- Opowiadanie: Sonata - Ludzieść

Ludzieść

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Ludzieść

Wszystko potrafi mówić. Cicho gwarzą ziarenka piasku tkwiące między płytami chodnikowymi. Źdźbła trawy i kawałki kory prowadzą długie nocne rozmowy. Wiekowe filiżanki, złuszczona farba na szafkach kuchennych i starodawna kawiarka gadają jak najęte. Małe mieszkanie, które Dominik odziedziczył po babci, drży od szeptów i śmiechów.

Słyszał to, od kiedy pamięta.

– Masz na brodzie pastę do zębów – poinformowała go dziurawa cerata w kratę, kiedy wychodził z kuchni.

Przejrzał się w lustrze. Rzeczywiście poniżej ust widniały białe smugi. Zmył pastę i poszedł do swojego pokoju.

Wtedy rzuciła mu się w oczy kolejna dziurka.

Była wielkości główki od szpilki, ale wyraźnie się odcinała na tle ciemnej okleiny. Drżącymi rękami wygrzebał z szuflady taśmę i niedbale oderwanym kawałkiem unicestwił dziurkę. Wypuścił powoli powietrze, upewniając się, że całe okno jest szczelnie zaklejone.

– Nic już nie tam ma, niebezpieczeństwo minęło – zadrwiło łóżko.

Usiadł do pracy. Na swoje szczęście był programistą, pracował zdalnie i nie musiał chodzić do biura. Mijał czwarty miesiąc, odkąd nie opuścił mieszkania. Chyba nigdy nie było tak źle.

Nauczył się rozmawiać ze wszystkim oprócz ludzi. Od nich chciałby się znaleźć najdalej, jak to tylko możliwe. Najlepiej w przestrzeni kosmicznej, otoczony pustką, w której nie ma nikogo więcej. Falującą czasoprzestrzenią obiecującą doskonałą ciszę. Pragnął przemierzać galaktykę jak jedna z planet pozbawionych słońca albo jak czarna dziura, której żaden teleskop ludzkości nigdy nie wykryje.

Podobno kiedy ktoś bardzo czegoś pragnie, może to dostać, pod warunkiem, że jego pragnienie jest wystarczająco silne. Dominik bardzo, bardzo mocno pragnął. Nigdy nie miał większego marzenia. Chyba nikt na świecie nie pragnął niczego mocniej.

Głód doświadczenia kosmicznej pustki go oślepiał. Godzinami nie był w stanie oderwać od niej myśli. Sądził, że jego gorliwe pożądanie mogłoby rozerwać Ziemię od środka. I być może odcisnęło gdzieś w odległej galaktyce swój ślad. Może tam daleko powstała czarna dziura, spaliła się planeta albo zgasła gwiazda.

Czasami leżał na łóżku, wyobrażając sobie, jak tkwi w próżni niczym jedna z gwiazd. Często oglądał filmy i czytał artykuły na temat wszechświata. Prowadził z żyrandolem długie rozmowy o kosmosie, ponieważ żyrandol również interesował się tematem i był świetnym towarzyszem do filozoficznych dysput.

Oderwawszy się na chwilę od pracy, Dominik zapatrzył się w miejsce, które przed chwilą zakleił. Nagle przypomniał mu się Seba, znajomy od wódki z czasów, kiedy Dominik nie stronił od ludzi. Sebastian po wypiciu odpowiedniej ilości trunku stawał się filozofem. W pewien niedzielny wieczór w milczeniu pili wódkę na murku za szkołą. Choć nie uczęszczali do niej już od wielu lat, wciąż tu przychodzili. Kiedy pierwsza flaszka się skończyła, Seba otworzył kolejną, wypił łyk i wyciągnął butelkę w stronę Dominika, ten jednak pokręcił głową.

– Jutro będziesz żałował – powiedział, gdy zobaczył, jak Seba chleje dalej.

Znajomy wzruszył ramionami i wessał kolejny łyk, a potem się skrzywił.

– Twoje ciało, twoja decyzja – burknął Dominik. – To ciebie jutro będzie bolał łeb.

Seba nagle wzdrygnął się konwulsyjnie.

– To straszne, co nie? – zapytał ochrypłym głosem.

– Kac? No, jasne, dlatego ja już nie… – zaczął Dominik, ale Seba mu przerwał.

– Nie to. To straszne, że tylko ja… decyduję, co robię. Wiesz, o co chodzi? Tylko ja ruszam moimi rękami, nogami, tylko ja decyduję, czy pójdę w lewo, czy w prawo, tylko ja postanowiłem pić dzisiaj do oporu. To jest straszne.

Dominik spojrzał w przekrwione oczy znajomego. Pod nimi pęczniały worki, skóra na policzkach była szara i napięta. Przeraził go trochę ten widok, bo w zasadzie rzadko na siebie patrzyli. Tymczasem Seba gadał dalej:

– To straszne, że decyzja o mnie należy do kogoś tak niekompetentnego w tej sprawie, czyli do… mnie. Ja… nie chciałbym być z tym sam. Sam z moim ciałem, sam ze mną…

– Co ty gadasz? Chciałbyś mieć bliźniaka syjamskiego? – zapytał Dominik.

– Nie chodzi o to… A zresztą, nie wiem. Może i tak.

Dominik pożegnał się i odszedł, tego dnia nie miał ochoty na pijackie wynurzenia Seby. Po tej rozmowie jeszcze tylko cztery razy spotkali się na wódkę, później Dominik zaczął ograniczać wszelkie kontakty międzyludzkie.

Zmarszczył nos, do którego dochodziła ohydna woń. Rozejrzał się po pokoju.

Podczas izolacji w mieszkaniu brak jedzenia czy innych rzeczy nie stanowił wielkiego problemu – miał jeszcze zapasy i w każdej chwili mógł sobie cokolwiek zamówić. Największym problemem były śmieci. Leżały wszędzie – na łóżku, biurku i podłodze, na fotelach, parapetach, wszystkich stołach, wypełniały komodę, wysypywały się z szafki pod zlewem w kuchni, gdzie kosz dawno temu się przepełnił. Zapach stawał się nie do zniesienia. A Dominik lubił czystość. Nie miał może na tym punkcie obsesji, ale nie mógł już patrzeć na to wysypisko.

W dodatku śmieci uparcie milczały. Mógł porozmawiać ze wszystkimi przedmiotami, tylko nie z nimi. Tysiące razy zadawał sobie pytanie „dlaczego”, tysiące razy próbował nawiązać kontakt, ale nic to nie dało.

– Coś cię dręczy – stwierdziła zmartwiona drukarka.

– Świat – mruknął Dominik.

Naprawdę długo myślał nad tym, jak się ich pozbywać bez kontaktu z ludźmi. Nie wyrzuci przecież przez okno, zresztą nie zniósłby nagłego błysku promieni słońca ani świateł nocy, tych latarnianych i tych księżycowych.

Część śmieci próbował spuszczać w toalecie, część spalić w wannie, ale na dłuższą metę to się nie sprawdzało. Powinien wyjść. Mówiły mu to lodówka, pralka, jęczący kosz w kuchni.

Gdy skończył pracę, długo leżał w łóżku, pławiąc się w przyjemnych objęciach kołdry. Trochę się zdrzemnął, a wieczorem wstał. Zaczął zbierać śmieci ze wszystkich pomieszczeń i pakować je w worki.

Dochodziła druga w nocy, gdy skończył. W przedpokoju leżała teraz górka ogromnych czarnych worków, a Dominik zastanawiał się, czy kiedykolwiek opuszczą to mieszkanie.

 

***

 

Pierwsze wzmianki o Ludzieści pojawiły się w mediach w okolicach Wielkanocy. Dominik nie zamierzał w żaden sposób świętować tego dnia, cieszył się jednak, że będzie miał więcej wolnego czasu. Wyjście z domu, by wyrzucić śmieci, zaplanował właśnie wtedy. W nocy, między poniedziałkiem, a wtorkiem. Nie był pewien, czy ten właśnie termin jest najlepszy, ale musiał w końcu jakiś wybrać. 

Kilka dni przed Wielkanocą Dominika obudził potwornie zaciśnięty żołądek. Leżał przez jakiś czas, zastanawiając się, czy to ze strachu przed tym, że dzień wyrzucenia śmieci zbliżał się bezlitośnie, czy też jedzenie konserw wreszcie się na nim zemściło. Zrobił gorzką herbatę zamiast kawy i zasiadł przed ekranem komputera z zamiarem przeczytania porannych wiadomości.

Herbata zaczęła się z nim droczyć, mówiąc, że pije ją tylko, gdy jest chory i wtedy Dominik po raz pierwszy zobaczył pośród newsów niewyraźne zdjęcie Ludzieści. Przedstawiało ulicę dużego miasta, dziwnie jednak opustoszałą, mimo tego, że fotografię zrobiono w biały dzień. Nie to jednak było najbardziej niepokojące. W oddali, pośrodku zdjęcia, po ulicy pełzło coś nagiego, przedziwnego w swej bezkształtności.

„Niepokojące zjawisko w Grecji” – głosił nagłówek.

Dominik nie zwrócił większej uwagi na newsa i nawet nie kliknął w link. Zaczytał się w długim artykule na temat wykorzystywania SI przez korporacje w Chinach, a potem musiał zająć się pracą. Kilka godzin później spożył makrelę z puszki, bowiem żołądek już się rozluźnił, a następnie obejrzał film dokumentalny o kosmosie. Dopiero wieczorem ponownie przejrzał wiadomości.

Tym razem news o Ludzieści wyświetlał się jako pierwszy. Dużą czcionką napisane było: „Czy to koniec świata? Ludzieść wchłania coraz więcej osób”. Nad tytułem znów umieszczono zdjęcie. Tym razem zrobione z bliska. Nagie kuriozum prezentowało się na nim znacznie wyraźniej. Dominik zauważył wystające z pofałdowanej skóry dziesiątki ludzkich rąk. Były też nogi, głowy, pośladki a nawet zasłonięte pikselami genitalia. Bez zastanowienia kliknął w tytuł.

Został przeniesiony na stronę z artykułem, nad którym umieszczono film. Wideo uruchomiło się automatycznie. Dominik ujrzał dziwactwo ze zdjęcia. Toczyło się powoli po ulicy niczym jakaś przedziwna kula śniegowa, zajmując prawie całą szerokość dwupasmówki. Na nagraniu słychać było wrzaski. Ludzie uciekali w popłochu, samochody ruszały z piskiem opon.

– Ludzieść, bo tak ją potocznie nazwano, pojawiła się dzisiaj rano w Chaidari, jednym z greckich miasteczek położonym na północny zachód od Aten – mówiła dziennikarka. – Nie wiadomo, czym jest ani jak powstała. Pochłonęła już około dwudziestu pięciu osób. Dziwaczny wytwór wygląda, jakby składał się z… ludzi. Stąd jego nazwa.

Scena zmieniła się, na nagraniu Dominik widział teraz chudego kolesia z brodawką koło oka. Koleś zaczął mówić po grecku, a lektor tłumaczył jego słowa.

– Istota najwyraźniej jest pewnego rodzaju pasożytem. Gdy dotknie ciała człowieka, wchłania go i rośnie. Mamy do czynienia z zupełnie obcą biologią. Jest to coś, z czym nigdy się nie mierzyliśmy. Nie wiemy, co się dzieje z pochłoniętymi ludźmi, czy są dalej świadomi, czy nie. Dlatego nie strzelamy.

Koleś zniknął, nagranie pokazało moment, kiedy do akcji wkroczyło już wojsko. Stali ze strzelbami w pogotowiu, celując w zbliżającą się Ludzieść. Przed nimi ustawiono wysokie bariery. Na twarzach żołnierzy widać było wahanie. Bezkształtny twór dotarł do barier, a wtedy… po prostu je pochłonął. Następnie fragment ciała, który najwyraźniej właśnie strawił bariery, wydłużył się na kilkanaście metrów, niczym błyskawicznie nadmuchany materac. Greccy żołnierze, zamiast użyć strzelb, zaczęli uciekać. Dominik patrzył na to z uniesionymi brwiami. Zawsze irytowało go niezdecydowanie. Dlaczego każdy tak bał się podjąć decyzję? Dlaczego tak trudno było wziąć odpowiedzialność za swoje czyny? Prychnął. Między innymi dlatego unikał ludzi.

Obejrzał reportaż do końca, potem przeczytał artykuł. Nie wiedział jeszcze, co myśleć o Ludzieści. Chyba nie do końca w nią uwierzył. Uznał, że na razie nie będzie zastanawiał się nad ową osobliwością.

Mysz komputerowa postanowiła inaczej.

– Boję się! – zapiszczała. – A co, jak to przyjdzie do nas?

– Grecja jest daleko – odparł Dominik. – To coś na pewno nie dotrze tutaj.

– Skąd wiesz? – burknęło biurko. – Widziałeś, jak szybko rośnie?

– Nie chcę zostać pożarty – zawył długopis.

Śmieci milczały. Dominik padł na łóżko i potarł twarz.

 

***

 

Od dawna nie widział nieba. Dwa dni przed planowanym wyrzuceniem śmieci Dominik postanowił jednak oderwać mały kawałek czarnej okleiny i spojrzeć stamtąd na świat, by przygotować się psychicznie na swoje przedsięwzięcie. Całą poprzednią noc nie potrafił myśleć o niczym innym, jak tylko o tym małym kawałku okleiny, który chciał oderwać.

Od rana nie mógł się do tego zabrać. Ponad godzinę siedział z pochyloną głową w fotelu obrotowym, który co jakiś czas przerywał ciszę, mówiąc zdania w rodzaju:

– No, wstań wreszcie i to zrób!

– Nie poganiaj go! – wtrącała wtedy poduszka. – Musi sam być gotowy.

Gdy Dominik w końcu wstał z fotela, długo wpatrywał się w zasłonięte czernią okno. Czuł, jak serce coraz szybciej mu bije, a ręce sztywnieją. Lęk ściskał gardło, żołądek jakby napełniał się wrzątkiem. Sapiąc, zmusił się w końcu do działania. Podszedł do okna i oderwał kawałek okleiny.

Wybuchł oślepiający biały blask i choć był na niego przygotowany, coś go sparaliżowało. Jego ciało poruszało się teraz automatycznie, czuł się jak arachnofob, któremu pająk przebiegł po ramieniu.

Poczekał, aż oczy przyzwyczają się do jasności, a potem zerknął. Czuł się tak, jakby podłączono go do prądu, fale napięcia przechodziły przez ciało, zaciskały się na mięśniach jak sznury.

Zrobił to. Zobaczył świat. A w zasadzie kawałek nieba. Na więcej się nie odważył. Mylił się, to go wcale nie ośmieliło. Godzinami siedział skulony pod łóżkiem. Na początku zaciskał powieki. Potem długo wpatrywał się w grubą warstwę kurzu, zupełnie bezmyślnie, jakby został zamieniony w kamień i utrwalony w tej skulonej pozie z policzkiem przyciśniętym do brudnej podłogi i oczami utkwionymi w jednym punkcie.

 

***

 

Pragnął zrezygnować z wyrzucenia śmieci, ale nie działo się najlepiej. Newsy o Ludzieści stawały się coraz bardziej niepokojące. Dziwaczny twór pochłonął już ponad połowę Grecji i wypił część Morza Śródziemnego. Wojsko po wielu próbach porozumienia się z obcym bytem przystąpiło wreszcie do ataku – Ludzieść nie wydawała żadnych dźwięków, nie reagowała na rozkazy i groźby, nie zatrzymywała się. W końcu uznano, że pochłonięci przez nią ludzie nie są świadomi i rozpoczęto ostrzał. Nic on nie dał. Pociski, bomby, rakiety i cokolwiek, co dotknęło Ludzieści, zostawało przez nią pochłonięte, a ona rosła i się rozlewała.

– No i po wszystkim, wreszcie nadszedł ten chędożony koniec świata – marudziło biurko.

Mysz cicho łkała. Z kuchni dobiegało wycie lodówki i bezsilny lament garnka na ryż.

Dominik nie mógł się poddać. Być może niedługo będzie musiał uciekać, jeśli nic nie zatrzyma Ludzieści. A to oznaczało, że powinien się przełamać i wynieść te cholerne śmieci. W ramach ćwiczeń. Jeśli tego nie zrobi, to jakim cudem uda mu się uciec z mieszkania, w którym się zabarykadował? Wyobraził sobie, jak Ludzieść powoli wyjada miasto i zbliża się do jego bloku, a on nie może uciec, uwięziony we własnym mieszkaniu przez samego siebie.

– Dobra, wyniosę!!! – wrzasnął w przestrzeń.

Śmieci wciąż milczały.

Nie czekał na nadejście lanego poniedziałku. Postanowił wynieść je natychmiast, by nie denerwować się godzinami przed zrobieniem tego. Chwycił worki i bez zakładania choćby butów ruszył w kierunku drzwi wejściowych. Najważniejsze, żeby w tej chwili nie myśleć. Myśli wszystko zepsują. Wyciągnął rękę w stronę kłódki… przekręcił… i po chwili patrzył na szarą, przesiąkniętą zapachem stęchlizny klatkę schodową.

Wybiegł, trzaskając drzwiami. Serce biło tak szybko, że w ogóle go nie czuł. A może całkiem się zatrzymało? Znów uczucie porażenia prądem. A w mózgu nicość, kosmiczna pustka, którą tak pragnął mieć wokół siebie.

Nogi same prowadziły. Zbiegły po schodach i poniosły go do wyjścia.

Był na zewnątrz. Powietrze wściekle uderzyło w twarz. Na ciele pojawiła się gęsia skórka. Mimo, że zmierzchało, to i tak świat oślepił Dominika do tego stopnia, że musiał mocno zmrużyć oczy. Obładowany workami, ledwo widząc, ruszył w stronę śmietnika. Wolał nie patrzeć, nic nie widzieć. Nie słyszeć.

Ciemna postać pojawiła się znikąd, odrażająco nagle, niczym niechciana plama deszczu na chodniku. Widział tylko niewyraźny kształt, ale zdołał zauważyć, że zbliżała się szybko. A on stał jak sparaliżowany. Napiął mięśnie, zacisnął dłonie. Nie chciał patrzeć, nie chciał myśleć. Pragnął, by ogarnęła go pustka, ale w mózgu już jej nie było. Powoli, jak gęstą smołą, mózg Dominika zaczął wypełniać się lękiem.

Kształt zbliżał się nieuchronnie. Dominik czuł na skórze dotknięcia wzroku, palące niczym krople gorącego wosku. Od obcego biła jakaś moc, jakieś odpychające fluidy. Raziły prądem, a potem lizały ciało. A gdy postać zrównała się z Dominikiem, natężenie mocy osiągnęło apogeum i niemal został zmiażdżony. Potem odrażająca istota minęła go i odeszła, łapy energii oderwały się od Dominika, ale jeszcze błądziły za nim tęsknie palcami.

Wciąż się nie poruszył. W mózgu czuł nieprzyjemne łaskotanie. Fuj, ble! Ale to było ohydne, nieprzyjemne… Miał ochotę krzyczeć i rzucić się w ogień, byle tylko zmyć z siebie to, co się właśnie wydarzyło, to spotkanie, wyminięcie się… Niewyobrażalna nieprzyjemność.

Musiał wziąć się w garść. Musiał się spieszyć, jeśli nie chciał przeżyć tego ponownie. Rzucił się w stronę kontenera i biegł. Zrobiło mu się zimno. Bose stopy boleśnie stykały się z chodnikiem. Biegł bez kurtki, bez butów i właściwie bez niczego oprócz luźnych, poplamionych bokserek. Niedobrze. Powinien się ubrać.

Prawie dobiegł do kosza, ale wtedy, przez przymrużone powieki, zauważył kształty kręcące się gdzieś niedaleko wiaty. Ciało Dominika kazało mu uciekać. Chęć ucieczki niemal go powaliła. Nie był w stanie dobiec dalej. Rzucił worki przed siebie z największą siłą, na jaką było go stać. Doleciały do kontenera i legły porzucone obok.

Wtedy właśnie śmieci przemówiły po raz pierwszy. Coś szeptały chórem, powietrze szumiało od ich cichych głosów, Dominik jednak nie mógł rozróżnić poszczególnych słów. Uciekł i nigdy nie dowiedział się, co powiedziały.

Potworne odgłosy szybko zagłuszyły szept śmieci. Głosy należące do odrażających istot, z którymi nie chciał mieć nic wspólnego.

Zmroziło go, prawie się przewrócił. Na oślep, na łeb, na szyję, wbiegł do klatki.

Ale coś było nie tak i zdał sobie z tego sprawę dopiero w środku. Na klatce paliło się światło. Och nie. Och nie, nie, nie.

A potem odgłosy… Chyba najstraszniejsze odgłosy świata. Ktoś schodził po schodach. Dreszcz, jaki przeszedł Dominika, gdy usłyszał te dźwięki, można było porównać z tym, co się odczuwa w dziąsłach podczas picia lodowatego napoju, tyle że uczucie rozlewało się po każdej komórce ciała. Ponownie przyszedł paraliż. Żołądkiem targnęły silne mdłości. Szczęki zacisnęły się tak mocno, że Dominik poczuł dławiący ból. 

Nie potrafił się poruszyć, mógł tylko czekać. Szczęście w nieszczęściu, że to były tylko kroki, bez głosów. Gdyby schodziło kilka osób, żołądek Dominika wypadłby przez usta i z plaśnięciem upadł na posadzkę.

Ohydna istota minęła go bez słowa i wyszła z klatki, ale Dominik wciąż czuł na sobie spojrzenie, palące i bolesne. Gdy drzwi bloku trzasnęły, zerwał się do biegu, zupełnie jakby to był jakiś sygnał startowy. Pędził po schodach szybko jak nigdy, potem wpadł do mieszkania, trzęsącymi się dłońmi zasunął zamek i natychmiast runął na podłogę.

 

***

 

Leżał długo. Kilka minut, godzin, dni, miesięcy, lat, stuleci, eonów… Bez ruchu, bez dźwięku, bez żadnej reakcji. Leżał i leżał, nie poruszając nawet jednym palcem, wpatrując się w brudną podłogę, policzek przyciskając do szorstkiej wycieraczki. Co jakiś czas tylko mrugał powiekami bądź napinał wszystkie mięśnie. Potem flaczał niczym źle zawiązany balon, powoli uchodziło z niego powietrze i stawał się tylko porzuconą, pogniecioną powłoką.

Nie wiedział, co się w tym czasie działo z Ludzieścią. Czasem nasłuchiwał, choć nie wiadomo, czego się spodziewał. Krzyków? Wystrzałów? Huków? A może próbował wyczuć trzęsienie ziemi bądź pierwsze oznaki zawalania się budynku? Nie działo się jednak nic nadzwyczajnego. Słyszał tylko głuche łupanie w sufit, gdy sąsiedzi z góry przechadzali się po mieszkaniu, stłumione szuranie gdzieś zza ściany, trzaskanie drzwiami i dość często kroki na schodach, głosy i śmiechy. Czasem klatka schodowa roiła się od ludzi i to go przerażało. Pragnął odsunąć się od drzwi wejściowych, jakby w obawie, że zostanie czymś zarażony poprzez samą bliskość zatłoczonego miejsca. Nie miał jednak siły przeczołgać się choćby o milimetr, ciało było albo całkowicie bezwładne, albo tak napięte, że nie dało się nim poruszyć.

Niekiedy Dominik miał wrażenie, że klatka schodowa jest tak zatłoczona, że niektórzy napierają na jego drzwi. Niemal ich widział – szara, wciąż poruszająca się masa, w której błyszczały setki oczu.

Mógł długo ignorować głód, parcie na pęcherz i inne potrzeby, ale nie mógł już dłużej znieść tej niepewności. Wstał w końcu, poszedł do łazienki.

– Dawno cię nie widziałam! – zawołała muszla klozetowa.

Dwie minuty później siedział już przed ekranem komputera z pierwszą lepszą konserwą w dłoni. Przygryzał wargę w oczekiwaniu, aż urządzenie się uruchomi, a gdy tylko to się stało, wszedł na stronę z wiadomościami, by poczytać newsy o Ludzieści.

Twór urósł kilkukrotnie i niebezpiecznie zbliżył się do Polski. Pojawiły się doniesienia o powstaniu czegoś w rodzaju kultu Ludzieści. Wielu ludzi z różnych rejonów świata deklarowało, że nie boi się owego potwornego dziwadła, wręcz przeciwnie, dążyli do tego, by się z nim spotkać i z własnej woli połączyć.

– Chciałbym spoić się z Ludzieścią – mówił jakiś przechodzień zaczepiony przez dziennikarkę. – Bo to jest tak. Czasem sobie myślę, że tylko ja jestem mną… Rozumie pani? Tyle ludzi na świecie, ale tylko JA jestem MNĄ. A pani? Tylko pani jest panią. Czy to nie straszne? Niech pani pomyśli…

– Dobrze, ale jaki to ma związek z Ludzieścią? – zapytała dziennikarka.

– No, bo, widzi pani, jeśli połączę się z Ludzieścią… To nie tylko JA będę MNĄ. Inni też będą mną, a ja będę innymi.

– Skąd ta pewność?

Przechodzień wzruszył ramionami.

– Nie wiem… ale ją mam. Przeczucie. Intuicja. Lub wiara.

Dominik wyłączył wywiad. Znowu przypomniał mu się Seba. On chyba mówił coś podobnego. To takie… nienormalne. Nie rozumiał tego.

Lecz wyglądało na to, że kult Ludzieści nie jest do końca naturalny. Strony informacyjne mówiły, że panuje coś w rodzaju zbiorowego szaleństwa, że Ludzieść w jakiś sposób, nawet z daleka, oddziałuje na niektóre jednostki, mamiąc je i przyzywając do siebie.

Magda od kilku dni jest jakaś dziwna. Mało je, całymi dniami tylko siedzi, wpatrując się w ścianę albo włóczy się po okolicy. Kiedy się coś do niej mówi, wygląda, jakby była wyrwana z zamyślenia. Mimo wszystko nie jest nieszczęśliwa. Wydaje się jakby… rozmarzona – głosiła jedna z relacji.

Bartek dokładnie miesiąc temu stał się zupełnie innym człowiekiem. Miał nieobecne spojrzenie, mało mówił. Ale wydawał się szczęśliwy. Aż pewnego dnia odszedł. Zostawił telefon, klucze, ubrania i po prostu poszedł. Zapewne w stronę Ludzieści – mówiła inna.

Jeśli Ludzieść oddziaływała na niektóre jednostki, na pewno Seba był właśnie jedną z takich jednostek. Dominik nie chciał patrzeć na przerażające zdjęcie nad artykułem, zrobione z bardzo bliska. Nie chciał patrzeć, ale nie mógł się oprzeć. Olbrzymia masa, wielka jak góra, pełna głów i wpatrzonych w niego twarzy, w niektórych miejscach cielistoróżowa, w innych zbrązowiała jak nieświeża szynka, przyciągała jego wzrok. Przewinął szybko stronę, ale wtedy automatycznie uruchomił się film. Nie dało się od niego oderwać wzroku.

Mrowie ludzkich kończyn wystawało z rozlazłej Ludzieści, która sunęła przez zrujnowane miasto. Pochłaniała samochody, autobusy, a nawet budynki, czasami z przerażonymi ludźmi w środku, po czym rosła w ten ohydny, wynaturzony sposób. Dominikowi wydawało się, że głowy otwierają usta i mówią coś bezgłośnie.

– Rośnie w sposób nieregularny, trudno przewidzieć, o ile zwiększy masę w ciągu następnych dni – mówił zdyszany głos zza kamery.

Obraz zadrżał, operator wskoczył do samochodu i nakazał kierowcy jechać. Ludzieść, nagrywana przez tylną szybę, zaczęła się oddalać.

Kamera znowu zadrżała i nagle tuż przed szybą pojawiła się cielista masa. Dominik syknął – to coś w mniej niż sekundę urosło na kilkaset metrów. Usłyszał wrzaski, a kierowca przyspieszył. Potem nagranie się skończyło.

Przekierowało go do innego filmu. Ujęcie z drona. Widać na nim było Ludzieść rozlewającą się na jakichś przedmieściach jak jezioro. Z tej odległości nie było widać głów i kończyn, można było za to dostrzec, jak na granicach tworu co jakiś czas wystrzeliwują kolejne długie na kilkaset metrów wypustki, jak pokrywają coraz większy obszar. Scena zmieniła się na ujęcie z boku, widać na nim było ciągnące się po horyzont, bezwstydnie gołe cielsko Ludzieści.

Puszka z konserwą zaklęła, mysz pisnęła. Dominik ukrył twarz w dłoniach. Musiał uciekać. Powinien. Ale jak ma uciekać, skoro boi się nawet wyrzucić śmieci? Spojrzeć przez okno? Właśnie w tej chwili ginęły miliony ludzi. Ginęły? Czy można to było nazwać śmiercią? Lecz świat kręcił się dalej. Ci, którzy pozostali, pragnęli przeżyć.

Tak na wszelki wypadek wszedł na stronę z biletami lotniczymi. Już po kilku chwilach przekonał się, że działa się tam całkowita tragedia – bilety mocno zdrożały, ale nawet jeśli mógłby zapłacić, to i tak już nie było żadnych miejsc do jakiegokolwiek kraju, którego nie opanowała jeszcze Ludzieść. Podobnie sprawy się miały z koleją i promami.

Czyli sprawa rozwiązana. Nawet jeśli Dominik przełamałby się i spróbował uciec, i tak nie miałby szans.

Wszedł na służbową pocztę, by zmierzyć się z tym, co tam zastanie po swojej nieobecności. Przez kilkanaście minut przebijał się przez całą górę e-maili, ale i tak nie było ich tak wiele, jak się spodziewał. Firma nadal działała, lecz część pracowników wzięła urlopy bądź odeszła, szef stracił wigor, wiadomości od niego stały się suche i automatyczne. Nagle Dominik zamarł na widok jednego z e-maili. Poznawał ten adres. Wiadomość była od Sebastiana.

 

***

 

Odkąd Dominik zamknął się w mieszkaniu, nie rozmawiał z nikim nawet przez telefon czy internet. Wyjątkiem były kontakty służbowe, ale te ograniczał do minimum. W firmie wiedziano o jego chorobie, szef przysyłał mailowo zadania. Dominik nie musiał odpisywać, wystarczyło, że robił swoje. Pousuwał konta na portalach społecznościowych, telefon wyłączył i schował na dnie szafy. Nikt nie mógł się z nim skontaktować – nikt oprócz osób, które znały jego służbowy adres e-mail.

Skąd Seba go znał? Nieważne zresztą. Dominik nie zamierzał otwierać tej wiadomości.

– Co się tak gapisz w ten ekran? – zapytał fotel obrotowy.

Dominik nie odpowiedział. Wiadomość została wysłana kilka godzin temu. Wyrzuciłby ją do kosza, gdyby nie tytuł: „Siema, mam wolny bilet do Szwecji”.

– Mysza, zobacz, co tam jest! – zaskrzeczał dywan.

– Nie mam oczu – załkała mysz.

– Seba do mnie napisał na maila służbowego – mruknął Dominik.

– Co napisał? – zainteresował się fotel.

– Że ma wolny bilet do Szwecji.

– I chce ci go dać? – zapytał dywan.

– Nie wiem, nie otworzyłem maila.

– Co? Dlaczego? – zdziwił się długopis.

– To może być oszustwo…

– Daj spokój – zahuczała zza jego pleców szafa. – Dobrze wiesz, że nie. Otwórz tego maila!

– No, otwórz go!

Rzeczy w pokoju zaczęły chórem krzyczeć namowy. Dominik zacisnął powieki.

– Zamknijcie się!

– Nie zamkniemy się, dopóki go nie otworzysz – oznajmiła lampa.

Inne przedmioty przytaknęły.

Dominik zaklął i kliknął w wiadomość.

 

Mieliśmy z Anitą wykupioną wycieczkę do Szwecji z Kołobrzegu już dawno, więc teraz mamy bilety na prom. Chcieliśmy tam uciec, ale Anicie odwaliło i chce teraz iść do Ludzieści. Mnie też coś ciągnie do tego ścierwa, ale próbuję się powstrzymać. Chcę uciec, ale nie sam. Wolałbym, żeby ktoś dał mi w mordę, jeśli będę próbował jednak wrócić i iść do tego cholerstwa. Moi rodzice już uciekli do Norwegii, a wszyscy znajomi zbzikowali na punkcie Ludzieści i nie chcą ze mną płynąć. Próbowałem do ciebie dzwonić, ale nie odbierasz, więc napisałem do twojego szefa, żeby mi podał twój e-mail służbowy, a jemu było chyba wszystko jedno, bo od razu podał. Ty jesteś spoko morda i mam nadzieję, że nie zbzikowałeś na punkcie tego cholerstwa. Słyszałem, że ci się pogorszyło i zamknąłeś się w mieszkaniu, z nikim nie gadasz, ale mam nadzieję, że będziesz próbował uciec. Mogę cię zamknąć w walizce, żebyś nie musiał oglądać ludzi. Wyjeżdżam do Kołobrzegu w środę. Jeśli chcesz jechać ze mną, to odpisz i podjadę po ciebie. Jeśli nie odpiszesz, to jadę sam.

 

– No i co? – zapytał fotel, kiedy Dominik skończył czytać i spojrzał na swoje kolana.

– Chce mnie zabrać ze sobą w walizce do Szwecji.

– Coo? To przecież super! – wykrzyknęła klawiatura.

– Właśnie! – potwierdził dywan.

– Zabierz mnie ze sobą! – pisnęła mysz. – Jestem mała, zmieszczę się w kieszeni!

– Nie ma mowy – warknął Dominik. – Nikogo nie biorę, bo wszyscy zaraz byście też chcieli. A poza tym nigdzie nie jadę.

– Odbiło ci? Jak to: nie jedziesz? – oburzył się dywan.

– Musisz jechać! – wrzeszczały inne przedmioty.

Dominik wzruszył ramionami.

– Dostałeś jedyną okazję, żeby uciec i być może przeżyć, a ty nie jedziesz? – wykrzyknęła klawiatura.

– Słuchajcie! – Dominik podniósł głos, by przekrzyczeć gwar. – Nie widzieliście, co się działo po tym, jak poszedłem wyrzucić śmieci? Po tym, jak spojrzałem przez okno? Nie mogę przecież tak po prostu wyjść stąd i pojechać do Kołobrzegu!

– Ależ możesz – oznajmiło łóżko. – Możesz. Masz ręce i nogi, umiesz się poruszać. Blokada jest tylko w twojej głowie.

– No właśnie! – wykrzyknął Dominik. – Blokada! Nie potrafię jej przełamać!

– Ty udajesz – westchnął żyrandol. – Udajesz przed nami. Przed samym sobą. Dlatego tak trudno ci ją przełamać. Oszukujesz samego siebie.

– Pieprzenie – mruknął Dominik.

– Przecież weźmie cię w walizce – zauważyła jedna z książek o wszechświecie. – Nie będziesz widział żadnych ludzi, a oni nie zauważą ciebie.

– A Seba?

– Nic ci nie zrobi – przekonywał dywan. – Nie jest obcy. Lubiłeś go kiedyś.

– Skończ – warknął Dominik.

Dywan się uciszył. Inne przedmioty też zamilkły. Dominik wpatrywał się w ekran, czytając wiadomość po raz kolejny. Potem długo gapił się w puste pole przeznaczone do odpowiedzi.

W końcu opuścił palec na klawiaturę. Przedmioty milczały, jakby nie chciały go spłoszyć. Palec zadrżał. Potem, powoli, dotknął klawisza.

 

Ok.

 

***

 

Był ubrany i przygotowany od kilku godzin. Ostatnie doniesienia mówiły, że Ludzieść zajęła już część Słowacji, według prognoz do Polski miała dotrzeć jutro.

Dominik tymczasem siedział na podłodze w kuchni. Ogarniało go dziwne odrętwienie, przytłaczające niczym duszące opary, a jednak nieco łagodniejsze od paraliżu. Prawdopodobnie już nigdy nie wróci do tego mieszkania, które lada dzień zostanie zniszczone.

Usłyszał pukanie. Westchnął przeciągle i powoli się podniósł. Starał się wyłączyć umysł, żeby nie wiedzieć, co się wokół niego dzieje. Wyobrażał sobie, że go tu nie ma, że w ogóle nie istnieje, a jego ciałem steruje ktoś obcy.

Powoli podszedł do drzwi wejściowych. Przedmioty milczały, tylko gdy przechodził obok szafki na buty, miał wrażenie, że cicho wymamrotała „Powodzenia!”.

Po raz drugi od kilku miesięcy otworzył drzwi. Seba stał tam z rękami w kieszeniach, żując gumę. Niski i chudy, w bluzie i czapce z daszkiem wyglądał trochę jak dzieciak, ale twarz, z kilkudniowym zarostem, zmarszczkami na czole i głębokimi cieniami pod oczami, zdradzała dojrzały wiek. Bardzo się zmienił, odkąd Dominik widział go po raz ostatni, twarz mu poszarzała, a oczy straciły barwę. Za nim stała duża brązowa walizka.

– Jezu, Dominik – powiedział i przez chwilę zamarł z otwartymi ustami. – Wyglądasz jak trup! Potrzebujesz więcej witaminy D.

Paraliż wreszcie nadszedł. Dominik wpatrywał się w znajomego, zaciskając zęby na języku.

– Eee, dobra, nic nie powiesz? – zapytał Seba.

Dominik potrząsnął głową.

– A, okej… No, to… eee… idziemy?

Dominik drżącą ręką wskazał walizkę. Potem gestem zaprosił Sebę do środka. Gdy ten wszedł, szybko zatrzasnął drzwi. Cisnął klucze na podłogę i rozpiął walizkę. Zmieścił się bez trudu. Seba zapiął zamek i Dominik, cały drżąc, pogrążył się w kojących wodach ciemności.

 

***

 

Mrok był przyjemny. Dominik starał się nie zwracać uwagi na drżenie i przesuwanie się walizki, na podnoszenie jej i toczenie po nierównym chodniku, na dźwięki miasta i głosy ludzi. Usilnie starał się odciąć. Jak zwykle w pustych chwilach, takich jak ta, przywoływał myślami swoje największe marzenie. Wyobrażał je sobie tak mocno, że niemal czuł, jak unosi się gdzieś w próżni, a ta ciemność, która go ogarnia, to nie jest zwykła ciemność, to ciemność kosmiczna.

Zastanawiał się, dlaczego Seba tak skutecznie opiera się Ludzieści. Był pewien, że będzie jednym z pierwszych, których ten twór omami.

Czasem wpadał w panikę na myśl, że zostawił swoje mieszkanie, że jest tak daleko od jedynej na świecie bezpiecznej ostoi i że popełnił wielkie głupstwo. Potem zaraz jednak widział oczami wyobraźni, jak Ludzieść wchłania jego blok.

Próbował rozmawiać z myszą, którą wziął ze sobą, bo wiedział, że lękała się najbardziej, ale uparcie milczała, nawet nie szlochała.

Bał się końca podróży, potwornego, bolesnego światła, które wedrze się do walizki, bał się Seby, bał się kolejnych newsów o Ludzieści.

Właściwie mógłby zostać w tej walizce. Aż do końca.

 

***

 

Niestety walizka została otwarta, i to wcześniej, niż Dominik się spodziewał. Nie mogli być jeszcze w Kołobrzegu, jechali zdecydowanie za krótko. Zobaczył nad sobą poszarzałą twarz Seby, spoconą i przerażoną.

– Dominik… wiem, że się boisz, ale ja… potrzebuję pomocy. Błagam. Ona mnie wzywa. Coraz trudniej mi się opierać. Nie chcę… się poddać.

Dominik próbował nie patrzeć na Sebę ani nie wyobrażać sobie, gdzie są i ile osób krąży wokół nich, rozmawia, może nawet na niego patrzy.

– Jakby co, to jesteśmy na kompletnym zadupiu. Nikogo tu nie ma.

Dominik przyjął do wiadomości te słowa, ale nie rozluźnił się.

– Dominik, ja… – zaczął Seba i na chwilę zamilkł. – Odkąd pierwszy raz usłyszałem o Ludzieści i o tym, że wchłania innych ludzi, chciałem do nich dołączyć – wyznał wreszcie. – Ale to nie przez jakąś durną magiczną siłę, którą Ludzieść przyzywa ofiary, tylko tak po prostu. Bo chciałem tego ja i nikt mnie do tego nie zmuszał. Potem jak zobaczyłem, że wszyscy lecą do Ludzieści jak idioci, odechciało mi się do niej iść. Bo wiesz, zawsze mnie przerażało, że tylko JA jestem MNĄ i to wszystko jest takie… trudne. – Mówił coraz ciszej. – Sam muszę o wszystkim decydować i sam ponosić konsekwencje. Sam decyduję o swoim życiu! – Głos Seby stał się ochrypły. – No i wiele razy myślałem, że ja tak nie chcę. Przytłaczała mnie ta odpowiedzialność.

Seba przerwał na chwilę, najwyraźniej zdławiony emocjami. Dominik zaczął się zastanawiać, czy znajomy nie wypił czasem czegoś przed jazdą. Od razu stanęła mu przed oczami wizja, jak wjeżdżają z dużą prędkością w jakieś drzewo. Potężny huk, ogień i śmierć…

– No, ale – kontynuował Seba – gdy ta Ludzieść zaczęła działać na ludzi, to tak patrzyłem, jak lecą do niej, omamieni, oślepieni i było to tak bezsensowne, jak nie wiem! No i pomyślałem, że oni nie mają kręgosłupa, że ktoś nimi steruje i nie mają władzy nad sobą samym i normalnie poraziła mnie ta myśl. Wtedy stwierdziłem, że możliwość decydowania o sobie samym i o własnym życiu jest najlepszym, co może mnie spotkać! Już nie przerażało mnie, że tylko JA jestem MNĄ. Więc kiedy Ludzieść mnie też zaczęła wzywać, myślałem o tym, że lepiej samemu o sobie decydować i odtąd robiłem tak za każdym razem, kiedy próbowała mnie zwabić. Dzięki temu jakoś się wciąż opierałem. Ale wiedziałem, że to nie potrwa długo. Mój opór słabł. A teraz jest już bardzo słaby. Bo, wiesz, pojawiły się wątpliwości. Pomóż mi, Dominik.

Dominik odważył się przelotnie spojrzeć na znajomego. Wargi Sebastiana drżały, oczy, obłąkańczo rozszerzone, patrzyły w przestrzeń. W jakimś dziwacznym tiku bardzo szybko giął i prostował blade palce dłoni.

– Powiedz mi, czy mam rację! Czy lepiej samemu decydować o sobie, czy pozwolić komuś? No, powiedz, powiedz! Jeśli myślisz to, co ja… moje wątpliwości znikną!

Dominik milczał. W jego głowie panował chaos.

 

***

 

Stał nad brzegiem morza, wypełniony spokojem i rozkoszą. Otaczała go tylko i wyłącznie natura. Szumiące fale, liście, piasek i drzewa. Żadnych ludzi, żadnych zabudowań. Dominik czuł się tu dobrze, mimo tak wielkiej otwartej przestrzeni. W zasadzie wreszcie odetchnął.

Nie miał pojęcia, jakim cudem zdołał wygrzebać się z walizki, gdy Seba odszedł w stronę Ludzieści, nie miał pojęcia, jak dojechał do Kołobrzegu, jak pokazał bilet, wjechał na prom i jak spędził na nim długie godziny. W głowie odbijały mu się słowa łóżka „Możesz. Masz ręce i nogi, umiesz się poruszać”. Ledwo pamiętał otaczających go wtedy ludzi. Byli cichsi, niż zapamiętał z czasów przed zamknięciem się w mieszkaniu, więc trochę mu to pomogło, pomogło też zasłonięcie kocami i ubraniami wszystkich szyb w aucie na czas podróży promem. Po dobiciu do brzegu, gdy wreszcie wydostał się z korka, wyruszył w głąb nieznanego lądu. Nie miał pojęcia, dokąd jechał, wybierał jak najmniej zatłoczone drogi. Nie było to łatwe, wszędzie roiło się od uciekinierów. W końcu jednak znalazł jakiś odległy od ludzkich siedzib las, wysiadł z samochodu, ruszył pieszo i dotarł na tę plażę.

Czysty horyzont, pozbawiony jakichkolwiek śladów ludzkiej ręki, płaszczył się pod majestatycznym niebem. Przed Dominikiem kołysało się rozległe morze, po bokach mieniło się w słońcu poszarpane wybrzeże, a za plecami szumiał las, obiecujący wiele swą zimną zielenią. Dziewicza przyroda i rześkie skandynawskie powietrze – tak niewiele było potrzeba, by poczuć dotyk euforii.

Gdy jakiś nieproszony element zbezcześcił krajobraz, Dominik od razu go dostrzegł, bo było to tak irytująco wyraźne i kłujące w oczy, jak plama krwi na nowej białej koszulce. Zmrużył oczy.

Wyglądało to tak, jakby zbliżała się olbrzymia fala. Zacisnął powieki w nadziei, że gdy otworzy oczy, fala zniknie, ale tak się nie stało.

Ludzieść zbliżała się szybko niczym oszalałe stado. Dominik już wyraźnie widział cielistą masę poruszającą się jak kłębowisko dzikich zwierząt. Spojrzał za siebie i dostrzegł, że od tyłu również się zbliżała, ramiona Ludzieści zamykały się także po jego bokach.

Po przerażająco krótkim czasie Dominik stał w niedużym okręgu, z każdej strony otoczony przez Ludzieść.

Czekał. Okrąg malał. Miliony rąk wyciągało się w jego stronę, twarze wykrzywiały się w grymasach, oczy mrugały żałośnie powoli. Dominik wyciągnął rękę i dotknął jednej z dłoni. Wtedy cielista masa wystrzeliła i zapełniona została ostatnia luka na Ziemi.

Umysł Dominika znalazł się w ogromnym chaosie myśli, chęci, planów i marzeń. Zalewały go cudze wspomnienia i emocje. Pędził korytarzami powiązań, obijając się o mijające go impulsy. Nie wiedział, kim jest, pragnął gdzieś się skryć, lecz nie było gdzie. Bo gdziekolwiek by się nie udał, trafiał na samego siebie.

Błądził po własnym wnętrzu, a strach powoli mijał, chaos malał. Impulsy zwalniały, przychodził spokój. Odetchnął, chociaż nie potrzebował tlenu. Jego umysł zalewały cudze myśli, lecz już umiał je uporządkować. Po chwili pojął, że one nie były cudze.

Teraz nie tylko Dominik był Dominikiem. Teraz każdy nim był. Ale to nie szkodzi. Może to nawet lepiej. Zaraz wszyscy będą szczęśliwi.

Zajął się pożeraniem Ziemi. Żarł i żarł, pochłaniał skorupę ziemską, płaszcz górny i płaszcz dolny, aż w końcu dotarł do jądra, które też pochłonął. Wtedy zapełniła się ostatnia luka w Dominiku.

Podobno jeśli się o czymś marzy dostatecznie mocno, to może się to spełnić, nawet jeśli nie do końca jest możliwe.

Dominik unosił się teraz w kosmosie, otoczony pustką, czystą pustką.

Koniec

Komentarze

Witam serdecznie.

Ładne (w każdym tego słowa znaczeniu) zintensyfikowanie choroby psychicznej. Cielesność ludzieści (i jej metaforyczność) przyjemnie makabryczna. Jest klasycznie weirdowo (misię) i sonatowo (lirycznie, też misię). Jedyne nie-misię to małe natężenie strachu – czuć, że apokalipsa nadchodzi głównie w głowie bohatera, więc poza nią, nie jest aż tak rzeczywista i straszna (z perspektywy czytelnika), a zagrożenie wydaje się tylko iluzją. Wydaje mi się, że nabrało rzeczywistej mocy w momencie wejścia do walizki.

Gadające meble byłyby urocze, gdyby nie fakt, że są przejawem paranoi. Mimo tego, i tak są urocze. Ale dlaczego nie próbowały zatrzymać Dominika przed wyjściem z mieszkania? D: 

Ogólnie: udane rozmycie rzeczywistości, przyjemnie się czytało. Końcówka o wszechświecie zdecydowanie najmocniejsza. Cieszę się, że Dominikowi się udało.

 

– No, ale – kontynuował Seba. – gdy ta Ludzieść

zbędna kropka

 

Pozdrawiam!

Cześć, Sonata. Nie odniosłem wrażenia, że to horror, ale podoba mi się jako weird story. Wyjątkowo specyficzny klimat zbudowałeś. Momentami czułem namacalnie niewielką przestrzeń w jakiej znalazł się Dominik. Kiedyś czytałem książkę, w której populacja ludzka zamienia się w grzybnię, w której świadomość jednostek zlewa się z innymi, tworząc superświadomość. Poruszasz temat samodecydowania o sobie i konsekwencji z tego wynikających. Przyznam, że mam wątpliwości, czy w stu procentach możemy decydować o czymkolwiek. Istnieje zbyt wiele zmiennych, aby było to możliwe. Owszem, może się nam wydawać, że to my, ale to jedynie składowa. Nie wiem, czy istnieje większy plan – ale myślę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Bułhakow w Mistrzu i Małgorzacie świetnie to pokazał, kiedy w rozmowie z Wolandem, kiedy bohater twierdzi, że jest kowalem swojego losu, tylko i wyłącznie, ginie tuż po, a jego głowa toczy się po ulicy. Posiadamy sprawczość, ale to tylko część. Wielu rzeczy nie da się przewidzieć. I to jest chyba w tym wszystkim najlepsze :-) Ogólnie na plus. Podobało mi się . Pozdrawiam.

Żongler, dziękuję za wizytę i pozytywny komentarz! Co do natężenia strachu, to może rzeczywiście apokalipsa poza głową bohatera nie uderza tak mocno, jak powinna, chyba trochę za bardzo skoncentrowałam się tu na fobii Dominika i jego paranojach. Generalnie jednak zagłada świata w zamierzeniu miała być gdzieś w tle. 

Ale dlaczego nie próbowały zatrzymać Dominika przed wyjściem z mieszkania? D:  

Były jego częścią, to mu kibicowały ;) 

Kropkę poprawiłam. Cieszę się, że weirdowość i liryczność się podobała, no i że końcówka też! 

 

Hesket, również dziękuję za komentarz! Miło mi, że opko jako weird się podobało i że skłoniło do takich przemyśleń. Masz rację, nie możemy decydować o sobie w stu procentach, ale fakt faktem, że tylko my jesteśmy sobą i nikt inny nami nie jest :) Cieszę się, że ogólnie na plus! 

Sonato, zwykle nie czytam horrorów, tym bardziej z tagiem choroba psychiczna, ale czułem się zobowiązany Twoim komentarzem pod “Źródłem”. Zajrzałem i wciągnęło mnie. Nie żałuję, podobały mi się, gadające przedmioty. Horror nie był krwawy, masz za to plus. Nie skomentuję bardziej, zanim nie porozmawiam o tekście z synem psychiatrą, najwcześniej za dwa tygodnie. Może go skłonię do przeczytania. Pozdrawiam. :)

Cześć, Koalo

ale czułem się zobowiązany Twoim komentarzem pod “Źródłem” 

Cholera, to teraz ja się czuję zobowiązana :) 

Cieszę się, że nie żałujesz, że zajrzałeś do tekstu. Oho, jestem ciekawa opinii syna. Dziękuję za wizytę! 

Podobało mi się. Ciekawa koncepcja, zwłaszcza jeśli spojrzeć na ten tekst socjologicznie. Kurczaki, właściwie wygodnie być częścią takiej Ludzieści, pozbyć się odpowiedzialności za własne czyny i skupić wyłącznie na konsumpcji. Ładna metafora społeczeństwa z tego wychodzi.

Choroby psychiczne wydają się ciężkie do ogrania, zwłaszcza jeśli towarzyszą im tak jaskrawe objawy (mam na warsztacie opowiadanie z gościem przechodzącym epizod depresyjny i ech, ciężka to walka z tym tekstem, a trudno tu nawet porównywać kaliber, mam nadzieję, że uda mi tym “dziełem” kiedyś podzielić). No, ale do rzeczy. Nie odebrałam tego tak, jakby choroba Dominika służyła pretekstowej stygmatyzacji bohatera, a po prostu odczytałam ją jak chorobę właśnie, co jest niewątpliwie plusem.

Dobry tekst, niech leci do Biblioteki.

„‬Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje jest zarazem bestią i powodzią. Iluzje są tym dla duszy, czym atmosfera dla planety." - V. Woolf

Przeczytałam do końca, może to horror, ale trochę inny. Pomysł podobał mi się, ale nie odczułam strachu, może przez to, bo przez większość część tekstu myślałam. że to dzieje się w głowie Dominika. Może nawet nie powinnam się przyznawać, ale kilka razy się uśmiechnęłam. Ucieczka zdawała mi się bezsensowna i taka też była. Nadzieja umiera ostatnia, więc może w tym tkwi jej sensowność. Jako opowiadanie fantasy ciekawe, jako horror nie jestem pewna.

Kliknę za sam pomysł.

Coś jeszcze mi zazgrzytało, ale zgubiłam, więc pozostaje tylko to, co poniżej:

 przyzywając co siebie. – do

Pozdrawiam :)

P.S.

Ludzieść wywołała mój uśmiech po wyobrażeniu jej sobie.

Rossa, dziękuję za odwiedziny! Tak, pewnie niektórzy by chcieli być częścią Ludzieści, życie byłoby wtedy łatwiejsze i wygodniejsze. Oj, depresję ciężko opisywać, tu się zgadzam. Cieszę się, że odebrałaś chorobę Dominika po prostu jako chorobę i dziękuję za kliczka!

 

Cześć, Milis! Horror taki trochę soft mi wyszedł. Chciałam, żeby to, czy wszystko się dzieje w głowie Dominika, pozostawało w pewnym niedopowiedzeniu, ale jednak ze skierowaniem w stronę tego, że dzieje się naprawdę :D I dobrze, że się uśmiechnęłaś, bo parę kropli absurdu dolałam do tekstu.

Ludzieść wywołała mój uśmiech po wyobrażeniu jej sobie.

Można i tak :D

Dziękuję za komentarz i klika!

Nie będę ukrywać, że weird i choroba psychiczna zdecydowanie nie są tym, o czym chciałabym czytać, ale już zapowiedź horroru jest w stanie mnie skusić. A choć wiele horroru tu nie znalazłam, to choroby psychicznej i weirdu było pod dostatkiem, więc jestem mocno zdziwiona odczuciami doznawanymi w czasie lektury – czytałam bez najmniejszej przykrości, wręcz zafascynowana zarówno sytuacją Dominika, jak i opisywanymi zdarzeniami, dziejącymi się na świecie.

Ludzieść zasługuje na miejsce w Bibliotece, więc teraz idę do klikarni. :)

 

Od rana nie mógł się za to za­brać.Od rana nie mógł się do tego za­brać.

 

DOBRA, WY­NIO­SĘ! – wrza­snął w prze­strzeń. → Umiał wrzeszczeć wielkimi literami??? To, o ile mi wiadomo, wykrzykniki informują o wrzasku, nie wielkie litery.

Proponuję: Dobra, wyniosę!!! – wrza­snął w prze­strzeń.

 

Ty je­stes spoko morda→ Literówka.

 

– No i co?– za­py­tał fotel… → Brak spacji po pytajniku.

 

– Je­stem mała, zmiesz­czę się do kie­sze­ni!– Je­stem mała, zmiesz­czę się w kie­sze­ni!

 

pra­gnął gdzieś się skryć , lecz… → Zbędna spacja przed przecinkiem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dziękuję za wizytę i za klika. Twój komentarz to miód na moje serce. Cieszę się, że byłaś zafascynowana :) Usterki poprawione.

Bardzo proszę, Sonato. A ja się cieszę, że przeczytałam historię Dominika i Luidzieści. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

“– Powiedz mi, czy mam rację! Czy lepiej samemu decydować o sobie, czy pozwolić komuś? No, powiedz, powiedz! Jeśli myślisz to, co ja… moje wątpliwości znikną!”

 

Chyba najważniejszy fragment tekstu o współczesnej ludzkości oraz cywilizacji. Która – patrząc na to, co za oknem i w ekranach – chyba już definitywnie wybrała. Niestety. Choć to oznacza jej koniec (w obecnej cywilizacyjnej formie) – i to już w bardzo bliskiej perspektywie.

Głęboki, wieloaspektowy tekst. Jak dla mnie – tekst miesiąca. Klikam natychmiast. Pozdr.

Już tylko spokój może nas uratować

Podobnie jak przedmówcy nie dostrzegam tu wiele horroru, ale absolutnie nie jest to wada tekstu. Opowiadanie wciąga i intryguje. Szczególnie podobało mi się sprytnie przeplatanie codziennych problemów Dominika z ogarniającą cały świat katastrofą.

 

Pozdrawiam.

Witam, Rybaku

Która – patrząc na to, co za oknem i w ekranach – chyba już definitywnie wybrała. Niestety. Choć to oznacza jej koniec (w obecnej cywilizacyjnej formie) – i to już w bardzo bliskiej perspektywie. 

Myślę, że to niestety jest prawdą. 

Cieszę się, że tekst był dla Ciebie głęboki i wieloaspektowy. Dziękuję za wizytę i klika! 

 

GalicyjskiZakapior, dziękuję za komentarz!  

Podobnie jak przedmówcy nie dostrzegam tu wiele horroru 

Skoro tyle osób to pisze, to postanowiłam podmienić tag “horror” na “inne”.  

Miło mi, że opowiadanie wciągnęło i zdołało zaintrygować! 

Szczególnie podobało mi się sprytnie przeplatanie codziennych problemów Dominika z ogarniającą cały świat katastrofą. 

A mi się podobało pisanie tego przeplatania :) Dzięki!

Koncept opowiadania bardzo oryginalny, a zarazem straszny i dziwny. Żeby nie było, to nie wystarczy, żeby mnie kupić. Kupiła mnie natomiast nieoczywista, ale splatająca się w logiczną całość fabuła i interesująca dynamika pomiędzy bohaterami. Fobia społeczna w czasach apokalipsy to może nie nowy pomysł na historię, ale zdecydowanie bardziej świeży niż typowa ucieczka przed upiornie powolną falą tsunami. 

Podobało mi się i teraz i na becie.

Pozdrawiam

Oidrin, dzięki za wizytę i raz jeszcze za pomoc na becie! Twoja opinia mnie bardzo cieszy :)

Chyba częściowo identyfikuję się z postacią bohatera i jego fobiami. :) Sama idea bycia sobą a nie kimś innym oraz pytanie co właściwie decyduje o tym, że jesteśmy sobą, nierzadko spędzały mi sen z powiek.

Narracja prowadzi czytelnika (i jego wyobraźnię) za rączkę, jednoczesnie nie będąc banalną.

Nie będę się rozpisywał, powiem tylko, że dawno nie czytałem tak dobrego, tak mocno działającego na wyobraźnię tekstu. Trafił do mnie w stu procentach.

kronos.maximus, dzięki za wizytę! Miło mi, że tekst się podobał i że zdołał trafić w stu procentach :)

Hej, opowiadanie jest ciekawe. Bardzo podobał mi się pomysł na Ludzieść oraz przedstawienie choroby Dominika, gadające przedmioty urozmaiciły opisy gdy ten siedział w domu. Trochę mniej mi się podobał sam bohater, jego stany lękowe zaczęły mnie trochę nudzić i choć były przeplatane rozmowami z przedmiotami i opisami poczynań Ludzieści to mam wrażenie, że było tego trochę dużo. Ale generalnie bardzo dobre opowiadanie klika już nie dodam więc wrzucam ocenę na 6 :) Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Cześć, Bardjaskier, dzięki za odwiedziny! Miło mi, że podobał się pomysł na Ludzieść i przedstawienie choroby! Szkoda, że stany lękowe znudziły, chyba za bardzo mnie wciągnęło ich opisywanie :) Cieszę się, że ogółem Ci się podobało i dzięki za ocenę!

Przyjemnie się czytało :)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka