- Opowiadanie: Emelkali - Ziarno

Ziarno

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Ziarno

 

Kaganek dopalał się smętnie na stoliku wciśniętym w kąt karczmy. Siedząca przy nim postać dopijała wino przysłuchując się rozmowom. Sączyła je powoli, jakby delektowała się obrzydliwym kwaśnym smakiem. Tak po prawdzie ledwie moczyła wargi w trunku. Nie przybyła tu by pić, czy jeść, lecz by zdobyć informacje. Takie miejsca, pełne podchmielonej, chętnej plotkować zamkowej służby, zawsze były nieocenionym źródłem wiadomości. Słuchała więc uważnie, schowana w ciemności, okryta szerokim kapturem, skrywającym nie tylko twarz, ale i całą postać. Nikt nie zwracał na nią uwagi, postarała się o to. Była przecież mistrzynią w ukrywaniu. Zapewne nawet młody parobek, który tak chętnie jej usługiwał, już o tym zapomniał. Tak jak nie pamiętali o samotnym jeźdźcu strażnicy u bram stolicy. Ot, dar bogów. Stać się nieistniejącym wspomnieniem.

Bardzo przydatny dar.

Ponownie umoczyła usta i skrzywiła się niedostrzegalnie. Zaprawdę obrzydliwe wino. Nie wiele gorszych dotykało jej języka. Czasami trzeba się jednak poświęcić.

– No, dyć ci mówię. Się go żenić uparli. – Starszy z mężczyzn siedzących przy sąsiednim stole ściszył głos.

– Naszego księciunia? – Jego towarzysz zrobił to samo – Toż wszyscy wiedzą, że on nie do żeniaczki.

– Ano nie, tacy jak on, to się nie żenią.

– Ano.

– Ale królowej się wnuki marzą. Król też chce mieć następcę… a dyć wiadomo, że z naszego księciunia to króla nie będzie.

– No raczej.

Rechotali ogromnie rozbawieni własnymi żartami.

– No i nasze książątko zaparło się żeby rodzicielom utrudnić to znalezienie przyszłej królowej. Ciągle to coś innego wymyśla. A to zagadki nie do odgadnięcia, a to próby nie do przejścia. Zabawę mamy w całym zamku, że ho ho. Przeróżne już księżniczki u nas gościły. I takie cudne, że aż w dołku ściska i brzydkie takie, że bebechy się przewracają. Żadna się księciu nie spodobała. – Znów zarechotał – Królestwo też jakoś specjalnie nie nalegało.

– Dziwne, skoro z tą żeniaczką tak się upierali.

– Moja Hadre to mówi, że dlatego, że kochają gówniarza i na siłę to nie chcą go hajtać. Że niby ciągle mają nadzieję, że się opamięta i sam se żonkę wybierze. Może i ma rację, chociaż mnie to się widzi, że raczej żadna im się na synową nie widziała i wciąż czekają. Podobnież pani to powiedziała, że musi być prawdziwą księżniczką, ta przyszła nasza. Taką wielką damą, co to i poznać ją będzie, jak w podartej sukni w pałacowe progi wlizie. I jeszcze, a to jużem sam słyszał, jak królowa mówiła, że moc przodków ją wybierze, tą królewską narzeczoną.

Pokiwali głowami, jakby rozumieli dylematy królestwa.

Zakapturzona postać powoli odłożyła kubek. Wstała cicho i wyszła z karczmy bezszelestnie. I rzeczywiście, gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, jakby nigdy nie istniała, nikt w środku nie pamiętał by tam gościła.

 

 

Perde przynosił wstyd swojej rasie.

Wszyscy, którzy przybywali na królewski dwór byli tego zdania. Każdy patrzył na niewielkiego, nawet jak na swoją nację, szczupłego krasnoluda z niesmakiem. Odziany w kolorowe suknie, z wplecionymi w warkocze brody barwnymi tasiemkami i przeróżnej wielkości koralikami, podskakiwał fikuśnie, przebiegając przez pałacowe korytarze. Nikt już nie pamiętał skąd wziął się na dworze, ani tego, że pojawił się na nim ledwie kilka tygodni wcześniej. Sam fakt, że przedstawiciel jednego z najdumniejszych gatunków, pełni rolę ulubionego trefnisia ich królewskich mości, sprawiał, iż tak goście jak i służba odwracali się z niesmakiem. Przy czym niechęć tych ostatnich pogłębiała jeszcze zazdrość. Jasne było bowiem, że władcom wyjątkowo przypadł do gustu dowcip małego mężczyzny. Zaiste pozwalali mu na więcej niż któremukolwiek z poprzednich błaznów.

Perde zaś nie nadużywał owej sympatii.

Zawsze wiedział, kiedy zniknąć, a kiedy się pojawić. Nikt też nie wiedział, gdzie krasnolud w danej chwili może przebywać, co zrobić, czy co powiedzieć. Każdy jednak, zwłaszcza z mieszkańców zamku, wcześniej czy później stał się celem jego ataku. Każdy, w końcu, usłyszał własne słowa z ust trefnisia. Niby powiedziane żartem, wszelako zawierające, gdzieś głęboko skryte, ostrzeżenie.

Dlatego nikt, absolutnie nikt nie próbował zaprzyjaźniać się z ulubieńcem królestwa.

Znalazły się ze dwie pokojówki, których szpetota i licha postura krasnoluda, nie zniechęciły i próbowały na nim swego uroku, aliści jedno spojrzenie Perde ostatecznie ostudziło ich zaloty. Widać trefnisiowi samotność nie przeszkadzała, bo i on nie szukał z innymi przyjaźni. Z dala, zza winkla i zwykle z ukrycia, obserwując mieszkańców pałacu.

Perde bowiem w każdym fachu, którego się złapał, zawsze był mistrzem. Skoro zaś teraz przyszło mu być królewskim błaznem, zamierzał tą profesję doprowadzić do perfekcji. Tak, by, gdy przyjdzie mu odejść, wspominano go z szacunkiem.

Bo Perde, bynajmniej, nie uważał, by przynosił wstyd swojej rasie. Nawet w kolorowym przyodziewku z zaplecioną, niczym taniej lalce włosy, brodą.

Tak też stojąc w ukryciu pałacowych krużganków, dojrzał zamieszanie przy głównych bramach. Natychmiast tam pospieszył, gdyż w jego zawodzie należało być zawsze na miejscu wydarzeń.

Potężny strażnik w ostatniej chwili zdołał złapać mdlejącą kobietę. To ona właśnie była przyczyną zbiegowiska, jakie powstało przy bramie. Mężczyzna bez trudu uchwycił drobną postać. Jasne włosy okryły nieprzytomną złotym płaszczem i zsunęły ku ziemi czochranymi falami. Strzępy zakrwawionej sukni ledwie okrywały smukłe nogi. Żołnierz kucnął i delikatnie złożył ranną na kamiennej podłodze.

– Co mówiła?

– Kto to?

– Dycha jeszcze?

Jedna przez drugą pałacowe służki przepytywały strażników. Któraś krzyknęła. Krasnolud przecisnął się pomiędzy nimi niezauważony i przez chwilę z zastanowieniem wpatrywał się w nieprzytomną. Naraz zaczął się rozpychać mocno łokciami.

– Rozsuńcie się ludzie – krzyknął. – Dziewuszka oddechu przez was złapać nie może!

Zgromadzeni usłuchali go zaskoczeni. Perde pochylił się ostentacyjnie i zaczął przyglądać pannie, jakby już wcześniej tego nie zrobił – Toż to jakaś szlachcianka, a może nawet kto ważniejszy – sapnął niby do siebie, ale tak głośno, że wszyscy musieli go usłyszeć. – Może i nawet jaka królewna. Suknia wprawdzie zniszczona, ale materia wielce kunsztowna. Coś złego się panience przytrafiło, ale i tak widać, że nie byle kim jest. Szlachetność taka z lica bije.

Ludzie przyglądali się to leżącej to trefnisiowi zdumieni nagłą przemową milczącego zwykle poza tronem, królewskiego błazna.

– Nie gapcie się tak, ludziska. Trza pannę na komnaty i medyków wezwać.

– No niby żech usłyszoł, że coś o smoku gwarzyła – szepnął niepewnie strażnik. – Myślołech, że się mnie zdawało.

– Smok? – powtórzył głośno Perde, a zgromadzone kobiety cofnęły się z okrzykiem, jakby to ranna była owym stworzeniem, a nie została przezeń zaatakowana. – To by tłumaczyło, dlaczego sama przybyła. Pewnie smok zeżarł resztę jej kompanii. Biedne dziewczę samo musiało przez las leźć. No? Co się tak gapisz? Podnieś pannę i w komnaty. I niech no któraś poleci po medyka. I panią niech zawiadomi. Jak to jaka królewna, to może i pani na nią czekała.

Strażnik bynajmniej nie zamierzał protestować. Dźwignął drobniutką dziewczynę i ruszył za gestykulującym krasnoludem.

 

 

Książę się nudził.

Przyglądał się matce, grzebiąc jednocześnie tłustymi łapkami w misie z łakociami. Mijał już trzydziestkę i rozrastając się wszerz, z coraz większym trudem mieścił się w sporawych przecież pałacowych krzesłach. Nie żeby mu to przeszkadzało. Nie wiele w życiu sprawiało mu problem. Płynął przez nie z obojętnym uśmiechem na półgłówkowatym licu. Niektórzy mówili, że jak był niemowlęciem, to mamka go upuściła i to sprawiło poważną ujmę w rozumie. Inni zaś przebąkiwali, że tak bywa, jak się kuzynostwo, jak król z królową, o potomstwo stara. Jeszcze inni oskarżali bogów o jakieś przekleństwo. Wszyscy wszakże zgodni byli, że królewicz niezbyt jest bystry i na władcę się nie nadaje.

Słyszał to wszystko, ale bynajmniej mu nie wadziło co ludzie po kątach o nim prawią. Kiedy matula zaczęła przy ożenku się upierać, też mu nie przeszkadzało. Śpieszno wszakże nie było. Młody był jeszcze i wolnością chciał się nacieszyć. Dlatego, wraz z przyjacielem najlepszym, wymyślał te wszystkie zagadki, te próby i ćwiczenia. Matula chciała prawdziwej królewny, takiej co to, nie nigdy tego nie rzekła, ale wiedział, że tak myśli, więc takiej, co to siłę taką będzie miała w sobie, że da królestwu syna bez obciążenia, jakie trapiło królewicza. Nie, nie czuł się dotknięty. Niby dlaczego miałby się tak czuć? Niechże sobie myślą co chcą. Co mu tam. On swoje wiedział. Rodziciele wiecznie żyć nie będą, a jak on już królem zostanie… oj, będzie rządził, oj będzie. Uśmiechnął się leniwie. Z przyjacielem u boku, zawojują cały kraj. Jeszcze tylko tej pannicy, nad którą matula tak się roztkliwia od wielu godzin, trzeba się z zamku pozbyć…

Długie czarne rzęsy zadrżały lekko i uniosły z wielkim trudem. Zielone tęczówki okolone złotą obwódką i pełne kropli złota odbijających światło dziesiątek świec wolno przesunęły się po obliczach zgromadzonych ludzi. Nie było w nich strachu, ani niepewności, jakich oczekiwać należałoby od kobiety w podobnym stanie. Patrzyła otwarcie, z dumą i wyższością. Niczym pani na włościach, a nie poturbowana biedulka w porwanej sukni, bezbronna i samotna w obcym miejscu.

– Gdzie jesteśmy? – zapytała niskim mocnym głosem unosząc się jednocześnie na łokciach.

Królowa uśmiechnęła się uszczęśliwiona i ignorując pozostałych obecnych usiadła na brzegu łoża rannej.

– Jesteście naszym gościem, waćpanno. Ranną was przyniesiono w nasze progi.

Dziewczyna zmarszczyła lekko brwi.

– Tak, pamiętam. Karawanę smok zaatakował – westchnęła ciężko – coś nam się widzi, że nikt nie ocalał. Co to za dziwna kraina, że gady ludzi na królewskim trakcie pożerają. U nas by się to zdarzyć nie mogło. – Skrzywiła się z niechęcią.

– Nasza to kraina, moja droga. – Władczyni bynajmniej nie urażona przyglądała się drobnej dziewczynie. Zamiast gniewu poczuła niesłychaną ulgę. Uniesiona dumnie broda panny, spojrzenie i wreszcie chłód w głosie… tego szukała u wszystkich kandydatek na synową i jakoś dotąd nie spotkała. Takiego wnuka chciała mieć. Już go widziała, uroczego słodkiego bobasa, takiego jakim był jej syn, ale bez tego idiotycznego wyrazu twarzy. Wysokiego i przystojnego, jak mąż. I równie jak on mądrego. Będzie rządził krajem. Tak, właśnie na taką synową czekała.

Zerknęła na syna i nieco się zachmurzyła. Niełatwym będzie przekonać gościa, by poślubiła książątko. Cóż, wyjątkowe sytuacje wymagają wyjątkowych środków.

– Powinnaś odpocząć – powiedziała autorytatywnie – Medyk przygotował mikstury, byś szybciej do sił doszła. Każemy je dostarczyć. O krainie będzie czas porozmawiać.

 

 

Płomień świecy w kryształowym lichtarzu zachybotał, gdy próg pogrążonej w półmroku sypialni przekroczył pierwszy gość. Blask przygasł, by po chwili odżyć na nowo i malować półcienie na twarzy śpiącej. Na moment słabiutka jasność oświetliła wchodzącą postać. Królowa zatrzymała się przy łożu. Jakiś czas wpatrywała się w ranną, a przez twarz starzejącej się władczyni przemykały nieskrywane emocje. Wreszcie uśmiechnęła się, wyciągnęła zza paska zawiniątko i z namaszczeniem je rozsupłała.

Kamień w dłoni kobiety rozbłysnął setkami barw. Ożywiony tajemną mocą zdawał się oddychać, jak żywe stworzenie, generując z wnętrza tęczę kolorów. Te zaś tańczyły na ścianach, meblach, podłodze i obu obecnych. Najpierw ledwie się skrzyły lecz z chwili na chwilę nabierały intensywności. Fale barw mieszały się, płynąc jedna ku drugiej, przeplatając lecz nie zlewając z sobą, tak że wyraźnie można było dojrzeć kres jednej i początek następnej. Wstęgi sunęły wolno od kamienia w wszystkich możliwych kierunkach, jakby czegoś szukały, nie wiedząc jednak czego… i naraz, jakby pojęły co jest ich przeznaczeniem, wszystkie skierowały się ku wezgłowiu śpiącej. Tam zatrzymały formując połyskliwą, kolorową aureolę.

Królowa odetchnęła głęboko. Z ulgą. Nareszcie.

A potem szybko wsunęła kamień pod materac, na którym leżała jej przyszła synowa.

W tym samym momencie kolorowa tęcza zgasła. W jednej chwili rozświetlała komnatę, by błyskawicznie zniknąć i ponownie pogrążyć pokój w półmroku. Starsza kobieta nie była jednak zaskoczona. Łagodnie dotknęła policzka śpiącej. Zawahała się. Krótko. I wyszła.

 

 

Perde stał ukryty za kolumną. Mógłby stać tak całą noc, wiedział jednak, że nie będzie to konieczne. Dojrzał to w oczach pani, gdy ta rozmawiała z ranną. Wreszcie.

Krasnoludy, nawet te mikre i chuderlawe, jak on, nie należą do istot cierpliwych. Nie, oczywiście gdyby musiał… kroki w korytarzu przerwały gdybanie. Królowa. Przyglądał się jej z cieniem żalu. Nie, żeby był to dojmujący smutek, co to, to nie. Takie sobie drgnienie serca. Spośród wszystkich prac, jakich się imał, bycie trefnisiem tej wciąż pięknej i mądrej kobiety, sprawiło mu najwięcej przyjemności. Nie, żeby chciał tą pracę wykonywać do śmierci… co to, co nie. Właściwie od wielu dni marzył, by skończyć..

Z radością dojrzał błysk tęczy w szparze drzwi. Właśnie tego wypatrywał. Złośliwe brzydkie oblicze rozjaśnił uśmiech triumfu. Z trudem wytrzymał, aż królowa wyjdzie. Ledwie to nastąpiło, biegiem rzucił się do komnaty. Uważając by nie robić hałasu – chociaż był pewien, że w owych miksturach, co to nimi pannę karmiono, były jakieś przywoływaczem snu – wsunął się do pokoju.

Słaby płomyk oświetlał twarzyczkę dziewczęcia. Krasnolud zatrzymał się na chwilę. Oż, śliczna dziewuszka. Szkoda jej dla tego półgłówka. Sam by chętnie… nie, nie ma na to czasu. I gdybać też nie ma co. Nie dla niego takie delicje… Chociaż, w sumie, lepszy byłby pewnie niż to durne książątko. Może zresztą nie ma się czym tarabanić? W tej sytuacji pewnie nie uda im się namówić królewnę… o ile jest królewną, oczywiście, na małżeństwo z tym tłustym wypierdkiem.

Raz jeszcze zachwycił się delikatnością rysów i miękkością kształtów śpiącej, a potem bez dalszych ceregieli sięgnął pod materac. W miejsce, z którego magiczna energia wrzynała się mu w zmysły.

Już muskał opuszkami kamień…

Już czuł jego lodowaty ogień przenikający przez skórę i płynący wraz z krwią…

Już…

Naraz czyjeś palce zamknęły się na jego nadgarstku. Potężny żelazny uścisk zatrzymał rękę krasnoluda i wyszarpnął ją spod materaca.

– Co jest kurwa?! – wrzasnął Perde zapominając, że miał milczeć, żeby nie obudzić dziewczyny.

– Wyrażajcie się, proszę – łagodności słów przeczył twardy ton, jakim zostały powiedziane. – Strasznie nie lubimy, kiedy się przeklina w naszej obecności.

Dziewczyna nie spała. Uśmiechała się zimno wciąż zaciskając palce na ręce gościa. Jemu zaś włosy w splątanej tasiemkami brodzie zaczęły się jeżyć. Nie dość, że siła tych drobniuteńkich paluszków przyprawiała o ból, to jeszcze oczy…

Oczy królewny jaśniały w mroku. Złociste plamki w tęczówkach błyszczały jak dziesiątki gwiazd, światłem jaśniejszym, potężniejszym niż płomień świecy.

– Ja tylko… – Wystraszony nie bardzo wiedział co rzec. Kalkulował szybko, próbując wymyśleć powód swoich odwiedzin.

– Tylko mi nie mówcie, żeście takim do nas afektem zapałali, że serce was tu przygnało.

– Skąd..? – Teraz wystraszył się już nie na żarty. Dziewczyna czytała mu w myślach. – Kim jesteście? Nie czarownicą, bo bym czuł.

– Nie jesteśmy czarownicą, drogi Perde de Gra Yudherthardere, tak jak i wy nie jesteście królewskim błaznem. I, zdaje nam się, żeśmy w tym samym przybyli tu celu. Jednak, tu musimy was zmartwić, wy odejdziecie z pustymi rękami.

Puściła jego nadgarstek, a krasnolud cofnął się gwałtownie. Gniew walczył w nim ze strachem.

– A niby, kurwa, dlaczego? – warknął wściekle.

– Język, mój drogi, język – upomniała go łagodnie. – Nie przystoi najsławniejszemu Tropicielowi Krasnoludzkiej Rady tak okropnie się wyrażać.

– Skąd wiecie kim jestem?

Nie odpowiedziała. Wstała z łóżka i uśmiechnęła się lekko.

– Skoroście nie czarownica, to niby jak mnie pokonacie, ha? Takie chuchro jak wy? Złamię was jak zapałkę. Ziarno jest moje. Nie po tom z siebie błazna przez ostatnie miesiące robił, nie po tom królewskiego tłumoka niańczył, nie po tom wymyślił te wszystkie zagadki, co królową doprowadziły do ostateczności…

– I wdzięczni jesteśmy wam za to ogromnie. – Przerwała mu wciąż się uśmiechając. – Jakby nie wasze pomysły, królowa jeszcze miesiącami zwlekałaby z użyciem Smoczego Ziarna.

– Ano pewnie. Ino oglądała te pannice i czekała. A jak przegrywały kolejne zadania wzruszała ramionami. Tyle, że czas uciekał, a jej zaczęło się spieszyć i wiedziałem, że wyciągnie wreszcie Ziarno. Potrzebowała tylko odpowiedniego celu. Se wymyśliła, że synową musi być potomek wielkiego rodu i że takiego to pozna nawet w łachmanach… Się bidulka pomyliła, co? Żadna z was królewna, no nie? Skądeście wiedzieli co zrobić? Pewnie które z dworu w karczmie się wygadało, co? Nie dziwcie się tak, ja też tak robotę w zamku podłapałem. Nic to. Pomogliście mi, ale i tak Ziarno jest moje. Nie chcę się z taką ładniutką dziołszką tłuc, ale jak mus, to mus.

Przyjął pozę bokserską, co przy jego mikrej posturze stanowiło niebywale zabawny widok. Dziewczyna parsknęła śmiechem. Poklepała krasnoluda po ramieniu, a potem nie patrząc na niego, sięgnęła pod materac.

Jak zaczarowany przyglądał się, gdy wyjmowała dłoń spod piernatów. Zamknęła kamień w zaciśniętej pięści i ponownie zwróciła się do Perde.

– Nie będziemy się tłuc, drogi de Gra. Wdzięczni jesteśmy wam za pomoc. Wam i całej Krasnoludzkiej Radzie. Bez was byłoby znacznie trudniej. Nie niemożliwie, ale trudniej. – Uśmiechnęła się szeroko, przyglądając się krasnoludowi. Naraz spoważniała – Nie możemy wam jednak zostawić Smoczego Ziarna. Dla was to tylko artefakt pozwalający zawładnąć wybrańcem i prowadzić go jak marionetkę. Przydatny, ale tylko artefakt.

– Przydatny i cenny – przerwał Perde nie mogąc oderwać oczu od dziewczęcej pięści. – A dla was niby nie?

– Dla nas, drogi de Gra, to część dziedzictwa – wyszeptała miękko.

A potem otworzyła dłoń.

Kamień momentalnie rozjarzył się feerią barw. Tańczyły i drżały. Wstęgi przeplatały się i unosiły pomiędzy palcami młodej kobiety i wolno, bardzo wolno, połyskliwą tęczą opasywały drobną postać. Odcień za odcieniem, mieniły się i błyszczały. Początkowo każdy z kolorów wyraźnie odcinał się od drugiego, ale wkrótce granice zaczęły się rozmywać, a barwy zlewały. Poświata otoczyła dziewczynę i zajaśniała w jednym potężnym rozbłysku.

Wszystkie kolory zlały się w jeden. Oślepiające absolutne złoto.

– O kurwa – jęknął cichuteńko Perde.

Złoty smok wpatrywał się w krasnoluda zielonymi oczyma nakrapianymi setkami jaśniejących kropli.

– Właśnie dlatego Ziarno należy do mnie – powiedziała łagodnie smoczyca. – Oczywiście możesz spróbować je zabrać, drogi de Gra.

Krasnolud gapił się z rozdziawionymi ustami. Wreszcie zamrugał, cofnął się o krok i ciężko odetchnął.

– Wiecie co… chyba rzeczywiście oddam wam to Ziarno – powiedział wzruszając ramionami. – Nie wypada tłuc się z kobitą, no nie?

Smoczyca roześmiała się gardłowo.

– Prawdziwie szlachetne słowa. I mądre. Przynosicie chlubę swojej rasie, panie de Gra Yudherthardere.

– Taaa, jasne – westchnął .– Rada będzie chyba innego zdania.

Potężny gad machnął ogonem.

– Gdybyście mieli problem z Mistrzem, pozdrówcie go od Deidghe i wspomnijcie noc w Estrze. – Mrugnęła ciężką złotą powieką. – No, na mnie już czas. Wam też radzę się zbierać.

Pchnęła wielkie odrzwia na taras i ledwie się przez nie przecisnąwszy, wzbiła się w niebo. Poświata wokół smoczycy zgasła, lecz mimo to odznaczała się na tle ciemnego nieba. W łuskach gada igrało odbicie pełni i perliły się gwiazdy. Pędziła niczym kometa, połyskliwa i piękna.

Krasnolud przez chwile patrzył jak odlatywała. Podrapał się po rudej głowie i zamyślił.

Trza wracać do domu. No może jeszcze dzień lub dwa… zabawi królową, bo będzie kobita potrzebowała zabawy, jak się dowie, że Ziarno znikło…

Ostatecznie był królewskim trefnisiem.

A Perde zawsze wykonywał dobrze swój zawód.

Koniec

Komentarze

"Słuchała więc uważnie, schowana w ciemności, okryta szerokim kapturem, skrywającym nie tylko twarz, ale i całą postać." – Kaptur może skrywać całą postać? 

"Zapewne nawet młody parobek, który tak chętnie jej usługiwał, już o tym zapomniał." – Czyli o czym zapomniał?:)

 "Tak jak nie pamiętali o samotnym jeźdźcu strażnicy u bram stolicy." – Tak jak strażnicy stojący u bram stolicy nie pamiętali samotnym jeźdźcu. Taki szyk jest bardziej czytelny.

"Niewiele gorszych dotykało jej języka." – Razem.

"– Naszego księciunia? – Jego towarzysz zrobił to samo. – Toż wszyscy wiedzą, że on nie do żeniaczki." – Kropka!

"Znów zarechotał.– Królestwo też jakoś specjalnie nie nalegało." – I tu też :)

Warto przeczytać raz jeszcze i poprawić błędy, kilka jeszcze by się znalazło. Jeśli chodzi o tekst, początek mnie lekko przreraził, bo zakapturzona postać wzbudza we mnie wtórne lęki ;) Ale jakoś tekst się rozkręcił i czytało się nawet przyjemnie.

NIEWIELE, NIEWIELE, NIEWIELE. To się pisze razem!!! Przedstawiony świat może nie ma tego magnetyzmu, który pozwala zanurzyć się bez pamięci w kreowanej rzeczywistości. Wątki poboczne (krasnoludzka Rada, smoki) trochę zbyt mało proszą się o rozwinięcie. Jednak opowiadanie jest dobre. Chętnie poczytałbym więcej z historii z tego świata.

Infundybuła chronosynklastyczna

Pomysł mi się spodobał. Przeczytałam do końca. Nawet z zainteresowaniem, choć pointa niezaskakująca. Początek niezbyt wciągający jak dla mnie – miałam wrażenie, że autor na siłe mi wciska informacje o tym jaka to nierzucająca się w oczy i łatwo umykająca pamięci jest główna bohaterka. Az poczułam irytację – ile razy można powtórzyć, że nikt jej nie zauważył/nie zapmiętał !! Co prawda czytelnik w głowie autora nie siedzi więc trzeba mi wsyzstko napisać, ale młotem przypomnienia po głowie tłuc nie potrzeba !! Jakby dopracować to dla mnie ciekawe pomimo kilku zaczętych a niedokoncoznych wątków.

Podobało mi się, zwłaszcza postać Perde. Czytałam w pracy i ciągle mi ktoś przeszkadzał, a jednak wracałam do opowiadania, więc coś w sobie ma:) Zdarzają się błędy, zwłaszcza w zapisie dialogów ( "Wiecie co… chyba rzeczywiście oddam wam to Ziarno. – Powiedział wzruszając ramionami." powinno być: Wiecie co… chyba rzeczywiście oddam wam to Ziarno – powiedział, wzruszając ramionami;" – I wdzięczni jesteśmy wam za to ogromnie. – Przerwała mu wciąż się uśmiechając." powinno być: I wdzięczni jesteśmy wam za to ogromnie – przerwała mu, wciąż się uśmiechając. --imiesłowy przysłówkowe obecnie zawsze oddzielamy przecinkiem) Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

No, to się rodzinka Sodiego rozrasta.

Sympatyczne opowiadanko. O warsztacie może lepiej nie będę wspominać, bo już tych błędów nie robisz. Ale zbędne linie między akapitami to byś mogła usunąć…

Babska logika rządzi!

Że też CI się chciało taki staroć odgrzebywać ;)

Pousuwałam, a i trochę przejrzałam prze ALex wypominane zapisy dialogów.

 

:)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

A, dzisiaj niewiele tekstów się pojawiło, to przejrzałam antyki. Ale mi pierwszej odpowiedziałaś. Zaszczyconam. ;-)

Babska logika rządzi!

Już rozumiem, czemu nie wszystko, co się rozgrywa w Twoim świecie, ma w tytule bajkę – bohaterowie są inni (ale jestem sprytna, ho ho!) ;) Ogólnie wrażenia mam dobre, tylko teraz Smocze Gody mi się deczko przewidywalne wydały. 

The only excuse for making a useless thing is that one admires it intensely. All art is quite useless. (Oscar Wilde)

Wiesz, w pierwotnej wersji Ziarno miało taki podtytuł ;) Bo i bajka przerobiona i krasnolud w głównej postaci ;) Ostatecznie jednak masz rację. Chodzi o SYL ;)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Choć to skończone opowiadanie, to mam wrażenie, że stanowi cześć czegoś większego. Ale, oczywiście, mogę się mylić.

Nie porwało, ale przeczytałam bez większej przykrości, choć błędy przeszkadzały.

 

za­mie­rzał pro­fe­sję do­pro­wa­dzić do per­fek­cji. – …za­mie­rzał pro­fe­sję do­pro­wa­dzić do per­fek­cji.

 

To ona wła­śnie była przy­czy­ną zbie­go­wi­ska, jakie po­wsta­ło przy bra­mie.To ona wła­śnie była przy­czy­ną zbie­go­wi­ska, które po­wsta­ło przy bra­mie.

 

Jasne włosy okry­ły nie­przy­tom­ną zło­tym płasz­czem i zsu­nę­ły ku ziemi czo­chra­ny­mi fa­la­mi. – Co i dlaczego czochrało fale włosów? ;-)

Sprawdź znaczenie słowa czochrać.

 

Nie wiele w życiu spra­wia­ło mu pro­blem.Niewiele w życiu spra­wia­ło mu pro­blem.

 

Wstę­gi su­nę­ły wolno od ka­mie­nia w wszyst­kich moż­li­wych kie­run­kach… – Wstę­gi su­nę­ły wolno od ka­mie­nia we wszyst­kich moż­li­wych kie­run­kach

 

W tym samym mo­men­cie ko­lo­ro­wa tęcza zga­sła. – Masło maślane. Czy może być tęcza pozbawiona kolorów?

 

w owych mik­stu­rach, co to nimi pannę kar­mio­no, były ja­kieś przy­wo­ły­wa­czem snu… – …w owych mik­stu­rach, co to nimi pannę pojono, były ja­kieś przy­wo­ły­wa­cze snu

 

Może zresz­tą nie ma się czym ta­ra­ba­nić? – Pewnie miało być: Może zresz­tą nie ma się czym turbować?

Sprawdź znaczenie słowa tarabanić/ tarabanić się.

 

– Skąd..? – Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

– Taaa, jasne – wes­tchnął .– Rada bę­dzie chyba in­ne­go zda­nia. – Zbędna spacja przed kropką, brak spacjo po kropce.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka