- Opowiadanie: Eferelin Rand - Jack Hardy (FANTASTYCZNY KICZ 2011)

Jack Hardy (FANTASTYCZNY KICZ 2011)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Dreammy, regulatorzy

Oceny

Jack Hardy (FANTASTYCZNY KICZ 2011)

Północ. Godzina, kiedy zbrodnia wypełza na ulice miasta.

 

Komisarz Jack Hardy zaciągnął się papierosem, po czym strzepnął popiół za okno. Drugą rękę trzymał na kierownicy. Czarny niczym noc pontiac firebird sunął leniwie drogą, podobny do skupionego, sprężonego do skoku drapieżnika.

Na widok przejeżdżającego samochodu dziwki prężyły się, prezentując wdzięki, alfonsi spuszczali wzrok, a dilerzy natychmiast chowali się głębiej w cień mrocznych zaułków.

Każdy od razu rozpoznawał zarówno charakterystyczny pojazd, jak i jego właściciela. Hardy – to nazwisko budziło respekt na mieście, a w światku przestępczym trwożliwy szacunek.

Komisarz z zadowoleniem obserwował reakcje ulicznych mętów. Skutecznie zaprowadził w swoim rewirze porządek. Nawet, jeśli czasem któryś z bandziorów wychylał łeb z pozostawionej im niewielkiej niszy, to szybko żałował arogancji, gdy spadał na niego nieubłagany, podkuty but sprawiedliwości.

W każdym mieście znajdują się takie rejony, gdzie po zmroku nawet najgorsze oprychy boją się zapuszczać. Tam też skierował się Hardy na koniec objazdu. Powitała go opustoszała ulica i rzędy podupadłych budynków, których zniszczone fronty pochylały się nad asfaltem niczym okaleczone twarze.

Cisza została przerwana przez gardłowy pomruk silnika i lecący z radia jazz. Stróż prawa wyglądał na rozluźnionego, lecz były to tylko pozory. W rzeczywistości zachowywał niezwykłą czujność. Niewypowiedziana groźba wisiała w powietrzu, a instynkt podpowiadał mu, że należy mieć się baczności.

Przeczucie jak zwykle go nie myliło.

Gdy usłyszał przeraźliwy kobiecy krzyk, wcisnął gaz do dechy. Samochód wystrzelił do przodu z piskiem opon. W ciągu paru sekund pokonał całą długość ulicy i gwałtownie zahamował u wylotu zaułka, skąd dobiegło wołanie o pomoc.

Blondynka opierała się plecami o ścianę. Zbliżało się do niej dwóch drabów o byczych karkach.

– Nieładnie tak zaczepiać panie – powiedział twardo Hardy. Mężczyźni odwrócili się i obrzucili intruza nieprzychylnymi spojrzeniami. Wyglądał na niezłego twardziela.

– Coś ty za jeden?

– Policja – błysnęła odznaka.

– Aha – byczek nie wydawał się zbytnio przejęty. Jego towarzysz milczał. Sądząc po małpiej mordzie, można było powziąć wątpliwość, czy w ogóle potrafi mówić. – Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy. Spadaj.

– Wszystko, co dzieje się na moim terytorium, jest moją sprawą.

– Sam się o to prosiłeś! – bandyci sięgnęli po broń. Hardy uśmiechnął się pod nosem. Amatorzy. W jego dłoniach, jakby znikąd, pojawiły się dwa rewolwery Magnum 44. Lufy bluznęły ogniem.

Dwa ciała po przeleceniu paru metrów ciężko gruchnęły na ziemię.

– Nic ci się nie stało? – spytał, podchodząc do kobiety. Nie dane mu było usłyszeć odpowiedzi.

– O kurwa! Ale boli – warknął jeden z drabów, gramoląc się z ziemi. – Teraz naprawdę mnie wkurwiłeś. Razem z Mitchem urządzimy cię tak, że rodzona matka cię nie pozna, psie!

Niemożliwe. Był pewien, że kule trafiły w cel. Hardy nie chybiał. Nigdy.

Działo się coś innego, coś trudnego do ogarnięcia rozumem. Na oczach komisarza w napastnikach zaczęła zachodzić przemiana. Twarze uległy potwornemu zniekształceniu, a mięśnie naprężyły się, rozrywając koszule i kurtki.

– Teraz zdechniesz! – ogromne zębiska ułożyły się w coś na kształt uśmiechu. Bestie z zadziwiającą jak na swoją posturę prędkością rzuciły się na mężczyznę.

Gdyby nie nadnaturalna, wyćwiczona w oddziałach specjalnych zwinność, cios potężnej łapy zdmuchnąłby mu głowę z karku. Wykonał salto w tył, a gdy lądował wypalił z obu spluw. Tym razem mierzył między oczy. Kaliber zrobił swoje. Potwory ścięło z nóg.

Hardy podszedł i strzelał w zniekształcone łby, dopóki nie opróżnił bębenków. Dopiero, kiedy upewnił się, że przeciwnicy nie żyją, przyjrzał się uratowanej dziewczynie. Była śliczna. Jej zniewalająca uroda poruszyła dawno zapomnianą strunę w twardym sercu komisarza.

– Jak się nazywasz? – spytał. – Nic ci nie jest?

– Alice – odpowiedziała. – Mam na imię Alice, ale wszyscy mówią na mnie Candy.

Widząc te wielkie, błękitne, rozszerzone ze strachu oczy, zmysłowe usta, zaróżowione od emocji policzki, nie miało się wątpliwości co do trafności ksywki. Słodka jak cukierek.

– W porządku, Candy. Już nie musisz się bać. Jestem przy tobie. Kim byli ci faceci?

Przez chwilę mierzyła go wzrokiem, zastanawiając się, czy może mu zaufać. Nieznajomy roztaczał wokół aurę władczości. Po raz pierwszy od wielu dni poczuła się bezpiecznie. No i powiedział, że jest policjantem. Diablo przystojnym policjantem. Gdy podjęła decyzję, coś w niej pękło, puściła tama, wypuszczając na zewnątrz falę tłumionych od dawna emocji.

Candy wybuchła płaczem.

– Oni mają moją siostrę – zaszlochała. Hardy niezręcznie objął dziewczynę, która z wdzięcznością wtuliła się w muskularną pierś. Wydawała się taka lekka, taka krucha. Ze zmęczenia ledwo trzymała się na nogach.

Powinien zawieść ją na posterunek, ale szósty zmysł podpowiadał mu, że to byłby błąd. Nikt nie uwierzyłby w historyjkę o potworach. Tę sprawę musiał rozwiązać sam.

– Pojedziemy do mnie – oznajmił.

 

Hardy siedział na parapecie i wsłuchiwał w nocne szepty miasta. Z łazienki dobiegał odgłos lecącej wody. Palcami gładził chłodną powierzchnię saksofonu. Po chwili zastanowienia włożył ustnik do ust, a z instrumentu popłynęła rzewna melodia. Lubił smutne utwory. Były prawdziwe. Życie zaklęte w nutach. Muzyka pozwalała mu się zrelaksować, naprowadzała myśli na właściwe tory.

Miał nad czym rozmyślać. Ludzie zmieniający się w potwory. Wiele widział w życiu, ale nigdy czegoś takiego. W co ta dziewczyna się wpakowała? Wyczuwał kłopoty. Poważne kłopoty, z których tylko on mógł ją wyciągnąć. Niesforne myśli raz po raz wracały do Candy.

Candy.

Z trudem odepchnął podsuwane przez wyobraźnię obrazy, ale w tej drzwi od łazienki skrzypnęły i ze środka wyłoniła się ona. Niemal naga, parująca, mokra, owinięta tylko ręcznikiem.

– Pięknie grasz – powiedziała, podchodząc bliżej – Nie przestawaj.

Lazurowe oczy wpatrywały się w komisarza z niezwykłą intensywnością. Czy kryło się w nich coś jeszcze? Pod wpływem tego spojrzenia przeszedł go elektryzujący dreszcz.

Przystanęła tuż obok. Czuł zapach jej skóry, bijący od nagiego ciała żar. Nachyliła się tak, że ich usta niemal się spotkały.

– Uratowałeś mnie. Dziękuję – delikatnie go pocałowała. Odwzajemnił pocałunek.

– Jesteś pewna, że tego chcesz? – wychrypiał, poddając się zupełnie zalewającym go falom podniecenia.

– Tak – szepnęła.

Ręcznik opadł na podłogę.

 

Hardy wracał do domu w podłym nastroju.

Informatorzy, nawet gdy ich przycisnął, zarzekali się, że nic nie wiedzą. Żadnych plotek, żadnych pogłosek, dosłownie nic. Ulica uparcie milczała. Jeśli milczenie wynikało z niewiedzy, to była to zła wiadomość. Natomiast, jeśli ze strachu, to jeszcze gorsza. W obu przypadkach oznaczała, że tuż pod jego nosem zupełnie niezauważone powstało gniazdo plugawego występku. Obelga, której nie zamierzał puścić płazem.

Rankiem, gdy promienie słońca przegnały nocne strachy, Candy wszystko mu opowiedziała. Historia dziewczyny wydawała się nieprawdopodobna, ale nie miał powodów, żeby jej nie wierzyć.

Siostra Candy, Amanda, była wybitnym naukowcem. Zajmowała się genetyką. Przez kilka lat prowadziła badania wspólnie z profesorem Makiawelisem. Na zlecenie wojska pracowali nad możliwością wykorzystania modyfikacji ludzkich genów do celów bojowych. Makiawelis zbytnio zaangażował się w projekt – mutacje stały się jego obsesją, a kierunek prac zaniepokoił nawet szychy z Pentagonu. Kiedy Amanda odkryła, że profesor zaczął eksperymentować na własnym ciele, zerwała współpracę i powiadomiła przełożonych. Zbyt późno jednak, gdyż laboratorium w tajemniczych okolicznościach spłonęło. Po Makiawelisie przepadł ślad.

Rok później Amanda została porwana i uwięziona w sekretnej kryjówce, gdzie szalony naukowiec wciąż prowadził badania. Chociaż poczynił znaczne postępy, okazało się, że do dokończenia prac potrzebny mu geniusz dawnej koleżanki. Amanda odmówiła uczestnictwa w eksperymencie. Profesor zdawał sobie sprawę, że tortury nie wchodzą w rachubę. Potrzebował jej umysłu, w pełni sprawnego i pracującego na najwyższych obrotach. Dlatego kazał uprowadzić Candy. Użył dziewczyny jako zakładnika, żeby wymusić na Amandzie współpracę.

Candy o wszystkim dowiedziała się z krótkich rozmów z siostrą. Kiedy projekt wszedł w końcową fazę, Makiawelis zadecydował o przeniesieniu laboratorium. Właśnie wtedy wykorzystała okazję i uciekła. Zbirom szaleńca udało się ją dopaść, ale na szczęście na scenie pojawił się Jack Hardy.

Komisarz kazał dziewczynie nigdzie nie wychodzić, a sam wyruszył na poszukiwanie informacji.

Poszukiwanie, które okazało się zupełnie bezowocne. Nie miał pojęcia, jak można przenieść całą placówkę i nie zostać zauważonym. Pomimo usilnych starań, paru złamanych szczęk i wielu gróźb, nie trafił na żaden ślad.

Kiedy wchodził po schodach, ogarnęły go złe przeczucia. Wyjął broń i popędził na górę. Mieszkanie było puste. Na stole leżała karteczka z wiadomością od Candy.

„Poszłam do domu po rzeczy. Niedługo wrócę. Nie martw się. Całuski."

– Cholera! – zaklął.

 

Powietrze wypełniał odór śmierci tak charakterystyczny dla wszystkich miejsc zbrodni. Hardy od razu go rozpoznał. Serce komisarza pękło, jeszcze zanim otworzył drzwi. Wiedział, co za nimi znajdzie.

Pokój nosił ślady walki. Przewrócona szafa, stłuczona lampa, rzeczy porozrzucane po podłodze, a pośrodku ona, leżąca nieruchomo w kałuży zastygłej krwi.

Taka piękna. Taka martwa.

Uklęknął przy ciele i odruchowo zbadał puls. Nie łudził się.

– Candy… – wyszeptał, gładząc palcami zimny policzek. – Dlaczego mnie nie posłuchałaś?

Nagle jego spojrzenie przykuł ślad buta pozostawiony na posadzce. Przyjrzał mu się uważniej. Z pewnością należał do mężczyzny. Jednego z napastników. Ostrożnie zebrał do foliowej torebki drobiny piasku. Instynkt podpowiadał mu, że w końcu znalazł ślad.

– Candy, byłaś dla mnie aniołem miłości – powiedział twardo. W jego głosie zabrzmiały stalowe nuty. – Teraz ja będę twoim aniołem zemsty.

 

– Dobrze, że do mnie z tym przyszedłeś, Jack – oznajmił Matthew Gobbler, as laboratorium kryminalistycznego, odrywając się od mikroskopu. – To bardzo ciekawe ziarenka. Opowiadają całą historię. Spójrz na ten stopień połyskliwości. Jeśli dodasz do tego lekko obtoczony kształt i wyodrębnisz cząstki zanieczyszczające próbkę, dowiesz się wszystkiego. Tutaj, na przykład, mamy śladowe ilości iłu oraz pyłu, a także organiczne drobiny. Ich szczegółowa analiza pozwoliła mi zaklasyfikować te związki jako…

– Wiesz, skąd jest ten piasek, czy nie? – Hardy obcesowo przerwał nużący monolog okularnika. Palił się do działania i z każdą upływającą bezczynnie sekundą robił się coraz bardziej niecierpliwy.

– Wiem, wiem. Jasne, że wiem – odburknął nieco urażony naukowiec. – Z naszych doków. A konkretnie gdzieś z rejonu w pobliżu fabryki chemikaliów. Przyniosłeś mi zanieczyszczony muł.

– Dzięki, Gobbler. Jestem twoim dłużnikiem.

– Nie ma sprawy.

Czarny samochód wystartował w stronę nabrzeża. Jack Hardy był na tropie.

I pragnął krwi.

 

Właściwe miejsce odnalazł bez problemu. Stary, położony na uboczu magazyn od razu przykuł uwagę komisarza. W rozsypującym się budynku zamontowano stalowe drzwi oraz zadbano o profesjonalny monitoring.

Podczas kilkugodzinnej obserwacji, gdy czekał na zapadnięcie zmroku, zauważył również trójkę mężczyzn pozornie tylko wałęsających się w pobliżu. Nie miał wątpliwości, że to zakamuflowani strażnicy.

Kiedy nastała noc, Hardy był gotów.

Przemknął w stronę magazynu, starannie unikając cyklopich spojrzeń kamer. Rzucone z zabójczą precyzją noże bezszelestnie zgasiły życie strażników. Nie zamierzał okazywać nikomu litości.

Niesiony na skrzydłach bezlitosnej furii nadciągał niczym anioł zemsty, a śmierć kroczyła tuż za nim.

Wdrapał się po schodach przeciwpożarowych i przez okno wszedł do środka. Wewnątrz panował mrok i absolutna cisza. Poczekał, aż wzrok przyzwyczai się do ciemności, po czym ruszył dalej.

Idąc korytarzem, minął szereg zrujnowanych pomieszczeń. Wszystkie opustoszałe i zapomniane. Można było odnieść wrażenie, że w budynku nie ma żywego ducha.

Hardy nie dał się zwieść zwodniczemu spokojowi. W żyłach buzowała mu adrenalina, instynktownie wyczuwał zbliżającą się konfrontację. Zdjął z ramienia strzelbę i przeładował.

Gdy otworzył kolejne drzwi, znalazł się w głównej hali magazynu. Ogromne pomieszczenie również tonęło w mroku. Zamarł z bronią gotową do strzału. Nic się nie wydarzyło. Po kilkunastu sekundach nasłuchiwania, ostrożnie zszedł po schodkach na dół. W powietrzu dało się wyczuć dziwny, piżmowy zapach.

– Skończmy tę zabawę – oznajmił, stając pośrodku.

Zabłysły światła.

Sześciu mężczyzn otaczało go półkolem, mierząc do niego z broni automatycznej. Za nimi w bezpiecznej odległości stał Makiawelis. Z kpiącym uśmiechem przyglądał się komisarzowi.

– Brawo! – zaklaskał. – Udało ci się odnaleźć moją kryjówkę. Niestety znajdziesz tu tylko śmierć, Jacku Hardy. Tak, znam cię – dodał, widząc zaskoczenie na twarzy przeciwnika. – Sława cię wyprzedza.

– Jeszcze zobaczymy, kto dziś zatańczy z kostuchą – odparł groźnie Hardy. – Gdzie dziewczyna?

– No tak, dziewczyna. Dawać tu ją! – rozkazał. Po chwili zakneblowaną Amandę wprowadziło dwóch goryli. Podobieństwo do Candy było uderzające. Starsza, bardziej dojrzała, ale równie piękna co siostra. – Spóźniłeś się, bohaterze – oznajmił triumfalnie szaleniec. – Ukończyłem badania. Teraz już nic mnie nie powstrzyma, a świat padnie przed Makiawelisem na kolana. Ty niestety tego nie zobaczysz. Zabić go!

Karabiny plunęły ogniem.

Hardy zwinnie uniknął kul i zaatakował. Ruszył biegiem wzdłuż ściany, naciskając raz po raz spust. Czterech przeciwników leżało martwych, gdy szczęknięcie oznajmiło, że magazynek jest pusty. Komisarz odrzucił strzelbę i, obracając się dokoła własnej osi, płynnym ruchem wyciągnął rewolwery.

Hala zadrżała w śmiertelnym rytmie Magnum.

Po chwili ostatni z mężczyzn padł na ziemię.

– Całkiem nieźle – przyznał profesor. – Ale to jeszcze nie koniec. Chodźcie, moje dzieciątka! – zawołał.

Do środka wpadło kilkanaście postaci w niczym nie przypominających ludzi. Nienaturalnie zgrubiałe zwoje mięśni, zgarbione sylwetki, zniekształcone mordy, nienawistne, bezrozumne spojrzenia.

Mutanty otoczyły komisarza. Gdy cielska sprężyły się do skoku, a z pysków dobiegł wściekły warkot, czas jakby zwolnił. Hardy przymknął na moment oczy, zbierając siły i koncentrując się.

Wystartowały niemal jednocześnie.

Szare, podobne do burzowych chmur oczy otworzyły się. Czaił się w nich śmiertelny spokój.

Dzięki zręcznemu balansowi ciała dwie bestie minęły go dosłownie o włos. Rozłożył ręce na boki i wypalił. Łby eksplodowały. Nie czekając ani chwili, ruszył w kierunku kolejnego z nadciągających potworów. Zwinnie odbił się od jego ramienia i wyskoczył w górę.

Raz, dwa, trzy.

Na ziemię spadł śmiercionośny deszcz kul, zbierając obfite żniwa.

Hardy, lądując, przetoczył się i o włos uniknął ciosu potężnych łap. Nie zdążył jednak strzelić ponownie, gdyż nagle coś go złapało i z nadludzką siłą cisnęło o ścianę. Rewolwery potoczyły się daleko po podłodze.

Splunął krwią i z trudem podniósł się. W jego dłoniach zamigotały długie noże.

– No chodźcie! – warknął. – Czekam!

Rozpoczął się taniec ostrzy, pazurów i kłów.

Magazyn zniknął. Komisarz zatracił się w walce. Ciął i uderzał w precyzyjnym, przerażająco skutecznym rytmie. Krew tryskała, odcięte członki spadały na ziemię, powietrze przeszywał charkot zdychających potworów. Nie czuł bólu, choć z każdą sekundą na jego ciele pojawiały się nowe rany.

Każdy zadany cios stanowił dopełnienie zemsty za śmierć Candy.

W pewnej chwili nie pozostało nic poza zwierzęcym wrzaskiem. Uświadomił sobie, że to on krzyczy.

Stał w jeziorze krwi. Posoka oblepiała go od stóp do głów. Ledwie trzymał się na nogach, ale wszystkie bestie nie żyły.

– Kim ty jesteś? – Makiawelis stracił całą pewność siebie. – Kim ty jesteś?!

– Twoją śmiercią – twarz Hardyego przypominała demoniczną maskę.

– Nie zbliżaj się! – wrzasnął naukowiec. On również zaczął ulegać przemianie. Kończyny wydłużyły się i pokryły szeregiem wypustek, zmieniając w potężne macki. Głowa zatraciła wszelkie ludzkie cechy. Monstrum owinęło się dokoła przerażonej Amandy. W zielonych ślepiach błysnęła niewypowiedziana groźba.

Hardy podniósł z ziemi rewolwer.

– To koniec. Puść ją.

W odpowiedzi macki zacisnęły się mocniej. Łzy bólu spłynęły po twarzy dziewczyny.

Wycelował i strzelił. Ręka mu nie zadrżała. Pocisk zakończył nędzny żywot szaleńca.

Dokonało się.

 

– Co stało się z moją siostrą? – spytała, gdy pontiac mknął przez opustoszałe ulice miasta. W oddali niebo rozjaśniała łuna pożaru trawiącego magazyn. Dopilnowali, żeby po laboratorium nie został żaden ślad.

– Nie potrafiłem jej obronić – odpowiedział po chwili. – To moja wina, Amando. Przykro mi.

Ich spojrzenia spotkały się. Bał się ujrzeć w lazurowych oczach dziewczyny oskarżenia, zamiast tego odnalazł w nich przebaczenie i zrozumienie, a także coś jeszcze.

– Kochałeś ją – stwierdziła.

– Tak.

Zapadła niezręczna cisza.

– Dokąd cię zawieźć?

– Do domu. Zabierz mnie do domu.

Destiny Street.

Hardy nie wierzył w przeznaczenie, ale kiedy żegnał się z Amandą, a ich palce zetknęły się na moment, przeszył go elektryzujący dreszcz. Ona również to poczuła.

– Jack… – wyszeptała.

Stali skąpani w promieniach wschodzącego słońca. Budzący się dzień zwiastował narodziny czegoś pięknego. Uczucia, które niczym pisklę dopiero zaczynało nieśmiało trzepotać w ich sercach.

– Candy cię kochała. Ja również mogłabym cię pokochać, Jack. Myślisz, że czeka nas jakaś przyszłość?

Hardy uśmiechnął się ciepło.

– Mamy czas, maleńka. Mamy czas – odparł, składając pocałunkiem przysięgę na jej ustach.

 

 

 

Tomasz Zawada

 

Jasionka, dnia 03.03.2011 r.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Chociaż niniejszy konkurs pokazał już, że każdy inaczej rozumie kicz, mam nadzieję, że odnajdziecie go w powyższym tekście. ;)
Życzę przyjemnej (a może nieprzyjemnej? diabli wiedzą z tym kiczem) lektury.

Pozdrawiam.

"Gdyby nie nadnaturalna, wyćwiczona w oddziałach specjalnych zwinność, cios potężnej łapy zdmuchnąłby mu głowę z karku. Wykonał salto w tył, a gdy lądował wypalił z obu spluw." Ja też chcę do takich oddziałów :)

Super, kiczowate od wstępu do końca. Na początku miałam miałam skojarzenie z Clintem Eastwoodem albo Johnem Waynem :P No i to zakończenie z tekstem "ja też mogę cię pokochać", a on stoi taki męski, twardy i niewzruszony, skąpany w promieniach zachodzącego słońca...

Jest kilka usterek stylistycznych, np. powinno być "z pozostawionej im niewielkiej niszy" albo "co się stało z moją siostrą?", ale co tam, niech Ci będzie. Niestety, jeszcze nie mogę oceniać :(

Ach, zapomniałam dodać: jak w ręczniku, to nie naga! :D

Dzięki za wyłapanie błędów. Czytałem parę razy tekst, ale to mi umknęło. Już poprawiłem ;)

Bardzo udany kicz. Połonczony motyw wrodzonej świetności bohatera i szalonego doktora. Przyjemnie się czyta mimo, że kiczowate! :-)

Jeżeli według ciebie kicz polega na kompletnym braku humoru, to gratuluję, osiągnąłeś cel. Wyjątkowo smętna opowieść przypominająca kryminał klasy B. Nie ma w tym nic oryginalnego, na podstawie podobnych scenariuszy amerykanie od lat kręcą filmy. Kicz czy parodia, nie mnie to oceniać, ale jedno mogę stwierdzić - wtórne.  

Biorąc pod uwagę, że to kicz - nawet mi się podobało. Opowiadanie inspirowane (moim zdaniem) filmami z lat 70-80. Coś, jak "Brudny Harry" czy "Cobra". Do tego włączony element fantasy. Pozdrawiam

Mastiff

Gdzieś w okresie drugiej wojny światowej pojawiły się filmy, które dziś szufladkuje się w gatunku noir. Twardzi faceci, kobiety fatalne, poplątane intrygi. A wszystko przykryte i wypełnione mrokiem. Jest w tych filmach jakaś moc, niepokojąca siła, którą tobie (niestety) udało się zyskać. Moją sympatię zaskarbiłeś sobie już w czwartym zdaniu: "Na widok przejeżdżającego samochodu dziwki prężyły się, prezentując wdzięki, alfonsi spuszczali wzrok, a dilerzy natychmiast chowali się głębiej w cień mrocznych zaułków.". Mad Max? A potem te draby przemieniające się w mutanty - przypomina się Kiss me deadly z '55, gdzie w tajemniczej paczce znajduje się nie co innego, jak głowa meduzy. Dlaczego więc te niestety? Bo chciałeś napisać opowiadanie kiczowate, a wyszła ci perełka amerykańskiego kina klasy B lat czterdziestych i pięćdziesiątych minionego wieku, którego klimat odtworzyć udaje się niewielu. Wprawdzie nieoszlifowana, ale od kiczu daleka. Bo to nie te niskobudżetowe filmy były kiczowate, tylko późniejsze próby podrobienia "tego czegoś". Siły, której ja nazwać nie potrafię.

Gdybym mógł, dałbym 5 za "to coś" właśnie. Czuję wprawdzie niedosyt - widać, że brakuje miejsca albo chęci, postacie są trochę płytkie, za szybko chcesz skończyć, niektórym opisom brakuje plastyki. J. M. Cain potrzebował z grubsza stu stron na opowiadanie, w twoim też tkwi potencjał przekraczający marne 20.000 znaków (bo takie są ograniczenia konkursowe, jeżeli się nie mylę). Ja sobie wprawdzie wiele dopowiedziałem i może dlatego piszę tę laudację, ale rozwinąć historię Jack'a Hardy'ego by wypadało. Już nawet poza konkursem, wrzucić pełniejszą (kompletną) wersję. Na koniec gratuluję jeszcze tego: "Hardy siedział na parapecie i wsłuchiwał w nocne szepty miasta. (...) Palcami gładził chłodną powierzchnię saksofonu. Po chwili zastanowienia włożył ustnik do ust, a z instrumentu popłynęła rzewna melodia. Lubił smutne utwory. Były prawdziwe.". Rozpierdoliło mnie. Tymczasem zamiast iść spać, obejrzę sobie film noir!

Dziękuję za komentarze.

@iwan69: Brakło miejsca. Ze względów na limit znaków musiałem niestety wprowadzić pewne cięcia.

Pozdrawiam.

"Taka piękna. Taka martwa." esencja tego opowiadania XD

Podobało mi się, bo uważam cycate piękne panienki porywane przez doktorów zuo za okropnie nudne i oklepane. Nie wiem czy akurat jest to kicz, ale na pewno udana parodia. Podobało mi się, że bohater robi przewrót, dwa salta, pół-piruet i strzela... No przesadziłam ^^ ale to ten typ co zawsze wygrywa z armią jeden do miliona, unika kul i jest zawsze niezwykle przystojny.

Czyta się dobrze i nie jest za krótkie. Dłuższe zepsułoby kiczowatość :D.

Nie wiele mogę się przyczepić do błędów. Co najwyżej do tego:

"Za nimi w bezpiecznej odległości stał Makiawelis" Skąd Jack wiedział, że to on właśnie? Brak choćby zaznaczenia, że miał na sobie kitel jak siostra oddziałowa i Jack domyślił się że to on.

Jack Hardy zaciągający się papierosem, naukowiec "odrywający się od mikroskopu", błyskająca odznaka, "w każdym mieście znajdują się takie rejony...", "tajemnicze okoliczności", "Jej zniewalająca uroda poruszyła dawno zapomnianą strunę w twardym sercu komisarza", saksofon itd., itp. - jak dla mnie masz niesamowite wyczucie języka, bo wykorzystujesz schematy wspaniale i to tak, że naprawdę się w ten kicz wciągnełam :) Trochę tu filmów noir, trochę komiksów Franka Millera, całość po prostu mistrzowska. Moim zdaniem najlepszy jak dotąd tekst na KICZ 2011 :P

Fajny tekst. Podobało mi się. Jak na kicz... to kiczowato wykonane, czyli ok :) Nie rób z tego opka tasiemca, dobrze się mi się czytało, wciągnął mnie ten tekst. Niczego tutaj nie brakuje. Pozdrawiam

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

 Fajnie to napisałeś! Myślałem ostatnio o klimatach w stylu noir, ale jednak mnie uprzediłeś. Brawo, podobało mi się!

 

Pozdrawiam ;)

Eh, jak ja kocham noir. Kiedyś napiszę noir na poważnie.
A narazie, musze przyznać, że jako połączenie noir klasy c z horrorem klasy d wyszło bardzo na plus. Umiejętne użycie kiczu, bez błędów na siłe, bez puszczania oczek do czytelnika.
Jestem bardzo na tak. Przed oczami miałem kadry jak z komiksu Franka Millera, fajnie by było zobaczyć graficzną wersje przygód Hardego :)

Niby schematy oklepane, a motyw tandetne i ogólnie mnóstwo kiczu, ale wykonanie tak mistrzowskie, że czyta się świetnie!!

Klika zdań to mnie po prostu rozwaliło (np. "To bardzo ciekawe ziarenka. Opowiadają całą historię. Spójrz na ten stopień połyskliwości. Jeśli dodasz do tego lekko obtoczony kształt i wyodrębnisz cząstki zanieczyszczające próbkę, dowiesz się wszystkiego." i "Hardy zwinnie uniknął kul")

Powtórzę za Dreammym - świetne wyczucie języka.

Dziękuję wszystkim za poświęcony czas i komentarze.

 Fajnie, że wam się podobało i że tyle osób lubi klimat noir. ;)

Pozdrawiam.

Dama w niebezpieczeństwie, błyskająca odznaka, nieomylne przeczucie, policyjny terytorializm, praca w pojedynkę, zemsta i wrodzona zajebistość. Nie zabrakło niczego(no może trochę za mało golizny :D).

            Daje „6” bo jest świetnie napisane, bardzo dobrze sprzedany kicz.

Precyzyjnie naszkicowany amerykański policjant walczący o sprawiedliwość. Trafne nazwisko naukowca dopasowane do cech osobowości. Specyficzna atmosfera, za którą nie przepadam, ale mimo wszystko dobrze uchwycony klimat.

OK, do konkursu.

Super kicz! Wartka akcja, banalny romans, bohater rozwala wszystkich ala John McClane (choć Hardy kojarzył mi się też trochę z Samuelem L. Jacksonem w The Man (sposób prowadzenia porządku w swoim rewirze :)). 

Świetnie piszesz. Obrazowo. 

Pozdrawiam 

Kicz. Kicz. Kicz. Jeszcze raz - kicz.
Całość tekstu wprost ocieka parodią. Nazaprzeczalnie przystojny, odważny i niezwyciężony glina, piękna kobieta, podwójny romans, szalony naukowiec, miazga! Nie kibicowałem twojemu bohaterowi, lecz za każdym razem, kiedy zwyciężał, nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. Kawał porządnego kiczu!
Pozdrawiam 

Piękne, takie piękne, że mogę tylko żałować, że takie krótkie napisałeś to opowiadanie. Ale cóż, skoro zemsta została dokonana, a Jack zachował się z pełną premedytacją doskonałego policjanta, w dodatku poznał kobietę zdolną go pokochać z wzajemnością, to o czym tu więcej pisać. Szczególnie, że właśnie wzeszło słońce.

I za to słońce dziękuję Ci, Eferelinie, że nie poszedłeś po utartej linii kiczu i nie napisałeś, że odchodzili w czerwień blasku zachodzącego słońca. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie wiem, czy to kicz, może i tak.

Na ten konkretny konkurs – pewnie niezłe opowiadanie. Samo w sobie by mnie nie porwało.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka