- Opowiadanie: Finkla - Samotność

Samotność

To moje drugie podejście do postapo. Mam nadzieję, że udało mi się zawrzeć w nim więcej fantastyki i postapokaliptyczności niż za pierwszym razem. Miłośników wartkiej fabuły ostrzegam, że mogą jej tu nie znaleźć.

 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Samotność

Część 1.

 

Zadecydowałem, że przeleję swój ból na pergamin. Może to sprawi, że poczucie straty zniknie. Albo chociaż we mnie zostanie go mniej. Do czego to doszło? Ja, syn Gaumenta, wnuk Gonnora, prawnuk Gustava, kombinuję, co zrobić, żeby zmniejszyć swoje cierpienie!

Cały mój lud wywędrował daleko stąd. Już od dawna w kopalniach nie trafiały się żadne cenne znaleziska. Wieki temu wybraliśmy srebrny kruszec ze wszystkich większych żył. Życie stawało się coraz trudniejsze. A kiedy jeszcze pojawiły się tąpnięcia, krasnoludy natychmiast zaczęły przebąkiwać o szukaniu nowych miejsc do zasiedlenia. Nie da się ukryć – zryliśmy górotwór jak korniki stuletnie stylisko topora. Kolejne osuwiska coraz bardziej martwiły moich rodaków. Po tragicznym wybuchu gazu, ci szczęśliwcy, którzy przeżyli, spakowali manatki i odeszli.

Moja żona, dzieci i dwoje pierwszych wnucząt też mnie opuścili. Pewnie już nigdy ich nie zobaczę. Ani kolejnych wnuków i prawnuków. Zostałem sam. Bez żadnej znajomej twarzy. Nawet góry wyglądają inaczej niż za czasów mojej młodości. Szczyt Hoyfjella obniżył się o dobre pół setki sążni.

 

***

 

Widzę, że nie napisałem, dlaczego ja zostałem. Przez mojego pradziadka. Nie żyje od dawna, ale przed śmiercią zdążył wymusić na mnie przyrzeczenie, że będę opiekował się dębem. Przodek przez dużą część życia hołubił jedno drzewo; podlewał w czasie najgorszych suszy, zbudował palisadę, żeby chronić roślinkę przed lawinami, a w końcu kazał mi przysiąc, że będę robił to samo. A ja, głupi, zgodziłem się. I teraz nie mogę przebywać razem ze swoją rodziną. Bo własnymi pochopnymi słowami przywiązałem się na wieki do jakiegoś przerośniętego badyla.

 

***

 

Nie mogę uwierzyć, że wszyscy mnie pozostawili. To zbyt potworne, żeby mogło być możliwe. Dziesiątki razy dziennie łapię się na myśli, że to tylko sen, że wystarczy się obudzić, a żona i synowie będą się kręcić w pobliżu, będą siadać razem ze mną do posiłków, będą się śmiać z żartów wesołka Gregersa, będą naprawiać zniszczone narzędzia, będą cieszyć się ze znalezisk wygrzebanych spod ziemi…

Ale nie mogę obudzić się z obecnego koszmaru. Wiem o tym. To bardzo dziwne – wiem, lecz nie wierzę. Nie mogę pozbyć się nadziei, że jednak…

 

***

 

Wczoraj skończyła się mąka. Nie jadam ostatnio dużo, ale kiedyś zapas musiał się wyczerpać. Na szczęście moja najdroższa Magnhilda pomyślała o tym i zostawiła mi swoje stare żarna. Przez pół poprzedniego dnia mieliłem. Godzinami obracałem ciężki kamień. Chciałem później opisać proces, ale za bardzo drżały mi dłonie. Nie mogłem utrzymać pióra, więc dałem sobie spokój. A dzisiaj bolą mnie ręce, a nawet plecy. Po wymachiwaniu oskardem nigdy tak się nie działo. Czyżby to oznaczało, że kobiety pracują ciężej niż ich mężowie w kopalni?

Nieistotne. Ból fizyczny jest dobry. Pozwala choć na moment zapomnieć o psychicznym cierpieniu.

 

***

 

Mam nadzieję, że za jakiś czas któryś z synów przyjdzie do mnie na kilka dni, opowie, jak moi bliscy radzą sobie w nowym miejscu. W ogóle chciałbym się dowiedzieć, gdzie to nowe miejsce leży. Czy znaleźli góry? Czy mają pod dostatkiem surowców? Czy zaczęli budować nową kopalnię?

Chciałbym dowiedzieć się więcej także o bardziej osobistych sprawach: jak rosną moje wnuczęta (a może pojawiły się nowe?), jak żona radzi sobie pozbawiona mojego wsparcia…

Liczę na to, że któregoś dnia poznam odpowiedzi na wszystkie swoje pytania.

 

***

 

Wszystko dookoła wydaje się nierealne. Kopalnia nigdy dotąd nie była taka cicha. Co dnia gdzieś głęboko pod ziemią dzwoniły kilofy. Od czasu do czasu odczuwało się odległy wybuch. Nie uszami, bardziej stopami; każda krasnoludzka siedziba drgała nieznacznie, kiedy wysadzaliśmy kolejny odcinek korytarza. A teraz kopalnia jest cicha. Martwa. Nigdy nie myślałem, że kopalnia może umrzeć.

Aż dreszcz przechodzi po krzyżu, kiedy wsłuchuję się w ten brak codziennych dźwięków. Śmierć kopalni przygnębia jeszcze bardziej niż śmierć krasnoluda, choćby najbliższego. Nie potrafiłbym orzec, co pozostawia gorszą pustkę w piersi.

 

***

 

Czasami sam sobie wydaję się nierealny. Czy to naprawdę jeszcze ja? Niewiele emocji do mnie dociera. Nie tylko emocji, także dźwięków, zapachów, nawet jedzenie nie smakuje tak samo jak dawniej. Mam w sobie mniej życia niż lampka używana na przodku.

Rozumiem, że w opuszczonej kopalni brakuje odgłosów pracy. Ale dlaczego owce wydzielają mniej intensywną woń a ich mleko stało się mniej słodkie? Nie wyglądają na chore. Może to ze mną dzieje się coś złego?

 

***

 

Zachowuję się dziwnie. Niby codzienne czynności wykonuję tak jak zawsze, ale odnoszę wrażenie, że to wszystko robi tylko moje ciało. Jakby mnie nie było w środku. Ale wciąż patrzę na mój ogołocony świat własnymi oczyma. Nie widzę siebie z boku. A jeśli nie ja kieruję sobą, to kto? Jeśli nie siedzę w środku własnej głowy, to gdzie? Poszedłem razem ze swoją rodziną? Pewnie jakaś część mnie tak właśnie zrobiła. Brakuje mi jej, a jeszcze bardziej tęsknię za żoną i dziećmi. Ciekawe, dokąd już zawędrowali. Czy znaleźli odpowiednią okolicę, żeby w niej osiąść? Dlaczego zaginiona cząstka nie może do mnie wrócić i opowiedzieć, co widziała? Myślami błądzę przy rodzinie, ale podczas włóczęgi wcale nie zdobywam upragnionej wiedzy.

 

***

 

Oni już nigdy do mnie nie wrócą. Straszne, ale nie w mojej mocy jest zmienić cokolwiek. Skoro nie pojawili się dotychczas, to musi znaczyć, że gdzieś się osiedlili. A ja zostanę tu sam. Do końca. Mojego albo tego pieprzonego dębu.

 

***

 

Życie staje się coraz cięższe. Nawet czynności, które jeszcze miesiąc temu nie sprawiały żadnych kłopotów. Ba, wykonywałem je w ogóle bez zastanowienia, machinalnie. Nagle, przestałem wiedzieć, jak mam się za nie zabrać. Lada dzień zaczną mnie przerastać.

Z początku myślałem, że może na coś zachorowałem, bo przecież nie mogę czuć się źle z powodu starości – jestem jeszcze dość młody. Czym są dwie setki lat z okładem dla krasnoluda? Pełnią życia, czasem, kiedy już odchował dzieci, w spokoju może cieszyć się wnukami. We wszelkich sprawach tyczących górnictwa staje się szanowanym specem. Rzadziej macha kilofem, a częściej podejmuje strategiczne decyzje. Doświadczenie podpowiada mu, gdzie szukać kapryśnej żyły kruszcu; wskazuje, która bryła kryje w sobie skarby, a która najzwyklejszy kamień, jakich bez liku leży dookoła.

A co ma robić krasnolud mieszkający sto dwanaście sążni od zawalonego wejścia do martwej kopalni? Dziadek, który nie wie, gdzie znajdują się i co robią jego wnuki?

A wczoraj… Zwyczajne dojenie owiec mnie przeraziło. Zamiast ulżyć zwierzątkom i napić się świeżego mleka, zwinąłem się w pochlipującą kulkę nieszczęścia dookoła własnej brody. Ze strachu nie mogłem choćby dotknąć wełnistej sierści.

Nie pojmuję swoich uczuć i swoich reakcji. Boję się, że popadam w obłęd. W rezultacie przeraża mnie to, że czuję się przerażony. Strach narasta warstwa po warstwie, jak kamienny mur dookoła pastwiska. Kiedy nie zdołam zza niego wyjrzeć? Zaklęty krąg zacieśnia się.

 

***

 

W ogóle nie odczuwam głodu. Wiem, że powinienem coś jeść, więc się zmuszam. Każdy kęs rośnie mi w ustach. Nic nie ma smaku. Gotuję o tyle gorzej niż Magnhilda? Czy choruję z tęsknoty za nią i za dziećmi? Raczej to drugie; niby dlaczego świeże owcze mleko miałoby smakować gorzej tylko dlatego, że mniej wprawne dłonie nadoiły je do dzieżki? Zresztą, moje stado nie może już pamiętać innego opiekuna niż ja. I nie chodzi mi o to, że głupie stworzenia zapomniały. Od zamknięcia kopalni i wymarszu mojego ludu minęło już wiele lat. Nie żyje ani jedna owieczka, która kiedykolwiek widziałaby kogoś innego niż ja, choćby jako jagniątko.

 

***

 

Jak Magnhilda mogła zostawić mnie samego? Ponad setkę lat byliśmy małżeństwem i nagle okazało się, że nic dla niej nie znaczę. Bardziej ceni sobie towarzystwo dzieci i wnuków. Odeszła wraz z nimi i pewnie nawet się nie obejrzała. A ja godzinami stałem i patrzyłem, jak jej sylwetka rozmywa się i ginie w tłumie bliźniaczo podobnych postaci.

Ciekawe, czy w ogóle obchodzi ją, co się ze mną dzieje. Myślę, że nie. Paple sobie beztrosko z sąsiadkami, podczas gdy ja usycham z samotności.

 

***

 

Do kłopotów z jedzeniem doszły jeszcze problemy z rytmem dnia i nocy. Wieczorami nie mogę zasnąć, za to rankiem czuję się niewyspany, wcale nie chce mi się wstawać. Leżę więc w łóżku do południa albo i dużej. Powinienem zrobić mnóstwo rzeczy. Samotny krasnolud ma bardzo wiele codziennych obowiązków, ale nie chce mi się za nie zabrać. Po co?

Owce pewnie lada moment zdziczeją do reszty. Nie obchodzi mnie to.

 

***

 

Tkwię samotnie w jaskini, w której mój ród mieszkał od pokoleń. Ojciec, od którego odwróciły się wyrodne dzieci. Zapomniały i w ogóle nie interesują się losem przodka. Naprawdę Magnhilda tak źle je wychowała?

 

***

 

A może nie powinienem mieć pretensji do rodziny? Czy naprawdę czułbym się lepiej, gdyby byli tu i cierpieli wraz ze mną? Moim młodszym synom brak jeszcze dojrzałości. Jak mógłbym oczekiwać, że odnajdą w sobie prastarą krasnoludzką równowagę bez codziennego wymachiwania oskardem w szybach i sztolniach? Chyba marny ze mnie ojciec, skoro wolałbym ich skazać na szaleństwo, byle tylko nie musieć tęsknić.

Dwóch moich synów ma już własne dzieci. Muszą myśleć o dobrobycie tych bezbrodych maleństw. Nikt; ani oni, ani tym bardziej ja, nie ma prawa do skazywania berbeciów na takie zesłanie, jakie mi przypadło w udziale.

A córki to w ogóle całkiem inna historia. Jak mogłyby nie odejść razem z rodzinami swoich mężów?

Każdy w jakimś stopniu traci dzieci zawierające małżeństwo. Nieważne, czy zostają w twojej jaskini, czy wyprowadzają się do innej. Od momentu ślubu zaczynają mieć własne troski, wkrótce potem własne dzieci, a ty stajesz się mniej ważny. Do końca życia pozostaniesz szanowanym przodkiem, ale nigdy już nie odzyskasz pozycji jedynego autorytetu.

Nie, nie powinienem narzekać na swoich potomków. Podjęli słuszne decyzje. Cóż z tego, że okazały się bolesne dla mnie?

 

***

 

Zobaczyłem dzisiaj swoje owce, po raz pierwszy od dłuższego czasu. Wydaje mi się, że urosły większe niż kiedykolwiek. Ciekawe, dlaczego. Może mają więcej trawy? Ostatnio nikt jej nie deptał.

Napiłem się wody z potoku. Zasmakowała mi, jak nigdy dotąd. To interesujące – ja dochodzę do siebie czy też w tym roku spadł jakiś lepszy śnieg? Jeśli to drugie, to pewnie owcom też odpowiada.

 

***

 

Wczoraj złapałem kilof i machałem nim przez część dnia. Tak całkiem bezsensownie, łupałem zerodowane skały na wierzchu. Nie po to, żeby coś z nich wydobyć, tylko żeby przypomnieć sobie uczucie, które przepełnia każdego krasnoluda przy pracy. Pomogło mi. Ten dźwięk… Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak straszliwie brakowało mi wesołego dzwonienia metalu o kamień. Poza tym, tak się zmęczyłem, że zasnąłem, ledwo zdążyłem rzucić się na barłóg. A rano obudziłem się głodny, ale dość pogodny.

Chyba powinienem więcej pracować. Niekoniecznie rozwalać zwyczajne głazy na kawałki, ale może zmajstrować coś przy gospodarstwie. Murek dookoła pastwiska wymaga odnowienia. Właściwie mógłbym wykorzystać kamienie, które zgromadziłem poprzedniego dnia. Albo wziąć jakieś drobiazgi ze starych zwałowisk.

 

***

 

Machanie kilofem przynosi ulgę, nawet jeśli nie ma w nim sensu. Czy nie to doprowadziło do katastrofy w kopalni? Kto jak kto, ale stare krasnoludy powinny wiedzieć, ile skał trzeba zostawić w nienaruszonym stanie. A mimo to, ktoś wkuł się w kamienny kręgosłup górotworu. I zaczęły się tąpnięcia.

A może poszło o zwyczajną, podłą chciwość? Żal było zostawiać cenny kruszec we wnętrzu góry, więc lepiej wydrążyć ją do końca, aż zmieni się w pustą skorupę. Jakbyśmy przekształcili się w robaki wyżerające jądro orzecha.

 

***

 

Często śnię o Magnhildzie. Jeszcze częściej po przebudzeniu jestem przekonany, że wystarczy odrobinę wyciągnąć rękę, aby poczuć ciepło ciała mojej żony. Ale jej część posłania pozostaje pusta i zimna.

 

***

 

Doszedłem do wniosku, że winę za wszystkie moje nieszczęścia ponosi pradziadek. Gdyby nie jego durny dąb, wyruszyłbym sobie spokojnie wraz z innymi krasnoludami. Przebrzydłe drzewo rośnie sobie bez przeszkód, nieco tylko przekrzywione na skutek ostatniego osypiska. Przetrwa mnie i moich wnuków, wcale nie wymaga troski. Ale dałem słowo.

 

***

 

Wydawało mi się, że moja rozpacz w końcu odejdzie. Minęło tyle czasu, a ona wciąż tkwi we mnie, niewzruszona jak skaza w szlachetnym kamieniu. Odbiera cały blask mojej i tak nędznej wegetacji. Mam wrażenie, że wciąż potężnieje. Czarna pustka w sercu obrasta w nowe warstwy, pęcznieje jak ziarno kaszy wrzucone do wrzątku, jakby chciała pochłonąć mnie całego.

 

***

 

Żałuję, że od początku nie zacząłem prowadzić jakiejś rachuby czasu, choćby najbardziej prymitywnej. Mogłem przecież wycinać szczerbę na którejś belce za każdym razem, kiedy spadnie pierwszy śnieg, lub pojawią się pierwsze trawy. Teraz wiedziałbym przynajmniej, ile lat spędziłem przy opuszczonej kopalni, samotny jak otoczak rzucony na stertę piachu.

Czy moim wnukom wyrosły już brody? Wydaje mi się, że od rozstania upłynęło tyle zim, że powinni mieć już własne potomstwo, może nawet wnuki. Ale przecież nie przeżyłbym tak długo. A może to mój umysł mnie okłamuje i dzieci moich synów wciąż jeszcze pozostają maluchami o bezwłosych twarzach? Nie wiem, nie potrafię powiedzieć.

Nawet moja broda nie stanowi dobrego miernika. Potargana i posklejana w grube strąki. Trudno powiedzieć, dokąd sięga. Po co miałbym dbać o wygląd? Dla kogo?

 

***

 

Czasem zastanawiam się, czy którejś wiosny nie poobwieszać przeklętego drzewa oskardami. W końcu każdy wie, że Thorgott, zazdrosny o krasnoludzkie narzędzia, podczas burzy stara się trafić w nie piorunami i zniszczyć. Może przy okazji spaliłby cholerny dąb.

Wtedy natychmiast spakowałbym parę najpotrzebniejszych rzeczy i ruszył na poszukiwanie swojego ludu. Nieważne, jak długo błądziłbym po śladach bliskich. W końcu bym ich znalazł i bylibyśmy tak niesamowicie szczęśliwi. Razem.

Ale nie. Nie mogę ściągać boskiego gniewu na ten badyl. Przysiągłem na cnotę prababki, że będę pilnie strzegł tego chwastu. Gdybym zrąbał chociaż jeden konar, nie mam po co umierać i pokazywać się w zaświatach.

Dlaczego cholerne drzewo nie może uschnąć samo z siebie? Rozwiązałoby wszystkie moje problemy.

 

***

 

Znowu na nic nie mam ochoty. Przestałem krzątać się po gospodarstwie, majstrować przy nowych sprzętach. Dużo śpię.

 

***

 

Zauważyłem, że ptaki śpiewają wyjątkowo głośno. I smutno. Wcześniej nigdy nie słyszałem aż tylu. Może wieczny ruch i gwar im przeszkadzał? A może to smaczniejsza woda w potoku je przywabiła?

Ciekawe, co o kopalni sądzą ptaki i inne zwierzęta. Pewnie wcale im się nie podobają hałas, brudna woda z płukania urobku, dym z pieców hutniczych, hałdy pokruszonych kamieni na powierzchni. W takim razie przynajmniej istnieje ktoś, komu katastrofa przypadłaby do gustu. Dlaczego wobec tego świergoczą tak żałośnie? Aż chce się płakać.

 

***

 

Przestałem odczuwać głód. Pewnie to dobrze; na przygotowywanie jedzenia też nie mam ochoty. Bywają dni, kiedy w ogóle nie widzę sensu, żeby wstawać z łóżka.

A może nie czekać na śmierć dębu, tylko samemu zabrać topór, kilof i pójść na spacer w czasie burzy? Ostatnio przychodzi wiele burz, rzadko trafia się słoneczny dzień. Czyżby znak?

 

Część 2

 

– Przeczytałam. – Svanhilda delikatnie odłożyła ostatni zwój starego pergaminu. – To napisał twój przodek?

– Wszystko na to wskazuje. Mężczyźni w jego rodzie nosili imiona zaczynające się od runy „g”, tak samo, jak w moim. A kiedyś, gdy jeszcze nie miałem brody ani nawet wąsów, mój dziadek opowiadał mi, że jego dziadek postanowił zostać przy starej kopalni.

– Jest tu gdzieś jego kurhan?

– A kto miałby go usypać?

– No tak. Myślisz, że ten rękopis zawiera prawdę?

– Sugerujesz, że mój prapradziadek kłamał?

– Nie, ale pisze, że kopalnia została wyeksploatowana. A teraz krasnoludy postanowiły tu wrócić. Po co?

– Aaa, o to ci chodzi. Czasy się zmieniły, dysponujemy lepszymi technologiami. Wtedy szukali wyłącznie srebra. Dzisiaj potrzebujemy również innych surowców. Pełno tu rud miedzi, ołowiu, cynku. Spójrz na te hałdy. Przed wiekami zostały odrzucone jako bezwartościowe odpady. Teraz uznajemy je za bezcenne. Mnóstwo minerałów zostało wypłukanych przez deszcze, ale wciąż te sterty kamieni pozostają istnym skarbem. Prawdziwa eksploatacja tej kopalni dopiero się zacznie.

 

***

 

– Guilhouf, popatrz! To musi być ten dąb! – Svanhilda machnęła ręką w kierunku potężnego drzewa, a po chwili podjęła szybki marsz w jego stronę.

– Możliwe. Dlaczego tak sądzisz? – Mąż ewidentnie nie podzielał jej entuzjazmu.

– Jest bardzo gruby. Musi rosnąć tu od wieków. I wydaje mi się, że odrobinkę odchyla się od pionu. Dokładnie tak, jak ten opisany w starych zwojach.

– Pewnie masz rację. Wracajmy do domu.

– Nie interesuje cię roślina, dla której twój przodek został tu samotnie?

– Niespecjalnie.

– Nie jesteś nawet ciekaw, dlaczego tak się stało?

– Och, stryjenka opowiadała jakieś legendy krążące w ich rodzie. Coś o zakopywaniu skrzyni pod korzeniami młodego drzewka. Tylko nikt nie wiedział, czy mowa o bogactwie, czy o jakiejś potwornej truciźnie a może klątwie, więc nie zamierzam sprawdzać. Namacalne skarby mamy w górotworze, czekają na wydobycie. Nie pozwólmy, aby się za nami stęskniły. Cała reszta niespecjalnie mnie obchodzi. Chodź już, to i tak był bardzo długi spacer.

– Ale tak się zastanawiam… – Svanhilda posłusznie dreptała za mężem, lecz co chwilę oglądała się za siebie. – Ten dąb jest taki gruby i silny. Ciekawe, czy przetrwałby bez opieki twojego przodka. Trudno uwierzyć, że nie.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie oddaje naturę samotności i jest porządnie napisane, ale, niestety, niezbyt mnie wciągnęło. Doczytałem do końca, mając nadzieję, że wątek dębu zaowocuje czymś zaskakującym, jednak tutaj też się zawiodłem. Ogólnie rzecz biorąc, tekst ma swój klimat, ale po dłuższej chwili zaczyna nużyć. Oczywiście nie przejmuj się tą opinią, według niektórych moja książka, Ósmy Archanioł, wieje nudą na kilometr, inni z kolei uważają ją za interesującą, więc i twoje opowiadanie na pewno przypadnie do gustu wielu osobom ;) Pozdrawiam, JF ;)

Bardzo dziękuję za opinię. Co do innych czytelników, dożyjemy – zobaczymy. :-) Cóż, wiem, że fabuła nie porywa – ostrzegałam. ;-)

Babska logika rządzi!

Ja osobiście zgadzam się z przed przedmówcą (Jack Felix). Liczyłem że to jest powiastka np.: o dzięciole walczącym z kornikami ;) I wtedy miałoby to jakiś szalony sens. A tak to mi za bardzo pachnie idealistycznym klimatem rodem z Siłaczki. A ja tego z założenia nie trawię, a samą w/w bzdurną książkę wręcz nienawidzę. Stąd mnie nie porwało, choć zgadzam się i w tej części w/w opinii, że zostało to zgrabnie napisane. Pzdr. m..

Dzięki za opinię. Dzięcioł, powiadasz… To mogłoby być ciekawe. :-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałem, ale dla mnie ciut za dużo emocji. Zwłaszcza w stosunku do akcji.

Dzięki za opinię. Tylko ciut? To i tak nieźle. ;-)

Babska logika rządzi!

…Droga Finklo, przeczytałem z przyjemnością. Tekst refleksyjny. Znam z literatury takie pamiętniki samotnych, pozostałych na zgliszczach – ludzi, nie krasnoludów. Nie bardzo przekonuje mnie powód pozostania tego krasnoluda przy opuszczonej kopalni – cnota jego prababki nie była tego warta. W sumie nazwałbym tego samotnika – socjopatą. Przy okazji – czytałem "Archanioła" Feliksa i niezbyt mi się podobał.Czekam na coś weselszego. Studium psychologiczne pasuje raczej do – ludzi, a nie krasnoludów.Pozdrawiam trochę uśmiechnięty.

No, nie chciałabym konkurować w długowieczności z dębem ;D Przeczytałam całe opowiadanie i od razu, z przyjemnością. Przypomina mi videologi w grach o zombie albo opuszczonych statkach kosmicznych. I nie pamiętam, bym kiedykolwiek czytała opowiadanie, w którym głównym bohaterem byłby krasnolud, fajna odmiana. Tylko musiał być to dobrze wykształcony krasnolud, bo posługiwał się ładnym, literackim językiem ;) Moją uwagę zwróciło słowo "bezcenne" w odniesieniu do kruszców. Na pewno bezcenne? Takie rzeczy wydobywa się chyba na sprzedaż i przeróbkę, czyli mają jakieś swoje ceny. Ale w zasadzie nie wiem :D W każdym razie, ogólnie na plus. Nie trzeba tu jakiejś wartkiej akcji, ma inne walory.

Dziękuję, Ryszardzie. Dlaczego krasnolud zamiast człowieka? Żeby był element fantastyczny. Ale nie tylko. Potrzebowałam rasy na tyle monotematycznej, że po zamknięciu kopalni nie ma co robić i emigruje. Ludzie jeszcze by zbudowali schronisko albo obserwatorium, a nie o to chodziło. To prawda – opisuję psychologię człowieka. Widać sądzę, że jesteśmy wystarczająco podobni do krasnoludów, przynajmniej w cierpieniu. Trochę schizofrenicznie, ale trudno. Masz rację, powód pozostania raczej słaby, ale nic lepszego nie wykombinowałam. Stanie na straży cmentarza z kośćmi przodków dałoby bohaterowi poczucie misji albo mógłby się domagać zmiennika co dziesięć lat. Co do cnoty prababki – uważaj z wypowiedziami o prowadzeniu się przodkiń innych, choćby i wymyślonych. :-) To nie tyle cnota, co przysięga, którą kiedyś złożył. Czuł się nią związany, więc został. Mam nadzieję, że znalazłoby się kilku ludzi honoru, którzy postąpiliby podobnie. A oprócz tego, moje krasnoludy są bardzo mocno przywiązane do swojej rodziny. Obiecał coś nieżyjącemu pradziadkowi i kropka. I dochodzą jeszcze względy religijne. Socjopata wydaje mi się zbyt mocnym słowem. Przysiągł i został, chociaż bardzo bolało. Stres był ogromny, możliwe, że oszalał z tego powodu, ale socjopatą bym go nie nazwała.

Babska logika rządzi!

Jeralniance, dziękuję. A ja bym chciała. :-) Pod warunkiem, że w towarzystwie rodziny i znajomych. Tyle książek do przeczytania. Jako homo s. mogę nie zdążyć. :-) I nawet jest czas na opanowanie języka, żeby zostawić przyzwoite pamiętniki. Nie czytałaś? Polecam "Kłopoty w Hamdirholm" Świdziniewskiego. O wiele zabawniejsze niż moje. :-) Z bezcennym masz rację. Jeśli znajdę jakiś synonim, w którym nie będzie powtarzać się wartość, to zmienię. A jak nie, to będę się upierać, że krasnolud nie potrafił tak na szybko oszacować ceny tych wszystkich hałd dookoła. ;-) I jeszcze do Ryszarda: w tej chwili mam na warsztacie coś niespecjalnie wesołego, ale przynajmniej nie aż tak ponurego. Ale zamierzam napisać jakieś średniowieczne opko i będzie ono lekkie i przyjemne. :-)

Babska logika rządzi!

Przez konkurowanie miałam na myśli "wygrywa ten, kto przeżyje dłużej", bo nie miałabym szans :D Do opowiadania chętnie zajrzę, skoro polecasz. A zamiast "bezcenny" może "drogocenny"?

Nie każdy dąb zostaje Bartkiem… To nie opowiadanie, tylko cała książka. Dzięki za drogocennego. :-)

Babska logika rządzi!

To nawet lepiej, że książka. I zawsze do usług :)

No w mordę jeża! Właśnie czas edycji się skończył. :-( Czyli zostanie bezcenny.

Babska logika rządzi!

…Finklo, ja nie podważałem cnoty prababki. Nawet jeżeli była niewątpliwa, to i tak nie była warta takiej ofiary. Dla mnie powód porzucenia rodziny jest nadal nieprzekonywujący. Ale – względy literackie… Przecież możemy się pięknie różnić w poglądach. Pozwól mi więc trwać przy swoim zdaniu. Ale opowiadanie jest miękkie i powłczyste jak szalik z angory. Pozdrawiam.

I Twoje szczęście! Jeszcze by się krasnoludy dowiedziały. ;-) Oczywiście – trochę pobronię swojego zdania, ale Twojego nie ruszę. Trwajcie sobie. :-) Dziękuję.

Babska logika rządzi!

…Ponadto chciałbym kiedyś dotrzeć do definicji "krasnoluda". Coś niecoś wiem o – krasnoludkach.

W Wikipedii jakaś jest. Pewnie i Jego Rzeczywistościotwórca Tolkien też coś o nich napisał. ;-)

Babska logika rządzi!

Tak zajrzałem jeszcze i przejrzałem komentarze. Odniosę się może do uwag Ryszarda. Jeśli chodzi o to, że studium psychologiczne krasnoluda, to to akurat uznałem za bardzo ciekawy pomysł. Krasnoludy to zawsze takie postaci, których głębia emocjonalna kończy się na żłopaniu piwska (krasnoludzkie słabe 70% ; )) i gromadzeniu złota, a tu proszę. Jeśli chodzi o motywację głównego bohatera, to zgadzam się z Ryszardem, nie wypadło zbyt przekonywująco. Zwłaszcza, że mogłaś pogłębić jeszcze trochę studium emocjonalne i bohatera, i całej rasy w ogóle, na przykłąd zarysowując dużo wyraźniej przywiązanie krasnoludów do przodków (taki niemal kult przodków, nie jakaś tam obietnica) i rozdarcie wewnętrzne bohatera. Wtedy mogłabyś też pokusić się o przedstawienie całej reszty krasnoludziego klanu, jako tych, którzy porzucają ten kult przodków na rzecz dobrobytu… No ale trochę chyba za bardzo się rozszalałem ; )

No tak. I teraz z moich komentarzy wyszło na to, że z jednej strony za dużo emocji, a z drugiej za mało ; )

To wcale nie takie sprzeczne; dołożyć emocji, ale jeszcze więcej dodać pozostałej treści. Wtedy stosunek się poprawi. Hmmm, przyznaję, pomysł ciekawy. Chyba tak bardzo wiedziałam, jakie są moje krasnoludy, że zapomniałam poinformować czytelników o tym drobiazgu. Mój błąd. Dziękuję, to bardzo cenna uwaga.

Babska logika rządzi!

Finklo, przeczytałem Twoje opowiadanie wczoraj, lecz z opinią postanowiłem wstrzymać się dzionek, aby sprawdzić, czy opinia na gorąco nie będzie różnić się od tej po kilkunastu godzinach. Nie różni się, pierwsze odczucia nie uległy zmianie. Po pierwsze tekst czytało dobrze, bez zgrzytów, płynnie. Po drugie brak akcji w ogóle mi nie przeszkadzał, refleksje osamotnionego bohatera były wystarczająco ciekawe, choć w zestawieniu z Twoim komentarzem już takie nie są, o czym niżej. Po trzecie pomysł obsadzenia w roli głównej krasnoluda z ludzką psychiką jest dobry, w końcu krasnolud przestał tylko chlać i walić w skały. Po czwarte – i to jedyne, co mi się nie podobało w zestawieniu z Twoim komentarzem – to  powód, dla którego główny bohater został przy drzewie. W komentarzach piszesz, starasz się wytłumaczyć takie zachowanie, ale moim zdaniem to nie trzyma się kupy. Piszesz tak:  "Mam nadzieję, że znalazłoby się kilku ludzi honoru, którzy postąpiliby podobnie. A oprócz tego, moje krasnoludy są bardzo mocno przywiązane do swojej rodziny. Obiecał coś nieżyjącemu pradziadkowi i kropka. I dochodzą jeszcze względy religijne". Moim zdaniem, bohater wcale nie jest przywiązany do rodziny, bo nie odchodzi razem z resztą z powodu tego, że jego dziadek był, powiedzmy,  łagodnym dendrofilem. Rozumiem, dane słowo to dane słowo, ale honorem można się kierować broniąc czegoś istotnego, wartościowego, czegoś, dla czego jest sens się poświęcać. Najbardziej jednak istotne jest to, że to nie honor nakazuje bohaterowi bezsensownie trwać przy dębie, lecz strach. Czysty strach wywołany czynnikami religijnymi – krasnolud zwyczajnie boi się, że go przodek nie daruje mu po śmierci: "Gdybym zrąbał chociaż jeden konar, nie mam po co umierać i pokazywać się w zaświatach.." Zatem ze strachu odrzuca to co najważniejsze, czyli rodzinę. Jeśli w ogóle może być tu mowa o honorze to chyba tylko jako o frazesie maskującym lęk. I dlatego odbierałem tekst z zainteresowaniem. Sądziłem, że celowo zastosowałaś taki zabieg, gdzie bohater, który tylko raz przyznaje się do STRACHU przed przodkiem próbuje umotywować swoje tchórzostwo i kretynizm paplaniem o danym słowie, cnocie babki, a w rzeczywistości za wszelką cenę próbuje włożyć na strach piękne wdzianko honoru. Zmarnował sobie życie z powodu tchórzostwa, które chciał w swojej głowie usprawiedliwić i uszlachetnić. Jeśli nie było to celowe zagranie Autroki, a widzę że nie, tekst wydaje mi się nieco mniej atrakcyjny, jednak tylko nieco. Pozdrawiam.

Sorry, taki mamy klimat.

Napisałem: "…ale honorem można się kierować broniąc czegoś istotnego, wartościowego, czegoś, dla czego jest sens się poświęcać."  co brzmi bezsensownie, bo sugeruje, że honor powinien sie opłacać, a nie to chciałem przekazać. Chodziło mi o to, że "honor" nakazujący np. zabijanie niemowąt, bo dało się słowo wypełnienia każdego rozkazu, honorem już nie jest. Innymi słowy honor powinien mieć umocowanie morlane i uwzgędniać ewentualne krzywdy wyrządzone innym. U bohatera Twojego opowiadanie tego nie ma, jest tylko bezsensowne trwanie w głupim uporze powodowane strachem. Przepraszam za zamieszanie, pozdrawiam.

Sorry, taki mamy klimat.

Cytować fragmentów komentarzy KaelGorana i Sethralea nie będę, wystarczy, że ogólnie zgodzę się w dwóch punktach: zmianą wizerunku krasnoluda z prymitywa na myślącego i refleksyjnego, podległego emocjom, oraz motywacją bohatera – samo danie słowa to za mało, a rzeczywistą, silniejszą motywację ukryłaś w jednym zdaniu, a i to nie całkiem wprost podaną…   Tekst między dobrym a bardzo dobrym. Apokalipsa ponownie, rzekłbym, prywatna, ale tym razem opisana i logiczna, przynajmniej moim zdaniem. Lokujesz się coraz wyżej na mojej liście "zawsze do przeczytania"…

Panowie, dziękuję za bardzo konkretne komentarze.Cieszę się z elementam zaskoczenia. Widzę, że lekko odsądzacie mojego bohatera od czci i wiary. ;-) Dla mnie honor jest bardzo ważny. Ustępuje chyba dopiero ludzkiemu życiu (czytaj: kiedy mam do wyboru ratowanie czyjegoś życia albo własnego honoru, to wybieram życie) i wszystkiemu powyżej. Okazuje się, że moja kobieca intuicja przemyciła do tekstu coś, czego nie zauważyła logika. A może to po prostu różnice interpretacyjne, do których każdy czytelnik ma niezbywalne prawo? W skrócie: na razie wydaje mi się, że nie zgadzam się z Waszymi opiniami. Ale, skoro jesteście tak jednomyślni… Nie wiem, na pewno warto się zastanowić nad Waszymi słowami. Nigdy nie próbowałam przyznawać sobie monopolu na rację. Jeszcze jakieś argumenty na usprawiedliwienie moich bohaterów: nikogo nie zabijali. Pradziadek mógł mieć jakiś powód do chronienia drzewa. A zbiorowej migracji nie mógł przewidzieć. A jego potomek… zmarnował sobie życie? Być może. Ale tylko swoje. I nie powiedziałabym, że ze strachu. Porzucił rodzinę? Oni nie mieli aż tak źle. Ludzie rozwodzą się chyba z gorszych powodów. Adamie, jak już zawędrowałam wysoko, to może jeszcze wypowiesz się o moim poprzednim długim tekście (Uczeń czarownika)? A niech tam, najwyżej napiszesz, że beznadziejne i będę musiała odrabiać pozycję.

Babska logika rządzi!

Nie napisałem, że beznadziejne. Pozycji nie tracisz…

Dobrze się czyta dobrze napisane opowiadanie. Tak było w tym przypadku.   Ludzie ślubują sobie nawzajem a potem niektórzy się rozchodzą. Krasnoludy pewnie też. Czy Twój krasnolud nie mógł wziąć rozwodu z dębem. Przecież takie trwanie przy roślinie to jakiś rodzaj florofilii. A skutkiem tego była, jak podejrzewam, choroba afektywna dwubiegunowa krasnoluda.     „Nie potrafiłbym orzec, co pozostawia gorszą pustkę w piersi”. –– Wolałabym: Nie potrafiłbym orzec, co pozostawia większą pustkę w piersi. Myślę że o przestrzeni pozbawionej czegokolwiek, trudno mówić w kategoriach lepsza – gorsza.   „We wszelkich sprawach tyczących górnictwa staje się szanowanym ekspertem”. –– Wolałabym: We wszelkich sprawach tyczących górnictwa staje się szanowanym specem/znawcą.   „…że mniej wprawne dłonie nadoiły je do dzieżki?” –– Wolałabym: …że mniej wprawne dłonie nadoiły je do skopka? Dzieża służyła do wyrabiania ciasta. Chyba że krasnoludowi było wszystko jedno, do czego doi.   „Wczoraj złapałem za kilof i machałem nim przez część dnia”. –– Może wystarczy: Wczoraj złapałem/chwyciłem kilof i machałem nim przez część dnia.   „Tak całkiem bezsensownie, łupałem zerodowane skały na wierzchu”. –– Tu mam problem: Czy 1. skały były zerodowane na wierzchu, 2. krasnolud łupał skały na wierzchu, nie włupując się głębiej, 3. krasnolud był na wierzchu i łupał. ;-) Może: Tak całkiem bezsensownie, łupałem zerodowane skały tkwiące wokół.   „Przysiągłem na cnotę prababki, że będę pilnie strzegł tego chwasta”. –– Przysiągłem na cnotę prababki, że będę pilnie strzegł tego chwastu.   Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

AdamieKB, no to nie jest źle. Mam nadzieję, że pozycję uda się utrzymać. Regulatorzy, bardzo dziękuję za pozytywną opinię i uwagi. Acz zamierzam z niektórymi polemizować. Pustka w piersi – zasadniczo masz rację. Ale w tym przypadku, ta pustka jest zła, bo bolesna. Wydaje mi się, że większa i gorsza stają się chwilowymi synonimami. Ekspert kontra spec/znawca. Po krótkim namyśle przyznaję Ci rację. Spec lepiej pasuje do bohatera. Dzieżka. Nie zgodzę się z Tobą. Specjalnie sprawdziłam w jakiejś książce na temat wyposażenia chałup (nie mam jej pod ręką, więc nie podam tytułu ani szczegółów) i dzieża służyła do wyrabiania chleba, a dzieżka do przechowywania mleka. Założyłam, że również doić do niej można. Kilof – obstawiałabym, że obie wersje są poprawne, ale Twoja bardziej elegancka. Skały na wierzchu – właściwie wszystkie odpowiedzi są poprawne. :-) Krasnolud nie zszedł do kopalni, tylko łupał skały na świeżym powietrzu (wierzchu góry). Jak to często bywa, były zerodowane. A bez sensu, bo nie szukał żyły, niczego cennego, tylko machał kilofem. Chwast – masz rację. Punkty, w których się z Tobą zgodziłam, poprawię na dysku.   Przy okazji ostrzegam czytelników, że będę rzadziej odpowiadać na komentarze. Nie wynika to z braku zainteresowania Waszymi opiniami, tylko z problemów z dostępem do internetu.

Babska logika rządzi!

Finklo, o ostatecznym kształcie swojego opowiadania decydujesz wyłącznie Ty. Moje uwagi, to tylko sugestie. Cieszę się, jeśli choćby z jednej zechcesz skorzystać. Pozdrawiam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A zechcę, zechcę. Na razie na twardym, a jak się przeniesiemy na nową stronę, to i tu. Dziękuję. Ale wydaje mi się, że jeśli już ktoś mówi "nie", to grzeczniej byłoby wyjaśnić dlaczego. :-)

Babska logika rządzi!

Finklo, zachowujesz się bardzo grzecznie. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dygnęłam. ;-)

Babska logika rządzi!

Ach, z jakim wdziękiem!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:-) I tak oto powstają Kółka Wzajemnej Adoracji…   :-)

Regulatorzy raczej nie wrzucają swoich tekstów, więc z wzajemnością mogę mieć problem. A Ty co? Zazdrosny czy też chcesz się zapisać do naszego kółeczka? ;-)

Babska logika rządzi!

:-) Czy tylko pod tekstem i z powodu tekstu można prawić sobie dusery?  :-) A zazdrosny, a jakże…  :-)

Hmmm, oczywiście, że nie tylko pod tekstem. Ale na portalu fantastyczno literackim to bardzo dobry pretekst. ;-) 99% (z dużym hakiem) użytkowników docenia ciężką i mrówczą robotę Regulatorów. A ten marginesowy ułamek promila zdaje się ostatnio został ocenzurowany. A co do zazdrości, to nie rób scen. ;-) Ciebie też bardzo szanuję. Gdyby nie zależało mi na Twojej opinii, to bym Ci nie zawracała głowy z Uczniem. Witam w TWA. ;-p

Babska logika rządzi!

:-) No dobrze, chociaż z trudem, ale powstrzymam się od scen zazdrości…  :-)   Ten marginesowy procent jest bardzo ciekawym, chociaż wkurzającym zjawiskiem. Zawsze zadaję sobie pytanie, czy to wrodzony, czy nabyty, wyuczony zespół reakcji na brak pochwał – czy po prostu jeszcze za młodzi na zrozumienie czegoś…

Uffff! ;-) Może po prostu zderzenie oczekiwań (często podbudowanych pochlebstwami rodziny i znajomych) i brutalnej rzeczywistości (czytaliśmy tu już setki podobnych opowiadań i popełniasz następujące, typowe błędy). I pierwsza, emocjonalna reakcja ma niezły promień rażenia. Potem do tych bardziej rozsądnych coś zaczyna docierać. Ale nie znam tej konkretnej sprawy, tak sobie teoretyzuję.

Babska logika rządzi!

Och!Widzę, że jestem członkinią kółka, złożonego z niezwykle zacnego gronka, a może i grona. ;-) Pozdrawiam współkółkowiczów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, nie tylko czlonkinią. Współzałożycielką! ;-) Też pozdrawiamy, nieustannie adorując. ;-)

Babska logika rządzi!

Istotnie, mogę się tak poczuć. Pozdrawiam z należną estymą. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:-)

Babska logika rządzi!

Proponuję obwołać regulatorów prezeską honorową.  { :-) } 

O! A na cóż takie formalności?! Traktujmy rzecz z właściwym nam humorem, i już. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobra. No to Regulatorzy mają mój głos na prezeskę humorową. ;-)

Babska logika rządzi!

Mój też, bo takiej prezesury – humorowej – nigdzie na świecie jeszcze nie ma.   Czy to można zgłosić do Księgi Guinesa, do działu odkryć i wynalazków?   :-)

A zgłaszaj! Może im się spodoba. ;-)

Babska logika rządzi!

Matko jedyna, co tu się wyrabia? W zaciszu Samotności trwają jakieś zakulisowe rozmowy? Wielce podejrzanie to wygląda. Mimo że podejrzeć nie sposób, to wszystko jest do wglądu. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, sama chciałaś właściwego nam humoru. To teraz się nie dziw. ;-) AdamieKB, może jeszcze podeślij kopię zgłoszenia do Brukseli? Będzie przyczynek do rozwoju biurokracji… ;-)

Babska logika rządzi!

:-) Do Brukseli? Mowy nie ma. Zawłaszczą Twój genialny pomysł i nawet centa nie zapłacą, aroganccy dusigrosze.  :-)

Naprawdę chcecie dokądś wysłać kopie? Przecież one od dawna są kruszone. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

W porządku. Adam, przekonałeś mnie. Na razie niech sobie Regulatorzy humorowo poprezesuje, a dopiero za jakiś czas ogłosimy o naszym doniosłym odkryciu. I zatrudnimy się jako jedyni na świecie eksperci z bogatym doświadzczeniem w tym temacie. Pani prezes, a chodzi o to, że pokruszone kopie nie stanowią zagrożenia i można je wysłać zwyczajną pocztą czy, że nie spełniają którejś tam niezmiernie istotnej dyrektywy dotyczącej kształtu kopii?

Babska logika rządzi!

Kopie kruszy się cięgiem, o wszystko. Są potem pokruszone i skruszone. Pokruszone giną w pomroce dziejów, rozwiane wiatrem historii. Skruszone, z trudem, można jeszcze naprawić. ;-) Tylko po co komu takie drugie egzemplarze po renowacji, kiedy możemy napisać sobie pierwsze, całkiem nowe. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Lepiej pisać coś całkiem nowego niż powielać starocie. ;-)

Babska logika rządzi!

Przeczytałam. Ale nie trafiło do mnie.   Tekst przeczytałam gładko, bez problemów, nie kupiłam go jednak. Nie kupiłam powodu, dla którego krasnolud został w opuszczonej kopalni, a to rzutuje na odbiór całego tekstu. Zdecydowanie za słaba motywacja. Nie kupiłam też zachowania rodziny krasnoluda – ot tak sobie poszli i nawet nie próbowali go przekonywać? Żona na niego nie nawrzeszczała, synowie nie prosili? Drzewo to za mało, o wiele za mało, moim zdaniem.   Końcówka, w zestawieniu z tym, że nie kupiłam początku, również wypaðla mi blado, tym bardziej, że podkreśla, że najwyraźniej krasnoludy mają tradycję gdzieś.   Niestety, tworzenie poprawnych, gładko wchodzących zdań i skupienie się na emocjach bohatera to w tym przypadku za mało.   Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki za komentarz. Hmmm, nikt nie kupuje tego dębu. Może by tak w ramach zemsty/rehabilitacji napisać coś o klątwie w korzeniach?

Babska logika rządzi!

Ja kupuję dąb! A to, że krasnolud nie opisał piekła, które urządziła mu małżonka, nie znaczy jeszcze, że rodzinka tak łatwo odpuściła, według mnie. Ale cóż zrobić, kiedy mąż (i ojciec) nieugięty?

Dzięki, Jeralniance. :-) Zgadza się – w końcu opowiadanie zaczyna się, kiedy rodzina już wybyła. Ale pomysł na klątwę już mam. Tylko wygląda na trochę za długi, żeby tu wrzucić. Zobaczymy.

Babska logika rządzi!

Przeczytałem. Nie spodobało się. Motywacja bohatera do tego, by zostać samemu, z dala od rodziny i całego klanu wprawiła mnie wręcz w osłupienie, tak bardzo wydała mi się nieprawdopodobna. I dalej opowiadanie już chyba nie mogło mi się podobać. Napisane jest językiem łatwym, szybko się czyta, ale nie potrafiło we mnie wzbudzić emocji. Nie czułem samotności bohatera, a poszczególne etapy jego przeżyć jakoś nie potrafiły mnie poruszyć. Przeszedłem przez opowiadanie, odbierając postać jako sztuczną – może dlatego, że narzekanie na rodzinę, która go zostawiła, dlatego, że został pilnować dębu wydało mi się w pewien sposób komiczne. Fragmenty, które się udały, to te opisujące codzienne czynności i zniechęcenie do życia – tego, moim zdaniem, powinno być więcej. Zakończenie pogrzebało resztki przypuszczeń co do tego, że może ten dąb był w jakiś sposób wyjątkowy – prawnuk olał go równo. Tym mniej sensu przedstawia dla mnie decyzja krasnoluda i tym gorzej odbieram Twój tekst.   A to, że krasnolud nie opisał piekła, które urządziła mu małżonka, nie znaczy jeszcze, że rodzinka tak łatwo odpuściła, według mnie. Domysły, domysły. Albo musimy być o tym poinformowani, albo jakieś poszlaki muszą nas przekonywać, że rodzinka nie opuściła go tak łatwo. Tymczasem z tego, co mówi krasnolud można odnieść wrażenie, że zwyczajnie sobie poszli, bez mrugnięcia okiem zostawili go przy jakiejś opuszczonej kopalni i powędrowali nie wiadomo gdzie.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Aha, niemal zapomniałem. Pozdrawiam wesołe TWA :)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

No dobra. Czytelnicy już mnie przekonali, że motywację położyłam. Dzięki za komentarz i pozdrowienia. My również pozdrawiamy. :-)

Babska logika rządzi!

My, Finkla, z Bożej Łaski Królowa TWA… ; )

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Nasze TWA nie jest monarchią. Demokratycznie wybraliśmy sobie prezeskę. Pozwoliłam sobie pozdrowić Cię w imieniu całego TWA. Mam nadzieję, że pozostali nie mają nic przeciwko temu. A nawet jeśli mają, to przecież nie ochrzanią. ;-)

Babska logika rządzi!

Niestety, muszę dołączyć do czytelników, którym opowiadanie nie przypadło do gustu. Przyznam, że trochę się nudziłem podczas lektury. Oczekiwałem też ciekawszego zakończenia, lecz nic takiego nie nastąpiło.   Pozdrawiam

Mastiff

Dobra, przyjęłam do wiadomości. Dziękuję za komentarz.

Babska logika rządzi!

Do wykonania zastrzeżeń nie mam, czytało się dobrze, ale podobnie jak innych czytelników, nie wzbudziło we mnie większego zainteresowania.  Chociaż myślę, że nie można opowiadaniu odmówić pewnego charakteru, to niestety ogólne wrażenie pozostaje raczej średnie. Pozdrawiam.

Dziękuję za opinię.

Babska logika rządzi!

Dobrze napisane, ale zbyt nostalgiczne jak dla mnie. Podejrzewam, że wielu dzisiejszych emigrantów odnajdzie w tym opowiadaniu siebie – tęsknota do rodziny.

Hmmm, o tym nie pomyślałam, ale pewnie coś podobnego przeżywają. Dzięki. :-)

Babska logika rządzi!

Cóż – mnie, niestety, tekst nie kupił ; ) Gdzieś pod skórą czuję, że osobowość innej rasy powinna znacznie różnić się od ludzkiej. Bohater jest chyba zbyt ludzki, co widać na przykładzie podejścia do tej przysięgi. Forma pamiętnika jest nieco nużąca; może gdyby coś konkretnego tam się wydarzyło.

I po co to było?

Krasnoludy i elfy stworzyliśmy na swoje podobieństwo. ;-) Ale trochę racji możesz mieć. Dzięki za komentarz. :-)

Babska logika rządzi!

Ja od siebie dodam, że podoba mi się nietuzinkowe wykorzystanie kompozycji klasycznego fantasy, którego raczej nie trawię, ale okazuje się, że podane w odpowiedni sposób może spodobać się nawet mnie. O ile doceniam pomysł, o tyle muszę przyznać, że nie jest to rodzaj literatury, jaki chciałbym czytać, głównie ze względu na nikłe stężenie akcji. Ja po protu lubię, gdy rzeczy się dzieją, więc trochę się tu wynudziłem.

Fajnie, że chociaż trochę się spodobało. Dziękuję za komentarz. :-)

Babska logika rządzi!

Ładnie zarysowałaś bohatera – samotnego krasnoluda. Weszłaś w jego psychikę, uczyniłaś czytelnikowi bliskim.Podoba mi się też to, w jaki sposób zarysowałaś cechy samej rasy.

Niestety sama historia do mnie nie przemawia. Wydaje się taka płytka, nijaka. A może po prostu ginie w blasku wspaniale zarysowanej postaci krasnoluda?

 

3/6.

http://wachlarzemoaloes.blogspot.in - mój blog o fantasy i science-fiction. :D

Dzięki. :-)

To stary tekst, jeszcze wielu rzeczy wtedy nie umiałam. Fabuła jest bardzo słaba, pewnie wiele rzeczy naciąganych, cała para poszła w pokazanie odczuć krasnoluda.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka