- Opowiadanie: syf. - Kwit na śmierć

Kwit na śmierć

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Kwit na śmierć

 

 

I

Kwiatkowski szedł wieczorem ulicą, a w dłoni – kurczowo zaciśniętej w kieszeni płaszcza – trzymał kwit na śmierć.

Padał deszcz i zimne strugi spływały po zaklejonych tekturą witrynach sklepów, szarych trotuarach oraz smutnych jak wczorajsza kolacja mordach zomowców. Funkcjonariusze palili papierosy, dyskutując o relacji między wzrostem cen żywności a dzienną statystyką interwencji. Za nimi tymczasem, w środku zaparkowanej w kamienicznej bramie nyski, kogoś pracowicie i z łoskotem pałowano.

Kwiatkowski nerwowo przyspieszył. Chciał przejść na drugą stronę ulicy, może schować się w klatce schodowej i przeczekać aż odjadą – nawet jakby musiał przez następne trzy godziny słuchać, jak katują tamtego nieszczęśnika. Zaczepili go jednak. Cuchnący spleśniałymi onucami zomowiec złapał mężczyznę za ramię i spytał:

– Gdzie idziecie, obywatelu?

– Do… – Kwiatkowski chciał się wyrwać, rzucić do ucieczki. Może spróbować pożreć kwit. Odruchowo skłamał: – … stryja.

– Tak, tak. – Funkcjonariusz poprawił pałkę, która jakby sama chciała wyskoczyć z kaburki.

Ten papier. Jak znajdą, to przecież pewna śmierć. Czapa.

Milicjant jednak nie wydawał się skory do podjęcia działań w celu zapewnienia porządku publicznego. Jego koledzy odbębniali normę.

Spytał za to:

– Ognia macie, obywatelu?

Ty się mnie, chuju – mieszanina adrenaliny i strachu zelektryzowała myśli Kwiatkowskiego – pytasz, czy mam ogień? Ja bym ci dał ognia. Oby nie zechcieli przeszukać, zapiszczał głosik w głowie. Podpaliłbym ten skałtuniony, barani łeb. Oby…

– T-tak, proszę – odparł, podając zapałki.

– A fajkę macie?

– Nie mam.

– No to macie. – Zomowiec otworzył opakowanie enerdowskich papierosów. – Weźcie se dwa.

Mężczyzna niezdarnie lewą dłonią wyciągnął pety. Prawą wciąż trzymał w płaszczu, zaciśniętą na kwicie. Co za absurd, pomyślał, jak w tym dowcipie o kleju.

Z wnętrza samochodu rozległ się przeraźliwy wrzask. Kwiatkowski podskoczył, papierosy posypały się na bruk, milicjanci zaczęli kląć, a w oknach od podwórza pogasły światła. Wykorzystawszy moment nieuwagi zomowców, mężczyzna oddalił się. Gdy schował się wreszcie za zakrętem, mało nie wyrzygał serca.

Dobrze, że nie zechciał przeszukać.

Przecież niósł w kieszeni kwit. Kwit na śmierć. I to dosłownie.

– Facet – poniosło się po pustej ulicy – a zapałki?

 

*

– Jak to: kwit na śmierć?

Wokół żarówki smętnie wiszącej pod sufitem krążyło kilka much. Na przykrytym czerwoną kraciastą ceratą stały dwa talerze. Z pierwszego parowała mętna ogórkowa, na drugim leżała kromka czerstwego chleba.

– Tak to, Janka! Normalnie, zobacz sobie, co tu jest napisane – Kwiatkowski odparł żonie. – ZOMO mnie zatrzymało pod kamienicą Marciniaka. O kurwa! Gdyby mnie przeszukali, to już bym siedział w w pierdlu za zdradę albo szerzenie kontrrewolucji. Po co ja zabierałem listy z poczty? Kto mógł mi podłożyć taką świnię?

– Głupi jesteś – odparła kobieta. – Uspokój się. Zobacz, tu są twoje personalia i pieczątka z Wojewódzkiej Rady Narodowej. Ja myślę, że to jest ten kwitek, który się dołącza do aktu zgonu, tylko jakiś głupek dziwacznie wypisał.

– Co? – Mężczyzna przyjrzał się dokładnie urzędowemu pismu. Wcześniej na poczcie tylko rzucił okiem na nagłówek, zesztywniał ze strachu, przypomniawszy sobie trzy miesiące aresztu i przesłuchań w '81 roku. Z powodu poodbijanych nerek wciąż miał problemy z oddawaniem moczu.

Na bladym jak skóra topielca papierze w nagłówku napisano na maszynie: Wniosek o śmierć. Pod spodem zostali wyliczeni opcjonalni adresaci: Urząd Miejski w Gdańsku pokój nr 14 lub Zakład Ubezpieczeń Społecznych, oddział Gdańsk pokój nr 14. Poniżej znajdowała się wykropkowana linia, gdzie należało – zgodnie z podpisem – umieścić dane przyszłego zmarłego, a na samym dole było miejsce na własnoręczny podpis i potwierdzenie osobistego doręczenia.

– Musisz jutro pójść do urzędu i wyjaśnić sprawę, żeby się nie ciągnęła jak rozgotowany makaron.

– Przecież mam pracę.

– Załatwię ci zwolnienie od Marynowej – powiedziała Janka, zbierając się do wyjścia. – W jednym masz rację. Takie pismo nie może bez celu leżeć w szafie. Zrób coś z nim.

 

*

Godzinę i osiem kieliszków później znajomy spod czwórki, przedwcześnie emerytowany pan docent, przez okulary grube jak denka od butelek obejrzał kwit. Wytarł palce z soku z ogórków i pomacał papier. Spojrzał potem z jednej strony, popatrzył z drugiej, wziął pod światło, przyjrzał się pieczątkom i pooglądał podpisy.

W końcu powiedział:

– Oryginał. Nie ma co.

– Widzi pan, panie Mietku. Przyszło to cholerstwo do mnie listem poleconym. Powlokłem się na pocztę odebrać. Otwieram kopertę, a na kartce taki nagłówek. Mało się tam, za przeproszeniem, nie zesrałem.

– Składał pan ostatnio jakieś podania?

– O malucha jedynie – odparł Kwiatkowski. – Rok temu, ale jeszcze nie rozpatrzyli.

– Maluchy teraz na eksport do ruskich idą – rzekł docent – to pan prędko nie dostaniesz. – Zastanowił się jeszcze przez chwilę. – Może ten kwit to ta sama bajka co nocne filmy z gołymi babami dla pezetpeerowców. Partyjne ciule mają tajemne narzędzie do pozbywania się niewygodnych sąsiadów, a pan przez przypadek się załapał…

– Myślę, że pan przesadza. Jancia twierdzi, że ktoś po prostu źle wypisał wniosek o uznanie za zmarłego.

– Pan nie jest w partii, prawda?

– Panie Mietku, ja pana bardzo proszę.

– W dzisiejszych czasach człowiek sam nie wie, z kim rozmawia.

Wypili szybko po setce za Wałęsę i zagryźli ogórkiem.

– Jutro przejdę się do urzędu i oddam ten kwit.

– Pan chce go oddać? – Docent o mało nie zakrztusił się kiszonym. – Ten papier to jest przecież w ł a d z a.

– Ja z władzą nie chcę mieć nic wspólnego – rzucił niemrawo Kwiatkowski. Pomyślał, że docent musiał już za dużo wypić.

Nad Bałtykiem rozpętała się burza. Błyski piorunów rozświetlały raz po raz fioletowe niebo. Za oknem słychać było wycie milicyjnej syreny.

– Pan mi go da.

– Nie mogę. Tam jest moje nazwisko. A poza tym i tak trzeba osobiście doręczyć – odparł Kwiatkowski, miętoląc kopertę. Po chwili jednak, z ciekawości przyjąwszy punkt widzenia docenta, spytał: – A kogo by pan tam wpisał?

– Tego chuja z sanepidu, który mi cofnął pozwolenie na saturator – odpowiedział docent. – Za mało wkładki mu dolałem, więc powiedział, że sprzedaję sfermentowany sok.

– Naprawdę pan by za to zabił?

– No – docent zawiesił głos – nie. Ale wie pan co, panie Kwiatkowski, Jaruzela za stan wojenny bym wpisał.

– A jakby ruskie weszli?

– Nie weszliby – mruknął docent. – Zresztą, to pański kwit. Niech pan robi, co pan chce. Władza to trudna sprawa.

– Dlatego u nas w kraju sobie z nią nie radzą.

Wypili strzemiennego za demokrację i Kwiatkowski wrócił do domu.

 

II

– Czemu ta kolejka stoi? – ktoś spytał nieśmiało.

– Przerwa na kawę – cicho odpowiedział ktoś inny.

Kwiatkowski już wcześniej nabrał pewności, że cała afera rozchodzi się o pietruszkę, gdy cieć poinformował go, że pokój nr 14 nie istnieje. Potem tylko trzeba było swoje odstać w kolejce, żeby zdać kwit. Mężczyzna patrzył na wnętrze budynku i się brzydził.

Ściany korytarza Zakładu Ubezpieczeń Społecznych były lepkie, jakby wymalowano je żółcią wyciśniętą z wątrób martwych psów. Dzień w dzień – nie licząc sobót, niedziel i pierwszego maja – gładką powierzchnię bezduszności kalały tysiące drżących dłoni petentów, dzierżące wnioski, prośby, świstki i zaświadczenia. Silniejsze i lepsze od słońca jarzeniowe światło padało na pochylone głowy, odkrywając przed urzędnikiem argumenty przeciwko człowiekowi.

Ecce homo, mruknął Kwiatkowski, nie mogąc sobie przypomnieć, skąd zna to powiedzenie.

– Tamta pani to już trzecią przerwę sobie zrobiła – burknęła starsza kobiecina – a przecie jeszcze dwunastej nie ma.

– Dzień dobry – zaczął Kwiatkowski, gdy biała głowa urzędniczki pojawiła się za matową szybą. Wyjął z koperty kwit. – U mnie w rodzinie nikt nie umarł, a dostałem taki wniosek.

– A co to ma do rzeczy, czy już ktoś umarł – rzuciła kobieta. – Pan formularz c-14/b wypełnił?

– Nic nie wypełniałem.

– No to musi pan pójść na trzecie piętro do pokoju nr 64 i wypełnić formularz c-14/b.

– Ale ja tylko chcę to oddać.

– Nie. Musi pan wypełnić formularz.

– Ale…

– Proszę pana – przerwała mu urzędniczka. – Jak Polska Rzeczpospolita Ludowa coś obywatelowi daje, to obywatel nie odmawia.

Chciał odpowiedzieć, że jak dają w mordę, to rzeczywiście nie ma jak odmówić, ale się powstrzymał. W ogóle od czasu pacyfikacji stoczni nabrał zwyczaju powstrzymywania się. W jego głowie zagnieździł się mały szary zomowiec, który – jakby to ująć – zajmował się formowaniem wyłącznie pokojowych myśli.

– To gdzie mam pójść?

– Tymi schodami na drugie piętro, potem korytarzem na wprost, skręci pan w lewo i za pierwszymi drzwiami będzie druga klatka schodowa…

Kwiatkowski uważnie wysłuchał wskazówek i posłusznie wkroczył w labirynty pałacu Heroda, a przecież jeszcze kwadrans wcześniej myślał, że sprawę jednak da się w prosty sposób załatwić.

 

*

W socjalizmie nie ma prostych rzeczy. W końcu – jak zwykł mawiać docent po paru głębszych – jest to taki ustrój, który jako jedyny nie potrafi poradzić sobie z problemami, które gdzie indziej po prostu nie występują. W Polsce z kolei rosną jak grzyby po deszczu.

– Formularz c-14/b? – spytała kolejna biała głowa.

– Tak.

– Proszę pana – odpowiedziała urzędniczka. – Nie ma takiego formularza.

Kwiatkowski popatrzył na kobietę jak na pająka, plotącego tłustą sieć na muchy.

– Panina dole kazała mi taki wypełnić.

– Prawo się zmieniło. Teraz jest formularz c-44/14. Pan musi pójść do pokoju nr 28 i stamtąd go wziąć. Potem proszę podejść do kierownika sekretariatu wydziału umarzania świadczeń po pieczątkę kwadratową niebieską i okrągłą dużą. Następnie uda się pan do okienka w holu głównym po przepustkę do pokoju nr 14.

– Przecież taki pokój nie istnieje.

– Jak pan wie lepiej, to po co pan tu przychodzi – burknęła urzędniczka, nastawiając czajnik na kawę.

– Mam – cicho powiedział – jeszcze jedno pytanie.

Kobieta podeszła do szafki i mechanicznym ruchem odmierzyła dwie płaskie łyżeczki kawy, jedną płaską łyżeczkę cukru, zalała wodą, trzy razy wymieszała w prawo, raz w lewo i dolała półtorej łyżeczki śmietanki.

– Do czego właściwie służy ten wniosek?

Urzędniczka wróciła do biurka, usiadła – jakby tylko na siedząco umiała mówić – i warknęła:

– Czy pan nie potrafi czytać?

 

*

– Trzeba się bardzo napracować – szepnął mężczyzna stojący w kolejce za Kwiatkowskim – żeby zabić drugiego człowieka.

– Słucham?

– Przecież widzę, co pan trzyma w dłoniach.

– Kim pan… – słowa ugrzęzły Kwiatkowskiemu w gardle, gdy spojrzał na rozmówcę. Zomol sierżant Olszar, stary skurwysyn, pałkarz, brutal. Wszystkie te określenia powróciły nagle, jak ból po ciosie w nerkę. – Racja, przecież pan się na tym świetnie zna.

– Może to pana zdziwić, ale nikogo nie zdarzyło mi się zabić. – Olszar uśmiechnął się. – A kogo pan planuje wyprawić na tamten świat?

– Pana – rzucił nagle Kwiatkowski, pragnąc jedynie, żeby niedoszły kat oddalił się.

– To… przykre. – Zomowiec strzelił palcami masywnych dłoni. – Chciałem zaproponować coś w zamian za ten kwit, ale skoro pan nie chce, to nie.

– Nie – odparł Kwiatkowski.

– Jakby co, to mnie nie jest trudno znaleźć.

Największym wysiłkiem woli obrócił się plecami do funkcjonariusza, chcąc zakończyć rozmowę z nim. Obawiał się jednak, niemal czuł, jak brutal bierze zamach, żeby zgnieść mu czaszkę niczym przejrzałego pomidora. Nic jednak nie nastąpiło.

– Pan do pokoju numer 14 – powiedziała urzędniczka z białą głową, znów widząc Kwiatkowskiego. – Pan teraz ma wszystkie formularze?

– Tak – odparł mężczyzna. W szybie okienka szukał odbicia twarzy Olszara, ale pysk zomowca gdzieś znikł. – Czy pani to nie dziwi, że przychodzi tu człowiek z kwitkiem na zabicie drugiego człowieka?

– Proszę pana, proszę mi głowy swoimi sprawami nie zawracać – odparła urzędniczka, w międzyczasie sortując jedną kupę papierów i stemplując kolejną. – Ja przyjmuję wniosek albo wniosek odrzucam, jak są błędy formalne. Ja nie sprawdzam, o co petent wnosi. Skierowanie dla pana. – Wydała kolejny druczek. – Następny!

 

*

Kwiatkowski wyobrażał sobie, że pokój nr 14 będzie mały, duszny i czarny – taki jak klita, gdzie go przesłuchiwała milicja. Wszak gdzie indziej można decydować o czyjejś śmierci, jak nie w ciasnych kanciapach albo suterenach na tyłach urzędów i komisariatów. Przecież w jasnym świetle dnia człowiek przestraszyłby się własnych myśli i wszystko odwołał.

Tymczasem na końcu zwykłego żółtego korytarza były kremowe drzwi ze sklejki. Ze środka dochodziły ciche dźwięki programu trzeciego polskiego radia. Wewnątrz, za żółtym biurkiem siedział starszy mężczyzna w rogowych okularach i siorbał herbatę. Dookoła niego, na dziesiątkach półek, pnących się na każdej ścianie aż po sufit, stały setki teczek.

– Czy lubi pan czytać? – spytał Kwiatkowskiego.

– A co to, przepraszam, ma do rzeczy. Od rana biegam jak głupek po tym urzędzie, od Annasza do Kajfasza, od okienka do okienka, żeby się pozbyć dokumentu, który jest pewnie wymysłem jakiegoś stukniętego urzędnika. Pan za to się mnie po pięciu godzinach stania w kolejkach pyta, czy lubię książki?

– Do tych drzwi nie ma kolejki – powiedział mężczyzna.

– Nie lubię czytać, nie mam czasu.

– A szkoda. Historie zawarte w tych tekach są naprawdę warte poznania. Lepsze niż te amerykańskie kryminały lub jakieś czeskie opowieści.

– To świetnie – mruknął Kwiatkowski. – Chciałbym teraz panu zostawić ten kwit i sobie pójść. Co pan na to?

– Proszę mi go pokazać. – Rzucił okiem na papier. – Przecież nie jest wypisane.

– Racja.

– Takiego kwitu nie można zostawić – powiedział urzędnik. – Musi pan kogoś wpisać.

– To jest śmieszne – krzyknął Kwiatkowski. – Proszę to ode mnie zabrać.

– To nie jest śmieszne. To jest prawo.

– Ale ja nie chcę nikogo zabijać.

– Wpisać – poprawił go urzędnik. – Jeżeli pan nie wie, kogo wpisać, to niech pan wpisze siebie. Porządek w aktach musi być.

– Jak pan się nazywa?

– Nijak – odparł ze smętnym uśmiechem urzędnik. – Ustawodawca przewidział takie zachowanie petenta.

Kwiatkowski, czując się, jakby go wrzucono w maglownicę, skierował się w stronę wyjścia.

– Przypominam panu – powiedział urzędnik – że zgodnie z rozporządzeniem Ministra Spraw Wewnętrznych numer 14/444 ma pan trzy dni od daty doręczenia na złożenie przedmiotowego wniosku.

 

III

W domu nikogo nie było. Docent też gdzieś znikł. Kwiatkowski z piwnicy wyniósł farbę i na ścianie kamienicy napisał: PZPR=chuje. Musiał z kimś porozmawiać, skoro miał tak mało czasu, a Olszar mógł być jedynym dostępnym człowiekiem, który wiedział coś na temat tego kwitu. Przełknąwszy dzisiejszą dawkę absurdu, uznał, że wulgaryzm na murze wystarczy do przywołania milicjanta. I wystarczył.

Suka zjawiła się niemal natychmiast, jakby wyjechała spod ziemi. Wyskoczyło z niej trzech zomowców i wciągnęło Kwiatkowskiego do środka.

– Co jest, chuju – krzyczał jeden. – Zachciało się, kurwa, obrażać Partię?

– Wpierdol dostanie i mu się odechce – mruknął drugi.

W bladym świetle, na niewygodnej ławeczce, Kwiatkowski czuł jedynie zrezygnowanie. Blachy suki były zimne, podłoga cuchnęła szczynami, a haki na kajdanki uwierały w plecy.

– Dobra, chłopcy, darujcie sobie – zabrzmiał głos Olszara. – Panie Kwiatkowski, jednak pan się zdecydował?

– Kazali mi do jutra oddać ten kwit. Nie miałem się gdzie podziać.

Za zomowcami siedział smutny człowiek w wymiętym garniturze. Na kolanach trzymał wytartą teczkę. Był blady i śmierdział kurzem.

Powiedział:

– Możemy panu zaoferować paszport z wizą do RFN oraz cztery tysiące dolarów amerykańskich, jeżeli pan wpisze we wniosku nazwisko Wałęsy, Popiełuszki albo Kuronia.

– Dlaczego sami ich nie zabijecie czy nie wpiszecie? – powiedział Kwiatkowski. – Miesza mi się już w głowie od tego urzędniczego bełkotu.

– Nie możemy – rzucił Olszar. – System nie pozwala.

– Jaki znowu system?

– Polska Rzeczpospolita Ludowa – powiedział smutny człowiek. – System.

Milicjanci pochylili paskudne mordy.

– System – kontynuował człowiek – proszę pana, to jest organizacja, która ma cel. Organizacja składa się z wielu hierarchicznie podporządkowanych w strukturze podmiotów, które mają własne cele cząstkowe. Te małe cele z kolei mogą się rozmijać z celem głównym. Wtedy następuje brak koherencji. Zastój, inaczej mówiąc. My go chcemy przełamać, ale skoro jesteśmy podporządkowani, to nie możemy wyjść poza prawo. Dlatego potrzebujemy pana.

– Czyli chcecie kogoś zabić, a nie możecie?

– Tak.

– Bo system wam nie pozwala? – Kwiatkowski histerycznie się zaśmiał. – Przecież to niedorzeczne.

– System, to coś więcej niż suma tworzących go podmiotów. Polska Rzeczpospolita Ludowa istnieje ponad swoimi urzędnikami i obywatelami. Ona wszystko kontroluje, ludzi i historię także, a taki kwit, jaki pan dostał, to są jej złe sny, koszmary, które przypadkiem trafiają do obywatela. Co jednak ważne, można z nich zrobić użytek i choć trochę poprawić system.

– To, co wy mówicie, jest bez sensu.

– Oczywiście, dla zwykłego szarego człowieczka, jakim pan jesteś, tak – powiedział Olszar. – Dlatego my się wszystkim zajmiemy, a pan po prostu dostaniesz paszport i pojedziesz w pizdu.

– Chcecie mi powiedzieć, że to Peerel wami kieruje, a nie wy Peerelem?

– Tak, Peerel jest ponad nami – szepnął smutny człowiek. – I zaczął się zmieniać. Coś planuje, a my chcielibyśmy to powstrzymać.

– Wiesz pan co, Popiełuszkę pan sobie daruj – dodał Olszar. – Tego sami damy radę sprzątnąć.

– Dowiedziałem się już wszystkiego – powiedział Kwiatkowski, przypomniawszy sobie, że przecież takie męty zomowskie uwielbiają zbierać przeróżne podpisy i później dyskredytować Solidarnościowców, informatorów z nich robić, w głowie mieszać. Zapewnił: – Jutro zdam to pismo odpowiednio wypełnione.

– Facet – powiedział na koniec zomowiec – trzymaj swoje zapałki.

Po chwili Kwiatkowski wyszedł, a drzwi suki z hukiem zatrzasnęły się za nim. Obok klatki schodowej zaś stał docent i porozumiewawczo machał.

 

*

– Odważna sprawa, panie Kwiatkowski – powiedział z podziwem docent, nalewając wódki do kieliszków.

– Skurwysyny chciały mnie zwerbować, żebym był agentem, sędzią kapturowym – wysapał Kwiatkowski, wypiwszy setę. – Wyroki śmierci chcieli, żebym podpisywał. Na Lecha, wyobrażasz sobie pan?

– Przez ten kwit?

– Tak, to musi być jakaś przykrywka. Pierdoleni prowokanci.

– Swój chłop. – Docent poklepał go po ramieniu. – Co jeszcze mówili?

– Opowiadali o peerelu.

– Taa, jakbyśmy sami nie wiedzieli, co to jest Peerel. Z okna co rano widzę kolejkę do spożywczaka.

– Peerel się zmienia, przekształca w coś nowego.

– Jasne – docent zaśmiał się z własnego żartu – w Trzecią Rzeczpospolitą. Stary beton się wykrusza, ale na jego miejsce przychodzi nowy. Jak to śpiewał Ciechowski: "nie strzelajcie do orkiestry, bo jak oni zginą, przyjdą lepsi".

– Ma pan rację. W dupie mam zasranych komuchów i ich papiery.

 

*

Następnego dnia wieczorem pod bramą kamienicy zatrzymała się czarna wołga. Ze środka wysiadł stary urzędnik w rogowych okularach z pokoju nr 14, Olszar i dwaj milicjanci po cywilnemu. Poszli do mieszkania Kwiatkowskiego. Nawet dachowce uciekły z klatki schodowej.

– Urząd został zamknięty – powiedział starszy mężczyzna, otworzywszy drzwi do mieszkania. – A wniosku wciąż nie doręczono.

– Panie Kwiatkowski – zawołał Olszar. – Dlaczego nie doniósł pan dokumentów?

– Przecież porządek w papierach musi być.

Kwiatkowski, zobaczywszy napastników, przykląkł na dywanie.

– Panowie tutaj?

– Tak. Po pana.

– Ale ja nikogo naprawdę nie chciałem zabijać.

– Peerel każe, obywatel czyni. Wiedział pan, co pana czeka.

– Nie, proszę!

Kilka minut później, gdy ciało ułożono w pozie samobójstwa, urzędnik zabrał kwit i wpisał tam: Kwiatkowski nienawidził siebie bardziej niż innych.

– Co to za człowiek – rzekł urzędnik – że nie był w stanie skasować nawet takiego skurwysyna jak ty, Olszar. Państwo dało mu szansę, a on jej nie wykorzystał. Jak ktoś taki może funkcjonować w socjalistycznym społeczeństwie. To przez takich jak Kwiatkowski wszystkim żyje się źle.

Przez okno widać było, jak któryś z sąsiadów w obywatelskim geście zamazuje napis wykonany przez Kwiatkowskiego.

– Wy chłopcy – powiedział do milicjantów. – Źle kombinujecie. W Peerelu nic nie dzieje się przypadkiem. Adresaci takich kwitów są przemyślani. Wszystko jest przemyślane. Wałęsa i Popiełuszko są przemyślani. Ruszycie Popiełuszkę, a system was zje. Jeżeli pewnego dnia Peerel stwierdzi, że wy nie jesteście pewni, to zapuka także do waszych drzwi.

Zomowcy popatrzyli na niego niepewnie.

– System był, jest i będzie. Nawet jak zwątpicie i będziecie myśleć, że się skończył.

Spisali jeszcze dane sąsiadów, ustalili dla porządku kwaterę na cmentarzu, która zostanie przydzielona Kwiatkowskiemu, i wyszli.

 

fin

 

 

Koniec

Komentarze

Chyba urodziłem się trochę za późno, żeby w pełni docenić to opowiadanie, ale i tak mi się podobało. Zgrabnie napisane, niezły styl, no i przede wszystkim - klimat.

Dwa błędy wyłapałem:
"Mało się tam, za przeproszenie, nie zesrałem."
"poradzić sobie z problemami, które w innych gdzie indziej po prostu nie występują"

Mnie znów się podobało. Boże, pomyślałem, ktoś wpadł na mój pomysł, Matrix PRL. Ale na szczęście nie całkiem. Fajne.Przybijam piątkę.;)))

No, cieszę się, że się podobało.
pozdrawiam

I po co to było?

świetne. Genialny labirynt - scena w urzędzie to mistrzostwo świata. Bardzo, bardzo dobrze napisane, przemyślane, przekonujące, mogłabym tak długo ;) daję 6. Pozdrawiam!

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

Sympatyczne. Sprawnie napisane.
Scena w urzędzie do złudzenia przypomina jedną z prac w filmie animowanym "12 prac Asterixa".

Bardzo fajny tekst. Przemyślany. Ze względu na drobne będy dałbym 5+. Zaczekam, jeśli wpadnie jeszcze jedno 6, to się dostawię z trzecią :)

Ibastro - miałam to samo skojarzenie z Asteriksem :) Scena w urzędzie - bardzo dobrze opisana, ale tu akurat mam wrażenie, że niewiele się zmieniło... Kafkowski klimat, albo po prostu cały PRL był ogólnie kafkowski. Bardzo dobre opowiadanie. Styl, język, pomysł, niepokój, jaki wywołuje.  No i prowokuje do zastanowienia - a ja bym kogoś wpisał/a? A jeśli tak, to kogo? Jedno z lepszych opowiadań w tym miesiącu.

Przyszło mi do głowy, że mógłbyś całą serię opowiadań o PRL- u napisać.
Temat nie do wyczerpania:)
A dzisiejsze urzędu niewiele się różnią. Pozdrowienia dla pań z ZUS-u...

No, dzięki za porównanie do K.

Ja poznałem niedawno jeszcze panie z NFZ i wydaje mi się, że radzą sobie nawet lepiej  niż panie z ZUS.
A propos zaś Zakładu Ubezpieczeń Społecznych gorąco polecam Urząd Kieślowskiego. Pięć minut nieogarnialnego wręcz absurdu biurokracji z mocną puentą.
pozdrawiam i -- w temacie -- dużo zdrowia życzę

I po co to było?

Obejrzałam. Genialne:)

Dziś w Urzędach jest zupełnie inaczej! Wiem to, bo sama ciągle tam przesiaduję... Naprawdę jest inaczej, uwierzcie...Na pewno też zauważyliście tę subtelną różnicę...że w XXI wieku, we wszystkich urzędach jest klimatyzacja!
:D
Tekst przedni! :D

A ten tekst nawet mi się spodobał. No dobrze, Syf.ie, niektóre rzeczy faktycznie są niefajne, i te opisujesz świetnie. :-)

Babska logika rządzi!

Syfie, kolejne świetne opowiadanie.

Przeczytałam, potem obejrzałam Urząd, a teraz siedzę i zastanawiam się, co ja właściwie robiłam na przestrzeni całego życia…

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czasem lepiej jednak się nad tym nie zastanawiać ; P

I po co to było?

Nowa Fantastyka