasem się psują. A może drań ciśnie w jego syna? Na miejscu małpiszona wybrałbym małego łucznika. Dzieciak patrzy na arenę z nietęgą miną.

Świst włóczni. Broń szybuje na trybuną.

I nagle moim ciałem wstrząsa fala bólu. Przebił mnie na wylot, trafił idealnie. Dotykam wystającej z mojej piersi broni, lecz nadal nie wiem, z czego ją zrobiono. Dziki skurwiel potrafi chować urazę. Tak głupio zginąć… Czy on nie rozumie, że tak musiało się stać? To przypadek, że akurat ja trafiłem go pociskiem paraliżującym z odległości kilometra, złapałem w elektryczną sieć, zabrałem z rodzinnej planety. Z tego żyję, powinien to zrozumieć. Cholerny skurwiel. To boli, kurewsko boli. Parszywy, dziki drań. Mam nadzieję, że go nie ułaskawią. Oby skonał w boleściach.

O, widzę, że dają mu nową broń. Wciąż chcą, by zabił dziewczynkę. Zrobi to? Nie sądzę. Szkoda, że tego już…

Koniec

Komentarze

Włócznia nagle zmienia kierunek, zupełnie jakby była żywym, myślącym stworzeniem, i wbija się w jego ciało, przecina go na pół. – automatyczny stop. Jak włócznią można przeciąć na pół? Uwielbiam to uczycie – uczucie, literówka Zrywa się do biegu, odzyskuje swój oręż i ciska ponownie.– automatyczny stop. Jak, skoro przed chwilą cisnął w przeciwnika, a przeciwnik ten, całkiem uprzejmie, jak na dżentelmana przystało, jeszcze pięć metrów do tyłu poleciał i przybity do płotu wisiał? Brak dwóch/trzech słów na temat odzyskania oręża zdezorientowała mnie strasznie.

Spod kratownicy wyłania się czterech wojowników. Okrążają dzikusa, a on zaczyna taniec – przerażającą kombinację ciosów i uników, podczas której grot rysuje niemożliwe do wyobrażenia obrazy. – automatyczny stop. Czyli co, gdzieś w międzyczasie jakoś podbiegł do broni (bo cisnął ją i chybił, więc poleciała gdzieś tm, rozumiem, że dzikus sobiegł do niej i wrócił?) i ją podjął, zanim ktokolwiek to zauważył? Matrix? Także trzymam za niego kciuki --  automatycnzy stop. ..rwa mać, "Także" ?? Kto jeszcze trzyma kciuki za Dijbujczyka, skoro narrator także je trzyma? :) i zanurza grot w jego łbie. – wiem, litentia poetica, ale spróbuj zanurzyć dowolne ostrze w czaszce czegokolwiek większego od dużego psa. Cholernie twarde są czaski, powiadam ci :) Wcale się przy tym nie krzywi -- to krzywi się czy się nie krzywi? Ironia czy na poważnie? Został jednak draśnięty, tuż obok ucha. – nie znam fizjologii Dijbujczyków, jakkolwiek u człekokształtnych z błednikiem mniej więcej w podobnym miejscu co człowiek ponaddźwiękowy strzał w tę okolicę potencjalnie powoduje różne efekty uboczne: głuchotę, zachwianie równowagi etc. …     Plastyczne, dynamiczne. Ilość zatrzymań z kolorowym WHUT DAFUQ? nad głową psuje jednak odbiór.  

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bohater walczył czymś w rodzaju włóczni, lecz była to broń z innej planety, zrobiona z nieznanego ludziom materiału, myślę, że niezabronione jest  pofantazjować, że broń ta może przeciąć na pół człowieka albo wbić się w czaszkę lwa. Jeśli chodzi o skróty w czasie walki, używałem ich, aby było dynamiczniej, więc nie opisywałem każdego podejścia i każdego odzyskania brani. "Także" użyłem jako "a więc", może niepoprawnie, zmienię to. Draśniecie obok ucha może być różnego rodzaju, mogła to być mała ranka. A jeśli było poważne, to w końcu mammy do czynienia z przedstawicielem obcej rasy; skoro potrafią bardzo wysoko skakać, mogą być odporni na podane przez Ciebie skutki uboczne.

Dobre, podobało mi się.

Czolem zygfryd,

Ustalmy jedną rzecz, będzie łatwiej – nie czepiam się, po prostu zwróciłem uwagę na miejsca, gdzie cos mnie zatrzymało w czytaniu sceny i daję znać co oraz dlaczego. Nie jestem alfą i omegą, tylko zwykłą betą ;) i uwagi mogą, nie musza być istotne – najlepiej zbierz kilka opinii. Poza tym nawiązanie do gladiatora, areny etc. – miłe, walka dynamiczna. Staram się pomóc póki masz jeszcze czas na edycję, nie krytykować niekonstruktywnie :)

 

Do rzeczy:

Materiał broni inny i cudowny – to wczytałem. Chodzi mi o coś innego:

 Dzikus unosi włócznię i wyprowadza cios, mierząc w serce. Broń rozmywa się w moich oczach, uderzenie jest nieprawdopodobnie szybkie. Jego przeciwnik wykonuje zgrabny unik i chce skontrować. Nie ma szans. Włócznia nagle zmienia kierunek, zupełnie jakby była żywym, myślącym stworzeniem, i wbija się w jego ciało, przecina go na pół.

Po powyższym fragmencie widziałem gościa wyprowadzającego cios/pchnięcie z niewiarygodną prędkością. Do przecięcia przeciwnika, potrzebne są:  – płaski grot włóczni (ja mam domyślnie na słowo włócznia w głowie grot tradycyjny, ostrograniasty) – może warto to zaznaczyć?  – zamach a nie pchnięcie, a przynajmniej zasygnalizowanie jak z pchnięcia  przejść do zamachu. Weź długi i kij i spróbuj to zrobić ;)   Podejścia i odzyskania broni – skoro człowiek miota włócznią z niezwykłą siłą, wbija się toto lub przelatuje, wydaje mi się, że przy odpowiednimopisie dynamika nie ucierpi, a tępak jak ja nie zacznie zastanawiać się nad teleportującym się do włóczni wojownikiem. A może, skoro i tak fantazjujemy, gość jest w stanie przywołać włócznię jakimś okrzykiem? :)   Grot w czaszce lwa – ja rozumiem, materiał, ale nawet diamentem tego nei zrobisz, nie wkładając w to odpowiednio dużej siły – po prostu jak dla mnie, nie uprawdopodobniłeś tego i zgrzyta. Może przetnij tą włócznią najpierw coś twardego z łatwością i już grot w czaszce nie będzie raził?   Kula wypuszczona tak szybko, że grzmot łamanej bariery dźwięku słychać – opisujesz obcego jako humanoida, z automatu czytelnik dopowiadać sobie może, że błędnik jego w dupie nie mieści się, lecz nieco wyżej ;) Brak jakiejkolwiek reakcji na tak ogłuszający, niebezpieczny i szybki cios (sam pęd wiatru powinien zachwiać supermanem, bo zwykłego człowieka po prostu powala) – to jest tak nieprawdopodobne, że chrzęści jak piasek w zębatce. Stań pan sobie na poboczu drogi i poczyj mijające cię o metr auto z prędkością co najmniej 90-100 km/h. A to jest wielokrotnie mniej :)  

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo fajny tekst.

Fajne.

PsychoFish, dzięki za wszystkie sugestie. Dodałem fragmencik, gdzie bohater odzyskuje broń po zabiciu trzeciego przeciwnika oraz zmieniłem miejsce uderzenia grotu z czaszki lwa na oczodół. Myślę, że teraz lepiej to wygląda.

Jeśli natomiast chodzi o tę prędkość dźwięku, to na razie zostawię to tak, jak jest. Przykład z ciężarówkami wydaje mi się nie do końca trafny, bo mają one ogromną masę. Broń użyta w opowiadaniu była bardzo niewielka. Bardziej porównałbym to do uderzenia biczem, którego czubek również przekracza prędkość dźwięki.

Cieszę się, że mogłem pomóc :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Niby taka wyliczanka, walka po walce, a po niej kolejny pojedynek i jeszcze jeden… Jednak napisałeś to w sposób, może nie porywający, ale z pewnością na tyle interesujący, że –– sama sobie się dziwię, bo to nie moja bajka –– przeczytałam z przyjemnością.

Zakończenie też na plus, jako że dość zaskakujące.

 

…i wbija się w jego ciało, przecina go na pół. — Proponuję: …i wbiwszy się w ciało, przecina go na pół.

 

Widownia ryczy, zachwycona pierwszą krwią tego pojedynku. – W tym pojedynku nie będzie więcej krwi; pierwsza jest ostatnią.

Proponuję: Widownia ryczy, zachwycona krwią pierwszego pojedynku.

 

…że broń po prostu wystrzeliwuje z jego rąk. – Czy Małpiszon ciska włócznie oburącz? ;-)

 

Zrywa się do biegu, odzyskuje swój oręż i ciska ponownie.Zrywa się do biegu, odzyskuje  oręż i ciska ponownie.

Skoro odzyskuje, to oczywiste jest, że nie cudzy oręż. ;-)

 

Dijbujczyk jest już przy nim, skacze mu na plecy, nabija biedaka na jego własny trójząb. – Nadmiar zaimków.

Może: Dijbujczyk jest już obok, wskakuje na plecy biedaka i wbija w nie jego własny trójząb.

 

W przedśmiertnych drgawkach mężczyzna macha jeszcze siecią niczym jakiś pomylony rybak. – Wolałabym: Mężczyzna, w przedśmiertnych drgawkach, macha jeszcze siecią, niczym jakiś pomylony rybak.

 

Dwudziestu jeden. – Jeśli liczyć przeciwników, to zgoda, ale biorąc pod uwagę, że walczył ze zwierzętami, to chyba raczej: Dwadzieścia jeden.

 

Oh, tylko sześć.Och, tylko sześć.

 

Walczy czymś w rodzaju starożytnego jo-jaWalczy czymś w rodzaju starożytnego jo-jo

 

Xario kaleczy go kilka razy, lecz żadna z ran nie jest wystarczająca, by zakończyć pojedynek. – Nie podoba mi się niewystarczająca rana.

Proponuję: Xario kaleczy go kilka razy, lecz żadna z ran nie jest na tyle dotkliwa, by zakończyć pojedynek. Lub: Xario kaleczy go kilka razy, lecz nie na tyle ciężko/dotkliwie, by zakończyć pojedynek.

 

Aż oczom swym nie wierzę. – A cudzym by uwierzył? ;-)

Zbędny zaimek.

 

Z czasem coś zmienia się w spojrzeniu kobiety, uśmiech schodzi z jej ust. Słabnie. Siada na zakrwawionym truchle lwa, chwieje się. – Zrozumiałam, że uśmiech, zszedłszy z ust kobiety, zasłabł, usiadł i chwieje się. ;-)

Proponuję: Z czasem coś zmienia się w spojrzeniu kobiety, uśmiech spełza z ust, a ona słabnie, chwieje się i siada na zakrwawionym truchle lwa.

 

Trzydziestu trzech. – Tak można powiedzieć, gdyby telepatyczkę uznać za przeciwnika, tak jak wcześniej zwierzęta. Jednak dla podkreślenia, że pokonał również kobietę, wolałabym: Trzydzieści troje.

 

Reflektory areny ciemnieją. – Wolałabym: Reflektory areny gasną/ przygasają.

 

Nielicznych, którzy do niej docierają, czeka najcięższa próba. – Wolałabym: Nielicznych, którzy do niej dotrwają, czeka najcięższa próba.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki jak zawsze. Zastosowałem się do wszystkiego oprócz tych liczebników, bo, jak dobrze myślałaś, liczyłem przeciwników, kimkolwiek by oni nie byli.

@regulatorzy Wiem, że to nie najlepsze miejsce do poruszania tego wštku, ale chciałem zapytać Cię o jeden z powyższych błędów. Chodzi mi o to zdanko z uœmiechem: "„Z czasem coœ zmienia się w spojrzeniu kobiety, uœmiech schodzi z jej ust. Słabnie. Siada na zakrwawionym truchle lwa, chwieje się”. –– Zrozumiałam, że uœmiech, zszedłszy z ust kobiety, zasłabł, usiadł i chwieje się. ;-)" Oczywiœcie, to błšd, nie przeczę, jednak czytelnik, o ile w ogóle go zauważy, zawsze interpretuje takie zdania wedle zamierzeń autora. Jeszcze rok temunie zauważyłbym takiego błędu, choćby podszedł i kopnšł mnie w tyłek. Przeczytałem od nowa kilka moich ulubionych powieœci i dostrzegłem, że aż się w nich roi od podobnych dwuznacznoœci. Oczywiœcie, większoœć z tych dzieł to tłumaczenia ale w literaturze polskiej też jest sporo tego typu błędów. Może orientujesz się, jakim cudem korekta ich nie wychwytuje i czy w ogóle ktokolwiek w wydawnictwach zwraca na to uwagę?

Ogromnie się cieszę, że mogłam pomóc ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szkapo, podejrzewam, że niewiele osób wczytuje się w każde słowo z osobna. Jeśli tekst płynie, nie zgrzyta, sam się "czyta", to chyba nikt tego nie zmienia. Tak myślę :)

Szkapo, przykro mi niezmiernie, ale nie odpowiem Ci na zadane mi pytania. Bardzo bym chciała zaspokoić Twoją ciekawość, ale nie znam żadnego prawdziwego korektora, nie wiem jak korektorzy pracują i co jest ważne w ich pracy. Nie mam także najmniejszego pojęcia, na co zwraca się uwagę w wydawnictwach. ;-)   Mam nadzieję, że Autor wybaczy tę korespondencję w Jego wątku. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Autor wybacza :)

;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało się. Szczególnie ujęło mnie zaskakujące zakończenie. Ale sama koncepcja walki wydaje mi się z gruntu niesprawiedliwa – czym starcia na arenie różnią się od wyroku? Bo przecież wojownik nie ma prawa przetrwać. A skoro nie ma żadnych szans, to dlaczego uświetnia swoim oprawcom widowisko?

Babska logika rządzi!

Finklo, podobnie jak było to w czasach starożytnych, w świecie mojego opowiadania wojownik ma szansę przetrwać i zostać ułaskawiony. Bardzo, bardzo małą, ale ma. I zgadzam się, cała ta sytuacja jest niesprawiedliwa, bo bohater niczym sobie na taki los nie zasłużył.

Istnieje też opcja, że sobie zasłużył, tylko o tym nie wiemy ;)

Jeśli cię to ciekawi, Anetko, to założenie jest takie, że sobie nie zasłużył. Został po prostu porwany jak wielu innych, uczyniono z niego niewolnika. Taka powtrórka z nieciekawej historii. Był fragment, w którym narrator wspomina, że złapał go w sieć, co prawda elektryczną, bo trzeba iść z duchem czasu, ale wciąż sieć.

…Zbyt oczywiste odniesienie do starożytności zmniejsza me uznanie dla autora. Szkoda, że nie spróbowałeś być bardziej oryginalny. To już trzecie opowiadanie z areną i różnymi gladiatorami, przybranymi dla niepoznaki w kostiumy humanoidów. Scenka żywcem wyjęta z powieści pt. "Diuna". Pozdrawiam.

Ryszardzie, mówiąc, scenka żywcem wyjęta z powieści pt. "Diuna", masz na myśli jakiś konkretny fragment powieści? Bo przyznam, że nie przypominam sobie takiego. Czy po prostu skojarzyło ci się z tym, że w książce Heberta są  prymitywni wojownicy niezrównanie w walce wręcz? Przyznam, że pisząc to opowiadanie, ani razu nie przyszła mi na myśl „Diuna”. I wciąż mam kłopoty, by, poza tą jedną kwestią, odnieść do siebie te dwa teksty. „To już trzecie opowiadanie z areną i różnymi gladiatorami…” – gdy dodawałem, z tego co się orientuję, było pierwsze, jedno jedyne, wyjątkowe :) Potem się tych gladiatorów namnożyło.

…To przypomnij sobie pojedynek na arenie.

Ryszardzie, masz na myśli scenę, gdzie Feyd-Rautha walczy z tym niewolnikiem, tak? Przypomniałem sobie ten fragment i poza tym, że pojedynek ten również odbywa się na arenie i występuje motyw czegoś w rodzaju paraliżu (zupełnie inaczej zastosowany i w innym celu) nie widzę żadnych podobieństw.

…Zapoznałem się ponownie z wspomnianym fragmentem i rzeczywiście podobieństwo nie jest takie duże. W związku z tym cofam moją poprzednią uwagę. Ponadto muszę stwierdzić, że Twoje opowiadanko podobało mi się. Pozdrawiam.

Dziękuję i również pozdrawiam :)

Czytał się całkiem fajnie. Zakończenie bardzo dobre – gdyby było inne opek by na tym dużo stracił.

Obawiałam się, że dłuższy kawałek mnie znudzi, ale dziwnym trafem temu udało się utrzymać moją uwagę aż do końca.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Całkiem płynna akcja i ciekawa puenta, tylko po co tylu przeciwników? Po kilku pierwszych nie miało już dla mnie znaczenia ilu, jakich i kiedy. Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki za odwiedziny. Po latach od publikacji to zawsze cieszy.

Nowa Fantastyka