- Opowiadanie: Rossa - Amba znaczy tygrys

Amba znaczy tygrys

Po­wsta­ło, więc po­sta­no­wi­łam się z wami po­dzie­lić. Ser­decz­nie dzię­ku­ję Fin­kli i Tar­ni­nie, które w Hyde Parku od­po­wie­dzia­ły na moje py­ta­nie do­ty­czą­ce za­pi­su na­zwisk.

 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Amba znaczy tygrys

 

Las cią­gnął się dalej niż się­ga­ły oczy, niż ucie­ka­ła myśl. Strze­la­ły zie­lo­ne sosny pod niebo, weł­ni­ły się bure ko­rze­nie, na wpół nik­ną­ce w gę­stym mchu. Wcze­śnie było, jesz­cze ma­ja­czy­ła śre­żo­ga, jesz­cze na nie­bie ma­lo­wa­ły się czar­ny­mi kre­ska­mi nocne ptaki. Dziw­ny był ten las bo­re­al­ny, jakby z róż­nych świa­tów wy­ry­wał sobie po ka­wał­ku i bu­do­wał wła­sny, nie­po­dob­ny do żad­ne­go. An­drzej, choć dzie­sią­ty rok po nim cho­dził i dzie­sią­ty raz wi­dział, jak mróz ścią­ga zie­mię przed długą zimą, nie zdą­żył się nadal na­dzi­wić tej przy­ro­dzie, dzi­kiej, nie­po­skro­mio­nej i strasz­nej. 

Lato koń­czy­ło się w taj­dze szyb­ko, koń­czy­ło z ulgą dla każ­de­go, kto nie miał futra ani piór. Umil­kły wiel­kie roje ko­ma­rów, nawet ude­rza­nie sie­kier na chwi­lę za­mar­ło. Nie na długo, już na­za­jutrz drwa­le mieli ru­szyć z po­wro­tem i uczest­ni­czyć w wiel­kim czy­nie dla Kraju Nad­mor­skie­go. Dziś jed­nak było cicho. Bar­dzo. 

An­drzej prze­dzie­rał się przez las, rad, że śnieg się po nocy nie utrzy­mał, że miał oka­zję za­ła­twić ostat­nie spra­wy, zanim na dobre przyj­dzie zima. Obcy był tutaj, nie dało się ukryć, nie po­zwa­la­li mu za­po­mnieć. Strach było cza­sem gadać, bo zaraz po­zna­wa­li, że on nie swój, że prze­szłość jakąś musi mieć, i że z tej prze­szło­ści wy­nik­nę­ły widać ja­kieś kło­po­ty. Ale ko­eg­zy­sto­wa­li z nim, jedni le­piej, inni go­rzej. Iwan, tak się skła­da­ło, le­piej.

Iwan, któ­re­go z wiel­kie­go lasu nie zdo­ła­ła wy­rwać ani ma­tusz­ka Rosja, ani nawet ka­lec­two, choć lewą nogę miał pra­wie sztyw­ną i tutaj, w zie­le­ni, zda­wał się bar­dziej na pa­mięć i in­stynkt niż sa­me­go sie­bie. O prze­szło­ści nie gadał nigdy, raz tylko na­po­mknął o czymś przy wódce, a po­nie­waż zro­bił minę, jakby wy­lew­no­ści po­ża­ło­wał, An­drzej już do te­ma­tu nie wró­cił. 

Za­szedł teraz do Iwana, do jego domku, ma­łe­go i po­kracz­ne­go, wro­śnię­te­go nie­mal w wiel­kie sosny. Zdzi­wił się tro­chę, jakby cze­goś mu w tym ob­ra­zie za­bra­kło, ale spoj­rzał raz jesz­cze, spo­strzegł dym idący z ko­mi­na, błysz­czą­ce fu­ter­ka bie­la­ków i przy­pa­la­ny ogon ro­so­ma­ka, Iwa­no­wą kłu­sow­ni­czą dumę. 

– Jest kto w domu? – za­wo­łał An­drzej. – To ja, po sie­kie­rę…

Skrzyp­nę­ły ni­skie drzwi, wy­chy­li­ła się ko­bie­ca głowa przy­kry­ta weł­nia­ną chu­s­tą. 

– Wejdź­cie – po­wie­dzia­ła Zojka Fio­do­row­na i zmru­ży­ła lekko czar­ne, wą­skie oczy. – Czeka już na was. 

Ko­bie­ta, z którą Iwan żył, na­praw­dę na­zy­wa­ła się ina­czej, ale imie­nia nie zdra­dzi­ła nigdy, ni­ko­mu. Była w tej kwe­stii za­sad­ni­cza, w ogóle mó­wi­ła mało, jakby słowa nie lu­bi­ły opusz­czać jej ust. Wpu­ści­ła An­drze­ja do chaty i za­mknę­ła za nim drzwi. 

– Wresz­cie – burk­nął Iwan, pod­no­sząc się z zydla. Mieli tylko jedną izbę, małą i ciem­ną. – Zo­jecz­ka, daj nam her­ba­ty. My­śla­łem, że wcze­śniej zaj­dziesz, a tu już dzień zdą­żył wstać… Spo­cznij, co bę­dziesz stał jak kołek? 

An­drzej przy­siadł na wol­nym ta­bo­re­cie, so­sno­wej sa­mo­rób­ce, ja­kich pełno stało po cha­tach, i przy­jął bla­sza­ny kubek od Zojki. Do­da­ła cze­goś na roz­grza­nie, znać było po za­pa­chu. Chciał po­dzię­ko­wać, ale już nie miał komu. Zojka, cicho jak duch, prze­mknę­ła na drugi ko­niec izby i za­ję­ła ręce ka­wał­kiem drew­na. 

– No – pod­jął Iwan. – Przy­da­ła się ta sie­kie­ra. Bykow mi gada, że moją do­ro­bi do wie­czo­ra, to i bę­dzie z czym jutro iść. Ale ty wiesz, jaki on jest, trzy dni już obie­cu­je, a we łbie tylko sa­mo­gon.

Schy­lił się i wy­cią­gnął spod stołu pa­ku­nek owi­nię­ty w ga­ze­tę. Po­ło­żył go pew­nie przed An­drze­jem, przy­su­nął tro­chę. Zna­czy, dzię­ko­wał, po swo­je­mu. 

– Zła­piesz coś więk­sze­go przed zimą?

Iwan prych­nął. We­tknął skrę­co­ne­go pa­pie­ro­sa w usta, za­pa­lił od świe­cy. 

– Żeby jesz­cze było z kim… 

An­drzej przy­glą­dał mu się w mil­cze­niu. I naraz zro­zu­miał, czego za­bra­kło mu w tej cha­cie, skry­tej mię­dzy so­sna­mi. Za cicho w niej było, bez psie­go uja­da­nia, bez gar­dło­we­go war­ko­tu, co witał go jesz­cze zanim mógł doj­rzeć ro­so­ma­czy ogon po­wie­szo­ny u drzwi. 

– Gdzie twój Misz­ka?

Iwan wy­dmu­chał dym, po­krę­cił głową, ob­ja­wił braki w uzę­bie­niu, gdy my­ślał, co po­wie­dzieć. Po raz pierw­szy chyba, odkąd się znali, po­ka­zał w sobie coś, co zwy­kle cho­wał przed zim­nem tajgi. I zaraz ukrył to z po­wro­tem. 

– Dzia­dek był i wziął. 

Za­pa­dła cisza. Dziw­na, taka sama jak wcze­śniej w lesie.

– Jaki dzia­dek? 

– Ty jed­nak nie ta­joż­nik. – Iwan za­sę­pił się. – Dzia­dek, no! 

Wy­mó­wił słowo raz jesz­cze, wol­niej. I pa­trzył przy tym tak zna­czą­co, jakby szło o naj­więk­szą oczy­wi­stość, którą przy­szło mu ob­ja­śniać komuś nie­speł­na ro­zu­mu. 

– Iwan, da­ruj­cie te za­gad­ki. Co się stało z psem? Wódki mam ci przy­nieść, żebyś chęt­niej gadał?

Nie mu­siał ni­cze­go przy­no­sić. Iwan palił przez chwi­lę w za­my­śle­niu, aż w końcu prze­mó­wił. Dziw­nie jakoś, wsty­dli­wie, jakby miał swoje winy do od­po­ku­to­wa­nia. 

– Źle zro­bi­łem. Misz­ce ka­za­łem iść przed sobą, bo widzę, że jeleń padł. Łeb cały. Te jego rogi, to by Chiń­czy­ki wzię­li… Ale to nie był mój jeleń, ka­pu­jesz? Ani Misz­ki. Ech, jak na głu­pie­go pa­trzę, An­driu­sza! 

Wresz­cie Zojka Fio­do­row­na po­sta­no­wi­ła się nad nim zli­to­wać. Wsta­ła ze swo­je­go kąta, moc­niej ob­ję­ła ka­wa­łek drew­na, ten, przy któ­rym do­pie­ro coś ro­bi­ła. I po­de­szła, prze­mknę­ła ra­czej przez izbę, sta­nę­ła przy An­drze­ju. Ob­ja­wi­ła mu swoje dzie­ło tylko na chwi­lę, przy­kry­ła je zaraz smu­kłą ręką. 

Wy­rzeź­bio­na cien­kim no­ży­kiem syl­wet­ka wy­raź­nie od­ci­na­ją­ca się od sę­ka­tej po­wierzch­ni. Pro­sta, ale do­kład­na, by nikt nie zwąt­pił na co pa­trzy. 

– Amba – po­wie­dzia­ła. A była w tym sło­wie taka moc, że dziw­nym było, iż świe­ca dalej pło­nie. Jakby po­mruk się przez izbę prze­to­czył, jakby jakiś zło­wróżb­ne za­klę­cie kto wy­mó­wił w złą go­dzi­nę. An­drzej pa­trzył na smu­kły kształt, na mocno za­ry­so­wa­ną pio­no­wą linię oka. 

– Ty­grys. – Wresz­cie zro­zu­miał. 

 

***

 

 

Sły­szał na­ra­sta­ją­cy świer­got, żywy, coraz gwał­tow­niej­szy, wi­dział jak mały Szura, obe­zna­ny z tym świer­go­tem jak z mat­czy­nym gło­sem, wrzu­ca do płó­cien­ne­go worka opa­dłe szysz­ki, li­cząc je gło­śno, a wy­li­cza­nie prze­pla­ta­jąc z sobie tylko znaną pio­sen­ką. 

– Ro­dzi­com po­ma­ga­cie? – za­py­tał An­drzej, z grzecz­no­ści bar­dziej, bo od­po­wiedź była mu znana. Tak, jak każ­de­mu z wio­ski. 

Chło­pa­czek pod­niósł się, wy­pro­sto­wał chude nogi i po­ki­wał głową po­waż­nie. Z ojca Szury to była nie­zła ka­na­lia, żaden ta­joż­nik, a zwy­kły pijak, co miał jesz­cze dwóch ta­kich chło­pacz­ków, z dwie­ma in­ny­mi ba­ba­mi. I dwóch tych jego sy­necz­ków, my­ślał An­drzej, pew­nie sie­dzi teraz w tym lesie i też zbie­ra szysz­ki, by póź­niej, gdy obe­schną, wy­łu­skać z nich orze­chy, aby matki miały co sprze­dać, zanim bieda przy­ci­śnie. 

– Je­le­nie wi­dzia­łem – po­wie­dział Szura. – Jak z domu wy­sze­dłem, tam, gdzie będą tory. Nic a nic się nie bały. A jak­bym miał strzel­bę…

Jesz­cze nie miał strzel­by, ale już nie­dłu­go, nie­dłu­go, po­my­ślał An­drzej, że­gna­jąc dzie­cia­ka ja­kimś do­brym sło­wem. Co tu ta­kie­go chło­pacz­ka czeka? Jak nie kry­mi­nał, to kłu­sow­nic­two, jak nie kłu­sow­nic­two, to woj­sko. Taki był los czło­wie­ka w Kraju Nad­mor­skim, zwłasz­cza czło­wie­ka bez ko­nek­sji i wła­ści­wej prze­szło­ści. 

An­drzej wes­tchnął. Na wy­rę­bę na­za­jutrz miał iść, noc wy­pa­da­ło­by prze­spać i od­po­cząć. Ale do­wie­dzieć się cze­goś chciał, cze­go­kol­wiek o tym, co dzia­ło się da­le­ko, za Ura­lem jesz­cze. Wołał go tam­ten świat, ale nie mógł przy­wo­łać, nie kiedy po­wo­li wra­stał w dziką sy­be­ryj­ską zie­mię, jak bu­czy­na tłu­mio­na przez sosny. Bo tyle mógł, albo wro­snąć, albo paść i nie po­wstać już, a matce prze­cież przy­siągł, że się nie podda, nigdy. 

Nawet w Kraju Nad­mor­skim czy­ta­no ga­ze­ty, czy­ta­li przy­naj­mniej ci, któ­rym za­wcza­su wbito li­te­ry do głowy. Ale po nie trze­ba było iść, da­le­ko. An­drzej wąt­pił zresz­tą, by u schył­ku dnia coś jesz­cze na niego cze­ka­ło. 

Roz­wią­za­nie, łutem szczę­ścia, po­ja­wi­ło się samo. 

– Alek­san­drze Mi­ko­ła­je­wi­czu! – za­wo­ła­ła hardo wy­su­szo­na sta­rusz­ka, wy­chy­la­jąc się ze swo­jej chaty. – Gdzie wy, jak tu noc zaraz idzie? Matka nie czeka?

Mały Szura pod­sko­czył aż od ostre­go głosu i, za­miast tra­cić czas na tłu­ma­cze­nia, które tym bar­dziej zi­ry­to­wa­ły­by Tanię An­drie­jew­ną, po­mknął po pro­stu na swój ko­niec wio­ski. An­drzej pa­trzył jak pa­ty­ko­wa­ty chło­pa­czek gna na zła­ma­nie karku i uśmiech­nął się pod nosem. Było coś w tej jędzy ta­kie­go, że co ro­zum­niej­szy wolał jej po­słu­chać. Iwan gadał, że to przez złe oko. 

– A wy co? – za­py­ta­ła Tania, pa­trząc nie­chęt­nie na swo­je­go są­sia­da. 

– A nic – po­wie­dział szyb­ko An­drzej, wie­dząc, że lep­szej oka­zji nie bę­dzie. – Co u wa­sze­go chłop­ca? Wraca już do domu?

Zmia­na za­szła na­tych­miast. Tania, ła­god­nie­jąc w jed­nej chwi­li, scho­wa­ła dło­nie w rę­ka­wi­cach z za­ję­czej skóry.

– Ach – wy­mru­cza­ła. – Mój Wa­si­lij kształ­cił się, to i do­ce­nia­ją go we Wła­dy­wo­sto­ku. On ro­zum­ny taki po swoim dziad­ku, krew nie woda. Głowa może nie­spo­koj­na, ale kto go le­piej poj­mie niż ro­dzo­na matka?

An­drzej wes­tchnął w duchu. Wie­dział, czego przyj­dzie mu wy­słu­chać. Znał tę opo­wieść na pa­mięć. Wasia dobry, mądry, nic to, że z ta­kiej głu­szy za­wę­dro­wał do wiel­kie­go świa­ta. In­ży­nie­rem miał być, pierw­szym w ro­dzi­nie. 

– A lada dzień tu wróci… pisał mi, że jak tu przy­je­dzie, a to już nie­dłu­go, bę­dzie wy­bie­rał zie­mię pod tory. Mnie się śniło nie­raz, że on uczo­ny bę­dzie. Wiel­ka kolej tu pój­dzie, tak mi pisał, ze świa­tem nas po­łą­czy… Och, wy go może po­zna­cie! Prze­cież na to drze­wa tnie­cie! 

– Może po­znam – zgo­dził się An­drzej dla świę­te­go spo­ko­ju. – Macie dzi­siej­szą ga­ze­tę?

– Wczo­raj­szą – od­po­wie­dzia­ła na to Tania, a zmarszcz­ki po­głę­bi­ły się na jej czole. O je­dy­na­ku chęt­nie mó­wi­ła­by dłu­żej. – Dać?

– Jak mo­że­cie…

Stara mruk­nę­ła coś jesz­cze i we­szła do chaty. Bied­nie miesz­ka­ła, tak jak i An­drzej. Bieda w Kraju Nad­mor­skim nie dzi­wi­ła, bo­gac­two za to wzbu­dza­ło nie­uf­ność. 

Gdy wró­ci­ła, spoj­rza­ła już na są­sia­da po swo­je­mu, źle, nie­chęt­nie. Ale ga­ze­tę dała.

 

***

 

Źle było iść o świ­cie na wy­rę­bę, zwłasz­cza jak śnieg po nocy zo­stał. Jak już zo­stał raz, wia­do­me było, że nic go nie ruszy do lata. Prze­dzie­rać się przez ten śnieg, póki wię­cej nóg, łap, czy kopyt go nie ubije, to był duży wy­si­łek. Po dzie­się­ciu la­tach An­drzej prze­dzie­rał się dalej, nigdy nie po­my­ślał, że stąpa, nie, nie dla niego było stą­pa­nie, a je­dy­nie walka z zie­le­nią, wszech­obec­ną, pa­nu­ją­cą nie­po­dziel­nie nad Ussu­ri i Sun­ga­czą. Nie był z niego ta­joż­nik, miał Iwan rację. Mimo to, wła­śnie ma­tusz­ka tajga na ja­kieś życie mu po­zwa­la­ła. Bied­ne i cięż­kie, bo tylko piłkę i sie­kie­rę miał, ale i tak da­le­ko lep­sze niż ci, któ­rych na ro­bo­tę do­pro­wa­dza­li. An­drzej pra­wie nie pa­trzył w ich stro­nę, jakby w oba­wie, że do­strze­że gdzieś zna­jo­mą twarz, że ktoś pozna jego, że imie­niem za­wo­ła. 

– Zima – prych­nął Selim. – Aby już tu ostat­nia.

– Masz cho­ciaż dokąd wró­cić? – za­py­tał cicho An­drzej. 

– Dokąd, to mnie już wszyst­ko jedno. Je­stem czło­wiek wolny. Ale aby nie tu, aby nie w lesie. 

– Mówże ci­szej, Woł­kow zaraz bę­dzie z nas pasy darł. I Dimę masz za ple­ca­mi. 

Selim ob­li­zał spierzch­nię­te wargi, spoj­rzał nie­chęt­nie na in­ne­go wol­ne­go ro­bot­ni­ka, o któ­rym ga­da­li naj­gor­sze rze­czy i zła­pał drugi ko­niec piły. Do­brze się z Se­li­mem ro­bi­ło, żal cza­sem An­drze­ja brał, że miał swój barak tak da­le­ko. I że sie­dział w nim z ta­ki­mi, co le­piej ich było nie po­zna­wać. 

– Nas Woł­kow nie ruszy. Ty wiesz… – Tatar spoj­rzał zna­czą­co na syl­wet­ki więź­niów. – On tam bę­dzie pasy drzeć. 

I miał Selim rację, bo ledwo się ro­bo­ta za­czę­ła, a Borys Woł­kow zabrał się do tego, co mu wy­cho­dzi­ło naj­le­piej. Do dręczenia. Zaraz ja­kie­goś chu­de­go zło­dzie­ja – wy­krzy­czał wszak już nie­raz, że to jest zło­dziej, by każdy wie­dział – zdzie­lił przez łeb, zaraz mach­nął kijem nad kar­kiem bar­czy­ste­go mło­dzie­niasz­ka. Strzel­by, co ją nosił na ra­mie­niu, nie użył nigdy, chyba że aku­rat chciał komuś po­gro­zić. Ale żeby kulę zmar­no­wać, to już się nie go­to­wał. Gadał, że ludu mnogo, że wię­zie­nia wszę­dzie pełne i ma skąd brać, jed­nak na samym ga­da­niu koń­czył. Ma­wia­no, że strze­lać nie umie, że może sobie w nogę by tra­fił, ale ra­czej nie w dru­gie­go czło­wie­ka. 

– Aby się prze­krę­cił – po­wie­dział pół­gębkiem Selim. – No, An­driu­sza, zaraz drze­wo po­le­ci. 

Po­czę­sto­wał go pa­pie­ro­sem, za­wo­łał jesz­cze, by się inni od­su­nę­li. I tak, od pierw­szej sosny, prze­szli do na­stęp­nej. Dima, który robił koło nich, prych­nął po­gar­dli­wie. Sam się do ro­bo­ty nie rwał, ale nawet straż­ni­cy czuli do niego jakiś re­spekt. Miał Dima swoje ukła­dy w taj­dze, znał paru ta­kich nie­cie­ka­wych, a mó­wi­ło się, że każdą rzecz po­tra­fi za­ła­twić. Choć – jak do­da­wa­no zaraz ści­szo­nym gło­sem – le­piej było za­ła­twiać z kimś innym.

– Cicho tu jakoś – za­uwa­żył An­drzej, gdy przy­szło po­łu­dnie. – Nie idzie mi o Woł­ko­wa. Las jakby taki… mil­czą­cy. 

– Aaa… – Tatar ro­zej­rzał się, zmarsz­czył gęste brwi. – Może ty masz rację? Ani wron, ani czego więk­sze­go… Nas się prze­cież nie boją. 

Po­wie­dział­by może coś jesz­cze, ale Woł­kow, z sobie tylko zna­nych po­wo­dów, nakazał nagle przerwać pracę. Inni straż­ni­cy, nie tak gor­li­wi w pil­no­wa­niu, wy­mie­ni­li zdzi­wio­ne miny. Borys Woł­kow, czer­wo­ny z furii, do­padł jed­ne­go ze ska­zań­ców. I za­ry­czał coś o zło­dziej­stwie, o tym, że życie ta­kie­go zło­dzie­ja jest warte mniej niż krom­ka chle­ba, a on dziś i na tę krom­kę nie za­słu­żył. 

– Co wy macie? Łapy takim po­uci­nać! Ja was tu roz­bio­rę, jak bę­dzie trze­ba, wy­tłu­kę zło­dziej­stwo raz a do­brze! 

Ska­za­niec, który nagle skur­czył się w sobie, nie wie­dział jesz­cze, że oto oca­lił życie. Że głowa wbita w ra­mio­na miała szan­sę zo­stać na karku. 

Bo nagle przez tajgę prze­szedł po­mruk. 

Jakby zie­mia za­wi­bro­wa­ła. Jakby śnieg za­tań­czył na gru­bych ga­łę­ziach sosen. An­drzej pa­trzył na po­bla­dłe, sine pra­wie ob­li­cza Se­li­ma, na jego palec, co unosi się i coś wska­zu­je. Aż strach było ocza­mi po­dą­żyć. 

Ty­grys. Czy ra­czej cień, ale nie, za cięż­kie to było na cień, za po­tęż­ne. Wiel­ki kot, ze szra­mą na ma­syw­nym łbie, naraz to le­ciał, to miaż­dżył ła­pa­mi syl­wet­kę Bo­ry­sa Woł­ko­wa. Po­mruk, który jesz­cze zie­mią trząsł, prze­szedł w ryk, naj­strasz­niej­szy, gar­dło­wy. Ale zaraz ucichł, bo kły, dłu­gie na palec, we­rż­nę­ły się w szyję. 

Padł Woł­kow, gó­ro­wał nad nim ty­grys, ta­joż­ni­czy król. Szar­pał, rwał, sza­mo­tał. I już, gdy oprzy­tom­niał ktoś, ucie­kł­szy spod magii amby, od­wró­cił się. Pysk miał krwa­wy, kawał skóry z kła zwi­sał. Prze­szedł przez tajgę strzał, pierw­szy, drugi. 

Ty­grys wark­nął. Żeby taki kot, taki cię­żar, tak lekko się od­wró­cił, nie, nie dało się tego pojąć. A żeby zaraz be­stia roz­pły­nę­ła się w lesie, wsiąk­nę­ła w pa­pro­cie, sosny… Znik­nę­ła po pro­stu?

 

***

 

– Ja ci mówię, Iwan. But, z buta ster­czy noga. A obok druga, już bez buta. Ten, co go Woł­kow chciał lać, to w spodnie na­ro­bił. 

– Wam też pew­nie nie­wie­le bra­ko­wa­ło. 

An­drzej nie mógł za­prze­czyć. 

– Nie wie­rzy­łem, że one są takie wiel­kie! Pra­wie jak konie! A jak leci, nie po­my­ślał­byś, że to tak lekko… 

– Po­my­ślał­bym – burk­nął Iwan. – Ja już swo­je­go dziad­ka wi­dzia­łem. Jak mi Misz­kę ze­żarł. Może i po mnie przyj­dzie? Wiesz co, ja ci po­wiem, An­driu­sza? Jak on się na cie­bie uweź­mie, to nie ma zmi­łuj. To nie jest niedź­wiedź, wilk, może tylko ro­so­mak bę­dzie się tak żarł do sa­me­go końca.

To mó­wiąc, pod­wi­nął rękaw ko­żu­cha. Bli­zny po star­ciu z ro­so­ma­kiem, żar­ło­kiem, jak go na­zy­wał, ob­ja­wiał świa­tu chęt­nie. Raz by­dla­ka strze­lił, to my­ślał, że padł. Ale on cze­kał, cze­kał aż Iwan zbli­ży się tro­chę, prze­ko­na­ny o wła­snym zwy­cię­stwie. Prze­orał mu za tę pychę ręce aż do kości. 

– Ale tra­fi­li go – po­wie­dział An­drzej. – Przy­naj­mniej jedna kula go do­pa­dła.

Nie­ocze­ki­wa­nie Zojka Fio­do­row­na mruk­nę­ła coś pod nosem. Po swo­je­mu, tak, że ani An­drzej ani Iwan nie zro­zu­mie­li. Ten drugi jed­nak wy­raź­nie się spiął. 

– On wróci – prze­szła na ro­syj­ski.

– Po co? Ty­grys nie jest głupi, a jak już na­uczył się, że mamy broń…

– An­driu­sza… Ty­grys, to nie jest coś, co ty swoim ro­zu­mem poj­miesz – ode­zwał się Iwan. – Jak on się za­sa­dzi, to nie od­pu­ści. A zanim wy zo­ba­czy­cie go raz, on pozna już wasze szla­ki z każ­dej stro­ny. To jest pan tego lasu, jak Bóg Oj­ciec, jak Matka Dzie­wi­ca… Jemu jed­na­ko, czy zimno, czy go­rą­co, czy muchy tną. I na drze­wo wle­zie, i rzekę prze­pły­nie… Amba, tak na niego mówi moja Zojka. Ci od niej, to jego czczą w taj­dze, bo wie­dzą, że on tu jest praw­dzi­wy car! 

An­drzej pa­trzył na prze­ję­tą twarz Iwana, dopił tro­chę wzmoc­nio­nej go­rzał­ką mie­szan­ki zio­ło­wej. Her­ba­ta już się koń­czy­ła. Iwan bez Misz­ki nie my­ślał ru­szać w las, a twier­dził, że pręd­ko ta­kie­go dru­gie­go psa nie znaj­dzie. 

– Zo­stań­cie jutro w domu – po­wie­dzia­ła Zojka. – Daj­cie ambie za­ła­twić swoje spra­wy. 

– Nie mogę. Nie za­pła­cą mi, jak się nie po­ja­wię. 

– Co ci po pie­nią­dzach? An­driu­sza, choć­byś robił sto lat, do domu już nie wró­cisz. Ja wiem, to co mnie jest wol­no­ścią, tobie się zdaje wię­zie­niem. Ale poj­mij, dla wła­sne­go dobra: tajga da ci życie, a ty­grys śmierć. Prze­sie­dzisz zimę w domu, za­ję­cy na­ła­piesz, so­sno­wych orze­chów na­zbie­rasz. Ucią­gniesz…

– Iwan… Ja tak nie chcę. 

Zojka Fio­do­row­na, wi­dząc, że nic już nie ugra, prych­nę­ła pod nosem. Wy­szła z chaty, nawet się na nich nie oglą­da­jąc. 

– Żonę ci roz­zło­ści­łem – mruk­nął prze­pra­sza­ją­co An­drzej. 

– A, daj spo­kój, w niej łatwo krew się burzy. – Iwan mach­nął ręką. – Po­ła­zi sobie, po­wrzesz­czy, to i z niej zej­dzie. Do­brze zresz­tą, że wy­szła… Bo ja ci coś po­wiem, ale ona o tym wie­dzieć nie może… Cho­ciaż może i już wie… Ja cię okła­ma­łem, An­dru­sza. Nie tak było z Misz­ką, że jego ty­grys przez tego je­le­nia ze­żarł… Nie, dzia­dek przy­szedł, bo dał mi ostrze­że­nie. Mnie, po­myśl sobie, parę dni temu pod cha­łu­pą łaził taki… Wiesz… 

Iwan dolał wię­cej go­rza­ły do wła­snych ziół. 

– Waż­niak – po­wie­dział w końcu – co się z Chiń­czy­ka­mi zna. On mi mówi, Iwa­nie, u was tu strasz­na bieda, ledwo cha­łu­pa stoi. Wam by się ruble nie przy­da­ły? No przy­da­ły, ja na to, bo i taka praw­da, bieda aż pisz­czy. 

Opo­wieść nie chcia­ła wyjść jed­nym tchem, Iwan znowu mu­siał wypić. An­drzej pa­trzył na niego, wie­dząc, że jeśli choć raz prze­rwie ciszę, nie pozna już resz­ty hi­sto­rii. 

– Dam ci dwa­dzie­ścia rubli na za­chę­tę, tak mi gadał. I dwie­ście, jak coś mi wy­tro­pi­cie. Wy się niedź­wie­dzia nie zlęk­nie­cie, wa­ta­hy wil­ków, co to więc dla was, taka ro­bo­ta? Pięk­ne to były słów­ka, An­driu­sza. A ja, głupi, słu­cha­łem. 

Zaś stuk­nął bla­sza­ny kubek o stół.

– Dwie­ście rubli chciał dać za skórę ty­gry­sa. I jesz­cze pięć­dzie­siąt, jak to bę­dzie sa­miec, bo mu jaja były na coś po­trzeb­ne. Jak­bym miał rozum, to bym wziął strzel­bę i po­go­nił. Ale on tak mi sło­dził, kusił, że te ruble wzią­łem. A na drugi dzień z Misz­ki sam ogon zo­stał. Co było robić? Pie­nią­dze od­da­łem, żeby z uroku amby wyjść. Jak­bym nie oddał, stał­byś teraz nad jakim kur­ha­nem i mi Zo­jecz­kę po­cie­szał. 

Iwan wresz­cie wypił do końca. 

– Co ty­gry­so­wi zro­bił Woł­kow – pod­jął chra­pli­wie – tego nie wiem. Ale on jesz­cze nie skoń­czył, to jest pewne. Może jemu się ta kolej nie po­do­ba? Może jakie jego ta­jem­ne ścież­ki prze­ci­na? Tylko amba to wie, An­driu­sza. A jak przyj­dzie mu ocho­ta, to od­bie­rze co jego, już ty się nie bój. Jeśli o mnie cho­dzi, jesz­cze Dimę mógł­by ze­żreć, nikt by po nim nie za­pła­kał. 

 

***

 

Cich­szej wy­rę­by niż na­za­jutrz An­drzej nie pa­mię­tał. Ude­rza­ły sie­kie­ry, jedna za drugą, stu­ka­ły mo­no­ton­nie w wiel­kie, sze­ro­kie pnie. Za Woł­ko­wa miał przyjść ktoś nowy. Nikt jed­nak nie ty­po­wał jego na­stęp­cy, nie było zwy­kłe­go picia go­rzał­ki, za­kła­dów mię­dzy nad­zor­ca­mi. Wszy­scy stali jak stru­ci, bar­dziej sku­pie­ni na wła­snych strzel­bach niż na pracy. 

Nawet Selim był cicho, nie zło­rze­czył żad­ne­mu straż­ni­ko­wi, a pa­pie­ro­sy co rusz wy­pa­da­ły mu z kie­sze­ni. Raz tylko za­klął, że za­mo­kły, a zaraz potem wzdry­gnął się, jakby ucie­kło mu coś waż­ne­go. An­drzej do­pie­ro z cza­sem zo­rien­to­wał się, że robi to samo. Pa­trzył w nie­skoń­czo­ną zie­leń, wy­pa­try­wał ja­kie­goś kształ­tu, na­słu­chi­wał zdu­mie­wa­ją­co lek­kich ude­rzeń wiel­kich łap. Bo wie­dział, że one gdzieś tam są, cał­kiem bli­sko, że może wła­śnie ugi­na­ją się do skoku. 

Ty­grys za­cza­ił się w taj­dze i ob­ser­wo­wał. 

 

***

 

Ty­grys za­cza­ił się w domu. An­drzej wi­dział go wy­raź­nie, po­znał, że coś, co brał do­tych­czas za ko­cioł od pieca to wiel­ki kor­pus. To nie dym ucho­dził z kraty, a para ucie­ka­ła z noz­drzy. To nie mio­tła pod­pie­ra­ła ścia­nę, to gruby ogon ze­sztyw­niał, gdy nie­po­dziel­ny pan tajgi szy­ko­wał się do ataku.

I te oczy, strasz­ne, naj­strasz­niej­sze, nie po­zwa­la­ły mu się po­ru­szyć. Za­cza­ro­wa­ły go, za­hip­no­ty­zo­wa­ły. 

– Znam twoje serce – po­wie­dział ty­grys. – Mu­sisz mi je przy­nieść. 

– Jest za da­le­ko. 

– Więc chodź­my po nie razem. 

An­drzej chciał za­pro­te­sto­wać, krzyk­nąć, uciec, lecz nagle ty­grys za­czął ro­snąć. Wy­peł­niał już cały barak, jego go­rą­ce i lep­kie od krwi futro na­pie­ra­ło na po­sła­nie. Amba za­mru­czał, a wraz z tym po­mru­kiem całe ciało An­drze­ja prze­szedł dreszcz, jak w fe­brze. 

Ock­nął się zlany potem. Ogień w piecu pra­wie wy­gasł. An­drzej już miał się pod­nieść, do­ło­żyć drew bo tego jed­ne­go w taj­dze aku­rat było pod do­stat­kiem, gdy ledwo stłu­mił krzyk. Wciąż nie­zu­peł­nie roz­bu­dzo­ny, po­tarł twarz. Nie, wszyst­ko było w po­rząd­ku. Chat­ka, piec, mio­tła. A jed­nak zmora ani my­śla­ła odejść. 

Na ze­wnątrz pa­no­wa­ło ja­kieś po­ru­sze­nie. An­drzej, owi­ja­jąc się ko­żu­chem, pod­szedł do drzwi i za to wścib­stwo uszczyp­nę­ło go lo­do­wa­te po­wie­trze. Szyb­ko za­mknął się w cha­cie. Mocny głos Tani An­drie­jew­nej z ła­two­ścią prze­ni­kał przez ścia­ny ba­ra­ku. 

– Wasia! Mój Wasia! – za­szlo­cha­ła sta­ru­cha. – Chu­dyś taki, aż strach pa­trzeć! Uści­skaj­że matkę!

Męż­czy­zna, który jej od­po­wie­dział, zda­wał się lekko za­że­no­wa­ny. Jego słów An­drzej nie do­sły­szał, bo znik­nę­ły zu­peł­nie pod mat­czy­ny­mi spa­zma­mi. 

– Do­brze czuło moje serce, że to już czas do domu! Ja ci tu zupy dam, a jutro pójdę po coś lep­sze­go… Och, her­ba­tę przy­nio­słeś! Dziec­ko moje…

La­ment trwał jesz­cze jakiś czas. An­drzej, czu­jąc, że już nie za­śnie, wró­cił na po­sła­nie. Jesz­cze Wa­si­li­ja tu bra­ko­wa­ło, po­my­ślał i po­krę­cił głową. To już ty­gry­sa by wolał… 

Nie, wcale nie, po­pra­wił się w duchu, czu­jąc się tak, jakby przy­pad­kiem wy­mó­wił złe za­klę­cie. Waśka może już taki zły nie jest, a na pewno lep­szy niż amba, nie tak dziki, nie tak nie­bez­piecz­ny…

Za­ci­snął po­wie­ki z na­dzie­ją, że jed­nak za­śnie.

 

***

 

Więź­nio­wie od­de­le­go­wa­ni do bu­do­wa­nia Kolei Trans­sy­be­ryj­skiej rzad­ko zo­sta­wa­li gdzieś na dłu­żej. Ga­da­ło się, że jakby za do­brze po­zna­li teren, jesz­cze by po­ucie­ka­li, ale dla każ­de­go, kto spę­dził w taj­dze dłu­żej niż dzień, była to oczy­wi­sta głu­po­ta. Lep­sze­go wię­zie­nia niż las bo­re­al­ny czło­wiek nie stwo­rzy, choć­by i całe lata pró­bo­wał. Tu od­da­lić się od in­nych zna­czy­ło zgi­nąć, a śmierć miała tyle imion, że łatwo było któ­reś wy­wo­łać. 

Raz An­drzej wi­dział, jak na czło­wie­ka spa­dła gałąź. Śnieg to jedno, sosna się pod białą po­kry­wą nie łamie, co in­ne­go mu­sia­ło drze­wo osła­bić. Trzask, ude­rze­nie, cisza. Pęk­nię­ta czasz­ka. Innym razem był taki – Kozak chyba – co wrzesz­czał, że ko­ma­ry go za­bi­ją. Ob­ła­zi­ły wszyst­kich, tylko dym tro­chę je pło­szył, więc jesz­cze to­wa­rzy­sze nie­do­li śmia­li się, że ten taki de­li­kat­ny. A on na­praw­dę umarł. W jed­nej chwili spuchł, w dru­giej otwie­rał usta jak ryba wy­ję­ta z wody, w trze­ciej nie żył. Nie­któ­rzy umie­ra­li zwy­czaj­niej, czy to od gangreny w ranach, czy to za­tru­ci złymi grzy­ba­mi, które po­chła­nia­li ze strasz­ne­go wię­zien­ne­go głodu. W każ­dym razie śmierć za­glą­da­ła do tajgi czę­sto. 

Wa­si­lij Gri­gor­je­wicz Popow, wy­cze­ka­ny Wasia, wró­cił z Wła­dy­wo­sto­ku i zajął się tym, co mu matka wy­śni­ła. Za­stą­pił Woł­ko­wa, prze­jął jego ka­wa­łek wy­rę­by. Wpierw wszy­scy spraw­dza­li, na ile sobie mogą z nim po­zwo­lić. A gdy wy­szło, że na nie­wie­le, po­wta­rza­li, że jest za młody. I zbyt pewny tego, co w książ­kach wy­czy­tał. Co już nie spodo­ba­ło się zu­peł­nie ni­ko­mu, chciał pewne spra­wy do­koń­czyć. 

– Ty­grys – rzekł w siód­my dzień po tym, gdy po­cho­wa­li to, co zo­sta­ło z Woł­ko­wa – mu­siał już paść i teraz na­le­ża­ło­by to tru­chło od­na­leźć. Rozum im od niego odej­mu­je, nie pra­cu­ją jak po­win­ni, gapią się tylko w las! Dla­te­go plan nie idzie!

Dima, ten co o nim źle ga­da­li, oparł się o drze­wo i gło­śno wes­tchnął. Ledwo jed­nak młody Popow na niego spoj­rzał, a zaraz wró­cił do ro­bo­ty. To też da­wa­ło do my­śle­nia, że taki stary byk ma do szcze­nia­ka jakiś re­spekt. 

– Jak tak chce leźć i szu­kać, to ani myślę go za­trzy­my­wać – szep­nął Selim. – Aby tylko nas w to nie wcią­gał. Patrz, An­driu­sza, jak to jest. Za­punk­tu­je sobie chło­pa­czek jak po­ka­że, że takie rze­czy chce mu się wy­ja­śniać. On by wolał, żeby ten ty­grys żył, tak sobie myślę. Za­bił­by go, ozdo­bił się fu­trem jak jaki car, może wi­sior z pa­zu­ra zro­bił?

– Dia­bli go wie­dzą – od­parł An­drzej. – Ga­da­ją, że już na ko­mi­sa­ria­cie wódkę pił. Bę­dzie gor­szy niż Woł­kow, zo­ba­czysz. 

Gor­szy od ty­gry­sa. 

– Ni­ko­go nie leje. Tam­tych jakby nie wi­dział. 

– Pa­trzy, wierz mi. Przy­glą­da się. Selim… Ty my­ślisz, że ten ty­grys może nie żyć? Strze­li­li wtedy do niego, wi­dzia­łeś. 

Selim nie od­po­wie­dział. We­tknął ko­niec pa­pie­ro­sa do ust, nie za­uwa­żył nawet, że nie od­pa­lił. 

– Słu­chasz mnie? 

– An­driu­sza, daruj, ale ja nie chcę się za­sta­na­wiać. Może ty­grys nie żyje, in­szal­lah. 

– Nie wie­rzysz w to. 

– Prze­stań gadać. Ja już chory je­stem jak mam tu iść! Sie­kie­rą się przed nim nie obro­nisz, ka­mie­niem też nie rzu­cisz. Co my tu in­ne­go mamy? Jak ty­grys padł, nasze szczę­ście!

Nie padł, po­my­ślał An­drzej, przy­glą­da­jąc się dwóm chło­pacz­kom, co nie bar­dzo wie­dzie­li, jak za­brać się do sosny. Mleko jesz­cze mieli pod nosem, trud­no było uwie­rzyć, że takie dzie­ci car wy­słał na ko­niec świa­ta. 

– An­drzej…

Choć piła ledwo we­szła w drze­wo i za­sty­ga­ła po­wo­li w gę­stym soku, Selim wcale się tym nie prze­jął. Szturch­nął kom­pa­na, uniósł lekko brwi, jakby wska­zy­wał coś ponad nimi. Czy­ste, białe niebo nad tajgą, nie­raz mó­wi­ło dużo. Dym się cza­sem na nim kłę­bił, cza­sem jakiś wiel­ki ptak kre­ślił swe ścież­ki w bez­kre­sie. A teraz, wcale nie­da­le­ko, wy­kwi­tła czar­na plama wron. Jakiś kro­gu­lec chciał ją roz­pę­dzić, do­brać się po swoje, ale wrony stały twar­do i ani my­śla­ły odejść. 

– Coś du­że­go. Może jeleń, może łoś – mruk­nął An­drzej. – Nażre się ptac­two, a wio­sną znaj­dzie­my kości. Selim, ro­bisz?

– Robię, robię. – Tatar zła­pał swój ko­niec piły, szarp­nął i zaraz schy­lił głowę, jakby chciał za­po­mnieć co wi­dział. 

Nie pierw­sza taka rzecz w taj­dze, po­my­ślał An­drzej, a tego jakby pio­run trza­snął. Spoj­rzał na ptaki raz jesz­cze. Ścier­wo­ja­dy roz­ga­nia­ły więk­sze dra­pież­ni­ki, spra­wa to na­tu­ral­na. Ale wrony były cier­pli­we. Gdy coś sobie wy­pa­trzy­ły, nie my­śla­ły od­pusz­czać. Dużo ich było, rze­czy­wi­ście. Sobol by ich tak nie za­in­te­re­so­wał, nawet z po­je­dyn­cze­go wilka nie mia­ły­by wiel­kiej uczty. 

Nie on jeden się gapił. Andrzej zaraz wypatrzył, że sta­lo­wy wzrok Wa­si­li­ja też ucie­ka ponad drze­wa. 

– Może tam jest jego ty­grys? – szep­nął do Se­li­ma. 

Tatar się wzdry­gnął. 

– An­driu­sza… Ja nie wiem… Ale po­wiedz mi, dla­cze­go te wrony nie kra­czą?

 

***

 

Nie kra­ka­ły wrony, strasz­na cisza była w taj­dze. Nic nie śmia­ło jej za­kłó­cić, prócz jed­nej tylko isto­ty, sła­bej, ale od­waż­nej, skoro oswo­iła ogień. Prze­szedł nad lasem taki wrzask, że sosny się za­trzę­sły, że zaraz psy pod­nio­sły raban, a mię­dzy cha­ta­mi ro­ze­szło się nieme py­ta­nie: kogo amba wziął tym razem?

An­drzej wy­biegł z ba­ra­ku. Tania An­drie­jew­na, z ręką przy­ci­śnię­tą do serca, roz­glą­da­ła się, krą­ży­ła, py­ta­ła. Nie ona jedna. Matki ła­pa­ły dzie­ci, oj­co­wie za­my­ka­li cha­łu­py na czte­ry spu­sty, py­ta­li, co kto ma do obro­ny.

Coś wy­ła­nia­ło się z lasu, szło na nich, wo­ła­ło po­mo­cy. Wolał An­drzej udać, że nie sły­szy, że nie jego woła ten cień po imie­niu. Ale już było za późno, już miał to ża­ło­śnie kwi­lą­ce coś na progu. W pierw­szej chwi­li nie po­znał. 

– Do Iwana trze­ba iść, pręd­ko… 

– Kto tam jesz­cze był? – za­wy­ła Tania An­drie­jew­na. – Gdzie mój Wasia?

– Nam ka­za­li pójść, to po­szli­śmy, a gdzie on… Ja nie wiem! An­driu­sza, ja… Iwan mi po­trzeb­ny, pomóż! Bykow za­bi­ty…Ty­grys łeb mu urwał! 

An­drzej prze­łknął ślinę, z tru­dem zwal­cza­jąc w sobie chęć uciecz­ki do ba­ra­ku. Znał tego czło­wie­ka, wie­dział, że też robi przy wy­rę­bie, ale żyje z łaski ma­tusz­ki tajgi i ta­kich, co sam nigdy by ich wolał nie po­zna­wać. Dima. 

– Teraz mu­sisz iść?

– Póki amba żre… Pomóż mi!

Prze­dzie­rać się zmro­kiem przez tajgę, to jak po omac­ku iść. Nie ma czło­wiek oczu jak kot, ledwo ko­niec wła­snej ręki wy­pa­trzy w ciem­no­ści. An­drzej po­ty­kał się o ko­rze­nie, Dima, bar­dziej obe­zna­ny z lasem, cią­gnął go ra­czej niż pro­wa­dził. Znów zdało się An­drze­jo­wi, że coś za cicho jest, że nawet wi­cher nie hula w so­snach. 

– Na co ja ci je­stem po­trzeb­ny?! Dima, mnie nic do tego, co ty ro­bisz, ale…

– Mnie Iwan nie chce znać… A ta jego, ta Zojka… Ona bę­dzie wie­dzieć… An­driu­sza, co ja zro­bi­łem?! Mnie rozum od­ję­ło! – Dima za­szlo­chał, wy­smar­kał się w palce. – No ale mówił Waśka, że mi strzel­bę za­bio­rą, że ja kłu­sow­nik… Tylko co mi było po strzel­bie, co to jest strzel­ba przy ta­kiej sile? A że do wię­zie­nia… Tu jest prze­cież wię­zie­nie! 

Do Iwana było bli­sko. An­drzej, wie­dząc, że ta­joż­nik wcale nie bę­dzie rad z nie­za­po­wie­dzia­nej wi­zy­ty, ro­zej­rzał się, jakby szu­ka­jąc do­brych słów. Tych nie zna­lazł, za­miast nich wy­pa­trzył cień zna­jo­my, owi­nię­ty w chu­s­tę z gru­bej wełny.

– Zoja… 

Od­wró­ci­ła się do nich, wcale nie zdzi­wio­na, ra­czej smut­na. Była w jej czar­nych, wą­skich oczach re­zy­gna­cja, ra­mio­na się ugię­ły, jakby Zojce przy­by­ło dzie­sięć lat. 

– Wejdź­cie. 

Zmie­nił się bar­dzo dom Iwana, odkąd An­drzej był tu ostat­nio. Teraz spo­strzegł, że nie ma już ro­so­ma­cze­go ogona, że futra bie­la­ków mu­sia­ły pójść na sprze­da­nie. Jed­nak, do­pie­ro gdy zna­lazł się w środ­ku, zu­peł­nie onie­miał. 

Za sto­łem, na naj­więk­szej ścia­nie, skry­ty pod sznur­ka­mi, na któ­rych Zojka su­szy­ła zioła, był ty­grys. Na­ma­lo­wa­ny z wiel­ką sta­ran­no­ścią, choć tylko jedną farbą, któ­rej w taj­dze było pełno – krwią. 

– Czego wy tu? – wark­nął Iwan. – Wilka wo­lał­bym spo­tkać w noc, albo i dia­bła! An­driu­sza, kogo mi pro­wa­dzisz? Wy­no­cha! Ja go tu nie pro­sił…!

– Nie – ode­zwa­ła się jed­nak Zojka, sia­da­jąc za sto­łem. – To jest twoja krew, Iwan, mu­sisz po­słu­chać… 

– Krew! Brata nie mam, bę­dzie już ósmy rok! To wi­dzia­dło jakie… – Ale Iwan mówił bez prze­ko­na­nia. Coś go w gło­sie Zojki za­trzy­ma­ło, ka­za­ło opaść na zydel. 

Dima spoj­rzał bła­gal­nie na An­drze­ja, który jed­nak stał jak onie­mia­ły. Na Iwana li­czyć też nie mógł, teraz ta­joż­nik nie zda­wał się z ob­li­cza przy­jaź­niej­szy od ty­gry­sa. Zo­sta­wa­ła trze­cia osoba w cha­cie. Przed nią Dima padł na ko­la­na. 

– Ura­tuj mnie! – za­pła­kał. – On już po mnie idzie…

– Jak cię mam ura­to­wać? – za­py­ta­ła Zoja. – Sam mu wsze­dłeś w drogę. Ale jak ci amba dziś da­ro­wał… On cię po­znał, zo­ba­czył coś cen­ne­go. Może prze­ba­czył?

Dima jęk­nął. 

– Kazał mi Waśka pójść, to po­sze­dłem! I za co, za pięć rubli? Pięć dla mnie i pięć dla By­ko­wa, mie­li­śmy tylko tru­chła szu­kać… Mówił Bykow po dro­dze, że Chiń­czyk da wię­cej, że i ten Waśka do­sta­nie ładne złoto od cara, jak tak się kolei przy­słu­ży…

Mó­wiąc, dła­wił się łzami. Słowa nie chcia­ły wy­cho­dzić, nie­waż­ne jak Dima pró­bo­wał. Wresz­cie Iwan, zmę­czo­ny już tym la­men­to­wa­niem, wy­sta­wił bim­ber na stół. 

 

***

 

Ty­grys może i Dimie da­ro­wał, ale Rosja o prze­ba­cze­niu nie my­śla­ła. Noc jesz­cze była, gdy za­ło­mo­tał ktoś do An­drze­jo­wej chaty, za­świe­cił naf­tów­ką w oczy.

Wa­si­lij Gri­gor­je­wicz Popow, umi­ło­wa­ny sy­ne­czek Tani, nie potrzebował za­pro­sze­nia. O in­for­ma­cje mu cho­dzi­ło, wszak prze­stęp­ca nie mógł zo­stać na wol­no­ści. Nie dość, że kłu­sow­nik – co on by jesz­cze da­ro­wał, wszak tu­tej­szą biedę do­brze znał – to mor­der­ca, a tego już prze­ba­czyć nie wolno. 

– Wy już, An­drzej, swoje prze­sie­dzie­li­ście – po­wie­dział nie­sły­cha­nie spo­koj­nie Waśka. – Was do­brze ko­mi­sarz pa­mię­ta, wasze wy­wro­to­we mi­ło­ści jesz­cze mu się przy­po­mi­na­ją po no­cach. Gdzieś za­pro­wa­dził Dimę? 

Kła­mać nie było sensu. Wie­dział wszak An­drzej, że Wasia mu­siał już się z matką roz­mó­wić, że to ona go tu na­kie­ro­wa­ła. 

– Do Iwana. Zna­cie go prze­cież. 

– Znam. Ja wiem, co to jest za przy­pa­dek. Krwi już prze­lał, zdaje się, za trzech ludzi. Ale car jesz­cze czło­wie­ka chciał w nim wi­dzieć, życie da­ro­wać… To co? Gdzie Dimę bra­ci­szek wy­pro­wa­dził? Gdzie scho­wał przed spra­wie­dli­wo­ścią?

– Waśka, ja nie wiem! U Iwana go zo­sta­wi­łem, jak pro­sił. Ty­gry­sa spo­tkał, wi­dział jak Bykow skoń­czył i bał się… Może i rozum stra­cił?

Coś złego bły­snę­ło w oczach Waśki. Jakby od naf­tów­ki nie szło żółte świa­tło, a pie­kiel­ny ogień. 

– Ty­gry­sa już nie ma! Wie­rzyć mam, że drugi pode­jdzie? Ja głupi nie je­stem, wiem, że­ście go po­strze­li­li, wtedy, na wy­rę­bie. Ile takie zwie­rzę po­ży­je, co, An­drzej?

Już chciał mu po­wie­dzieć, że nie wie, wszak nigdy nie upo­lo­wał czego więk­sze­go od so­bo­la, ale dał spo­kój. Para szła z nosa Waśki, gdy ten od­dy­chał cięż­ko, gdy rękę za­ci­snął w pięść. Spo­ko­ju nie po­tra­fił dłu­żej uda­wać, wy­szedł dia­beł z tego czło­wie­ka. 

– Wam się Bykow nie po­do­bał, głupi by zo­ba­czył. Dimie pew­nie naj­bar­dziej. Ty to mu­sia­łeś wie­dzieć, wy­wro­to­wiec swo­je­go pozna. Ale ja was też znam, An­driu­sza, prze­cież ty już po rozum po­sze­dłeś. Na co by ci była na­stęp­na od­siad­ka? Stary nie­dłu­go bę­dziesz…

An­drzej mil­czał. Żadne słowo nie było dość dobre, po­my­ślał nagle, że jakby strzel­bę miał, to by wy­pa­lił. Albo jakby nóż mu wpadł w ręce, nie za­wa­hał­by się. Po­czuć takie go­rą­co na dło­niach, lep­kość krwi… Być przez chwi­lę jak ty­grys. 

– No… – Waśka od­kaszl­nął. – Gdzie scho­wa­li Dimę? Ro­dzi­na Na­naj­ki go wzię­ła? Do nich trze­ba iść po zbie­ga? W dzi­czy szu­kać? 

– N-nie… – szep­nął An­drzej. Naraz w my­ślach ob­ja­wi­ła mu się smut­na, po­waż­na twarz Zojki Fio­do­row­nej. – Ja nie wiem, na­praw­dę. Dima źle z bra­tem żył, może go po­słał w cho­le­rę? Po co miał­by swoją babę na­ra­żać? On był mu jak obcy!

Pa­li­ło go w gar­dle od tego han­dlo­wa­nia ży­ciem, pie­kły oczy od pa­trze­nia na Wa­si­li­ja. I od śnie­gu, co ze­rwał się nagle i wdzie­rał do cha­łu­py. Jakby tajga do niego przy­szła, jakby Waśka cią­gnął ją za sobą jak złego ducha. 

– To dla­cze­go do ob­ce­go przy­szedł szu­kać po­mo­cy? Dla­cze­go cie­bie chciał brać ze sobą? Gdzie zo­sta­wił By­ko­wa? Za­sta­nów się, An­driu­sza. 

 

***

 

By­ko­wa, ani tego, co zo­sta­wił zeń ty­grys, nie zna­le­zio­no już nigdy. Zo­sta­ły gdzieś okrwa­wio­ne kości pod śnie­giem, może jakie drze­wo na nie spa­dło, może wilki roz­nio­sły. Nawet trupa dużo może spo­tkać w taj­dze, jakby las bo­re­al­ny końca nie ro­zu­miał. Tu coś trwa­ło za­wsze, a to da­wa­ło po­ży­wie­nie, a to użyź­nia­ło glebę. A cza­sem ro­dzi­ło się na nowo, gdy przy­cho­dzi­ła wio­sna i młoda zie­leń try­ska­ła z ziemi. 

Dima zna­lazł się za to szyb­ko, jesz­cze go Iwan do snu nie po­ło­żył, gdy po­ja­wił się Waśka z kam­ra­ta­mi. Za­bra­li, po­wie­dzie­li mało, wy­cią­gnę­li coś, co już dawno prze­sta­ło się li­czyć. 

– I… – pod­jął Iwan, sta­wia­jąc bim­ber. – Jesz­cze przed południem byli z powrotem. Bo się, poj­mu­jesz, w celi po­wie­sił. Ładna bajka, a warta tyle, co psie na­sra­nie! 

– Współ­czu­ję – po­wie­dział An­drzej. Bo co in­ne­go mógł­by rzec?

– Co? A, daj spo­kój. Dimie może bym ta­kiej śmier­ci nie ży­czył, ale żeby zaraz opła­ki­wać? Ja wiem, co to było za ziół­ko, ten mój bra­ci­szek. Zdało mu się, że jak z od­po­wied­ni­mi przy­sta­nie, to mu za­po­mną. Ale car tylko wła­snych błę­dów nie pa­mię­ta… Takie to już miej­sce, An­driu­sza. Tam u was było le­piej? Ina­czej?

Nie do­cze­kał się Iwan od­po­wie­dzi, ale chyba wcale jej nie chciał. 

– Ja ci jesz­cze jedno po­wiem – pod­jął, roz­le­wa­jąc. – Ty­grys to jest sę­dzia spra­wie­dli­wy. Za złe uka­rze…

– A za dobre wy­na­gro­dzi? – An­drzej drgnął na krze­śle. 

– Wy­na­gro­dzi – ode­zwa­ła się Zoja. – Opo­wiem ci coś. Oj­ciec mój to był my­śli­wy i jak po­szedł w las, spo­tkał kie­dyś ty­gry­siąt­ko. Małe takie, mię­ciut­kie, a jak za matką pła­ka­ło, to żal było słu­chać. Mógł je oj­ciec zła­pać. Za­pła­ci­li­by prze­cież i to ładne ru­bel­ki… Ale on ambę znał, pojął od razu, że to spraw­dze­nie. Rzu­cił tylko ma­lusz­ko­wi za­ją­ca i po­szedł. To mu zaraz jeleń pod strza­łę wszedł, wiel­ki, biały… Za tę skórę to matkę mu dali na żonę. 

Za­wie­si­ła wzrok na swym ma­lo­wi­dle i prze­że­gna­ła się, jak chrze­ści­jan­ka. 

– No… – mruk­nął Iwan. – A co by nie pa­trzeć, z By­ko­wa też była gnida. Może i dużo umiał, ja nie mówię, sie­kie­rę jak mi zmo­co­wał, to jak nowa… Ale córkę wła­sną by za go­rza­łę sprze­dał, a swoją duszę za parę rubli! Dzia­dek się zaraz na nim po­znał, po­czuł, że mu to nie­po­trzeb­ne, taki ele­ment na wło­ściach mieć. 

– W Dimie może coś do­bre­go wi­dział…

– Śmiesz­ni­ście! – prych­nął Iwan. – Gor­szej śmier­ci dla niego chciał, niż od wła­snych pa­zu­rów… Taka praw­da. A py­ta­nie, czy Dima in­nych za sobą nie po­cią­gnie. Mnie może? Na­ga­dał się prze­cież Waśka, że ja tu je­stem pierw­szy wy­wro­to­wiec! Mówię mu, smar­ka­czu, wy­trzyj ty mleko spod nosa… Ob­ru­szył się, to jesz­cze i ze­msty po­szu­ka. Co, Zo­jecz­ka? Może cię wdową uczy­ni! Zaraz się okaże, że ja też pla­nu­ję sa­mo­bój­stwo i jak mnie tylko wsa­dzą, od razu prze­ło­żę plan na czyn! 

– Cie­bie, Iwan, coś jesz­cze zła­mie? Nie wy­da­je mi się. – Po­wie­dział szyb­ko An­drzej, bo zo­ba­czył za­szklo­ne oczy Zojki. – Poza tym, o mnie też się na­ga­dał. Też je­stem wy­wro­to­wiec. 

– Ale patrz jak to jest… – Iwan wes­tchnął. – Ja pa­mię­tam, jak to na pal­cach li­czy­ło, jak za ma­mu­sią pła­ka­ło… A teraz co? Ma się za pana tajgi?! Taki on tu pan, jak ze mnie car! 

An­drzej nie od­po­wie­dział. Spoj­rzał na ma­lo­wi­dło ty­gry­sa, na dzie­ło Zojki. Na te złe oczy, oka­la­ne krwa­wą linią, na pręgi roz­cho­dzą­ce się po ma­syw­nym łbie. Tak wy­glą­da Bóg spra­wie­dli­wy?

– Jesz­cze cię za­uro­czy – mruk­nął Iwan. – Prze­stań, An­driu­sza. Bim­bru chcesz?

– Mnie już star­czy, daruj. Jutro na ro­bo­tę trze­ba iść… A i nie wia­do­mo, co noc przy­nie­sie. 

– On wie – po­wie­dzia­ła spo­koj­nie Zojka i znowu się prze­że­gna­ła. 

 

***

 

Noc była cicha. Jakby wiatr umilkł, jakby tajga w sen za­pa­dła. A prze­cież nie spała nigdy. Szedł An­drzej do swego ba­ra­ku, tro­chę jesz­cze na mięk­kich no­gach, ale trzeź­wy dość, by pa­trzeć, gdzie sta­wia stopy oku­ta­ne gru­by­mi bu­ta­mi. Wi­dział, jak para ucie­ka mu z nosa, czuł jak śnieg za­ma­rza na gę­stej bro­dzie. Zimna była noc, naj­zim­niej­sza w tym roku. Cięż­ka szy­ko­wa­ła się praca na­za­jutrz, a i nie wia­do­mo było co Waśce strze­li do głowy. Może jego teraz weź­mie w ob­ro­ty? Miał Iwan rację, za­chcia­ło mu się wła­dzy w Kraju Nad­mor­skim. A jak go miał za wy­wro­tow­ca… Tym go­rzej, my­ślał An­drzej, a uciecz­ki do­ni­kąd. 

Choć­by i sto lat robił i tę kolej do końca wy­bu­do­wał, nigdy nie star­czy mu rubli, by za­brać się do domu. A sa­me­mu iść? Przez cały Sybir? Ostat­nia to rzecz na świe­cie, która się mogła udać. Nawet we Wła­dy­wo­sto­ku nie by­ło­by le­piej. To już mała Mo­skwa, skoro wy­ho­do­wał się tam taki Waśka. 

Pa­trzył An­drzej na drze­wa i czuł, że kie­dyś ich ko­rze­nie po­ła­mią mu kości. Że tu go po­cho­wa­ją, na obcej ziemi. Gdzie nikt jego imie­nia nie wy­ma­wia jak trze­ba, gdzie za­wsze każdy pier­wej spoj­rzy mu na ręce, zanim poda pra­wi­cę. Co to jest za życie, warte mniej niż jedna sosna w lesie bo­re­al­nym? Do­brze cho­ciaż, że bli­sko już miał do wio­ski, że zaraz mógł zwi­nąć się na po­sła­niu i za­snąć. Wi­dział już swój barak, wi­dział chatę Tani An­drie­jew­nej. Parę kro­ków star­czy­ło zro­bić. 

Za­trzy­mał się nagle. Śnieg gęsto już za­sy­pał zie­mię, po ko­la­na pra­wie się­gał. Dziw­nie było po­sta­wić nogi na żół­tej tra­wie, jakby opar­cie nagle ucie­kło. A jed­nak… Zaraz za domem wy­to­pił się kra­ter, duży, trzech ta­kich An­drze­jów zdo­łał­by po­mie­ścić. 

Coś tu le­ża­ło. Coś wiel­kie­go. I to coś po­sta­wi­ło łapy, wbiło je mocno, gdy szy­ko­wa­ło się do skoku. An­drzej przy­kuc­nął, przy­ło­żył rę­ka­wi­cę do od­bi­te­go śladu, spo­strzegł jak mała jest przy ta­kiej po­tę­dze. 

Amba wró­cił. 

Ledwo prze­szło przez myśl to za­klę­cie, a po­mruk prze­nik­nął w zie­mię. Z bli­ska do­biegł, ale po­wie­dzieć skąd… Ty­grys był wszę­dzie. 

Krzyk prze­ciął noc, lecz nawet do­brze wy­brzmieć nie zdo­łał. Prze­szedł naraz w rzę­że­nie. An­drzej za­marł. Jakby mu nagle nogi od­ję­ło, jakby pa­zu­ry już wbiły się w kark. Klę­czał więc, gdy amba do­ko­ny­wał strasz­ne­go dzie­ła. Tania An­drie­jew­na wyła. Coś wiel­kie­go rzu­ca­ło się po jej cha­cie, war­cza­ło wście­kle. Za­mie­ra­ła cała tajga, gdy je­dy­ny praw­dzi­wy car ru­szał na po­lo­wa­nie. Czło­wiek tylko, ta naj­mniej przy­sto­so­wa­na z istot, dość miał od­wa­gi, by się sprze­ci­wiać. 

Ty­grys ryk­nął po raz ostat­ni. Wy­su­nął ogrom­ny łeb przez drzwi, prze­su­nął szorst­kim ję­zy­kiem po za­krwa­wio­nym pysku. Wy­szedł wolno, kró­lew­sko. Szra­ma cią­gną­ca się pod samo oko po­ka­zy­wa­ła, że zanim się ko­ro­no­wał, wła­dzę mu­siał wy­wal­czyć. 

An­drzej nie mógł się po­ru­szyć. 

– Wasia! – za­pła­ka­ła Tania An­drie­jew­na. 

Po­ka­za­ła się zaraz za ty­gry­sem jej chuda, zgar­bio­na syl­wet­ka. Trzę­sła się strasz­nie, ale tak krwa­wi­ło serce matki, że zdo­ła­ła jesz­cze wy­mie­rzyć. Wy­pa­dła jej pra­wie strzel­ba, gdy huk wy­strza­łu za­trząsł tajgą. 

An­drzej wi­dział wy­raź­nie jak po­so­ka wy­pły­wa wąską struż­ką z ty­gry­sie­go łba. Ale oczy amby, dwa ogni­ki, dalej świe­ci­ły jasno. Tania wrza­snę­ła raz jesz­cze. Tak bli­ski strzał po­wi­nien ty­gry­sa po­ło­żyć, czasz­kę roz­bić na drza­zgi. 

– Giń! Giń!

An­drzej pa­trzył, jak z drżą­cych rąk wy­pa­da kula, jak Tania się po nią schy­la. Mu­sia­ła Waśkę po­mścić, choć­by ostat­nim było jej to za­da­niem na świe­cie. A amba szedł spo­koj­nie, pa­trzył za­do­wo­lo­ny na klę­czą­ce­go czło­wie­ka. Ten znał swoje miej­sce, ro­zu­miał na czy­jej zna­lazł się łasce, gdy tylko po­sta­wił nogę na sy­be­ryj­skiej ziemi. 

Ty­grys przy­sta­nął. Spoj­rzał, zo­ba­czył samo dno duszy. 

– Znam twoje serce – wy­mru­czał. – Mu­sisz je od­na­leźć.

Po­zwo­lił An­drze­jo­wi wstać, nawet zgiął się nieco, by czło­wie­czek miał szan­sę przy­siąść na gru­bym grzbie­cie. Ciało ty­gry­sa było go­rą­ce, dość go­rą­ce, by śnie­gi roz­to­pić. A nogi dość mocne, by po­nieść go da­le­ko, da­le­ko za Ural. 

 

Koniec

Komentarze

Piękne, plastyczne takie. Czytałem i jakbym tam był. Lepsze od różnych opowieści o życiu na Syberii, które słyszałem od repatriantów. Umiejętność przekazania klimatu tamtejszego życia jest niesłychanie ważna. Tobie się udało imo. Dzięki za lekturę. Odpowiada mi taki rodzaj fantastyki, innym może nie. Klik.

Koalo, bardzo dziękuję za tak pozytywny odbiór tekstu blush Nie powiem, czułam się nieco skrępowana dodając coś po tak długim czasie. Tym bardziej się cieszę z Twojej oceny i bardzo dziękuję za klika!

Odległy i raczej niebudzący mojego zbytniego zainteresowania czas, kiedy podjęto decyzję o budowie Kolei Transsyberyjskiej potrafiłaś pokazać w sposób tak zajmujący, że siadłszy do lektury nie przestałam czytać, dopóki nie zobaczyłam kropki po ostatnim zdaniu.

A choć opowiedziałaś historię o jakże trudnym życiu zesłańców, pracujących przy wyrębie tajgi, zrobiłaś to tak umiejętnie, że, podobnie jak Koala, cały czas miałam odczucie osobistego uczestniczenia w opisanych wydarzeniach. Wielkie wrażenie zrobiła też na mnie niesamowita magia, którą przesiąknięte jest opowiadanie. To była szalenie satysfakcjonująca lektura.

Rosso, mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki. Uznałam też, że powinnam odwiedzić nominowalnię.

 

iwa­no­wą kłu­sow­ni­czą dumę. → …Iwa­no­wą kłu­sow­ni­czą dumę

 

Stara mruk­nę­ła coś jesz­cze i we­szła do swo­jej chaty. → Czy zaimek jest konieczny?

 

zła­pał za drugi ko­niec piły. → …zła­pał drugi ko­niec piły. Lub: …zła­pał piłę za drugi ko­niec.

Łapiemy coś, nie za coś.

 

Borys Woł­kow wziął się za to, co mu wy­cho­dzi­ło naj­le­piej. Za drę­cze­nie. → …Borys Woł­kow zabrał się do tego, co mu wy­cho­dzi­ło naj­le­piej. Do dręczenia.

http://filologpolski.blogspot.com/2016/11/brac-siewziac-sie-za-cos-brac-siewziac.html

 

– Aby się prze­krę­cił – po­wie­dział pół­bę­kiem Selim. → Co to jest półbęk?

A może miało być: – Aby się prze­krę­cił – po­wie­dział pół­gęb­kiem Selim.

 

palec, co unosi się i na coś wska­zu­je. → …palec, co unosi się i coś wska­zu­je.

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

– On wróci. – Prze­szła na ro­syj­ski. → Zbędna kropka po wypowiedzi. Didaskalia małą literą. Winno być: – On wróci – przeszła na ro­syj­ski.

 

 An­drzej już miał się pod­nieść, do­ło­żyć drwa… → An­drzej już miał się pod­nieść, do­ło­żyć drew

 

za to wścb­stwo uszczyp­nę­ło go… → Literówka.

 

W jed­nej spuchł, w dru­giej otwie­rał usta jak ryba wy­ję­ta z wody, w trze­ciej nie żył. → Czym była jedna, druga i w trzecia?

A może miało być: W jed­nej chwili spuchł, w dru­giej otwie­rał usta jak ryba wy­ję­ta z wody, w trze­ciej nie żył.

 

nie bar­dzo wie­dzie­li, jak za­brać się za sosnę. → …nie bar­dzo wie­dzie­li, jak za­brać się do sosny.

 

Szturch­nął swego kom­pa­na… → Czy zaimek jest konieczny?

 

Tatar zła­pał za swój ko­niec piły→ Tatar zła­pał swój ko­niec piły

 

i zaraz schy­lił głowę nisko, jakby chciał za­po­mnieć co wi­dział. → Czy dookreślenie jest konieczne? Czy mógł schylić głowę wysoko?

 

Wy­pa­trzył zaraz An­drzej… → Andrzej zaraz wy­pa­trzył

 

Była w tych jej czar­nych, wą­skich oczach… → A może wystarczy: Była w jej czar­nych, wą­skich oczach

 

za­ło­mo­tał ktoś do an­drze­jo­wej chaty… → …za­ło­mo­tał ktoś do An­drze­jo­wej chaty

 

i bał się…Może i rozum stra­cił? → Brak spacji po wielokropku.

 

Wie­rzyć mam, że drugi pod­je­dzie? → Chyba miało być: Wie­rzyć mam, że drugi pode­j­dzie?

 

młoda zie­leń try­ska­ła z pod­bu­ro­wej ziemi. → Co to jest podburowa ziemia?

 

Jesz­cze po­łu­dnia nie było, a wró­ci­li z po­wro­tem. → Masło maślane – wrócić to przybyć z powrotem.

Proponuję: Jesz­cze przed południem byli z po­wro­tem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rossa, klimat wykreowany po mistrzowsku, historia bardzo ciekawa, bardzo mi się podobało.

Nadmienię jednak, że lato w Tajdze to nie tylko komary, to budząca się w jednej chwili przyroda, co za tym idzie, niemal jednocześnie rozkwitające gatunki kwiatów, a jakie grzyby tam rosną, szczególnie borowiki, dużo większe od naszych. Szkoda, że ten okres jest krótki, a później to wiadomo, niekończąca się zima, moim zdaniem też piękna. Wracając do tekstu, moje gratulacje. Ze słowem “wełniły” spotkałam się po raz pierwszy. Oczywiście kliknę.

Pozdrawiam :)

Cześć, Rossa!

 

Piszę z telefonu, więc będzie krótko o na temat. Niezwykle satysfakcjonująca lektura z klimatem zbudowanym po mistrzowsku. W normalnych warunkach tematyka syberyjska/obozowa/o zesłaniu mnie odrzuca, ale w Twoim wydaniu to zupełnie inna bajka. Nie mogłem się oderwać!

 

Klikam i nominuję:)

„Pokój bez książek jest jak ciało bez duszy”

Nawet nie wiem, co mogłabym napisać po tak pozytywnym odbiorze. Chyba tylko tyle, że choć wtorki mam szalenie intensywne, ten przeszłam z uśmiechem na twarzy.

Reg, nawet nie wiesz jak się cieszę z tak pozytywnego odbioru. Kurcze, tyle komplementów, jeszcze od Ciebie… No zrobiłaś mi ten dzień, bo komentarz przeczytałam rano. Zaraz siądę do Twojej łapanki (dzięki!) i wszystko poprawię. Co do gleby podburowej – to jest taki typ ziemi, który występuje na północy tajgi. Ale chyba z tym przedobrzyłam (albo mnie poniosło w riserczowaniu) i niech ta zieleń sobie po prostu tryska z ziemi jako takiej ;-)

Milis, bardzo dziękuję! Lato w tajdze krótkie, fakt, ale bardzo imponujące. Serdecznie dziękuję za klika :-D

Cezary, co z tego, że komentarz krótki, skoro przyniósł autorce tyle radości. I mnie temat zesłania wydaje się zdecydowanie niezachęcający, zresztą pomysł na opowiadanie wziął się z mojej fascynacji tygrysami amurskimi. Dziękuję :-)

Rosso, niezmiernie mi miło, że komentarzyk tak Cię ucieszył. A ponieważ zaraz dokonasz poprawek, mogę złożyć wizytę w klikarni i w nomonowalni. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawki dokonane, dziękuję raz jeszcze :D

Bardzo proszę i życzę piórka! :D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst wyraźnie odbiegający klimatem od większości opowieści o losach i dolach zesłańców. Przypisałbym tę różnicę większemu, a nawet chyba całkowitemu zwróceniu uwagi czytelnika na więzi, powstające między skazańcem z dalekiej Ukrainy a miejscową populacją, jej kulturą i warunkami przyrodniczymi w danym czasie i miejscu. Od razu inaczej – lepiej! – się czyta…

Pozdrawiam.

Cześć, Rossa. Sorry, że ciągiem, ale dostęp do kompa będę miał dopiero jutro a wolę napisać komentarz na świeżo po lekturze. Przede wszystkim: kilka bardzo bardzo udanych fragmentów. Mam na myśli budowanie zdań i klimatu – niestandardowe zabiegi, ciekawe konstrukcje, a wszystko to takie swobodne. Ładnie władasz słowem. Fajna też narracja: te zadawane pytania chociażby i sposób, w jaki to zrobiłaś – me gusta. Całość klimatyczna, dobrze pokazałaś życie i problemy ludzi w danym miejscu i czasie, co się ceni. A tygrys tylko w zasadzie jest wisienką na torcie. Dodaję ostatniego klika i pozdrawiam.

Adamie, bardzo dziękuję za komentarz i zgłoszenie opowiadania do biblioteki :-)

Realucu, cieszę się, że tekst Ci się spodobał. Miło mi czytać, że było klimatycznie. A tygrys jest bezdyskusyjnie najwspanialszym ze stworzeń ;-) Dziękuję za kliczka!

 

Podchodziłem tego do opka trochę jak tygrys pies do jeża, bo literatura poświęcona Syberii kojarzy mi się wyłącznie z bogoojczyźnianym taplaniem się w męczeństwie, ale jestem pozytywnie zaskoczony. Język brzmi tak, jakby pochodził z początku XX w., więc miałem wrażenie czytania szkolnej lektury, tylko że ciekawej. XD Czyli faktycznie wszystko jest lepsze z dodatkiem fantastyki!

Tylko że końcówka mi się nie podoba. Historia jest względnie ,,przyziemna”, żadnych diobłów, czarów, ufoków, więc kiedy Andriusza wsiadł na grzbiet amby, żeby pojechać ,,do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych”, zmarszczyłem brwi. Jeśli nie kryje się za tym jakaś symbolika, której nie rozumiem, to jakoś mi ten fragment nie pasuje do reszty.

Show us what you got when the motherf...cking beat drops...

SNDWLKR, przykro mi, że końcówka Ci nie podeszła, ale jednak cieszę się, że uznałeś opowiadanie za ciekawsze od lektury szkolnej. ;-) 

Cholernie się bałam, że wyjdzie przesadnie bogoojczyźnianie, ale uznałam, że potrzeba powrotu do domu jest tak uniwersalna, że może dotyczyć każdej istoty ludzkiej a martyrologia nie ma z tym nic do rzeczy. Jasne, pisząc “każdej istoty ludzkiej” pamiętam, że i to nie jest aż tak proste, bo ilu ludzi tyle historii.

Cześć, Rosso!

 

Ale zręcznie wykorzystana stylizacja! I konsekwentnie, co się chwali. Przyjemnie smutny i nostalgiczny klimat, który tworzy balans dla ponurej rzeczywistości. Protagonista realistycznie napisany, jego sytuacja iście dołująca – oraz ubarwiona magią dzikich ostępów. Bardzo udany realizm magiczny, Rosso, jestem zachwycona klimatem. Groźna i wszechmocna matka natura zawsze przeraża, jeśli jest oddana przez autora, który czuje, jak straszyć. Dla samego czaru mrocznej baśni warto tekst przeczytać.

 

Tygrysa można interpretować jako metaforę boskiej mocy, która ingeruje w męczeńskie życie bohatera. Bóg Tajgi jest dla mnie wystarczająco obrazowy, by został ze mną na dłużej (oby nie, tak właściwie) – a więc piórkowy potencjał jest. Natomiast mam wrażenie, że samej końcówce brakuje wyjaśnienia, dlaczego stało się to wszystko, co się stało – a mianowicie, dlaczego akurat Andrzejowi. Kim był, pomijając los zesłańca? Dlaczego tygrys ocalił akurat jego? Jeżeli wyłącznie dlatego, ponieważ Andrzej był obcym i w miarę przyzwoitym człekiem, a żyło mu się ciężko, to widzę ten tekst bardziej jako osobliwą formę terapii bohatera o wybujałej wyobraźni, który archetypami usprawiedliwia sobie swoją niedolę; a mniej jako historię z magią i fantastyką w tle. Nie twierdzę, iż jest to minus.

 

Momentami trochę zgrzyta przecinkoza, ale kto by polował na te przecinki, jeszcze się napatoczy na tygrysa jakiego i nieszczęście gotowe.

 

Nie chcę sugerować, ale kto mi zabroni – nie myślałaś o tagu konkursowym? W końcu pojawia się tutaj – w tle, aczkolwiek jako fundament fabularny – kolej transsyberyjska?

 

I na koniec trochę offtop, ale lektura wywołała u mnie miłe skojarzenie z tworzoną przez wielu autorów rpgową przygodą z Yeti, w sercu Tajgi.

 

Andrzej patrzył, jak z drżących rąk wypada kula, jak Tania się po nią schyla.

Kto się lepiej zna, niech się wypowie – ale to strzelba, więc raczej nabój? Pocisk? Śrut? Jeśli się tak mówi, to oczywiście nie ma tematu.

 

Pozdrawiam ;)

Piękna opowieść, pełna bólu, walki i uległości. Suto okraszona emocjami, ale z wyczuciem.

Podoba mi się, że mimo dużej ilości bohaterów nie gubiłam wątku i nawet tym mniej ważnym byłam w stanie poświecić uwagę i poczuć, to co ich spotkało.

Tygrys, jako Bóg, tajga, moc przyrody, czy Syberii niesamowity.

Zresztą ludzie uwikłani przez politykę, rodzinę i samych siebie, bezwolni, a jednocześnie posiadający moce, też zostają w pamięci na dłużej.

Bardzo ładnie i plastycznie opisujesz, aż czuję samotność, zapach lasu i ugryzienia komarów;)

Natomiast tytuł na minus, nie zaintrygował. Wpadłam widząc jak tekst wbił do biblio nim mrugnęłam.

 

Nominowałam tekst do piórka, ale dla porządku zgłoszę, że jestem na TAK.

Lożanka bezprenumeratowa

Cześć,  Żonglerko! Kopę lat :-D Ogromnie się cieszę, że klimat przypadł Ci do gustu. A usłyszeć, że umiem straszyć – wielki to dla mnie komplement :-)

Że Andrzej jest bohaterem niepozornym, którego Wielkie Wydarzenia spotykają nieco przypadkowo – pełna zgoda, mam chyba jakąś słabość do tego rodzaju pierwszoplanowców ;-) Ale twoja interpretacja o osobliwej terapii również bardzo mi się podoba.

Hmm, pograłoby się w erpegi, chyba czas zbierać drużynę. Zaś co do kuli – nie jestem pewna, może przyjdzie ekspert i mnie poprawi (mam nadzieję) ale w pewnym reportażu spotkałam się z wątkiem naboi-samoróbek. Może właśnie należało tę kulę nazwać nabojem? Nie wiem, przyznam szczerze, że daleko mi do biegłości jeśli chodzi o kwestie techniczne związane z bronią.

Powiem jeszcze nieśmiało, że opowiadanie kolejowe już się tworzy, więc tutaj daruję sobie tag konkursowy. Teraz obym nie zawaliła terminów, bo będzie mi głupio.

Dziękuję serdecznie za długi komentarz i pozytywny odbiór tekstu.

 

Ambush, za samo to, że nazwałaś tę opowieść piękną zrobiło mi się nieopisanie ciepło na serduszku. Hmm, co do tytułu… jeśli mam być szczera, nadanie tytułu jest dla mnie w ostatnim czasie najgorszą częścią pisania. Mogło więc nie wyjść, biorę to na klatę. Pozostaje mi się cieszyć, że przyciągnęła Cię szybka biblioteka.

 

Pozdrawiam serdecznie!

Hmm, pograłoby się w erpegi, chyba czas zbierać drużynę.

Zdecydowanie!

 

opowiadanie kolejowe już się tworzy

:3

Przeczytałem i zrobiło na mnie duże wrażenie.

 

Opisy przyrody są wysokiej klasy, jakbym nie przymierzając Iwaszkiewicza czytał.

 

Folklor i realia tajgi świetnie oddane, wciągasz w ten świat. Przepraszam za te porównania, ale z kolei Ossendowski mi się przypomniał.

 

Atmosfera grozy i niesamowitości postaci tygrysa robi robotę i nadaje opowiadaniu bardzo wyjątkowy koloryt.

 

Natomiast mam problem z rytmem. Jest taki moment, po “czemu te wrony nie kraczą”, w którym spodziewamy się potęgowania grozy, oblężenia przez dziką, magiczną przyrodę, a dostajemy trzy akapity rozmów mieszkańców tajgi, które, choć istotne dla fabuły, są w jakiejś mierze powtórzeniem tego, co już znamy. Mam wrażenie, że w tym momencie atmosfera trochę się rozrzedza. Potem tygrys pojawia się w krótkiej scenie, groźny i wyniosły, ale trochę robi to mniejsze wrażenie, niż by mogło, gdyby trochę lepiej przygotować finał. To moje zdanie. 

 

Bohaterowie dla mnie nie byli mocno zarysowani. Jak wspominano postać, o której przez dłuższą chwilę nie opowiadano, to się musiałem upewnić, czy na pewno wiem, kto to.

 

Nominuję.

facebook.com/tadzisiejszamlodziez

GreasySmooth, serdecznie dziękuję za komentarz. No nie ukrywam, iż rumieniec wypełznął mi na lico, gdyś wyskoczył z tymi pisarskimi porównaniami. Screena sobie zrobiłam, jak wpadnę w dołek to wyciągnę. ;-)

A tak całkiem serio. Cieszę się, że zwróciłeś uwagę na kwestie rytmu i bohaterów. Takie uwagi jak Twoje są dla mnie bardzo cenne, zwłaszcza, że obecnie dłubię tekst, w którym dzieje się dość sporo i bardzo chciałabym aby finalnie okazał się czytelny w odbiorze. Biorę sobie więc do serca. Dzięki!

 

Hej, hej,

 

ciekawa, klimatyczna opowieść. Trochę ten styl mi zgrzytał miejscami, czemu dałem wyraz w poniższych komentarzach. Może to ten rytm, o którym wspominał GS. Weź coś z moich uwag lub nie.

Zastanawiałem się jak to się wszystko zepnie i gdzie ta fantastyka. I faktycznie się spięło, bardzo ładnie, choć może zbyt krótko. Piękno tej historii i klimatyczność opisów uleciało w pospiesznej końcówce, do której jako czytelnik poczułem się nieprzygotowany. Tak to przynajmniej odbieram. 

Jako całość podoba mi się, to kawał solidnej literatury, a Ty Rosso jesteś już wg mnie pisarką pełną gębą :)

 

kilka subiektywnych uwag ode mnie:

 

Andrzej, choć dziesiąty rok po nim chodził i dziesiąty raz widział, jak mróz ściąga ziemię przed długą zimą, nie zdążył się nadal nadziwić tej przyrodzie, dzikiej, nieposkromionej i strasznej.

Bardzo mi się podoba to porównanie i pociągnąłbym je dalej np.:  “jak mróz ściąga ziemię przed długą zimą niczy, luźne spodnie przepasane konopnym sznurem”.

 

Lato kończyło się w tajdze szybko, kończyło z ulgą dla każdego, kto nie miał futra ani piór.

Nie rozumiem tego, że ulga dotyczyła istot, które nie miały futra ani piór. Chodzi o ludzi? No bo są jeszcze gady, owady… Z drugiej strony ten, kto ma futro, chyba nie przepada za latem, bo mu gorąco? Czy czegoś tutaj nie rozumiem? Potknąłem się na tym zdaniu.

 

Iwan, którego z wielkiego lasu nie zdołała wyrwać ani matuszka Rosja, dawno temu zsyłając go na odsiadkę, ani nawet kalectwo, choć lewą nogę miał prawie sztywną i tutaj, w zieleni, zdawał się bardziej na pamięć i instynkt niż samego siebie.

Dla mnie to jakaś sprzeczność, Rosja chciała go wyrwać z lasu zsyłając do lasu? Nie rozumiem, kłóci się to dla mnie z logiką :(

 

Dodała czegoś na rozgrzanie, znać było po zapachu. Chciał podziękować, ale już nie miał komu. Zojka, cicho jak duch, przemknęła na drugi koniec izby i zajęła ręce kawałkiem drewna

Izby była mała i jedna w całym domu, więc wydaje mi się, że zdecydowanie było komu podziękować – dziewczyna była w tym samym pokoju (w małej przestrzeni. Moim zdaniem nacisk powinien być tutaj położony na zajęcie się innymi sprawami, coś w stylu: j”ej uwagę przyciągnął kawałek drewna, którego z zapamiętaniem strugała”. Dlatego mogło nie być komu podziękować, bo to już nie była ona – tylko artystka jednocząca się z drewnem. W tym kontekście potrzebowalibyśmy czegoś więcej niż “zajęła ręce kawałkiem drewna”, bo nie o ręce tutaj chodzi.

 

pomknął po prostu na swój koniec wnioski.

Wioski, tak?

 

Po dziesięciu latach Andrzej przedzierał się dalej, nigdy nie pomyślał, że stąpa, nie, nie dla niego było stąpanie, a jedynie walka z zielenią, wszechobecną, panującą niepodzielnie nad Ussuri i Sungaczą.

Nie rozumiem tego zdania. Chodzi o to, że przedziera się (walczy) a powienien stąpać (jednoczyć się z tajgą)? Ja bym chyba jakoś tak to ujął: “Po dziesięciu latach Andrzej w dalszym ciągu się przedzierał, nigdy nie powiedziałby o sobie, że stąpa; nie, nie dla niego było stąpanie, a jedynie walka z zielenią, wszechobecną, panującą niepodzielnie nad Ussuri i Sungaczą.”

Dalej rodzi powiązania z odległości – “po dziesięciu latach przedzierał się dalej niż po dziewięciu”. Myślenie jest bardzo niekonkretne i ma (miewa) luźny związek z faktycznymi działaniami – “nigdy nie pomyślał, że stąpa, dopóki ktoś mu tego nie powiedział”.

 

– Mówże ciszej, Wołkow zaraz będzie pasy darł. I Dimę masz za plecami. 

Hmmm… czy związek frazeologiczny nie brzmi: drzeć pasy z kogoś? Ja bym napisał: ”będzie z nas pasy darł”.

 

Powiedziałby może coś jeszcze, ale Wołkow, z sobie tylko znanych powodów, zarządził nagle bezwzględną ciszę. Inni strażnicy, nie tak gorliwi w pilnowaniu, wymienili zdziwione miny. Borys Wołkow, czerwony z furii, dopadł jednego ze skazańców. I zaryczał coś, o złodziejstwie, o tym, że życie takiego złodzieja jest warte mniej niż kromka chleba, a on dziś i na tę kromkę nie zasłużył. 

– Co wy macie? Łapy takim poucinać! Ja was tu rozbiorę, jak będzie trzeba, wytłukę złodziejstwo raz a dobrze! 

Skazaniec, który nagle skurczył się w sobie, nie wiedział jeszcze, że oto ocalił życie. Że głowa wbita w ramiona miała szansę zostać na karku. 

Skoro Wołkow zarządził ciszę, dlaczego wydziera się na skazańca? Czy miał jakiś powód czy bez powodu?

Dlaczego skazaniec ocalił życie? Co zrobił?

Tygrys rzuca się na Wołkowa, czy to jest szansa na ocalenie życia? Powiedziałbym, że nie, że to właśnie ogromne zagrożenie.

 

To jest pan tego lasu, jak Bóg Ojciec, jak Matka Dziewica

To pada w wypowiedzi Iwana, więc może tak ma być. Wciąż nie brzmi mi porównanie tygrysa, pana lasu do Matki Dziewicy? Maryja to przecież służebnica pańska, wstawiająca się u syna za grzeszników – dlaczego jest porównywana tutaj? A może to takie modlitewne biadolenie tylko… Mnie nieco razi.

 

Raz Andrzej widział, jak na człowieka spadła gałąź. Śnieg to jedno, sosna się pod białą pokrywą nie łamie, co innego musiało drzewo osłabić. Trzask, uderzenie, cisza. Pęknięta czaszka. Innym razem był taki – Kozak chyba – co wrzeszczał, że komary go zabiją. Obłaziły wszystkich, tylko dym trochę je płoszył, więc jeszcze towarzysze niedoli śmiali się, że ten taki delikatny. A on naprawdę umarł. W jednej chwili spuchł, w drugiej otwierał usta jak ryba wyjęta z wody, w trzeciej nie żył. Niektórzy umierali zwyczajniej, przygnieceni konarami, czy zatruci złymi grzybami, które pochłaniali ze strasznego więziennego głodu. W każdym razie śmierć zaglądała do tajgi często.

Moim zdaniem dobrze byłoby nie powtarzać tego samego przykładu.

 

I zbyt pewny tego, co w książkach wyczytał. Co już nie spodobało się zupełnie nikomu, chciał pewne sprawy dokończyć. 

To drugie zdanie mnie jakoś zatyka. Jakby pierwsza część łączyła się jeszcze z poprzednim zdaniem, może to taki styl, ale mi się umysł wiesza.

 

– Tygrys – rzekł w siódmy dzień po tym, gdy pochowali to, co zostało z Wołkowa – musiał już paść i teraz należałoby to truchło odnaleźć. Rozum im od niego odejmuje, nie pracują jak powinni, gapią się tylko w las! Dlatego plan nie idzie!

Dlaczego tygrys miałby paść, od tego niby postrzału? Warto byłoby może o tym wspomnieć..

 

– Do Iwana trzeba iść, prędko… 

– Kto tam jeszcze był? – zawyła Tania Andriejewna. – Gdzie mój Wasia?

– Nam kazali pójść, to poszliśmy, a gdzie on… Ja nie wiem! Andriusza, ja… Iwan mi potrzebny, pomóż! Bykow zabity…Tygrys łeb mu urwał! 

Andrzej przełknął ślinę, z trudem zwalczając w sobie chęć ucieczki do baraku. Znał tego człowieka, wiedział, że też robi przy wyrębie, ale żyje z łaski matuszki tajgi i takich, co sam nigdy by ich wolał nie poznawać. Dima. 

– Teraz musisz iść?

– Póki amba żre… Pomóż mi!

Przedzierać się zmrokiem przez tajgę, to jak po omacku iść.

Co kierowało Andrzejem, że pomógł Dimie?

 

Wasilij Grigorjewicz Popow, umiłowany syneczek Tani, nie chciał zaproszenia.

Co to znaczy, że nie chciał zaproszenia?

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Hej, BasementKey! Na początek powiem, że bardzo Ci dziękuję za tak wnikliwą lekturę i chęć zrobienia tej łapanki. Serio, wspaniale dostać coś takiego, zwłaszcza, że mam poczucie o nieco rdzewiejącym warsztacie i podobne uwagi są dla mnie na wagę złota!

 “jak mróz ściąga ziemię przed długą zimą niczy, luźne spodnie przepasane konopnym sznurem”.

O, to jest ciekawa myśl. Pomyślę nad tym fragmentem z pewnością, ale musi mnie kopnąć pani wena, bo dziś wymyślanie porównań brzmi jak coś ponad moje siły.

z ulgą dla każdego, kto nie miał futra ani piór.

A widzisz, chodziło mi o plagi komarów, które pojawiają się w tajdze w okresie letnim. Muszę pamiętać, że czytelnik nie siedzi mi w głowie (choć może też zmęczenie tym tekstem dało o sobie znać).

Dla mnie to jakaś sprzeczność, Rosja chciała go wyrwać z lasu zsyłając do lasu? Nie rozumiem, kłóci się to dla mnie z logiką :(

Ech, weszłam cała na biało z moimi autorskimi nożycami i chyba wywaliłam za dużo z historii Iwana. Postaram się jakoś zgrabniej to ująć.

 

Wioski, tak?

Oczywiście :D

 

Dobra, może zamiast odnosić się do wszystkiego po kolei, po prostu ten tekst poprawię. ;-) 

 

W każdym razie – dziękuję serdecznie. Nie wiem, czy betujesz teksty (przyznam też, że nigdy nie korzystałam z betalisty i mam z tym narzędziem zerowe doświadczenie) ale nie ukrywam, że mieć takiego czytelnika jak Ty to świetna sprawa (mówiąc szczerze wróciłam na ten portal między innymi dla takich komentarzy).

 

Jeszcze raz ogromnie dziękuję i pozdrawiam!

 

Gratulacje, świetne opowiadanie.

 

Mega wciągająca historia z plastycznymi dialogami i opisami.

 

Wcześnie było, jeszcze majaczyła śreżoga, jeszcze na niebie malowały się czarnymi kreskami nocne ptaki.

A teraz, wcale niedaleko, wykwitła czarna plama wron.

heart

 

 

Skoro Wołkow zarządził ciszę, dlaczego wydziera się na skazańca? Czy miał jakiś powód czy bez powodu?

Pojawiły się u mnie podobne pytania. W zasadzie ten fragment opowiadania był jedynym miejsce, w którym musiałem przeczytać akapit jeszcze raz, bo nie byłem pewien czy dobrze rozumiem tę scenę. Może warto zamieszać w kotle i coś tu pozmieniać?

 

Z czepialstwa:

 

Za stołem, na największej ścianie, skryty pod sznurkami, na których Zojka suszyła zioła, był tygrys.

Jakoś to wybija z rytmu. Niby na ścianie, ale jednak miałem wrażenie przez tę chwilę, że tygrys po prostu tam jest. Wiem, że w kolejnym zdaniu to się wyjaśnia, ale zmieniłbym ten opis.

Hej,

 

cieszę się, że w ten sposób do tego podchodzisz, nie wszyscy są zadowoleni z ingerencji w tekst ;)

Betowanie dla mnie opiera się w dużej mierze na wzajemności – jeśli jesteś gotowa zerknąć od czasu do czasu na jakiś mój tekst, to możemy się wspierać w ten sposób. Chyba wolałbym też poza portalem, napiszę Ci na priv.

 

Pozdrawiam!

Che mi sento di morir

Grzelulukas, bardzo dziękuję za tak pozytywny odbiór tekstu :-)

 

Pojawiły się u mnie podobne pytania. W zasadzie ten fragment opowiadania był jedynym miejsce, w którym musiałem przeczytać akapit jeszcze raz, bo nie byłem pewien czy dobrze rozumiem tę scenę. Może warto zamieszać w kotle i coś tu pozmieniać?

Coś pozmieniam, pewnie w ciągu dnia. Dziś wreszcie mam czas, żeby siąść do tego porządnie, co z pewnością wykorzystam.

 

Dzięki serdeczne, Panowie :-D

Pod względem języka opowiadanie bardzo konsekwentne. Klimat wykreowany znakomicie, przyzwoici bohaterowie. Historia daje radę, choć tygrysa i związanego z nim napięcia spodziewałem się trochę więcej. Może to moja wina, bo jak dostrzegłem tematykę, to przed oczami stanęło mi coś w rodzaju filmu "Duch i Mrok". Historia poszła jednak w trochę innym kierunku, prezentując coś głębszego. Zakończenie w końcu dodaje fantastykę i robi to w niezłym stylu.

Dziękuję, Zygfrydzie :-) Usłyszeć pochwały od tak dobrego pisarza to dla mnie wielka przyjemność :-)

Witaj, Rossa

 

To właściwie pierwsze opowiadanie, które czytam na tej stronie i muszę przyznać, że porwało mnie bez reszty. 

Z początku, odkrywając, że tematyka nie leży nigdzie w pobliżu moich literackich zainteresowań, podszedłem do historii z pewnym niepotrzebnym i nieuzasadnionym dystansem. Jednak chłód mojego pierwszego wrażenia okazał się bezsilny wobec śniegów Syberii, która jeszcze nigdy nie wydała mi się tak piękna jak jej obraz przedstawiony w Twoim opowiadaniu. 

Ten dziki, nieruchomy świat, zlepiony śniegiem, żywicą sosen i krwią zesłańców już po pierwszych paru zdaniach pochwycił mój wzrok, nie pozwalając mi zatrzymać się na żadnym z przystanków pomiędzy kolejnymi częściami opowiadania. Byłem naprawdę zaskoczony wyglądając przez okno, za którym nie rozciągał się pogrążony w śniegu las borealny.

Pomimo czterdziestu tysięcy znaków objętości czytanie Twojego dzieła wydawało mi się trwać krócej niż podbiegunowe lato. Urzekła mnie batalia dwóch żywiołów – ludzkiego uporu, kładącego drogę pod przednią straż industrialnej cywilizacji, i bezlitosnej głuszy, która nie dba wcale o to, że dysponujemy ogniem, ołowiem i parą. Kpina dziczy wobec próżnych ambicji, upór i mściwość ludzi nie mających do stracenia nic oprócz życia, pradawne kulty natury mierzące się z wiarą w pieniądz, pierwotność wyzwalana przez strach… Wspaniałe starcie na granicy wielu wrogich sobie światów.

A teraz mówiąc z perspektywy nowicjusza: Doskonale było przeczytać Twoje opowiadanie jako pierwsze. Nie ukrywam, że gdzieś w środku trawi mnie zazdrość o tak dobre i porywające budowanie narracji wobec tematu, który wydaje mi się naprawdę ciężki do dobrego opisania. Jednak silniejsze od zazdrości pozostają podziw i zachwyt wobec kunsztu, z jakim stworzyłaś ten tekst. Mam nadzieję, że zachwycisz nim jeszcze wielu czytelników.

Ulubieńcy bogów nie miewają czkawki

Drogi Monokerosie, toż twarz mi się uśmiechnęła od Twojego komentarza ;-)

Bardzo mi miło, że mimo braku zainteresowania tematyką syberyjską, dałeś się wciągnąć w opowiadanie. A jeszcze bardziej mi miło, że postanowiłeś zostawić pod nim tak cenny dla autorki ślad. ;-) Wow, chyba wycisnąłeś z tego tekstu 120%, a że chciało Ci się jeszcze ubrać to w tak ładne słowa – dziękuję!

 

Hej, hej!

 

Ale koegzystowali z nim, jedni lepiej, inni gorzej.

Zmieniłbym, bo moim zdaniem nie pasuje do subtelnej i jakże przyjemnej stylizacji, którą budujesz nastrój, używając prostych słów, by opisać losy prostych ludzi.

 

Jakby pomruk się przez izbę przetoczył, jakby jakiś złowróżbne zaklęcie kto wymówił w złą godzinę.

Literówka.

 

Andrzej już miał się podnieść, dołożyć drew(+,) bo tego jednego w tajdze akurat było pod dostatkiem, gdy ledwo stłumił krzyk.

Ja już chory jestem(+,) jak mam tu iść!

Tatar złapał swój koniec piły, szarpnął i zaraz schylił głowę, jakby chciał zapomnieć(+,) co widział. 

Ciężka szykowała się praca nazajutrz, a i nie wiadomo było(+,) co Waśce strzeli do głowy.

 

Bardzo dobre opowiadanie, stojące klimatem. Nie mogłem się oderwać. Jakbyś potrzebowała głosu do nominacji, to wysiliłbym się na treściwszy komentarz, ale że nie potrzebujesz, to napiszę tylko: gratulacje!

Podobał mi się klimat. Wydaje mi się, że zawarłaś w nim wszystko, co należało: rosyjskość, dziewiętnastowieczność, mróz i lato tajgi, bezsilność zesłańców… Dobra robota.

Fabuła w porządku, chociaż nie bardzo rozumiem, czym Andrzej zasłużył sobie na aż taką łaskę amby. Wystarczyło uklęknąć we właściwym momencie, a wcześniej nie podpaść zbytnio? Niskie wymagania jak na boskie standardy.

Aż szkoda, że amba nie może spotkać się ze współczesnymi carami. Najlepiej z jednym po drugim…

Bohaterowie też nieźli, acz drugoplanowi trochę mi się mylili (ale czytałam na raty). Zojka ma najwięcej uroku.

Jest tu jakaś magia.

Jestem na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka