- Opowiadanie: Duago_Derisme - "Błyskawiczny" znaczy śmierć

"Błyskawiczny" znaczy śmierć

Na bilecie na wiosenny pociąg o 13:00 widniał dopisek: “Skrzydlata gońba w nieskończoność”. A wiosna była zimna tego roku.

 

Twórczość pana Grabińskiego była mi inspiracją, ale nie nazwałbym mojej historii horrorem – powiedzmy że to fantasy grozy ;)

Żywię nadzieję, że moje autorskie uniwersum nikogo nie przytłoczy. Jeśli jednak ktoś poczuje się zagubiony, służę małą mapką.

 

Bardjaskier, Reinee – dziękuję za betę i cenne uwagi!

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

"Błyskawiczny" znaczy śmierć

Fridyes Brada zeskoczył na peron i zaraz musiał stanąć mocno na nogach, by oprzeć się fali podróżnych, sunącej do wrót hali dworca w Ewweri. Za progiem wagonu pierwszej klasy skończyły się wygody i uprzejmości – ktoś szturchnął go w żebra, ktoś inny przyłożył walizką w kolano. Fridyes uśmiechnął się pod rzadkim wąsem i zaczął raźno wiosłować łokciami, prąc w poprzek rzeki głów. Właściciele strącanych kapeluszy, kłobuków i wełnianych czap omuzińskich klęli we wszystkich znanych Fridyesowi językach.

Tłum przerzedził się po chwili, ukazując odrapane ściany i okopcone szyby dworcowych budynków. Straszyły ławki, zapaskudzone ptasimi odchodami i śmieci zapędzone w kąt raczej chłodnym wiatrem niż miotłą. Ciężkie stalowe chmury wisiały nisko, zanosiło się na deszcz. Mimo to Fridyes rozglądał się po stacji jak urzeczony.

Ileż tu było peronów – jedne puste, inne zatłoczone tak, że ludzie trzymali się wzajemnie, by nie pospadać na tory – ile kierunków i możliwości! Jaki ogrom przestrzeni roztaczał się u podnóży tych gór, które po obu ich stronach nazywano podobnie: Ubieżyszcza, Refugia. Dla uciekinierów świat otwierał się za nimi szeroko, szerzej niż potrafią oczy.

Fridyes nie szukał przygód. Znalazł cel swej podróży po przeciwnej stronie torowiska, gdy tylko jego pociąg potoczył się dalej na północ.

Siedziały zwrócone na wprost, całkiem nieświadome jego obecności. Tochti, w kapelusiku nasuniętym głęboko na czoło, oglądała noski swoich pantofli. Panna Oule strzelała oczami na boki, pilnując swojej podopiecznej.

Fridyes wyobraził sobie już wszystko pod rondem kapelusza – spuchnięte powieki, zaczerwieniony mokry chtoński nosek i drżące usta. Sam drżał cały, biegnąc po kładce nad torami. Ledwo wyruszył, już dogonił swoje marzenie! Co dalej? Nieważne!

Zgubił oddech. Na samym finiszu zebrał się w garść, zwolnił kroku, otarł twarz chusteczką.

Panna Oule obróciła głowę jak drapieżny ptak, uniosła brwi i bez słowa wycelowała w młodego Bradę czubek parasolki. Podobno – jeśli wierzyć Tochti – guwernantka skrywała w niej krótką szpadę, lecz Fridyes nie kłopotał się tym, widząc uśmieszek w kącikach jej ust. Zaraz zresztą opuściła gardę i skinęła głową na znak przyzwolenia.

Zawahał się, czy nie paść przed dziewczyną na kolana, ostatecznie stuknął tylko obcasami.

– Tochti?

– Tak, kto… Frids! Co ty tu robisz? – wymamrotała Tochti, podnosząc głowę.

Fridyes odchrząknął zmieszany. Twarz zaczęła go palić na widok jej stężałej miny i rozbieganego, pozbawionego wyrazu spojrzenia. Wyrwał ją tylko z drzemki! Co sobie myślał? Głupiec!

– Wybacz najście, zwyczajnie nie mogłem… – zaczął, dławiąc się słowami – znieść myśli o rozstaniu. Widzisz… nie ma już życia dla mnie tam, gdzie ciebie nie ma i…

W głowie Fridyesa zagotowało się ze wstydu, oczy zaszły jakby wilgotną parą. Rozkojarzony, nie mógł zobaczyć, jak twarz Tochti rozjaśnia się, a uśmiech zakwita na niej jak biało-różowy kwiat.

– Och, Frids! Kochany! – krzyknęła i rzuciła się Fridyesowi na szyję.

Od ciepła, woni jej perfum i przejmującego ciarkami dotyku Fridyes mało nie zemdlał. W pierwszej chwili ledwo uniósł ten słodki ciężar, lecz krew wrząca w dole brzucha szybko przywróciła mu siły. Ścisnął jej wiotką kibić i zakręcił Tochti jak w tańcu, aż zgubiła kapelusik.

– To ci dopiero wariat! – powiedziała ze śmiechem panna Oule, kręcąc głową z udawaną dezaprobatą. – Pognał przez góry i oto jest!

Fridyesowi niewiele brakowało do szaleństwa, gdy Tochti zostawiła mu koniuszkiem języka wilgotny ślad na policzku.

– Pojedziesz z nami? Powiedz, że pojedziesz! – wydyszała mu do ucha.

– Pojadę! Z tobą wszędzie, przez góry i rzeki, do samej Chtonii. Matce twojej padnę do stóp, będę prosił, błagał, groził, jeśli trzeba…

– Głupek! Mamusia padnie, kiedy usłyszy o twoim uposażeniu!

– Tochti, koniec z nazwiskiem Brada! – Fridyes sprowadził ją na ziemię, przybierając poważny ton. – Nigdy nie wrócimy do Gorii. Tak zdecydowałem, pragnę innego życia. Ale nie bój się! Zaufaj mi.

Fridyes ujął jej dłoń i położył sobie na piersi. Oczy Tochti rozszerzyły się, gdy docisnął ją i poczuła krągłe twardości zaszyte w klapach krótkiego fraka.

– Dość, by wykupić starą winnicę czy tartak albo zorganizować maszynę drukarską…

– Nic więcej nie mów, panie drukarzu! Nie chcę wiedzieć – parsknęła Tochti, a jej głowa opadła na atłasowe wyłogi kołnierza jak na poduszkę. – Coś ty wymyślił, Frids.

Fridyes nie miał pojęcia o uprawie wina, obróbce drewna czy drukowaniu książek, ale było mu wszystko jedno. Miękkie, ogniste loki łaskotały go pod brodą, a rękami obejmował nie skarb, lecz nieprzebrany skarbiec rozkoszy własnowolnego życia.

Wtem ciemna, pokracznie krępa postać odkleiła się od cienia pod jednym z filarów i zaczęła sunąć ku nim jak widmo dopiero co pogrzebanej przeszłości.

– Nu proszę! – zawołał szektar zza pleców panny Oule, aż podskoczyła w miejscu. – Aj, przyjemnie obserwować ptaszki z ukrycia, żal płoszyć!

– Gulj! – jęknął Fridyes.

Już samo spotkanie szektara uchodziło w jego stronach za niemiłą niespodziankę, zaś aparycja Gulja mogła powracać jeszcze w najgorszych koszmarach. Fridyes życzył sobie nigdy więcej jej nie oglądać, lecz nie było mu dane.

W całej Gorii patrzono na szektarów spode łba lub przez szczerbinkę karabinu. Tylko wysoko postawieni koniunkturaliści pokroju ojca Fridyesa, Valtora Brady, nie mieli skrupułów, by w zaciszu pałaców wdawać się z nimi w interesy. Gulja przysłano do Jittaru z szektarskiego Konsorcjum Kolei, choć Fridyes nie dowiedział się nigdy, po co. Młody Brada w obecności domowników przezywał go lokajem, co to zamiast usługiwać, węszy po domu i psuje powietrze nieświeżym oddechem. Po prawdzie, tak samo brzydził się pożółkłego brodziska i tłustej kapoty, jak odczuwał przemożny lęk przed zajrzeniem w bursztynowe oczy, tak upodabniające do jakiegoś nocnego drapieżcy. Gulj nie odrastał od ziemi na wyżej niż sześć stóp w swoim niemodnym cylindrze, lecz Fridyes nie wróżyłby dobrze temu, kto wziąłby się za bary z tym bydlackim pokurczem.

– Nu, wracamy do domu, wasza łaskawość.

– Kim jest ten okropny osobnik, Frids? – zapytała Tochti, marszcząc czoło.

– Nigdzie nie wracam – wydusił z zapadniętej piersi młody Brada.

– Ojciec zamartwia się o waszą łaskawość. Wyjechaliście w pośpiechu, bez słowa. Tak nie można. Polecono mi czym prędzej doprowadzić panicza z powrotem do Jittaru.

– A jeśli życzę sobie tu zostać z moją panią? Co mi zrobisz? – Fridyes wysunął drżący podbródek.

– Jakże tak! Nie tknę przecież waszej łaskawości.

– Zatem idź precz!

– Nie tknę waszej łaskawości – powtórzył Gulj, zamieniając akcenty i wlepiając łakome oczy w młodą Chtonkę. W gęstwinie jego zarostu jakby poruszyło się coś groźnego. – Panna koniecznie jedzie z nami.

– Frids! – krzyknęła Tochti, szarpiąc chłopaka za ramię. – Co tu się dzieje?!

– Chwila, zdaje się, że nas sobie nie przedstawiono – wtrąciła panna Oule, wchodząc między szektara a młodych. Prawą dłoń trzymała w pogotowiu na rączce parasolki.

– Zdaje się, że nie – warknął Gulj.

– Co pan sobie wyobraża, ot tak niepokoić niewinną dziewczynę? Jakim prawem?

– Aresztuję ją w imieniu jego łaskawości witezia Brady – wyjaśnił niechętnie.

– Aresztuje pan, tu w Ewweri? – parsknęła panna Oule, podnosząc głos, by usłyszeli ją również postronni. – A od kiedy to w Omuzji działa prawo goriackiego władyki?

– Tu działam ja.

Gulj wykonał niepozorny ruch, jakby miał wyciągnąć zza pazuchy stosowny dekret omuzińskich gospodarzy. Ni z tego, ni z owego w jego dłoni znalazł się jednak szektarski zażygnat. Wcelował guwernantce między oczy z tak bliska, że panna Oule usłyszała syk woaliny w komorze i dojrzała purpurową gazową poświatę, pełgającą w głębi stalowej lufy.

Nie wystarczyło, by złamać jej odwagę.

– Straż! Straż! – krzyknęła, ile sił w płucach, nie ruszając się o włos.

Wokół całej czwórki ludzie rozpierzchli się w mgnieniu oka, choć Fridyes, ku swemu zdumieniu, nie stwierdził nigdzie śladów paniki. Żadnych wrzasków, bezładnej bieganiny, wszystko przeprowadzone w ponurym porządku. Zagubiony, rozejrzał się po peronie. W oddali zamajaczył mu szary płaszcz oficera straży kolei, więc zaczął wymachiwać ku niemu rękami i przy wtórze świdrującego uszy wrzasku Tochti, wołać:

– Ratunku, pomocy! Do mnie!

Oficer nie zwlekał, ale i nie gnał na złamanie karku, jak życzyliby sobie tego napadnięci. Twarz panny Oule była biała jak papier. Kiedy żandarm zbliżył się, nie zdejmując nawet karabinu z pleców, Fridyes zbladł również.

– Co to za draka, panie kamrat? – zwrócił się do Gulja oficer, którego nocą, w ciemnej alejce, można by z nim łatwo pomylić. Obaj szektarowie nie byli do siebie podobni bardziej niż Tochti do panny Oule, jednak w oczach Fridyesa wyglądali rozpaczliwie bliźniaczo.

– Aj, czarnomór! – zaklął Gulj. – Słuchajcie, kierownictwu w Kidyku nie spodoba się, jeśli ta trójka nie wyląduje zaraz w „Błyskawicznym”. Nu, czego tak stoicie, pomóżcie!

Szektarski oficer, niewiele myśląc, chwycił odrętwiałą pannę Oule za łokieć i pchnął w stronę kładki.

– „Błyskawiczny” zaraz odchodzi z pierwszego – odburknął, najwyraźniej nie zamierzając mieszać się więcej, niż to konieczne.

Gulj zdjął guwernantkę z muszki i wskazał pozostałym kierunek marszu. Minuty upływały w ciszy tak ciężkiej, że Fridyes ledwo powłóczył nogami. Nie potrafił spojrzeć w oczy Tochti, a nawet plecy prowadzonej przodem panny Oule zdawały się rzucać w niego nieme oskarżenia. Gulj schował zażygnata za pazuchę, by nie wzbudzać większej sensacji, a młody Brada i tak szedł jak na postronku.

– Macie szczęście, krótkonose – wypalił nagle Gulj tonem pełnym wyższości i drwiny. – Dziewicza przejażdżka „Błyskawicznym” to atrakcja dla wyższych sfer. Ojciec obecnego tu panicza podziela zresztą w tym względzie wartości Konsorcjum Kolei. Dzięki wkładowi Valtora Brady we wzmocnienie infrastruktury, poniesiemy dziś płomień postępu przez górskie ostępy, przecinając je w mniej niż półtora dnia. Na prostym odcinku między Weszpertem a Surdą rozpędzimy się nawet do trzydziestu sześciu i sześciu dziesiątych mili na godzinę, słyszałyście kiedy o takich prędkościach? Nu, poczujecie to na własnej skórze, zapewniam!

Ze stalowych chmur zaczął siąpić deszcz, lecz parasolka panny Oule ani drgnęła, kurczowo trzymana przez nią przy boku. Tymczasem deszcz wystukiwał niespokojne rytmy na czarnym cylindrze Gulja, a Tochti drżała, uczepiona ramienia Fridyesa jak ptaszek chybotliwej gałązki. Zimne kropelki siekły ich w twarze.

Peron pierwszy świecił pustkami, jakby wyłączono go z ruchu cywilnego – na platformie widać było tylko pojedynczych członków załogi w kolejarskich płaszczach i czerwonych czapkach. Wąsaci konduktorzy ćmili w milczeniu skręty i wydmuchiwali obłoczki cuchnącego dymu spod przeciekającego daszku. Jeden tylko szczególnie wysoki kędzierzawy Omuzin posłał Fridyesowi podejrzliwe spojrzenie i leniwie skinął mu daszkiem. Reszta, jak jeden mąż wpatrywała się w łeb żelaznego potwora, który wpełzał właśnie na tor od strony doliny.

Fridyes, na przekór ojcu, nie interesował się zbytnio kolejnictwem. Od małego bywał jednak na goriackich dworcach, zwiedzał parowozownie i odlewnię w Lepinym, widywał maszyny przeróżnych rozmiarów i parametrów mocy. To, co zawitało na torze drugim peronu pierwszego Ewweri, mogło być tylko wynaturzonym dziwem szektarskiej techniki, z którym zwykłe lokomotywy dzieliły odległego przodka.

Pojedyncze oko reflektora na czele kadłuba rozlewało na szynach smugę krwawego światła. Stalowe ścięgna wiązarów poruszały osie z leniwym, złowieszczym sykiem, a z dwóch rzędów rur kominowych, jak z alchemicznych retort, sączył się czarny, gryzący dym. Błyszczący smoliście silnik spinały potężne pierścienie, niczym żebra obejmujące złożony układ organów. Spocone wilgocią rury wyłaziły po bokach jak żyły, łącząc się pękami w grubą tętnicę, która biegła podbrzuszem maszyny aż do opancerzonej budki. Przez wąski lufcik Fridyes dostrzegał purpurową poświatę lamp woalinowych.

– Nacieszcie oczy – polecił Gulj, rozdymając nozdrza i łapiąc chciwie swąd tłustego smaru i spalin. – Oto bestia pożerająca wszelkie dystanse. Pasmo Ubieżyszczy to dopiero rozgrzewka.

Czarna lokomotywa minęła ich pozycje w niemal pogardliwym tempie, ciągnąc bez wysiłku walec gigantycznej cysterny, zapieczętowanej dziesiątkami nitów wielkości pięści. Doczepione do niej dwa kryte wagony wyglądały przy nich niepokojąco filigranowo. Tochti zaczęła dygotać przy głośnym pobrzękiwaniu łańcuchów, którymi wzmocniono tradycyjne sprzęgi. Okna pierwszego z wagonów były czarno zaślepione grubymi zasłonami, drugi przypominał salonkę, którą Fridyes dopiero co przebył odwrotną trasę.

– Wasza łaskawość pozwoli.

Gulj zaczął znienacka obszukiwać Fridyesa. Zdezorientowany chłopak podjął rozpaczliwą próbę obrony, lecz przyniosło to skutek taki, jakby gołymi rękami chciał zginać korzenie wiatrowału. Palce Gulja zacisnęły mu się na obojczyku jak imadło, po czym szektar brutalnym szarpnięciem oderwał przednią część fraka, a na peron posypały się z brzękiem guziki i goriackie monety.

– Nu, oto i zagubione witeziowe skarby. Ktoś chciał je wywieźć, przemycić na waszej łaskawości przez granicę. Zrobić z panicza muła…

– Jak śmiesz go tak traktować?! – Panna Oule aż zatrzęsła się z bezsilnej złości, z mokrymi kosmykami płowych włosów przyklejonymi do czoła.

– Stul chtoński pysk, keleto, zanim ci go zatrzasnę – zagroził szektar.

– Plugawy język w plugawej gębie, nic ponadto – prychnęła panna Oule, po czym zwróciła się do Fridyesa.

– Frids, nie pozwól sobą pomiatać! Masz szesnaście lat i rycerską krew Bradów, do czterech Filarów! Ten pachoł nie może ci rozkazywać!

Głos uwiązł Fridyesowi w gardle, a zza gęstwiny zarostu Gulja dobiegł rechot.

– Będzie dorosły, kiedy jego ojciec tak zdecyduje. Nu, dość czczego gadania, ładujcie się do pociągu. Witeź sobie z wami porozmawia, złodziejskie nasienie.

Ciało Fridyesa odmawiało posłuszeństwa na wszelkie sposoby. Gdy chciał biec, stał w miejscu, gdy chciał zostać, potulnie przebierał nogami. Nie walczył, kiedy odrywano od niego Tochti – z ramion zwisły mu niewidzialne ciężary. Dopiero, gdy usłyszał wysokie krzyki kobiet, wpychanych siłą do zaciemnionego wagonu, ukrył twarz w dłoniach i rozpłakał się. Panna Oule, zanim zniknęła w głębi korytarza, odwróciła się jeszcze i spojrzała na Fridyesa z goryczą i niezmierzonym żalem.

 

Wznowiony ruch pociągu wybudził Fridyesa z otępienia, w które popadł z chwilą znalezienia się w przedziale. Wagonem szarpnęło tak mocno, że młodzieńca wcisnęło w fotel. Ile trwała ta podróż? To Szut, czy może już Weszpert? Szyld dworca rozmazywał się w oknie – nie wiadomo, czy bardziej przez łzy, mokre smugi na szybie, czy z powodu gwałtownego przyspieszenia.

Prymitywna, zalękniona część duszy zawładnęła młodym Bradą, drżąc przed zgrzytem klucza w zamku i powrotem Gulja. Szektar zostawił go wprawdzie samemu sobie, lecz jego bliska obecność i myśl o ukrytym pod pazuchą narzędziu mordu dosłownie zdejmowała Fridyesa paraliżem.

Raz po raz wracało wspomnienie schyłku upalnego lata, gdy na dziedzińcu pałacyku Bradów jedna z kelet potknęła się i upadła, łamiąc dyszel bryczki i wysadzając woźnicę z kozła. Jej rozpaczliwy skrzek i ogólny rozgardiasz oderwały wtedy Fridyesa od biurka i przywiodły do okna. Czy to z powodu udaru czy kontuzji, keleta nie mogła podźwignąć tułowia na potężne tylne nogi. Drapała bruk pazurami przednich rachitycznych kończyn, zdezorientowana wywijała długą szyją i kąsała na oślep. Wtedy pojawił się Gulj. Szektar wychynął z dorożkarni z podkasanymi rękawami i obnażonym zażygnatem. Bez cienia wahania podszedł i wypalił do zwierzęcia z dwóch sążni. We Fridyesie stanęło serce, gdy czarna lufa sypnęła iskrami i purpurowym ogniem, a głowa kelety z trzaskiem rozprysła się po dziedzińcu i frontowej elewacji.

Fridyes słyszał pogłoski o straszliwej mocy uwalnianej zapłonem woaliny, ale rozmiar tej masakry przekraczał wyobrażenie. Gruba czaszka zwierzęcia eksplodowała pod ciśnieniem przelatującego przez nią pocisku, ale nie zatrzymała go – rozbawieni prostaczkowie ze służby pokazywali sobie jeszcze później resztki strzaskanej kostki i głęboką na stopę wyrwę w podjeździe. Co zostawało z człowieka trafionego z takiej broni?

 

„Błyskawiczny” z obłędną prędkością osiągnął najwyższy pułap torów, wrzynając się głęboko w podbrzusza chmur. Krajobraz za oknem utonął w szarej zawiesinie, pozostało tylko dudnienie, zwielokrotnione złowrogim echem gór.

Fridyes zrozumiał, że pociąg mknie tym samym niebosiężnym wiaduktem, z którego widok na dolinę Ever tak zachwycił go w przeciwną stronę. Teraz zadrżał na myśl o ukrytej za gęstą zasłoną otchłani w dole i nagich kamieniach, obmywanych wodami spienionej rzeki.

Ciśnienie zgniatało rozedrgany żołądek, od szalonego stukotu kół Fridyesowi zbierało się na wymioty. Do tego ten przeciągły gwizd – a może krzyk? – dochodzący co jakiś czas od czoła pociągu. Co robić? "Działaj-działaj! Działaj-działaj! Działaj-działaj!" zdawały się ponaglać walcowane kołami szyny, a młody Brada czuł się nie tyle więźniem przedziału rozpędzonej salonki, co własnej głowy.

Fridyes z najwyższym trudem dowlekł się do drzwi, uderzył w nie pięścią. Powtórzył raz i kolejny, mocniej. Po chwili łomotał już jak szalony. Pod ciosami i kopniakami trzeszczało drewno i dygotały zawiasy. Właśnie, gdy złapał w furii stolik, z zamiarem wyrwania go z podłogi i wybicia nim okna, zza drzwi odezwał się nieznajomy głos.

– Basta! Uspokójta się, wchodzę!

Zgrzytnęła zasuwa. W szparze ukazała się najpierw podniesiona dłoń, później kędzierzawa głowa konduktora. Widząc Fridyesa w poszarpanym fraku, zdyszanego i stojącego na przykurczonych nogach, wysunął się jeszcze, pokazując omuziński toporek zatknięty za szeroki pas.

– Hej tam, nie próbujta niczego.

– Przepuść mnie! Jestem Fridyes Brada, dziedzic jittarski więziony wbrew woli!

– Więziony? – Omuzin zmrużył oczy. – Widziołem, jak żeśta wsiadali z karłem. Wy nie w konszachtach? Ino krótkonose się opierały, myślałem, że je braliśta we dwóch.

– Co z tobą!? Postradałeś rozum, człowieku?! – zajęczał Fridyes, chwytając się za włosy. – Ten okrutnik uwziął się, by mnie pognębić, gotów pokrzywdzić bliskie mi osoby! Czy w tym przeklętym kraju porywa się bezbronne kobiety?!

Czoło Omuzina spochmurniało, pokręcił gniewnie wąsem.

– Gdzie indziej bym was przyczesoł siekierką – mruknął. – Ale żeśta byli na dworcu, a to szektarska dzierżawa, tak samo relsy i wszystko, co po nich chodzi. Chcąc, nie chcąc, robim dla Konsorcjum Kolei. Mało to widziołem chtoństwa, ładowanego w czarne wagony?

– Co takiego?!

– Dziedzic jittarski – powtórzył kwaśno konduktor. – Widzi mi się, że gówno wieta, co się w świecie dzieje. A po co szektarscy do nas wleźli, drążyć stare fosy i łatać mury cytadel? Po co kładą wszędy nowe tory, mosty przerzucają donikąd? Na co ta sieć? Jeździłem na północ, do Zelezaru i nazad z ich przeklętym paliwskiem, widziołem baterie rajkanon na wzgórzach. Gdzie one wycelowane? Na wschodni brzeg, w Dabne i Derepan, dyć to brama do Chtonii… Myślita, że przepuszczą tam kogo, żeby wszystko opowiedział?

– Tochti! – zawył Fridyes. – Zatrzymaj pociąg!

– Hamować przy tej prędkości? Na moście, na tych mokrych relsach? Chyba wam śpieszno za Cztery Filary.

Fridyes rzucił się w kierunku drzwi, powstrzymany jednak silnym ramieniem Omuzina.

– Puszczaj mnie! Muszę…!

– Stójta! Tamój za późno. – Konduktor chwycił mocno Fridyesa i syknął mu do ucha. – Karzeł siedzi tuż obok, nie przejdzieta! Bądźta cicho, może odstawi was do Jittaru w jednym kawałku.

– Pomóż mi! – błagał Fridyes, szarpiąc rękaw kolejarskiego płaszcza. – On ją zabije!

– Siadajta! – sapnął Omuzin przez wyszczerzone z wysiłku zęby, nie mogąc okiełznać chłopaka. – Bo zawołom karła!

Wyswobodzona na chwilę dłoń Fridyesa natrafiła na obuch toporka. W rozpaczliwym odruchu wyszarpnął go Omuzinowi zza pasa, zamachnął się i uderzył z całej siły. Gorące kropelki zrosiły mu twarz, wpadły do oczu. Zatoczył się do tyłu, przetarł powieki rękawem.

Fridyes wpierw usłyszał jęk, później ujrzał przez czerwoną mgłę wytrzeszczone dziko oczy konduktora.

Omuzin w osłupieniu błądził dłońmi po zalanej krwią twarzy, jakby szukał czegoś wokół ziejącej na jej środku wyrwy. Walczył o oddech, charcząc i bulgocząc przez strzaskane usta, wybite zęby i zmiażdżony nos, a życie przeciekało mu przez palce rwącym czerwonym strumieniem. W końcu opadł na kanapę, w której zgięciu błyskawicznie wezbrała ciemna kałuża.

Fridyes powiódł wzrokiem w dół swojego ramienia, na którego końcu ze zdziwieniem odkrył zakrwawiony omuziński toporek. Wtedy zwymiotował. Wnętrze przedziału zawirowało, po omacku przytrzymał się ściany. A może to była podłoga? Ręce i stopy walczyły o oparcie na śliskich powierzchniach, a Fridyes walczył o przytomność, próbując wtłoczyć w nią sens słów konduktora: "Tamój za późno"…

Przez uchylone drzwi z korytarza dobiegł odgłos kroków, który ostatecznie postawił młodego Bradę na nogi. Fridyes otaksował wzrokiem pomieszczenie w poszukiwaniu dróg ucieczki, zatrzymując się na moment na zmasakrowanej twarzy Omuzina.

Rozdzielone krwawą rozpadliną oczy zgasły, lecz jedno zezowało wciąż w stronę tylnych drzwi na platformę, jakby oddając Fridyesowi pośmiertną przysługę.

 

Zaalarmowany hałasem Gulj wpadł do przedziału i cofnął się zaraz, uderzony znienacka wonią wymiocin i widokiem rzeźni. Wyważone tylne drzwi trzaskały o poręcz, z wolna wypuszczając cuchnące opary w skłębioną pustkę. Szektar dobył zażygnata i przestąpił przez drgające jeszcze nogi konduktora. Powoli zbliżył się do platformy i wyjrzał na tory.

Szyny zlewały się w błyszczące smugi i znikały w chmurach parę stóp za krańcem pociągu. Gulj wsłuchał się w szalony terkot kół i jęk ściganego wiatru. Nie dosłyszawszy nic więcej, szektar splunął w przepaść i pogratulował pod nosem młodemu Bradzie żałosnego końca.

 

Fridyes nie zamierzał jeszcze umierać. Uczepiony drabinki z boku wagonu walczył o każdy ruch z naporem powietrza. Czując dygotanie wąskiego wiaduktu pod kołami rozpędzonego pociągu, zaciskał lepkie od krwi dłonie na parzących zimnem szczebelkach i z całych sił starał się nie patrzeć w dół. Jednak, gdzie nie spojrzeć, świat uciekał spod nóg i znikał z oczu. „Błyskawiczny” był jedyną stałą, jak pocisk, mknący przez szalejącą zamieć.

Znów gwizd lokomotywy – czy to Tochti wołała rozpaczliwie: "Friiids"?

Młody Brada ruszył w górę. Koszula łopotała na plecach, wzdymając się jak żagiel i ciągnąc go w przepaść. Obuch zatkniętego za pasek spodni toporka wrzynał mu się w biodro, zdzierał skórę i miażdżył tkanki, jednak nie to było jego zmartwieniem. Chwila zwątpienia, fałszywy ruch stopą – runie! Nie zdąży!

Po dachach wagonów płynął nieprzerwany strumień rozrzedzonego dymu. Fridyes zasłonił usta i nos rękawem, ale woń, niedającą się pomylić z żadną inną, i tak wdzierała się do płuc. Woalina. Swąd przypalanej krwi, zwęglonego polana nasiąkniętego tłuszczem – wyobraźnia Fridyesa podrzucała najohydniejsze skojarzenia. Opary mieszały w głowie. Purpurowe omamy mąciły mu wzrok, w uszach ozwały się natarczywe szepty. Posuwał się na czworakach, próbując zachować prosty tor myśli, ale te wciąż odlatywały, namawiając go do tego samego. "Wstań z kolan! Rozpostrzyj ramiona!" – nakazywał dziwny surowy głos, jakby należący do samych Ubieżyszczy – "Leć! Ruszaj w skrzydlatą gońbę!".

"Frids!"

Dotarł do krawędzi dachu. Do ogłuszającego rozgwaru wiatru i stukotu dołączyło klekotanie sprzęgu w dole. Z czarnego wagonu wysuwała się w stronę salonki wąska kładka, lecz drzwi były zawarte stalową sztabą.

Fridyes przykucnął. "Skacz, skacz!" namawiały głosy. Ostatkiem sił zachował trzeźwość umysłu – gdyby oderwał stopy, pęd zdmuchnąłby go jak pyłek. Wyjął zza paska toporek i zacisnął stylisko w skostniałej dłoni. Rzucił się do przodu, wyciągając nogi. Ostrze siekierki łupnęło w blachę i wryło się mocno. Utrzymało Fridyesa, gdy zawisł, przewieszony przez krawędź dachu.

Dym był tu gęstszy, urojenia bardziej uporczywe. Młody Brada zobaczył swoje ręce, patykowate i pokryte łuską niby u kelety. Zakrzywionymi szponami drapał po dachu i wciągał się wysoko, na szczyt wieży pałacu w Jittarze… Oczy rozjechały mu się na boki, rozszczepione jak u Omuzina. Jednym ujrzał nieprzeniknioną chmurę Woalu, zakrywającego zachodni horyzont, drugim ramiona Jittry i dolnego biegu Ever, obejmujących żyzne wybrzeże Talaksu… Spod mrocznej zasłony, jedna po drugiej zaczęły wysnuwać się macki, czarne, połyskujące i kotłujące dymem. Gdy docierały do kolejnych miast na wschodzie, Fridyes słyszał zawodzenie Chtonów, znikających w rozwierających się purpurowych gardzielach. Oburącz zasłonił uszy.

Jasność umysłu wróciła w ostatniej chwili. Fridyes już zsuwał się bezwładnie z łukowatego daszku, kiedy pociąg opuścił chmurę, a wokół roztoczyła się panorama głębokiego kanionu. Przestrzeń porażała, szarpała za piersi, zmuszając je do szybszej pracy. W sinym prześwicie dostrzec można było morze mokrej zieleni, nawet błyszczącą wstążkę rzeki Ever w dole. Wznoszące się po obu jej brzegach siwe szczyty spoglądały na pociąg ze spokojem, jakby fanaberie małych, nieznaczących istot nie wzruszały ich przedwiecznego majestatu. Ta perspektywa pokrzepiła serce Fridyesa, a choć mroczki sprzed oczu nie ustąpiły, mocno zaklinował stopę na najwyższym szczeblu drabinki i sięgnął na powrót po toporek.

Okna czarnego wagonu szczęśliwie nie były zakratowane, szyba pękła za drugim uderzeniem. Szkło posypało się w kawałki, a kilka szerokich płatów wpadło do środka – Fridyes modlił się w duchu, żeby grube kotary stłumiły okropny brzęk. Sięgając z drabinki, z wysiłkiem przedostał się do otworu, raniąc dłonie o resztki okruchów we framudze. Zasłona zaskrzeczała na metalowych kółkach, gdy uczepił się jej palcami i wskoczył do środka.

Ulga, jaką poczuł, mogąc postawić stopy na płaskim podłożu, szybko ustąpiła grozie. Niewielki przedział urządzono na celę. W półmroku ściany i podłogi wydawały się umazane smołą, lecz słodkawy, metaliczny zapach unoszący się znad niewielkich kałuż i rozbryzgów zdradzał przerażającą prawdę. U żelaznych kół, przytwierdzonych w przezornym oddaleniu od okna, zwisały pęki krótkich łańcuchów z kajdanami. Przy ciężkich drzwiach stał ażurowy kosz, w który powtykano oblepione zeschłą krwią narzędzia – długie kowalskie obcęgi, piły, szpikulce i przyżegacze. Obok nich tkwiła parasolka.

– Kaea, Kariatydo Chelejska… – wyszeptał Fridyes, dostrzegając w kącie jeszcze jeden rekwizyt. Po ściankach dużego stalowego kubła ściekały perliste krople wilgoci. Drżącą ręką podniósł pokrywę.

Płowe pukle panny Oule wiły się mokrymi pasmami między kostkami lodu. Spod półotwartych powiek wyzierały białka oczu – granatowe tęczówki uciekły w głąb czaszki. Popękane sine usta i podbródek były całe we krwi.

Fridyes cofnął się pod ścianę i załkał, kołysząc się na boki jak w transie. Na nic modlitwy, trudy i walka, wszystko na nic! Czy tak miał skończyć? Odnajdując miłość swojego życia w następnym przedziale, zakatowaną przez szektarskiego mordercę?

Gdyby nie odważył się podejść do obcej dziewczyny na festynie w Jittarze! Nie dał się ponieść tak lekkomyślnie, nie stracił głowy dla jej chtońskiej urody! Nie jeździł bryczką pod okna pensjonatu i nie obiecywał, że pokaże jej świat! Po co to było? Na jej straszliwą mękę i zgubę! By pokazać jej świat w całej potworności!

Z otchłani rozpaczy wyrwał go stłumiony dźwięk, jakby szloch, cudem przebijający się przez ściany i walczący o uwagę z łopotem zasłon i stukotem kół. Rzucił się na korytarz. Lampy woalinowe syczały nad drzwiami po obu stronach wąskiego przejścia. Wyważał jedne po drugich, dygocząc z przerażenia, co może za nimi znaleźć. Musiał zajrzeć do trzech pustych, śmierdzących śmiercią cel, by w czwartej odnaleźć Tochti.

Siedziała skulona przy ścianie, dygocząca, zapuchnięta od płaczu. Żywa. Cała. Fridyes padł przed nią na kolana.

– Jestem tu! Tochti, jestem!

Ścisnął ją za ramiona i zanurzył twarz w rudych lokach, po czym sam wybuchnął krótkim, spazmatycznym płaczem.

– Zabierz mnie stąd – wyjęczała dziewczyna. – Zabierz mnie do mamy!

– Chodź, Tochti, szybko, wstań!

Fridyes dźwignął ją na nogi, a wtem rozległ się ten dźwięk, który zabił w nim duszę. Szczęk kajdan na przegubach Tochti. Kajdan na grubym łańcuchu, upiętym do żelaznego koła w ścianie. Zakutych bolcem długości palca.

– Uwolnij mnie – poprosiła, podnosząc oczy błyszczące od łez.

Fridyes spojrzał na ubroczony omuziński toporek i potrząsnął głową, odrzucając najkoszmarniejszą z myśli.

– Nie, błagam… Nie mogę!

– Zrób coś! – krzyknęła Tochti, potrząsając łańcuchem. – Zrób coś, Frids!

– Co mam zrobić?! – zawołał rozpaczliwie.

Usłyszeli zgrzyt sztaby, echo poniosło się wąskim korytarzem jak w tunelu. Fridyes odsunął się od dziewczyny i drżącą ręką dobył broni.

– Poczekaj na mnie, uratuję nas.

– Nieee zostawiaj mnieee…! – wrzasnęła piskliwie Tochti, po czym zaczęła szarpać kajdany jak oszalałe zwierzę.

Młody Brada wyszedł na korytarz na spotkanie z potworem. Na jego widok Gulj zatrzymał się, zerkając kątem oka na otwarte drzwi celi i wybite okno. W upiornym purpurowym blasku jego broda przypominała woalinowy płomień.

– Wasza łaskawość nie może usiedzieć na miejscu. Obawiam się, że to równie nieuleczalne co miłość do chtońskiego ścierwa.

Fridyes uniósł toporek, rzucając szektarowi wyzwanie. Gulj wyszczerzył w odpowiedzi krzywe zębiska i sięgnął po zażygnat. Młody Brada, niewiele myśląc, rzucił się do ucieczki.

Drzwi wychodzące na platformę sprzężoną z cysterną były otwarte. Fridyes zerknął tylko przez zamykającą się szczelinę, czy Gulj ruszył za nim, po czym, trzymając się relingu, zaczął okrążać czarny zbiornik. Ostra woń woaliny znów uderzyła w nozdrza, gardło zacisnęło się w obronnym odruchu. Byle jak najdalej!

Fridyes przeczuwał, że w bliskości cysterny Gulj nie odważy się do niego strzelić. Po drugiej stronie mogło jednak wydarzyć się wszystko.

Maszynista w brudnej wełnianej czapie pochylał się nad zaworem, sterującym przepływem paliwa. Był człowiekiem postawnym, o twarzy porysowanej trudami kolejowej służby i bezbarwnych oczach, wyzbytych wszelkiego lęku. Mimo to, obrzuciwszy wzrokiem Fridyesa – obszarpanego, zakrwawionego, z szeroko rozwartymi czarnymi źrenicami i toporkiem w ręku – podniósł ręce do góry w obronnym geście i usunął się na bok.

Młody Brada wbiegł po stopniach do budki maszynisty. Wstrząsnęło nim osobliwe poczucie znalezienia się nagle za oczami rozpędzonej, wściekłej bestii. W jej mechanicznym mózgu roiło się od sterczących przekładni, dziwacznych pokręteł i opisanych obcym alfabetem mierników. Złożoność szektarskiej maszynerii onieśmieliła Fridyesa – poza odciągnięciem Gulja od Tochti, nie wiedział już, co czynić dalej.

Zagęszczenie oparów dawało mu się też we znaki. Dwoiło obrazy w oczach, wypaczało szum pracujących wiązarów w niecierpliwe szepty. Świat widziany przez wąski lufcik wydał się Fridyesowi spłaszczony i rozlany w tle, jakby szektarscy inżynierowie poznali tajemnice kształtowania go wedle swojej woli. To nie była prawda! Czymże był "Błyskawiczny", jeśli nie tylko napęczniałym od woaliny i krwi żelaznym robakiem, szukającym nowych żerowisk? Ledwie iskrą, którą można zdusić w zarzewiu, jeszcze nie rozprzestrzeniającym się pożarem. Fridyes nie mógł zrobić nic więcej, jak tylko zatrzymać ten płomień.

"Zatrzymać?" – parsknął Omuziński konduktor z głębi świątyni za Czterema Filarami, brzmiąc nieco niewyraźnie przez wybite zęby i zmiażdżony nos – "Hamować przy tej prędkości? Na moście, na tych mokrych relsach?".

Przez przydymiony iluminator Fridyes zobaczył, że Gulj zdążył obejść cysternę.

– Tu jestem, draniu! – krzyknął młody Brada i wycofał się, blokując drzwi prostą żelazną zasuwą.

Gulj wszedł powoli na stopnie, popukał lufą zażygnata w okienko i zajrzał do środka.

– Proszę niczego nie dotykać, wasza łaskawość. To nie zabawki.

Fridyes zamachnął się i rąbnął toporkiem po przekładniach, aż poszły iskry. Gulj drgnął wyraźnie, jego zarośniętą facjatę wykrzywił wściekły grymas.

– Aj, po co te nerwy? Chcecie pójść za krótkonosą w ogień, dam jej ogień. Co panicz na to?

Fridyes odrzucił toporek.

– Nu, spokój nas uratuje. Przyda się kubełek lodu na gorącą głowę waszej łaskawości.

Szektar wycofał się na krok. Fridyes, przewidując jego następny ruch, skoczył ku największej, ostrzegawczo czerwonej dźwigni.

Dwa szybkie brzdąknięcia rozbrzmiały echem w ciasnej kabinie. Fridyes poczuł dziwną lekkość od pasa w dół i ujrzał jarzący się na brzegach okrągły otwór w drzwiach. "Trzymaj się!" poradziły głosy, a młody Brada uwiesił się całym ciężarem na uchwycie i trzymał, jakby miały od tego zależeć losy świata.

Zbryzgane świeżą krwią zegary szarpnęły wskazówkami, gdy zaskoczyły blokady hamulca. Szalony stukot zmienił się w jednostajny ogłuszający pisk.

Gulj wyrżnął w drzwi kabiny z taką siłą, że na grubej szybie pojawiła się pajęczyna pęknięć, w których zostawił fragmenty skóry z zarostem. Ciało szektara nie zdążyło się nawet osunąć – siła bezwładności odkleiła go i strzepnęła w przepaść jak zmiażdżonego owada, kiedy lokomotywa wierzgnęła niczym narowista keleta i zakołysała się mocno na boki.

Fridyes uśmiechnął się słabo, czując, jak pociąg wypada z torów. Pękły z hukiem kamienne bariery pomostu. "Błyskawiczny" wychylił czarny pysk z wiaduktu i zaryczał wybuchem ogniw reflektora. Młody Brada rozluźnił chwyt, rozpostarł ramiona i wyruszył w skrzydlatą gońbę w głąb doliny Ever.

Czarny kadłub obrócił się wokół własnej osi i krzesząc fontanny iskier, zaczął spadać, pociągając za sobą ciężką cysternę. Zbiornik nie wytrzymał. Wystrzeliły nity, błysnęło krótko purpurą.

Eksplozja wstrząsnęła Ubieżyszczami, na krótko wybudzając okoliczne góry z wiecznego snu.

 

Szczątki ludzkie i nieludzkie znajdowano od Surdy po Weszpert jeszcze wiele lat po tym, jak Omuzińscy gospodarze wielkim kosztem odbudowali wiorstę wiaduktu i przywrócili na nim ruch kolejowy. Wypadek okazał się ciosem zarówno dla Konsorcjum Kolei i pewnego goriackiego witezia – szektarom cofnięto część koncesji i nikt na południe od Kidyku nie chciał widzieć więcej "Błyskawicznych".

Góralscy przewodnicy omijali tymczasem miejsce katastrofy, nakładając drogi przez przełęcze. Opowiadali sobie niestworzone historie o niespokojnych duszach, błąkających się po dolinie. Duchach potwornie okaleczonych i niepogodzonych z losem – okrutnych i wściekłych, niespełnionych i tęsknych, oszukanych i skrzywdzonych – pragnących wykrzyczeć podróżnym swoją tragedię.

Koniec

Komentarze

Hej, wracam z komentarzem pobetowym. Na wstępie muszę szczerze napisać, że nie wiem czy w takiej formie dałbym radę przeczytać dłuższy tekst. Do tego fabularnie jest dość skromnie, ale w mojej ocenie wystarczająco. Dobra koniec marudzenia, a teraz pochwały:). Całe opowiadanie składa się z opisów i dialogów. Co sprawia, że nie jest to łatwa lekturą ale za to ciekawa. Opisami przedstawiasz dworzec, spotkanie z ukochaną, antagonistę, a nawet akcję w finale historii. Takie opisowe poprowadzenie fabuły sprawia, że nie ma dynamiki ale za to można poczuć, nie tylko tytoń palony na dworcu czy gwar, ale też emocje głównego bohatera. Jego uczucie do wybranki czy lęk przed wysłannikiem ojac, wypadają naprawdę świetnie :). Masz bardzo oryginalny styl pisania, który chyba nie do końca wpisuje się w moje gusta, jednak doceniam go i z chęcią daje klika oraz polecam do piórka. Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Dla mnie jest to zapowiedź ciekawego uniwersum i nie chce się wierzyć, że zostało stworzone dla jednego tylko opowiadania. Uniwersum nadawałoby się dla cyklu powieściowego, z historią, polityką, techniką, bestiariuszem i różnymi kulturami. Nawet w tym krótkim tekście są barwne dialekty i charakterystyki różnych etnosów. Poczułem coś bałkańsko-węgierskiego nałożonego na klasyczne fantasy. Mam nadzieję, że cała para nie pójdzie w gwizdek. 

Styl jest dla mnie trochę zbyt filmowy. To co szanowny Bardjaskier uważa za zaletę, postrzegam raczej jako wadę. Nie jestem zwolennikiem opierania się na dialogach i opisach, brakuje tutaj mi tego, co na portalu nazywają gawędziarstwem. Najlepiej odbieram rzeczy bardziej zbalansowane.

Jeśli chodzi o fabułę, to jest nieco sprasowana i pozbawiona puenty. Bohaterowie, oprócz głównego nie mieli szans, by przejawić swoją osobowość. Ukochana jest praktycznie nijaka, bona jest nieco ciekawsza. Może ich rola jest raczej przedmiotowa, ale chciałoby się czegoś więcej.

W akcji dostrzegam przynajmniej jeden wątpliwy moment: Maszynista pozwala bohaterowi tak spokojnie rozwalić pociąg. Nawet jeśli zrazu cofnął się wystraszony, to nic nie uczynił, kiedy bohater uderzył po hamulcach. Nawiasem mówiąc, Fridyes mógł odpuścić hamulec, potem jak wroga zmiotła siła bezwładu, przecież chciał ratować ukochaną, ale jakoś o niej nagle zapomniał.

Niemniej rzecz wartościowa. Klikam

 

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

Cześć, Duago!

Czytało się to całkiem przyjemnie, sprawnie poprowadzona akcja, dość interesujący bohaterowie, dobre oko do szczegółów (jak na przykład ten szyld dworca rozmazujący się w oknie). Bieg zdarzeń wciąga, angażuje w losy postaci, ma w sobie coś z gorączkowego snu. Zgodzę się, że uniwersum wydaje się bardzo szeroko zakrojone, na miarę powieści, tutaj przerasta i przytłacza samą treść. W moim odczuciu nie było dość miejsca i czasu, aby zorientować się w powiązaniach politycznych, kto dla kogo pracuje i jakie ma żywotne interesy. Zwłaszcza myli mnie ta Chtonia, którą najpierw wziąłem według nazwy za jakąś krainę demonów (kulty chtoniczne itp.), ale tutaj śliczne dziewczyny i wyzwisko etniczne czy też rasowe “długouche”, więc bardziej jakby elfki?

Tekst wydaje się osadzony w odpowiedniku naszego późnego XIX wieku i słusznie stylizujesz językowo w tym kierunku, ale wiele konkretów zgrzyta. Przykładowo wyłowione…

Nie wystarczyło, by złamać jej dzielność.

Odwagę, śmiałość. Dzielność to zdolność statku do utrzymania prędkości i stabilności w danych warunkach.

wżynał mu się w biodro

Wrzynał. To pochodzi od “rznąć, rżnąć”, chwilowo nie mówimy o żniwach.

Wstań z kolan! Rozpostrzeż ramiona!

Rozpostrzyj…

drzwi były zawarte na stalową sztabę.

Zawarte stalową sztabą.

Wydaje mi się też, że występuje nadmiar niektórych dość specyficznych stylistycznie słów, jak właśnie “rozpostrzeć” czy “sprząc” (z formami pochodnymi).

 

Nie jestem wielkim zwolennikiem złych zakończeń w literaturze rozrywkowej. To zapewne kwestia gustu, może też nie jestem zbyt obeznany z tym konkretnym gatunkiem, w każdym razie nie mam nic przeciwko, kiedy idzie za tym określone przesłanie. Tutaj jednak główną treścią jest akcja i czytelnik ma przede wszystkim czerpać przyjemność z jej śledzenia, a potem dostaje w nagrodę “wszyscy giną, koniec”. Historia wydaje się wręcz siłą doprowadzona do tego rozsmarowanego na skałach końca, ostatnie sceny w kilku miejscach trochę naciągają prawdopodobieństwo postępowania bohaterów. Na brak reakcji maszynisty zwrócił uwagę już Nikolzollern, widzę też inne kwestie:

Fridyes spojrzał na ubroczony krwią omuziński toporek i potrząsnął głową, odrzucając najkoszmarniejszą z myśli.

To ile razy w kółko on czytał tę scenę z ratowaniem Maedhrosa w Silmarillionie, że przyszła mu do głowy tylko “najkoszmarniejsza z myśli”? To nie są zaczarowane kajdany, nawet jeżeli ogniwa są bardzo grube, stalowym toporkiem zapewne mógłby roztrzaskać lub wyrąbać ze ściany gniazdo łańcucha.

Usłyszeli zgrzyt sztaby, echo poniosło się wąskim korytarzem jak w tunelu. Fridyes odsunął się od dziewczyny i drżącą ręką dobył broni. (…) wyszedł na korytarz na spotkanie z potworem.

Czekaj, czyli mamy chłopaka z siekierą, który wychodzi na spotkanie przeciwnika wyposażonego w broń palną, zamiast przyczaić się za framugą i rąbnąć konkretnie po ręce dominującej, jak tylko pokaże się szpara w drzwiach? A ten drugi gość nawet nie sięgnął po rewolwer czy co on tam ma, tylko przygląda się z zainteresowaniem, jak młody wychodzi? Oni obaj starają się o nagrodę Darwina?

– Wasza łaskawość nie może usiedzieć na miejscu. Obawiam się, że to równie nieuleczalne co miłość do chtońskiego ścierwa.

Fridyes uniósł toporek, rzucając szektarowi wyzwanie. Gulj wyszczerzył w odpowiedzi krzywe zębiska i sięgnął po zażygnat. Młody Brada, niewiele myśląc, rzucił się do ucieczki.

I facet dalej nie sięga po broń, tylko głupio gada. A nasz faworyt nie wykorzystał okazji, żeby przeprowadzić amatorską laparotomię, tylko unosi toporek i rzuca wyzwanie; brawo on. Uff, tamten wreszcie wyciąga gnata. To ten nasz nagle stracił chęć do “rzucania wyzwania” i w zamian rzucił się do ucieczki, co właściwie równa się samobójstwu (“uciekaj od noża, idź na pistolet”). Pięknie, tylko że tamten nie strzela mu w plecy, tylko znów się przygląda z zainteresowaniem…

 

Wątek tajemniczych głosów w głowie Fridyesa może być trochę niejasny – przypuszczam, że to mają być duchy gór usiłujące (nawet z powodzeniem) sprowadzić zgubę na pasażerów pociągu, ale dałoby się to wyraźniej napisać.

W podsumowaniu jednak nie chciałbym przytłoczyć krytyką tego, że przecież napisałeś naprawdę ciekawe opowiadanie, z ambitnym światotwórstwem dającym nadzieję na dalszy rozwój. Polecam do Biblioteki i pozdrawiam!

Wciągająca od samego początku historia. Świat, który stworzyłeś jest zbyt bogaty na to jedno opowiadanie, chciałoby się dowiedzieć o nim więcej.

Zgadzam się z uwagami nt fabuły, zwłaszcza scen akcji na końcu.

Podobało mi się.

@Bardjaskier

Nie dla mnie, skromne fabularnie, bez dynamiki, ale klik i polecam do piórka? No, taką krytykę to ja lubię ;) Dziękuję, chętnie przyjmę parę batów, bo wiem, że przecież opowiadanie nie jest wybitne.

 

@Nikolzollern

Dla mnie jest to zapowiedź ciekawego uniwersum i nie chce się wierzyć, że zostało stworzone dla jednego tylko opowiadania. […] Mam nadzieję, że cała para nie pójdzie w gwizdek. 

Nie zostało, nie pójdzie ;) Prawdę mówiąc to opowiadanie powstało zupełnie na marginesie czegoś większego i cierpi też na związane z tym bolączki. Tym niemniej niezmiernie cieszę się, że ta warstwa światotwórcza zwraca na siebie uwagę.

 

@Koala75

Dziękuję za lekturę i życzenia.

 

@Ślimak Zagłady

Nie jestem z tych, którzy tłumaczą zachowania swoich bohaterów i twierdzą, że Czytelnik się myli. Zgodzę się co do maszynisty, o którym wspominał też Nikolzollern – przyznam, że ja również zostałem w pewnym sensie zaskoczony jego obecnością przy lokomotywie i chyba sam pogroziłem mu toporkiem, żeby się szybko zmył ;) Co do reszty, wyobrażam sobie wiele powodów, dla których postaci zachowały się tak, a nie inaczej, ale jeśli Ty nie dajesz temu wiary, muszę to przyjąć.

Dzielność to zdolność statku do utrzymania prędkości i stabilności w danych warunkach.

Generalnie dziękuję za małe porządki, wszystko poprawiłem – w tym konkretnym przypadku również, choć był to zwyczajny archaizm i element stylizacji

(https://sjp.pwn.pl/doroszewski/dzielnosc;5424698.html).

 

@pusia

Zapewniam, że na tym opowiadaniu świat się nie skończy, choć być może skończą się w nim opowiadania ;)

 

Dziękuję za kliki, jestem zaszczycony.

Twój głos jest miodem... dla uszu

Polecam się na przyszłość ;) A opowiadanie jest inne, ciekawe i to w mojej ocenie zasługuje, na to by je wyróżnić:)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Dziękuję za tę “dzielność”, przykład z Mickiewicza gdzieś tam kojarzyłem, ale współcześnie znałem to słowo tylko w kontekście żeglugi i zaskoczyłeś mnie, że Doroszewski nie uznaje znaczenia “odwaga, śmiałość” za błąd lub rzadki archaizm, więc też się czegoś nowego nauczyłem!

Miło słyszeć, że masz szersze zamiary względem tego świata, naprawdę wydaje mi się, że ma potencjał.

Hmmm. Bardziej doceniam wysiłek włożony w pisanie i tworzenie świata niż tekst.

Bo jakoś nie porwał. Fabularnie to nieszczęśliwy romans, czyli dla mnie nic ciekawego. A tytuł zdradza zakończenie.

Bohater nie wzbudził mojej sympatii. Co on sobie wyobraża? Rozpieszczony paniczyk bez mózgu. Najpierw mimozowato nic nie może zrobić, więc wykonuje polecenia, potem włącza mu się tryb szalonego Jamesa Bonda i doprowadza do katastrofy kolejowej, żeby… No, nie wiem, co żeby. Nie widzę żadnego racjonalnego celu w tym działaniu. Co ta dziewczyna w nim widziała? Tylko pieniądze ojca?

Pracownicy kolei potulnie dostosowują się do umiejętności protagonisty – konduktor pozwala sobie odebrać toporek (po co mu toporek w pociągu?), maszynista nie przeszkadza w wykolejeniu składu…

Świat chyba masz dobrze przemyślany, ale nie zmieścił się w tekście. Dlaczego można porwać dwie kobiety z dworca i nikt złego słowa nie powie? Dlaczego jedną z nich można zabić bez sądu, bez rozkazu, bez powodu? Sporo neologizmów bez wyjaśnienia, czym są. Czym woalina różni się od ropy naftowej?

Biblioteka tak, ale jeśli dojdzie do głosowania piórkowego, będę na nie.

Babska logika rządzi!

W dużej mierze zgadzam się z Finklą.

Tekst, chociaż całkiem niezły, chyba nie pomieścił stworzonego przez Ciebie świata. Fabularnie nieszczególnie mnie wciągnęło, mówiąc szczerze z większym zainteresowaniem śledziłam światotwórstwo niż losy bohatera.

Ale – gwoli uczciwości – uważam, że opowiadanie jako takie jest w porządku. Twój styl pisania całkiem przypadł mi do gustu, doceniam małe detale, które zdecydowanie nadały treści smaku. Klikam.

P.S. Pomysł na świat wydaje mi się na tyle dobry, że warto byłoby dać mu szansę w jeszcze innych tekstach. :-)

„‬Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje jest zarazem bestią i powodzią. Iluzje są tym dla duszy, czym atmosfera dla planety." - V. Woolf

Moim zdaniem to świetny tekst z charakterystycznym stylem i nietuzinkowym klimatem. To, co Ślimak Zagłady i Finkla wymieniają jako wady, czyli pewne nieścisłości w fabule i zachowaniu bohaterów, dla mnie są integralną częścią tekstu. Jest to teatralne, pasuje do klimatu i tworzy warstwę niepokoju, rzeczy się dzieją, a my musimy to zaakceptować, uwięzieni w świecie, który działa tak, a nie inaczej.

 

Tekst zmusza do skupienia, traktuje czytelnika poważnie. Jako minus mogę powtórzyć mój zarzut z bety, jak na tyle znaków to nie wydarzyło się aż tak wiele, ale to dlatego, że opowiadanie stoi barwnymi opisami.

 

Pozdrawiam i powodzenia w tworzeniu świata!

Cześć, Duago_Derisme!

 

Przeczytałem opko, a potem komentarze. W zasadzie nic nowego nie wniosę. Stworzyłeś interesujący świat, który aż woła o umiejscowienie w nim fascynujących historii, ale… Ale niestety ten tekst takiej historii nie opowiada. Daje się odczuć, że fabula zeszła na dalszy plan i jest jedynie tłem dla udanego pokazu światotwórstwa. 

 

Pozdrawiam serdecznie!

„Pokój bez książek jest jak ciało bez duszy”

@Finkla

Bardziej doceniam wysiłek włożony w pisanie i tworzenie świata niż tekst. […] Biblioteka tak, ale jeśli dojdzie do głosowania piórkowego, będę na nie.

“Doceniam wysiłek” zabrzmiało tak, jakbym zajął ostatnie miejsce w szkolnych zawodach w trójskoku ;) Ale jeśli Biblioteka tak, to chyba nie jest z tym niedocenianym tekstem aż tak źle. Może kiedyś któraś z napisanych przeze mnie historii przypadnie Ci do gustu yes

 

@Rossa

Bardzo dziękuję za klik i fajnie, że zainteresował cię mój autorski świat. Uniwersum jest stworzone pod piszącą się powieść, a osadzona w nim poboczna historia miała upiec dwie pieczenie na jednym ogniu –  wpisać się w ramy konkursu i pogłębić moje “czucie” opisywanego regionu. Wygląda na to, że niestety jedna z tych pieczeni pozostawia duży niedosyt, a druga jest tylko dla mnie.

 

@Reinee

To, co Ślimak Zagłady i Finkla wymieniają jako wady, czyli pewne nieścisłości w fabule i zachowaniu bohaterów, dla mnie są integralną częścią tekstu. Jest to teatralne, pasuje do klimatu i tworzy warstwę niepokoju, rzeczy się dzieją, a my musimy to zaakceptować, uwięzieni w świecie, który działa tak, a nie inaczej.

Tak mi się zdawało, że pewna teatralność, skupienie na emocjach i wrażeniach będzie ładnie pasować do neoromantycznego opowiadania grozy (zresztą opowiadania Grabińskiego też nie obfitują w zawiłości fabuły ani pragmatycznych bohaterów – nie o to w nich chodzi), ale… nie mam problemu, żeby zaakceptować, że Czytelnicy życzą sobie czegoś innego.

 

@cezary_cezary

W takim razie ja też nie mogę napisać nic nowego, jak tylko: dziękuję za lekturę i komentarz! ;)

Twój głos jest miodem... dla uszu

“Doceniam wysiłek” zabrzmiało tak, jakbym zajął ostatnie miejsce w szkolnych zawodach w trójskoku ;)

Miało zabrzmieć, jakbyś ukończył maraton i zajął odległe miejsce. Dziennikarze się tym nie ekscytują, wywiadów nie będzie, ale wstydu też nie ma. ;-)

Babska logika rządzi!

Hej, Duago_Derisme.

Nie czytam raczej fantasy, ale tekst mi się podobał. Romantyczna opowieść, taka jak za dawnych czasów. Nieszczęśliwie zakochany młodzieniec jest gotów na wszystko, żeby uratować ukochaną. Trochę straszne te tortury w pociągu, groza jest:). Ale sam nie wiem, czego bać się bardziej, sekty stosującej tortury czy szalonego młodziana wysadzającego pociąg:)

Feniks 103.

audaces fortuna iuvat

Zobaczyłam obcy i mało zrozumiały świat. Umieściłeś w nim historię pełną wydarzeń i może dlatego, że w opowieści cały czas coś się dzieje, a nagromadzenie wypadków nie pozwala na chwilę wytchnienia, lektura okrutnie mnie zmęczyła i nie mogę powiedzieć, że jestem nią usatysfakcjonowana.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Stra­szy­ły za­pa­sku­dzo­ne pta­si­mi od­cho­da­mi ławki… → Stra­szy­ły ławki, za­pa­sku­dzo­ne pta­si­mi od­cho­da­mi

 

Panna Oule strzy­gła ocza­mi na boki… → Strzyc można uszami, nie oczami.

Proponuję: Panna Oule strzelała ocza­mi na boki

https://wsjp.pl/haslo/podglad/10580/ktos-strzyze-uszami

https://wsjp.pl/haslo/podglad/45676/ktos-strzela-oczami

 

Wi­dzisz… nie ma już życia dla mnie, gdzie cie­bie nie ma i… → Chyba miało być: Wi­dzisz… nie ma już życia dla mnie tam, gdzie cie­bie nie ma i… Lub: Wi­dzisz… nie ma już życia dla mnie, jeśli cie­bie nie ma i

 

jak biało–ró­żo­wy kwiat. → …jak biało-ró­żo­wy kwiat.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

aż zgu­bi­ła swój ka­pe­lu­sik. → Zbędny zaimek – przecież wiadomo, że to był jej kapelusik.

 

Fri­dy­es nie miał po­ję­cia o ho­dow­li wina, pro­duk­cji drew­na… → Wina się nie hoduje, a drewna się nie produkuje.

Proponuję: Fri­dy­es nie miał po­ję­cia o uprawie winorośli, pozyskiwaniu drew­na

 

jakby pier­si za­pa­da­ły mu się do we­wnątrz. → Czy dookreślenie jest konieczne – czy coś może zapaść się na zewnątrz.

 

można by z nim swo­bod­nie po­my­lić. → …można by z nim łatwo po­my­lić.

 

zo­sta­wił go wpraw­dzie sa­me­mu sobie, lecz sama jego… → Nie brzmi to najlepiej.

 

"Dzia­łajdzia­łaj! Dzia­łajdzia­łaj! Dzia­łajdzia­łaj!""Dzia­łaj-dzia­łaj! Dzia­łaj-dzia­łaj! Dzia­łaj-dzia­łaj!"

 

Wła­śnie, gdy zła­pał w furii za sto­lik… → Wła­śnie, gdy zła­pał w furii sto­lik

 

zdy­sza­ne­go i sto­ją­ce­go nisko na no­gach… → Na czym polega stanie nisko na nogach?

 

bła­gał Fri­dy­es, szar­piąc za rękaw ko­le­jar­skie­go płasz­cza. → …bła­gał Fri­dy­es, szar­piąc rękaw ko­le­jar­skie­go płasz­cza.

 

z ko­ry­ta­rza do­biegł odłos kro­ków… → Literówka.

 

Fri­dy­es pod­niósł się w kucki. → Można podnieść się z kucek, można się podnieść i kucnąć, ale nie wiem, jak można podnieść się w kucki.

 

 spoj­rzał na ubro­czo­ny krwią omu­ziń­ski to­po­rek… → Masło maślane – ubroczony to inaczej zakrwawiony.

Proponuję: …spoj­rzał na ubro­czo­ny omu­ziń­ski to­po­rek… Lub: …spoj­rzał na zakrwawiony omu­ziń­ski to­po­rek

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@feniks103

Nie czytam raczej fantasy, ale tekst mi się podobał. Romantyczna opowieść, taka jak za dawnych czasów.

Cieszę się, zwłaszcza, że nie każdemu ta forma przypadła do gustu.

sam nie wiem, czego bać się bardziej, sekty stosującej tortury czy szalonego młodziana wysadzającego pociąg

Dobre :) Cóż, dla każdego coś strasznego. Już sam brak happy endu to dla niektórych wystarczający koszmar.

 

@regulatorzy

Zobaczyłam obcy i mało zrozumiały świat. Umieściłeś w nim historię pełną wydarzeń i może dlatego, że w opowieści cały czas coś się dzieje, a nagromadzenie wypadków nie pozwala na chwilę wytchnienia, lektura okrutnie mnie zmęczyła i nie mogę powiedzieć, że jestem nią usatysfakcjonowana.

To zabawne, że do tego samego tekstu jedni mają uwagi, że mało się dzieje, drudzy, że nie ma chwili wytchnienia. Więcej jednak goryczy z faktu, że jest dla Was okrutnie męczący. Dziękuję za wylistowanie potknięć, poprawiłem niezwłocznie.

 

Pozdrawiam,

D_D

Twój głos jest miodem... dla uszu

Cóż, Duago Derisme, nic nie mogę poradzić, że takie odczucia mnie naszły. Ale cieszę się, że mogłam się przydać. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Khaire!

 

No do horroru temu daleko, ale to już nie mój problem. Natomiast jako tekst fantasy jest… no, na dwoje pszczółka zapylała.

Początkowo wychodziło takie trochę wiktoriańskie YA w autorskim świecie, miałem nawet skojarzenie z Aglą Radka Raka. Młodzi bohaterowie, wątek miłosny – nie mam nic przeciwko. Układało się to w fajną całość.

Wprowadziłeś plato twisty, które troszkę gubią się w światotwórstwie, które jest wielkim plusem i zarazem minusem tekstu. Minusem, bo nie miałem czasu się w tym rozeznać i się zwyczajnie gubiłem. A gdy byłem pogubiony, to się grubo zastanawiałem, czy to plot twist, czy może tylko kolejna cegiełka światotwórcza (np. z tym jak konduktor tłumaczy bohaterowi, że z tą Chtonią, to chyba dzieją się politycznie, a wręcz wojennie, podejrzane rzeczy i natura tego porwania ma nieco inny charakter niż wcześniej zakładałem).

Ale też plusem, bo ten świat przemówił do mnie bogactwem wyobraźni. Wielkiej rewolucji nie zrobiłeś, bo zażygnat, to po prostu troszkę mocniejszy pistolet, “Błyskawiczny” to lokomotywa napędzana nieco innym paliwem, ale potrafisz pisać w sposób obrazowy, a do tego bardzo estetyczny. Dzięki temu w pewnym momencie, gdy odrzuciłem na bok kwestie zrozumienia polityki i świata, byłem urzeczony.

I doszedłem do końca, który mnie rozczarował. Obawiam się, że mocno chciałeś zakończyć horrorowym końcem, który mi tu nie pasował. Kibicowałem bohaterowi i nawet jeśli trzeba by się zastanowić nad poczynaniami poszczególnych postaci, to jednak podświadomie oczekiwałem happy-endu.

Na pewnym etapie lektury miałem w głowie nominację do piórka, ale końcówka mnie od tego odwiodła. Masz ponadprzeciętny warsztat, który musi trafić na odpowiednią historię, by wybrzmieć w pełni.

 

Pozdrówka i powodzenia w krokusie!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Bardzo lubię fantasy, ale to mnie jakoś nie porwało. Może dlatego, że nie polubiłem żadnego z bohaterów – za bardzo pachną szablonami. On zbuntowany przeciw ojcu młodzik bez charakteru, ona – zdolna tylko do wzdychań i wieszania się mu na szyi. Miałem nadzieję, że choć panna Oule zrobi coś ciekawego, na przykład skorzysta z tej parasolki. Ale nie…

Za to – i nie powiem nic odkrywczego – świat zapowiada się bardzo ciekawie. Podobała mi się też stylizacja językowa. To duże plusy.

Moja powieść: https://marmaxborowski.pl/kwestia-wyboru/

@Krokus, @Marcin_Maksymilian

Pozwólcie Panowie, że zbiorczo podziękuję za uwagi i miłe słowa. Zdaję sobie sprawę, że to opowiadanie nie spełnia takich casualowych potrzeb w typie sympatycznych postaci i happy endu, a przede wszystkim cierpi na wyrwaniu z kontekstu uniwersum, ale jeśli warsztat i setting w miarę trafiają, to mam się z czego cieszyć.

Ostatecznie nie chciałem napisać niczego innego, tylko właśnie to, więc mogę tylko zarzucić sobie słaby pomysł, nie kiepską realizację ;)

Twój głos jest miodem... dla uszu

No dobra, Gulj był fajny. Jego lubię ;)

Moja powieść: https://marmaxborowski.pl/kwestia-wyboru/

Nowa Fantastyka