- Opowiadanie: surfaceofthesun - Rzeczy, które dzieją się w ciszy po burzy

Rzeczy, które dzieją się w ciszy po burzy

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Rzeczy, które dzieją się w ciszy po burzy

„Jung mówił przecież o wspólnej podświadomości, porównując ją do morza, w którym wszyscy pływamy. Może każdy umierający umysł wytwarza na powierzchni tego morza fale, które wyczuwają wszyscy, zwłaszcza najbliżsi."

 

 

 

Graham Masterton

 

 

 

PROLOG

 

Bardzo długo byli przekonani, że – gdy tylko wkraczają w ten świat pełen różnych odcieni czerni, granatów i zakurzonych bieli – postępują ostrożnie i rozsądnie.

 

To przekonanie – zbudowane z prostych klocków dziecięcej naiwności – było równie fałszywe, co fałszywy śnieg w szklanej kuli, którą jeden z chłopców dostał od babci na Wielkanoc (Babcia z wiekiem robiła się coraz dziwniejsza, o wielu rzeczach nie pamiętała – na przykład, żeby się umyć – a czasem, to wprost nie do uwierzenia, mówiła bardzo brzydkie wyrazy).

 

Prezent – podobnie, jak ich wiara we własne siły i brak lęku – roztrzaskał się na drobne kawałki pewnej dość ciepłej jesieni; liście płonęły w koronach drzew niemal wyłącznie intensywną żółcią i agresywną czerwienią, a słońce bardzo długo chroniło przed przywdziewaniem cieplejszych kurtek, czy choćby nawet szalików.

W połowie października okazało się nagle, że nie tylko nie ma co spodziewać się w tym roku srogiej zimy, ale – ta informacja była dużo, dużo ważniejsza, choć tylko dla chłopców – przede wszystkim okazało się, że w snach co prawda nie można umrzeć, ale można w nich spotkać koszmary; przypominają szczury i karaluchy, bo gdy w końcu wylezą ze swoich nor i najczarniejszych, zasmrodzonych zakamarków – cóż, wtedy nie można się ich już pozbyć.

 

 

 

I

 

Ludzie zwykli mawiać: takich dni nie da się zapomnieć, choć tak naprawdę chyba nikt w to nie wierzył – dobre dni przypominają poranną leśną mgłę zaplątaną wśród brutalnych spalin: wystarczy chwila, by rozpłynęła się bez śladu. Nie wystarczało też zupełnie inne – rześkie, orzeźwiające, jakby młodsze – powietrze, pojawiające się po każdej letniej burzy. A przecież, przynajmniej na chwilę, zdzierało ze świata brzydką, dawno niepraną kurtynę; ciężką miastami pełnymi strzelistych – przez to drapieżnych i agresywnych – budynków, zarażoną całym mnóstwem chorób – swoje istnienie zawdzięczały chaotycznej, zachłannej cywilizacji rozlewającej się po ziemi; łapczywy, wciąż nienasycony nowotwór.

 

Gdy krople nie atakowały już z chmur, a jedynie spływały bezsilnie po ziemi, niebo zamieniało poszarzały błękit na lśniący lazur zaginionego morza z samego krańca świata. Śpiew ptaków rozbrzmiewał czyściej, a mała dziewczynka, która wypuściła z rączki swój czerwony balonik ( bo musiała szybko schylić się po przepyszną watę cukrową – spadła jej na ziemię; mama akurat była odwrócona, mama nie pozwoliłaby takiej zjeść) wcale z tego powodu nie zapłakała. Odprowadzała go zaciekawionym spojrzeniem, gdy spokojnie wędrował po nieboskłonie i wyobrażała sobie, że leci odwiedzić rodzinę i przyjaciół – na pewno wszyscy bardzo się ucieszą i będą bardzo szczęśliwi.

Zaśmiała się. Śpiew ptaków.

 

To dobry, spokojny dzień i kto wie, może chociaż ona właśnie tak go zapamięta. Może za dwadzieścia lat będzie gdzieś daleko stąd i jakaś inna mała dziewczynka wypuści inny, choć taki sam czerwony balonik, i wtedy ta duża dziewczynka przypomni sobie wszystko – całą beztroskę czasów, gdy problemy nie zdawały się większe niż wata cukrowa nietrwale zlepiona z chodnikiem.

 

Tak pomyślał mężczyzna siedzący nieopodal, przy kamiennym stoliku z blatem w szachownicę (szczerze wątpił, czy kiedykolwiek została tu rozegrana jakakolwiek partia; rolę pionków najpewniej spełniały kartony podłego wina i butelki wódki). Delektował się dniem. Sycił powietrzem nasyconym ozonem, przymykał oczy i odwracał głowę w stronę słońca. Na sekundę zapominał nawet po co tu przyszedł – przeklęte sekundy, dlaczego muszą być tak krótkie?

Zamrugał, prawie wybudzony z prawie snu. Przypomniał sobie. Czekał.

 

Kurtyna powoli wracała na miejsce.

 

 

– Dzień dobry! – Głos, który rozległ się niemal tuż przy uchu mężczyzny był nieprzyjemnie piskliwy.

Koło niego stała dziewczynka w czerwonej sukience.

– Hej, dzień dobry – Wysilił się na uśmiech, przyszło mu to łatwo; nawet zaskakująco łatwo.

– Czy lubi pan śpiewać? – zapytała nagle.

– Ja? No nie wiem… Nie mam do tego głosu – Podrapał się po czubku czaszki, zawsze tak robił, gdy coś wprawiało go w zakłopotanie.

– Nieprawda! – Dziewczynka pogroziła mu palcem podobnie do nauczycielki karcącej niesfornego ucznia – Ja znam taką jedną super piosenkę!

 

I zaczęła gwizdać

(śpiew ptaków? nie, z ptaków już dawno zostały szkielety. ),

bardzo nieczysto, fałszując. To wystarczyło. Dźwięki też przecież potrafią przybrać kształty, o których tak bardzo chcielibyśmy zapomnieć; mimo wszystko mężczyzna nie ruszał się z miejsca. Nawet nie próbował, był przekonany, że – przynajmniej na razie – nie zdołałby się podnieść i uciec.

– Skąd… Skąd wiesz? – wyjąkał w końcu, ale przecież doskonale zdawał sobie sprawę, jaką usłyszy odpowiedź. I doskonale zdawał sobie sprawę, że wcale mu się ona nie spodoba.

Takich dni nie da się zapomnieć – złe dni przypominają rzęsy w kącikach oczu i drzazgi pod paznokciami.

 

 

Kobieta ucinała sobie ostatnio drzemki dużo częściej niż miała to w zwyczaju. Pewnie przez pogodę; to świeciło słońce, to znów zacinał nieprzyjemny deszcz o ostrych, kłujących kroplach – pieprzona jesień, stara, rozhisteryzowana baba, narzekał wtedy jej mąż, a kobieta zawsze chichotała. Nawet nie dlatego, że tak bardzo ją to bawiło, ale dlatego że jej ukochany bywał coraz bardziej milczący, zamknięty w sobie, nieobecny.

 

Teraz spała. W końcu spokojnie, w końcu bez żadnych snów – od miesiąca ciągle dręczyły ją koszmary wypełnione wzburzonym morzem, zbyt czarnym, by pływać w nim bez lęku. Kto wie, może lepiej nie wiedzieć, jakie wraki kryje dno, pocieszała się czasem, gdy nie mogła zasnąć koło trzeciej, czwartej nad ranem i po prostu leżała. Coraz częstsze drzemki zdawały się być zatem niewdzięczną sumą bezsenności i codziennych trosk, i tylko ktoś wyjątkowo złośliwy mógłby zasugerować, że przecież nikt z nas nie robi się młodszy.

 

Ktoś wyjątkowo złośliwy mógłby też zasugerować, że z wiekiem psuje się też słuch i dlatego tego nie usłyszy; do mieszkania wejdzie mężczyzna – wyglądający na zamyślonego, choć oczy ma puste i w pustkę pewnie patrzą – podejdzie do jej fotela, zajmie mu to sporo czasu. Przecież utyka, lewą nogę ciągnie za sobą.

Na dworze znów zacznie padać i to właśnie mokre, zimne krople obudzą kobietę – te same krople, na które tak strasznie narzeka.

– Hej, kocie, gdzie byłeś? – zapyta i zacznie ziewać, zakrywając sobie przy tym dłonią usta.

 

Mężczyzna pochyli się nad nią, niczym do pocałunku, ale to nie będzie zwykły pocałunek; to kłykcie zamienią się w usta, cała pięść w twarz kochanka. Kobieta nie krzyknie, będzie dusić się zaskoczeniem i krwią, i nie będzie wiedziała, co jest gorsze. Jakiś głos, w głowie lub sercu, podpowie: uciekaj, uciekaj, on się zmienił, tak, tak bardzo się zmienił, wiedziałaś o tym, widziałaś, nie chciałaś przyznać. Nie zdąży mu odpowiedzieć, zemdleje, bo czułościom nie będzie końca.

Kurtyna na powrót opadnie, błękit, przestraszony, skryje się w codziennej bezbarwności, czerwony balonik zawadzi o wystającą gałąź pozbawioną liści i krzyknie krótko, głucho, pęknie – kto by pomyślał, kości oczodołów pękają TAK łatwo?

 

 

 

II

 

Podobne przypadki zdarzały się nieregularnie, rzadko (coraz rzadziej, wkrótce pewnie nie będzie ich wcale), a mimo to ludzie i tak zawsze starali się znaleźć racjonalne rozwiązanie – zupełnie jakby wiara w coś poza nauką i technologią mogła zaprowadzić ich nad bezdenną ponurą przepaść i tam – chytrze i zdradziecko – pchnąć w nią z całych sił. A gdy takiego bardzo rozsądnego – nieważnego, że nie do końca przemyślanego – rozwiązania brakowało? Cóż, wtedy najłatwiej wszystko zignorować.

 

Matka zatem ignorowała nietypowe zdarzenia które stawały się udziałem jej chłopców – najpewniej robiła to podświadomie, najpewniej kierował nią matczyny instynkt. Przecież, jeśli coś rzeczywiście było z nimi nie tak – mogłoby to ich zepchnąć na margines, naznaczyć – dziwolągi, odmieńcy. Pokrętna logika – lub zwykły mechanizm obronny – podpowiadał jej: skoro ona, matka, nie zauważa nic podejrzanego, to tym bardziej nie zauważą tego obcy ludzie.

 

I tak istotnie się stało, choć chyba tylko dlatego, że zdarzeń (Broń Boże nazwać je anomaliami, czy jakimś innym cudacznym słowem!) nie zwiastowały burze, nagłe zaćmienia słońca, czy woda przemieniająca się w krew. Wszystko rozwijało się subtelne, dorastało równolegle z nimi: na przykład te delikatne wyładowania elektryczne wywołane dotykiem, gdy – w żartach, rzadziej zupełnie poważnie – walczyli w domu, na podwórku, w lesie (raczej lasku, ale na zawsze zapamiętali LAS, ogromną puszczę pełną smoków i trójgłowych psów). Tak, przytrafiały się zdecydowanie częściej niż innym ludziom, zdecydowanie zbyt często, by uznać je za kompletny przypadek.

 

No i nigdy nie grali w chowanego – próbowali, owszem, ale zabawa kończyła się szybko, gdy jeden z nich szedł pewnym krokiem prosto do kryjówki drugiego; trochę tak, jakby ktoś ciągle prowadził ich za ręce, albo splótł dusze w nieskończenie elastyczną, niewidzialną nić współczesnej Ariadny.

 

To ich śmieszyło, ale najważniejsze… Najważniejsze, że w nocy nigdy nie byli sami. Pewnie, spali w osobnych pokojach, ale nawet spanie w jednym pokoju nie pomaga, jeśli senne marzenie powoli przemienia się w koszmar. Maurycy zawsze wyczuwał mrok duszący sny Damiana i tak samo Damian wyczuwał krwawiące sny Maurycego, gdy rozszarpywały je koszmary o długich pazurach.

Nie inaczej było tamtej nocy, podle ciepłej. Podle, bo w ciepłe noce nie powinny śnić się (ani tym bardziej zdarzać, przede wszystkim zdarzać) straszne rzeczy.

 

Na przykład śmierć Śliwki.

 

 

 

III

 

Musieli zrobić mu pranie mózgu, może nawet coś jeszcze gorszego.

Czuł się jak w klatce, ale nigdy by się do tego nie przyznał, ba, wolał tak nie myśleć – klatka kojarzyła mu się z prętami, te z chłodem, chłód z zimą, jedyną porą roku, której szczerze nienawidził. Zima kończy rok, kończy wszystko, zima to śmierć.

 

Ille już tu siedział? Nie potrafiłby powiedzieć – drzwi zamknięte na amen, parszywa pogoda nie pozwalała odróżnić pochmurnych poranków od nieprzyjemnych, coraz szybciej zapadających wieczorów. Znaleźć siedem różnic między dwoma obrazkami? Dobre sobie. Nie pozwalali mu też opuszczać pokoju, samo zaś pomieszczenie wypełnili dziwnymi przedmiotami – nie potrafił ich nawet nazwać.

Młody mężczyzna o bladoniebieskich oczach – który zachowywał się jakby go doskonale, od lat, znał, choć, co dziwne, nie nawiązywał kontaktu wzrokowego – pojawił się zaledwie raz, z posiłkiem ciepłym ale zupełnie pozbawionym smaku; z drugiej strony, kto go tam wie, może mężczyzna był duchem. Może on sam już nie żyje? Może właśnie jest w piekle – w sumie taka nieskończona, zwykła i zupełnie pusta egzystencja w niemal zupełnie pustym pokoju też jest torturą. Ile to już ludzi zabiło się, gdy nie potrafili odnaleźć własnego celu. A jeśli mnie też chcą tak wykończyć, pomyślał i usiadł na łóżku, na chwilę. Coś zaskrzypiało. Jednym susem znalazł się przy drzwiach – przez szparę pod nimi przepełzły, jak małe insekty, ciche słowa z rozmowy toczonej na korytarzu

 

– Czy to nie…

Jękliwe pochlipywanie, kobiece. Żałosne.

– Bardzo dziwne, prawda, ale w końcu to…

Odchrząknięcie, męskie, starające się brzmieć rozpaczliwie stanowczo, przez to – komicznie.

– Czasem postępuje błyskawicznie…

– Nic nie mogliśmy zrobić…

– To taka choroba… Czasem przejawia się agresywnym zachowaniem, nic już nie możemy poradzić.

– Nie możemy go tam zawieźć.

– Czasem…

– Przecież nie zawieziemy go…

– …do Estery… Będzie po prostu w tym samym – mężczyzna zawahał się – miejscu. Znam właścicielkę, Ewę, odziedziczyła klinikę całkiem niedawno po swoim ojcu. W porządku babka…

 

Estera. Dlatego się tu znalazł, przez nią się tu znalazł – gdziekolwiek była, musiał ją odnaleźć. I broń Boże, by Maurycy dotarł do niej pierwszy.

 

 

Właśnie tak musieli czuć się bokserzy wagi ciężkiej, gdy próbowali podnieść się po nokautującym ciosie. Maurycemu plątały się nogi, myśli – a raczej ich resztki, skrawki – przypominały zakrzepy krwi. No i przed oczami miał wyłącznie ciemność – ale to akurat ani go nie zdziwiło, ani nie przeraziło; z wizytami w PrawieŚnie było, jak z jazdą na rowerze. Można nie jeździć latami, ale co z tego, przecież rower zawsze będzie taki sam, nie zmieni się.

 

I PrawieSen istniał absolutnym granitem, odpornym na wszystko i w przeciwieństwie do ludzi, zwierząt, właściwie wszystkiego co żyje, starzeje się i – najczęściej samotnie – umiera, tu nic się nie zmieniało. Maurycy stał pośrodku czerni. Wokół zionęła pustka – a przynajmniej tak wydawało się na pierwszy rzut oka. Bo – gdy wzrok powoli przyzwyczajał się do panującej wokół ciemności – można było w końcu wyłowić kształty; czarne, czarno-granatowe, rzadziej, choć i takie się zdarzały, szare fale. Fale nadciągające to z lewej, to z prawej – w PrawieŚnie nie rządziła fizyka, czas; istniał jedynie ten nieskończony ocean. No i drzewa; pnie biegły gdzieś wysoko w górę, emanując delikatnym światłem; te mniejsze, chudsze – czystym, białym, większe przyoblekały się w szarości. Czasem ich korzenie (choć kto wie, czym były naprawdę) rozrastały się na tyle, by stworzyć małe wyspy, dryfując donikąd. Parę razy w owej światłości tych organicznych słupów, Maurycy dostrzegał gwałtowny ruch – coś chciało się stamtąd wydostać; ćma uwięziona w kloszu lampy. Parę razy widział też fale, które dosłownie w sekundę z małych stawały się olbrzymami i wściekle atakowały wyspy, atakowały tak długo aż te znikły. Przez chwilę pozostawał po nich ślad w postaci świecących drobinek światła, pulsujących gwałtownie – jakby żyły, śmiertelnie przerażone – lecz umierały, ginęły zbyt szybko, by można przyjrzeć im się z bliska. Było w tym coś pięknego i smutnego zarazem, przypominało taniec skazanych na wymarcie świetlików, i Maurycy często plątał się po PrawieŚnie tak długo aż znów dostrzegł to zjawisko.

 

Podczas jednej z takich poszukiwaniowędrówek (Zupełnie sam wymyślił to słowo, jakaż duma go rozpierała!) – szum fal zamienił się w słowa. Maurycy przystanął wtedy zdumiony, ale nie pomylił się. Naprawdę ktoś mówił – trochę strasznie, gdy ludzki głos dobiega zewsząd, a gdy zewsząd jest jedynie czarne, wtedy naprawdę robi się groźnie. Ale nasłuchiwał.

 

Brzmiało to wszystko podobnie do pełnych trzasków i zakłóceń audycji odbieranych tak przez stare, zmęczone radia. Głosy mężczyzn, kobiet, dzieci – zdenerwowanych, smutnych, szczęśliwych i przerażonych. Niekiedy jazgot zdawał się nie do wytrzymania, czasem zapadał spokój, krzyk rozpływał się w szept.

(wtedy naprawdę robi się groźnie)

Ciche głosy zdawały się zakradać do uszu; mówiły rzeczy najgorsze, takie których nikt nie chce słyszeć.

(przyszedł w nocy. Bolało. Przypaliła, dlaczego przypaliła mi powiekę, nie kocha mnie, zamyka w piwnicy, czy się wstydzi?)

 

Minęło sporo czasu, ale w końcu się do nich przyzwyczaił, bo przecież człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego. PrawieSen można zatem poznać, przyzwyczaić się do niego, ale nie sposób oswoić. Obcowanie z nim przypomina zabawę z tygrysem, cały czas trzeba być czujnym; skoncentruj się na czymś co znasz, na czymś rytmicznym, zajmij czymś umysł, czymś analitycznym , żeby nie było już miejsca na strach, mawiał Damian. Cholera, miał rację. Co to on wymyślił? A tak, piosenkę. Starą, śmiali się z tego pana o dziwnym głosie. Maurycy wziął głęboki oddech i cicho zaczął recytować:

– Jedną mam prośbę, może ostatnią…

Wysunął nogę przed siebie, postawił ją na czymś, co w świecie można by nazwać wodą.

– Pierwszą od wielu lat…

Dostawił drugą – fale dźwięków rozbijały się dookoła, pod stopami tworzył się wiry – z wnętrza dobiegały głosy, stapiały się ze sobą, niezrozumiałe, a przez to jeszcze smutniejsze, żałosne i złe; dusze próbujące przekrzyczeć się w piekle.

Zaczął iść, chybotliwy krok za krokiem, po wodzie – w koślawej parodii Chrystusa. Koncentrował się na Esterze – wkrótce powinien usłyszeć echo jej myśli. Wkrótce wszystko powinno się uspokoić, powstanie ścieżka, którą dojdzie do celu, ścieżka, z której nie wolno mu zejść.

 

Tylko pamiętaj, nie schodź ze szlaku, Czerwony Kapturku.

 

W PrawieŚnie nie można napotkać Złego Wilka, ale w lesie pełnym świetlistych drzew kryły się Wraki.

 

 

 

IV

 

Jesień była zupełnie bez sensu.

Śnieg jesienią to głupota: śnieżki lepiły się słabo, właściwie samo błoto, trochę ziemi i lodu: kulka wyglądała paskudnie, niczym zarażona obrzydliwą chorobą. Słońce w ogóle nie grzało i nawet jeśli grało się w piłkę to krótko, bo trzeba zakładać bluzy, a wcześniej, czy później i tak ktoś lądował w zimnej kałuży.

Jesień była zupełnie bez sensu, a dwa tygodnie po swoich urodzinach, w połowie października chłopcy nie tylko przestali ją lubić, ale wręcz znienawidzili. Na zawsze.

 

Ludzie tak robią, gdy coś kojarzy im się z cierpieniem tych, na których im zależy.

 

 

Tego dnia Maurycy i Damian poszli spać wyjątkowo wcześnie, zasnęli nawet dokładnie o tej samej porze, co rodzice uznali za wprost rozbrajające. Nie musieli nawet zapalać lampek nocnych, po raz pierwszy od kiedy je kupili; ale to nie dlatego sen Maurycego okazał się ciemny i straszny.

 

Szedł pustym korytarzem o ścianach ginących w mroku – przez rozbite, zamieszczone wysoko okna, przedzierały się plamy światła, ale zdawało się śledzić wyłącznie Maurycego; punktowy reflektor wyszukujący uciekinierów w obozie koncentracyjnym. Płatki śniegu krążyły wysoko nad jego głową, przypominając ptaki pozbawione dziobów, skrzydeł, piór – latały w kluczach, tworząc dziwaczne figury. A Maurycy szedł przed siebie, w samych tylko spodenkach, prawie nagi, zawstydzony i na równi zafascynowany, co przestraszony.

– Damian powinien tu być – powtarzał, a sylaby opuszczające jego usta zamieniały się w okrągłe, czarne bańki, szybko pękały, a ich resztki rozwijały się w nitki, niczym babie lato stworzone przez diabła.

 

Damiana nie było we śnie, nie było też tuż obok. Spali w osobnych pokojach, bo rodzice uważali, że mimo iż byli bliźniakami, to każdy powinien mieć trochę czasu dla siebie. Jeśli pioruny waliły zbyt mocno, to pewnie, zdarzało się – jeden zakradał się do drugiego, zapalali latarkę i czytali komiksy – czasem obserwowali ich wtedy rodzice, obserwowali – pełni miłości – dwa cienie skryte pod kołdrą. Damian z Maurycym nawet nie musieli ze sobą rozmawiać, czasem wystarczyło jedno spojrzenie, by zacząć śmiać się do rozpuku. Czasem, by zacząć płakać. A czasem, by jeden uratował drugiego przed koszmarem, choćby ten koszmar był jedynie urojeniem.

Prawie urojeniem.

 

Księżyc się rozdwoił. Jego poszarpane połówki sunęły teraz z obu stron okien, niczym upiorne oczy, jakiegoś ogromnego, prehistorycznego stworzenia. Ściany pokrywał szron. Wszędzie rozlewały się kałuże, wartkimi strumieniami, ich źródło biło znikąd – wody pojawiało się coraz więcej. Uderzały pierwsze fale. Jeszcze małe. Jeszcze młode, łagodne, pozbawione agresji. A w końcu pojawiły się głosy, szepty dobiegające wprost z malutkich wirów wokół kostek Maurycego.

– Kto… Kto tam jest? – wyszeptał.

Wtedy, zamiast odpowiedzi, na spokojnej tafli wody, pojawiło się wybrzuszenie i coś zaczęło się wyłaniać – coś chudego, przypominajacego człowieka o cienkiej niezdrowo wyglądającej skórze na plecach; przebijały przez nią kręgi, przypominały teraz zęby, jakby coś próbowało wygryźć sobie drogę od środka.

 

Maurycy – ten prawdziwy Maurycy w tym prawdziwym świecie – krzyknął, a Damian go usłyszał. Wstał i – choć oczy miał zamknięte, lunatykował – ominął łóżko, otworzył drzwi, zatrzymał się na chwilę na korytarzu, czuwając.

 

Ale tu nic się nie działo. Tu, poza Snem, świecił zwykły, pojedynczy księżyc, upiornych, żywych płatków śniegu nie było w ogóle. Tu, poza Snem, Maurycy przewracał się z boku na bok, twarz lśniła mu potem, ramiona miał pokryte gęsią skórką. Damian o zamkniętych oczach stanął przy Maurycym skulonym w kłębek i złapał go za rękę; i właśnie tak, bez magii, zaklęć, czegokolwiek, przeniósł się do jego snu.

(spójrz, to zaledwie dotyk, a ile znaczy)

Niewyraźna sylwetka Damiana zamigotała w najdalszym rogu hali, przyciągając wzrok Maurycego.

– Hej! – pomachał do niego – Pomóż mi!

Damian popędził przed siebie i choć tonął po kolana w smole, tej która zawsze pęta nogi w snach – biegł szybko aż refleksy światła błyskające dookoła zdawały się rozciągać w jarzące się bielą smugi. Nagle coś zatrzęsło całym budynkiem, bliźniacy zachwiali się i przewrócili. Dach rozmył się w nicości. Maurycy podczołgał się do Damiana i przytulił do niego, mocno. Szczękał zębami i z zimna, i z przerażenia.

 

Przed nimi stanęła postać z wiru – naga, wysoka, chuda. Pozbawiona oczu, w ich miejscu skóra zasklepiła się jak u oślepionych, zupełnie białych, ogromnych szczurów żyjących i gnijących w kanałach, gdzie ludzie boją się zaglądać. Za to miała zęby, o tak zębów miała dużo – tak przynajmniej się wydawało, gdy pochyliła swoją czaszkę i ta znalazła się zaraz przy twarzy Damiana. Upiór – choć tak naprawdę Wrak, ale tego chłopcy jeszcze nie wiedzieli – wyglądał na uśmiechniętego, niemal radosnego. Usta biegły aż do końca żuchwy, a szczęka kołysała się bezwładnie, niczym złamana, niczym huśtawka kołysana już tylko wiatrem, huśtawka stojąca przed domem, w którym umarło pierworodne dziecko. Widać było wszystkie zęby, łącznie z wrzynającymi się w dziąsła ósemkami – krew sączyła się ciągle, skapywała ze spierzchniętej, pokrytej strupami wargi. I cały czas napinały się żyły na szyi, cały czas, jakby potwór krzyczał, cały czas, cały czas. Pulsowały. Hipnotyzowały i Maurycy pewnie nie oderwałby wzroku, gdyby nie Damian, który nagle boleśnie uszczypnął go w ucho – gdy już przykuł jego uwagę, wskazał tylko, bez żadnego zbędnego słowa, na ręce upiora; trzymał Śliwkę, ich kotkę.

 

Z pyszczka wystawał język – jego koniuszek ginął w wodzie, może chciała się napić, ale przecież nie żyła, musiała nie żyć, bo miała skręcony kark. Mała główka była obrócona o sto osiemdziesiąt stopni, Damianowi przeszło przez myśl: kości musiały strasznie chrupnąć, na pewno straszny dźwięk.

 

I nagle Śliwka uchyliła pyszczek, a właściwie otwarła go szeroko, bardzo szeroko, aż w końcu nie wytrzymała skóra i futro; rozerwały się, czarna krew popłynęła do czarnej wody. Śliwka zamiauczała. Tak bardzo głośno i tak bardzo rozpaczliwie, że Maurycy przebudził się ze snu (uciekł), zamrugał oczami i ze zdumieniem spojrzał na Damiana – wciąż, jak we śnie, trzymali się za ręce.

– Boję się.

– Ja też. Myślisz… Myślisz, że ze Śliwką wszystko w porządku?

Maurycy nie odpowiedział. Przez chwilę jeszcze siedział na łóżku, czekając aż uspokoi mu się oddech.

– Chodźmy jej poszukać – Zdecydował w końcu.

 

Gdy schodzili, chłodny błękit pierwszego brzasku zaczaił się już za oknami. A w tym brzasku, zupełnie spokojnie, już zupełnie spokojnie, leżała Śliwka. Zawisła w na wpół otwartych drzwiach balkonowych; oczy zmatowiały, wokół unosił się nieprzyjemny smród zaschniętego moczu, a tylnie łapy przypominały powykręcane konary starego, choć drobnego drzewa.

 

Rodziców potrafi obudzić najcichszy płacz – otworzyli oczy, gdy tylko słony smutek chłopców zmoczył sztywne, cuchnące futerko ich ukochanego zwierzęcia.

– Śliwka, Śliwka, Śliwka – powtarzali chłopcy i tulili kotkę do siebie.

Poranek zamieniał się w dzień, całkiem ciepły, jak na jesień, i było to strasznie niesprawiedliwe, bo Śliwka robiła się już tylko coraz zimniejsza i zimniejsza.

 

 

 

V

 

Kobieta nazywała się Anna, choć mężczyzna wciąż irytująco zdrabniał jej imię – Niusia; ona zresztą nie wydawała się lepsza, zwracała się do niego: kochanie, misiu, słońce, najwyżej raz nazwała go Marcinem. Damianowi robiło się od tego niedobrze, inna sprawa, że jechali autem, a od zawsze cierpiał na parszywą chorobę lokomocyjną. Jedynie, gdy podróżował w PrawieŚnie, zawsze czuł się doskonale, bezpiecznie, na swoim miejscu.

 

A teraz cierpiał podwójnie, bo ani mężczyzna, ani Niusia (Niusia? Naprawdę?) nie chcieli mu powiedzieć, dokąd właściwie jadą. Pytania zbywali pobłażliwymi uśmiechami posyłanymi dzieciom, gdy wydają się takie urocze, bo starają się zrozumieć zbyt trudne i skomplikowane rzeczy.

 

Rozpadało się i Marcin zwolnił, ale nieznacznie – w lusterku, pod dziwnym kątem, odbijały się tylko jego zaciśnięte usta; takie usta mają ludzie, którzy wiedzą, że muszą zrobić coś na co zupełnie nie mają ochoty, robią to więc jak najszybciej, nieważne, czy dobrze. Krople atakowały zaciekle – setki małych, nieustraszonych kamikaze ginęły pod jękliwą wycieraczką, te na bokach rozbijały się z cichym, grupowym plaskiem i rozwijały w cienkie nitki; mimo to zrobiło się ciszej. Piosenka w radiu zginęła w trzaskach i Niusia je wyłączyła. Słychać było tylko ciągły, ale zaskakująco subtelny dźwięk silnika. Chlupnięcie, gdy koła wpadały w błyskawicznie powstające kałuże. I delikatne dmuchnięcie kobiety na szybę – pokryła się parą, a palec narysował na niej prymitywną, smutną buźkę.

 

Damian ziewnął – oczy powoli zaczęły mu się zamykać, a głowa opadała na tors. Zasypiał. Pod powiekami zaczęły kreślić się burzliwe, niespokojne kształty w kolorach granatu i czerni – od kiedy zaczął częściej przebywać w PrawieŚnie, jego marzenia nie malowały się już w innych kolorach.

– Estero… – wymamrotał jeszcze nim odpłynął.

Spomiędzy rozchylonych warg wyciekła mu kropelka śliny w brzydkim, żółtawym kolorze i upadła na ziemię.

 

 

– Estero… – dobiegło skądś.

Maurycy zachwiał się, ale nie spanikował – nie mógł sobie na to pozwolić. Rozejrzał się, zmrużył oczy – przyzwyczaiły się już do mroku i coraz wyraźniej dostrzegał cienie, zarysy kształtów przestawały już przypominać wstępne szkice ołówkiem. Tam, gdzie jego stopy zagłębiały się w wodzie, koło nietrwałych, drżących okręgów, pojawiały się, na chwilę, wiry. I znikały, szybko – ulotne wspomnienie lepszych dni.

– Nie przesłyszałem się – powiedział.

Zatrzymał się, wziął głęboki oddech. Dłonie przyłożył do skroni, koncentrując się. „Estera" dobiegło z północy, pomyślał i uśmiechnął się. W PrawieŚnie nie było kierunków, stron świata, ale gdy podróżował… Gdy jeszcze podróżowali tu z Daminame i zastanawiali się, dokąd by pójść, jeden z nich zawsze powtarzał: na północ. Taki kiepski żart, ale potrzebny, żeby w świecie pełnym czerni, pozbawionym innych barw, nie umrzeć ze smutku.

 

A teraz tym smutkiem się kierował. I tęsknotą. I jeszcze strachem – Damian odbierze mu wszystko co w życiu najważniejsze.

(gdzie jesteś, Estero?)

 

 

 

VI

 

Na starca wszyscy mówili „Dziadek", choć – oficjalnie – nie posiadał żad nej rodziny. On na pewno by się z tym nie zgodził, co więcej, uważał, że rodzinę jak najbardziej posiada, nader liczną zresztą, a przede wszystkim kochającą. Może i miał rację, z racji jego charakteru, wrodzonej agresji – do całego gatunku ludzkiego – i zamiłowania do picia ogromnych ilości alkoholu, nie mógł raczej liczyć na cotygodniowe wizyty wnucząt, ale na ciągłe obcowanie z – wydawałoby się nieprzebraną – masą szczurów, wdzięcznych za ciągle podrzucane kawałki sera i czasem – w lepsze dni – martwe, na wpół zgniłe myszy, jak najbardziej.

 

Gdy – na swoje nieszczęście – napatoczył się ktoś, komu Dziadek mógł pozawracać głowę, miał okazję przekonać się, że te szczury to żadne dzikie, panie, tylko oswojone, a mądre to, jak psy! Jak psy! Rzadziej przyznawał się po co je trzymał; wygadał się zaledwie raz, ale wystarczyło.

Stary bał się węży, chorobliwie. Wystarczyło tylko o nich wspomnieć, by zaczął trząść się, niczym chory na febrę i obgryzać, niemal kompulsywnie, paznokcie. Obgryzać do krwi.

Do krwi.

 

Może chodziło o strach irracjonalny, który budzi w środku nocy i każe zbadać wszystkie kąty, może uzasadniony – pył dawnego, niemiłego wspomnienia nie dającego się odkrztusić, którego drobne grudki drażnią gardło.

No i ponieważ Dziadek hodował gryzonie, to równie mocno nienawidził kotów. Parę już w okolicy poznikało, ale trudno coś udowodnić samotnemu, rzadko wychodzącemu z domu człowiekowi, tym bardziej, że gdy już się go o coś oskarża – zaczyna (dosłownie, zupełnie dosłownie) drzeć koszule, spodnie i klnąć na złoty medalik przytwierdzony do niemal absurdalnie dużego łańcuszka. Poza tym kto uwierzy, mawiał (plując przy tym wściekle, brakowało mu górnej jedynki i paru dolnych zębów), facet w moim wieku gania za kotami, ba, żeby tylko, łapie je i wykręca im łapy, panie.

 

Nie mówiłem, że ktoś jej łapy wykręcił, odpowiedział tata Damiana i Maurycego – na to Dziadek zbladł i nie powiedział już nic. Obrócił się na pięcie, zatrzasnął za sobą furtkę i tylko poprzez luki w żywopłocie można było dostrzec jeszcze zarys jego sylwetki – raz z lewej, raz z prawej strony; sylwetki nerwowej, sylwetki człowieka przyłapanego na gorącym uczynku.

– Nic z tego, nie przyzna się… – westchnął ojciec, gdy wrócił do domu.

Powiedział to do matki, ale bliźniacy doskonale go słyszeli. Nie przejęli się, to dziwne, ale wcale się nie przejęli, bo poprzednim popołudniem, w dalekim kącie ogrodu, tym, gdzie rosły powykrzywiane brzozy, wymyślili plan.

 

– Myślisz, że tyle wystarczy?

– Na pewno. Raz już nam się udało, nie?

– Ale… Ale jak mamy zrobić to znowu? No i co w ogóle robimy?

– Tym się nie przejmuj, po prostu zostaw to mnie… Za niedługo powinien zasnąć, zrobimy to, jak wtedy.

 

Spokojnie.

Czy nie przebiliśmy już balonu snów? Czy nie wędrowaliśmy tam, gdzie panuje mrok, gdzie kończą się marzenia i koszmary, a zaczyna to coś, coś zupełnie innego, gdzie fale mkną po niebie, a pomiędzy nimi rosną drzewa stworzone ze światła – drzewa, w których korze, niczym korniki, kryją się ludzkie myśli. Czy dalej myślisz, że nie jesteśmy w stanie złapać jednej z nich i zastąpić drugą?

 

Spójrz. Spójrz czego możemy dokonać.

 

Tamtego dnia słońcu nie spieszyło się do zenitu; zdawało się przestraszone, jakby nawiedzone profetyczną wizją przyszłych wydarzeń i ze wszelkich sił próbowało znów schować się za horyzontem.

 

 

Dziadek albo nie wiedział o dziurze w ogrodzeniu, albo uznał za zbyt małą, żeby stanowiła problem. Chłopcy zdołali bez problemu się przez nią przecisnąć, choć Damian rozdarł sobie jeansy, a na palcu Maurycego wykwitła czerwona plama, gdy przypadkiem zawadził dłonią o zardzewiały, metalowy zadzior drutu kolczastego obwiązanego na płocie.

Oboje rozglądali się dookoła z zaciekawieniem – speszeni, zawstydzeni włamaniem, ale i podekscytowani; zaniepokojeni możliwością spotkania szczurów, ale i pełni oczekiwania; chcieli walczyć. Śliwka cierpiała i nie można było tego ot tak zostawić.

 

O dziwo, posesja nie wyglądała na zaniedbaną – przecież powinna taka być, przecież wariaci tacy są. Drzewa chwaliły się mocno zielonymi liśćmi, a jedno z nich, w podzięce, użyczało teraz chybotliwego cienia mężczyźnie, który leżał na starym leżaku; chyba często używanym, bo dwukolorowe paski wyblakły niczym oczy kogoś, kto od wieków wpatrywał się w słońce.

Maurycy zrobił krok w tył, Damian złapał go za rękę.

– A ty co? Pękasz?

– Ja?! No co Ty – zaperzył się Maurycy – Patrz tylko, czy nikt nie idzie.

– Ty chcesz to zrobić?

Nie odpowiedział, po prostu poszedł. Jego krótki cień wyglądał jak bezkształtna, głodna bestia śledząca jego kroki, gotowa zaatakować w najbardziej dogodnej chwili. Stary mężczyzna spał, pochrapując ciężko. W pewnym momencie podniósł rękę, wyprostował ją aż coś strzeliło w kościach; Maurycemu zaparło dech. Ale nagle dłoń opadła – to pewnie sen.

(PrawieSen?)

Ech, stary nie ma pojęcia, co mu się przyśni, pomyślał i jeszcze raz zachichotał, tym razem nieco głośniej, odważniej, rzucając wyzwanie.

 

Maurycy w zastanowieniu poskubał dolną wargę, spojrzał jeszcze na brata, ten odpowiedział mu ponaglającym kiwnięciem głową, więc Maurycy nie myślał już więcej, zamknął oczy. Zabolały go powieki. Krew uderzyła mu do głowy, sprawiając wrażenie, jakby napierała na czaszkę pod ogromnym ciśnieniem. Pod powiekiami zatańczyły granatowe kształty, pojawiły się pęknięcia i nagle eksplodowała czarnobiała fontanna, a rwący strumień porwał umysł Maurycego ze sobą.

Damian obgryzał ze zdenerwowania paznokcie (choć nie do krwi, bałby się, szczerze nienawidził jej widoku; szczerze, choć nie tak bardzo, co złego starca, on zabił Śliwkę) i nasłuchiwał, czy dobiegnie go jeszcze jakiś dźwięk prócz pogwizdywania zuchwałego wiatru pośród spłoszonych liści. Nagle, z małego, piwnicznego okienka, na oko trzy metry od miejsca, w którym leżał Dziadek, wylazły szczury, stanęły (Oba! Oba, jak mali ludzie! One, oni wiedzą!) i schowały się z powrotem. Nim Damian zdołał jednak zastanowić się, czy gryzonie tylko mu się przywidziały, czy może rzeczywiście dojrzał ich wyliniałe, szare futerka, ciszę słonecznego dnia – niczym chmury ciemnej nocy rozrywa świetlista stal pioruna – przebił krzyk, ostry i piskliwy; musiał należeć do Maurycego.

 

Ale nie. Wcale nie. To Dziadek zerwał się z leżaka – przewracając go przy tym – i teraz biegał, trochę na czworakach, trochę na obu nogach wokół niego – przerażająca parodia psa ścigającego własny ogon; prawie śmieszne, gdyby nie było straszne. Palce co rusz wpychał sobie do ust i wkrótce buchnęła z nich krew, gdy miękka skóra wnętrza policzków została rozdrapana przez zbyt długie, paznokcie. Maurycy cofał się, zahipnotyzowany spektaklem dwóch aktorów, bólu i szaleństwa.

Potknął się nagle o coś, najpewniej własne nogi, i to chyba go ocuciło. Wstał, spróbował biec, przewrócił się jeszcze raz. Dziadek zbliżał się, zataczając przy tym, jak ktoś kompletnie pijany, ktoś kto upił się na smutno – rozpięta koszula przesiąkła krwią. W kącikach ust pieniła mu się różowawa ślina, jej bąbelki pojawiały się i znikały – taka sztuczka, magia czarna jak krew pozbawiona tlenu.

– Biegnij, biegnij, biegnij – krzyczał Maurycy do Damiana.

Bliźniacy popędzili trzymając się blisko siebie, dysząc ciężko, niczym sprinterzy, którym ktoś kazał przebiec maraton w tempie zarezerwowanym dla krótkich dystansów.

(czy w piekle są sztafety? bo tam pewnie trafimy.)

Dziadek ich doganiał – przypominał tancerza odurzonego opium, derwisza wirującego w rytm wybijany przez

cier-pie-nie. Zgubił jeden but, lewa kostka wygięła mu się tak mocno, że prawie pękła, ale dalej biegł w stronę chłopców, odrobinę jedynie kulejąc.

– Przechodź! Kurde, przechodź! – Maurycy przytrzymywał siatkę, by Damian szybciej zdołał przedostać się z powrotem do ich ogrodu.

Drobne linki wbijały mu się w palce i miał okropne uczucie: zaraz je odetną. Ale w końcu Damian przeszedł, w jego ślady rzucił się Maurycy, oboje zdążyli przetoczyć się na drugą stronę w momencie, kiedy starzec dotarł do płotu. Na chwilę zamarli, gdy rzucił się na niego, całym swoim ciężarem; ogrodzenie zachybotało się lekko, żywe, łącząc się z nim w chaotycznych spazmach. Ale to nie był koniec, raczej początek – mężczyzna zarzucił ręce na drut kolczasty tkwiący na samej górze i jął go zrywać, choć z początku zrywał jedynie skórę z dłoni. Wył przy tym przeraźliwie, Maurycy w końcu nie wytrzymał, uciekł, trzymając ręce przy uszach.

Damian patrzył. Patrzył, jak dziadek w końcu odrywa kolczaste, druciane pnącze, patrzył, jak wyciąga język (wygląda, jak jedna wielka rana), a następnie obwiązuje go z całych sił, zaciska na nim ten drut,

(ZACISKA NA NIM TEN DRUT!)

niczym opaskę uciskową. Język wije się

(czyżby żył swoim, zupełnie swoim życiem)

, i za chwilę sam krzyknie, Nim to nastąpi, z ust Dziadka bucha krew. Gorąc jest nie do wytrzymania.

 

Odcięty język, wijący się pomiędzy trawami, śnił się Damianowi jeszcze bardzo długo. Czy mogło być inaczej skoro obserwował starca nawet wtedy, gdy przybiegli rodzice, spytali się co się, do diabła, stało, mama rozkazała – gdy tylko nabrała oddechu, przez moment wyglądała, jakby zapomniała, że do życia potrzebne jest powietrze – Damianowi spieprzać (naprawdę!) do domu, tacie zadzwonić po policję, czy kogokolwiek, do licha!

 

Dziadek umarł zanim karetka dojechała do szpitala – w wyniku szoku, mówili lekarze, głównie w wyniku szoku. Tej nocy koty długo miauczały, niby obwieszczając zwycięstwo nad hardym wrogiem. Damian i Maurycy nie spali jednak z zupełnie innych powodów.

– Martwisz się?

– Smutno mi.

– Nie mogliśmy wiedzieć, przecież to miał być żart…

– Nie chcę już tam iść… Tam chodzić…

– Gdzie, do PrawieSnu?

– Tak…

– A ja myślę, że powinniśmy tam chodzić. Jeszcze częściej, żeby go zrozumieć. Poznać. Może wtedy uda nam się… No wiesz, sprawiać, żeby ludzie byli dobrzy?

Przytulili się i tak zasnęli.

 

 

– Słyszałaś, co mówili ci ze szpitala? – zapytał ojciec.

– O… O Dziadku?

– Tak. Chryste, nie uwierzysz. Zdołał coś nabazgrać na kartce. Staremu odbiło, zawsze był szurnięty, ale żeby aż tak? Wyobraź sobie… Nie, to po prostu nie do uwierzenia… Napisał, że zamienił się w węża, uwierzyłabyś?

– Co? Ale… -urwała nagle, zrozumiała. – Jezu, to okropne.

– Prawda? Zmasakrował sobie język, bo był przekonany, że ten zamienił się w żmiję. Co za beznadziejna śmierć…

 

 

Następnego dnia Maurycy zaszył się w ogrodzie i wypatrywał czegoś nieustępliwie. Kropelki krwi na ogrodzeniu zdołały już zaschnąć i nikt nie potrafiłby odróżnić ich od rdzy.

Żeby go zrozumieć. Poznać. Może wtedy uda nam się…

Może wtedy uda nam się…

Wszystko, czego chcemy.

 

 

 

VII

 

Damian powiedział kiedyś, że Wraki są pewnie ludźmi, którzy z jakiś powodów nie zdołali powrócić z PrawieSnu do życia i krzyczeli bardzo długo, zdarli sobie struny głosowe, zupełnie jakby ktoś poprzecierał je papierem ściernym. W świecie wypełnionym oleistą czernią zdawali się przyjmować lekko granatowe odcienie i kryli się gdzieś głęboko w odmętach oceanu myśli, gotowi wynurzyć się w każdej chwili, jeśli tylko wyczuliby kogoś, kto ośmielił się zakłócić fałszywy spokój ich wiecznego więzienia.

 

Jeden z Wraków wychynął z wody, szybko, dużo szybciej niż pozostałe i zamknął ramiona Maurycego w stalowym uścisku. Może nawet w PrawieŚnie coś się czasami jednak zmienia.

(nie panikuj.)

Zamknął oczy i znów jął recytować tekst przedwojennej piosenki. Potwory zamieszkujące PrawieSen kierowały się instynktem, ale instynktem prymitywnym, zaburzonym poprzez wieczne przebywanie w obłąkanej udręce; jeśli ofiara nie reagowała, głupiały, pogrążając się znów w morzu.

Maurycy westchnął, nie pojmował ile czasu minęło nim Wrak znikł. Myśli Estery słyszał to z lewej, to z prawej strony, przypominały urywane, wojenne komunikaty.

Ale przede wszystkim słyszał je z północy – znów uśmiech. Poruszał się teraz pewniej, mamrocząc słowa „Ostatniej niedzieli" pod nosem – skupiony, lecz bardziej radosny. Nad nim, pod nim, wokół niego wirowały potężne cienie; nietoperzowe skrzydła. Jedno z nich, podobnie do fal, załopotało koło niego echem głosu, który zdążył poznać zbyt dobrze. Na chwilę przestał oddychać.

 

Damian. Do Estery zbliżał się Damian.

 

 

Człowiek, którego obawiał się Maurycy siedział na korytarzu w dziwnym, posępnym budynku. Było mu zimno, a puste ściany, pozbawione obrazów, parapety bez żadnych roślin napawały go przerażeniem w równym stopniu, co jego własna bezsilność. Nie potrafił wydostać się z tej psychicznej skorupy, jak to możliwe, przecież doprowadził przebywanie w PrawieŚnie do perfekcji. Jak to możliwe?

– Skoncentruj się do licha – wypluł z siebie Damian i zazgrzytał zębami.

Zabolała go szczęka i dałby głowę, że jeden z zębów poruszył się. Przyłożył dłoń do policzka, pilnując przy tym, by się na niej nie oprzeć – pewnie znów otuliłaby go senność. Senność zdradliwa, nieproszona, a jednak wciąż obecna – odciski na rękach robotnika. Krople wybijały swoją stałą kołysankę i wraz z chmurami przyoblekały bezbarwny korytarz w mdłe mozaiki wyblakłych błękitów przemieszanych niechlujnie z szarościami. Damian podniósł się ciężko z ławki i tu, w rzeczywistości, zaczął iść dokładnie w tym samym kierunku, w którym poprzez krainę zrodzoną ze świadomości i fikcji, fantasmagorycznych wykwitów umysłu i niezdecydowanych strumieni uczuć, parł Maurycy.

 

A gdy tak szedł, niekiedy przystając, dysząc ciężko z ręką opartą na wątłej klatce piersiowej, powoli zaczynał sobie wszystko przypominać.

 

 

 

VIII

 

– Czy lubi pan śpiewać? – zapytała nagle.

– Ja? No nie wiem… Chyba… Chyba nie mam do tego głosu – Podrapał się po czubku czaszki, zawsze tak robił, gdy coś wprawiało go w zakłopotanie.

– Nieprawda! – Dziewczynka pogroziła mu palcem podobnie do nauczycielki karcącej niesfornego ucznia – Ja znam super piosenkę!

 

 

– Skąd… Skąd ją znasz? – wyjąkał zaskoczony Maurycy.

– Rodzice mnie nauczyli – odparła wesoło dziewczynka i przycupnęła na skraju ławki – Nie podoba się panu?

– Nie… Ja po prostu… Ja dawno jej nie słyszałem. Kiedyś śpiewał ją ktoś, kogo bardzo dobrze znałem.

– Kto?

Nie odpowiedział od razu. Zmarszczył brwi, może chcąc sobie przypomnieć, może chcąc wyrzucić tamtą osobę z pamięci na zawsze.

– No kto? – naciskała i przesunęła się bliżej mężczyzny.

– To długa historia, poza na kogoś czekam, a wy, młodzi, jesteście niecierpliwi… – zaczął się uśmiechać, ale kąciki ust jakby zaprotestowały, zdając sobie sprawę, że zaraz stanie się coś, co ten uśmiech zabije.

– A może pana brat?

– Mój… Skąd…

– Może to ja, Maurycy? – Teraz uśmiechnęła się dziewczynka, odsłaniając zęby, kojarząc się z upiorami PrawieSnu.

– Maurycy… Kto ci powiedział, jak się nazywam?! Kto?! – ostatnie słowo wykrzyczał stanowczo zbyt głośno, dobrze, że powstrzymał się od szarpnięcia dziewczynki, bo kobieta z wózkiem, przechodząca nieopodal aż zatrzymała się i cmoknęła z zażenowaniem.

– To ja, Damian – wyszeptało To,

(bo już nie dziewczynka)

cienkim głosikiem – To ja.

– Jak… – Maurycy obejrzał się dookoła, spłoszony – Co ty wyprawiasz?

– Co robię? – To zmierzyło Maurycego pogardliwym spojrzeniem – Co robię? Chcę odzyskać. Odzyskać to, co mi zabrałeś.

Dziewczynka zeskoczyła z ławki i zaczęła teraz krążyć wokół Maurycego – rekin szykujący się do zaatakowania bezbronnej ofiary.

– Ćwiczyłem, wiesz? Długo. Nigdy nie miałem tyle talentu, co ty, ale ćwiczyłem. Bóg mi świadkiem, że latami nie robiłem nic innego. Zawsze byłeś silny, Maurycy… Ale to już koniec. To już koniec, obiecuję ci. Bo teraz… Teraz poruszam się po PrawieŚnie poza czasem, poza przestrzenią! Rozumiesz? Spójrz, przekonaj się.

 

Wzrok dziewczynki nagle zmętniał, zatoczyła się i Maurycy zerwał się z ławki, by ją złapać – położył dziecko delikatnie koło siebie i rozejrzał się za jej matką. Nagle poczuł, jak ktoś boleśnie szarpnął go za ucho. Odwrócił się i spojrzał wprost w oczy starej, skurczonej kobiety o szeroko otwartych ustach, przez które można było dostrzec niezdrowe, mocno czerwone dziąsła i tkwiące w nich kikuty zębów.

– Myślałem, że Dziadek i węże czegoś cię nauczyły, nie tak mieliśmy korzystać z PrawieSnu… Nie tak.

– O czym ty gadasz?!

– Dość kłamstw – rzucił młody mężczyzna; zatrzymał się wpół kroku przy Maurycym.

Zakołysał się i ruszył dalej. Wtedy ocknęła się dziewczynka.

– Posłuchaj mnie więc teraz uważnie, starcze… – zmarszczyła brwi, przybierając groźny wygląd, zupełnie niepasujący do jej – co najwyżej – dziesięciu lat – Wiem, co stało się z Esterą. Wiem doskonale… Tylko nie wiem dlaczego… Ta jedna, jedyna rzecz… Dlaczego?

Dziewczynka ujęła twarz Maurycego w dłonie. Jej młoda skóra tworzyła upiorny kontrast z jego, ciętą siatką ostrych zmarszczek; nieudana próba zeszycia dwóch całunów.

– Jesteś… Byłeś moim bratem… – piskliwy głos dodał groźbie surrealistycznego charakteru. – Ale zabrałeś mi wszystko.

Maurycy odepchnął dziewczynkę.

– Jesteś… Jesteś szalony! – nie czekał odpowiedzi, pobiegł.

 

Nim zdążył opuścić park, zatoczył się – jak wtedy, dawno temu, w ogrodzie Dziadka -, próbował odeprzeć atak, ale jego umysł, wycieńczony starczą chorobą, nawet nie zdołał podjąć walki – teraz ten umysł przejął Damian, spychając bliźniaka w ponury ocean PrawieSnu.

 

 

 

IX

 

Damian musiał zatrzymać się drugim półpiętrze. Serce waliło mu w piersi, płuca ktoś wypełnił wrzątkiem i zmieszał z rozbitym szkłem; gardło cierpiało przy każdym wydechu powietrza, z nosa pociekła krew. Myśli Estery wiodły Damiana, Damiana skrytego w schorowanym ciele Maurycego, wprost do niej, do jej samotnej sali na czwartym piętrze, tej z pięknym widokiem na niedalekie jezioro; sali fundowanej przez zabieganych najbliższych, pragnących uspokoić własne sumienie namiastką ostatniego namaszczenia.

 

Maurycy istniał teraz wyłącznie, jako duch i tylko swojemu hartowi i woli ducha zawdzięczał to, że jeszcze nie zwariował. No i była ta piosenka, ten tekst, który wtedy, te wieki temu ich śmieszył, a teraz zdawał się wybawieniem. Szepty przycichły, przebijał się przez nie coraz mocniej tylko ten należący do Estery, a wokół niego, splatając się i chwytając go rozpaczliwie krążyły coraz bardziej chaotyczne myśli Damiana.

– Nie miałeś pojęcia w co się wpakowałeś, sukinsynu. – powiedział jeszcze i wrócił do odmawiania przedwojennej modlitwy pełnej smutku – mógł się równać tylko z tym wypełniającym teraz ich trzy – wszystkie jednakowo, ale każde na inny sposób – udręczone serca.

 

Damian ukrył się w pustej, ciemnej sali, gdy na schodach prowadzących na trzecie piętro usłyszał rozgorączkowane okrzyki.

– Gdzie on jest?

– Ma siedemdziesiąt lat, przecież nie mógł uciec daleko!

Głosy, których nie znał mieszały się z głosami rozbrzmiewającymi znajomym echem. Może należały do Marcina, może do jednego z przyjaciół; nie potrafił sobie przypomnieć, czy jakichkolwiek miał.

 

Miał problemy ze wzrokiem – otaczający go świat przybierał monochromatyczne barwy, dookoła dostrzegał pajęczyny pęknięć. Nie dałby głowy, czy przecieka przez nie woda, ale kojarzyły mu się ze strasznym, dawnym wspomnieniem – tym z dzieciństwa, gdy ratował Maurycego. Śmieszne, że to zdawało się być jasne, prawie pastelowe, a rzeczy z kiedy… Z wczoraj, przedwczoraj? Cóż, tych nie pamiętał wcale.

Ale pamiętał o Esterze, o niej pamiętał zawsze, tak. Spojrzał w sufit, jakby mógł wzrokiem przebić strop i wznieść się na czarnych, błoniastych skrzydłach PrawieSnu, by wylądować u jej stóp.

– Już blisko… Już blisko…

Uchylił drzwi i strachliwie wyjrzał przez szparę. Znów pusto, znów szczęście – to tyle, jeśli chodzi o dobrą i złą karmę, pomyślał. Nieświadomie zaczął nucić melodię „Ostatniej niedzieli".

Zbliżał się do Estery. O tak. Zbliżał się.

 

 

Cisza.

Po prostu cisza. Oprócz niej nie istniało nic. Nigdy wcześniej PrawieSen nie milczał (Jak Dziadek o wyrwanym języku, przeszło mu przez myśl). Szepty mogły znikać i pojawiać się, niczym przypływ walczący z odpływem o każdy centymetr plaży, ale zawsze istniały. Głos Estery brzmiał coraz bardziej głucho, zdawał się ulatywać i niknąć, dym z ogniska dogasającego o poranku.

– Nie szkodzi, nie szkodzi – powtarzał Maurycy – nie szkodzi, nie szkodzi.

(może nawet PrawieSen się zmienia)

Coś zamajaczyło się przed nim, zdawało się na wyciągnięcie ręki, chwilę potem zamigotało na PrawieHoryzoncie.

Damian. To musiał być Damian; zdawał się tu nie na miejscu pośród lśniących wątłym światłem wysepek-drzew – ponury, przygarbiony kształt wyglądał podobnie do Wraków.

 

 

Puk, puk.

Za tymi drzwiami jest Estera. Wiedział o tym. Wyczuwał jej myśli. Nacisnął klamkę, ustąpiła leciutko, drzwi otworzyły się z niepewnym skrzypieniem – wiedziały, że każdy ich opór i tak zdany jest na porażkę.

Przestało padać i niebo znów lśniło lazurem, jak dzień wcześniej, gdy spotkał się z Maurycym w parku. Pewnie nawet gdzieś teraz malowała się tęcza, może banda wesołych dzieciaków, które nawet jeszcze nigdy nie pomyślały, że kiedyś obrócą się w pył, a po ich szalonej przyjaźni nie pozostanie nawet wspomnienie, biegnie teraz przez pola, szukając jej końca.

 

Ta tęcza miast ferii kolorów mieniła się czernią i bielą, myślami i głosem, a zamiast garnka ze złotem – na końcu była Estera. Jej twarz zaczynała mienić się fioletem, pomarańczem, brudną szarością, wszędzie tam, gdzie Damian – dłońmi Maurycego – bił ją z całych sił; dziesiątki ciosów za każdy rok, którego nie spędziła z nim.

Powlókł się w jej kierunku, bardzo już zmęczony. Chwycił się szafki nocnej, by choć trochę odsapnąć – zacisnął na niej dłonie; wyglądały licho, a starcza, prawie przeźroczysta skóra, nadawała im wygląd wykonanych z papieru.

– Obudź się, ukochana – zdołał jeszcze powiedzieć nim…

…poczuł najgorszy ból w swoim życiu – porównywalny nie tyle z owinięciem sobie drutu kolczastego wokół języka, ale rozerwaniem piersi i wyrwaniem serca wraz z duszą przy pomocy obcęgów wykutych ze stalowego kręgosłupa samego diabła.

 

 

Zatonęli w mazi, szarpiąc się szaleńczo.

Nie brakowało powietrza, ale brakowało światła. Z ust nie wydobywały się bąbelki, nie uciekały w nich krzyki. Na powierzchni dostrzec się dało jasną, choć szybko gasnącą sylwetkę wyspy-duszy Estery. Twarze bliźniaków przypominały teraz twarze dwojga cieni, walczących ze sobą w pantomimicznej, niemej, ale rozpaczliwie zaciekłej walce.

Wraki wyczuły niespotykany tumult i ruszyły wspólnie, jak wygłodniała wilcza wataha, ocierając się o siebie i kłapiąc głucho szerokimi paszczami.

– Dlaczego mi to zrobiłeś?! Dlaczego, dlaczego, dlaczego?! – wykrzyknął

(jedynie w umyśle)

Damian – Nie miałem nic, nic poza nią!

 

Wypłynęli na powierzchnię.

– Bo bałeś się! Zawsze, zawsze się bałeś! Pomściliśmy wtedy Śliwkę, zrobiliśmy to! A ty… Ty chciałeś zrezygnować z daru, z NASZEGO DARU. Z naszego cudu. Nie można rezygnować z cudu.

Kopnął go w żebra.

– Nie można! A Estera?! Estera zawsze, zawsze, zawsze była zbyt piękna, zbyt doskonała, by być z takim tchórzem, z takim zerem, jak ty. Chcesz, żebym się przyznał? Tak, wszedłem do jej umysłu, tak, przelałem jej uczucia do ciebie na mnie. NA MNIE! I wiesz co? Miałem rację. Spójrz. Tylko spójrz ile lat zajęło ci, żeby TYLKO odważyć się na to, by spróbować ją odzyskać. Tylko spójrz. Życie jest za krótkie na strach, trzeba z niego czerpać ile się tylko da, pełnymi garściami. Musimy łamać reguły, nie ma nic, nic cenniejszego od życia, biedny głupcze. Ale muszę ci podziękować… Uratowałeś mnie… Bóg mi świadkiem, Alzheimer to piekło, zresztą… Zresztą coś o tym wiesz… Teraz…

Damian skulił się w kłębek, niczym dziecko przed ciosami pijanej matki. Twarz ukrył za dłońmi, wyglądając przez kościste przepierzenia palców jednym okiem, jakby zza krat. Duchowe widmo Estery zachwiało się, a przez PrawieSen przetoczyło coś na kształt grzmotu.

Maurycy zamarł. Obrócił się. Damian zachichotał.

 

Jeśli cokolwiek w PrawieŚnie mogło przypominać jakiekolwiek zjawisko istniejące w prawdziwym świecie, to chyba właśnie to. Tsunami. W zupełnej ciszy ogromna fala sunęła przez morze cieni, z jej bałwanów spadały Wraki, wierzgając bezradnie wychudzonymi kończynami.

(może każdy umierający umysł wytwarza na powierzchni tego morza fale)

Maurycy widział już kiedyś podobne, choć dużo mniejsze. Tamte pojawiały się koło wysepek, nagle, jakby znienacka, zwiastując powódź i koniec kolejnego lądu – zwiastując śmierć.

 

Przełknął ślinę – wydawało mu się, że zrobił to głośno, ale znów nie rozległ się żaden dźwięk. Wszystko zdawało się czekać. Wyspy dookoła migotały, niczym umierające neony. Co się dzieje, pomyślał Maurycy i zadrżał. Pod jego nogami wciąż kulił się Damian. Chybotliwy płomień duszy Estery zadygotał.

 

daj mi tę jedną niedzielę,

ostatnia niedzielę,

a potem niech wali się świat.

 

 

 

X

 

Sala wypełniła się ludźmi, wszyscy krzyczeli.

Jedni bardziej ze zdziwienia, bez sensu, (Marcin z żoną), inni po pomoc (lekarze, pielęgniarki). Estera leżała bez ruchu, oczy miała szeroko otwarte, dostrzegając rzeczy

(nie z tego świata)

Maurycy (Damian) w konwulsjach zwijał się na podłodze, źrenice starca to rozszerzały się, to zmniejszały – organiczny kalejdoskop z okruchów szaleństwa i starości.

– Zróbcie coś – wydarł się Marcin, ale nikt go nie słuchał, nawet Anna.

I mogli próbować zrobić cokolwiek, ale i tak nie byliby w stanie pomóc, bo wszystko, wszystko działo się teraz już tylko w PrawieŚnie.

 

Fala zamarła na chwilę, czekając i Maurycy był przekonany, że czas po prostu się zatrzymał.

(błąd?)

Uderzyła. Wokół zaroiło się od Wraków, szarpiących jego i Damiana pazurami, krzyczących setką niemych wrzasków w ich otwarte oczy. Maurycy pojął w końcu kim są

(Damian miał rację)

i jeśli czegoś nie zrobi, stanie się jednym z nich – jednym z ludzi, których umysły błądziły po PrawieŚnie tak długo, że w końcu zapomnieli kim są; zgubili gdzieś po drodze wszystko, co czyniło ich ludźmi.

 

Taki los miał czekać Maurycego i Damiana, ale gdy ten drugi – o umyśle poszatkowanym milionem podróży, skakaniem z umysłu w umysł, w końcu bezlitosnym Alzheimerem – zacisnął na nim swoje łapy, gdy przejął umysł Maurycego – dryfował pośród bezcielesnych istnień i myśli, ten pierwszy odnalazł w sobie resztki sił i odwagi.

– Daj mi tę jedną niedzielę – zaczął recytować.

Ciało szargane szkwałem zastygło, powykrzywiany kręgosłup wyprostował się, Maurycy odzyskał równowagę.

– Daj mi tę jedną niedzielę – powtórzył, tym razem głośniej.

Czy morze podobnie rozstąpiło się przed Mojżeszem?

– Ostatnią niedzielę…

Miał szansę.

– A potem niech wali się świat – wyszeptał – Wybacz mi, wybaczcie mi wszyscy, proszę.

 

Sam nie wiedział do kogo teraz mówi; Damian zniknął gdzieś, a widmowe światła-wyspy nie mogły przecież go usłyszeć. Maurycy przesłał pocałunek w kierunku dogasającej duszy Estery i skoczył.

(wybaczcie mi wszyscy)

 

 

Wkrótce w PrawieŚnie pojawiły się na powrót szepty, czarne fale uderzające znikąd i zewsząd. Zdawało się, że nigdy nic się nie wydarzyło, ot, coś przestało istnieć, ale coś nowego powstało. I tylko z jednej z wysp, z samego jej środka, wytoczył się człowiek.

Zagubiony, przerażony.

 

I zaczął krzyczeć.

 

 

 

EPILOG

 

Nie było go przy niej, gdy się obudziła. Zeszła na dół. Marcin siedział w kuchni, z kubkiem parującej, dopiero co zagotowanej herbaty w ręce.

– Przyśniło mi się coś strasznego – powiedziała Ania i przytuliła się do niego

– Co takiego, kochanie? – odpowiedział i pocałował ją w ramię.

Zarumieniła się. Wciąż zwykła się rumienić, ostatnio nawet częściej uśmiechać; smutek po w sumie spodziewanej, ale i tak przedwczesnej śmierci rodziców, zamienił się w uciążliwy strupek w miejscu, do którego ciężko sięgnąć palcem i przeszkadzał już tylko czasami.

– Śniło mi się, że widzę cię w dziwnym miejscu. Całym czarnym, pełnym sięgających nieba kolumn; pulsowały szarością, trochę jak serca. I ty biegałeś pomiędzy nimi, cały czas odwrócony plecami do mnie. Wołałam cię, ale nie odpowiadałeś. W końcu zeszłam z tej… Tej mojej małej plaży, stopy zapadły mi się nieco w wodzie, ale mogłam iść. I w końcu cię dogoniłam, i położyłam chciałam, żebyś się odwrócił, a ty tego nie robiłeś, i… I w sumie chyba wolałabym, żebyś tego nie robił…

– Co? Dlaczego? – tym razem pocałował ją w zagłębienie między piersiami.

– Bo gdy się w końcu odwróciłeś, zacząłeś krzyczeć. To znaczy… Próbowałeś… I twoja twarz… Boże, twoja twarz… Szczęka zwisła ci bezwładnie, jakbyś miał ją złamaną i nie byłeś w stanie wydusić z siebie choćby jednego dźwięku.

– Nie przejmuj się, głuptasie – uśmiechnął się szeroko. – Wracaj do łóżka, zaraz do ciebie przyjdę.

Pocałowała go w czubek nosa.

– Tylko nie każ mi długo czekać, obiecujesz?

– Obiecuję.

 

 

Damian powiedział kiedyś, że Wraki są pewnie ludźmi, którzy z jakiś powodów nie zdołali powrócić z PrawieSnu do życia i krzyczeli bardzo długo; zdarli sobie struny głosowe, zupełnie jakby ktoś poprzecierał je papierem ściernym.

 

– A potem niech wali się świat – wyszeptał Marcin – Wybacz mi, wybaczcie mi wszyscy, proszę.

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Dobra, poddaję się... To chyba pierwszy Twój tekst, którego nie dam rady przeczytać. Nadmiar poezji mnie po prostu przytłoczył. Nie wiem, jak reszta, ale pierwsze trzy fragmenty są na tyle przekombinowane, że w ogóle nie wiem o co chodzi.

www.herbatkauheleny.pl

Mocny, choć pokręcony tekst. Mnie akurat poetyckość nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, nasuwa na myśl "Miraż" Marysi Wróbel. Ale niestety podobieństwo jest też w błędach.
Przede wszystkim przeczytaj tekst na głos - często średniki i myśliniki są błędnie użyte, przez co gubi się podmiot i ogólnie zdanie traci sens. Czasami zjadasz przyimki i inne części mowy.
Dwa błędy rzeczowe rzuciły mi się w oczy. Raz, przy rodzicach, którzy uważali, że chłopcy powinni mieć osobne pokoje, by mieli CZAS dla siebie - chyba raczej "miejsce"?
Dwa przy lunatykowaniu - z tego co się orientuję, lunatycy raczej mają oczy otwarte.
Na razie tyle, może jutro wypiszę więcej błędów. Muszę też jeszcze raz przeczytać opowiadanie, bo nijak nie mogę dość, skąd Marcin wział sę w epilogu w tym PrawieŚnie. Odziedziczył zdolności? I od razu przepadł? W obecnej chwili nie jestem w stanie zrozumieć tekstu.

Interpunkcja do poprawki.
Poetycka aura mnie nie razi, ale zbędne słowa proponuję wyciąć. Które? Weźmy takie zdanie:
"- Dzień dobry! - Głos, który rozległ się niemal tuż przy uchu mężczyzny był nieprzyjemnie piskliwy."

Lepiej by było tak, krócej:
"- Dzień dobry! - Głos, który rozległ się przy uchu mężczyzny, był nieprzyjemnie piskliwy." 

Takich miejsc jest sporo i radziłbym wyczyścić je wszystkie. Ale opowieść przekonuje nastrojem. :) 

interpunkcja - drobiazg acz ważny :) treść..klimat..szacunek wielki za wyobraźnie a myślałam, że to ja mam jej nadmiar ! genialne. gratulacje, poproszę o więcej, życzę wygranej !

Jak zwykle zaczęłam lekturę pełna oczekiwań i dobrych nadziei. Z zainteresowaniem czytałam do śmierci Śliwki i zemsty chłopców, a potem, niestety, zaczęło być pod górkę. Gdzieś na tym coraz bardziej stromym zboczu zaczęłam się gubić i choć miałam wrażenie, że wiem o czym czytam, to było ono na tyle nikłe, że kiedy dotarłam na szczyt, sumienie nie pozwala mi powiedzieć, że zrozumiałam opowiadanie.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zgadzam się w 100%. Nie mam pojęcia, co się wtedy ze mną działo, że wypuściłem tak grafomanię. Sam nie wiem, o co chodzi.

Dobrze się czyta, tylko nie bardzo zrozumiałam.

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka