- Opowiadanie: exturio - Upadek

Upadek

Pozwolę sobie podręczyć Was czymś, co dla mnie jest eksperymentem z formą. Proszę się nie przerażać – eksperymentalność tekstu polega na tym, że jest to moje pierwsze opko pisane w narracji pierwszoosobowej.

 

Zapraszam do lektury.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Upadek

– Cześć, Misiu.

Uśmiecham się do niej. Zaskoczyła mnie podczas przygotowywania niespodziankowego obiadu. Wymyśliłem sobie, że skoro nie możemy spędzić naszej rocznicy w żadnym z tych zajebistych miejsc, którymi kuszą biura podróży, to przynajmniej będzie wyśmienite jedzenie przy świecach, dobre wino. Wieczór z pewnością nie skończy się przy stole, ale tego nie planuję. Chcę, żeby to było tak, jak ona lubi.

Patrzę w jej orzechowe oczy. W powietrzu wokół unosi się delikatny, muskający nozdrza zapach kwiatowych perfum. Ona wie, że już mnie ma, widzę to w jej źrenicach, tego błysku nie zdoła przede mną ukryć. Uśmiecha się delikatnie, zalotnie. Zwycięsko.

Kilka minut później siedzi niemal naga na stole, zrywając ze mnie koszulę. Nie jest łatwo, kiedy oderwanie ust nie wchodzi w grę.

Podnoszę się na łokciu, coś źle pachnie. Nie lubię takich sytuacji: tworzę misterny plan, który jest prosty i jednocześnie genialny. Wkracza czynnik ludzki, spontanicznie wprowadza zmiany. Plan się sypie.

To wytrąca mnie z równowagi, powoduje, że tracę panowanie nad sobą. Żeby utrzymać się w ryzach muszę też trzymać wszystko, co dzieje się wokół. Tym razem kierownica wyślizgnęła się z mojej dłoni zaraz po tym, jak opuściliśmy kuchnię i przenieśliśmy się do pokoju gościnnego. Nowa skórzana kanapa jest wygodna, nie zaprzeczę, ale nie o to chodziło w tym popołudniu.

– Kurwa – mówię, a mój głos jest zimny i spokojny. Wiem, że ona tego nienawidzi. Boi się mnie w takich sytuacjach. Nie jestem niebezpieczny, po prostu wkurwia mnie, kiedy muszę dostosowywać się do zmiennych warunków. Jestem z typu tych ludzi, którzy otoczenie traktują z pewną dozą despotyzmu. Kiedy decyduję, moja decyzja jest wiążąca. Nie lubię też zmiany miejsc i przyzwyczajeń. Jako zwierzę terytorialne nie opuszczam swojego rewiru i zabiję każdego, kto odważy się ze mną zadrzeć.

Siadam na kanapie, wciągam bokserki. Patrycja podciąga nogi, zakrywa się, do piersi przyciska ozdobną poduszeczkę. Myślę, że to powoduje, że czuje się bezpieczniej, kiedy jestem nie do końca sobą.

Wchodzę do kuchni i w nozdrza uderza intensywny smród spalenizny. Klnę pod nosem, wydaje się, że litania ciągnie się w nieskończoność. Tak naprawdę kończę po kilkudziesięciu sekundach, orientując się, że mięśnie szczęki mi drgają. Wygrywają pieprzoną symfonię. Ręce drżą.

Czuję, jak w moim wnętrzu rozchodzi się ciepło, robi mi się coraz bardziej komfortowo, myślę coraz jaśniej i – paradoksalnie – jestem coraz bardziej wściekły.

Stojąca w drzwiach, do połowy ubrana Patrycja najwyraźniej zauważa jakiś znak na moim ciele, bo zaczyna płakać. Próbuję się opanować, ciepło znika, pozostaje zwykła złość, frustracja i niezaspokojenie. Następny seks jest dużo ostrzejszy.

 

 

***

 

 

Moja praca jest gówniana. Oczywiście, wszyscy wokół uważają mnie za szczęśliwego człowieka – jestem rozchwytywanym maklerem, zarabiam krocie, niemal nigdy ryzyko nie jest poważne. Mówią, że mam zmysł, ale ja wiem, że to tylko trzeźwe myślenie. Nie poddaję się hurraoptymizmowi, panującemu czasami w biurze. Nie wszystko, co dobrze wygląda, jest dobre. Uwierzcie mi, wielu ludzi chce skompromitować konkurencję, rzucają kłody pod nogi, robią syf. Szczerze nienawidzę skurwysynów, ale co począć? Nie każdy gra fair i widocznie tak już musi być.

Właśnie ocieram krew z wargi, rozciętej uderzeniem jednego z takich dupków, którzy grają nie fair. Gnój leży u moich stóp, zastanawiam się, czy nie zademonstrować mu mu mojego rozdrażnienia jeszcze jednym kopniakiem w żebra. W sumie, co mi szkodzi? Kopię, ale jemu udaje się zasłonić, mój wypolerowany but ześlizguje się po przedramieniu.

Czuję, jak wnętrzności ogarnia euforyczne ciepło. Kilka sekund później uczucie zmienia się w ogień, bestia chce się wydostać. Przez chwilę mam ochotę uwolnić demona, dać mu pobaraszkować z tą bandą skurwysynów. Opanowuję się, ogień we wnętrzu znika, a ja jestem jeszcze bardziej zdenerwowany, niż wcześniej.

Do biura wpada szef, jest zdyszany, spocony. Widać, że nie dba o kondycję, jebana świnia. Przypomina mi wieprza, z tymi swoimi rozbieganymi oczkami i tłustym ryjem.

– Co ci odwaliło, Finczer? – ryczy, a ja mam ochotę wyrwać mu język. Opanowuję się, okaleczenie przełożonego źle by wyglądało w CV. Szybkim ruchem przeczesuję włosy, które trochę zmierzwiły mi się podczas bójki, poprawiam krawat.

– Pan Lawrence, wschodząca gwiazda giełdy, przepieprzył wczoraj pół roku mojej pracy. – Mam ochotę splunąć na pokrakę u moich stóp, ale nie robię tego. Właściwie nie wiem, dlaczego w ogóle powstrzymuję się od bycia sobą przy tych śmieciach. Nie wiem, ale nadal to robię. Muszę nad tym popracować w najbliższej przyszłości.

– O co dokładnie chodzi?

Lawrence jęczy coś, wypluwając krew. Chyba wybiłem mu kilka zębów. Dobrze, przynajmniej w protezie będzie miał białe. Nie umiem patrzeć na zaniedbane uzębienie. Szczególnie u człowieka, który ma pieniądze. Co on w ogóle robi z całym tym hajsem?

– Chodzi o to – mówię zimno – że Lawrence zniszczył mi transakcję życia podczas mojej wczorajszej nieobecności. Sam go spytaj. Albo sprawdź zapisy wczorajszej sesji i dzisiejszego otwarcia.

– Mówiłeś, żeby ci nie przeszkadzać telefonami – jęczy szczerbaty. Ciągle jeszcze leży, co mnie strasznie wkurwia. Nie lubię mówić do podłogi.

– Zamknij ryj – odpowiadam – chyba, że chcesz się pozbyć reszty uzębienia.

Szef chwyta mnie za ramię. Czuję, jak moje ciało ponownie zanurza się w cieple, tym razem wnętrzności niemal palą, drżę. Nie znoszę poufałości, a chwytanie za ramię zdecydowanie uznaję za spoufalanie się. Patrzę na świnię – jest ode mnie o pół głowy niższy. Bez żadnych trudności mógłbym wyłamać mu bark, a zaraz po tym skręcić kark. Już widzę sekwencję ruchów, słyszę każdy przerywany nerw rdzenia. Nawet by porządnie nie krzyknął. Na swoje szczęście puszcza, cofa dłoń. Chyba zauważył ogień w oczach. Próbuję się uspokoić.

– Idź do domu, Finczer. – Jego głos się trzęsie. – Masz dzisiaj wolne.

Chyba nie jestem dzisiaj całkowicie sobą. Postanawiam zrobić tak, jak chce szef. Może nawet wezmę kilka dni urlopu.

– Gdyby coś się działo… – Odwracam głowę, kiedy już prawie zamykam za sobą drzwi.

– Będziemy dzwonić – odpowiada szef, a jego głos niemal wrócił już do normy.

 

 

***

 

 

Kiedy przyjeżdżam do domu, Patrycji nie ma. To dziwne, bo zwykle czwartki ma wolne, a ja nie pamiętam, żeby wspominała coś o pójściu do biura. Zresztą, dzwonię tam, mówią mi, że dzisiaj jej nie było. Standardowo, ma wolne. Jej komórka milczy, jest wyłączona albo poza zasięgiem.

Nie jestem zbyt uczuciowy, nie można tego o mnie powiedzieć. Ale martwię się o Patrycję, ta dziewczyna to ostatnie, co trzyma mnie przy byciu człowiekiem. Postanawiam poczekać na nią ze szklanką whisky, świętując cudowny dzień.

 

Budzi mnie dźwięk otwieranego zamka. Odkładam opróżnioną szklankę, którą przez cały czas trzymałem w dłoni, spoglądam za mój tytanowy zegarek z diamentową szybką. Nie pamiętam kiedy zasnąłem, ale wychodzi na to, że było to jakieś cztery godziny temu.

Wychodzę do przedpokoju, w drzwiach stoi Patrycja, w dłoni trzyma paczkę z jedzeniem na wynos. Uśmiecha się nerwowo.

– Gdzie byłaś, kochanie? – pytam, starając się nadać głosowi jak najcieplejszy ton. Nawet jakoś wychodzi.

– U koleżanki – uśmiecha się, ale wiem, że kłamie. Odpuszczam, nie mam ochoty na kolejną kłótnię.

– Miałem zły dzień – mówię. Ona uśmiecha się pewniej. Uwierzyła, że złapałem jej wymówkę. Pomagam jej z zakupami, zjadamy obiad. Dziwne, ale żarcie na wynos smakuje dokładnie tak samo, jak podobne danie gotowane przez Patrycję. Muszę to sprawdzić.

 

Płaszcz Patrycji pachnie męskimi perfumami. Zauważam to, kiedy decydujemy się wyjść wieczorem na drinka. Ona twierdzi, że to mój zapach, ale ja przecież wiem, kurwa, jak pachną moje perfumy. Sam je wybieram, sam je kupuję. Od kilkunastu lat ten sam zapach. Nie ma najmniejszej możliwości, żebym pomylił go z jakimkolwiek innym.

Rodzące się podejrzenia skutecznie odbierają mi ochotę na picie. Znów kiełkuje we mnie gniew, jednak tym razem nie mam jak go ukierunkować. Uspokajam się oddechami oraz zaciskaniem i rozluźnianiem pięści. O dziwo, pomaga.

W pubie rozmowa nie klei się ani trochę, więc mówię, że wychodzę. Postanowiłem zwalić wszystko na kiepski dzień w pracy. Znajomi dopytują się, o co chodzi, ale nie widzę powodu, żeby im to tłumaczyć. Patrycja postanawia jeszcze zostać.

Kiedy dochodzę do przystanku autobusowego wyciągam z kieszeni idealnie skrojonego płaszcza najnowszy model smartphone'a, wybieram numer do Patrycji. Co mi tam, powiem jej, że ją kocham. Zaszaleję.

Zamiast nieco podpitego głosu narzeczonej słyszę chłodny głos kobiety, oznajmiającej mi, że telefon jest wyłączony, albo poza zasięgiem. Pewnie wyładowała się jej bateria, zdarza się. Wybieram numer Roberta, on zawsze ma przynajmniej jeden z trzech telefonów działający. Udało się. Proszę go o przekazanie słuchawki Patrycji, kiedy on ze zdziwieniem oznajmia, że wyszła kilka minut po mnie.

– Dzięki, stary – mówię i chowam telefon do kieszeni. Tym razem nie skończy się na oddechach i zaciskaniu pięści. Czuję, jak moje ciało zaczyna piec, podnoszę dłoń do oczu. Tylko raz wcześniej widziałem ogień na mojej skórze. Prawie pół roku kurowałem się w szpitalu z oparzeń. Próbuję się uspokoić, przynajmniej na tyle, żeby stłamsić płomień. Udaje się po kilku sekundach, ale rękawy i tak zostały całkowicie spalone. O dziwo, nie czuję żadnych poparzeń. Najwidoczniej jestem w stanie wytrzymać kilka minut w płomieniu.

 

 

***

 

 

Patrycja wraca o czwartej rano. Czekam na nią w sypialni, z butelką whisky. Wypiłem nieco ponad połowę, więc myślę całkiem trzeźwo.

Smród petów niemal maskuje zapach perfum, które z pewnością nie należą do mnie. Czuję, jak mięśnie szczęki zaczynają grać niebezpiecznie.

– Gdzie byłaś?

Mina jej rzednie, chyba mnie wcześniej nie zauważyła.

– Zasiedziałam sie z dziewczynami – odpowiada. – Robert wyszedł wcześniej.

– Robert powiedział mi, że wyszłaś kilka minut po mnie.

– Rozmawiałeś z nim?

W jej oczach pojawiają się kryształki łez. Nienawidzę tego, jebany szantaż emocjonalny. Gdyby nie miała nic do ukrycia, to by, kurwa, nie musiała teraz płakać.

– Rozmawiałem – mój głos jest beznamiętny. Łzy zaczynają powoli spływać po jej policzkach. Robi mi się ciepło. Zamiast mięknąć, robię się coraz bardziej wściekły.

– Kim on jest?

Patrycja szlocha na cały głos.

– Kim on jest? – ponawiam pytanie. Czuję gorąc na skórze. Patrycja też orientuje się, że coś jest nie tak, bo przestaje szlochać i patrzy na moje dłonie. Płoną.

– Mów – rozkazuję. Nie opiera się.

 

 

***

 

 

Po drodze nikt mnie nie zaczepia. Mijam grupkę żuli, którzy na mój widok zmieniają stronę ulicy. Widocznie już z daleka widać, że nie jestem w najlepszym humorze. Skóra pali, ale staram się powstrzymać demona. Bynajmniej nie dlatego, że uważam obnoszenie się z mocą za nieodpowiednie. Po prostu nie chcę ryzykować poparzeń zanim dopadnę tego jebanego skurwiela.

Drzwi klatki schodowej otwieram nieco zbyt gwałtownie. Wypadająca ze zniszczonych drzwi szyba brzęczy milionem kawałków na brudnej posadzce, chyba kogoś obudziłem. Tak, kurwa, pora wstawać, nieroby. Nowy dzień nastał.

W końcu znajduję jego mieszkanie. Czwarte piętro, brud i syf. Pomyśleć, że moja narzeczona zadawała się z kimś, kto mieszka w takim miejscu. Pukam do drzwi. Choć cały trzęsę się z wściekłości, staram się, żeby moje kostki brzmiały na drewnie jak najspokojniej. Po drugiej stronie słyszę ruch, mruczenie pod nosem. Nie rozpoznaję słów.

Szczęk zamka. Naciskam klamkę, napieram ramieniem. Drzwi ustępują, zaskoczony mężczyzna dostaje rogiem w twarz. Wpadam do środka, nie czekam aż się pozbiera, poprawiam pięścią. Moja skóra parzy, teraz to już nie ja biję półnagiego skurwiela, teraz zajmuje się nim demon. Poprawia w policzek, błyskawiczny cios w brzuch. Pięści zostawiają na nagiej skórze ślady poparzeń.

W końcu demon chwyta mężczyznę za głowę, ten wyje, najwyrażniej nie podoba mu się ta forma spoufalenia. Uspokaja się mniej więcej, kiedy moje czoło ląduje na jego twarzy. Puszczam go, a on bezwładnie pada na ziemię. Czuję wściekłość, ale nie mogę dłużej korzystać z pomocy mojego towarzysza. Płomienie gasną, pozostawiając na mnie nieliczne, niedopalone strzępki odzieży. O dziwo, buty są całe.

Patrzę na leżącego na ziemi kochasia. Właściwie to już jest trupem. Podnoszę nogę, z całej siły pakuję podeszwę w jego twarz. Uzyskany efekt mnie nie zadowala, powtarzam. I jeszcze raz. I jeszcze raz…

 

 

***

 

 

Wracam do domu ubrany w niezbyt gustowne ciuchy byłego kochanka mojej narzeczonej. Zakrwawiony but wytarłem w jego bluzkę, chyba nie miałby mi tego za złe. Szkoda byłoby wyrzucić tak wyśmienicie skrojone obuwie.

Jest kilka minut przed szóstą rano, Patrycja powinna już zbierać się do pracy. Zastaję ją w sypialni, leży na łóżku, pustym wzrokiem wpatruje się w ścianę. Z opuchniętych, przekrwionych oczu sączą się łzy.

– Co się stało? – pytam ciepłym, spokojnym głosem.

Nawet nie drgnęła.

Siadam obok niej, przyciągam do siebie. Jej ciało drży, jakby w zimnie.

– Wszystko będzie dobrze, kochanie. – Prawdę mówiąc, szczerze w to wierzę.

Ona zrywa się jak oparzona, staje przede mną i uderza mnie w twarz. Zaczyna okładać rękami, płacząc. Powstrzymuję ją najdelikatniej jak umiem, kładę na łóżku. Na siłę przytulam do siebie, mówię, że wszystko będzie w porządku, że się ułoży. Ona płacze, mamrocząc pod nosem coś, że go zabiłem, że jestem potworem.

– Poprawię się – mówię. – To moja wina, kochanie, ale obiecuję ci, że się poprawię. Tylko daj mi jeszcze jedną szansę.

Patrycja wyrywa się, gwałtownie wstaje z łóżka.

– Popieprzyło cię?! – krzyczy, dławiąc się płaczem. – Nie będzie drugiej szansy! To jest, kurwa, życie!

Wstaję.

– Kochanie, obiecuję ci, że sie poprawię.

Krzyczy, coś o zaciętej płycie. Naprawdę nie znoszę, kiedy ktoś na mnie krzyczy.

Demon znów się budzi. Naładowany, przepełniony siłą. Błyskawicznym ruchem łapie nogę krzesła, jednym uderzeniem o ścianę sprawia, że w dłoni zostaje tylko świetnie wyważona pałka.

Płonę.

 

Koniec

Komentarze

Gdyby nie słowo wyjaśnienia, nie powiedziałabym, że to debiut w narracji pierwszoosobowej. Może nie pięćdziesiąty ósmy tekst w tym stylu, ale na pewno nie pierwszy. Chwilami jest - jak na mój gust, oczywiście - odrobinę za sucho, chyba wolałabym być wciągnięta głębiej w bohatera, ale to raczej moje upodobanie do włażenia w cudze myśli.
Innych zastrzeżeń nie mam, jedyne, co sobie przypominam, to "zapach kwiatowego perfum" - kwiatowego? Wiem, że ze słowem "perfumy" w naszym języku jest nieco kłopotów, ale albo ja jestem niedoinformowana, albo "perfumy" nie mają liczby pojedynczej. Jeśli jest inaczej - my bad :) Poza tym warsztat doskonały.

Chciałam na tym skończyć swoje wymądrzanie, ale przeczytałam to opowiadanie jeszcze raz i nie mogę zostawić komentarza bez dodania, że po prostu to, kurde, lubię. Nie to, że mam słabość do opowiadań w takiej narracji z wspomnianych wyżej powodów. I nie to, że cenię, kiedy autor ma odwagę opublikować coś, nie usuwając z tekstu całej tej swojej intymności, jaką w nim zostawił. Właściwie to nie wiem, co. Chyba utożsamiłam się z bohaterem ;)

Zakrwawionego buta wytarłem (...).
Khm, khm, khm...
(...) nie chcę ryzykować poparzeń zanim jeszcze dopadnę (...).
Khm, khm, khm...
Smród petów niemal maskuje zapach perfumów, które (...).
Czego zapach?

No i co, nie taka straszna ta pierwszoosobowa?

@Nathicana
Dzięki! Szczerze mówiąc z tymi perfumami miałem sporo problemów, w czasie pisania nawet sprawdzałem odmianę, zmieniałem w innym miejscu.. A to przeoczyłem. :)
Co do tej suchości - bohater miał być, w pewnym stopniu, bezmyślną maszynką nastawioną na konsumpcję, z rozchwianą osobowością (tutaj podziękowania dla demona :), przy czym dopóki miał narzeczoną, dziewczę, które kochał, miał jeszcze ogniwo łączące go z człowieczeństwem. W niewielkim stopniu, ale zawsze. :)
Nie wiem, jak udało mi się pokazanie tej zależności, bo nie jestem w stanie tego ocenić, jako autor.

Pozdrawiam

@AdamKB
Niestraszna, nawet miejscami bywa całkiem przyjemna. 
Dzięki za te babole. Moja polonistka z liceum by mnie zabiła... :P

Pozdrawiam 

Fajne, podobało mi się. Zwłaszcza ten wyłażący z bohatera, robiący porządek, demon.

Zaufaj Allahowi, ale przywiąż swojego wielbłąda.

@exturio - a ja, z perspektywy czytelnika, oceniam, że wyszło Ci to całkiem nieźle :) Może powinieneś troszkę rozbudować to opowiadanie i pobawić się sytuacjami, tak, by skontrastować rzeczonego nastawionego na konsumpcję maklera (dobrze wybrałeś zawód, też narzuca poczucie, że bohater to takie Dwie Twarze) z kolesiem, który zmienia łeb kochanka narzeczonej w mokrą plamę. Postawiłeś głównie na tę dziką, nieludzką stronę, a może, gdybyś pokazał więcej tej drugiej, więcej beznamiętnej machiny i zwyczajnej kapitalistycznej świni (hehe ;)), momenty "budzenia się" demona klepałyby po gębie jeszcze bardziej. Lubię teksty sugerujące, że największą wadą ludzi sukcesu nie jest tylko brak skrupułów. Ba, w ogóle przepadam za wizjami, w których w każdym z nas siedzi coś więcej, w których wszyscy mamy wiele, wiele różnych twarzy. Są paskudnie bliskie prawdzie.
Ewentualnie to po prostu ja jestem rozmiłowana w swoim choleryzmie i uważam zabranie się z nogą od krzesła za mendę, która człowieka zdradza, za prawidłowe zachowanie ;D

@Fasoletti
Dzięki za komentarz.

@Nathicana
 Fajnie, że to jakoś wyszło. Prawdę powiedziawszy ten tekst jest mocno zainspirowany pewną muzyką i pewnym teledyskiem, a został napisany tylko i wyłącznie jako odskocznia od innego opowiadania, nad którym pracuję już od dłuższego czasu. Dlatego też nie mógł być dłuższy - miał jedynie nieco "oczyścić umysł". Nie sądzę, żebym kiedykolwiek kontynuował ten temat, chyba, że gdzieś indziej wykorzystam bohatera. 
Co do Twojego ostatniego zdania: ja się z tym bohaterem całkowicie nie utożsamiam, mam zgoła inne podejście do życia. Również w kwestii nóg od krzesła. :)

Pozdrawiam 

Podoba mi się. Szybko się czyta, pod względem technicznym po poprawkach nie mam się do czego przyczepić. Rzucaj częściej takimi próbkami tekstu :)

@a.k.j
Dzięki za komentarz.
Mam nadzieję że następny tekst to już będzie TO pełnowymiarowe opko. :)

Pozdrawiam 

Bardzo dobry tekst, nie będę się rozpisywał, bo w zasadzie wszystko, co chciałbym napisać zostało już przedstawione powyżej. Przyznam szczerze, że kiedy przeczytałem tytuł, to myślałem o kontynuacji " Der Untergang" Hirschbiegiela, ale to coś zupełnie innego. I dobrze. Pozdrawiam

Mastiff

Wiesz po "Jaskini" to teraz dowaliłeś tym jak z torpedy. Super tekst. Bardzo przyjemnie i szybko się czyta.  No i udał ci sie ten eksperyment z pierwszoosobowym narratorem. Czekam na kontynuację tej hisorii.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

@Bohdan
Dziękuję. :)

@mkmorgoth
Dziękuję. "Jaskinia" to był taki rozluźniacz dla palców. To opowiadanie to rozluźniacz dla głowy, było napisane w przerwie od większego opka, którego nie umiem skończyc. :)

Pozdrawiam 

Proszę, napisałem od razu, na gorąco co miałem w duszy. A skoro to opko to taki rozluźniacz, taka torpedka, to następne co szykujesz nam tutaj to mała bombka atomowa? :)

A tak poza tym, bardzo cenię Twoją krytykę - bardzo mi pomaga ostatnio przy moich opkach.

Pozdrawiam :)

PS. I zapraszam do mojego nowego opka, co prawda na Kosmikomike.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Obawiam się, że z bomby wyjdzie wielki niewypał, jak to zwykle, kiedy człowiek się stara... :)

"Och, rośliną być" przeczytam, kiedy tylko uwolnię się od sesji. :)

Pozdrawiam 

Tekst genialny. Super. Wyśmienite opisy uczuć i pomysł. Jedna drobna rzecz. Po co mówić wprost ,,demon'' skoro mogłeś mówić na niego ON? Tak jest bardziej wyrafinowanie i tajemniczo, a i tak każdy wie o co chodzi. Ale demon też nie jest zły. A opko i tak świetne. Daję 5.
Pozdrawiam.

Naprawdę niezły tekst, podejrzewam też, że spodobałby się psychologom, którzy mieliby na nim niezłe używanie. Dobrze, że nie podrzuciłeś im więcej suchej karmy, np. opisując dzieciństwo bohatera :P Który i bez tego jest bardzo przekonujący. Fajnie oddałeś jego postępujący "wkurw", arogancję i despotyzm, nawet w tak drobnych szczegółach, jak ten z jedzeniem na wynos. Jak będę w podobnym nastroju, to będę sobie ten twój tekst czytać ;) Czekam na bombkę atomową zatem.

@Urban Horn

Wiesz, że nawet na to nie wpadłem? Muszę zapamiętać na przyszłość, dzięki. :)

@Dreammy

Dzięki za komentarz. Bohatera wzorowałem (mocno) na Patricku Batemanie z "American Psycho" (polecam film, książki niestety nie czytałem).

Pozdrawiam

ode mnie 5
tekst naprawde fajny, osobiście uważam ze mógłbys to bardziej rozbudować
pozdrowionka

Szybko, dobrze się czyta. Po prostu dobry tekst. No i ta narracja, osobiście moja ulubiona. Takie małe "ale" z mojej strony. Dla mnie postać mogłaby być jeszcze bardziej rozbudowana, żeby tak w nią wejść, jeszcze bardziej poczuć emocje bohatera. Nie sugieruję, że tu ich nie ma, po prostu ja osobiście lubię takie postacie, jasno pokazujące dużo emocji, trochę takich psychopatów ;)
Pozdrawiam.

@masztalski, disorder
Dzięki za komentarze. Co do rozbudowania: wiem, że opko jest dość ograniczone, a mogłoby być znacznie bardziej rozbudowane. Jednak to było jedynie próbowanie się w innej narracji, dlatego nie widziałem potrzeby tworzenia wielkiego dzieła, a jedynie krótki rozluźniacz. Stąd też  okrojenie wszystkiego do minimum (nie potraktowałem tego tekstu zbyt poważnie). :)

Pozdrawiam 

Czyta się zajebiście, jednak motyw z demonem kompletnie mi się nie podoba. Napiszę z rozbrajającą szczerością, że dla mnie istnieje tylko psychologiczne s-f lub fantasy w konwencji komediowej, cała reszta odrzuca mnie na kilometr. Wolałabym to w formie zwykłej powieści obyczajowej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie mógłbyś wtedy tego tu wrzucić. Zastanów się, czy na pewno chcesz pisać tylko fantastykę. Osobiście traktuję to jako odskocznię, wolę zwykłe losy zwykłych ludzi.

@czarnykot
Tutaj zależy, jak pojmujesz przedstawionego "demona". Zawsze można uznać, że koleś ma nadnaturalne zdolności związane z ogniem, ale sam "demon" to tylko jego wymówka dla własnych czynów.
Fakt, troszkę podrasowałem to opko, żeby móc je tutaj wrzucić, ale zrobiłem to jeszcze w fazie produkcji, a nie postprodukcji. I podrasowanie polegało tylko na dodaniu właśnie słowa "demon". Ogień i inne fajerwerki były już w pierwotnym zamyśle. To, paradoksalnie, pozwala mi trzymać bohatera w ryzach. :)
Czy chcę pisać tylko fantastykę? Tak. Mainstream jest nudny. Napisałem z milion shortów bez nawet cienia fantastyki i taka forma pisarstwa głównonurtoewgo jest nawet do zniesienia. Ale opisywanie rzeczywistości w dziele dłuższym, niż kilka zdań? No nie wiem, nie po to trenuję warsztat. ;)

Pozdrawiam 

Ja z kolei widzę to inaczej. Mam pozytywistyczne skrzywienie na "pracę u podstaw". ;) Interesuje mnie klasa robotnicza, patologie społeczne. Demony tkwią w ludziach, wcale nie trzeba ich wymyślać. Znudziły mnie fantastyczne opowieści. Przejadły mi się najzwyczajniej w świecie - za dużo książek, za dużo gier. Wyjątkiem był Wiedźmin, który był świetny, tylko końcówka zrąbana totalnie (ewidentny brak pomysłu). Jeśli napiszesz coś równie dobrego, a talent masz niezaprzeczalny, chętnie kupię Twoją książkę. Być może powinieneś porzucić pisanie opowiadań i wziąć się za powieść, a potem próbować ją wydać. A skoro masz milion shortów, spróbuj je wydać w formie zbioru opowiadań. :)

Jak na pierwszy raz w tym trybie narracji, wykonanie jest bardzo zacne. W paru miejscach ograniczyłbym powtarzanie zaimka "mój", ale generalnie bardzo mi się podobało.

Strona psychologiczna i postępujące wkurzenie bohatera fajnie poprowadzone i ukazane.

Nie ma co się rozpisywać - po prostu dobry, mocny, soczysty tekst.

Pozdrawiam.

Świetne! Do ogarnięcia za jednym razem, bez doszukiwania się jakichkolwiek błędów.
Bohater jest wyrazisty, ma cechy, dzięki którym z łatwością można go sobie wyobrazić. Makler, trybik w maszynie przepełnionego konsumpcją i materializmem świata. Destrukcyjny w stosunku do innych, agresja go wyzwala i ogranicza zarazem. Niemal pozbawiony uczuć, a jednak wierzy, że miłosć, jaką darzy dziewczynę, nada życiu głębszy sens.
Z kolei, rozchwianie emocjonalne w dzisiejszym świecie, wcale nie musi być sprawką demona..

Dziękuję za pozytywne komentarze.
Choć, z drugiej strony, przydałby mi się porządny kopniak, motywujący do pisania na wyższym poziomie... 

Pozdrawiam! 

No i dostałeś kopniaka... w postaci drugiego piórka ;)

Nie do końca o to mi chodziło... ;)

Rzeczywiście świetne! Aż trudno uwierzyć, że to Twoje pierwsze podejście do narracji pierwszoosobowej. Chylę czoła :) Zasłużone 6.

Dzięki, Ranferiel. :)

Podobało się. Nie przesadzałabym z emocjami protagonisty (znaczy, dobrze napisałeś) – diabli wiedzą, co czuje demon. A ciało wszak wspólne…

Babska logika rządzi!

Dziękuję za opinię, Finklo. :)

Nie wiem, czy to właściwe określenie, ale Upadek przeczytałam z prawdziwą przyjemnością.

Zastanawia mnie zachowanie narzeczonej brutala – dlaczego Patrycja od niego nie odeszła?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne, podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka