- Opowiadanie: Dreammy - Boscy szaleńcy cz. II

Boscy szaleńcy cz. II

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Boscy szaleńcy cz. II

Kiedy wreszcie udało mu się powstrzymać spazmy wymiotów, rozejrzał się dookoła. Eglantyny nadal nie było, chociaż Towiański wrócił już do domu, a w oddali zamajaczyła sylwetka Karoliny, która wracała z Paryża ze służącą oraz z panną Deybel. Zaniepokojony zaczął rozglądać się po okolicy, która w zapadającym powoli zmroku stawała się coraz bardziej ponura. Intensywny zapach jaśminu przyprawiał go o mdłości. Gdzie jest panna Pattey? Dlaczego Towiański wrócił sam? Dokąd poszła? Gdzie ją zostawił?

 

Gałki oczne, wsypane jak cukierki do czarnego woreczka…

Ciało aptekarza, poćwiartowane, porzucone na brzegu Wilejki…

Poczuł, jak w gardle rośnie mu wielka gruda, przeszkadzająca w oddychaniu.

– Eglantine! – zawołał, nie dbając o to, czy ktoś go usłyszy. Poszli nad Sekwanę. Jeżeli Towiański coś jej zrobił, jeżeli…

Ponad dwie godziny szedł wzdłuż brzegu rzeki, coraz bardziej zrozpaczony, coraz bardziej przerażony, coraz bardziej ogarnięty poczuciem winy. Wreszcie na horyzoncie zamajaczyły dachy Paryża.

Umazany błotem i spocony, zapukał do drzwi paryskiego mieszkania swojej przyjaciółki, tknięty ostatnią nadzieją, że być może jakimś cudem wróciła sama. Nikt nie otwierał. Usiadł na schodkach i ukrył twarz w dłoniach. Co robić, co robić, co robić?

Wrócić do Towiańskiego? Do człowieka, który trzyma ludzkie oczy w worku? I co, tak po prostu zapytać, gdzie jest panna Pattey, która była u niego, żeby odwrócić jego uwagę, kiedy on, Juliusz Słowacki, przetrząsał jego szuflady?

Znalezienie Bouleta było lepszym pomysłem, chociaż na samą myśl o spotkaniu z tym podłym szantażystą czuł wzrastające obrzydzenie. Ale był z nim umówiony dopiero na jutrzejsze popołudnie. Do tego czasu… bał się nawet pomyśleć o tym, że być może jest już za późno. Jego wyobraźnia produkowała najczarniejsze scenariusze.

– Jeszcze nie wróciła – otworzyły się drzwi naprzeciwko i wyjrzała zza nich wyzywająco ubrana kokota. – Wyszła przed południem.

Wiem, pomyślał Słowacki, przecież wyszła do mnie.

– Martwię się o nią – powiedział bezradnie, ni to do damulki, ni do siebie.

– Tylko niech pan nie idzie z tym na policję – powiedziała kobieta usłużnie. – Jak już, to najlepiej do Vidocqa.

Poeta odwrócił się gwałtownie.

– Bóg mi panią zesłał – powiedział do dziwki. Vidocq! Że też nie wpadł na to od razu!

Paryska policja, której działania poeta nigdy nie potrafił rozgryźć, zajmowała się głównie sama sobą. Poszczególne prefektury, departamenty, ministerstwo policji, żandarmeria, komendantura, gwardia, wywiad, czas poświęcały, zamiast na łapanie przestępców, włóczących się po mieście w zastraszających ilościach, na rywalizację między sobą i wzajemne podkupywanie sobie najlepszych ludzi. Jedynym skutecznym sposobem na walkę ze zbrodnią okazał się były przestępca i galernik, Eugene-Francois Vidocq. Najpierw, jako infiltrator, wspólnie ze swoją brygadą złożoną z byłych skazańców, dostarczył policji mnóstwa przydatnych informacji na temat podziemnego półświatka. Potem w 1833 roku założył w Paryżu swoje Bureau de renseignements pour le commerce, świadczące nieocenione usługi w chwytaniu bandytów, demaskowaniu oszustów i odnajdowaniu osób zaginionych. Tam też skierował swoje kroki Juliusz Słowacki.

Wchodząc, zderzył się z jakimś wysokim, ciemnowłosym funkcjonariuszem w czarnym redingocie.

– Co ty tu tutaj robisz? – Boulet spojrzał na niego z góry.

– Ja? Co PAN tutaj robi? – poeta wyglądał na zdezorientowanego. – Chwila… pracuje pan dla Vidocqa?

– Bo co? – mruknął Francuz.

– To tak pracuje francuska policja? Bicie, szantaż, wymuszenia?

– Tak pracuje Vidocq – burknął Boulet. – A poza tym jestem również oficerem wywiadu. Lepiej stąd chodźmy, niech nie widzą nas razem.

Wprowadził go do małego pokoiku, niepokojąco przypominającego tamten, w którym spotkali się po raz pierwszy.

– Skąd pan wiedział? – spytał Juliusz, zanim oficer się odezwał. – Jak rozszyfrował pan „Godzinę myśli"?

Wzruszył ramionami.

– „Z łona Boga spadli". To taki ładny eufemizm z perskich poematów, określający osoby „kochające inaczej", niewątpliwie podsunął go panu przyjaciel-orientalista. A potem to już łatwo się domyślić, czemuż te wasze jabłonie były takie zarumienione. Mógł pan to lepiej zaszyfrować, Słowacki. Do Mickiewicza panu daleko. Do dziś łamię sobie głowę nad tym jego „czterdzieści i cztery".

– Dziękuję, już to słyszałem – mruknął Juliusz zirytowany. – Zrobiłem, co pan kazał, tylko…

Ukrył twarz w dłoniach. Głos załamał mu się parę razy, kiedy opowiadał Bouletowi o zaginięciu Eglantyny. Potem bez słowa wyciągnął woreczek i z dreszczem obrzydzenia podał go Francuzowi.

– Merde! – syknął Boulet, kiedy zawartość wypadła na drewniany stolik. Wybiegł z pomieszczenia, za drzwiami rozległ się jego zdecydowany, podniesiony głos. Zadudniły kroki. Po kilkunastu długich, ciągnących się w nieskończoność minutach Francuz wrócił do otumanionego poety.

– Wysłałem ludzi do Nanterre – mruknął. – Tym razem ptaszek się nam nie wymknie.

– Znalazłem jeszcze to. – Słowacki wyjął z kieszeni cienką tabliczkę pokrytą dziwnymi znakami.

– Tablica słońca – Francuz nie wyglądał na zaskoczonego. – Czyli miałem rację. Próbuje wszelkich sposobów. Pytanie, czy znalazł właściwy.

– Sposobów na co?

Boulet wskazał mu proste, drewniane krzesło. Sam usiadł po drugiej stronie stołu.

– Bywał pan w świecie, Słowacki – powiedział. – Szwajcaria, Włochy, Grecja, Egipt, Palestyna, Syria… Pewnie sporo pan widział. Musiał pan też, z całą pewnością, zetknąć się z Prorokami. Być może nawet pan o tym nie wiedział.

– Prorokami? – powtórzył zdezorientowany poeta.

– Ludźmi głoszącymi Proroctwo.

– Jakie znowu Proroctwo?

Francuz uśmiechnął się pod nosem.

– Podobno jako pierwsi zapisali je albigensi, prawie sześćset lat temu. Ale odkryli je masoni i to oni są odpowiedzialni za to, że rozprzestrzeniło się na cały świat jak zaraza. Jak w co drugim proroctwie, chodzi oczywiście o przyjście Mesjasza, który zaopiekuje się ludzkością w przededniu końca świata.

– Cóż… nic nowego – mruknął Słowacki.

– Niby tak – zgodził się Boulet. – Ale po pierwsze, według Proroctwa, Mesjasz ma zjawić się już wkrótce. Do końca tego stulecia. A po drugie – albigensi bardzo uściślili, po czym takiego Mesjasza poznać.

– Chwileczkę – zastanowił się Słowacki. – Czegoś tu nie rozumiem. Przecież to jakieś nieszkodliwe brednie, w dodatku zniekształcone przez sześćset lat przepisywania. Czy francuska policja nie ma już się czym zajmować, tylko ścigać jakichś fałszywych proroków? Dlaczego akurat to Proroctwo jest ważniejsze od innych?

– Nie zajmuję się prawdziwością tych kwestii, nie wierzę w żadnych mesjaszy i nie boję się końca świata – powiedział Boulet, a w jego czarnych oczach pojawiły się drapieżne błyski. – Ale rządy poszczególnych krajów bardzo obawiają się pojawienia jakiegoś „wybawiciela". Zwłaszcza, że taki Prorok będzie miał poparcie wyjątkowo wpływowych i bardzo niebezpiecznych grup. Po pierwsze, masoneria, która ciągnie za sznurki najważniejszych polityków w Europie. Po drugie, prosty lud, który pójdzie za kimś takim w ciemno. A po trzecie, czwarty warunek Proroctwa jest tożsamy z trzecim stopniem nekromancji. Mesjasz będzie miał zatem, jak żaden inny, poparcie zarówno chrześcijan, jak i wszelkiej hałastry parającej się czarną magią. Nic dziwnego, że władcy się tego obawiają. Mesjasz i Antychryst w jednym. To przekracza granice pojmowania.

– Nie rozumiem – Słowacki popatrzył na niego, ocierając oczy. – Czarna magia?

– Wie pan, Słowacki, co to jest nekromancja? – spytał Boulet.

Poeta skinął głową.

– Doprawdy? – Francuz uniósł brwi, zdziwiony.

– Wiem też, co to jest nekrofilia – mruknął Juliusz z irytacją. – Co nie znaczy, że zajmuję się tym zawodowo.

– Rozumiem – uśmiechnął się Boulet. – A więc są trzy stopnie nekromancji. Pierwszy to umiejętność rozmowy z duchami. Bardzo proste, łatwe w uprawianiu, nawet ja, gdybym chciał, mógłbym tu jakiegoś sprowadzić. Stopień drugi to przywołanie cienia, czyli wezwanie ducha osoby zmarłej, w widzialnej postaci. Czasami również przejęcie nad nim kontroli. To już trudniejsze, ale możliwe. Byłem tego świadkiem. Podejrzewam, że pewien pana znajomy też. „Dziady" to wręcz praktyczny poradnik nekromancji pierwszego i drugiego stopnia.

Słowacki patrzył na niego nieufnie. Policjant mówił o duchach i magii, jakby prowadził wykład z matematyki. Jakby to wszystko było takie oczywiste. Otarł pot z czoła.

– Dalej mamy stopień trzeci. I tutaj dochodzimy do naszej sprawy. To morderstwo w Wilnie… nie było odosobnionym przypadkiem. Jakiś czas później znaleziono ciało dziewczyny, straszliwie okaleczone. W tym samym czasie w Krakowie miała miejsce seria napaści na prostytutki, które ginęły w niewyjaśnionych okolicznościach, a potem były znajdowane w rzece, pozbawione głowy. Podobne rzeczy zaczęły dziać się w Warszawie i w Dreźnie, a potem stopniowo zmierzać na zachód…

– W tym samym czasie? – spytał sceptycznie Słowacki. – Więc przecież nie mogła popełnić ich ta sama osoba.

– Otóż to, dlatego zacząłem badać przyczyny tej epidemii. I wtedy właśnie trafiłem na ślad warszawskiej loży masońskiej. Wziąłem udział w kilku spotkaniach. Tam po raz pierwszy usłyszałem Proroctwo. Przepowiednia głosiła, że w XIX wieku ma pojawić się Prorok, który zgromadzi wokół siebie tłumy i stworzy podwaliny nowego świata. Taki prorok musi spełnić cztery warunki. Pierwszy – to zdolność odczytywania ludzkich myśli. Drugi – uzdrowienie chorego. Trzeci – umiejętność przepowiadania przyszłości.

– Ale z tego co wiem, Towiańskiemu nie udało się jeszcze nic przepowiedzieć. – Słowacki wzruszył ramionami. – Za to… uzdrowił Celinę Mickiewiczową… i…

– Co do odczytywania myśli, podejrzewałem, że mu się udało – powiedział Boulet z przekąsem. – Nieźle przez pana dzisiaj oberwałem. Człowiek, którego obserwowałem, musiał zostać poinformowany, że jestem szpiegiem. Ledwo udało mi się ujść z życiem. Dlatego też wolałem, żeby wiedział pan jak najmniej. Żeby pana chronić.

– A jaki jest czwarty warunek? – Słowacki udał, że nie dosłyszał ostatniego zdania.

– Otóż właśnie – westchnął Francuz. – Pierwsze trzy warunki, jak się okazało, spełnia całkiem sporo „proroków", tak jak wielu nekromantów dochodzi do drugiego stopnia. W każdym kraju znajdzie się kilku takich, co to przepowiedzieli, że będzie wojna, uzdrowili przeziębione dziecko i odczytali czyjeś skryte pragnienia. Gorzej jest z czwartym warunkiem.

– Czyli? – spytał zniecierpliwiony poeta.

– Wskrzeszeniem człowieka z martwych. Niestety, nie jest to takie proste, co nie znaczy, że nie znalazła się grupa pomyleńców, którzy zapragnęli spróbować. Na różne sposoby. Od tych zawartych w żydowskiej kabale, poprzez pomysły zapisane w księgach Wschodu, aż do tak egzotycznych wynaturzeń, jak haitańskie voodoo. W końcu sięgnęli po sposoby nekromantów, a i sami nekromanci zwęszyli w tym własny interes. I tak mamy przynajmniej kilkudziesięciu pomyleńców w samej Europie, którzy próbują do skutku, mordując przy tym niewinnych ludzi lub bezczeszcząc zwłoki wykradzione z kostnic.

– Chce pan powiedzieć, że…

– W samym Paryżu najprawdopodobniej mamy dwóch takich „boskich szaleńców". Pierwszym jest nekromanta Pierre-Michel Vintras, przywódca „Dzieła Miłosierdzia", gildii paryskich satanistów. Drugim Andrzej Towiański, Mistrz Koła Sprawy Bożej. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, wynika, że twój Mistrz wyzwał mojego na pojedynek. Jeżeli uda nam się ich schwytać na gorącym uczynku, zapobiegniemy kolejnym morderstwom.

– O mój Boże – jęknął Słowacki. – Myśli pan, że Eglantyna…

Nie skończył. Nagle do środka wpadł jeden z młodych funkcjonariuszy biura. Przez moment rozmawiał z Bouletem ściszonym głosem.

– Dom wyglądał na opuszczony, więc weszli do środka – zakomunikował Francuz ponuro. Nie znaleźli Towiańskiego, za to w pokoju…

Na moment przerwał, zawahał się.

– W pokoju znaleźli ciało kobiety. Ciemne włosy, wysoka, około trzydziestu lat…

Ta wiadomość była jak cios pięścią w brzuch. Juliuszowi zrobiło się ciemno przed oczami, zachwiał się na nogach, mamrocząc coś niewyraźnie, jak pijany.

– Tędy – powiedział Boulet trochę łagodniejszym głosem. Poeta powlókł się za nim jak skazaniec.

Drogę zastąpił im nagle starszy mężczyzna z siwymi, kręconymi włosami. Mimo podeszłego wieku emanował władzą i pewnością siebie. Zza koszuli rozchełstanej na piersiach wyzierał wytatuowany numer, wskazujący na byłego więźnia, prawdopodobnie galernika. Francuz zasalutował i wyprężył się na baczność. Więc to jest ten słynny Vidocq, domyślił się Słowacki, opierając rozpalone czoło o chłodną ścianę.

– Co tu się dzieje? Akcja bez porozumienia ze mną? Zaraz będziemy tu mieli na karku całe ministerstwo!

– Znaleźliśmy trupa kobiety – zameldował Boulet szefowi. – Ludzie przywieźli ciało do sekcji… oczywiście oddamy je prefekturze. Albo ministerstwu. Albo żandarmerii. Komu właściwie oddaje się ciała, monsieur?

– Nie żartuj, Antoine… – sarknął Vidocq. – Jak zginęła?

Mężczyzna zawahał się.

– No właśnie, to dziwne. Na jej ciele nie ma nawet śladu choćby uderzenia. Może została otruta? Ale żeby to sprawdzić, trzeba by ją otworzyć i…

– A to kto? – średnio zainteresowany sprawą szef agencji dostrzegł nagle Słowackiego.

– Mój informator u Towiańskiego – odparł niepewnie Boulet.

– Tego Towiańskiego, który ostatnio wysłał uroczy liścik do księcia Orleanu, przepowiadając mu rychłą śmierć? – spytał Vidocq, pochmurniejąc.

– Tego samego, bo co?

– Afera, Boulet. Książę Orleanu dziś w samo południe wyskoczył z pędzącego powozu. Samobójstwo? Atak szału? Nie wiadomo, bo nie odzyskał już przytomności. W ministerstwie wrze, a twój Polaczek jest głównym podejrzanym. Podpisano już nakaz wydalenia tego typa z Francji.

– Czyli spełnił już trzy warunki – mruknął Boulet. – A dzisiaj pewnie będzie próbował spełnić czwarty. Musimy go znaleźć wcześniej. Dziś w nocy, monsieur Vidocq, mamy szansę dopaść kolejnego Mesjasza. A jeżeli przeczucie mnie nie myli, to nawet dwóch.

– A ten twój informator… – Vidocq spojrzał na poetę uważniej. – Tak po prostu przychodzi sobie do biura?

Oficer skrótowo wyjaśnił sytuację.

Vidocq wymruczał pod nosem kondolencje i otworzył solidne drzwi, za którymi poeta dostrzegł bielejący w blasku świec kształt. Kiedy podszedł bliżej, zorientował się, że to ciało przykryte białym płótnem. Miał wrażenie, że to wszystko dzieje się jakoś poza nim, w jakiejś innej, abstrakcyjnej rzeczywistości koszmaru sennego. Musiał przypominać sobie o tym, że trzeba oddychać, bo co jakiś czas brakowało mu powietrza w płucach.

– Odsłonię twarz – powiedział Boulet, a w jego czujnym, chłodnym spojrzeniu przez moment mignął cień troski. Lekko podniósł płachtę przykrywającą ciało.

Z gardła Juliusza wydobył się okrzyk zaskoczenia. Aż cofnął się o krok.

– To ona? – spytał Vidocq.

Poeta pokręcił głową, ciągle zaszokowany.

– Nie, nie, ale…

– Zna pan tę kobietę?

– To Xawera Deybel – wykrztusił Słowacki.

W pomieszczeniu zapanowała ponura cisza.

– Kochanka Mickiewicza? – upewnił się Boulet.

– Kto to jest Mickiewicz? – spytał podejrzliwie Vidocq, czym nagle zaskarbił sobie wiele sympatii Juliusza.

– Widział ją pan dzisiaj? – spytał oficer Słowackiego.

Poeta skinął głową.

– Wchodziła do domu Towiańskich zaraz po tym, jak ja stamtąd uciekłem. Razem z Karoliną Towiańską. Nie widziałem, czy wychodziła.

– Boulet, co tu się dzieje? – przełożony ostrym tonem zwrócił się do swojego podwładnego. – Wyglądasz na dobrze zorientowanego w sytuacji, więc może będziesz mi łaskaw wyjaśnić…

Juliusz zesztywniał nagle. Za drzwiami usłyszał znajomy głos.

– Przepraszam – do środka zajrzał młody mężczyzna w okularach, sekretarz Vidocqa. – Przyszedł jakiś Polak, emigrant, chce zabrać ciało tej denatki, twierdzi, że może ją znać. Nazywa się Misch… mic…

– Mickiewicz – skinął głową Boulet. – Owszem, powiedz mu, że jeżeli ją rozpozna, za chwilę przygotujemy ciało do transportu.

– Co takiego? – eksplodował Vidocq, kiedy tylko za sekretarzem zamknęły się drzwi. – Najpierw nielegalnie przywozicie sobie z akcji jakieś ciało, a potem dajecie je pierwszemu lepszemu tylko dlatego, że…

– Monsieur – przerwał mu oficer. – Po pierwsze, czy zastanowił się pan, skąd ten człowiek to wie? Po drugie – warto sprawdzić, dokąd ją zabierze. A po trzecie – dlaczego zabierze ją do Towiańskiego. Musimy tylko schować gdzieś naszego wieszcza, bo Mickiewicz mógłby nabrać podejrzeń.

Juliusz ukrył się w cieniu za drzwiami. Stamtąd obserwował, jak Adam podchodzi do ciała Xawery, potwierdza, że zna tę kobietę, po czym bierze ją na ręce – nagą, piękną, martwą – i zabiera ze sobą. Nie mógł dostrzec twarzy mężczyzny, ale w sercu zadrżał mu nagle cień współczucia. Nie lubił go, to prawda – ale nie życzył mu śmierci, ani śmierci nikogo z jego bliskich. A panna Deybel z pewnością była Adamowi najbliższa.

– Pojadę za nim – mruknął Boulet, wyrastając nagle obok Słowackiego.

– Jadę z panem – zdecydował Juliusz.

Przed biurem stała zaprzężona w cztery konie, bogato zdobiona dormeza. Adam troskliwie umieścił Xawerę na obitych pluszem siedzeniach.

– Panie Mickevi! – Vidocq zaprosił go z powrotem do środka. – Chciałbym jeszcze zadać panu kilka pytań.

Poeta śmiało wszedł do biura. W tym samym momencie otworzyły się ukryte w ciemności drzwi, wyszli przez nie Boulet ze Słowackim.

– Niech pozostali próbują go dogonić – mruknął Francuz, po czym lekko wdrapał się na dach powozu i podał rękę Juliuszowi. Z wyraźnym trudem poeta dostał się na górę, po czym ułożył płasko tuż obok oficera. – Masz wykonywać moje rozkazy, zrozumiano? Żadnych gwałtownych ruchów.

– Zrozumiano – mruknął potulnie Słowacki.

Mickiewicz wyszedł z biura, po czym usiadł na miejscu woźnicy i trzasnął z bata. Wóz ruszył. Przyczajeni na dachu mężczyźni w milczeniu obserwowali drogę przed sobą.

– Dla kogo pan właściwie pracuje, panie Boulet? – spytał Juliusz szeptem. – Jest pan oficerem wywiadu, ale jakiego państwa? Kto jest zleceniodawcą pana i Vidocqa? Kto wam płaci?

– Ktoś, kto może naprawdę dużo zapłacić – mrugnął do niego Francuz.

– I ktoś, kto pod przykrywką poszukiwania mordercy tak naprawdę boi się utraty władzy na rzecz jakiegoś samozwańczego Mesjasza? – mruknął Słowacki. – Niech pan powie, jest pan carskim agentem, prawda?

Boulet tylko się uśmiechnął.

Dormeza zatrzymała się obok starego cmentarza niedaleko Nanterre. Z ciemności zaczęły nadjeżdżać kolejne powozy. We mgle, która spowiła cmentarz, rozbłysły płomienie pochodni. Wszystkie zmierzały w jednym kierunku, do niewielkiej kaplicy pośrodku nekropolii. Przez szeroko otwartą bramę widać było oświetlone schody wiodące w dół, najprawdopodobniej do katakumb, ciągnących się kilometrami pod miastem. Bramy strzegło czterech żandarmów, wyglądających na wtajemniczonych w całą sprawę. Boulet ostrożnie zdjął z pleców zawinięty w płótno pakunek.

– Race – szepnął do Słowackiego. – Vidocq szybciej nas znajdzie. Poczekamy na dogodny moment.

Adam zeskoczył z kozła, otworzył drzwiczki powozu i na chwilę zajrzał do środka.

– Tym razem miałaś szczęście – powiedział surowo. – Co wam przyszło do głowy? Chcieliście zrobić próbę generalną?

Słowacki zobaczył, jak dłonie Bouleta zaciskają się nerwowo na poręczach. Lekko wychylił głowę i nagle poczuł, jak krew przestaje mu płynąć w żyłach. Xawera Deybel, cała i zdrowa, wysiadła z dormezy, jak gdyby nigdy nic.

– Och, Adamie… – uwiesiła się na jego ramieniu. – Poprosiłam Andrzeja, bo chciałam zobaczyć jak to jest… Żałuj, że nigdy nie próbowałeś. To uczucie… jakby wyostrzały ci się wszystkie zmysły, jakbyś widział wszystko zupełnie inaczej… Możesz dostrzec nawet… pewnych nieproszonych gości na dachu.

Czterej żandarmi wycelowali pistolety w dach dormezy. Słowacki zastygł w przerażeniu, również Boulet był tak zaskoczony, że krzesiwo wypadło mu z dłoni.

– Schodźcie, i bez żadnych sztuczek – rozkazał jeden ze strażników.

Słowacki westchnął i podniósł głowę. Adam na jego widok uniósł brwi wysoko do góry.

– Co ty tu robisz? – spytał Juliusza, który niezdarnie usiłował zeskoczyć z dachu na ziemię.

– Lepiej ty mi to powiedz – poeta spojrzał na niego wściekle. – Lepiej powiedz mi, gdzie jest Eglantyna. Co jej zrobiliście?

– Eglantyna? Masz na myśli pannę Pattey? A co ona ma do tego? – zdziwił się Mickiewicz. – I co, na Boga, robisz na dachu mojego powozu?

– Chcesz powiedzieć, że…

– Panna Pattey już na nas czeka – z tyłu rozległ się nagle znajomy głos. – Dziękuję, bracie Juliuszu, że wykonałeś zadanie.

– Ja? – zdziwił się Słowacki.

– Przyprowadziłeś mi naszego wspólnego znajomego. Z chęcią ukarzemy go za próbę obalenia Proroctwa.

Andrzej Towiański razem z żoną wyłonili się z mroku. Ale nie byli sami. Tuż obok nich kroczył mężczyzna w białej szacie z czerwonymi wyłogami, przepasany białym sznurem. Otaczało go jeszcze sześciu podobnie ubranych „mnichów".

– Ach, pan Boulet – uśmiechnął się na widok Francuza, a ten cały zesztywniał. Słowacki rozpoznał jego niski, gardłowy głos. – Nasz nieustraszony policjant. Ostoja sprawiedliwości. Agent-przebieraniec. Podejrzewałem, że chce pan złapać dwie sroki za ogon. Tylko dlatego wczoraj pana wypuściłem. A to zapewne pan Juliusz Słowacki. Witam. Nazywam się Pierre-Michel Eugene Vintras.

– Jak na satanistę, jest pan niezwykle kulturalny – mruknął poeta sarkastycznie, starając się nie zwracać uwagi na trupi zapach, jaki bił od towarzysza Mistrza. – To się chwali.

– Nie traćmy czasu – Towiański skinął głową w kierunku kaplicy. – Wszyscy czekają.

 

– Skoro nas tam prowadzą, to znaczy, że albo ma się wydarzyć coś takiego, że i tak wszyscy się dowiedzą, albo po prostu wiedzą, że już stamtąd nie wyjdziemy – mruknął Boulet, idąc obok Słowackiego cmentarną alejką. – Albo jedno i drugie.

Juliusz rozejrzał się. Dookoła widział wiele znajomych twarzy. Gdzieś tam mignął mu stary Goszczyński, gdzieś dalej – Michał Szweycer, jego wydawca też pałętał się między żandarmami. Żaden nie wydawał się chętny do pomocy uwięzionym. Do tego wyglądali wręcz żałośnie przy armii Vintrasa – zakapturzonych, rosłych osiłkach, zwanych przez Bouleta „kapłanami ciemności".

– Co się właściwie będzie działo? – spytał z lękiem Francuza. – Co oni będą robić?

– Jeżeli się nie mylę, odbędzie się coś w rodzaju pojedynku. Towiański i Vintras dostaną za zadanie wskrzesić człowieka, ten, któremu się uda, przejmie władzę nad konkurencyjnym kołem. A potem nad pozostałymi. A to będzie dopiero początek.

– Czy żeby kogoś wskrzesić, trzeba będzie go najpierw zabić? – wzdrygnął się Juliusz.

– Obawiam się, że właśnie dlatego nas tam prowadzą – powiedział cicho Boulet.

Żandarmi sprowadzili ich do małego, ukrytego w mroku pomieszczenia. Drzwi zamknęli od zewnątrz na żelazny skobel. Boulet zapalił fosforową zapałkę, która jednak po chwili zgasła. Zapadła ciemność.

– I co teraz? – jęknął Słowacki.

– Juliusz? – w ciemności rozległ się nagle damski, zapłakany głos. – To ty?

– Eglantine! – krzyknął poeta i dopiero teraz dostrzegł, ledwo widoczną w mroku, skuloną pod ścianą kobietę. – Mój Boże…

Nagła ulga zalała go całego od czubka głowy do stóp. Jak w transie przypadł do przyjaciółki, chwycił ją w ramiona i pozwolił, by wtuliła się w niego z całej siły.

– Tak się bałam… – wyszeptała. – Nie wiem, co się stało, nic nie pamiętam… Rozmawiałam z Towiańskim, a potem… a potem obudziłam się tutaj… Gdzie jesteśmy?

– Czy wykonywał jakieś gesty? – zainteresował się Francuz. – Czy patrzył pani w oczy?

Panna Pattey skinęła głową.

– Mesmeryzm – mruknął pod nosem Boulet. – Tak drań zamierza oszukać Vintrasa. Zatrzyma magnetyzmem serce i oddech, żeby delikwent wydał się trupem, a potem cudownie go ożywi. To dlatego Mickiewicz pytał Xawerę, czy robili próbę generalną.

– Jak to możliwe? – spytał Słowacki z przejęciem. – Przecież Deybel była martwa przynajmniej godzinę. Nie można tyle wytrzymać bez oddychania!

– Nie zna pan możliwości tych magnetyzerów, Słowacki. Na własne oczy widziałem, jak jeden z nich sprawia, że przedmioty lewitują, jak dotykiem obniża gorączkę. Ale przyznam, że wstrzymanie akcji serca to dla mnie nowość. Jak widać działa, ale jak?

– Nie przyszło panu do głowy, że to nie oszustwo? – zaproponowała nieśmiało Eglantyna. – A jeżeli on… jeżeli on naprawdę zabija ludzi, a potem ożywia?

– Czy masz równie genialną teorię dotyczącą naszej ewentualnej ucieczki? – Słowacki postanowił skierować dyskusję w bardziej praktycznym kierunku.

– Nie zdążyłem wystrzelić racy – Francuz usiadł na podłodze. – Vidocq to pies gończy, ale nie wiem, czy zdąży nas znaleźć.

– Wspaniale.

Drzwi otworzyły się i do środka weszła Karolina Towiańska w otoczeniu czterech żandarmów.

– Cieszcie się, dzieci – powiedziała strasznym głosem. – Za chwilę jedno z was straci życie, by je odzyskać. Andrzej zajmie się panną Pattey, a Vintras – naszym Francuzikiem.

– Nie! – krzyknęła Eglantyna, tuląc się jeszcze mocniej do Juliusza. Dwóch żandarmów ruszyło w ich stronę, dwóch chwyciło Bouleta za ramiona.

– Zostawcie ją – Słowacki uwolnił się z jej objęć i spojrzał hardo w przezroczyste oczy Karoliny. – Weźcie mnie.

– Skoro tak… – uśmiechnęła się Towiańska. – To nawet lepiej. Zapraszam, bracie Juliuszu. Pożegnaj się lepiej z przyjacielem – policjantem. Obawiam się, że pan Vintras przegra pojedynek.

Poprowadziła ich jeszcze głębiej w podziemia. Oczom uwięzionych ukazała się duża, przestronna sala, oświetlona tysiącem świec, co nadawało jej wygląd jak z kiczowatych powieści gotyckich. Słowacki słyszał o setkach kilometrów podziemnych katakumb, ciągnących się pod miastem sieci kanałów, lochów i tuneli, ale widok i tak zrobił na nim wrażenie. Na ścianach widniały złote symbole, wśród których na pierwszy plan wybijał się bogato inkrustowany cyrkiel. Pomieszczenie wypełniał tłum postaci w czarnych pelerynach, z kapturami nasuniętymi na głowy. Ktoś miarowo uderzał w bęben.

– Loża masońska – mruknął pod nosem Boulet. – Na Zeusa, co za konglomerat. Niedługo okaże się, że Towiański znalazł świętego Graala.

Mistrz Andrzej i Pierre-Michel Vintras stali na podwyższeniu, przed każdym z nich znajdował się drewniany stół, do którego krawędzi przypięte były szerokie, skórzane pasy. Oba stoły pokrywały czerwone plamy krwi. Towiański spojrzał ze zdziwieniem na Słowackiego.

– Miała być kobieta – powiedział do żony, zdegustowany. Karolina pokazała mu język.

– Chciałbyś.

– Wygląda na to, że już odbywały się tu pojedynki – szepnął Boulet. – I zawsze był remis. Nie trzęś się tak ze strachu, Towiański cię nie zabije, tylko zahipnotyzuje.

– Nie przypominam sobie, żebyśmy przechodzili na „ty" – odparł zimno Słowacki, odzyskując rezon. – Ale… co z panem?

Francuz nie odpowiedział.

Wśród tłumu rozległy się okrzyki i gwizdy, kiedy obaj więźniowie wstąpili na podwyższenie.

– Mistrzu – odezwał się nagle Adam, stojący za Towiańskim. – Nie podoba mi się to. To miał być ktoś inny, ktoś, czyja ewentualna śmierć, gdyby… gdyby się jednak nie powiodło, nie wywoła konsekwencji. A co jeśli Juliusz…

– Dziękuję za troskę – Słowacki odwrócił się i splunął.

– Wątpisz, Adamie? – spytał groźnie Towiański. – Teraz, w chwili próby? Wszak powiedziane jest…

– Nie. Nie wątpię. Nie ja – odparł Mickiewicz hardo i umilkł.

Żandarmi przypięli obu mężczyzn do stołów. Na środek wystąpił długowłosy, wysoki mężczyzna. Ku swojemu zdziwieniu, Słowacki rozpoznał w nim Franciszka Liszta, pianistę, największego rywala Chopina. A więc wszystkie pogłoski o jego przynależności do loży masońskiej okazały się prawdą. Liszt wyciągnął z kieszeni monetę.

– Reszka – powiedział Vintras.

– Orzeł – szepnął Towiański.

Niech się dzieje, co chce, pomyślał Słowacki, zaciskając powieki.

Tłum wydał pomruk pełen ciekawości, kiedy moneta upadła na dłoń Liszta.

– Orzeł! – zawołał kompozytor. – Zaczyna Andrzej Towiański!

– Gotów, bracie Juliuszu? – Mistrz nachylił się nad poetą i zaczął wykonywać nad nim koliste ruchy rękami, cały czas patrząc mu w oczy hipnotyzującym spojrzeniem.

– Nigdy nie byłem bardziej gotów… – zaczął Słowacki i nagle, ni stąd ni zowąd, świat zawirował i Juliusz Słowacki zobaczył siebie, leżącego na kamiennym stole, bladego jak alabaster, ze strużką krwi sączącą się z kącika ust.

– O cholera jasna – wyrwało mu się.

Przez zgromadzony tłum przeszedł szmer gorączkowych szeptów.

– Czy ktoś chce sprawdzić, czy brat Juliusz żyje? – spytał głośno Towiański. Na podwyższenie wskoczyło kilku ochotników, którzy zaczęli sprawdzać puls leżącemu, nasłuchiwać oddechu, klepać po twarzy i szczypać.

– Martwy jak zimny trup – stwierdził ze zdumieniem jeden z nich.

Słowacki, nadal stojący nad swoim ciałem, popatrzył przed siebie i dostrzegł zmienioną, przerażoną twarz Mickiewicza, który nie mógł oderwać wzroku od martwego ciała swojego rywala.

– Interesujące – powiedział Vintras, badając ciało. – Zabiłeś go magnetyzmem? Fluidami? To naprawdę niezwykłe. Słyszałem o teorii Mesmera, ale nigdy nie widziałem takiej mocy umysłu…

– I mocą umysłu potrafię go wskrzesić – odparł Andrzej Towiański i wzniósł ręce do góry.

– Wolnego – uśmiechnął się kapłan ciemności. – Musimy mieć pewność. Najpierw ciało trzeba posiekać.

– Nie ma mowy! – wrzasnął Słowacki z przerażeniem, próbując chwycić Vintrasa za ramię, ale jego dłoń przeszła przez niego, jakby była zrobiona z powietrza. – Zostaw go! Zostaw mnie!

– Chcesz, to siekaj swojego Bouleta – Mistrz wzruszył ramionami. – Ja nie muszę rozlewać krwi, by dokonać cudu.

– Muszę sprawdzić, czy to nie sztuczka – Vintras wyciągnął nagle nóż i z całej siły wbił go w udo Juliusza. Ciało astralne wrzasnęło, chociaż nie poczuło bólu. Mickiewicz wydał z siebie zduszony okrzyk, a Xawera przysunęła się, żeby mieć lepszy widok.

– Mówiłem ci, siekaj swojego Bouleta – powtórzył Towiański zimno. Vintras wzniósł nóż do góry.

– Stać, policja! – drzwi otworzyły się z impetem, a na progu stanął Vidocq, rozkoszując się wrażeniem, jakie zrobił na zebranych. Po chwili do komnaty wpadła grupa policjantów. Padły strzały, kiedy odziani na biało mnisi z sekty Vintrasa wyciągnęli broń ukrytą w połach szat, a ludzie Vidocqa odpowiedzieli ogniem. Pozostali zebrani w panice zaczęli wycofywać się do ukrytych gdzieś w ścianach i podłodze tajnych przejść. Słowacki zdołał tylko dostrzec pelerynę Towiańskiego znikającą w jednym z otworów.

– Hej! – zawołał za nim z pretensją. – A ja?

Dopiero teraz jego wzrok padł na Vintrasa. Król satanistów nie ruszył się nigdzie, skutecznie ochraniany przez kotłujący się we wszystkie strony tłum zwolenników obu proroków, żandarmów, policjantów i ludzi Vidocqa. Vintras pochylił się nad Bouletem.

– Teraz albo nigdy – powiedział do szarpiącego się w skórzanych pasach Francuza i poderżnął mu gardło.

Kiedy po krótkiej chwili rzężenie oficera ucichło, kapłan ciemności złożył ręce i zaczął szeptać pod nosem jakieś łacińskie słowa.

– Mam dziwne przeczucie, że mu się nie uda – powiedział Boulet z przekąsem, stając nagle obok Słowackiego, ze zgrozą patrzącego na całą scenę. Trzymał się za szyję. – Cóż, trudno. Współpracować z panem to była dla mnie wielka przyjemność.

– Dla mnie trochę mniejsza – odparł poeta, wspominając dzieje tej współpracy. – Niemniej… bardzo mi przykro, panie Boulet… nie bardzo wiem co powiedzieć, hm… czy my obaj…?

– Ja z całą pewnością – powiedział Boulet, patrząc, jak do Vintrasa podbiega dwóch funkcjonariuszy i wypowiada formułkę aresztowania. – A co do pana… no cóż, Towiański uciekł. I ja chyba też będę się już zbierał.

– Dokąd? – spytał Słowacki z przestrachem. – Boulet, nie zostawiaj mnie!

Ale Francuz, nie zwracając na niego uwagi, przeszedł przez rzedniejący tłum i w pewnym momencie rozpłynął się w powietrzu. Vidocq podszedł do ciał leżących na stołach i westchnął ciężko.

– Mój najlepszy człowiek – powiedział gniewnie, zdejmując kapelusz. – Chłopcy, wezwijcie karawan. Niech zabierze zwłoki. A my zabieramy tych, co mamy i wracamy do biura. Trzeba przesłuchać świadków i spisać raport.

Policjanci wyszli i w komnacie zapadła grobowa cisza. Słowacki przeszedł się dookoła, przyglądając się obrazom i wyszukując poukrywane w nich symbole masońskie, ale po kilku minutach czas zaczął mu się dłużyć. Poszedł dalej, trafiając do celi, w której zapłakana Eglantyna osłabła, próbując przywołać strażników. Chciał ją pocieszyć, ale nie potrafił sprawić, by go usłyszała.

Dalej nie mógł pójść. Zupełnie jakby coś trzymało go na uwięzi, nie pozwalało odejść od ciała. Dziwne.

W mroku pojawiła się postać w czarnej pelerynie. Wyciągnęła z kieszeni klucz i otworzyła celę panny Pattey.

– Cicho – usłyszał głos Mickiewicza. – Zabieram stąd panią. Chciałbym, żeby wiedziała pani, że jest mi strasznie przykro z powodu tego, co panią spotkało. Nie przypuszczałem, że Mistrz posunie się aż do tego.

– Co z Juliuszem? – spytała kobieta, na chwiejnych nogach opuszczając pomieszczenie. – Gdzie jest?

– Zaraz sprawdzimy – wskazał jej drogę do komnaty. – Tylko proszę nie krzyczeć. Ludzie Vidocqa za chwilę tu wrócą.

A jednak Eglantyna nie mogła powstrzymać dramatycznego okrzyku na widok pokrytego krwią ukochanego przyjaciela. Mickiewicz rozpiął pasy przytrzymujące ciało, po czym wyciągnął z kieszeni bandaż i zaczął opatrywać ranę na udzie poety.

– Po co to…? – spytała pana Pattey, a łzy płynęły jej po twarzy. – Przecież on nie oddycha.

– Niech go pani pocałuje – polecił Mickiewicz.

– Co takiego?!?

– Niech pani robi, co mówię. To tak działa. Musi go pani pocałować.

– Ale…

– Całuj, idiotko – syknął Mickiewicz. – Bo inaczej ja będę musiał to zrobić. A nie mam na to najmniejszej ochoty.

To dlatego Towiański był taki niezadowolony, kiedy mnie zobaczył, pomyślał Słowacki. Eglantyna posłuchała Adama i pochyliła się nad ciałem Juliusza, składając na jego ustach delikatny pocałunek. Świat znowu zawirował i poeta poderwał się nagle, kurczowo łapiąc oddech.

– Mój Boże! – krzyknęła panna Pattey, rzucając mu się na szyję. – To cud! To prawdziwy cud! Juleczku!

– Wstawaj, Juleczku – polecił Mickiewicz kwaśno. – Zanim policja zauważy, że trup ożył.

Wzrok Słowackiego padł na leżące na sąsiednim stole ciało Bouleta. Z trudem zszedł na podłogę, dopiero teraz czując potworny ból w prawym udzie. Podszedł do oficera i zamknął jego półotwarte, czarne oczy.

– Żegnaj, Boulet… – mruknął pod nosem. – Mam nadzieję, że dobrze ci tam, gdzie jesteś. Gdziekolwiek jesteś.

Nagle zmarszczył brwi. Koszula Francuza była rozerwana i dopiero teraz zobaczył wszyty w wewnętrzną kieszeń charakterystyczny herb z dwoma kluczami i tiarą.

– Więc to był ten Duch, dla którego pracowałeś… – mruknął poeta.

– To nie miało być tak – powiedział Mickiewicz, pomagając Juliuszowi oprzeć się na jego ramieniu. Eglantyna podtrzymała go z drugiej strony. – Gdybym wiedział, że Mistrz zdecyduje się na efektowny pojedynek, zamiast na indywidualną ceremonię… zgubiła go pycha.

– Gdzie jest teraz? – spytał Słowacki, starając się nie myśleć o rozsadzającym nogę bólu. Nadal był w szoku i nie miał nawet ochoty tryumfować nad potulnym jak nigdy Adamem.

– Jutro opuści Francję i przeniesie się do Zurychu. Ja przejmuję zarządzanie Kołem. Moglibyśmy po prostu je rozwiązać, ale nie mogę tego tak zostawić. Za dużo pracy włożyłem w to wszystko. Ludzie nie mogą zostać bez przywódcy.

– Naprawdę mu wierzyłeś?

– Nadal mu wierzę – mruknął Adam pod nosem. – To, że nie wierzę w Proroka, nie oznacza, że nie wierzę w Proroctwo. Kiedyś się wypełni, jestem tego pewien.

A może nigdy się nie wypełni, pomyślał Słowacki. A może człowieka po prostu nie da się wskrzesić, bo nie można go również zabić. A może coś takiego jak śmierć po prostu nie istnieje, a wszystko jest kwestią punktu widzenia…

– Mogę jeszcze o coś spytać? – zaczął nieśmiało, kiedy wreszcie wydostali się na świeże powietrze. – O co chodzi z tym twoim czterdzieści i cztery? Wiesz, tym z „Dziadów"…

– Ach, to… – stropił się Mickiewicz. – Cóż… Szczerze mówiąc, to szukałem rymu do „bohatery". „Cztery" było idealne. Teraz mi trochę głupio.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Kto nie czytał, niech przeczyta. Warto. Doprawdy wciągające historical fiction. Napisane starannie bez zbędnych fajerwerków. Nie wiem czy tematyka wynika z osobistych zainteresowań czy to po prostu solidny researching, ale tak czy owak robi wrażenie, pachnie to literaturą. Na siłę można sie przypeczepić do kilku rzeczy, ale po co, skoro dobrze jest jak jest. No i dużym plusem jest naprawdę świetny humor, coś w stylu, bo ja wiem, Eduardo Mendozy. Mi pasuje takie sarkastyczne ujęcie. Dialogi też na plus. Fabuła tak ciekawa, że marzyłoby się ekstra zakończenie, ale i tak nie było źle. Generalizując, takie teksty można już śmiało drukować. Dziękuję, gratuluję i powodzenia! S.B.

P.S. Oby tematyka nie trafiła tylko w gusta polonistów względnie historyków i to tylko tych, co to nie szukają zaraz dziury w całym, że tu anachranizm a tam znowu coś.

Dreammy, zgniotles rywali! W tym i mnie, choc jeszcze niczego nie wrzucilem, opowiadanie przednie. Napisane z rozmachem i niezwykle fascynujace. A pomysl z polska emigracja, naszymi narodowymi wieszczami i zgrabnie wen wpleciony okultyzm, co jak wiemy rajcowalo pewne kola ludzi - nie tylko w tamtych czasach...

Kawalek naprawde dobrej, solidnej i inteligentnej fantastyki :)

Pozdrawiam!

och, no i ta cyfra...dla ciebie...nie zeby mial zwiazek z okultyzmem xd 6

Bardzo mi się podobało, zgadzam się z themostenesem, że jest to naprawdę wciągający tekst. Uwielbiam takie łączenie historii z fantastyką, ale to wymaga niemałych umiejętności, których Tobie nie brakuje. Przede wszystkim jest to jednak świetny pomysł, wykorzystanie tych wszystkich postaci - szczególnie uśmiechnąłem się, gdy w opowiadaniu pojawił się Vidocq. W tym tekście jest wszystko, czego można oczekiwać od dobrego fantastycznego opowiadania. Dla mnie bomba.
Pozdrawiam

Rewelacyjny tekst! Zdecydowanie najlepszy w eliminacjach! Chylę czoła:) Ode mnie 6.

Podpisuję się pod tym, co powyżej. No rewelka! Bardzo, bardzo mnie się podobało. "Twoje" miejsce zdecydowanie jest na papierze. Sześć :) (koleżanko, tak - nie kolego :) )

Pozdrawiam.

generalnie nie lubię tekstów podszytych historią, ale tu wyszło to bardzo zgrabnie. Tekst mnie wciągnął, sprawnie napisany, humorystyczny, ciekawy. Wróżę przejścia w eliminacjach :) Jedyne co mi się nie zgodziło - to skąd Eglantyna znała całe to paryskie środowisko? Przecież chyba pierwszy raz była w Paryżu, przynajmniej tak wynika z opisu z pierwszej części. Ale może coś się omsknęło mojej uwadze.

Bardzo krótko jestem na NF, ale to chyba najlepsze co tutaj do tej pory przeczytałem. Przynajmniej jeden z najlepszych tekstów. Także ocena najwyższa z możliwych. Pozdrawiam

Mastiff

Dopracowany tekst, przemyślane szczegóły, widać pracę włożoną w przyswojenie obszernego materiału i sprawne przekazanie go czytelnikom. Warto poświęcić odrobinę więcej czasu na tak wciągające opowiadanie.

No, no! Świetne. Trzeba docenić kunszt autora. Dbałość o  szczegóły historyczne. Umiejętne wplecenie w treść znanych postaci. Atmosferę masonerii przesiąkniętej okultyzmem. Umiejętność operowania słowem i dobre zakończenie. Jakbym mógł stawiać oceny postawiłbym 5. Nie warto krytykować. Natomiast, zdecydowanie warto przeczytać. 

jednym slowem SUPER :)
zasługujesz na druk :)

Dziękuję za komentarze :) Fajnie, że aż tyle osób przeczytało i im się spodobało, zwłaszcza że temat i długość nie każdemu musiał podejść. Ale może po prostu reszta utknęła na początku pierwszej części i darowała sobie komentarz :P

Wyjaśniając wątpliwości - tak, jestem rodzaju żeńskiego :P

@ themostenes - były to osobiste zainteresowania plus solidny resarching, m.in. na marginesach pisania pracy magisterskiej ;)
@ Bellatrix - nawet krótkie spotkanie z paryskimi plotkarami w jednym z salonów wystarczyło, żeby się wszystkiego o wszystkich dowiedzieć, a sataniści to wdzięczny temat do plotek ;) A historycznie - panna Pattey przyjechała do Paryża w maju 1842 roku, więc w lipcu była już zorientowana :P Ale cóż, luk w tekście jest pewnie więcej, bez nich się chyba nie da, redaktor merytoryczny by się czasem przydał :)

1. Nie sądzę, aby ktoś utknął na części pierwszej, bo jest to napisane tak, że trzeba przeczytać część drugą
2. Merytorycznie wcale nie musi to być zgodne z rzeczywistościa, bo to wszak nie opowiadanie historyczne, a fantastyczne, więc tym sie nie kłopocz
3. Tak sobie myslę, że to mógłby być zalążek filmowego scenariusza, mogłoby być ciekawie.
Wygraj! S.B. 

Chylę czoła, Dreammy. Naprawdę. Widać włożony ogrom pracy, świetnie napisane, przemyślane, wręcz magnetycznie wciągające opowiadanie. Nie wyobrażam sobie numeru specjalnego bez twojego udziału.

Wyjątkowy tekst.

Pozdrawiam.

więc tym sie nie kłopocz - no nie do końca, bo zawsze można się machnąć, np. wkładając XIX-wiecznemu poecie do ręki długopis, i co potem, tłumaczyć się, że to takie hmmm... elementy steampunka? ;) Jakieś pozory trzeba zachować :P chciałam, żeby niewiarygodne elementy zostały umieszczone w jak najbardziej wiarygodnej rzeczywistości, mam nadzieję, że to się udało. A co do scenariusza, to ciekawe że to napisałeś, bo to właśnie miał być scenariusz...

@ Eferelin Rand - dzięki :) w takim razie mam nadzieję, że się w tym numerze specjalnym spotkamy ;)

Nooo, pisać to Ty potrafisz. Bardzo, bardzo, bardzo dobre opowiadanie! Jestem pod wrażeniem i z pewnością sięgnę po inne teksty Twojego autorstwa, nawet jeżeli będę musiał zapłacić (czego Ci szczerze życzę).

Świetne opowiadanie. Nigdy nie lubiłem Słowackiego - pozostał on w mojej pamięci jako użalający się nad sobą romantyk. Tobie jednak udało się przedstawić go w zadziwiający sposób. Jest on tchórzem, sypia ze starą panną, miał kontakty w młodości z gejem, użala się nad sobą i nie potrafi nawet popełnić samobójstwa. Mimo wszystko poczułem do niego pewnego rodzaju sympatię. A sama historia? Niesamowita! Intrygi, zabawy z umysłem, próba przejęcia władzy nad światem i takie tam. Nie zabrakło także lekkiego humoru. Zaczynając na postaci Juliusza, a kończąc chociażby na liczbie czterdzieści i cztery. Myślę, że nie muszę więcej dodawać.
Pozdrawiam 

Nieźle.
Mój wewnętrzny, humanistyczny nerd został dopieszczony pojawieniem się pierwowzoru najciekawszych z Balzacowskich postaci.
Fajnie się to czyta, gratuluje.

Podziwiam. Napisanie opowieści w realiach XIX wiecznego Paryża, z realnie istniejącymi bohaterami, ze sprawdzonymi miejscami, faktami i tym wszystkim, opowieści, która wciąga i trzyma Cię aż do końca, która ma w sobie i trochę humoru, i kryminału, i magii - kawał dobrej roboty!

@ Uajkoniak - bo jak tu nie polubić takiego pierdoły? :P jeszcze mogłam dodać, że był maminsynkiem, ale to mogłoby być za wiele :P
@ a.k.j. - miło że udało mi się Twojego nerda dopieścić :) A żebyś wiedział jak swojego dopieściłam! Polecam się na przyszłość, hehe.
Jeszcze raz dzięki wszystkim.

Dreammy, gratuluję piórka :)

Czapki z głów, Dreammy. Przygotowanie, pomysł, zapis... Cud miód , orzeszki!
Zaintrygowałaś początkiem, wciągnęłaś środkiem, rozbroiłaś końcem. Świetny temat. Pamiętam, że wtręt o Towiańskim był najciekawszym epizodem podczas prawie całego semestru z Mickiewiczem (poziom podstawowy, ale Adaś wielkim wieszczem był). No i ta wzajemna niechęć obydwu. 
Ślicznie :)

Ogólnie jeśli chodzi o tą stronkę to jest to drugie najlepsze opowiadanie jakie czytałem. Przebija je tyko "Kobiety Błogosławionych", ale i tak tylko odrobinkę. Może dlatego, że Twoje opowiadanie, Dreammy, nie trafia w 100% w target mojej osoby. Świetnie napisane, nie ma kiedy szukać błędów, postacie dopracowane, jest humor i to ten z dobrej półki, no i co najważniejsze sama historia jest po prostu bajeczna. Co było nie tak jak powinno? A niech mnie diabli jeśli coś wymyślę.

Pochłonięty... bogatą fabułą, zarysem historycznym, żywymi postaciami, jakby filmową scenerią. Nic, tylko ukazywać, w tak intrygujący sposób, autorów lektur uczniom, a rzucą się łapczywie do czytania dzieł literackich, bądź poczują się zachęceni do poznania choćby kilku biografii.

genialne, mistrzostwo świata, chylę czoła, absolutnie bezkonkurencyjne i najlepsze, jakie na tej stronie czytałam :D Słowackiego nigdy nie lubiłam, ale ten tutaj mi się podobał :P Tak mię wciągnęło, że aż nie zauważyłam, że takie długie, a poza tym - gdyby było krótsze, to musiałabyś napisać drugą część. Zresztą - jakby Ci kiedyś taki pomysł postał w głowie, to się nie krępuj xD powiem raz jeszcze: ge-nial-ne :)
jak nie wygrasz Eliminacji, to zwątpię. Pozdrawiam!

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

"Potem bez słowa wyciągnął woreczek i z dreszczem obrzydzenia podał go Francuzowi.
- Merde! - syknął Boulet, kiedy zawartość wypadła na drewniany stolik."

W ramach wątku w hp o dorabianiu ilustracyj do eliminacyjnych opowiadań: http://www.fantastyka.pl/60,445.html

PS. Słowacki mi nie wyszedł :( (a tak w ogóle - dlaczego zawsze moi ulubieni bohaterowie marnie kończą...? biedny Boulet.)

it's time for war, it's time for blood, it's time for TEA

@ AubreyBeardsley - w trzecim miejscu dziękuję i piszę, że nie wiem co napisać ;) Strasznie dziwne dokonywać takiej konfrontacji własnej wizji z wizją kogoś innego. Niesamowite!
@ Strielok - taaaa, a potem tacy uczniowie na sprawdzianie napiszą, że Słowacki miał homoseksualne epizody i pod moim blokiem zaczną się protesty ZNP i środowisk prawicowych ;)

"Słowacki wielkim poetą był" - dzięki Tobie te słowa nabrały dla mnie nowego znaczenia ;) Nigdy bym nie podejrzewała, że żywoty polskich romantyków mogą stanowić tak wspaniały materiał na opowiadanie! Zaimponowałaś mi swoją wiedzą, warsztatem i poczuciem humoru. Opowiadanie jest lekkie i po prostu idealnie skomponowane. Brawo! Oto jeden z moich zdecydowanych faworytów! Daję 6 :)

Nadal potrzymuję to co napisałem pod częścią pierwszą - to niewątpliwie najlepszy kawałek dobrej, inteligntnej prozy! Tekst wciaga, i to bardzo.Masz u mnie bardzo dużego plusa i kredyt zaufania. Ode mnie 6. Pozdrawiam

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Miejsce tego opowiadania to zdecydowanie papierowe wydanie Nowej Fantastyki, lub zbiór opowiadań wydanych niezależnie. Tekst znakomity co tu dużo deliberować :) Świetna fabuła, doskonałe oddanie epoki, bogate słownictwo, autentyczne postaci, i kto teraz powie, że polscy poeci są nudni :) Na wielkie uznanie zasługuje wykorzystanie tu właśnie postaci historycznych, a to jest sztuka bo trzeba coś o nich wiedzieć aby zgrabnie wkomponować to w fabułę. Widać, że autorka włożyła sporo pracy w ten tekst. Mnie osobiście klimat tego opowiadania przypomina prozę H.P. Lovecrafta :) A to mój ulubiony pisarz grozy obok E.A. Poego. Stawiam 6+ Jak to opowiadanie nie przejdzie ELIMINACJI 2011 to się chyba obrażę ;) Pozdrawiam!

Dreammy, jestem pod wrażeniem tekstu. Bardzo podobają mi się wykreowani przez Ciebie bohaterowie. Są naprawdę autentyczni. Opowiadanie jest napisane z wielkim rozmachem, a i fabuła wciągająca. Nie mam uczucia zmarnowanego czasu po lekturze. Mało tego, z chęcią przeczytam Cię w druku ;) 6 oczywiście. Nawet nie wiesz jak rzadko oceniam na tą ocenę publikowane tu opowiadania. Hmmm....prawdę mówiąc, zdarza mi się to pierwszy raz ;)

pozdrawiam.

Dreammy, wymiatasz po prostu, no.
6.

Super, choc z tym pocalunkiem to poplynelas troszeczke ;-))) 6/6

Uważam że następny raz jak przeczytam te opowiadanie to już w NF :)

No to pora na komentarz spóźnionego zaledwie cztery lata użytkownika, który aktualnie nadrabia piórkowe zaległości. Raczej nie komentuję “tak starych” tekstów, ale stwierdziłem, że aż mi nie wypada nie pozostawić po sobie znaku obecności pod takim opowiadaniem.

A więc krótko: jest genialne. Nie ma co się rozdrabniać, genialne jest prawie wszystko. Od rozpoczęcia, które zaciekawia czytelnika i nie pozwala przerwać poznawania historii znanych postaci, przez niesamowicie wciągające rozwinięcie, aż po zakończenie, które wcale nie rozczarowuje. I ten żarcik w ostatniej kwestii – idealnie pasuje jako zamknięcie opka. Brawo, brawo, brawo.

No, dalszy ciąg nie rozczarowuje. Nie chcę powtarzać komentarzy przedpiśców, ale to świetny tekst.

Zwłaszcza wyjaśnienie tego szyfru Adama piękne. ;-)

Babska logika rządzi!

No cóż, żwawo podążałam do tej części, a okazało się, że powinnam pędzić, bo było po co.

By nie powtarzać zachwytów wcześniej komentujących, powiem tylko – znakomite opowiadanie! Pełna satysfakcja pod każdym względem! ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Świetne :D

Fajne :)

Pełnokrwista historia, ciekawa i napisana tak, że sama się czyta. Ogromna przyjemność z lektury. 

 

Świetne! Bardzo lubię historie dziejące się w XIX wieku, a jak jest jeszcze Paryż… Czuję, że potrzebuję więcej Juliusza i Adama :)

Jaskier. Jesteś cynik, świntuch, kurwiarz i kłamca. I nic, uwierz mi, nic nie ma w tym skomplikowanego. - Geralt z Rivii

Nowa Fantastyka