- Opowiadanie: Reinee - Ruch Merkurego

Ruch Merkurego

Jol­kaK i Edward Pi­tow­ski, dzię­ku­ję za betę!

Mój bilet to “Ja­kieś zło­śli­we Daj­mo­nium”.

Życzę miłej lek­tu­ry!

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Ruch Merkurego

Po­ciąg re­la­cji Le­nin­grad – Mo­skwa, rok 1959

 

 

Szarp­nię­cie wa­go­nu wy­rwa­ło Kon­stan­ti­na z nie­spo­koj­ne­go snu. Męż­czy­zna wes­tchnął, prze­tarł dło­nią oczy, póź­niej całą twarz i wtedy do­pie­ro spo­strzegł, że w prze­dzia­le nie jest sam. Na­prze­ciw sie­dzia­ła ślicz­na, młoda ko­bie­ta w ob­ci­słej, czar­nej su­kien­ce. Kilka rzę­dów pereł opla­ta­ło szyję dziew­czy­ny. W kol­czy­kach też miała perły.

I w oczach też, po­my­ślał Kon­stan­tin.

– Nie zbu­dzi­łam pana chyba? – spy­ta­ła współ­pa­sa­żer­ka, mu­ska­jąc pod­bró­dek smu­kły­mi pal­ca­mi.

Kon­stan­tin prze­łknął ślinę, przy­gła­dził włosy.

– Skąd­że, skąd­że! – za­pew­nił. Zbyt szyb­ko, za co skar­cił się w my­ślach. – Coś szarp­nę­ło wa­go­nem, praw­da? Pani po­zwo­li, że się przed­sta­wię, Kon­stan­tin Ko­smov, in­ży­nier.

Dziew­czy­na wes­tchnę­ła w za­chwy­cie.

– Z Po­li­tech­ni­ki Le­nin­gradz­kiej? – Uśmiech­nę­ła się. – Co za za­szczyt! Czy­ta­łam pań­skie prace!

Kimże jest ta ko­bie­ta, po­my­ślał Kon­stan­tin w za­sko­cze­niu, pięk­ne ciało i pięk­ny umysł! Szpieg może? Zaraz jed­nak ode­gnał nie­do­rzecz­ną myśl. Po pierw­sze, nie był jesz­cze człon­kiem żad­ne­go pro­gra­mu, cała jego wie­dza była jawna. Po dru­gie, pa­sa­że­rów na tej linii spraw­dza­no wy­jąt­ko­wo do­kład­nie.

– I je­dzie pan do Mo­skwy… – Za­sę­pi­ła się dziew­czy­na, stu­ka­jąc pal­cem w na­dę­ty po­li­czek. – Czyż­by… Tak, oczy­wi­ście! Jakże cud­nie, panie in­ży­nie­rze! Bę­dzie pan pod­bi­jał gwiaz­dy!

– Słu­cham?

– Wyśle pan czło­wie­ka w ko­smos! Czyż nie tak? Och, panie in­ży­nie­rze…!

Kon­stan­tin po­kra­śniał, od­chrząk­nął i uśmiech­nął się szel­mow­sko.

– Wszyst­kie naj­więk­sze umy­sły świa­ta myślą o tym nie­ustan­nie, sza­now­na pani. Ja rów­nież. Myślę nawet teraz i my­śla­łem, gdy spa­łem przed chwi­lą. W po­dró­ży czę­sto na­cho­dzą mnie po­my­sły. Któż wie, co będę miał w gło­wie, wy­sia­da­jąc w Mo­skwie?

– W po­dró­ży, po­wia­da pan?

– W po­cią­gu zwłasz­cza. Dziw­ne, czyż nie?

Dziew­czy­na po­krę­ci­ła pręd­ko głową.

– W ogóle nie dziw­ne, panie in­ży­nie­rze! Prze­ciw­nie, to znane zja­wi­sko! I jest nawet bar­dzo cie­ka­wa le­gen­da ko­le­jo­wa na ten temat!

– Ko­le­jo­wa le­gen­da?

– Tak jest! Pro­szę po­słu­chać, pro­szę słu­chać, drogi panie in­ży­nie­rze! I pro­szę wy­obra­zić sobie taki obraz, noc, je­sień, mia­stecz­ko po­środ­ku pusz­czy. W od­da­li zarys gór namalowany księ­ży­co­wą po­świa­tą. Sy­be­ria…

 

*

 

Tiu­meń, rok 1891

 

– Tak to jest, przy­ja­cie­lu, tak to jest! – beł­ko­cze pi­ja­ny Dio­nis By­stroj, uno­sząc kie­li­szek do ust. – Tak to wła­śnie jest, przy­ja­cie­lu… Tak to jest, panie…?

– Mer­ku­ry – przy­po­mi­nam mu swoje imię. – Mer­ku­ry Po­spiesz­ny.

– A pan to chyba nie je­steś nasz…? – Dio­nis mruży oczka tak mocno, że nie­mal zni­ka­ją w na­la­nej, pulch­nej twa­rzy. – Ro­sja­nin zna­czy?

– Je­stem Po­la­kiem.

Mimo póź­nej pory przy­dwor­co­wa re­stau­ra­cja jest pełna, wszę­dzie wokół dys­pu­ty, śmie­chy, krzy­ki. Są tu pa­sa­że­ro­wie, są pra­cow­ni­cy kolei. Unosi się gęsty, pa­pie­ro­so­wy dym, tytoń ze wszyst­kich krań­ców Ce­sar­stwa wy­mie­sza­ny w jedną, ko­le­jar­ską mgłę. Karty się grają, wódka się leje. Gdzieś za ścia­ną czy na ze­wnątrz po­krzy­ku­je ko­bie­ta w eks­ta­zie. Ze­ga­ry robią, co mogą, by wybić wy­cze­ki­wa­ną go­dzi­nę. Na­pię­cie ro­śnie. Jesz­cze kil­ka­dzie­siąt minut tylko!

O dwu­dzie­stej dru­giej dzie­sięć rusza pa­sa­żer­ski do Je­ka­te­ryn­bur­ga.

Przy­sia­dłem się do Dio­ni­sa By­stro­ja, bo był pi­ja­ny i nie szczę­dził pie­nię­dzy. Wie­dzia­łem, że po­sta­wi. W in­nych oko­licz­no­ściach nie miał­bym żad­nej ocho­ty spę­dzać czasu w obec­no­ści tego czło­wie­ka. Spa­sio­ny, współ­cze­sny bojar, rzy­gać się chce. Ale po­ja­dłem i po­pi­łem do­brze, nie pła­cąc ani ko­piej­ki, a upusz­cze­nie krwi świń­skiej bur­żu­azji to też nie­ma­ła przy­jem­ność.

Umiem się do­sia­dać. To przy­dat­ny ta­lent dla czło­wie­ka drogi. Kilka mi­łych słó­wek i już mam co jeść. By­stroj oka­zał się przed­się­bior­cą wra­ca­ją­cym z urlo­pu spę­dzo­ne­go w domku my­śliw­skim. Mu­siał się komuś wy­ga­dać ze swo­ich przy­gód na po­lo­wa­niu.

Dziś to on był zwie­rzy­ną.

Dio­nis od­chy­la się na krze­śle, spla­ta palce na po­tęż­nym brzu­chu i za­czy­na chra­pać do­no­śnie. Nie komentuję tej smutnej sceny, na­peł­niam swój kie­li­szek.

– I ja po­pro­szę – mówi mil­czą­ca dotąd żona Dio­ni­sa, Ili­tja.

Speł­niam jej ży­cze­nie, za­sko­czo­ny nieco. Ko­bie­ta nie tknę­ła wódki przez cały wie­czór.

– Czyż­by mąż nie po­zwa­lał pani pić? – pytam, przy­su­wa­jąc jej su­szo­ne ryby do za­ką­sze­nia.

– Nie – od­po­wia­da. – Piję, drogi panie, kiedy chcę. Lecz wy­łącz­nie w do­brym to­wa­rzy­stwie.

Po­sy­ła mi lekki uśmiech. Jest pięk­ną ko­bie­tą o do­rod­nych kształ­tach, młod­szą od męża o dobre pięt­na­ście lat. Gdy Ili­tja za­ma­cza czer­wo­ne wargi w wódce, a al­ko­hol od­da­je po­ca­łu­nek, lekki dreszcz prze­cho­dzi przez ciało ko­bie­ty, na­pi­na skórę od­sło­nię­tej szyi.

Nie od­wra­cam wzro­ku i nie za­wsty­dzam się. Wcią­gam po­wie­trze przez za­ci­śnię­te zęby, wy­pi­jam wódkę.

– Pani mąż, oba­wiam się, może prze­spać całą po­dróż.

– Naj­praw­do­po­dob­niej.

– Może się sza­now­nej pani dać we znaki nuda.

– Naj­praw­do­po­dob­niej…

– Może się oka­zać…

– Może się oka­zać, że za­pra­gnę to­wa­rzy­stwa, roz­mo­wy… – Uśmie­cha się, przy­gry­za­jąc wargę. – Naj­praw­do­po­dob­niej tak, panie Mer­ku­ry…

Jej palec styka się z moim. To dobry mo­ment, by wstrzy­mać pod­cho­dy. Wielu jest w re­stau­ra­cji na­szych przy­szłych współ­pa­sa­że­rów. Le­piej uwa­żać.

Wsta­ję, za­kła­da­jąc rę­ka­wicz­ki.

– Wyjdę za­czerp­nąć świe­że­go po­wie­trze, sza­now­na pani. Pra­gnę być w pełni sił, gdy wsia­dać będę do po­cią­gu…

 

*

 

Na ze­wnątrz od­pa­lam pa­pie­ro­sa i raczę się wi­do­kiem dwor­ca. Przy po­dłuż­nym, bia­łym bu­dyn­ku o zie­lo­nym dachu go­to­wi się już nasz po­ciąg. Lo­ko­mo­ty­wa, po­mnik myśli ludz­kiej, me­dy­tu­je spo­koj­nie przed od­jaz­dem. Ko­le­ja­rze spraw­dza­ją stan tło­ków i za­wo­rów, na­peł­nia­ją ten­der z becz­ko­wo­zu. Na drzwiach dym­ni­cy pysz­ni się złota cy­ry­li­ca. Ko­lo­men­ky Zavod, roz­czy­tu­ję mimo pół­mro­ku. Wa­go­ny są wspaniale zdo­bio­ne, nie­bie­skie, od­ma­lo­wa­ne pew­nie nie­daw­no. Ni­czym pa­nien­ki w te­atral­nych suk­niach, tak samo roz­kosz­ne i za­chę­ca­ją­ce. Dalej już tylko ciem­ność, a za ciem­no­ścią las. I dalej jesz­cze Je­ka­te­ryn­burg, Ural, Mo­skwa, War­sza­wa i Eu­ro­pa. Za moimi ple­ca­mi zaś Tiu­meń, cer­kiew o zło­tych ko­pu­łach, Tura, i tajga. I Sy­be­ria, i dzi­kość, i Pa­cy­fik.

Tiu­meń, styk dwóch świa­tów.

Zjeź­dzi­łem już oba.

I nie bar­dzo wiem, dokąd zmie­rzam.

Je­stem nie­udacz­ni­kiem. Zgi­nął­bym mar­nie dawno już, lecz od­kry­łem swój dar. To­wa­rzy­szy mi głos, lecz je­dy­nie gdy po­dró­żu­ję. Jadę po­cią­giem, a nim wy­sią­dę, już wiem, dokąd udać się dalej. Cza­sem to in­tu­icja tylko, prze­czu­cie, lecz cza­sem głos praw­dzi­wy, skry­ty gdzieś z tyłu głowy, de­li­kat­ny, czuły… Wy­da­je mi się też, że nie­kie­dy głos ten pró­bu­je oblec się w ciało. Gdy w po­dró­ży zda­rza mi się przy­mknąć oczy, gdy w pół­śnie widzę, jak pa­sa­żer wcho­dzi do prze­dzia­łu. Siada za­wsze na­prze­ciw, twa­rzy jego nie do­strze­gam spod ca­łu­nu wła­snych po­wiek. Widmo wy­cią­ga wtedy dłoń w mym kie­run­ku, do­ty­ka mego czoła. Końca snu nie pa­mię­tam nigdy. Budzę się roz­trzę­sio­ny, lepki od potu, jakby coś nie­po­ję­te­go skry­wa­ło się za fa­sa­dą mary.

Po­mi­ja­jąc te dziw­ne sny, głos to na­rzę­dzie nader uży­tecz­ne. Je­stem oszu­stem. Nie­gdyś kiep­skim, obec­nie zaś nie­do­ści­głym! W mia­stach, do któ­rych kie­ro­wa­ny je­stem, za­wsze czeka oka­zja. Gra­cze, któ­rzy nie umie­ją roz­po­znać szu­le­ra, bo­ga­cze zdol­ni wydać pie­nią­dze na fik­cyj­ne in­we­sty­cje i damy szu­ka­ją­ce to­wa­rzy­stwa. Wszy­scy oni widzą mnie raz, góra dwa razy w życiu. Pie­nią­dze to są, to ich nie ma, lecz głod­ny nie je­stem nigdy. Znany po­wi­nie­nem być wszyst­kim służ­bom na wschód od Li­zbo­ny, lecz wszel­kie po­zwo­le­nia po­dróż­ne do­sta­ję od ręki, a kon­tro­le prze­cho­dzę po­myśl­nie.

Nie zła­pa­no mnie nigdy. Wi­dzia­łem i prze­ży­łem wiele. Na­by­łem ogła­dy, wy­kształ­ce­nia i pew­no­ści sie­bie.

I wszyst­ko by­ło­by do­brze, gdy­bym nie za­czął się za­sta­na­wiać, dokąd tak na­praw­dę jadę? Dokąd głos mnie pro­wa­dzi? Czy może to wszyst­ko, co ma do za­ofe­ro­wa­nia, a ja ska­za­ny je­stem na tu­łacz­kę do śmier­ci? Czy pi­sa­ne mi są je­dy­nie przy­pad­ko­we po­cią­gi i przy­pad­ko­we ko­bie­ty? I choć zda­rza­ło mi się ma­rzyć o nie­po­słu­szeń­stwie, nigdy się na nie nie od­wa­ży­łem. Prze­ciw­nie, coraz bar­dziej się od rad głosu uza­leż­nia­łem, jak i teraz, gdy spa­ce­rem przy­wo­łać pró­bo­wa­łem swą in­tu­icję, by do­ra­dzi­ła mi w spra­wie Ili­tji. Umi­lić nocną po­dróż jej i sobie, ry­zy­ku­jąc po­bud­kę z lufą re­wol­we­ru Dio­ni­sa przy gło­wie, czy od­pu­ścić?

Idę nie­spiesz­nie wzdłuż torów. Sy­be­ryj­ski wiatr targa mną i ata­ku­je je­sien­ny­mi li­ść­mi, lecz nie pod­da­ję się. Wy­tę­żam słuch, pró­bu­jąc wy­chwy­cić słowa za­klę­te w szu­mie.

Je­ka­te­ryn­burg…

Je­ka­te­ryn­burg…

Ili­tja…

Ili­tja…!

Tak! Sły­szę wy­raź­nie! Oto jest głos z in­ne­go świa­ta, prze­wod­nik po spra­wach ludz­kich! Oto nie­wia­stę mi zsyła!

Na dwor­cu do­cho­dzi do mych uszu płacz i pod­nie­sio­ne szep­ty. Zmie­rzam za­cie­ka­wio­ny na peron, na któ­rym sta­cjo­nu­je nasz po­ciąg i je­stem świad­kiem nie­zwy­kłego wi­do­wi­ska. Na jed­nej z dwor­co­wych ławek spo­czy­wa po­staw­ny mnich o nie­chluj­nych wło­sach, oto­czo­ny gro­mad­ką wier­nych. Nie­któ­rzy szep­czą do niego, inni modlą się, ktoś roz­pa­cza.

Czy ja już nie wi­dzia­łem gdzieś tej sceny? Hmm… Ach, oczy­wi­ście, toż to dwor­co­wo-pra­wo­sław­ne od­wzo­ro­wa­nie „Śmier­ci So­kra­te­sa”! Jest tu nawet ju­ro­di­wyj, sta­ru­szek w łach­ma­nach wpa­trzo­ny tępo w prze­strzeń i bu­ja­ją­cy się na boki. Sie­dzi u stóp ławki i od­gry­wa Pla­to­na! W od­da­li do­strze­gam Ksan­ty­pę w oso­bie skry­te­go za ko­lum­ną kon­duk­to­ra Swe­tla­na Se­le­no­wi­cza. Po­zna­li­śmy się, gdy wy­sia­da­łem z po­cią­gu dwa dni temu i po­łą­czy­ła nas jakaś na­tych­mia­sto­wa przy­jaźń. Zbu­do­wa­na na kłam­stwie, bo po­da­łem się za ob­woź­ne­go han­dla­rza, lecz jakie ma to zna­cze­nie?

Ob­cho­dzę zbie­go­wi­sko łu­kiem i zbli­żam się do Swe­tla­na.

– Pan Mer­ku­ry? – Spo­glą­da na mnie spod dasz­ka czap­ki. – Do od­jaz­du jesz­cze nie­mal go­dzi­na.

– Cóż to z szop­ka? – Wska­zu­ję kiw­nię­ciem na mni­cha i jego świtę.

Swe­tlan za­cią­ga się pa­pie­ro­sem.

– Tyle pan po­dró­żu­jesz i pan nie wiesz? Toż to Ba­tiusz­ka Borys!

Wzru­szam tylko ra­mio­na­mi.

– Cza­sem mówią Ba­tiusz­ka Bo­re­as, bo tak ma podobno na imię, tylko prze­krę­cać za­czę­to. Któż tam zresz­tą wie?

– I kto to jest ten Bo­re­as vel Borys?

– Ponoć wiel­ki mi­styk. Nie wia­do­mo, skąd się wziął. Jedni mówią, że to były mnich, inni, że ban­dy­ta, który do­znał oświe­ce­nia i za­czął na­uczać. Jesz­cze inni, że sek­ciarz…

Widać po mym przy­ja­cie­lu, że sam nie wie, w co wie­rzyć, lecz żegna się na wszel­ki wy­pa­dek.

Od­pa­lam ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa, za­in­try­go­wa­ny.

– I co dalej?

– Cóż ma być? – dziwi się Swe­tlan. – Ba­tiusz­ka Borys na­ucza. Mało to ta­kich w na­szym Ce­sar­stwie? On o tyle jest inny, że może nieco bar­dziej znany. I że po­dró­żu­je dużo, toteż ucznio­wie że­gna­ją go za­wsze bar­dzo ob­fi­cie. Nie prze­by­wa nigdy ni­g­dzie zbyt długo. Tro­chę jak wy, panie Mer­ku­ry. Za­ga­du­je współ­pa­sa­że­rów i tak no­wi­cju­szy zbie­ra. Wiem tyle, ile mi przy wódce opo­wia­da­no, ale po­dróż to ponoć ważny aspekt jego na­ucza­nia. Piel­grzym­ka, drogi panie, oświe­ce­nie po­przez drogę, mo­dli­twa i me­dy­ta­cja w ruchu, głosy…

– Ja­kież głosy? – pytam tak szyb­ko i tak nagle, że zbi­jam go z tropu.

– Tak lu­dzie ga­da­ją. Ba­tiusz­ka głosy ponoć sły­szy, które go przez życie pro­wa­dzą.

Mil­czę, wpa­trzo­ny w Bo­re­asa, któ­re­go młoda ko­bie­ta ca­łu­je wła­śnie po dło­niach. Mnich uśmie­cha się ła­god­nie, gła­szcze jej głowę, po­li­czek, niby przy­pad­kiem prze­jeż­dża kciu­kiem po ką­ci­ku ob­fi­tych warg i wiem już, że to stary lu­bież­nik. W ob­li­czu jego, za­ma­sko­wa­nym pra­wo­sław­ną brodą, nie ma nic z asce­tycz­ne­go wy­ci­sze­nia. To wul­gar­na, chłop­ska twarz prze­ora­na ospą i ze­fi­ra­mi Sy­bi­ru.

Lecz wy­czu­wam w nim też coś wię­cej. Ile praw­dy jest w sło­wach Swe­tla­na? Ile wie­dzy i mocy po­sia­da Ba­tiusz­ka? Czy na­praw­dę słyszy głos, czy zna jego se­kre­ty, jego cele? Czy powie mi, dokąd wciąż jadę…?

Chciał­bym sły­szeć, o czym dys­ku­tu­je z ucznia­mi, lecz wiatr jest zbyt gło­śny, pędzi sza­leń­czo i do­no­śnie mię­dzy bia­ły­mi ko­lum­na­mi dwor­ca, roz­rzu­ca uwię­dłe li­ście. Coraz szyb­ciej i szyb­ciej tań­czy oży­wio­na sepia, ty­sią­ce awa­ta­rów je­sie­ni. Czy wy­da­je mi się tylko, czy wokół mni­cha two­rzą krąg, niby jakąś pie­częć ma­gicz­ną?

Jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny po­stę­pu­ję nie­śmia­ły krok, a Ba­tiusz­ka spo­glą­da w mym kie­run­ku. Czuję za­wrót głowy, jakby myśli me wszyst­kie ze­rwa­ły się wraz i za­czę­ły obłą­ka­ną go­ni­twę. Łapię się za czoło, wzdy­cham cięż­ko.

– To­a­le­ta, Swe­tla­nie Se­le­no­wi­czu? – pytam pręd­ko.

– Tędy, panie Mer­ku­ry, we­wnątrz dwor­ca.

Bie­gnę i nie wiem ile czasu spę­dzam wy­mio­tu­jąc w cia­snej, cuch­ną­cej klit­ce. Co się stało? Całe me ciało zo­sta­ło wpra­wio­ne w ruch jakiś, wnętrz­no­ści i zmy­sły osza­la­ły! Czy Ba­tiusz­ka czar rzu­cił, by uka­rać mnie za śmia­łość, za próbę przed­wcze­sne­go spo­tka­nia?

Im wię­cej al­ko­ho­lu opusz­cza ciało, tym spo­koj­niej­sze i kla­row­niej­sze stają się myśli. Jakiż prze­sąd­ny głu­piec ze mnie! Wódka pita w cie­ple re­stau­ra­cji, póź­niej spa­cer na chło­dzie, wresz­cie eks­cy­ta­cja świa­do­mo­ścią, że roz­wią­za­nie drę­czą­cej mnie za­gad­ki po­ja­wia się tak nie­spo­dzie­wa­nie i tak bli­sko, do­pro­wa­dzi­ły mnie do sza­leń­stwa ja­kie­goś.

Ma­niac­ki bieg pod czasz­ką usta­je po­wo­li, na po­wrót je­stem sobą.

Gdy wy­cho­dzę, peron jest już pełen ludzi. Widzę pi­ja­ne­go Dio­ni­sa, który z po­mo­cą dwóch ko­le­ja­rzy wta­cza ob­szer­ne ciało na dwo­rzec, widzę Ili­tję, roz­glą­da­ją­cą się ukrad­kiem. Od­naj­du­je mnie i uśmie­cha się pod nosem.

Przed wa­go­nem dru­giej klasy stoi Ba­tiusz­ka Borys, opo­wia­da coś uczniom po raz ostat­ni. Wska­zu­je dwie sta­rusz­ki, a te pod­cho­dzą bli­żej, gną się w ukło­nach na tyle głę­bo­kich na ile po­zwa­la­ją gar­ba­te plecy i ca­łu­ją palce mi­sty­ka. Zdaje się, że po­sta­no­wił za­brać ko­bie­ty w po­dróż. Po­zo­sta­li wier­ni wzno­szą złą­czo­ne ręce ku niebu.

– Dużo mu­sia­łeś pan wypić, panie Mer­ku­ry – za­ga­du­je Swe­tlan, za­cho­dząc mnie od tyłu. W jed­nej ręce trzy­ma po­dróż­ną wa­liz­kę, w dru­giej olej­ną lampę. – Z ho­te­lu pod­biegł chło­pa­czek z pań­skim ba­ga­żem, pro­szę.

– Dzię­ku­ję. Ile do od­jaz­du?

Spo­glą­da na kie­szon­ko­wy ze­ga­rek i unosi brew.

– Pro­szę się szy­ko­wać, drogi panie.

Wkła­da gwiz­dek w usta i dmu­cha, prze­cią­gły świst rani moje uszy.

– Dwu­dzie­sta dru­ga dzie­sięć z Tiu­me­ni! – krzy­czy do­no­śnie Swe­tlan, uno­sząc wy­so­ko lampę. Idzie w kie­run­ku po­cią­gu, a tłum roz­stę­pu­je się przed nim. – Tu­gu­łym, Ju­sza­la, Oszczen­ko­wo, Ka­my­szłow! Bog­da­no­wicz! Ko­su­li­no! Je­ka­te­ryn­burg!!! Wsia­da­aaać!!!

 

 

*

 

– Bilet i po­zwo­le­nie pro­szę. – Szpa­ko­wa­ty kon­tro­ler spo­glą­da na do­ku­men­ty, które mu po­da­ję. – Dzię­ku­ję. Oto pań­skie miej­sce.

Nie dzi­wię się, że wagon przy­cho­dzi mi dzie­lić z Ba­tiusz­ką Bo­ry­sem. Głos za­pla­no­wał to prze­cież. W życiu mym nie ma przy­pad­ków. Cóż mnie czeka, ra­dość zro­zu­mie­nia czy roz­cza­ro­wa­nie? Głos po­sta­wił tego czło­wie­ka przede mną, by uka­zać się w całej swej po­sta­ci, czy też by za­drwić, po­ka­zać, że nawet mi­styk, u któ­re­go inni po­bie­ra­ją nauki o wę­drów­ce, nie zna roz­wią­za­nia?

Wagon nie jest po­dzie­lo­ny na prze­dzia­ły, sie­dzi­my z Ba­tiusz­ką na­prze­ciw sie­bie na drew­nia­nych ła­wach, oto­cze­ni in­ny­mi po­dróż­ny­mi. Nie­któ­rzy pró­bu­ją za­snąć, inni piją, dys­ku­tu­jąc cicho. Pod­wie­szo­ne lampy ilu­mi­nu­ją nie­śmia­ło wnę­trze, a przez po­twor­ne trzę­sie­nie wa­go­nu bez­kształt­ne cie­nie tań­czą nie­prze­rwa­nie, za­klę­te w cią­głym ruchu.

Nie widzę ni­g­dzie ko­biet, które wsia­dły z Ba­tiusz­ką, lecz wa­go­nów dru­giej klasy jest jesz­cze kilka. Wy­cią­gam pa­pie­ro­śni­cę, otwie­ram i pod­su­wam mni­cho­wi, który wpa­trzo­ny był dotąd w ciem­ność za oknem.

– Po­czę­stuj­cie się, Ba­tiusz­ko Bo­re­asie – pro­po­nu­ję.

Spo­glą­da na mnie i kiwa głową w po­dzię­ce. Ma oczy dziw­ne; dra­pież­ne i nie­spo­koj­ne, oczy czło­wie­ka wy­cho­wa­ne­go na gra­ni­cy dzi­czy.

– Zna­cie mnie więc? – mówi gło­sem głę­bo­kim i na­zna­czo­nym dłu­gi­mi la­ta­mi za­mi­ło­wa­nia do trun­ków i ty­to­niu.

Od­pa­lam jego pa­pie­ro­sa, póź­niej swo­je­go i po chwi­li ota­cza nas dym, na­miast­ka pry­wat­no­ści we wspól­nym wa­go­nie.

– Sły­sza­łem co nieco. Je­stem Mer­ku­ry Po­spiesz­ny, ban­kier – kła­mię gład­ko, przyj­mu­jąc jedną z pro­fe­sji, które łatwo mi uda­wać i które nie wzbu­dza­ją za­in­te­re­so­wa­nia.

– Cudne na­zwi­sko, panie Polak. – Ba­tiusz­ka od­ga­du­je me po­cho­dze­nie.

Wy­cią­ga nagle spod ha­bi­tu bu­tel­kę smir­no­wa.

– Pro­sto z Mo­skwy, bra­cisz­ka, a uko­cha­na w Pio­tro­gro­dzie! Ba­tiusz­ka Bo­re­as i Ba­tiusz­ka Kolja mają po­dob­ne gusta, he, he!

Od­krę­ca, wypija so­lid­ny łyk i po­da­je mi bu­tel­kę. Po­cią­gam.

– No, to my teraz przy­ja­cie­le! – śmie­je się Bo­re­as. – Naj­lep­sze przy­jaź­nie w po­dró­ży się rodzą, nie są­dzisz, brat?

– Naj­lep­sze przy­jaź­nie i naj­lep­sze po­my­sły – od­po­wia­dam.

Obaj sta­ra­my się spro­wa­dzić roz­mo­wę na ten sam temat, co przyj­mu­ję z przy­jem­no­ścią.

– Tak, tak… – Ba­tiusz­ka pije znowu i za­cią­ga się, po­zwa­la­jąc ży­cio­daj­nym siłom spo­tkać się w or­ga­ni­zmie.

– Nie ską­pi­cie sobie, Ba­tiusz­ka – mówię przy­ja­ciel­skim tonem.

Śmie­je się, kle­piąc ręką o udo.

– Co mam ską­pić, bra­cisz­ka! Zna­cie ta­kie­go, co skąpi? Kimże my­śli­cie, że ja je­stem, tylko tak szcze­rze? Pu­stel­ni­kiem? – par­ska do­no­śnie, tak roz­ba­wio­ny z wizji, którą sam przy­wo­łał.

Wzru­szam ra­mio­na­mi.

– Skąd mam wie­dzieć, Ba­tiusz­ka? Tylu róż­nych na­uczy­cie­li w na­szym kraju, tyle odła­mów, chły­ści, skop­cy, kto by to wie­dział teraz, co inny czło­wiek w sercu mieć może.

Mnich otwie­ra sze­ro­ko prze­krwio­ne oczy.

– Ja skop­tem? To żeś wy­my­ślił, brat! Ja na­uczam o życiu, a to… – Roz­kła­da nogi i ze świń­skim uśmie­chem kle­pie się po kro­czu. – To jest życie! Co by uczen­ni­ce moje rze­kły, gdy­bym im po­wie­dział, że zgu­bi­łem pier­nacz, któ­rym prze­pę­dza­łem ich smut­ki i wąt­pli­wo­ści? He, he! Życie! Ja ko­cham życie, bra­cisz­ka!

Pije so­lid­nie, za­po­mi­na­jąc tym razem o mnie, lub może umyśl­nie od­bie­ra­jąc mi przy­wi­lej za ob­ra­zę, któ­rej się do­pu­ści­łem.

– To po­wiedz­cie coś o życiu, Ba­tiusz­ka – pro­po­nu­ję tonem za­cie­ka­wio­ne­go słu­cha­cza.

– Pro­szę bar­dzo, brat! – Prze­ka­zu­je bu­tel­kę w na­gro­dę za me za­in­te­re­so­wa­nie. – Życie… To ruch! To szyb­kość! Po­myśl, brat, gdy tak pę­dzi­my po­cią­giem, gdy ener­gia prze­cho­dzi przez cie­bie, nie czu­jesz swo­je­go ciała w inny spo­sób? Nie zdaje ci się, że bar­dziej świa­do­my je­steś wła­snych or­ga­nów, le­piej na­kre­ślić umiesz ich kształt? Tutaj, w tej cud­nej ma­szy­nie, dziec­ku czło­wie­ka i nie­biań­skiej in­spi­ra­cji, bli­żej je­ste­śmy oświe­ce­nia niż kie­dy­kol­wiek! Twój umysł i serce się otwie­ra­ją, a myśl twa sięga dalej w przód!

Czuję, że za­czy­nam się pocić. Słowa mni­cha mie­sza­ją się z dymem i opa­ra­mi wódki, mi­stycz­na at­mos­fe­ra staje się na­ma­cal­na i otula mnie cia­sno.

– Jak to… W przód? – pytam nie­pew­nie i piję, je­ste­śmy w po­ło­wie bu­tel­ki.

– Po­wiem ci, jak świat stoi, bra­cisz­ka. – Mnich na­chy­la się, al­ko­hol i pod­ska­ki­wa­nie wa­go­nu spra­wia­ją, że buja się niby wska­zów­ka me­tro­no­mu. – Świat to Wiel­ko­ści!

– Wiel­ko­ści?

– Wiel­ko­ści! Ener­gia! Siła! Tem­pe­ra­tu­ra! Czas! Je­ste­śmy dzieć­mi Wiel­ko­ści, brat! Wiel­ko­ści to życie samo! Nasza forma i nasze moż­li­wo­ści ukształ­to­wa­ne są przez nie, przez śro­do­wi­sko, które two­rzą. Gdy wyj­dzie­my poza to śro­do­wi­sko, gdy do­zna­je­my Wiel­ko­ści, do któ­rej nie je­ste­śmy przy­zwy­cza­je­ni… Gi­nie­my! Po­myśl tak, brat, siła od­dzia­łu­je na cie­bie cały czas, to twój na­tu­ral­ny stan, lecz gdyby siła stała się zbyt wiel­ka, umarł­byś. Lecz cza­sem, ja­kimś zrzą­dze­niem losu, czło­wiek jest w sta­nie prze­żyć spo­tka­nie z taką spo­tę­go­wa­ną Wiel­ko­ścią. Zna­łem kogoś, kto prze­trwał ude­rze­nie pio­ru­na. Zna­łem i ta­kie­go, co spadł w prze­paść i po­ła­mał tylko nogi. Pierw­szy obu­dził się ze śpiącz­ki zna­jąc ję­zy­ki, któ­rych nigdy się nie uczył, drugi za­czął do­zna­wać wizji. Obaj wy­szli poza naszą czło­wie­czą za­gro­dę i przy­nie­śli coś z dru­giej stro­ny, a przy­nieść można wiele, wszyst­kie Wiel­ko­ści są ze sobą po­łą­czo­ne, od­dzia­łu­ją na sie­bie nie­ustan­nie, ener­gia to masa, masa to siła, siła to czas, czas to prze­strzeń…

– Toż to za­gad­nie­nia na­uko­we, Ba­tiusz­ka!

– Oczy­wi­ście! Wo­lał­byś, żebym mity ci opo­wia­dał? – par­ska.

– No do­brze, do­brze już… A po­ciąg?

– Po­ciąg… – Po­waż­nieje nagle. – Po­ciąg to naj­więk­szy wy­na­la­zek ludz­ko­ści. Ze wszyst­kich Wiel­ko­ści tylko z jedną udało nam się na­wią­zać bez­piecz­ne po­łą­cze­nie. Kimże jest, jak ją na­zwać, nie wiem, brat. Czy to ruch? Szyb­kość? Pęd? Nie ob­ra­ża się na mnie, gdy imio­na jej zmie­niam, więc i ja nie wni­kam. Ważne, że jest nam przy­chyl­na. Ze­sła­ła ludz­ko­ści wizję sta­lo­wej świą­ty­ni, byśmy mogli za­wią­zać głęb­szą ko­mu­nię. Tu od­dzia­łu­je na nas w ide­al­nej dawce, nie nie­bez­piecz­nej, lecz po­zwa­la­ją­cej na spoj­rze­nie poza za­sło­nę moż­li­wo­ści. Tu mówi do nas, jeśli umie­my słu­chać, tu zsyła sny, po­my­sły, tu daje nam cele i przy­ja­ciół. Byśmy le­piej wpra­wia­li świat w jej uko­cha­ny ruch, by wszy­stek ist­nie­nia wię­cej, szyb­ciej i dalej się prze­mie­szał…

Moje myśli i prze­ży­cia, mętne dotąd, słowa mni­cha kształ­tu­ją niby glinę. Choć­by drwił ze mnie tylko lub opo­wia­dał wy­my­sły cho­rej głowy, pierw­szy raz sły­szę, by ktoś umiał wy­ja­śnić źró­dło po­ga­nia­ją­ce­go mnie głosu. Czy­sty ruch, na­pę­dza­ją­cy ludz­kość i wszech­świat, ode­zwał się do mnie, bym ży­ciem swym go wy­chwa­lał. Cóż za wizja! Jak trak­to­wać takiż po­mysł? Jako okul­tyzm czy inną magię? Re­we­la­cje Ba­tiusz­ki, choć kręci mi się od nich w gło­wie, po raz pierw­szy w życiu zsy­ła­ją jakąś na­miast­kę spo­ko­ju, myśl, nie­do­rzecz­ną choć­by, któ­rej ucze­pić się mogę.

Ba­tiusz­ka pod­no­si się, zła­paw­szy opar­cie ławy.

– Moje uczen­ni­ce, ko­bie­ty star­sze, do­sta­ły przy­dzia­ły w innym wa­go­nie – mówi. – Zo­ba­czę co u nich. Będą pew­nie chcia­ły, bym do pół­no­cy mo­dlił się z nimi. Oj, cięż­ki mój los! A była taka jedna, kra­śna, od­pro­wa­dzić mnie! Że też po­sta­no­wi­łem zro­bić przy­jem­ność ba­bin­kom, głupi Ba­tiusz­ka! Skończ tę bu­tel­kę, brat, za moje zdro­wie… I za ruch! Po­roz­ma­wia­my potem, jeśli spać nie bę­dziesz, albo rano…

Idzie nie­pew­nym kro­kiem wśród pa­sa­że­rów zda­ją­cych się nie zwra­cać na niego uwagi.

Po­trze­bu­ję od­po­czyn­ku. Ukła­dam się naj­wy­god­niej jak mogę i za­ta­piam we wła­snych my­ślach. Głos mil­czy, niby kon­tent, że wy­słu­cha­łem opo­wie­ści Ba­tiusz­ki, za­mo­czy­łem palce w wo­dach ja­kiejś więk­szej ta­jem­ni­cy. Je­stem pod­eks­cy­to­wa­ny, lecz przede wszyst­kim zmę­czo­ny. Po­ciąg ukła­da mnie do snu, lampy przy­ga­sa­ją, nie­re­gu­lar­ne trzę­sie­nie na­bie­ra rów­ne­go tempa. Kilku ostat­nich pa­sa­że­rów, któ­rzy nie po­snę­li jesz­cze, ści­sza roz­mo­wy do kon­spi­ra­cyj­nych szep­tów.

Świat gna do przo­du, cią­gnię­ty za­przę­giem po­sęp­nych, sta­lo­wych ko­lo­sów i róż­no­barw­nych, roz­ja­rzo­nych ma­rzeń ludz­kich. Gdzieś tam w od­da­li jest Je­ka­te­ryn­burg, a potem Mo­skwa, War­sza­wa i Eu­ro­pa, jesz­cze dalej Atlan­tyk, Ame­ry­ka, Pa­cy­fik i dzicz, i Sy­be­ria, i Tiu­meń, i znowu Je­ka­te­ryn­burg, i znowu Mo­skwa, i znowu War­sza­wa, i znowu…

Gdzieś dalej jest księ­życ i rzym­scy bo­go­wie…

I Spi­ra­la za­wie­szo­na w pu­st­ce mocą Wiel­ko­ści…

I An­dro­me­da przy­ku­ta do skały, cze­ka­ją­ca na wy­pusz­cza­ją­ce­go parę Per­se­usza…

Prze­strzeń gna i wi­ru­je. Wszy­scy je­ste­śmy der­wi­sza­mi cze­ka­ją­cy­mi, aż ruch za­bie­rze nas poza gra­ni­ce zro­zu­mie­nia…

Chwyt za ramię budzi mnie ze snu. Pró­bu­ję ze­rwać się, lecz ręka męż­czy­zny jest cięż­ka, na­ka­zu­je mi sie­dzieć.

– Spo­koj­nie, panie Mer­ku­ry. To ja… – Po­zna­ję głos kon­tro­le­ra.

Lampy po­ga­sły już, ledwo widzę twarz męż­czy­zny.

– Mam dla pana wia­do­mość.

Prze­cie­ram oczy, wizje od­le­głych świa­tów zni­ka­ją, wokół mnie znów tylko wagon gna­ją­cy przez Rosję.

– Słu­cham?

– Pań­ska przy­ja­ciół­ka czeka w pierw­szej kla­sie. – Wy­czu­wam roz­ba­wie­nie w jego gło­sie. – Aku­rat mamy wolny prze­dział w wa­go­nie pią­tym. Prze­ko­na­ła mnie, żebym udo­stęp­nił go pań­stwu. I przy­pil­no­wał, by nikt nie prze­szka­dzał.

Z gra­nic ko­smo­su zo­sta­ję ścią­gnię­ty na zie­mię tak bru­tal­nie, że wznio­słe myśli roz­trza­sku­ją się. Ze swych ja­skiń wy­cho­dzą naj­bar­dziej pier­wot­ne in­stynk­ty. W ży­łach wciąż bu­zu­je wódka, a po­trze­by ciała przy­po­mi­na­ją o sobie. W tej mie­rze je­stem nie mniej­szym ka­pła­nem życia niż Ba­tiusz­ka Bo­re­as, a ulgę, którą mi przy­niósł, nie­ja­sną i głę­bo­ką, do­brze wzmoc­nić bę­dzie ulgą przy­ziem­ną, nagłą i roz­kosz­ną.

Za­bie­ram nie­do­pi­tą flasz­kę i idę za ko­le­ja­rzem przez śpią­ce wa­go­ny. Męż­czy­zna z pew­no­ścią wzbo­ga­cił się nie­ma­ło po­ma­ga­jąc Ili­tji, i to pie­niędz­mi jej męża! Oj, Dio­nis, oj, bie­dak! Lecz jego stra­ta to mój zysk!

Wa­go­ny pierw­szej klasy po­dzie­lo­ne są na prze­dzia­ły, w jed­nym tylko, ostat­nim, pali się świa­tło.

Sto­jąc w cia­snym ko­ry­ta­rzu, bi­le­ter na­chy­la się nad moim uchem.

– Po praw­dzie, to w tym wa­go­nie pa­sa­że­rów nie ma żad­nych. Pro­szę się nie krę­po­wać…

Pod­cho­dzę do rozświetlonego prze­dzia­łu. Ele­ganc­kie, zie­lo­ne za­sło­ny nie po­zwa­la­ją zaj­rzeć do środ­ka. Od­dy­cham głę­bo­ko, przy­gła­dzam włosy i otwie­ram drzwi.

Wnę­trze jest luk­su­so­we, wszę­dzie pełno po­zła­ca­nych or­na­men­tów, pod ta­pi­ce­ro­wa­ny­mi ka­na­pa­mi i wzdłuż ścia­ny wa­go­nu cią­gną się rury grzew­cze.

Ili­tja jest sama. Sie­dzi w pozie znu­dzo­nej pa­sa­żer­ki, noga za­ło­żo­na na nogę, po­li­czek wspar­ty na dłoni, ręka na pu­cha­tym pod­ło­kiet­ni­ku.

– Och, pan Mer­ku­ry? – Spo­glą­da na mnie z uda­wa­nym bra­kiem za­in­te­re­so­wa­nia. – To chyba nie pań­ski prze­dział? No do­brze, skoro już pan jest, pro­szę wejść. Mój mąż śpi za­la­ny w trupa w są­sied­nim wa­go­nie, ktoś musi za­ba­wić mnie dys­ku­sją. Śmia­ło, śmia­ło, niech pan siada tutaj, obok mnie, nie ma się czego wsty­dzić. Pro­szę za­mknąć drzwi i po­czę­sto­wać mnie pa­pie­ro­sem.

Wy­cią­gam pa­pie­ro­śni­cę, chło­nąc po­wo­li widok Ili­tji. Ma na sobie je­dy­nie poń­czo­chy i długi, per­ło­wy na­szyj­nik, ob­wią­za­ny dwu­krot­nie, trze­ma rzę­da­mi opada luźno na nagie ciało.

– Ni­czym ka­ra­wa­ny na wy­dmach pu­sty­ni… – Po­zwa­lam wyjść na świat memu we­wnętrz­ne­mu po­ecie.

Ili­tja chi­cho­cze. Za­my­kam za sobą drzwi.

To, co dzie­je się potem, wy­sy­sa ze mnie nie­wiel­ką por­cję ener­gii, którą uzbie­ra­łem krótkim snem. Dzia­łam już tylko siłą al­ko­ho­lu i po­żą­da­nia. Świa­do­mość wy­ga­sa, po­zo­sta­je czy­sty, nie­po­skro­mio­ny pęd! Je­stem ru­chem!

Po­ciąg trzę­sie się, te­le­pie nami, zbli­ża do sie­bie.

Cią­gnę łyk z bu­tel­ki, ile­kroć mam wolne usta, by­le­by tylko nie zwol­nić. 

– Szyb­ciej, szyb­ciej! – krzy­czy Ili­tja.

Nie mogę zwol­nić!

Wa­go­nem szar­pie coraz moc­niej, zdaje się, że wy­ko­lei się zaraz!

Czy to ja wpra­wiam go w ruch, czy on mnie?

Cią­gnę włosy Ili­tji, a za­sło­ny spa­da­ją z kar­ni­szy, ści­skam ją, a z trza­skiem otwie­ra się okno!

Znów wi­ru­ję w tańcu, innym, lecz tym samym! Pod­bój ga­lak­tyk i mi­łość z ko­chan­ką to to samo, najam­bit­niej­sze ma­rze­nie i naj­pry­mi­tyw­niej­sze po­żą­da­nie to to samo! Naj­pierw­sza z pierw­szych i naj­ostat­niej­sza z ostat­nich myśli ludz­kich, wszyst­ko to jedno, wszyst­ko to życie, wszyst­ko to ruch!

I gdy za­ta­piam się w Ili­tji tak mocno, że przez krót­ki mo­ment je­ste­śmy jed­nym, zdaje mi się, że cały po­ciąg widzę z lotu ptaka, i że czuję go niby czę­ści wła­sne­go ciała. Chwi­la, mgnie­nie le­d­wie, gdy ma­szy­na, czło­wiek i ruch spla­ta­ją się, tak jak sple­cio­ne są ciała moje i Ili­tji, u progu eks­ta­zy. I sły­szę wy­raź­nie, jak ma­szy­ni­sta krzy­czy „Pu­ścić parę!” i widzę pa­la­cza cią­gną­ce­go wen­tyl.

Roz­no­si się gwizd, długi, za­wo­dzą­cy, wizja koń­czy się, a ja opa­dam na ka­na­pę, dy­sząc. Wiot­ka Ili­tja osuwa się, ukła­da na mych ko­la­nach.

Się­gam po wódkę, wy­pi­jam hau­stem ostat­nią ćwiart­kę i po­zwa­lam bez walki, by ogar­nął mnie sen.

 

*

 

Gdy się budzę, na ze­wnątrz wciąż jest ciem­no. Ili­tji nie ma w prze­dzia­le. Ubie­ram się po­spiesz­nie i wy­glą­dam na ko­ry­tarz. Pusto.

Jak długo spa­łem? Pró­bu­ję od­pa­lić pa­pie­ro­sa, lecz udaje mi się do­pie­ro za trze­cim po­dej­ściem, tak bar­dzo trzę­są mi się ręce z wy­cień­cze­nia i prze­pi­cia. W gło­wie czuję ucisk, w żo­łąd­ku mdło­ści. Gdy wa­go­nem szar­pie nagle, wy­mio­tu­ję na pod­ło­gę. Z na­dzie­ją za­glą­dam do prze­dzia­łu i pod­no­szę bu­tel­kę po smir­no­wie. Zo­stał mały łyk, który oczysz­cza gar­dło i roz­ja­śnia tro­chę myśli.

Ili­tja, Ili­tja… Wró­ci­ła pew­nie do męża, bo co in­ne­go miała zro­bić? Cze­kać, aż się obu­dzę, by dać ca­łu­sa na do wi­dze­nia? Po­wi­nie­nem pójść na swoje miej­sce, spró­bo­wać za­snąć jesz­cze i uni­kać Dio­ni­sa.

Idę przez ciem­ne, puste ko­ry­ta­rze, czu­jąc na­ra­sta­ją­cą pa­ra­no­ję. Co, jeśli gru­bas do­my­śli się cze­goś? Jeśli Ili­tja po­czu­je choć­by cień skru­chy i wyda nasz se­kret? Cięż­ki, lepki pot za­le­wa mi czoło.

Spo­koj­nie, Mer­ku­ry, uspo­kój się tylko. To al­ko­hol i zmę­cze­nie plą­czą ci myśli. Je­steś bez­piecz­ny, mia­łeś nawet straż­ni­ka, który strzegł wa­szej pry­wat­no­ści…

Wtem do­cie­ra do mnie, że gwa­ran­cji wier­no­ści kon­tro­le­ra nie ma żad­nej. Chci­wiec mu­siał się do­brze ob­ło­wić na Ili­tji, a ape­tyt ro­śnie w miarę je­dze­nia! Co, jeśli pój­dzie do Dio­ni­sa, wyda nas, choć­by i za kilka nędz­nych ko­pie­jek?

Zimny język lęku prze­jeż­dża­ją po mym krę­go­słu­pie i opla­ta żo­łą­dek. Przy­spie­szam kroku, do­bie­gam do to­a­le­ty na po­cząt­ku wa­go­nu, otwie­ram drzwi i łapę się za usta, by zdu­sić krzyk.

Na se­de­sie sie­dzi mar­twy Dio­nis By­stroj. W ciem­no­ściach widzę tylko jego bladą twarz za­sty­głą w za­sko­cze­niu i ko­szu­lę na­zna­czo­ną krwi­sty­mi pla­ma­mi.

Zwło­ki ska­czą na mnie, cofam się, wpa­dam na drzwi wa­go­nu i z ję­kiem osu­wam na pod­ło­gę.

Dio­nis wciąż spo­czy­wa w to­a­le­cie. To tylko szarp­nię­cie wa­go­nu trzę­sło nim. Zło­żył teraz głowę na ra­mie­niu i uśmie­cha się głu­pio, jakby spod pół­przy­mknię­tych po­wiek kon­tem­plo­wał moją ża­ło­sną po­zy­cję i szy­dził. 

Wy­mio­tu­ję znów, choć w żo­łąd­ku nie ma już wiele. 

Pod­no­szę się, ocię­ża­ły, i pró­bu­ję zro­zu­mieć sy­tu­ację. Kto zabił Dio­ni­sa? Nie wiem i nie­wie­le mnie to ob­cho­dzi. Bo­ga­ty, za­pi­ja­czo­ny po­dróż­nik to ła­ko­my kąsek dla zło­dzie­ja. Próba kra­dzie­ży mogła prze­ro­dzić się w bójkę, a ta za­koń­czyć mor­der­stwem. To nie­istot­ne. Co ważne, to jak ja zo­sta­nę po­łą­czo­ny ze spra­wą. Ili­tja na pewno po­my­śli o mnie, gdy znaj­dą ciało jej męża i za­ło­ży, że mo­głem go zabić z na­iw­nej za­zdro­ści. Jak po­stą­pi wtedy? Może po­wi­nie­nem ją od­na­leźć, wy­ba­dać nieco sy­tu­ację? Nie, to idio­tycz­ny po­mysł, po­grą­żę się tylko. Muszę dzia­łać!

Szyb­ko wy­cią­gam sznu­rów­kę z buta i przy­wią­zu­ję luźno do ha­czy­ka na drzwiach we­wnątrz to­a­le­ty. Za któ­rymś razem udaje mi się za­mknąć po­miesz­cze­nie od ze­wnątrz, prze­cią­ga­jąc sznu­rów­kę przez szpa­rę nad pod­ło­gą. Le­piej, żeby zna­leź­li Dio­ni­sa póź­niej, niż wcze­śniej.

Roz­trzę­sio­ny wra­cam do swo­je­go wa­go­nu. Wszy­scy pa­sa­że­ro­wie po­snę­li już, po­wy­gi­na­ni na drew­nia­nych ła­wach. Wszy­scy, poza Ba­tiusz­ką, który sie­dzi na swym miej­scu i pali pa­pie­ro­sa.

Sta­ra­jąc się nie dać nic po sobie po­znać, sia­dam na­prze­ciw mni­cha.

Spo­glą­da na mnie po­dejrz­li­wie, jakby wie­dział coś. Nie, wy­da­je mi się tylko, pa­trzy jak przed­tem, może nieco męt­niej tylko.

– Roz­dzie­li­li­śmy się, brat, na chwi­lę, ale noc nas znowu po­łą­czy­ła…

– Na to wy­glą­da… – Z tru­dem przy­wo­łu­ję uśmiech.

Spo­glą­dam tępo za okno, gdzie bie­gną pręd­ko ciem­ne, nie­ja­sne kształ­ty, ob­sy­pa­ne księ­ży­co­wym pyłem.

 Muszę ukoić nerwy, nim pi­jac­ka pa­ra­no­ja i obłęd po­dzie­lą się mną jak boch­nem chle­ba. Je­stem w po­cią­gu, bo tak na­ka­zał mi głos, słu­cha­łem go za­wsze, czemu miał­by teraz mnie zdra­dzić?

Trud­no mi od­dy­chać, po­wie­trze lepi się od opa­rów wódki i zgęst­nia­łe­go dymu, wy­mie­sza­nych z odo­rem spo­co­nych ciał. Wsta­ję i pró­bu­ję otwo­rzyć okno, lecz jest ono za­cię­te. Wal­czę chwi­lę, po czym pod­da­ję się, opie­ram czoło o chłod­ną szybę.

– Po­wie­trza ci trze­ba? – Mnich gasi pa­pie­ro­sa o po­de­szwę i rzuca nie­do­pa­łek pod ławę. – My tu mamy po­wie­trze naj­lep­sze z moż­li­wych! Za­cią­gnij się, bra­cisz­ka, toż tak pach­nie życie! Tak pach­nie ludz­kość!

Cho­wam twarz w dło­niach.

– Nie wiem, Ba­tiusz­ka, czy mam jesz­cze siły słu­chać wa­szych roz­wa­żań…

Wzdy­cham cięż­ko, po­zwa­la­jąc ohyd­nym mia­zma­tom wy­peł­nić płuca.

– Ja też go sły­szę – Bo­re­as po­waż­nie­je nagle. – Ten głos, który każe mi gnać wciąż, niestrudzenie…

Roz­bu­dzam się mo­men­tal­nie.

– Co wy…

– Je­ste­śmy inni. Wy­bra­ni, by go sły­szeć, by nas pro­wa­dził. Uro­dzi­li­śmy się, brat, by być tu dzi­siaj. Cała nasza trój­ka zmie­rza­ła róż­ny­mi dro­ga­mi w jedno miej­sce, w jeden czas.

– Trój­ka…?

– Ja, ty… I nie­wia­sta…

Nie zdą­żam ze­brać myśli, gdy do wa­go­nu wcho­dzi kon­tro­ler. Po­sy­ła mi roz­ba­wio­ne spoj­rze­nie, na­chy­la się nad mni­chem i wy­szep­tu­je mu kilka słów do ucha.

– Do­brze, do­brze… – mru­czy Ba­tiusz­ka w za­do­wo­le­niu.

Do­strze­gam nagle coś, co mrozi mi krew w ży­łach. Bi­le­ter za­sła­nia usta dło­nią, rękaw ma­ry­nar­ki pod­wi­ja się nie­znacz­nie, odsła­nia­jąc man­kiet. Spin­kę, ce­sar­skie­go orła trzy­ma­ją­ce­go skrzy­dla­te koło, sym­bol kolei, ota­cza­ją krwa­we plamy.

Zry­wam się. Mnich i kon­tro­ler pa­trzą zdzi­wie­ni, szyb­ko orien­tu­ją się, co spo­strze­głem.

– Panie Mer­ku­ry, spo­koj­nie! – Pra­cow­nik kolei przy­wo­łu­je na twarz szcze­ry uśmiech i roz­kła­da ręce. – Prze­cież ja to dla pana zro­bi­łem! On już szedł do was, za­bił­by!

Od­su­wam się w głąb wa­go­nu.

– Co tu się dzie­je? – Spo­glą­dam spa­ni­ko­wa­ny na mni­cha, który pod­no­si się po­wo­li.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, brat Mer­ku­ry. – Bo­re­as łapie kon­tro­le­ra za ra­mio­na. – Brat Stro­zij to przy­ja­ciel! Życie ci ura­to­wał!

Pró­bu­ją po­dejść, a ja cofam się znów, od­dy­cha­jąc coraz szyb­ciej.

– Skąd wy…?

– Takie było me za­da­nie, ze­brać ka­pła­nów i przy­go­to­wać li­tur­gię. Wszy­scy ko­le­ja­rze w tym po­cią­gu to moi ucznio­wie, bra­cisz­ka Mer­ku­ry – ujaw­nia mnich po­god­nym tonem. – Ty wśród swo­ich! Mamy dzi­siaj świę­to, chodź­że z nami, chodź­że!

– Chodź­że! – na­kła­nia kon­tro­ler wy­cią­ga­jąc dło­nie.

Wi­dząc, jak przy­su­wa­ją się, nie wy­trzy­mu­ję i ucie­kam. Co tu się dzie­je? Kim są ci lu­dzie? Bie­gnę spa­ni­ko­wa­ny przez ko­lej­ne wa­go­ny, zbli­ża­jąc się do lo­ko­mo­ty­wy. Od­głos pracy ma­szy­ny na­si­la się. Chwy­tam po dro­dze za wszyst­kie linki ha­mul­ca bez­pie­czeń­stwa, ale nic to nie daje, usi­łu­ję bu­dzić pa­sa­że­rów krzy­kiem i szar­pa­niem, lecz są niby za­klę­ci, wiot­cy i zu­peł­nie nie­obec­ni.

Ko­lej­ne wa­go­ny upior­ne­go po­cią­gu zdają mi się coraz mniej­sze, krót­sze i węż­sze. Bie­gnę, a tur­kot lo­ko­mo­ty­wy jest już ni­czym ude­rze­nia młota o ko­wa­dło tuż nad moją głową.

W pierw­szej kla­sie nie­mal wpa­dam na ciem­ną po­stać wy­cho­dzą­cą z prze­dzia­łu. Po­ty­kam się o wła­sne nogi i upa­dam. Pod­no­szę spa­ni­ko­wa­ne spoj­rze­nie.

Ili­tja jest cho­ro­bli­wie blada. Za­pie­ra się o ścia­nę, dy­sząc cięż­ko. Owle­czo­na jest kocem, jakby tar­gał nią chłód.

– Pan Mer­ku­ry… – Roz­po­zna­je mnie. Ma słaby głos. – Ja… Mia­łam dziw­ny sen, panie Mer­ku­ry.

Opada na ścia­nę wa­go­nu i zsuwa się po niej, lą­du­je na pod­ło­dze obok mnie.

– Panie Mer­ku­ry… – Widzę, jak nie­obec­ne jest spoj­rze­nie ko­bie­ty. – Dokąd… Dokąd je­dzie­my? Całe życie, całe życie tak gnam do­kądś… To ja na­mó­wi­łam męża na te wa­ka­cje, ale nie chcia­łam ich wcale. Tylko głos, jakiś głos mi kazał… Za­wsze gdzieś mnie cią­gnął… Za­wsze… Do pana też, panie Mer­ku­ry…

Ko­bie­ta wzdy­cha nagle, ata­ku­ją ją tor­sje. Koc zsuwa się z ra­mion i widzę wiel­ki, na­pię­ty brzuch.

– Co… Co to za sztucz­ka? – pytam, zgłu­pia­ły zu­peł­nie.

– Żadna sztucz­ka, brat! Toż życie samo!

Od­wra­cam się. Ba­tiusz­ka stoi na czele swych dwóch ba­bi­nek i bi­le­te­ra. Z dru­giej stro­ny ko­ry­ta­rza nad­cho­dzą inni ko­le­ja­rze. Żad­nej uciecz­ki…

Sta­rusz­ki mi­ja­ją mnie i po­ma­ga­ją Ili­tji się uło­żyć. Za­ło­ga ko­le­jo­wa pada na ko­la­na i wzno­si ciche modły, które mie­sza­ją się w jedną pieśń z od­gło­sa­mi jazdy po­cią­gu i ję­ka­mi ko­bie­ty.

– Za­czy­na się, brat, za­czy­na! – dudni Ba­tiusz­ka. – Jakże pręd­ko! Toż to nie­cier­pli­wość ucie­le­śnio­na!

Ko­le­ja­rze in­to­nu­ją nie­zro­zu­mia­ły psalm, a stęk­nię­cia Ili­tji prze­cho­dzą w po­twor­ny, roz­dzie­ra­ją­cy umysł krzyk. Czuję, jak wszyst­kie nie­sa­mo­wi­te wy­da­rze­nia nocy na­kła­da­ją się na mnie z wiel­ką siłą, zgnia­ta­ją po­wo­li, wy­ci­ska­ją po­wie­trze z płuc. Świat wokół mknie, drga i wi­ru­je, na­pę­dza­ny nie­ludz­kim wrza­skiem i śpie­wem. Jak przez okno roz­pę­dzo­ne­go po­cią­gu mija mi Ba­tiusz­ka i roz­mo­dle­ni ko­le­ja­rze, i krew za­le­wa­ją­ca pod­ło­gę.

I drżą­ce po­wietrze mię­dzy no­ga­mi Ili­tji, jakby wy­do­stać się z ko­bie­ty pró­bo­wa­ło coś z in­ne­go świa­ta, jakaś materia bez formy, niby oży­wio­ny hu­ra­gan. Isto­ta spoza ho­ry­zon­tów poj­mo­wa­nia, mon­strum z ru­bie­ży zmy­słów. Zjawa usi­łu­je przybrać postać, na­bie­ra kształ­tu, wy­peł­nia się krwią.

Nagle przy­cho­dzi zro­zu­mie­nie. Moja wizja, którą śni­łem tyle razy. Głos pró­bu­ją­cy zy­skać ciało, zstą­pić mię­dzy nas. Tutaj całe życie mnie pro­wa­dził. Do tego po­cią­gu, wła­śnie tej nocy, do ko­bie­ty na­zna­czo­nej tym samym do­ty­kiem spoza ludz­kie­go świa­ta.

Da­li­śmy mu, czego pra­gnął. Ja i Ili­tja…

Kur­ty­na rze­czy­wi­sto­ści opada. Nie je­stem w sta­nie znieść wi­do­ku isto­ty. Świa­do­mość od­pły­wa, siły od­cho­dzą.

Nie ma mnie.

 

*

 

Czuję al­ko­hol wdzie­ra­ją­cy się w noz­drza. Otwie­ram po­wo­li oczy i widzę uśmiech­nię­te­go Ba­tiusz­kę Bo­re­asa, pod­sta­wia­ją­ce­go mi kie­li­szek wódki pod nos. Je­ste­śmy w na­szym wa­go­nie. Na ze­wnątrz jasno już, współ­pa­sa­że­ro­wie roz­ma­wia­ją, ktoś wy­bu­cha śmie­chem. Mgli­ste wspo­mnie­nia za­le­wa­ją mnie i mam ocho­tę ze­rwać się z miej­sca.

– Spo­koj­nie, brat! – Mnich po­waż­nie­je. – By­ście wódkę wy­la­li!

– Wy… Wy mor­der­cy! – syczę przez zęby. – Sek­cia­rze! Nie zbli­żaj się do mnie, Ba­tiusz­ka! Nie chcę twej krzyw­dy i nie wydam was w Je­ka­te­ryn­bur­gu, cóż mnie jakiś Dio­nis ob­cho­dzi, za­po­mnę, za­po­mnę, ale po­zwól mi odejść! – Pró­bu­ję ne­go­cjo­wać.

Wy­pi­ja, na­le­wa na nowo, po­da­je mi.

– Pij­cie.

Mam po­tęż­ne­go kaca i, uspo­ko­jo­ny nieco po­god­nym tonem Ba­tiusz­ki, wy­chy­lam kie­li­szek. Pusty żo­łą­dek bun­tu­je się, lecz ścisk w gło­wie ustę­pu­je. Może jesz­cze uda mi się wyjść z tego cało? Trze­ba tylko grać, jak Bo­re­as sobie życzy.

– Mó­wi­łem wam, że mamy świę­to, pa­mię­ta­cie? – Mnich za­pa­la pa­pie­ro­sa i roz­sia­da się wy­god­nie. – Wie­cie, brat co dziś się wy­da­rzy? We Wła­dy­wo­sto­ku ca­re­wicz Mi­ko­łaj poło­ży ka­mień wę­giel­ny pod Wiel­ką Drogę Sy­be­ryj­ską, która po­łą­czy wschód z za­cho­dem. To naj­wspa­nial­szy po­mnik, jaki po­sta­wi­li­śmy dotąd Wiel­ko­ściom, jesz­cze wię­cej bę­dzie ruchu, jesz­cze wię­cej szyb­ko­ści, więk­sze­go zro­zu­mie­nia do­zna­my i bli­żej po­łą­czy­my się z ko­smo­sem. Dziś wola Wiel­ko­ści jest po­tęż­na. Ze­bra­ła nas, mnie, cie­bie i Ili­tję, na ob­rząd­ku. I udało się, brat Mer­ku­ry! Udało się!

Jego krzyk przy­ku­wa uwagę kilku pa­sa­że­rów.

– Ob­rząd­ku…? – Łapię się za głowę, wspo­mnie­nia z końca nocy nie chcą uło­żyć się w ca­łość, jakby umysł mój zgu­bić, znisz­czyć je pró­bo­wał. – Ili­tja… Ona…

– Mó­wi­łem, spo­koj­nie! – Mnich skła­da ręce na ko­la­nach i wle­pia w nie spoj­rze­nie. – Teraz nie od­wra­caj się, brat. Nie spo­glą­daj za sie­bie, bo po­tra­cisz zmy­sły. 

Czuję dotyk de­li­kat­nych pal­ców na po­licz­ku. Myśli i uczu­cia zry­wa­ją się. Nie wiem, kto sie­dzi w ławie za mną, wiem za to, że Ba­tiusz­ka ma rację. Wagon pełen jest pa­sa­że­rów, ale z pew­no­ścią nikt nie widzi teraz tego, co ja bym zo­ba­czył. Dotyk jest nie­mal ludz­ki, lecz…

– Lecz po­trze­bu­ję jesz­cze czasu… – do­kań­cza ko­bie­cy głos. – Wciąż je­stem zbyt obca. Forma to śmiesz­na rzecz…

Prze­ły­kam ner­wo­wo ślinę.

– Do­brze się spi­sa­li­ście. – Sły­szę szcze­rą po­chwa­łę. Drob­ne usta mu­ska­ją miej­sce, które wcze­śniej na­zna­czy­ły palce. Myśli zo­sta­ją uspo­ko­jo­ne, jakby wład­czy głos na­ka­zał im zająć miej­sca, a obec­ność za ple­ca­mi znika. Od­wra­cam się, ława jest pusta.

Ba­tiusz­ka pod­no­si głowę.

– Czas na na­gro­dę, brat, bo i tę na­ka­za­no mi przy­go­to­wać. – Uśmie­cha się we­so­ło. – Ostat­ni ry­tu­ał, jaki mi ob­ja­wio­no. Głos wszedł mię­dzy ludzi, by nie tylko wy­brań­cy mogli go do­stą­pić, lecz każdy, kto od­wie­dzi świą­ty­nie. Do­łą­czy­my do jego or­sza­ku, brat Mer­ku­ry, wę­dro­wać bę­dzie­my wśród eli­zej­skich pól zro­zu­mie­nia i jed­no­ści i pod­bi­je­my gwiaz­dy. Niech za­bie­rze nas ema­na­cja Wiel­ko­ści, niech ruch, ciało i świę­ta ma­szy­na staną się jed­nym.

Nie ro­zu­miem sensu jego słów. Za­miast tego spo­strze­gam, że nie­któ­rzy pa­sa­że­ro­wie pod­no­szą się z miejsc, za­nie­po­ko­je­ni wy­glą­da­ją za okna. Spo­glą­dam w bok i widzę, jak mi­ja­my pierw­sze za­bu­do­wa­nia.

– Je­ka­te­ryn­burg… – wy­szep­tu­ję.

Po­win­ni­śmy zwal­niać, a przy­spie­sza­my. Zry­wam się, wy­bie­gam z wa­go­nu i wy­chy­lam za ba­rier­kę. Wjeż­dża­my wła­śnie na dwo­rzec. Na na­szym torze stoi inny po­ciąg.

Nie zdążę wy­sko­czyć.

Za­my­kam oczy, za­ci­skam zęby.

Je­stem czy­stym ru­chem.

 

*

 

In­ży­nier Kon­stan­tin Ko­smov wes­tchnął głę­bo­ko.

– Czyli sekta roz­bi­ła po­rwa­ny po­ciąg w Je­ka­te­ryn­bur­gu? Nigdy o tym nie sły­sza­łem.

Dziew­czy­na po­sła­ła mu we­so­ły uśmiech.

– Spra­wę za­tu­szo­wa­no oczy­wi­ście. Ro­zu­mie pan, drogi panie in­ży­nie­rze, taka tra­ge­dia w dniu, gdy ca­re­wicz kładzie ka­mień wę­giel­ny pod Trans­sib. Ofi­cjal­nie był to zwy­kły wy­pa­dek, jakie zda­rza­ją się prze­cież, a i tak po­sta­ra­no się, by ga­ze­ty o nim nie pi­sa­ły. Potem re­wo­lu­cja, wojna, nowe czasy… – opo­wia­da­ła, lecz z cza­sem nie wy­trzy­ma­ła i par­sk­nę­ła per­li­ście. – Och, panie in­ży­nie­rze, prze­cież to bajka tylko, sta­rzy ko­le­ja­rze stra­szą nią wie­czo­ra­mi przy wódce! Skąd by kto­kol­wiek wie­dział, co się tam wy­da­rzy­ło? Ależ miał pan minę, panie in­ży­nie­rze, gdy pan słu­chał, na­praw­dę się pan wy­stra­szył!

Za­chi­cho­ta­ła. Kon­stan­tin prze­tarł czoło, rze­czy­wi­ście dał się wcią­gnąć w barw­nie przed­sta­wio­ną opo­wieść.

– Lubię pana, panie in­ży­nie­rze – rze­kła nagle dziew­czy­na, a Kon­stan­ti­no­wi serce za­czę­ło bić szyb­ciej. – Czuję, że jesz­cze nie raz bę­dzie­my razem po­dró­żo­wać. Teraz pro­szę wra­cać do swej drzem­ki, droga jesz­cze da­le­ka. Niech wyśni nam pan ten ko­smos…

Dziew­czy­na wsta­ła, na­chy­li­ła się nad onie­mia­łym in­ży­nie­rem i po­ca­ło­wa­ła go w czoło. Kon­stan­tin po­czuł, jak świa­do­mość go opusz­cza, jak po­wie­ki stają się cięż­kie i opa­da­ją do po­ło­wy.

Zo­ba­czył dziew­czy­nę na ste­pach ob­ce­go świa­ta.

I od­le­głe gwiaz­dy w nie­na­zwa­nych jesz­cze ko­lo­rach.

Zorze za­słon rze­czy­wi­sto­ści otwie­ra­ją­ce się wśród wi­ru­ją­cych kon­ste­la­cji.

I sta­lo­we ko­lo­sy, zmie­rza­ją­ce do nich.

Wszyst­ko w cią­głym ruchu.

Koniec

Komentarze

Hej, 

już wiem czemu tak Ci się podobał tekst, który wspólnie betowaliśmy ;). Lubisz się bawić opisami i jak Duago_Derisme, taki i Tobie wychodzi to bardzo dobrze. Tekst jest bardzo klimatyczny, właśnie poprzez opisy, przenosi czytelnika najpierw na dworzec, a następnie do pociągu. Czuć w opowiadaniu też ciągły ruch, który jest motywem przewodnim tekstu. Postacie też bardzo dobrze wypadają. Co mniej mi się podoba to, że opisy zajmują ci 21 tyś znaków nim zaczyna się coś dziać. Dodatkowo cały kult wypada dość tajemniczo, w mojej ocenie chyba za bardzo. Bardziej niż na samej historii, mam takie wrażenie, skupiłeś się na filozofowaniu i opisach, co ostatecznie nie jest złe, ale chyba nie do końca w moim guście. Mimo to opowiadanie mnie wciągnęło, choć momentami trochę się dłużyło. 

 

Klikam i pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bardzie, dziękuję za odwiedziny i klika! Z opisami rzeczywiście poszedłem na całość, taki był zamysł, ale też pisało się to bardzo naturalnie. Tajemniczość kultu i całego zdarzenia to kwestia, z którą długo walczyłem, obecna wersja tekstu wyjaśnia najwięcej, już czuję, że powiedziałem za dużo :) Zostawiam co nieco czytelnikowi do interpretacji, świadom, że nie każdy lubi takie niejasne elementy w tekście.

Cieszę się, że oceniasz tekst jako klimatyczny, bo to miał być w zamierzeniu najmocniejszy punkt!

Jeszcze raz dzięki i pozdrawiam!

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

Bardzo ładnie napisane. Dało się poczuć klimat epoki i miejsca. Dziwna sekta z przywódcą, który trochę przypomina postaci świętych szaleńców. 

obecna wersja tekstu wyjaśnia najwięcej, już czuję, że powiedziałem za dużo :) Zostawiam co nieco czytelnikowi do interpretacji, świadom, że nie każdy lubi takie niejasne elementy w tekście.

Chętnie poczytam, jak inni interpretują tekst.

 

Klikam. Pozdrawiam!

Hej

To przeklejam fragment z bety aby uzasadnić klika :)

 

Ogólnie to mi się podobało, w kierunku na bardzo. Wysoka płynność pisania, tekst balansuje z niepokojem, niby wszystko jest ok, ale cały czas sączy się tam gdzieś coś niesamowitego. Jest w tym trochę Grabińskiego, ale moim zdaniem napisałeś to po swojemu, więc raczej wybrzmiewa tu Twój styl a Grabińskiego duch co najwyżej, ale to moim zdaniem jest jak najbardziej w porządku.

Pod koniec dziwność przyspiesza i może trochę nawet odchodzisz od tego co działa się wcześniej czyli chodzenie na linie pomiędzy zwykłością, a czymś bardziej wyjątkowym, ale ja kupuję cały Twój tekst i jego zakończenie :)

 

Pozdrawiam więc i klikam!

Khaire!

 

Jako miłośnikowi i gorliwemu wyznawcy tych pisarskich Wielkości – jakości, dbałości i lekkości pióra – niezwykle miło mi było uczestniczyć w tym obrządku. Z całą pewnością rzecz na ponadprzeciętnym poziomie i byłoby miło, żeby została doceniona. Ja daję klika, choć gdybym mógł, dałbym dwa.

Przede wszystkim wypada pochwalić klimat i swadę, z jaką snujesz tę opowieść. Tak jak napisał Edward Pitowski – jest tam pod spodem warstewka niepokoju i tajemnicy, bardzo subtelna, nie wciskana na siłę. To naprawdę trzeba umieć.

 

Gdyby ktoś mnie pytał o minusy, pokręciłbym lekko nosem, że ten anty-mnich zarysowany dość typowo, ikonicznie (w powierzchowności, sposobie bycia i dialogu). Ale to takie czepianie się na siłę, dla zasady, bo podobnie jak świat opowiadań, ten realny też wcale nie jest pełen aż tylu oryginalnych rysów.

 

A, tu się jeszcze palec omsknął:

Bystroj okazał się przedsiębiorcą wracającym z urlopu spędzonego w domku myśliwskich.

 

Pozdrawiam,

D_D

Twój głos jest miodem... dla uszu

Misię. Przede wszystkim bardzo doceniam klimat opowiadania, naprawdę robi wrażenie. Mnie akurat ten mnich się podobał, kalki są spoko, jeśli umie się z nich korzystać, a jakoś nie mam wątpliwości, że Ty umiesz.

Mało trochę horroru w horrorze, ale czy to wada? Imo nie, jakoś wolę, gdy tego rodzaju literatura idzie w stronę tajemnicy i podskórnego niepokoju.

Bardzo satysfakcjonująca lektura. Klikam i nominuję.

„‬Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje jest zarazem bestią i powodzią. Iluzje są tym dla duszy, czym atmosfera dla planety." - V. Woolf

Koalo, a dziękuję!

 

AP, również chętnie zapoznam się z interpretacjami czytelnika :) Dziękuję i pozdrawiam!

 

Edward Pitowski, jeszcze raz dziękuję za betę, oraz za klika! Dziwność mogła zostać niedopowiedziana, wszystkie poprzednie wersje tekstu urywały się nie pokazując aż tak wiele, ale uznałem, że skoro już jedziemy tym pociągiem, to wypadałoby osiągnąć maksymalną prędkość :)

 

Duago_Derisme, dbałość to zasługa betujących :) Miło mi, że doceniasz tekst, zwłaszcza tę subtelną niepewność, trochę się głowiłem nad odpowiednimi proporcjami, więc cieszę się, że się udało.

 

Rossa, bardzo dziękuję za nominację! Myślę, że w formie pisanej taki typ horroru działa najlepiej, nie wiem, czy odważyłbym się na mocniejsze emanowanie grozą.

Klimatyczne, z dobrze wykreowanymi bohaterami opowiadanie. Historia od początku wciąga i nawet nie zauważyłam, kiedy dotarłam do końca. Grozy wystarczająco na mój gust.

Pozdrawiam i życzę powodzenia :)

Cześć! 

 

Zgodzę się z Rossą, mało tutaj horroru w horrorze :)

 

Tyle "narzekania", opowiadanie ma rewelacyjny klimat. Momentami miałem skojarzenia z Lodem Dukaja. Śledzenie losów Merkurego było przyjemnością, co jest zasługą sprawnie napisanych i bogatych opisów oraz rewelacyjnych dialogów. Tajemnica sekty, głos przeobrażający się w kobietę, bardzo dobre.

 

Kliknę jak tylko siądę do komputera;)

„Pokój bez książek jest jak ciało bez duszy”

Milis, cieszę się, że tekst się nie dłużył, w końcu ani to krótkie ani dynamiczne :)  Dziękuję!

 

cezary_cezary, porównanie przyjmuję z przyjemnością, choć przyznaję, że Lodu nie przebrnąłem. Może to znak, że czas nadrobić? Dziękuję za lekturę i opinię!

Hej, Reinee.

Wyszedł horror harlequin, co nie oznacza, że zły:) Oszust i naciągacz został ojcem demona, grozę zapewniają morderstwa. Na plus wprowadzenie i zakończenie historii, trochę jak w filmie Titanic:). Czego to ludzie nie opowiadają w pociągach?:)

Feniks 103.

audaces fortuna iuvat

feniks103, dzięki za odwiedziny! Ten Titanic przypadkiem wyszedł, ale w sumie się zgadza, bo przecież romans i katastrofa też są :)

Czytałem wczoraj i byłem zachwycony. W obawie, że mogła być to kwestia… okoliczności, pokontemplowałem na chłodno i… kurczę, dalej jestem pod wrażeniem. :O

Twórczość Grabińskiego jest mi właściwie obca, ale te urywki, które znam – ,,kolejowa mistyka” i tak dalej – faktycznie przypominają mi to opowiadanie, więc zaryzykuję stwierdzenie, że pod tym względem się udało. Poza tym miałem skojarzenia z jakimś (nomen omen) pojechanym, eksperymentalnym filmem grozy, który ogląda się dziwnie, z niepokojem, ale i tak wciąga jak jasna cholera. Do tego trochę ,,Dziecka Rosemary”, trochę ,,Oczu szeroko zamkniętych”, trochę nawet ,,Hellboya” (Rasputin… yyy, Batiuszka Boreas i głos spoza świata) i jeszcze pewnie trochę czegoś innego, czego teraz nie potrafię wymienić z tytułu. Cudo.

Poza tym plusik za smaczki historyczne (i lingwistyczne). Nie wiem, czy to było zamierzone, ale filozofia Batiuszki przypomina nieco poglądy pewnej autentycznej rosyjskiej sekty.

Jedyny minus – łatwo się domyślić, że z pańcią opowiadającą historię jest coś nie tak. ;)

Show us what you got when the motherf...cking beat drops...

Cześć Reinee,

 

Tekst dobry, chociaż zaczyna się raczej obyczajówką i jakoś tak długo wprowadza w atmosferę niepokoju. Podoba mi się pomysł na umieszczenie “opowiadania w opowiadaniu”. Bardzo dobrze oddałeś klimat epoki, w której dzieje się akcja, no a wytworność językowa to pierwsza klasa. Tylko trochę za dużo tej wódki w tekście, chociaż z drugiej strony to przecież XIX-wieczna Rosja:)

Co do odniesień do Grabińskiego, to jak dla mnie nieco za mało grozy/horroru w opowiadaniu, a i też zaciekawiła mnie ta narracja pierwszoosobowa, bo nie przypominam sobie, aby klasyk się nią posługiwał kiedykolwiek, chociaż mogę się mylić. No ale to oczywiście Twoja koncepcja.

 

Powodzenia i pozdrawiam!

 

SNDWLKR, miło mi, że tak bardzo przypadło Ci do gustu. Do tekstu wrzuciłem faktycznie sporo, znalazło się miejsce na stare pomysły (od dawna myślałem nad tematem Kolei Transsyberyjskiej i prawosławnych sekt), jak i nowe (motyw zdrady małżeńskiej wziąłem z “Przypadku” Grabińskiego), a Boreas, nim zdecydowałem się na konwencję imion, był pierwotnie Grigorijem :) Jednak wszystko to układało mi się bardzo płynnie w całość. Dziękuję i pozdrawiam!

 

JPolsky, wódka faktycznie leje się strumieniem i trochę się bałem, że przesadziłem, ale chciałem historii w oparach alkoholu. Pierwszoosobowa narracja była dla mnie naturalnym wyborem, czuję, że dobrze pasuje do horroru i pozwala na lepsze budowanie atmosfery niepokoju. Dzięki za miłe słowa odnoście języka i klimatu epoki, pozdrawiam!

Jedna noc i tyle wydarzeń!

Opisałeś niezwykłą podróż. Niezwykłą do tego stopnia, że wiele spraw chyba umknęło mojej zdolności pojmowania – mam na myśli dość filozoficzną wymianę myśli dotycząca spraw sekty Batiuszki, a jednocześnie na tyle zajmującą, że trudno było oderwać się od lektury. Horroru, jak na mój gust, pomieściłeś tu ilość wystarczającą.

Mam nadzieję, Reinee, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadania do piórka.

 

O dwu­dzie­stej-dru­giej dzie­sięć rusza pa­sa­żer­ski do Je­ka­te­ryn­bur­ga. → Zbędny dywiz.

 

– I ja po­pro­szę. – mówi mil­czą­ca dotąd żona Dio­ni­sa, Ili­tja. → Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

– Nie. – od­po­wia­da. → Jak wyżej.

 

Przy po­dłuż­nym, bia­łym bu­dyn­ku o zie­lo­nym gma­chem go­to­wi się już nasz po­ciąg. → Nie rozumiem zdania. Czy to jego ostateczne brzmienie?

 

 – Dwu­dzie­sta-dru­ga dzie­sięć z Tiu­me­ni! → Zbędny dywiz. Dlaczego taki zapis?

 

Wy­cią­ga nagle spod ha­bi­tu bu­tel­kę Smir­no­wa.Wy­cią­ga nagle spod ha­bi­tu bu­tel­kę smir­no­wa.

Nazwy trunków piszemy małą literą. https://sjp.pwn.pl/zasady/109-20-10-Nazwy-roznego-rodzaju-wytworow-przemyslowych;629431.html

 

Od­krę­ca, bie­rze so­lid­ny łyk… → Od­krę­ca, wypija so­lid­ny łyk

Łyków się nie bierze.

 

Ba­tiusz­ka pod­no­si się, zła­paw­szy za opar­cie ławy.Ba­tiusz­ka pod­no­si się, zła­paw­szy opar­cie ławy.

 

Cóż dzie­je się potem, wy­sy­sa ze mnie tę nie­wiel­ką por­cję ener­gii, którą uzbie­ra­łem nie­spo­koj­nym snem. → Czy początek zdania nie powinien brzmieć: To, co dzie­je się potem…

 

W gło­wie czuję ścisk… → Raczej: W gło­wie czuję ucisk

 

pod­no­szę bu­tel­kę po Smir­no­wie. → …pod­no­szę bu­tel­kę po smir­no­wie.

 

Wy­mio­tu­je znów, choć w żo­łąd­ku nie ma już wiele. → Literówka.

 

lecz ścisk w gło­wie ustę­pu­je. → …lecz ucisk w gło­wie ustę­pu­je.

 

ca­re­wicz Mi­ko­łaj pod­ło­ży ka­mień wę­giel­ny… → Literówka.

 

Mnich skła­da ręce na na ko­la­nach… → Dwa grzybki w barszczyku.

 

Za­miast tego spo­strze­gam, ze nie­któ­rzy… → Literówka.

 

gdy ca­re­wicz sta­wia ka­mień wę­giel­ny pod Trans­sib. → …gdy ca­re­wicz kładzie ka­mień wę­giel­ny pod Trans­sib.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, z nazwami z małej to dla mnie chyba nowość, więc dziękuję, czegoś się nauczyłem :) Podobnie z dywizem w godzinach, byłem przekonany, że to poprawny zapis (a przynajmniej dopuszczalny?)

 

Przy podłużnym, białym budynku o zielonym gmachem gotowi się już nasz pociąg.

 

Rzeczywiście, powinno być dachu, chyba miałem pierwotnie inną koncepcję tego zdania, a po zmianie ten gmach ukrył się przed mym wzrokiem…

 

Czytelności i jasności przekazu trochę się obawiałem, ale jeśli tekst jest na tyle interesujący, że można z przyjemnością przejść nawet przez bardziej enigmatyczne momenty, to mogę odetchnąć z ulgą :) Cieszę się również, że ilość grozy uważasz za odpowiednią, widzę w tej mierze dosyć równy podział wśród czytelników.

 

Szybko poprawiam i pozdrawiam!

Pajechali!

Reinee, cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatnie. A ponieważ poprawiłeś usterki, złożyłam wizytę w nominowalni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ciekawy, klimatyczny tekst. Wzbudza niepokój.

Reg, dziękuję!

 

pusia, właśnie klimat i niepokój były moimi głównymi celami! Dziękuję za odwiedziny!

Reinee, cała przyjemność po mojej stronie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Naprzeciw siedziała śliczna, młoda kobieta w obcisłej, czarnej sukience. Kilka rzędów pereł oplatało szyję dziewczyny.

Szybko powtórzony podmiot, do tego niespójny.

– Wyśle pan człowieka w kosmos! Czyż nie tak? Och, panie inżynierze…!

Mi nieco wadzi ta egzaltowana maniera. Rozumiem epokę, stylizację, ale jak dla mnie osobiście nieco za dużo.

 

Nigdy nie myślałem, że tak soczysta scena erotyczna będzie zawierała wyraz “maszynista”.

 

Ależ dobry tekst, i klimacik, i pewność siebie cwaniaka, która zostaje wystawiona na próby, i barwne postacie, i kosmiczna intryga. Bardzo dużo tu się dzieje, a zostało umiejętnie splecione w całość.

 

Gdybym miał się czepiać, to podniosłość Boreasa nieco męczy.

 

 

 

facebook.com/tadzisiejszamlodziez

GreasySmooth, dziękuję za komentarz i nominację!

 

Naprzeciw siedziała śliczna, młoda kobieta w obcisłej, czarnej sukience. Kilka rzędów pereł oplatało szyję dziewczyny.

 

Mógłbym zrezygnować z drugiego podmiotu, Kilka rzędów pereł oplatało długą szyję wydaje się dobrą alternatywą, lecz kolejne dwa zdania zdają mi się lepiej brzmieć w obecnej wersji. Muszę się zastanowić, która opcja jest elegantsza…

 

– Wyśle pan człowieka w kosmos! Czyż nie tak? Och, panie inżynierze…!

 

Tak, przesadziłem, przyznaję się, ale chciałem, żeby dziewczyna zapadła czytelnikowi w pamięć :)

 

Cieszę się, że tle znalazłeś w tekście pozytywnych elementów! No i w końcu mam komentarz do sceny erotycznej, chyba pierwszej, jaką napisałem. 

 

Pozdrawiam!

 

 

Niezwykle klimatyczne opowiadanie.

Jeśli kolejowa legenda to tylko carska Rosja i kolej Transsyberyjska :)

W ogóle cały ten kolejowy konkurs jest świetnym pomysłem. Dzisiejsze podróżowanie pociągiem nie ma już w sobie tej aury tajemniczości, którą kiedyś tak genialnie potrafił oddać mistrz Grabiński. Tobie też się to udało.

Pozdr.

Cześć, Reinee!

 

Bardzo podoba mi się, jak ten tekst „rośnie”. Pomijając początkową scenkę, gdzie pani aż nazbyt grzecznie powtarza „panie inżynierze, panie inżynierze”, z pozoru zwykłe sytuacje podszyte są subtelną niezwykłością. A do tego nie jest to coś, co jest tylko tłem, ale gra istotną rolę w rozwoju akcji, można powiedzieć, że steruje bohaterem z tylnego siedzenia.

Nie nazwałbym tego horrorem, co do weirdu miałbym wątpliwości (chociaż ekspertem nie jestem), ale nie jest to na szczęście mój problem. Ja tu widzę realizm magiczny z nutką niepokoju.

A całość upięta jest klimatem i językiem. Co prawda miałem już dość ciągłego picia wódki mimo wcześniejszych wymiotów, braku posiłku itd., tutaj magia uciekała, ale podobała mi się duszna atmosfera pociągu. A ponad wszystko podobało mi się, że tekst sprawia wrażenie, jakbyś w świecie przestawił/dołożył cegiełkę, a później pisał to, co historia ze sobą przyniesie.

To nie jest tekst, z którego strzelają fajerwerki, ani taki, który pozostawia za sobą efekt wow. Ale jest to tekst dojrzały.

 

Pozdrówka i powodzenia w krokusie!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Ja tak jeszcze pobetowo się zjawiam, by wtrącić, że tekst wg mnie jest na wysokim poziomie literackim, czyta się z przyjemnością, z wrażeniem, że ten, co pisał, wiedział dobrze co i jak robić. Jednym słowem – dobre! Co do horroru, nie wypowiadam się, bo sama nie jestem pewna… :D 

Gratuluję dobrego opowiadania! 

laugh

Sajmon15, dziękuję za odwiedziny i komentarz, Transsib był pierwszym skojarzeniem do konkursu, potem stał się elementem tła, ale kto wie, może kiedyś napiszę coś o dłuższej podróży :)

 

Krokus, dziękuję za pozytywną ocenę! Coś jest na rzeczy z tym brakiem fajerwerków, bo przy pisaniu tekstu przyświecała mi inna myśl niż zazwyczaj. Zazwyczaj staram się zrobić zwrot akcji, zaskoczyć odbiorcę niczym M. Night Shyamalan, wprowadzić jakiś fałszywy trop… Tym razem miała być forma nad treścią, a fabuła jest stosunkowo prosta, jedynie posiada niejasne, enigmatyczne elementy. Pozdrawiam!

 

JolkaK, dziękuję, że wpadłaś ponownie i za betę!

Podobało mi się. Cezary_cezary mówi, że momentami miał skojarzenia z Dukajem, ja to samo, tylko mocniej – cały czas (może pomijając demoniczne narodziny). Rosyjskie klimaty, transsib, filozofowanie, energia i inne takie, religijna sekta – wszystko jak wyjęte z “Lodu”. To jednak nie zarzut, bo nawet jeśli była jakaś inspiracja, to tekst jest mocno Twój. Ogólnie ciekawy i dobrze napisany.

Moja powieść: https://marmaxborowski.pl/kwestia-wyboru/

Ślimak hamuje z poślizgiem przy peronie i dziękuje za podzielenie się lekturą!

Tekst moim zdaniem stoi na wysokim poziomie, wyróżnia się budową atmosfery i postaci. Z ciekawością śledziłem losy podróżnego oszusta ukazane w punkcie, gdy ostatecznie traci kontrolę nad swoim życiem sterowanym przez większe moce, z kolejnymi scenami podszytymi coraz większą niesamowitością. Wydaje mi się też, że kolejowa otoczka bardzo dobrze pasowała do tak poprowadzonej fabuły, oczywiście również ze względu na nawiązania do symboliki ruchu.

Zatrzymało mnie natomiast na dłuższą chwilę znaczenie dokonanego rytuału. Najpewniejsza interpretacja jest taka, że Boreas starał się sprowadzić na Ziemię boginię czy też ucieleśnienie prędkości, odnosi sukces i spotykamy tę postać w pierwszej oraz ostatniej scenie. Konkretność tego aktu jest jednak zadziwiająca, jeżeli mamy dotąd jako materiał jego mistyczno-naukowe rozważania o Wielkościach. Zastanawiam się więc, czy tekst nie zyskałby na jakiejś wcześniejszej zapowiedzi mnicha, czego mniej więcej planuje dokonać – ale nie mam tutaj przekonania, Twój wybór artystyczny na pewno jest też usprawiedliwiony, w końcu tworzysz atmosferę niepewności. Nie jestem też pewien stosunku tej przywołanej postaci do ludzkości, czy i dlaczego stara się nam pomóc w rozwoju. Być może miały o tym mówić te akapity:

Gdzieś dalej jest księżyc i rzymscy bogowie…

I Spirala zawieszona w pustce mocą Wielkości…

I Andromeda przykuta do skały, czekająca na wypuszczającego parę Perseusza…

Przestrzeń gna i wiruje. Wszyscy jesteśmy derwiszami czekającymi, aż ruch zabierze nas poza granice zrozumienia…

(…)

Zobaczył dziewczynę na stepach obcego świata.

I odległe gwiazdy w nienazwanych jeszcze kolorach.

Zorze zasłon rzeczywistości otwierające się wśród wirujących konstelacji.

I stalowe kolosy, zmierzające do nich.

Wszystko w ciągłym ruchu.

To najbardziej niejasne partie utworu, zbliżające się niemal do poezji, ale opisują wizje podsuwane bohaterom przez tajemniczą współpasażerkę, więc powinny oddawać jej motywy. Widoczna jest też ich paralelna konstrukcja, może to wręcz ta sama scena:

gdzieś dalej jest księżyc → odległe gwiazdy

spirala zawieszona w pustce → zorze zasłon rzeczywistości

Andromeda przykuta do skały → zobaczył dziewczynę na stepach obcego świata

wypuszczającego parę Perseusza → stalowe kolosy, zmierzające do nich

przestrzeń gna i wiruje → wśród wirujących konstelacji

ruch zabierze nas poza granice → wszystko w ciągłym ruchu

A jednak moim zdaniem nie ma tu odpowiedzi na kluczowe chyba dla odczytania fabuły pytanie: czy ta postać pomaga nam wejść w erę kosmiczną w interesie ludzkości, czy też we własnym interesie? Przywołanie Andromedy mogłoby sugerować to drugie, ale nie stanowczo, może to tylko rozbudzanie chęci odkrywania przez odwołanie do najstarszych kodów kulturowych.

 

Językowo opowiadanie jest solidne. Przy pierwszej lekturze potknąłem się w paru miejscach, ale niezrównana Reg chyba już wychwyciła większość z nich. W tej chwili widzę tylko:

Jak długo spałem? Próbuję odpalić papierosa

– Czyli sekta rozbiła porwany pociąg w Jekaterynburgu?

Oczywiście to są literówki, drobiazgi. Inny, bardziej konstrukcyjny drobiazg:

1) Wnętrze jest luksusowe, wszędzie pełno pozłacanych ornamentów, pod tapicerowanymi kanapami i wzdłuż ściany wagonu ciągną się rury grzewcze.

2) Ilitja jest sama. Siedzi w pozie znudzonej pasażerki, noga założona na nogę, policzek wsparty na dłoni, ręka na puchatym podłokietniku.

3) – Och, pan Merkury? – Spogląda na mnie z udawanym brakiem zainteresowania. – To chyba nie pański przedział? No dobrze, skoro już pan jest, proszę wejść. Mój mąż śpi zalany w trupa w sąsiednim wagonie, ktoś musi zabawić mnie dyskusją. Śmiało, śmiało, niech pan siada tutaj, obok mnie, nie ma się czego wstydzić. Proszę zamknąć drzwi i poczęstować mnie papierosem.

4) Wyciągam papierośnicę, chłonąc powoli widok Ilitji. Ma na sobie jedynie pończochy i długi, perłowy naszyjnik, obwiązany dwukrotnie, trzema rzędami opada luźno na nagie ciało.

Dopiero w czwartym miniakapicie orientujemy się, że Ilitja jest naga, co trochę zmienia wyobrażenie sceny i dynamikę pomiędzy postaciami. Wydaje się, że Merkury mógłby to zauważyć i nam zreferować nieco wcześniej, zamiast zwracać uwagę przede wszystkim na rury grzewcze.

Z większych spraw konstrukcyjnych – także zauważyłem pewne skojarzenia z Lodem, ale to raczej podobieństwo scenerii niż bezpośrednie nawiązania, nie wydaje mi się szkodzić oryginalności tekstu. Trafnie natomiast SNDWLKR spostrzegł prawdopodobieństwo, że sekta Boreasa stanowiłaby jakiś odłam stranników, raczej nie ma to wielkiego znaczenia dla interpretacji tekstu, ale należało na to zwrócić uwagę.

 

Jak widać, opowiadanie bardzo mi się spodobało, ale były i pewne zawahania. Ostatecznie przekonuje mnie do głosu piórkowego na TAK malutka perełka:

Forma to śmieszna rzecz…

Kiedy już się to przeczyta, to jest oczywiste, że uosobienie abstrakcji przybierające postać fizyczną powiedziałoby właśnie coś takiego, a jednocześnie widzę tu przednie nawiązanie do myśli Witkacego, świetnie pasujące do opisywanej epoki i klimatu.

Pozdrawiam serdecznie!

Marcin_Maksymilian, nie pozostaje mi nic innego, jak zapewnić, że choć lista inspiracji jest spora, to Lodu na niej nie ma, bo zwyczajnie nie czytałem :) Choć, ponownie, chyba powinienem nadrobić. Wiem tylko tyle, co z czytanych gdzieniegdzie opisów (no i pamiętam jak z półek straszył mnie objętością), choć nie miałem na przykład pojęcia, że pojawiają się tam jakieś sekty. Pozdrawiam!

 

Ślimak Zagłady, staram się unikać pisania o tym, co autor miał na myśli, by zostawić więcej czytelnikom, lecz nieelegancko byłoby nie odpowiedzieć w pełni na tak rozbudowany komentarz, odkrywam więc część sekretów tekstu.

 

Z ciekawością śledziłem losy podróżnego oszusta ukazane w punkcie, gdy ostatecznie traci kontrolę nad swoim życiem sterowanym przez większe moce, z kolejnymi scenami podszytymi coraz większą niesamowitością.

 

Kusiło mnie, żeby tę utratę kontroli (czy może jej zupełny brak od samych narodzin?) mocniej zaakcentować, miał to być element horroru, ale gdzieś mi to umknęło. Limit znaków może? Chciałem, by pod tym względem było trochę lovecraftowo, scena pod koniec jest zresztą bardzo podobna do finału nocy z Widma nad Innsmouth, gdzie, widząc coś niepojętego, bohater mdleje, a po obudzeniu się niesamowitości kończą się jedynie pozornie. Tytuł tekstu też odnosi się do sprawowania kontroli, można go odczytać jako manewr/zagranie Merkurego, co jest oczywiście ironiczne, bo Merkury to pionek, nie gracz. Jest pozornie bardziej wolny od innych ludzie, jako obieżyświat, podróżnik wolny od konsekwencji, lecz w rzeczywistości nie posiada władzy nad własnym życiem.

 

To najbardziej niejasne partie utworu, zbliżające się niemal do poezji, ale opisują wizje podsuwane bohaterom przez tajemniczą współpasażerkę, więc powinny oddawać jej motywy. Widoczna jest też ich paralelna konstrukcja, może to wręcz ta sama scena:

gdzieś dalej jest księżyc → odległe gwiazdy

spirala zawieszona w pustce → zorze zasłon rzeczywistości

Andromeda przykuta do skały → zobaczył dziewczynę na stepach obcego świata

wypuszczającego parę Perseusza → stalowe kolosy, zmierzające do nich

przestrzeń gna i wiruje → wśród wirujących konstelacji

ruch zabierze nas poza granice → wszystko w ciągłym ruchu

Sporo określeń w tekście się powtarza. Boreas i dziewczyna oboje nazywają lot w kosmos “podbojem gwiazd”, w dwóch osobnych wizjach pojazdy ludzkości zostają określone jako “kolosy”, Merkury używa określenia “kurtyna rzeczywistości”, Konstantin widzi “zasłony rzeczywistości”… Chciałem zaznaczyć pewne połączenie umysłów, być może bardzo dosłowne, bo nie wiemy, czym jest “dołączenie do orszaku”, które było ostatnim celem Boreasa.

Wizje, których podobieństwo zauważyłeś, rzeczywiście mówią o tym samym. Merkury widzi rzeczy odkryte i nazwane, Konstantin odleglejsze, bardziej obce, co symbolizuje ruch ludzkości, który dokonał się między czasami, w których żyją bohaterowie.

 

A jednak moim zdaniem nie ma tu odpowiedzi na kluczowe chyba dla odczytania fabuły pytanie: czy ta postać pomaga nam wejść w erę kosmiczną w interesie ludzkości, czy też we własnym interesie? Przywołanie Andromedy mogłoby sugerować to drugie, ale nie stanowczo, może to tylko rozbudzanie chęci odkrywania przez odwołanie do najstarszych kodów kulturowych.

Boreas twierdzi, że jest to Wielkość przychylna, lecz czy można mu wierzyć? Czy jej można wierzyć? Może nas wykorzystuje? Może nasze interesy są po prostu zbieżne? Czy naprawdę chodzi o czysty ruch i rozwój, czy może ruch w konkretne miejsce? Andromeda ma tu trzy znaczenia, jest to odwołanie, które zauważyłeś, jest to również (zwłaszcza z linijką o dziewczynie w wizji Konstantina) wskazówka, że może chodzi o miejsce, że Wielkość, w tej lub innej postaci, czeka gdzieś. Trzecie znaczenie jest chyba najbardziej dosłowne, bo skoro Spirala to Droga Mleczna, to Andromeda to po prostu galaktyka Andromedy.

 

Dopiero w czwartym miniakapicie orientujemy się, że Ilitja jest naga, co trochę zmienia wyobrażenie sceny i dynamikę pomiędzy postaciami. Wydaje się, że Merkury mógłby to zauważyć i nam zreferować nieco wcześniej, zamiast zwracać uwagę przede wszystkim na rury grzewcze.

To taki tani chwyt, żeby nieco zaskoczyć czytelnika, jakoś pasował mi do tej sceny i tego wątku :)

 

Dziękuję i pozdrawiam!

Tekst jest bardzo dobrze napisany, klimatu również mu nie brak. Uczucie niepokoju pojawia się według mnie trochę za późno, jak i za późno rozkręca się cała historia. Pomysł z ruchem umiarkowanie do mnie przemawia, wizje, które zostają tu roztoczone, są fascynujące, z drugiej strony zastanawiam się, czy nie mają na celu wyłącznie oczarowania czytelnika. Postacie są niezłe, zwłasza ich pogłębienie w końcówce. Dwie linie czasowe – ok. Podsumowując, podobało mi się, choć piórkowo będę na nie. Pewnie w mniejszości, więc głowa do góry :)

Ruskie klimaty zawsze nastawiają mnie pozytywnie;)

Inne plusy to niesamowity, kolejowy klimat opowiadania. Czułam bezkres Syberii, huśtający się wagon i pęd. Merkury jest ohydny, ale nie wiedzieć czemu, budzi sympatię.

I to chlanie przez cały czas, które ma aspekt towarzyski, znieczulający, a nawet mistyczny.

Czytałam płynnie i z przyjemnością, choć groza dawkowana jest dość oszczędnie.

Dla mnie Twoja opowieść to bardziej noir, niż horror, czy powieść z dreszczykiem.

Piórkowo będę na TAK.

W dół urwiska, w stronę przepaści, na samym jej brzegu...

zygfryd89, cieszy mnie już sama możliwość powalczenia o piórko! Przyznam trochę racji, jeśli chodzi o oczarowanie czytelnika, sporo w tekście można odebrać jako sztukę dla sztuki, ładne wydmuszki. Cóż, narrator i inne postacie mają zamiłowanie do barwnego języka :) Pozdrawiam!

 

Ambush, dziękuję! Miło mi, że zwróciłaś uwagę na charakter Merkurego, to chyba moje pierwsze podejście do antybohatera. A, i że w końcu ktoś uznał ilość wódki za odpowiednią :) Ciekawe spostrzeżenie z noir, czasy i miejsce może nie te, ale po namyśle dostrzegam pewne charakterystyczne cechy gatunku. Pozdrawiam! 

Nowa Fantastyka