- Opowiadanie: Rossa - Para w ruch!

Para w ruch!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Para w ruch!

 

Zazgrzytały tory. Miarowe uderzenia topornej, żelaznej konstrukcji niosły się echem po polach. A piękne to były pola, złocące się od zbóż, skropione gdzieniegdzie kolorowymi głowami maków i kąkoli. Nic tylko poddać się temu impulsowi, promieniom słońca, wsiąść do pociągu i jechać, byle dalej, przed siebie, byle w podróż. Dokąd, to już sprawa drugorzędna, wszak tylko ruch się liczył, liczył tak długo, dopóki ciągnął nieskończoną masę ludzką ku nowemu. 

Adam wyobraził sobie, że łapie kontakt wzrokowy z maszynistą. Spojrzał na wstążkę pociągu, zatrzymaną idiotycznie dobre kilkadziesiąt metrów od peronu i westchnął. 

– Na co czekasz? – mruknął i wrócił do swojego kawałka cienia, skromnego dość, bo wydzielonego przez wąskie zadaszenie, jedno z tych, które nie chroniło ani przed śniegiem, ani deszczem, ani wiatrem. To, że nie radziło sobie także ze słońcem, właściwie nie powinno być zaskoczeniem. 

A słońce, jak na złość, paliło niemiłosiernie. Żar lał się z nieba, skraplał na czołach i sprawiał, że okulary zjeżdżały na sam czubek nosa. Żeby pociąg odjeżdżał akurat o dwunastej w południe, to był pomysł samego diabła. 

– No, rusz się – mruknęła młoda kobieta, uwieszona na mężowskim ramieniu. – Pan też na niego czeka?

Adam był gotowy powiedzieć, że absolutnie nie, zamiast tego jednak zmusił się do uśmiechu i pokiwał głową. 

– No cóż – podjęła. – Będziemy jechać do samego końca, samiuteńkiego. Ciekawe, czy będzie bardzo załadowany? 

– Jest szczyt sezonu. – Adam usłyszał własny głos i ucieszył się, że brzmi wystarczająco grzecznie.

– Ma pan miejscówkę?

– Słucham?

– Miejscówkę – powtórzyła, niedbałym gestem poprawiając okulary przeciwsłoneczne. Twarz miała lśniącą od potu.

– No… tak. 

– Rozsądnie – pochwalił facet. – Chociaż za moich czasów jeździło się na dziko, tyłek na walizkę i w drogę.

Adam mruknął coś z uprzejmości. Kusiło go nieraz, by żartobliwie wspomnieć o tym, co robiło się za jego czasów. A później spojrzeć rozmówcy w oczy i parsknąć śmiechem, zanim ten zbaranieje na dobre. Nigdy jednak się na to nie zdecydował. Po pierwsze, żarty w jego wydaniu wybrzmiewały cokolwiek topornie, a po drugie, czy jakikolwiek czas naprawdę do niego należał? A jeśli tak, to który? Z braku dobrej odpowiedzi decydował się na milczenie. 

– To co? Impreza, Trójmiasto, czy wysiadka gdzieś po drodze? – Gość wyszczerzył zęby.

– Raczej odpoczynek i spacery po plaży. Nudy. – Adam spróbował zrobić minę, która zniechęci tę dwójkę do dalszej rozmowy. Nie bardzo wyszło. 

– To zupełnie jak my, prawda, Hela? No, chyba wreszcie rusza…

Istotnie, pociąg drgnął. Powiedzieć, że ruszył, naprawdę ruszył, to byłoby za dużo, co najwyżej przesunął się po torach, sapiąc z wysiłku. Adam podniósł torbę, uciekając na chwilę z cienia i czekał, aż żelazny gigant wreszcie się do niego dotoczy. Wagon numer siedem, przedział szósty. Na szczęście, w środku było nieco chłodniej. Na nieszczęście, nowe towarzystwo Adama szukało tych samych drzwi.

– No proszę, pan też do szóstki! Uwaga, mam walizkę… Heluś, przesuń się. Weźmie pan te nogi?

– Może pomogę – mruknął zrezygnowany Adam, uważając, by nie nadepnąć pary nagich, zalegających w przejściu stóp.

I tak, dzielić z nimi przedział znaczyło tyle, co oszaleć. Ale Adam przypomniał sobie, że w tym wszystkim, w tej bezsensownej podróży, w tym toczeniu się na młyńskim kole, które zawsze, niezależnie od tego jak bardzo się starał, prędzej czy później wyrzucało go z powrotem na powierzchnię, szło przede wszystkim o doznania. Dowolne, dawno bowiem przestał dzielić je na złe i dobre, liczyło się tylko, by działo się coś, cokolwiek, co pozwoli mu poczuć się naprawdę żywym. A przynajmniej nie tak zupełnie nieumarłym. 

 

***

 

Było ciasno. Ani nóg wyprostować, ani nawet oprzeć się policzkiem o pluszowy zagłówek. Od tego zagłówka zresztą szło nieznośne ciepło, lepkie i cuchnące, pasujące jakoś do ośmiorga ludzi ściśniętych jak ryby w puszce. 

– No – powiedział mąż, jak niedawno się okazało, Heli, Helusi, zwanej też Dzióbkiem, jeśli towarzysz podróżniczej niedoli zapominał, że nie są sami. – Siedem godzin, minie jak z bicza strzelił. 

– Dla nas dużo mniej – odezwał się na to tęgi wąsacz. – Wysiadamy w Krakowie. Obiad zjemy już na Kazimierzu, na szczęście. Okropnie gorąco. Ale jak rocznica to rocznica, nie, Aneczka? Dziesięć lat razem, to coś wypada zrobić. 

Hela-Helusia zachichotała. 

– Bardzo ładny staż. My z Piotrkiem dopiero cztery, a rocznica daleko. W listopadzie był nasz ślub, jeszcze śnieg spadł, pamiętasz? Musiałam kupić inne buty na ostatnią chwilę. 

Piotrkowi udzieliła się wesołość. I gadulstwo. Wyciągnął się na tyle, na ile pozwalał mu fotel, strzelił palcami. I opowiedział, ku radości swoich słuchaczy, jak to pojmał Helę za żonę. Adam bawił się ołówkiem, pozostawionym na jego miejscu najpewniej przez jakiegoś dzieciaka. Żałował, głęboko żałował, że opowieści o jego własnej rasie tak bardzo mijają się z prawdą. Bo chętnie spłonąłby od słońca, wdzierającego się przez nieosłonięte szyby. Bo jeszcze chętniej wbiłby sobie ten ołówek w pierś i padł trupem. Nawet myśl o przekąsce przestała go cieszyć, zniknęło zwyczajowe podniecenie, ustępując miejsca chłodnej obojętności.

– Ale wiecie co – powiedziała Hela. – Jedziemy takim, nic nie mówiąc, strupem. Przecież z rok temu, jak byliśmy z Piotrkiem, to mieliśmy i więcej miejsca i klimatyzację… A bilety coraz droższe. Kiepsko, zwłaszcza, że spędzimy tak cały dzień. 

– Nie zazdroszczę. Wie pani, mój dziadek to był kolejarz. – Wąsaty podciągnął spodnie. – Wtedy było jeszcze gorzej, nieraz pociągi jeździły na węgiel. Wyobraża sobie pani? Kocioł, palacz i dawaj, w drogę. Ja bym od tego zaduchu zwariował, a smród? Daj pani spokój, mieszkać wtedy koło stacji…

– I też przecież wypadki były – zauważył Piotr. – Ja jeszcze w szkole słyszałem, nie wiem, czy to prawda, bo przecież już tych węglówek prawie nie było… Podobno niedaleko od Balina, to jest tamta wioska, gdzie myśmy wsiadali, była taka sytuacja, że dzieciarnia bawiła się na postoju. Wie pan, pociągi towarowe, wyczyszczone, nikt tam nie zaglądał, to sobie smarki znalazły zajęcie. Chowały się gdzie popadło i jeden tak wymyślił, że nikt go nie znajdzie, jeśli wlezie do kotła. 

– O Boże – mruknęła Hela. – Nie, to jest okropne…

– Dzieciak się tam udusił. A jak pociąg ruszył… No cóż, pęsetą wyciągali kości z popiołu. Koledzy, nic nie mówiąc, też udani, że tak go zostawili…

– Hm… – Wąsaty podrapał się po brzuchu. – To chyba lipa. Jaką szerokość może mieć wejście do kotła? Dzieciak by tam wlazł? A palacz niczego nie zauważył? Zresztą, słyszałem kiedyś coś podobnego, to chyba taka pociągowa czarna wołga… 

– Zaraz… – Dotychczas milcząca kobieta odchrząknęła. – Ja też to znam. Ale w innej wersji, że dzieciaka zabił maszynista. Chory człowiek. A później spalił w piecu kawałki ciała. Podcastu o tym nie było? Hmm… Był. Że to nie działał sam morderca, ale i cała sekta. 

– Jak to, sekta? – Piotr spojrzał na nią zaciekawiony. – W pociągu? To już jest zupełnie niedorzeczne. 

– A tak. – Rozmówczyni się nie zrażała. – Oni chyba, o ile dobrze pamiętam, czcili swoje bóstwo. Albo demona? W każdym razie pewną siłę, coś tam, że musi być napędzana energią ludzką… Matko, chyba z rok temu tego słuchałam, więc już mi sporo wyleciało. Ale, tak, była taka sprawa. 

– Przestańcie – mruknęła Hela. – Może to i wymysły, tylko jakoś źle się słucha takiego gadania. Później to strach iść samemu do toalety!

Kobiety przez chwilę toczyły pojedynek na spojrzenia. Żona wąsatego grubasa poddała się pierwsza i parsknęła śmiechem. Hela, o dziwo, niemal od razu do niej dołączyła. Śmiała się głośno, serdecznie, wreszcie aż klepnęła dłonią w blade udo. 

Piotr, nie komentując, spojrzał na żonę z osobliwą czułością. Adam za to, po raz pierwszy naprawdę zaangażowany w śledzenie konwersacji, poczuł coś w rodzaju zawodu. W tym życiu-nie-życiu, uciec w coś myślami, dać się pochłonąć, to był prawdziwy dar. Lepsi od niego, bardziej doświadczeni, tłumaczyli nieraz, że jeśli coś jest zagrożeniem dla trupiej wieczności, to właśnie nuda. Bo żyć wiecznie, to znaczyło stać w miejscu, unieruchomić się przed wydarzeniami, przygwoździć pod ciężarem świata i nawet końca nie móc wyczekiwać. Koniec bowiem, niestety, nie mógł nadejść. 

 

*** 

 

W Krakowie wysiedli całą piątką. I wąsaty tłuścioch, i jego żona, i jakichś trzech typków, których twarze zlały się Adamowi w jedną, podobną do wszystkich. Został więc z Piotrem i Heleną, w mniejszej duchocie i ciasnocie. Miło było rozciągnąć nogi, porządnie wyprostować plecy, poczuć chłodny powiew na twarzy. Przez chwilę nie było mu źle. 

– No to mamy przedział dla siebie – Piotr stwierdził niezaprzeczalny fakt. – Ruszymy, może uda się kupić jakąś kawę… Wars podobno działa. 

– Tak. – Adam kiwnął głową. – Widziałem na planie. Chyba ostatni wagon. 

– To się człowiek przejdzie, zawsze wpadnie trochę ruchu. 

Ledwo wypowiedział to słowo, a stalowe szyny zgrzytnęły. Powoli, ospale, jakby maszyna dosłyszała komendę. Bez radości, prędzej ze służalczością, toczyła się swoim torem i klekotała żałośnie. Zabudowany podziemny dworzec niechętnie ustępował promieniom ostrego słońca. 

– Ja to bym mogła jechać tunelem całą drogę – odezwała się Hela. – Roztopić się idzie…

– Kochana, wziąć ci colę? – zapytał na to Piotr. – Skoczę do tego warsu. 

– Weź. A pan coś chce? Jak już Piotrek idzie, to przy okazji…

– Nic, dzięki – odparł Adam. – Może spróbuję się zdrzemnąć.

Helena westchnęła ciężko. 

– W tym słońcu jakoś tego nie widzę. Piotruś, zobacz, czy nie mają czegoś z czekoladą, chyba że będzie roztopiona, to wtedy nie bierz. Panie Adamie, pan jest z Balina? Czy łapał pan przesiadkę? 

– Co? A, nie… Byłem po prostu u znajomych. 

– Tak myślałam. Mała wioska, ludzie raczej się znają. A ja jakoś pana nie kojarzyłam. Budowaliśmy się z mężem trzy lata temu, to już człowiek zdążył się trochę rozejrzeć. 

Adam, nie mając pojęcia, co odpowiedzieć, pokiwał po prostu głową. Hela odgarnęła włosy za uszy, wyprężyła mimowolnie białą szyję. Niezbyt kuszącą, oblepioną tanimi perfumami i pudrem, dość pulchną, by ukryć wszystko, co w niej ciekawe. Kobieta nagle się uśmiechnęła.

– Ciekawe to wszystko – powiedziała wolno, obniżając głos. – To, o czym mówiła tamta dziewczyna. Wyobraża pan sobie, spalić człowieka w pociągu? Czy to w ogóle możliwe?

– Nie sądzę. Nie śledzę takich spraw, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby…

– Żeby co? Czcić ruch? Panie Adamie, ludzie wierzą w najróżniejsze rzeczy. Dlaczego akurat nie czcić ruchu jako takiego? Żyjemy dzięki przemieszczaniu, gdyby dobrze się zastanowić. No co? Ludzi zawsze gdzieś ciągnie, to przecież dzięki temu świat wygląda jak wygląda. Kolumb na przykład… Albo, no nie wiem, przecież był ten grecki bóg, Hermes. Od podróży.

– Gdyby tak na to spojrzeć… – Adam zgodził się dla świętego spokoju. – Właściwie całe życie jest podróżą, prawda?

– O to, to! – Hela uśmiechnęła się jeszcze szerzej. – No właśnie, bardzo długą i bardzo trudną, więc czy ten kult jest taki zupełnie nieprawdopodobny? Jak trwoga to do Boga, tak mówiła moja mama…

Adam pomyślał, że nigdy wcześniej nie ucieszył się na widok żadnego człowieka tak bardzo jak wówczas, gdy łysa, błyszcząca od potu głowa Piotra wsunęła się przez szklane drzwi. Wstał szybko, by wziąć od niego choć kilka butelek z napojami, myśląc jednocześnie, że gość pomylił wars z supermarketem. Spojrzał na zamykany kubek z kawą, który Piotr jakimś cudem utrzymywał dwoma palcami. W bardzo złym momencie, jakby samym wzrokiem licho wywołał.

Pociąg szarpnął gwałtownie. Hela wrzasnęła. Adam zaklął.

– Noż cholera jasna! – krzyknął Piotr. Kawa była wszędzie, rozprysnęła się nawet na lustrze zawieszonym nad fotelami. – Nie poparzyłem was? Z czego oni te kubki robią? 

Helena, pojękując, ścierała kawę z dekoltu. Ciało jej od tego poczerwieniało, żyły ostrzej zarysowały się pod skórą. Adam udawał, że nie patrzy, skupiając całą uwagę na własnej koszuli. Pocieszał się, że nigdy szczególnie jej nie lubił. 

– Pięknie! – Piotr cisnął kubek do kosza. – Co się w ogóle stało, najechaliśmy na coś? 

– Chyba nic poważnego, skoro się nie zatrzymaliśmy. – Adam opadł ciężko na swoje miejsce. Nie miał ochoty szukać niczego na przebranie. 

– Wszystko u was w porządku? – W całym tym bałaganie brakowało jeszcze konduktora. Spoconego, a mimo to w mundurze zapiętym na ostatni guzik. Wykwitały na nim wilgotne plamy. – To pani tak krzyczała?

Niespodziewanie Helena wstała, a jej mina nie zwiastowała niczego dobrego. 

– Proszę pana – powiedziała powoli. – Proszę iść do warsu i zwrócić komuś uwagę. Kubek z kawą był niedomknięty, a kiedy pociąg szarpnął… Mąż mógł nas poparzyć! 

– Ale nic wam nie jest? – Konduktor spojrzał na nią z wyraźną niechęcią. Nawet nie zaczekał na odpowiedź, wyszedł po prostu i zamknął przedział. 

– Nie denerwuj się. – Piotr spojrzał na żonę, podał jej butelkę coli. – Nie warto. 

Helena pociągnęła nosem, upiła łyk z głośnym siorbnięciem. Gdy usiadła na swoim miejscu, zawiesiła wzrok na szybko zmieniającym się krajobrazie. Może był to wpływ ich wcześniejszej rozmowy, ale Adam nie mógł oprzeć się wrażeniu, że myśli Heleny krążyły wokół trudnych do opisania rzeczy.

– Nie cierpię takich gburów – powiedziała smutno, nawet się do nich nie odwracając. – Piotrek, w zielonej torbie są ciastka. Daj mi to z migdałami. Panie Adamie, skusi się pan…?

– Nie, dzięki. 

– Robiłam je sama. – Głos Heleny brzmiał jeszcze żałośniej, tym bardziej, że znów pociągnęła nosem. 

– Są wspaniałe, kochanie. 

– Dobrze, czuję się namówiony. – Adam wiedział, że zwyczajne jedzenie mu nie zaszkodzi, zresztą musiał przyznać w duchu, że było mu żal tej kobiety. Wydawała się bliska płaczu. Czasem jadł coś specjalnie, tylko po to, by poczuć nowy smak, zyskać jakieś wspomnienie, zaczerpnąć ze swojego nie-życia. Nawet jeśli nie miał z tego większej przyjemności, coś w nim zostawało, przypominało mu gdzie jest. Gdzie miał zostać na zawsze. I w czym, pomyślał, lepsze były te wszystkie langusty, przegrzebki, czy lazania jedzona wprost na italijskim placu, od ciasteczek przygotowanych drżącymi rękami histerycznej dziwaczki?

Źle mu się zrobiło od własnej osobowości, jakby złapała go za gardło i szarpnęła wyrzutami sumienia, dlatego też, układając w głowie najbardziej wyszukane komplementy, przyjął pachnący wypiek. 

Choć ciasteczko jeżyło się od bakalii, ostry zapach waniliny zabijał wszystko inne. Adam szybko ugryzł, poczuł jak okruszki opadają mu na szyję. Bardzo było kruche. I, nie wiedzieć czemu, Helena ukryła w środku trochę marmolady. Miękkość, słodycz i kwaskowatość na języku. I żelazo.

Adam zamarł. Przełknął gwałtownie, ale czuł to dalej, jakby ślad pozostał. Nie mógł się oderwać, porzucić tej przyjemności, dzikiej i obezwładniającej. Wetknął resztę ciastka do ust z błogością, rozgryzał je powoli, czuł cudowną metaliczną słodycz, zabitą prawie waniliną, ale wciąż wyczuwalną, rozkoszną, błogą.

Dopiero wtedy przyszła gorycz. Rozluźnienie szczęki. Bezwład, który ogarniał go stopniowo, zatrzymywał się w szyi i szedł dalej, w dół, pędząc przez ciało. 

– Łatwo poszło.

 

***

 

…i zadrżały kości, gdy serce rzekło: powstańcie. Lokomotywa ruszyła. Harcowała wściekle, szarpała, tańcowała po wąskim pasie torów. Rwała do przodu. Kości grzechotały żałośnie, nie nadążając za szalonym rytmem. Wypaść nie mogły, zawładnął nimi pęd, więc popłakiwały tylko, gdy żelazny olbrzym gnał przed siebie. 

Adam zapomniał o ciele. Ledwo umysł mu został, słaby jak blask latarki zduszonej rękawem. Znał już ten stan i naprawdę, wolałby pozostawić go w sferze wspomnień. Raz, kiedyś, kiedy to coś, ta przeklęta choroba dopiero się w nim rozwinęła… Była dziewczyna. Ładna. Poezję recytowała, bezsensowną dość, ale robiła to z tak wielką emfazą, że Adam wierzył każdemu jej słowu. I stale poprawiała rękawiczki, długie po łokieć. Skóra śnieżnobiała, dwa lub trzy zalotne pieprzyki, i te żyły, które objawiały się z każdym jej ruchem, nie zwyczajnie fioletowe, lecz prawdziwie boskie, jak wielkopostny ornat. Adam widział tańczącą krew, wyobrażał sobie, że jest cierpka jak wino. A młoda entuzjastka poezji tylko podsycała jego zainteresowanie. 

– Pójdziesz ze mną – powiedziała mu z obietnicą zaklętą w kąciku ust. 

Poszedł, oczywiście. A nazajutrz niewiele pamiętał, błagał jedynie swoją artystkę, by zaciągnęła kotary. Może zresztą błaganie było tylko majakiem. Czuł, że głowa zaraz mu eksploduje, że oczy wyschną, że gonitwa myśli, zastępowana czasem przerażającym mentalnym odrętwieniem, rozerwie mu umysł na dobre.

Ocknął się dopiero o zmroku, gdy czarująca panienka, zmęczona dość intensywnym dniem, rozkręciła ostrożnie kryształową fiolkę i wyciągnęła z sekretarzyka małą strzykaweczkę. Dbała o nią bardziej niż o zaręczynowy pierścionek, którym cisnęła tak mocno, że stoczył się z blatu.

Ty, którą Eskulap uczynił Boginią…* – mruknęła.

Adam więcej się z nią nie spotkał. I nabrał wiele ostrożności, która nieraz okazywała się błogosławieństwem. Śmiali się z niego czasem, że co jeszcze, każe przynosić swoim dawcom aktualne wyniki badań? A może weźmie się za banki krwi, jak niektórzy bogaci szaleńcy? Adam, uważając drugi pomysł za wysoce nieetyczny, a pierwszy wyjątkowo niepraktyczny, stał się wyznawcą umiarkowania w jedzeniu i piciu. Wątpił, by uchroniło go to przed ogniem piekielnym, wszak pozostałych grzechów dopuszczał się wielokrotnie i z upodobaniem, uważał jednak, że zachowanie choć jednej zasady pozwoli mu nie znudzić się życiem wiecznym zbyt szybko. No i, nade wszystko, nie chciał drugi raz przetrawiać tego koszmaru, tego turkotu w głowie, natarczywego jak…

…teraz. Cały świat turkotał. Daleko było Adamowi do władzy nad ciałem, ale poczuł w końcu, że je ma, że to ciało drży razem z pociągiem. Słabe jeszcze było, myślałby kto, że Bóg postanowił stworzyć ludzi z galarety. Spróbował otworzyć oczy, lecz obraz zdawał się nieostry, ledwo odróżniały się kształty.

– Pójdziesz ze mną – powiedziała piękna morfinistka. 

– Heluś, jeszcze trochę, on nie ustoi na nogach. Daj mu… z pół godzinki? Chyba tyle wystarczy. 

– Na pewno nie uda ci się tego odtworzyć? Tracimy czas. 

– Nie uda, mówiłem ci. Trochę cierpliwości. On to zrobi. 

Co zrobi? Adam chciał krzyknąć, ale słowa uwięzły gdzieś w ciele. Głowa ciążyła jak kamień zawieszony u szyi. Niewyraźne plamy, które miał przed oczami, ledwo przypominały ludzkie postacie. Jedyne, czego był pewien, to tego, że pociąg wciąż pozostawał w ruchu. Szarpał i pędził, tory zgrzytały żałośnie, nie… nie zgrzytały. Płakały. Nawet słów w tej kakofonii dało się doszukać, gdyby tylko… Przedziały wyły. Obraz zaczął się wyostrzać. Adam widział szklane drzwi, skraplającą się parę, niezliczone łzy, ujście tego strasznego lamentu. 

– Przestań! – jęknął. – Przestań, do diabła!

– Oho – mruknął Piotr. – Wracamy na ziemię. 

– Daj mu w pysk.

– Po co? Sam dochodzi do siebie. Hej, wampirze, długo tak jeszcze zamierzasz? To już dobre dwie godziny. 

Adam nie mógł powiedzieć, że widzi go wyraźnie, jednak Piotr wreszcie stał się czymś więcej niż tylko rozmazanym kształtem. 

– No wreszcie – prychnęła Hela, wychylając się przed męża. – Dostaniesz teraz coś do picia. Ale niezbyt dużo, jeszcze byś sobie pohasał… Piotrek…?

Adam poczuł wilgoć na wargach. I bardzo słabą metaliczną woń. Krztusząc się, chciał upić łyk, lecz to, czym próbowali go poić, bardzo szybko zostało mu zabrane. 

– Wiemy, jak się z tobą obchodzić. Jaki ty jesteś żałosny… No, ale nie trzymamy cię dla podziwu. – Piotr, mimo wcześniejszych słów, zamachnął się nagle i rąbnął Adama w szczękę. – Możesz wyjść z tego żywy, rozumiesz? Co najwyżej obolały, ale w jednym kawałku. Nie patrz tak, wiemy czym jesteś. I wiemy, że nic nie zabije cię tak zupełnie. Ale chyba spotkanie z ogniem, to nie jest coś, na co miałbyś ochotę. A uwierz mi, możesz dziś spłonąć. W taki ładny, letni dzień…

– Nie gadaj tyle – przerwała Helena. – Przyprowadzisz dziewczynę, wampirze. Tę, z którą jesteś umówiony. Ona nas interesuje. Masz ściągnąć ją do przedziału. 

– Co? – Adam spróbował zamrugać. – Jaką…

– Twoją słodką przekąskę – odpowiedział spokojnie Piotr. – Potrzebujesz jeszcze łyczka, by lepiej rozumieć?

 

***

 

Rzeczy rzadko kiedy szły tak, jak powinny. Cała trójka pasażerów z przedziału numer sześć potwierdziłaby to bez zastanowienia, nawet jeśli każde z nich miałoby na myśli co innego. Piotr kolejny raz przeglądał komórkę Adama i znów nie znalazł tego, czego szukał. Hela za to wlała w wampira już pół kubka mocno rozcieńczonej wodą krwi, swojej własnej zresztą, o czym nie omieszkała wspomnieć. 

– No – powiedziała w końcu, kiedy Adam spojrzał na nią nieco przytomniej. – Lepiej chyba nie będzie. Najwyżej pomyślą, że jest pijany. Za dziesięć minut dojedziemy do Warszawy. Zrobi się ruch. 

– Doceniam umówienie się w warsie. Całkiem niezły dowcip – stwierdził Piotr, ponownie odczytując rozmowę na komunikatorze. – Szkoda, że wideo się nie zapisało. Nie musielibyśmy cię fatygować. 

– Nigdzie nie idę – odparł Adam. – Jesteście pieprznięci. 

Nie dało się ukryć, że jego głos brzmiał cokolwiek bełkotliwie. 

– Ależ idziesz – rzekła na to Helena nieco znudzonym głosem. – Chyba, że wolisz się z nią wymienić. Pan ucieszyłby się z takiej ofiary. 

Pociąg nieznacznie zwolnił. Adam spostrzegł, że Helena próbuje się podnieść. Powoli prostowała nogi, szukała podparcia rękami. Ledwo jednak stanęła, a skład szarpnął tak mocno, że upadła przed swą ofiarą na kolana.

Zaklęła siarczyście i poderwała się. Uderzyła Adama otwartą ręką.

– Bezczelni! – warknęła. – Bezczelni! 

Tym razem kopnęła fotel. Sprężynowe siedzenie załkało żałośnie. 

– Wstawaj! – Złapała Adama za ramię i pociągnęła z całej siły. – Chcę już mieć to z głowy.

Nogi miał jak z ołowiu. Kiedy Helena zmusiła go, by się podniósł, niewiele brakowało, a natychmiast opadłby z powrotem na siedzisko. Słysząc syk irytacji, zrobił na próbę kilka kroków. Chwiejnych dość. 

– Niczego nie próbuj – rzekł Piotr, rozciągając się na swoim miejscu. Spojrzał bez zainteresowania na mijane pola. – I lepiej się pospiesz. 

Adam chciał zmusić się do myślenia. Tak, należało wyjść z przedziału. Pokręcić się trochę, zanim ta wariatka nabierze podejrzeń, co planuje. Jeśli rzeczywiście zbliżali się do Warszawy… Cóż, to duży peron. Dużo się na nim dzieje. Gdyby tak…

– Dlaczego Ewa? To już nie pierwszy raz – powiedziała Helena, dysząc mu w kark. – Toruń, rok temu. A wcześniej Lublin. Zastanawialiśmy się nad tym.

– Mógłbym zapytać o to samo – mruknął Adam, zdając sobie sprawę, że jego głos nadal brzmi bełkotliwie. – Dlaczego ja? Ona?

Helena prychnęła.

– Martw się tylko o siebie. I idź szybciej… jeśli zdołasz. 

– Nie zdołam. 

Przeciskali się przez wąski korytarz, mijali kolejne przedziały. Niektóre z nich osłonięto szpetnymi zasłonkami – słońce powoli przenosiło się na drugą stronę nieba. Adam rozważał przez chwilę, co by się stało, gdyby tak po prostu otworzył któreś ze szklanych drzwi i…

Poczuł ostre ukłucie między łopatkami. Odwrócił się, jednak Helena stała kilka kroków dalej. Nie mogłaby go dotknąć, nawet gdyby chciała. Mimo to, ledwo spotkała jego wzrok, a gorzki uśmiech wypełzł jej na twarz. 

– Zachowuj się – wyszeptała, podchodząc. – Więź krwi jest silna. Masz w sobie kawałek mnie, rozumiesz? Chodź już, wskaż mi swoją Ewę. Bądź grzeczny, Adamie, grzecznych chłopców nie spotkają żadne nieszczęścia.

– Dlaczego sama po nią nie pójdziesz?

– Naprawdę nie rozumiesz? – Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, obnażając zęby. 

Rozumiał, choć wolał grać głupiego. Adam dobrze wiedział, że skoro Piotr nie zdołał odtworzyć jego ostatniej wideorozmowy, nie mógł mieć pojęcia, jak Ewa wygląda. Mając nadzieję, że wyraz bezbrzeżnego zdumienia wciąż maluje się na jego twarzy i błagając samego diabła, by umiejętności Heli nie okazały się aż tak skuteczne, spróbował iść jeszcze wolniej. 

– A ty czym jesteś? – zapytał. – Wiedźmą?

Prychnęła, jakby samo słowo ją uraziło. 

– Jestem tylko prostą służebnicą swego pana. Na co czekasz? Idź. 

Przegrody między wagonami były głośne. Uderzała stal o stal, huczało coś, gdzieś daleko rozbrzmiewały sygnały ostrzegawcze. 

Weszli do warsu. Czuć było kiepską kawą i odgrzewanym obiadem. Nie byli tu sami. Wielu pasażerów uznało, że to dobry czas na posiłek. Pociąg zwalniał, niektórzy już wyglądali stacji. Adam rozejrzał się nerwowo, spostrzegł burzę skłębionych loków, brązowe oczy odbite w brudnej szybie. Szybko spojrzał gdzie indziej, modląc się, by te oczy go nie wypatrzyły, jeszcze szybciej ruszył przed siebie. Tory zgrzytały. 

– Nie ma jej tu – powiedział do Heleny, gdy zbliżyli się do lady. Stara, spocona kobieta rzuciła im udręczone spojrzenie. 

Adam odwrócił się. Wars był zarazem ostatnim wagonem. Pociąg przystanął.

– Stacja Warszawa Wschodnia…

Nigdy wcześniej nie biegł tak szybko. 

 

***

 

Pomylił się. Zrozumiał to zaraz po tym, gdy wpadł na plecy wielkiego osiłka, który walczył z zaklinowanym kółkiem walizki. No nic, jeszcze jeden wagon… Wyjście, gdzie jest wyjście? Adam niemal skoczył przed siebie, kątem oka dostrzegając wykrzywioną wściekłością twarz Heleny. Cholerna, pieprzona wariatka. Peron w Warszawie, zatłoczony tak, że ludzka masa zdawała się napierać na pociąg ze wszystkich stron, był zarazem najlepszą drogą ucieczki. Adam musiał wykorzystać okazję. Gdyby czuł się choć trochę lepiej, gdyby nie to, że nogi nadal miał jak z ołowiu i raz po raz wpadał na ściany wagonu… No, ale liczyło się tylko, że miał przed sobą…

– Drzwi! Otwórzcie te cholerne drzwi! – warknęła jakaś paniusia, szarpiąc za rękę wrzeszczące dziecko. 

Kolejka, która szykowała się do wyjścia, była spora, a biorąc pod uwagę, że większość podróżnych taszczyła wszelkiego rodzaju bagaże, Adam szybko ocenił swoje szanse. Alarm zapikał. Mechaniczny głos poprosił o ostrożność, ale szare skrzydła wreszcie się rozsunęły. 

– Zjeżdżaj, menelu! 

Adam widział betonowy kawałek peronu, zarysowany żółtą linią pas, którego przekroczenie w złym momencie groziło śmiercią lub kalectwem i po prostu skoczył przed siebie. 

– Tu jest dziecko! – zaryczała paniusia, ciągnąc swoją wyjącą pociechę. 

Następne było uderzenie. 

– Zboczeniec, kurwa?! Gdzie tak napierasz?! Wypierdalaj!

Adam poczuł, że tłum go odpycha, wiedział też, że każda sekunda jest na wagę złota, dlatego nie walczył dalej. Pognał wąskim korytarzem, do następnego wyjścia. Widział poruszenie w mijanych przedziałach, słyszał głuche uderzenia kolejnych walizek. Masa ludzka ruszyła, poderwała się, jakby chciała go zmiażdżyć. 

Pędził na złamanie karku. Kolejne przejście i kolejny wagon? Nie było czasu się nad tym zastanawiać. Adam wbiegł w lukę między pasażerami, odepchnął bezceremonialnie faceta z wąsem, który był gotowy natychmiast odpowiedzieć mu kuksańcem. 

– Wyjście… – wydyszał. – Muszę…

– Awaria, nie widzisz?

Poznał ten głos. Mężczyzna wskazywał palcem kartkę na metalowych drzwiach. Ten sam mężczyzna, który miał jeść obiad na Kazimierzu, który obchodził właśnie dziesiątą rocznicę ślubu, i który nie wierzył w żadne historie o dzieciach spalonych w starych lokomotywach. 

– Biegnij, wampirze, biegnij – powiedział z uśmiechem. – Pan kocha wszelki ruch.

Lepszej zachęty Adam nie potrzebował. Pędził dalej, przeklinając słabości ciała. I Helenę. Znowu gnał, tym razem opustoszałym korytarzem. Zasłony mijanych przedziałów, zgodnie opuszczone, poruszały się lekko na nieistniejącym wietrze. 

Dopiero wtedy Adam poczuł, że ogarnia go panika. Na końcu wagonu musiało znajdować się wyjście, musiało… Ale zamiast drzwi spostrzegł tylko odrapaną ścianę, brudną i porysowaną. Zamarł. Nie, przecież wars był ostatni, na pewno, sam widział to na planie. Dlaczego nadal…? Tymczasem wyrastało przed nim kolejne przejście, kolejny wagon. Adam nie miał wyjścia. Zaczynał tracić siły, ale nie wolno mu było przestać. Tylko bieg się liczył, byle przed siebie, prędko.

Hałas niemal go ogłuszył. Zupełnie tak, jakby pociąg wcale się nie zatrzymał, a pędził po starych torach. Metalowa podłoga trzęsła się razem z nim, maszyna huczała coraz wścieklej. Gdzieś tu, niedaleko, musiało być jej serce, wielkie, stalowe i gorące.

Adam czuł, że jego ciało staje się miękkie, że ma ochotę paść tak, jak stoi. Ale coś mu na to nie pozwoliło. Jakieś ręce, bez wątpienia ludzkie, odepchnęły go gwałtownie. Zamiast upaść, znalazł się w kolejnych ramionach, twardych i mocnych. Jeszcze jedno odepchnięcie. Wokół narastała ciemność, nieprzenikniona. Adam, miotany jak marionetka, odbijał się od następnych par rąk, cudem tylko nie lądując na podłodze.

– Już, dajcie mu spojrzeć na Pana! – wrzasnęła Helena i zaniosła się dzikim śmiechem. 

Dopiero wtedy się przewrócił. Ciemność ustępowała i było w tym coś pięknego, jakby rozjaśniały ją łuny robaczków świętojańskich. Adam patrzył na ten spektakl, na zanikające punkty światła, które dzielnie próbowały rozproszyć mrok. Ale były za słabe, gdy tak tańczyły w ciemności, ledwo zarysowując to, co się w niej ukrywało. A było to coś dużego, o parze ślepi, z których buchał dym. O wielkim, zębatym uśmiechu, który jaśniał o wiele wyraźniej niż chmara świetlików. 

Adam zrozumiał, że patrzy na iskry. 

 

***

 

Uścisk Heleny był żelazny. Znowu podała mu kubek z rozcieńczoną krwią, tym razem zaprawioną czymś jeszcze, czymś, czego do swoich ciasteczek dodała zdecydowanie za dużo. Nabrała ostrożności. 

– Chciałeś wylecieć z klatki, co, ptaszku? – zapytała lepkim od słodyczy głosem. – Rozumiesz już, że nie ma ucieczki?

Rozumiał, choć pojmowanie przychodziło mu z niejakim trudem. Nie tylko od trucizny. To, co działo się wokół niego, było niewyobrażalne. Pociąg już się nie toczył. Nie, on gnał. Adam czuł, że metalowa podłoga się trzęsie, a głuche uderzenia składu powodowały, że z każdym miarowym tu-duuum-tu-duum chwilowo tracił kontrolę nad ciałem.

– Daj mi spokój… – wyszeptał. – Ewy tam nie ma.

– Nie kłam. Obserwowałam cię. Czułam, jak reagujesz. 

– Dlaczego akurat ona?

– Wampirze, głupi wampirze… Kto nie zauważy zniknięcia młodej kobiety? Kto nie prześledzi jej ostatnich rozmów? A taka perwersyjna propozycja jak twoja… Chyba rozumiesz, że nie chcemy kłopotów. 

– A jeśli was wydam?

– Nie wydasz. Nieprawdopodobna bajeczka w ustach mordercy tylko pogorszy jego sytuację. 

– Planowaliście to.

Hela prychnęła. Nie zamierzała mu odpowiadać. Zamiast tego wysłała falę bólu, okropnego bólu, gdzieś w okolice mostka. Gdyby tak mieć serce, zwyczajne, właśnie by pękło. Adam, który sądził, że jego żebra chronią tylko kawałek kamienia, poczuł ciepło pod powiekami. 

– Przestań – mruknął. 

– Godność zwykle traci się na końcu. Idź, musimy wrócić do warsu. Naprawdę, nie mam całego dnia. Pętla sporo mnie kosztowała.

Pętla. Pierwsza zacisnęła się na szyi Adama, gdy tylko wszedł do pociągu. Druga dusiła go teraz. Naprawdę, wyrzuty sumienia wbijały się w gardło mocniej od każdego sznura. Ewa… Nie kochał jej. Może trochę lubił. Sympatyczna była, przynajmniej dla świata, bo dla siebie nie miała żadnej litości. Dlatego ceniła ich spotkania. Bo, jak to mówiła, dawały wiarę, że jest coś jeszcze. I pozwalały pewniej stanąć na nogach, gdy świat zmuszał ją do ciągłego gnania przed siebie. 

Adam był pewien, że pokonał znacznie krótszą drogę niż wówczas, gdy próbował uciec. Dobiegły do niego kuchenne zapachy, niezbyt dobrego obiadu i kiepskiej kawy. Próbował się uspokoić. Myślał o piecu, wielkim demonie, którego leże było tak blisko. Kultyści wiedzieli, że nie zabiłoby go spotkanie z ogniem, choć cierpienie przeżyłby po stokroć. Adam nienawidził swojego tchórzostwa. 

Helena rozsunęła drzwi. Wars był już niemal pusty, ledwo kilku podróżnych dopijało napoje, a ktoś, najwyraźniej w kiepskim humorze, domagał się podgrzania kanapki z kurczakiem. Adam rozejrzał się. Tak bardzo chciał, żeby teraz stąd wyszła, żeby poszła do toalety, albo wysiadła na ostatniej stacji, znudzona czekaniem. Ale była tam, oczywiście. Wciąż siedziała na swoim miejscu. Melancholijne spojrzenie nadal odbijało się w brudnej szybie wagonu. 

– Przepraszam, chcę przejść. 

Adam się wzdrygnął. Patrzył wprost na konduktora, jeszcze bardziej spoconego niż kilka godzin wcześniej. Poczuł tak niewysłowioną ulgę, że najchętniej wybuchnąłby płaczem. Nie wiedział, co ma zrobić. Co powiedzieć. Słowa więzły mu w gardle, wdzięczność prawie zabijała pojmowanie. 

– Ja… – zaczął. – Ja nie mam biletu. Na gapę jadę. 

– Co?

– Nie mam biletu – powtórzył Adam, trochę pewniej. – Proszę mnie spisać i… i wyprowadzić…

Konduktor wyraźnie się zirytował. Sięgnął mechanicznie do kieszeni munduru, wyciągnął jakieś druczki, obracał je przez chwilę w palcach. Westchnął ciężko, prawie teatralnie, spojrzał na zielone drzewa rozmywające się za oknem.

– Nie mogę tu być – dodał Adam, czując, że przemawia przez niego rozpacz. 

– Tak? Świetnie – powiedział konduktor, chowając bloczek do kieszeni. – Pan się zgłosi jak zjem obiad. Może się pan zdziwi, ale nawet ja mam prawo do przerwy. 

– Nie, pan nie rozumie. Ja… Ja naprawdę… – Adam wbił wzrok w Helenę, która stała zupełnie niewzruszona. – Mam problem. 

Czuł, że dreszcze rozpoczęły wędrówkę po jego ciele. Ale kiedy już zaczął, nie mógł przestać. 

– Naprawdę – powtórzył. – Proszę mi pomóc. Zabrać mnie stąd. Ja… Trudno to wyjaśnić, ale ktoś chce…

Wreszcie konduktor zmarszczył brwi. Na jego twarz wypełzł cień zainteresowania. 

– Jakieś… złe towarzystwo w przedziale? – Próbował zgadnąć. 

– Tak. Właśnie tak. Proszę, niech pan zatrzyma ten pociąg i…

Konduktor parsknął pod nosem. 

– I co jeszcze, wezwać policję? 

– Właściwie… Nie zaszkodziłoby, tak myślę. 

– I to wszystko przez pańskie złe towarzystwo. No dobra, niech panu będzie. – Konduktor uśmiechnął się lekko. – Sprawa jest, jak widzę, delikatna. Albo pan za dużo wypił, pan wybaczy… Ale żeby od razu obrażać kobietę, którą ma się za plecami? – parsknął cicho. – No, szczerze mówiąc, ja też jej nie lubię. Stara heksa, a taką młódkę udaje… 

Helena parsknęła śmiechem. Śmiała się głośno, patrząc to na konduktora, to na Adama. Napawała się jego strachem, zawodem, bólem. Śmiała się tak długo, aż z jej oczu popłynęły łzy. 

 

***

 

Ewa miała miękki wzrok. Łagodne, ufne oczy. Kiedy Adam do niej podszedł, zesztywniała na chwilę, ale zaraz później wstała, szybko dość, jakby prąd ją przeszedł. I zawiesiła mu ręce na ramionach, w ich starym, powitalnym geście. 

– Myślałam, że już nie przyjdziesz. Miałam wysiadać w Malborku, ale skoro jesteś…

Adam, krzycząc w duchu, zdobył się na odrobinę poufałości i odwzajemnił uścisk. 

– Jesteś pewna, że chcesz? – zapytał, bo nie umiał inaczej. Heksa wbiła mu za karę igłę w żebra. 

– No przecież. – Ewa się uśmiechnęła. – W moim przedziale jest tylko jedna babka, ale zaraz wysiada. 

Następna igła. 

– A mój jest zupełnie wolny – powiedział Adam. Głos prawie mu nie zadrżał. – Chodź, trzeba skorzystać. 

Następny uśmiech. 

Adam rozsunął drzwi i zszedł dziewczynie z drogi. Nie potrafiłby iść obok, lżej było jakoś, gdy tylko patrzył na skłębione loki, na krok, który zdawał się należeć do kogoś znacznie starszego. 

– Dobrze się czujesz? – Ewa się odwróciła. – Wiesz, miałam przez chwilę wrażenie, że jesteś trochę… wstawiony. Ciebie w ogóle da się upić?

– To od słońca. – Gładkie kłamstwo nie potrzebowało kolejnego ukłucia. – Nie musisz iść tak szybko. 

Co to zmieniało, pomyślał Adam, droga na rzeź to droga na rzeź, bylebym jej nie widział. Chociaż może… tyle jestem jej winien. Pożegnanie, jeśli ratunek się nie udał. Jeśli ja byłem za słaby. 

– Nawet nie zauważyłam, że ten pociąg jest taki długi – rzekła cicho. – A może dopięli nam wagony?

Na to już nie potrafił odpowiedzieć. Ewa nie zamierzała iść wolniej. Może cieszyła się na ich spotkanie? Nagle jej krok zelżał, podskakiwała prawie, pokonując wąski korytarz. Huk składu stawał się nieznośny. Zbliżali się do leża demona starego jak sama ludzkość. 

– Dziwne te drzwi…

– Śmiało. 

Było już za późno, o wiele za późno na cokolwiek. Ledwo Ewa przesunęła stalową konstrukcję, przystanęła w pół kroku. Nie rozumiała tego, na co patrzy. Ale nie zatrzymała się. Adam podziękował diabłu. Wiedział, że nie zdołałby wepchnąć jej do miejsca kaźni. 

– Idź! – warknęła Hela. – Idź, bo cię ukłuję! 

Nie widział jej. I chciał wierzyć, że nie słucha. Że wchodzi za Ewą z własnej woli, że robi to dla niej, bo więcej już uczynić nie może, a tylko towarzyszyć jej w drodze do piekła. 

Zaczęło się szybko, szybciej niż mógłby przypuszczać. Widział już wąsatego grubasa, który miał stołować się na Kazimierzu, widział Piotra, widział dobre pół setki ludzi. Nieznanych mu w większości, ale był pewien, że na kilka twarzy natknął się już wcześniej, nie tylko w podróży. Obserwowali go od dawna.

Konduktor ryknął. To on doskoczył do dziewczyny pierwszy. Krzyknąć nawet nie zdążyła, gdy brutalny cios powalił ją na kolana. Było jasno, Adam widział krew, która sączy się z nosa. I widział upiorne źródło tej jasności. Okrągłe niemal idealnie, nieco tylko spiłowane na szczycie. O oczach czerwonych, z których uciekały iskry. O niby-kracie, która w istocie była wielkimi zębiskami. 

– Nie! – krzyknęła Ewa. – Proszę, zostawcie mnie! Ratunku!

Jej głos był coraz wyższy, coraz bardziej przerażony. Wreszcie przeszedł w pisk, ostry, wdzierający się prosto do głowy. Adam chciał zatkać uszy, odwrócić się, uciec.

– Pomóż mi! – zawyła Ewa. 

Helena wybuchnęła śmiechem. Patrzyła zadowolona, jak jej mąż wykręca ofierze ręce, jak kopniakiem w kręgosłup zabiera jej oddech. Na chwilę zapadła cisza. 

– Pan nie chce czekać dłużej! – krzyknęła. – Już! Para w ruch!

Kocioł zabulgotał z zadowolenia.

Ewa znowu wrzeszczała. Szamotać się nie była w stanie, tylko krzyk jej został, coraz słabszy, urywany po kolejnych ciosach, które spływały na nią nieprzerwanym gradem. Dostali się już do kotła, wielki łom wbił się między kraty. Buchnęło ciepło, para uciekła z sykiem. Adam słyszał głuche uderzenie, straszne, najgorsze, choć nie, najgorsze było wycie. Wycie kogoś, kto płonie żywcem. 

Wtedy pociąg się zatrzymał. Zapadła cisza. 

– Nakarmiony! – krzyknęła Helena z tryumfem. – Pan jest nakarmiony! Ale czy syty? 

–Sssyty, sssyty, sssytyyy – zasyczała para. 

– Bądźcie hojni! – rozkazała heksa. – Rzućcie Panu własne ciała! Podzielcie się tym, co w was najlepsze! A jeśli brak wam odwagi… Mięsa jest dość!

Tak musiało być, pomyślał jeszcze Adam, gdy prawie setka rąk zwróciła się ku niemu. Hela, kończąc swój występ, śmiała się dziko. Adam spróbował tylko raz. Ugryzł ją, nie bacząc, że skraca dystans dzielący go od reszty. Ugryzł słabo, ledwo krew poczuł na języku, przyprószoną pudrem i zgubioną pod tanimi perfumami. Hela zawyła ze złości. Setka szpilek, kołków, prętów, wbiła się naraz w całe ciało, pozbawiła Adama tchu. Padł na podłogę. Kocioł zawył ze szczęścia. On miał zostać z nim na zawsze, pociągnąć ruch w nieskończoność.

Nie krzyczał. Nie było sensu. Trzymały go dwie pary silnych ramion, pręt znów rozchylił zębiska stwora. Adam patrzył w ogień. 

Gorący, żywy, trawiący wszystko, co stanęło mu na drodze. Para buchnęła w twarz wampira. Dopiero wtedy zaczął wyć. Czuł, że jego ciało rozrywa żar, że naraz twardnieje i rozchodzi się, że jest wszędzie i nigdzie. Wbił się w żelazną konstrukcję, smagał go wiatr i ogień. Nie było już wnętrza pieca, a reszta świata, błękit nieba i wieczny ruch, który ciągnął to dalej, nie pozwalał na złapanie oddechu. Gnać trzeba było, gnać, pozwolić nieść się po szynach i nie zatrzymywać, nigdy. 

Pociąg znów ruszył. Niespiesznie. 

Zazgrzytały tory. Miarowe uderzenia topornej, żelaznej konstrukcji niosły się echem po polach. A piękne to były pola, złocące się od zbóż, skropione gdzieniegdzie kolorowymi głowami maków i kąkoli. Nic tylko poddać się temu impulsowi, promieniom słońca, wsiąść do pociągu i jechać, byle dalej, przed siebie, byle w podróż. Dokąd, to już sprawa drugorzędna, wszak tylko ruch się liczył, liczył tak długo, dopóki ciągnął nieskończoną masę ludzką ku nowemu. 

 

*Juliusz Verne “Do morfiny”

Koniec

Komentarze

Hej, Rossa.

Ciekawe opowiadanie, groza na początku i końcu opowiadania była wyczuwalna, środek tekstu nie przerażał tak bardzo. Nieśmiertelność, a raczej niezniszczalność wampira trochę daje do zastanowienia, spotykam się z tym po raz pierwszy, chociaż już nie uważam, że Blade Wieczny Łowca to jedyny dzienny wampir:). W horror zręcznie wpleciony wątek romantyczny, mięsożerna lokomotywa nie przeraża tak bardzo, może dlatego, że jak to się mówi, jedna śmierć to tragedia, kilkaset to statystyka. 

Nie chcę chwalić opowiadania ani go krytykować, bo sam zamierzam wziąć udział w konkursie.

Taki komentarz na początek, ciekawy jestem, co inni mają do powiedzenia o tekście.:)

Feniks 103.

audaces fortuna iuvat

Hej, Feniksie :-) Dziękuję za przeczytanie. No, trochę zagadkowy jesteś w tym komentarzu, ale rozumiem konkursową motywację. ;-)

Zachciało mi się odświeżania wampirzych motywów, fakt.

groza na początku i końcu opowiadania była wyczuwalna, środek tekstu nie przerażał tak bardzo.

A to dobrze, mnie chyba zmęczyłby tekst zbudowany na jednostajnym straszeniu.

 

Dzięki!

„‬Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje jest zarazem bestią i powodzią. Iluzje są tym dla duszy, czym atmosfera dla planety." - V. Woolf

Skropienie makami podoba mi się nieco mniej, chociaż po przeczytaniu całości już bardziej;)

Przepięknie poprowadzona historia, kiedy coś, co zdawało się lewie przeczuciem zmienia się w fakty.

Podoba mi się odwrócenie ról i odsłanianie tajemnic, poprzez zrzucanie kolejnych tiulowych zasłon. Jak kapłanka Isztar normalnie;)

Język bardzo ładny i potoczysty.

W dół urwiska, w stronę przepaści, na samym jej brzegu...

Ambush, miło Cię widzieć! Bardzo miło mi przeczytać Twój komentarz, skoro twierdzisz, że historia poprowadzona aż przepięknie to mogę się tylko cieszyć :-)

Skropienie makami podoba mi się nieco mniej, chociaż po przeczytaniu całości już bardziej;)

Lubię te maki, jakoś nadały mi wiatru w żagle przy pisaniu. ;-) Ale może warto będzie nad nimi pomyśleć.

 

Pozdrawiam!

„‬Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje jest zarazem bestią i powodzią. Iluzje są tym dla duszy, czym atmosfera dla planety." - V. Woolf

Hej, 

to ja zacznę od tego co mi nie siadło, a dalej już będzie tylko lepiej :). Dwie sprawy. Pierwsza, to cała intryga, chyba lekko przekombinowana. Gdyby to był jakiś odwieczny konflikt między wampirami, a kultystami – wiedźmami, a zasadzka w pociągu miała być swego rodzaju wendetą, to by mi się jakoś bardziej sklejało. Bo właściwie rytuał spalenia i tak można by wykonać na kimkolwiek, sam wampir wydaje się tu trochę zbędny. Druga, to śmierć Ewy. Musiałem wrócić do fragmentu ze spaleniem, bo go przegapiłem. Wydaje mi się, że gdyby relację Adama i Ewy bardziej podkręcić i dokładniej opisać wkładanie Ewy do pieca, to scena byłaby wisienką na torcie. 

 

Ale, żeby nie było, całe opowiadanie mi się podobało. Wykorzystanie wampira jako ofiary, motyw kultu, który czci demona-lokomotywy. Wiedźma, pętająca wampira za pomocą zaklęć. To wszystko siadło rewelacyjnie :). Ale moim zdaniem opowiadanie najmocniejsze jest do pierwszego wyjścia do warsu. Bardzo spodobały mi się dialogi i jak budują bohaterów. Atmosfera przepełnionego pociągu i to uczucie, gdy jesteśmy skazani na obcych ludzi w czasie podróży… To był bardzo dobry początek historii. Może zbyt dobry :), bo czym dalej, tym postacie stawały się chyba mniej wyraziste. 

 

Podsumowując, bardzo dobre opowiadanie, klikam i pozdrawiam :)  

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Hej, Rossa.

Naprawdę bardzo dobre opowiadanie, jeden z lepszych horrorów. Historia trzymała mnie w napięciu do końca. Plastyczne opisy i słownictwo bardzo, bardzo… Los Adama i Ewy, jako napęd świata, przedstawiony w fantastycznej formie, to dodatkowy smaczek. A ukąszenie Heleny przez wampira daje pewnego rodzaju satysfakcję. Gratuluję !

Pozdrawiam i klikam ;)

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

Hej, Rossa! :)

 

Przyznam, że w pierwszej reakcji miałem ogromną zagwozdkę, dlaczego właściwie kult/sekta uparła się akurat na Ewę, a potem zaskoczył wydźwięk symboliczny… :)

 

W tej sytuacji jedyną wątpliwość mam odnośnie wampirów. Czy to ważne, że Adam jest akurat wampirem? Ostatecznie zamiast krwi mógł dostać psychotropy i efekt byłby podobny.

 

Zostawiając powyższe na bok, to kolejny Twój tekst, który stoi klimatem. Rewelacyjnie się to czyta, miałem wrażenie, jakbym siedział w przedziale razem z bohaterami opowiadania. Poza tym jest groza, jest lekka psychodela, są też kultyści i ich pokręcone sztuczki (magia?). 

 

Reasumując, bardzo mi się podobało, dziękuję, że podzieliłaś się z nami tak dobrym tekstem. Życzę powodzenia w konkursie i klikam :)

„Pokój bez książek jest jak ciało bez duszy”

Hej wszystkim!

 Bardzie, bardzo dziękuję za przeczytanie i klika. Widzę, że zwróciłeś uwagę na te same rzeczy co ja – bo pisząc z jednej strony miałam poczucie, że bardzo brakuje mi znaków, a z drugiej, że chyba trochę za bardzo kombinuję. Ale ponieważ zwykle fabuła moich opek była prosta jak drut, uznałam, że warto trochę poeksperymentować. Że nie wyszło z idealnym skutkiem – no trudno, bywa i tak. Skoro jednak całość Ci się podobała – bardzo mi miło!  

Milis, fajnie Cię znowu widzieć :-) Cieszę się z tak pozytywnego odbioru i pięknie dziękuję za kliczka. :-)

Koalo, dzięki! :-)

Cezary, miło, że wpadłeś! 

. Czy to ważne, że Adam jest akurat wampirem? Ostatecznie zamiast krwi mógł dostać psychotropy i efekt byłby podobny.

Byłby, pełna zgoda. Z tym wampirem to był taki trochę mój literacki plac zabaw, chyba zachciało mi się pisania o tych stworach. :-)

Bardzo dziękuję za miłe słowa i kliczka. :-)

 

Pozdrowienia!

„‬Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje jest zarazem bestią i powodzią. Iluzje są tym dla duszy, czym atmosfera dla planety." - V. Woolf

Cieszę się, że zauważyłem właśnie te elementy, a dorzucę, że mój pierwszy pomysł na konkurs też miał opowiadać o wampirze, a zrezygnowałem z niego z powodu limitu :).

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Witam. Świetny tekst. Nie będę się wypowiadał na temat fabuły bo nie siedzę za bardzo w wampirzych historiach, ale czymś co mnie kupiło jest niezwykły klimat opowiadania. Klimat przywołujący wspomnienia starych polskich horrorów, do tego niezwykle plastycznie i sugestywnie opisany. To jest to co najbardziej lubię niezależnie czy czytam o wampirach, goblinach, kosmitach czy psychopatach. Gdybym mógł dałbym klik, a tak tylko pozdrawiam ;)

Cześć, Sajmonie! Zawsze miło powitać nowego czytelnika. :-) Bardzo się cieszę, że opowiadanie siadło, doceniam też chęć dania kliczka. Miłego!

 

P.S. Nie mam pojęcia, kto dał mi piątego klika, ale dzięki, kimkolwiek jesteś.

„‬Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje jest zarazem bestią i powodzią. Iluzje są tym dla duszy, czym atmosfera dla planety." - V. Woolf

Dobrze się zaczęło, nagrzany, pełny przedział przemówił do wyobraźni, aż ciężko było odetchnąć :) Spodziewałem się, że historia pójdzie w innym kierunku. Środek w dobrym tempie i w końcówce znowu mocno, dobrze poprowadzona historia! Bardzo umiejętnie przedstawiasz i wywołujesz emocje.

 

 

Chciałem kliknąć, ale się spóźniłem. Pozdrawiam!

Cześć, Reinee! Bardzo dziękuję :-)

„‬Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje jest zarazem bestią i powodzią. Iluzje są tym dla duszy, czym atmosfera dla planety." - V. Woolf

Przyjmuję do wiadomości, że istnieją osobliwe demony, oddające hołd piecowi parowozu i składające mu w ofierze wampiry. Dlaczego wampiry?

Opowiadanie jest przesycone szczególnym klimatem mknącego pociągu. Jeśli do tego dodać panujący upał, przepełnienie wagonów i wszechobecny, budzący grozę nastrój, otrzymamy niezły materiał na porządny horror. I tylko żal, że mój rozum nie zdołał tego wszystkiego pojąć.

 

by nie na­dep­nąć pary na­gich, roz­cią­gnię­tych w przej­ściu stóp. → Co to znaczy, że stopy były rozciągnięte?

 

jak to poj­mał Helę za żonę. → Czy tu aby nie miało być: …jak to pojął Helę za żonę.

 

– Jak to: sekta?– Jak to, sekta?

Za SJP PWN: dwukropek «znak interpunkcyjny (:) stawiany przed przytoczeniem czyichś słów lub przed wyliczeniem czegoś»

 

Panie Ada­mie, pan jest z Ba­li­na? → Dlaczego Helena zwraca się do przypadkowego współpasażera po imieniu, skoro ten nikomu się nie przedstawił?

 

Jak trwo­ga to Boga… → Jak trwo­ga to do Boga

 

Nosz cho­le­ra jasna!Noż cho­le­ra jasna!

 

He­le­na ­pocią­gnę­ła nosem, upiła napój z gło­śnym siorb­nię­ciem. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: He­le­na ­pocią­gnę­ła nosem, upiła łyk z gło­śnym siorb­nię­ciem.

 

Panie Ada­mie, skusi się pan…? → Skąd Helena wie, jak przypadkowy współpasażer ma na imię? Czy Adama to nie dziwi?

 

I stale po­pra­wia­ła rę­ka­wicz­ki, wy­so­kie po ło­kieć.I stale po­pra­wia­ła rę­ka­wicz­ki, długie po ło­kieć.

 

bła­gał je­dy­nie swoją ar­tyst­kę, by za­sło­ni­ła ko­ta­ry. → …bła­gał je­dy­nie swoją ar­tyst­kę, by zasunęła/ zaciągnęła ko­ta­ry.

Kotar się nie zasłania, to kotary mogą coś zasłonić, np. okno.

 

Ude­rzy­ła Adama z otwar­tej ręki.Ude­rzy­ła Adama otwartą ręką.

 

– Zła­pa­ła Adama za ramię i po­cią­gnę­ła go z całej siły. → Zbędny zaimek.

 

brą­zo­we oczy od­bi­te w brud­nej szyb­kie. → Literówka.

 

gdyby nie to, że nogi dalej miał jak z oło­wiu… → A może: …gdyby nie to, że nogi nadal miał jak z oło­wiu

 

Me­ta­lo­wa po­sadz­ka trzę­sła się razem z nim… → Me­ta­lo­wa podłoga trzę­sła się razem z nim

 

cudem tylko nie lą­du­jąc na po­sadz­ce. → …cudem tylko nie lą­du­jąc na podłodze.

 

że me­ta­lo­wa po­sadz­ka się trzę­sie… → …że me­ta­lo­wa podłoga się trzę­sie…

 

– Ja… – za­czął. – Ja nie ma bi­le­tu. Na gapę jadę. → Literówka.

 

że robi dla niej, bo wię­cej już uczy­nić nie może… → Chyba miało być: …że robi to dla niej, bo wię­cej już uczy­nić nie może

 

Padł na po­sadz­kę.Padł na podłogę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, Reg! Bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarz, kiedy tylko będę miała normalny dostęp do internetu (jutro, jeśli człowiek zajmujący się naprawami dotrzyma słowa) wprowadzę Twoje poprawki. Jak zawsze, Twoje łapanki są nieocenione, dziękuję serdecznie.

I tylko żal, że mój rozum nie zdołał tego wszystkiego pojąć.

A to biorę na klatę, widać napisałam mniej jasno niżbym sobie życzyła.

 

jak to pojmał Helę za żonę

Miała być gra słów, ale jeszcze przemyślę :-)

Dlaczego Helena zwraca się do przypadkowego współpasażera po imieniu, skoro ten nikomu się nie przedstawił?

Pomyślałam, że wywalę fragment o przedstawianiu, ale i to będę musiała przemyśleć.

 

W każdym razie: bardzo, bardzo dziękuję. I na tym komentarz kończę, bo jeśli wywali mi internet po raz kolejny, to nie ręczę za siebie ;-)

„‬Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje jest zarazem bestią i powodzią. Iluzje są tym dla duszy, czym atmosfera dla planety." - V. Woolf

Cześć, Rossa!

 

Dopiero co wczoraj czytałem konkursowe opowiadanie Reinee, gdzie też występuje sekta czcicieli Ruchu. No i też ładnie napisane. Podobnie jak przy „Ambie…” doceniam język tekstu – są ładne zdania, dobrze skomponowane, nadające rytm.

Różni się za to klimatem. Ten może i też jest duszny, ale bardziej nowoczesny i… na początku trochę miałem z nim problem, bo nie wiedziałem, kiedy tekst się dzieje. Z jednej strony mowa o parowozie, w sposób sugerujący, że takowe wciąż jeżdżą, z drugiej wzmianka o klimatyzacji.

Ogólnie momentami byłem zagubiony, bo robisz szybkie przeskoki ze sceny na scenę, a że bywają to przeskoki w coś surrealistycznego, musiałem wracać akapit czy dwa do tyłu. Nie ukrywam, że zdolności poznawcze mam zaburzone przez panujący tu i ówdzie skwar, więc podziel moc tego zarzutu przez cztery. Albo i więcej.

Natomiast bardzo mi się podoba podejście do grozy – jest uczucie zaszczucia, rozpaczliwa próba ucieczki, ale wszystko jest skazane na niepowodzenie. Domknęłaś tekst przyjemną klamrą.

 

Pozdrówka i powodzenia w krokusie!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Bardzo proszę, Rosso. Bardzo się cieszę, że mogłam się przydać. :)

I życzę owocnej współpracy z internetem – mam nadzieję, że nie wywali. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Reg, większość poprawiłam, nad resztą pomyślę, a pogoda mi w takich procesach nie pomaga. Jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję. Gdybym miała wskazać, kto wbił mi do głowy najwięcej zasad języka polskiego, to byłabyś na pierwszym miejscu.

Krokusie, miło mi widzieć Cię ponownie!

Nie ukrywam, że zdolności poznawcze mam zaburzone przez panujący tu i ówdzie skwar, więc podziel moc tego zarzutu przez cztery. Albo i więcej.

Ale wiesz, to naprawdę mogło być też moje niezbyt jasne przekazywanie treści ;-)

Bardzo się cieszę, że coś Ci w opowiadaniu przypadło do gustu, uwagi biorę sobie do serca. Mówiąc szczerze, niezbyt dobrze się czuję, kiedy piszę o współczesności, więc powstające właśnie opko dzieje się w czasach głębokiej komuny ;-)

W tym tekście rzuciłam sobie dużo wyzwań, wyszłam ze strefy mojego literackiego komfortu. Samego ćwiczenia żałować nie będę, wszak dobry pisarz powinien umieć napłodzić coś poza swoją banieczką. Że nie wyszło tak, jakbym sobie życzyła – trudno. Głęboko wierzę, że z każdym kolejnym razem będzie lepiej :-)

Dziękuję serdecznie za odwiedziny i życzę miłego wieczoru!

 

„‬Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje jest zarazem bestią i powodzią. Iluzje są tym dla duszy, czym atmosfera dla planety." - V. Woolf

Przypomniały mi się podróże nad Bałtyk, odbywane w dzieciństwie. Na szczęście nie natrafiliśmy nigdy na morderczą sektęwink

Podoba mi się klimat, czytałam z zainteresowaniem do samego końca.

Podobało mi się.

Od początku intryguje mimochodem rzucanymi uwagami o Adamie (początkowo myślałem, że to może demon, który zmienia ciała). Lubię “odwrócone” wątki wampiryczne. Te, gdzie wampir jest ofiarą, albo nieco ciekawszą postacią niż tylko nocny łowca.

Trochę słabo mnie przekonuje to, że uwzięli się akurat na Ewę (symbolika imion, no niech będzie, ale tyle zachodu?), lecz nie jest to żadna dziura logiczna.

Tu mi jeszcze zgrzytnęło: “

– No proszę, pan też do szóstki! Uwaga, mam walizkę… Heluś, przesuń się. Weźmie pan te nogi?

– Może pomogę – mruknął zrezygnowany Adam, uważając, by nie nadepnąć pary nagich, zalegających w przejściu stóp.” – W pierwszej chwili myślałem, że tam ktoś leży i będą z Adamem przesuwać ciało. Ot skutek czytania opowiadań konkursowych ;)

 

Całość fajna, pomysłowa, dobrze naszkicowani bohaterowie zwłaszcza w postaci pociągowego kolorytu lokalnego ;)

Moja powieść: https://marmaxborowski.pl/kwestia-wyboru/

Nowa Fantastyka