- Opowiadanie: vyzart - Niedobór ostrożności

Niedobór ostrożności

Jeden z tych pomysłów, które pojawiają się w głowie znikąd podczas spaceru do marketu. Kompletne, pełne i gotowe do spisania.  Natchnienie to naprawdę przerażająca rzecz.   Zapraszam do lektury i mam nadzieję, że uda mi się choć trochę umilić wam czas.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Niedobór ostrożności

– Zabiłeś moją córkę – powiedział mężczyzna, wsuwając dłoń w czerwoną rękawiczkę. Czarna marynarka opinała szeroki tors, a starannie uczesane włosy przyprószone były siwizną.

– Kot ma cztery łapy – odparł chłopak, uśmiechając się niewinnie. Spróbował poruszyć rękoma, przywiązanymi do oparcia krzesła. Bezskutecznie. Przez skórę czuł pulsujące ciepło zaklęcia, którym nasączono sznur. Prędzej wyrwałby sobie kości niż wyswobodził się z więzów. – Och, przepraszam. Myślałem, że gramy w „stwierdź oczywiste”.

Jedyną odpowiedzią był ból. Skryte w rękawiczce palce smagnęły go w twarz, w jednej chwili zalewając ciało falą płonącego cierpienia. Jakby ktoś wlał mu do gardła zawartość pieca hutniczego. Z całej siły zacisnął zęby, by nie wydać z siebie nawet jęku. Nie zamierzał dać oprawcy satysfakcji.

Mężczyzna musiał być niezadowolony z reakcji mordercy, bo uderzył go jeszcze raz. Tym razem pokój wypełnił bolesny syk.

Chłopak spuścił głowę, oddychając ciężko. Kątem oka dostrzegł wzór algorytmu, wpisany w barwioną skórę rękawiczki. Koledzy po fachu żartobliwie nazywali to zaklęcie smażalnią nerwów. Wreszcie zrozumiał dlaczego.

– Nie lubię zadawać bólu – stwierdził starzec, jego twarz wyrażała obojętność. – Nie przepadam jednak za młodzieńczą arogancją. Oszczędzisz sobie dużo cierpienia, jeśli okażesz trochę pokory.

– Dziękuję za radę. – Zabójca zmusił się do uśmiechu. – Na pewno z niej skorzystam.

– Nie sądzę – odparł mężczyzna, ignorując drwinę. – Z mojej córki było więcej szkody niż pożytku, ale honor rodu nakazuje odpowiednio odpłacić za jej śmierć.

Morderca odwrócił wzrok, wpatrując się tęsknie w błękit nieba za krystaliczną taflą okna. Szczyt wieżowca niemal sięgał chmur. Siedziba korporacji jeszcze kilka lat temu górowała nad innymi budynkami. Teraz kryła się w cieniu młodszych drapaczy – surowych gigantów ze stali i szkła, które rozcinały widnokrąg jak srebrzyste igły.

– Rozumiem – rzucił po chwili, by uniknąć kolejnego ciosu.

W odpowiedzi mężczyzna uśmiechnął się cierpko. W tym grymasie było coś z belfra, patrzącego z pogardą na dziecko, podważające fundamentalne prawa fizyki.

– Nie jesteś w stanie nawet musnąć swoim ograniczonym umysłem praw, którymi rządzą się stare rody, a co dopiero zrozumieć. Z nią było tak samo. Nie nadawała się nawet na zapasową pulę genów, a do tego parała się równie bezsensownym zajęciem, co ty. Powiedz mi tylko dlaczego ją zabiłeś i miejmy to już za sobą.

– Prawo rynku – odpowiedział młodzieniec, wzruszając ramionami. – Był popyt na jej życie, znalazła się i podaż. W naszym fachu bardzo łatwo narobić sobie wrogów.

Ojciec pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Dobrze. Obawiałem się, że zginęła z miłości czy innej podobnej abstrakcji, ale sprawa jest czystsza niż się spodziewałem. Przynajmniej własnej śmierci nie spaprała.

– Nie zapytasz, kto zlecił morderstwo?

– Po co? To przecież nie ma żadnego znaczenia. – Starzec machnął ręką, jakby odganiał natrętną muchę. – Zginiesz, by zaspokoić wymogi sprawiedliwości tych durniów z Wielkiej Rady, a potem spreparuję dowody, obciążające któregoś z nich. Jestem alchemikiem, wierz mi, potrafię doskonale preparować. Powinieneś mi wręcz podziękować, twoje nędzne życie wreszcie na coś się przyda.

– Wybacz, nie podskoczę z wdzięczności. – Chłopak uśmiechnął się jadowicie. – Ale z chęcią pokażę ci, jak się cieszę, jeśli tylko mnie rozwiążesz.

– Przywykłem do odrobinę bardziej wyszukanych żartów, więc pozwolę sobie pozostać obojętnym.

Starzec wyjął pistolet z kieszeni marynarki. Smukły i błyszczący, z algorytmem zaklęcia oplatającym długą lufę. Broń była zdobiona, a symbole klątw wpisywały się w pozłacany korpus. Wystarczyło jednak spojrzeć na średnicę wylotu przewodu lufy, by rozpoznać starego przyjaciela.

– Nie wiedziałem, że alchemicy korzystają z jeżozwierzy – rzucił morderca zaczepnie, by zyskać na czasie. Jego twarz wyrażała lekkoduszną arogancję, ale oczy bacznie analizowały każdy z osadzonych w broni czarów.

Starzec skrzywił się i ułożył usta w niemal prostą linię.

– Naprawdę nie znoszę tego waszego prostackiego nazewnictwa. W twoich ustach nawet śmiertelna broń staje się kpiną.

Mimo to zabójca nie mógł wyobrazić sobie bardziej pasującego określenia dla pistoletu, który strzelał pociskami .4 KA. Rozpędzanymi magią i prochem igłami o donośności dwustu metrów w powietrzu i dwudziestu w żelbetonie. Srebrzyste kolce niosły śmierć przez każdą osłonę, a w zetknięciu z ciałem rozpływały się, zamieniając krew w metaliczną breję o konsystencji rtęci. Przed jeżozwierzem nie można się było ukryć. Patrząc na broń i nieprzejednane oblicze starca chłopak uzmysłowił to sobie dotkliwiej niż zwykle.

Nie zamierzał jednak po prostu dać się zastrzelić. Nadszedł czas, by odkryć karty.

– Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale jestem naprawdę dobrym mordercą – zaczął, unosząc kąciki ust w drapieżnym uśmiechu.

– Bycie dobrym w czymś absolutnie bezużytecznym nie czyni cię potrzebnym – odparł mężczyzna, odbezpieczając broń.

– Zawsze gaszę cele i nigdy nie daję się złapać. Nie zastanawiało cię, dlaczego twoim niezgrabnym, przygłupim podwładnym udało się tak szybko mnie pojmać?

– Ani przez chwilę. – Ukryty w rękawiczce palec musnął spust.

– Długo zastanawiałem się, jak cię dopaść. – Morderca kontynuował zupełnie niezrażony. Z jego głosu zniknął niedojrzały sarkazm. Fasada młodzieńczej arogancji rozpadła się, ukazując ukryty pod nią chłodny profesjonalizm. – Wyrwać z twojej wieży, zaciągnąć poza zasięg armii golemów i alchemicznych sztuczek. A tu proszę. Wystarczyło kropnąć córkę, której nie znosiłeś i dać zadziałać prawom, którymi gardzisz. Zgubiła cię własna arogancja, starcze.

– A więc jesteś sprytny. Prawdziwy demom w ludzkiej skórze. Świetnie. Giń.

Nie było huku wystrzału, ani blasku zapalanego prochu. Tylko syk srebrzystych igieł, które wbijały się w ciało chłopaka. Dwie w głowę, trzy w serce. Śmierć czysta i metodyczna, z ciężkimi metalicznymi kroplami zamiast tryskającej czerwieni.

Zabójstwo godne alchemika.

Zabezpieczony pistolet zniknął w kieszeni marynarki, a mężczyzna odwrócił się. Chciał przywołać czekającą za dźwiękoszczelnymi drzwiami nowicjuszkę, lecz zamiast tego zamarł w bezruchu, czując jeżący włosy dreszcz. Wykręcił się odruchowo, wyszarpując broń z ukrycia tylko po to, by pół oddechu później poczuć, jak nieznana siła boleśnie ściska mu nadgarstek. Nim zdążył krzyknąć, coś brutalnie zamknęło mu usta. Oddech zamarł w piersi, a oczy otworzyły się szeroko. Był doświadczonym alchemikiem, pozbawionym skrupułów i prostackiej moralności, ale to, co zobaczył, napawało go przerażeniem.

Ciało chłopaka rozwarło się jak plastikowy worek, w którym ktoś pociągnął za suwak. W środku nie było krwi tylko mrok. Zaprzeczenie światła, bezbrzeżna ciemność, wylewająca się na zewnątrz kłębami czarnego dymu. Starzec dopiero teraz zdał sobie sprawę, że to właśnie ten lepki opar zakrywał mu usta, formując groteskową parodię ręki, zakończoną krzywymi pazurami.

Dym oplatał go, stopniowo krępował ramiona i nogi, wstrzykiwał w ciało truciznę strachu. A gdy mężczyzna całym sobą poczuł, że stąd nie ma ucieczki, z ciemnych kłębów wyłoniła się twarz. Karykatura aparycji martwego zabójcy, z bezdennymi otchłaniami zamiast oczu.

– Demon w ludzkiej skórze – powiedział mrok, szczerząc czarne zęby. – Nie ująłbym tego lepiej.

Uśmiech zniknął tak szybko, jak się pojawił. Ciemne usta rozwarły się nienaturalnie, a równe zęby zmieniły w kły. Każdy o długości palca. Nim alchemik zdążył zareagować, mrok wbił się w jego gardło, rozszarpując krtań i gruchocząc kręgosłup. Wypuszczone z objęć czerni ciało upadło na posadzkę. Bezwładnie jak zniszczona lalka.

Lalka?

Kiedy cień wreszcie zdał sobie z tego sprawę, było już za późno. Jaskrawe nitki owinęły się wokół ciemnych kłębów, kalecząc czerń odpryskami jasności. Pomieszczenie wypełnił przenikliwy ryk, wydobywający się ze zniekształconych ust. Dym miotał się rozpaczliwie, wyjąc boleśnie. Na próżno. Z każdą chwilą świetlista sieć coraz ciaśniej oplatała kłęby, nie pozwalając nawet najmniejszej cząstce mroku wyrwać się na wolność.

Wtedy linie zniknęły. Szybko i niespodziewanie, zupełnie jakby od samego początku były tylko ułudą. Zdążyły jednak odcisnąć swe piętno na potworze. Mrok zamarł, w jednej chwili upodabniając się do pokracznej figury z czarnej materii. Kłęby szarzały i rozpadały się. Niszczały, opadając płatami na wpół realnego popiołu, który bielał i znikał, nim dotknął ziemi.

W pokoju pozostał tylko siwiejący mężczyzna w garniturze. Stał w drzwiach wpisanej w ścianę sekretnej skrytki i z zaciekawieniem obserwował, jak linie algorytmu odpadają od nienaturalnie pomarszczonych białych rękawiczek, które okrywały jego dłonie. Zaklęcie było tak mocne, że przeładowało materiał izolujący. Z kosztownej skóry pozostał tylko bezużyteczny strzęp. Kiedy chował resztki do kieszeni, pomyślał, że będzie musiał wprowadzić jeszcze kilka zmian do ich projektu. Przynajmniej na to przydał się ten bezużyteczny morderca.

Wysunął się na korytarz i przywołał skinieniem czekającą na zewnątrz postać. Młoda dziewczyna nosiła obszerną szatę nowicjusza, a bystre oczy uważnie obserwowały wnętrze pomieszczenia. Uczennica alchemika była wnuczką przewodniczącego Wielkiej Rady. Zasady Sztuki chłonęła z niezwykłą łatwością, a konstruowanie zaklęć było dla niej fraszką. Mimo to starzec starał się trzymać ją blisko siebie na czas nauki. Wolał, by nie wynosiła z jego wieży więcej sekretów niż to konieczne.

Pokrótce wytłumaczył jej, w jaki sposób powinna pozbyć się z pokoju ostatnich śladów obecności czarnego dymu. Zanim wyszedł spojrzał jeszcze na ostatni biały płatek, który zdążył dotknąć posadzki, nim zupełnie się rozpłynął.

– Nie doceniłeś mnie, chłopcze – powiedział, pozwalając sobie na krótki triumfalny uśmiech.

Odwrócił się na pięcie i minął swoją uczennicę, wracając myślami do badań, które musiał przerwać, by rozprawić się z chełpliwym młodzikiem.

Wtedy poczuł na szyi chłód stali.

Dziewczyna, zamiast posłusznie wykonać zadanie, pochwyciła go w żelaznym uścisku i przyłożyła do krtani składany nóż.

– To ty mnie nie doceniłeś, starcze. – Ucho mężczyzny musnął znajomy szept, a ostrze płynnym ruchem rozcięło gardło.

Gdy alchemik upadł bezwładnie na podłogę, uczennica przewróciła go na plecy i delikatnie, niemal pieszczotliwie wsunęła mu ostrze pod żebra, bezbłędnie odnajdując serce. Gdy upewniła się, że ma pod sobą prawdziwego trupa, a nie kolejną alchemiczną sztuczkę wstała i zamknęła drzwi, sprawdzając czy korytarz jest pusty. Nikt poza nią nie miał prawa zapuszczać się do prywatnych kwater Mistrza, ale ostrożności nigdy za wiele. Oparła się o futrynę, wzdychając ciężko. Uniosła głowę i chwyciła się za podbródek, w jednej chwili zdzierając z twarzy warstwę skóry. Maska straciła kolor, gdy tylko oderwała się od ciała, by po chwili stać się jedynie kawałkiem wytartej bawełny, z zaklęciem wyszytym czerwoną nicią. Została ciśnięta na ścianę razem z peruką.

Morderca przeczesał palcami włosy i zrzucił z siebie ciężką szatę. Nie pojmował, jak ci staromodni durnie mogli chodzić w czymś tak niewygodnym, ale musiał przyznać, że bufiaste rękawy idealnie nadawały się, by ukryć nóż.

Spojrzał na martwe ciało alchemika, po czym przeniósł wzrok na leżącą nieopodal lalkę. Nie przewidział, że stary głupiec mógłby stworzyć golema tak perfekcyjnego. Dał się oszukać i przypłacił to utratą największego atutu. Zgubiła go jego własna pewność siebie. Minie dużo czasu, zanim czerń zregeneruje się na tyle, by mógł korzystać z niej w pracy. Czuł się nagi bez dymu, który zawsze oplatał go ledwo widoczną warstwą skompresowanej ciemności lub kreował doskonały kamuflaż. Jego zbroja rozpadła się na tysiące odłamków i teraz wystarczyłby jeden zbłąkany pocisk, by…

Trzask.

Na krystalicznej powierzchni szyby pojawiła się dziurka.

Taka sama wykwitła na skroni mordercy pół oddechu później.

 

***

 

Gdy odsunęła oko od lunety jej cel znów stał się tylko punkcikiem w bryle korporacyjnej wieży. Specjalnie wybrała wieżowiec oddalony od niej o prawie tysiąc pięćset metrów, bo choć strzał był trudniejszy, nie mogła ryzykować wykrycia.

Lufa zmodyfikowanego WKW „Wilk” wystawała lekko przez wycięty w szybie otwór wysoko ponad głowami zwykłych ludzi, skryta przed wzrokiem postronnych w półmroku pustego biura. Czarny metal oplatały błyszczące wciąż linie aktywowanej przed sekundą klątwy. Po chwili przygasły, pozostawiając po sobie jedynie bladozielony poblask. Kobieta trwała w bezruchu, z uwagą wsłuchując się w pusty szum słuchawek. Wzmocniony alchemią mikrofon, który udało jej się przemycić do prywatnego pokoju przesłuchań ojca nie rejestrował już żadnych dźwięków ani oznak życia.

Kobieta uśmiechnęła się w duchu. Starzec zbudował całą korporację, by mieć fasadę dla alchemicznych badań i opatrzył każdy zakamarek swych kwater ochronnymi urokami, ale nie przygotował lokum na coś tak banalnego jak brutalna siła naboju .50 BMG. Dla pewności wygrawerowała na pocisku algorytm zaklęcia ostatecznej zagłady. Urok wymagał co prawda karkołomnych nakładów do aktywacji, ale bezbłędnie uśmiercał wszystko, z czym się zetknął. A w jej fachu ostrożności nigdy nie było za wiele.

Przypomniała sobie jak ojciec łajał ją, gdy studiowała magię ciała zamiast poznawać tajniki alchemii, aż wreszcie ją wydziedziczył. Zaraz po tym jak udało jej się stworzyć kopię własnego istnienia. Tak idealną, że oszukała nawet księcia morderców. Nieuchwytnego i niepokonanego, chronionego całunem czerni.

Tego, który leżał teraz w kałuży własnej krwi.

Lata przygotowań opłaciły się. Strąciła właśnie z ramion najdroższą głowę w tej części magicznego świata i choć cena za jej własną znacząco teraz wzrośnie, nie potrafiła się tym martwić.

Żyła dla takich chwil.

Zdjęła palec ze spustu i wsunęła karabin do pokoju. Rozkręciła go wyćwiczonymi ruchami, czule układając każdy z elementów w skórzanej walizce. Zatrzasnęła zamki i narzuciła na ramiona znoszony płaszcz. Gdy stanęła w drzwiach biura, odwróciła się na moment, po czym skinęła w stronę alchemicznej wieży.

– Wreszcie się na coś przydałeś, ojcze – wyszeptała z przekąsem. – Przynajmniej własnej śmierci nie spaprałeś.

Koniec

Komentarze

Jeden z tych pomysłów, które pojawiają się w głowie znikąd podczas spaceru do marketu. Kompletne, pełne i dotowe do spisania.  Natchnienie to naprawdę przerażająca rzecz.   Zapraszam do lektury i mam nadzieję, że uda mi się choć trochę umilić wam czas.

Początek bardzo fajny, wciągający, zaskakujący. Ale w którymś momencie ze zwrotów akcji zrobił się ping-pong. Donośność kojarzy mi się bardziej z głosem niż z zasięgiem. Ale mogę się mylić.

Babska logika rządzi!

Spróbuję skomentować krótko. To, co mi się podoba w tej histrorii to forma występowania magii, zaintrygowała mnie, tak jak i nietypowe realia, w których osadzona jest historia. Chętnie zobaczyłbym coś więcej w tym świecie. Tym, co wydało mi się w opowiadaniu okropne, jest, dosyć idiotyczny, łańcuszek zabójstw i kontr, który można przedstawić schematem:   Zabójca morduje Córkę. Staruszek morduje Z. Z zabija S. S zabija Z. Z zabija S. C zabija Z. W sumie, na plus należy zaliczyć fakt, że niespodziewanie(lecz niemniej irytująco) łańcuch zapętla się, nie pozostawiając nikogo bez zemsty. 

– Nie sądzę. – odparł mężczyzna @ bez kropki  – Nie zapytasz się, kto zlecił morderstwo? @ Zdecydowanie lepiej brzmi – Nie zapytasz, kto zlecił morderstwo?  Rozpędzanymi magią i prochem igłami o donośności dwustu metrów w powietrzu i dwudziestu w żelbetonie @Nie rozumiem zdania, więc chyba brakuje przecinka jakiegoś. – Bycie dobrym w czymś absolutnie bezużytecznym nie czyni cię potrzebnym. – odparł mężczyzna @ Również bez kropki Nie było huku wystrzału, ani blasku zapalanego prochu @ bez przecinka obserwował(,) jak linie algorytmu  bezużyteczny strzęp. Kiedy chował resztki do kieszeni, pomyślał, że będzie musiał wprowadzić jeszcze kilka zmian do ich projektu. Przynajmniej na to przydał się ten bezużyteczny @ 2x bezuzyteczny Zanim wyszedł spojrzał jeszcze na ostatni biały płatek, który zdążył dotknąć posadzki, nim zupełnie się rozpłynął. @ nim, zanim jednak trochę na siebie wpadają.  Gdy upewniła się, że ma pod sobą prawdziwego trupa, a nie kolejną alchemiczną sztuczkę wstała i zamknęła drzwi, upewniając się @ 2x upewnić się. tylko oderwała się od ciała, by po chwili stać się tylko 2x tylko Nie pojmował(,) jak ci staromodni durnie mogli chodzić    Lubię twoj styl, ponieważ jest, tak uważam, zbliżony trochę do mojego, przynajmniej w niektórych konstrukcjach zdaniowych. Nie ma przegadania i choć nie przepadam za bardzo za mieszaniem świata współczesnego, czy jego rekwizytów z magicznym, to jednak tobie to zgrabnie wychodzi, tak że chce mi się czytać dalej. Historia ładnie zapętlona, nie wiem nawet, czy nie za dużo tych nagłych zwrotów akcji, ale to już kwestia gustu. Końcówka też dobra, zrezygnowałabym tylko z "Przynajmniej własnej śmierci nie spaprałeś". Jakoś tak pierwsza część zdania bardziej przemawia, jest wymowniejsza, a druga to dopowiedzenie, które trochę mi zburzyło klimat.    Pozdrawiam :)

Żegnajcie piórka, jam ci jest ten nielot Loża, loża… to od leżenia na laurach w samozachwycie? Bóg mi świadkiem, chcialem przeczytać. Ale to: Czarna marynarka opinała szeroki tors, a starannie uczesane włosy przyprószone były siwizną. Jakoś odstręczyło. Dlaczego? No właśnie… spóbuję dojść. Może dlatego, że te zdania nijak mają się do siebie. Chodzi mi o: "Czarna marynarka opinała szeroki tors, a wycieraczki miarowo ścierały mżawkę".

Na wypadek zarzutów o niekonstruktywność: Czarna marynarka opinała szeroki tors. Starannie uczesane włosy przyprószała siwizna. 

Finklo i Zatrakusie, szczerze powiedziawszy pierwotnie chciałem zakończyć opowiadanie zaraz po tym, jak dymny zabójca spełnia swoją rolę, ale stwierdziłem, że takie zakończenie będzie nudne i przewidywalne, więc rozkręciło się to wszystko, być może zbyt bardzo.   Almari, dziękuję za uwagi. Aż mi smutno, że za każdym razem robię mocne postanowienie opublikowania tekstu bez błędów i za każdym razem ponoszę porażkę. Cieszę się, że ci się podobało, zmianę zakończenia rozważę.   Prim.chumie, mylisz się. Zdanie, które przytoczyłeś, przedstawia cechy osoby, wypowiadającej wcześniej kwestię dialogową, więc jego części jak najbardziej do siebie pasują. Być może powinienem był wstawić  gdzieś tam zaimek dzierżawczy, ale uznałem, że czytelnik pojmie sens myśli nawet, jeśli użyta została forma pozbawiona zaimka. O ile szanuje twoje zdanie, o tyle nie do końca pochwalam tendencję do oceniania tekstu po przeczytaniu tylko jednego akapitu. Mam jadnakowoż nadzieję, że uda ci się wykrzesać z siebie trochę dobrej woli i mimo wszystko doczytać opowiadanie do końca.  Pozdrawiam i kłaniam się.

Czy nie jest tak, że czytelnik ma zawsze rację?

Podobnie jak Finkla, widzę tu ping-ponga. Wszystko fajnie skojone i nawet piłeczka wypada weszcie za stół, ale jest monotonnie. Ta sama ilość zwrotów akcji, nawet takich samych, ale opakowana w wieksze tło byłaby zjadliwsza. Jakieś retrospekcje, linia fabularna, nie wiem… Przeszkadzała mi też nadmierna poetyckość jezyka, ale to raczej moje gusta bo niezręczności nei wyłapałem. Pozdrawiam :).

ta sygnaturka uległa uszkodzeniu - dzwoń na infolinie!

@ vyzart – kiedy nie trzeba się zatrzymywać przy każdym zdaniu, wyłapywanie takich maluczkich chochlików jest czystą przyjemnością. Ja mogę pomóc a ty skorzystać. Ważne że lektura satysfakcjonująca :)   Pozdrawiam

Mi się ping pong spodobał. Niezłą możnaby z tego zrobić krótką animację :) Ani nie przekombinowałeś, ani nie znużyłeś tym ciągłym odbijaniem piłeczki, a całość ładnie się spuentowała na końcu. Na plus. 

Pokrótce wytłumaczył jej, w jaki sposób powinna pozbyć się z pokoju ostatnich śladów obecności czarnego dymu. Zanim wyszedł spojrzał jeszcze na ostatni biały płatek, który zdążył dotknąć posadzki, nim zupełnie się rozpłynął. – powtórzenia – ostatni. Gdy alchemik upadł bezwładnie na podłogę, uczennica przewróciła go na plecy i delikatnie, niemal pieszczotliwie wsunęła mu ostrze pod żebra, bezbłędnie odnajdując serce. – Może lepiej między żebra? Oczywiście fajnie napisane opowiadanie. Co do fabuły – dla mnie też za dużo tych zwrotów w zbyt krótkim czasie.

Acha. Jeszcze to porównanie jest jakieś takie nie bardzo: wieżowce rozcinały widnokrąg jak srebrzyste igły ???

Szkapo,  Wlaśnie postanowilem autoryzować opowiadanie Konopnickiej.  Specjalnie dla ciebie ;) Porównanie fajne.  Po adaptacji.  Srebrzyste igły wieżowców wkłuły/wkłuwały się w widnokrąg ;)

Srebrzyste igły wieżowców? – Możnaby pomyśleć, że chodzi o jakieś anteny na dachu…;D Wieżowce, niczym srebrzyste igły wkłuwały się w widnokrąg. Wieżowce, niczym srebrzyste sztylety przecinały widnokrąg.

Iglice?

Fajne. 😊 Mi to przypominało momentami klimat z ksišżek o durzo (droga cienia itd.). Zakładam, że na tej historii ping pongowa zabawa się nie kończy? :) pzdr. m.

Vyzarcie, opowiadanie napisane zgrabnie, sprawnie, wciąga do pewnego momentu jak ruchome piaski, ale potem czytelnik zastanawia się, kiedy (w końcu) będzie koniec tego łańcuszka zabójstw. Czyli: miało być fajnie, a wyszło… jak wyszło ;) I bardzo przypominało mi to taką starą animację, w której większa ryba zjada mniejszą rybę i tak w kółko – zawsze znajdzie się większa ryba… Ogólnie jednak dobrze, choć wiem, że stać Cię na więcej – i na więcej (nie tylko w ilości) czekam. Pozdrawiam

Złościć się to robić sobie krzywdę za głupotę innych.

W zasadzie podobało mi się, ale gdyby piłeczka zostrała odbita jeszcze raz, pewnie bym nie zdzierżyła. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka