- Opowiadanie: PaniAgazDziekanatu - Strefa zrzutu

Strefa zrzutu

Opowiadanie powstało dla mojego męża, który jak każde duże dziecko uwielbia wszelkiej maści super-żołnierzy walczących w kosmosie. Wiem, że jest długie i na pewno nie będzie podlegało opiniowaniu przez “starszyznę”, ale może ktoś zaciekawiony przeczyta do końca i znajdzie w lekturze odrobinę przyjemności. Dla pewności oznaczam, jako fragment, choć jest to zamknięta historia.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Strefa zrzutu

– Osiągnięcie strefy zrzuty nastąpi za… Trzy godziny… Czterdzieści pięć minut…

Wygenerowane przez system, automatyczne ostrzeżenie zabrzmiało na wszystkich pokładach „Jesieni Średniowiecza”. Takim właśnie nieludzko bezosobowym i mechanicznie skrzekliwym głosem mogłaby przemawiać kserokopiarka, bądź stary odkurzacz, gdyby któreś z nich zapragnęło podzielić się ze światem swoimi przemyśleniami. Komunikat powtarzał się z irytującą regularnością dokładnie co kwadrans. Od chwili pierwszego nadania wywołał wśród załogi spore poruszenie, zakrawające wręcz o panikę. Wszyscy byli czymś zajęci, wszyscy krzyczeli na siebie nawzajem, wszyscy biegali z miejsca na miejsce w histerycznym pośpiechu.

Petra też biegła, ale w zupełnie innym kierunku niż pozostali. Mijała kolejne korytarze i śluzy ochronne, dysząc ze zmęczenia. Nie nawykła do tak intensywnego wysiłku, więc mimo zmniejszonego ciążenia nogi zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa, a płuca palił żywy ogień. Nie zamierzała się jednak poddać. Nie teraz, kiedy była tak blisko zrealizowania swojego planu. Lepsza okazja mogła już się nie nadarzyć. Musiała wykorzystać fakt, że załoga okrętu była zbyt zajęta przygotowaniami do desantu na planetę, by interesować się samotną postacią, która przemykała pomiędzy pokładami. Początkowo Petra nie próbowała się ukrywać. Takie zachowanie nie miałoby sensu, bowiem niemal każdy z marynarzy znał jej twarz. Należała do najbardziej rozpoznawalnych i najbardziej cenionych reporterów wojennych w całej Federacji. Jednak teraz, kiedy jej koledzy po fachu czekali na odprawę z oficerem prasowym marynarki, ona znalazła sobie inne zajęcie.

Podążała w stronę pokładu C, gdzie armia trzymała najbardziej śmiercionośną broń w swoim arsenale. 

W przeszłości Petra wielokrotnie towarzyszyła flocie Federacji w jej ekspedycjach. Zdołała rozpracować zwyczaje załogi oraz nie do końca oczywiste reguły panujące wśród żołnierzy. Niektóre tajemnice musiała wyciągnąć z mundurowych podstępem, inne wymusiła szantażem, jeszcze inne zdobyła przekupstwem. Za kilka ściśle tajnych informacji zapłaciła najstarszą walutą, jaką znała ludzkość. Zwyczajnie poszła do łóżka z mężczyznami u władzy. Jedną z takich przygód wspominała z uśmiechem na twarzy, pozostałe wręcz przeciwnie. Ale Petra była gotowa na każde poświęcenie, byleby zrealizować swój plan. 

– Osiągnięcie strefy zrzutu nastąpi za… Trzy godziny… Trzydzieści minut. – Ukryte w ścianach głośniki ożywiły się po raz kolejny. – Obsadzenie stanowisk artyleryjskich zakończy się za… Czterdzieści pięć minut.

Jedna ze ściśle strzeżonych tajemnic, jakie Petra wyciągnęła od żołnierzy, sprowadzała się do faktu, że na okrętach wojennych Federacji niewiele rzeczy działało tak, jak życzyliby sobie tego dowódcy i zgoła nic nie działało tak, jak działać powinno. W bardzo, ale to bardzo szerokim gronie wadliwych komponentów zamontowanych na statkach do żeglugi planetarnej, jedno z czołowych miejsc zajmował system monitoringu. Wnikliwe dziennikarskie śledztwo pozwoliło Petrze dotrzeć do informacji, że monitoring na okrętach wojskowych w zasadzie nie istniał. Kamery wisiały niemal na każdym korytarzu i w każdym pomieszczeniu, nie wyłączając łazienek, lecz większość z nich stanowiła jedynie atrapy niepołączone w funkcjonalną całość.

System nadzoru pozwalający na śledzenie poczynań załogi w czasie rzeczywistym był zbyt kosztowny, zarówno w kwestii wykonania instalacji, jak i jej późniejszego utrzymania. Najcenniejszy, obok przestrzeni, element składowy okrętów bojowych stanowiła bowiem energia. Upchnięcie dodatkowych kabli w przeładowanych ciągach energetycznych stanowiło nie lada wyzwanie z uwagi na bardzo ograniczoną przestrzeń. W dodatku  moce obliczeniowe potrzebne do utrzymania rozbudowanego systemu monitoringu zużywałyby za dużo prądu. A na okrętach bojowych każda megawatogodzina, nawet każda watosekunda energii mogła decydować o życiu lub śmierci całej załogi.

Tylko najbardziej newralgiczne pomieszczenia na statku, jak zbrojownia, czy mostek kapitański pozostawały objęte systemem nadzoru. Jednak zadaniem żołnierzy była przede wszystkim walka, nie ślęczenie przed cyfrowymi ekranami, by podglądać towarzyszy broni. Zaokrętowanie dodatkowego personelu tylko w celu obsługi monitoringu niosło ze sobą koszty w postaci przestrzeni oraz energii. I w ten sposób koło się zamykało. Zbyteczne systemy musiały zostać zredukwoane do minimum. W rezultacie nikt nie sprawdzał nagrań w czasie rzeczywistym, co niejednokrotnie doprowadziło do niezbyt przyjemnych sytuacji. Jak wtedy, gdy jednemu z admirałów odbiła szajba i postrzelił kilku podkomendnych na wieść o tym, że jego syn zamiast wstąpić do armii, postanowił zostać architektem zieleni. I to na Ziemi. Planecie, gdzie ludzie widywali zieleń, tylko wtedy, gdy pomalowali ściany swoich mieszkań-klatek seledynową farbą.

Alternatywne rozwiązanie, które uwzględniało przekazanie nadzoru w ręce sieci komputerowej okazało się niewypałem. Sztuczna inteligencja obsługująca okręty wojenne nie dawało sobie rady z analizą danych z systemu monitoringu, choć wzorowo wywiązywała się z tego zdania w ziemskich mega-metropoliach. Wykorzystywane na Ziemi algorytmy, które samodzielnie rozpoznawały niebezpieczne przedmioty, czy agresywne postawy, były bezużyteczne w warunkach bojowych. Głównie dlatego, że każdy z pasażerów floty wojennej Federacji, począwszy od kuchcików, na admirałach kończąc, chodził uzbrojony po zęby, był nabuzowany testosteronem i aż kipiał od chęci, by dać komuś po pysku. W rezultacie AI oznaczało każdego członka załogi jako osobę potencjalnie niebezpieczną.

Petra wiedziała, że mocno okrojony monitoring na Jesieni stanowił ważny element obrony tylko w przypadku próby abordażu. Jednak od czasu, gdy obie walczące strony uznały siłowe przejmowanie okrętów w przestrzeni kosmicznej za zbyt ryzykowne, abordaż został całkowicie zakazany. Na powierzchni planet żołnierze mogli wyrzynać się do woli, lecz poza orbitą panowało niepisane zawieszenie broni. Decyzja taka zapadła wówczas, gdy okazało się, że energetyczne tarcze rodem z kiepskich filmów science-fiction są dużo bardziej fiction niż science, w związku z czym wystarczy wystrzelić w stronę wrogiego okrętu garść śrubek, by przebić poszycie i uśmiercić wszystkich członków załogi. Co gorsza, upadek uszkodzonego okrętu na powierzchnie planety wiązał się z olbrzymimi zniszczeniami w infrastrukturze kolonii, porównywalnymi do uderzenia meteorytu. A takich zniszczeń nie chciała żadna ze stron.

Mając w pamięci wszystkie te informacje, Petra mijała kolejne kamery, zupełnie bez strachu. Wiedziała, że nikt nie obserwuje jej poczynań, a wizyta na pokładzie C powinna pozostać niewykryta jeszcze przez długi czas. Załoga Jesieni miała w tej chwili ważniejsze rzeczy do roboty. Wszyscy szykowali się na nadchodzący desant. 

– Do osiągnięcia strefy zrzutu pozostało… Trzy godziny… Piętnaście minut.

Korytarz zamykała śluza oznaczona numerem C-03. Obok drzwi znajdowała się klawiatura numeryczna. Petra nie dostrzegła ani detektora odcisków dłoni, ani sondy siatkówkowej, ani czytnika DNA, ani nawet cyfrowego wyświetlacza wyposażonego w rozszerzoną rzeczywistość. Jedynie przestarzałą, analogową klawiaturę z wielkimi, sześciennymi przyciskami. Dotykowe ekrany, czytniki DNA, oraz inne delikatne urządzenia nie sprawdzały się w warunkach bojowych. Wykazywały tendencję do regularnego psucia się, gdy korzystali z nich ciężko opancerzeni żołnierze. Rozochoceni wizją walki i nabuzowani sterydami mołojcy, mieli bardzo ograniczone pokłady cierpliwości względem elektronicznych gadżetów. W przypadku błędnego wpisania kodu lubili przyłożyć w cyfrowe ustrojstwo pięścią w nadziei na usunięcie awarii oprogramowania.

Klawiatura, na którą patrzyła Petra nosiła liczne ślady takich uderzeń.

Dziewczyna odetchnęła głęboko. Następny krok mógł zdecydować nie tylko o jej dalszej karierze, ale o całym jej życiu. Za szwendanie się po pokładach zamkniętych dla cywili groziła jej co najwyżej grzywna finansowa. W najgorszym wypadku wydalenie z szeregów ekspedycji. Za celowe wtargnięcie do obszaru objętego blokadą, nadgorliwy politruk mógł jej wklepać nawet wyrzucenie przez śluzę. Znajdywali się w strefie wojny, a ona, jako reporter wojenny podlegała tym samym regułom co zwykli żołnierze.  

Wahała się tylko przez chwilę. Cierpliwie wystukała na klawiaturze kod, jaki wykradła z komputera pierwszego oficera poprzedniej nocy, spędzonej w jego prywatnej kwaterze. Wspomnienie wywołało u niej mimowolny uśmiech, gdyż zastępca kapitana był młodym, diablo przystojnym i gdy przyszło do łóżkowych igraszek, bardzo pomysłowym człowiekiem.

Zanim zaakceptowała ciąg cyfr zmówiła w duchu modlitwę, by kod okazał się prawidłowy i nie uruchomił alarmu. Nie należała do przesadnie religijnych osób, więc swoją prośbę skierowała do wszystkich akceptowanych w Federacji bogów, począwszy od Buddy, przez Latającego Potwora Spaghetti, Boga-Imperatora, Odyna, Boginię Google, a kończąc na bezosobowej Mocy wyznawaj przez adeptów Jedi.

Urządzenie zapiszczało zachęcająco. W mechanizmie drzwi coś głośno szczęknęło. Petra musiała samodzielnie otworzyć ciężką śluzę, gdyż na okrętach Federacji zrezygnowano z pełnej automatyki. Armia szybko nauczyła się, że w warunkach bojowych nawet niegroźna awaria mogła zablokować ciągi komunikacyjne. Wystarczyło drobne przepięcie w kablach łączących komputer pokładowy z automatycznie otwieranymi drzwiami by odizolować witalne części statku. Ponieważ cała ekspedycja korzystała z rozlatujących się gratów, takie awarie zdarzały się nader często. W rezultacie zamiast pełnej automatyki zarządzanej przez centralny komputer, drzwi zamykały się na zwykłe pokrętło jak w starożytnych okrętach podwodnych.

– Do osiągnięcia strefy zrzutu pozostało…

Petra przeszła ostrożnie przez śluzę. Korytarz po drugiej stronie niczym nie różnił się od tego, który przed chwilą opuściła, za wyjątkiem ścian pomazanych strzałkami wskazującymi kierunek marszu. Wszystkie obawy, jakie dręczyły ją do tej pory zniknęły, gdy dostrzegła przed sobą szereg drzwi oznaczonych trzycyfrowymi kodami bezpieczeństwa. Najbliższe nosiły numer 404.

Serce dziennikarki zaczęło bić o wiele szybciej, niż jeszcze przed chwilą. Niemal podskoczyło jej do gardła całkowicie zatykając drogi oddechowe. Zamrugała energicznie oczami uruchamiając kamerę wbudowaną w sztuczne soczewki i połączoną z wszczepem centralnym. Obraz po zakodowaniu podlegał zapisowi na jej koncie w I-necie, ale nie był skierowany do automatycznej publikacji na prywatnym profilu. Wojskowi cenzorzy bez trudu zablokowaliby transfer przed jego udostępnieniem. Petra planowała nagrać cały materiał, później podzielić go na mniejsze fragmenty i dopiero na koniec przesłać do sieci z kilku niezależnych kont.

Gdyby nie zalogowała się na swój profil do końca dnia, program powinien samodzielnie rozesłać nagrany film do kilku jej znajomych oraz opublikować go w nieobrobionej wersji używając setki fałszywych loginów. Przynajmniej jeden z nich musiał prześlizgnąć się przez wojskową cenzurę. Takie rozwiązanie miało jej pomóc, gdyby jednak została aresztowana. Petra była bardzo zaradną osobą. Wszystko zaplanowała krok po korku. Przygotowała się na każdą ewentualność i niewiele mogło ją zaskoczyć.

Tak przynajmniej myślała.

404. Za tymi drzwiami kryła się najbardziej śmiercionośna broń Federacji. Broń ta posiadała dwie ręce, dwie nogi i głowę, ale wciąż była bronią. Kawaleria kosmiczno-desantowa. Genetycznie modyfikowane, nabuzowane bojowymi stymulantami maszyny do zabijania. Bestie w ludzkiej skórze pozbawione wyrzutów sumienia, niezdolne do odczuwania strachu czy współczucia. Bezwzględnie posłuszne rozkazom. Terminatorzy, jak nieoficjalnie na nich mówiono. Kosmiczna Husaria, jak mówiono na nich w pełni oficjalnie.

A Petra stała przed drzwiami do laboratorium, w którym transportowano jednego z nich. 404. Obiekt czterdziesty czwartej grupy bojowej. Czterysta-cztery. Czy jak mawiali niektórzy: „Czterdzieści i cztery”. Największy skurwiel, jakiego stworzono w ramach projektu Kosmicznej Husarii i jednocześnie najlepszy wojownik, jaki służył w armii Federacji. Wyrecytowanie z pamięci wszystkich zwycięstw osiągniętych z udziałem jego jednostki zajęłaby Petrze dobrych kilka minut.

Drzwi oznaczone numerem 404, ku jej wielkiemu zdziwieniu, nie posiadały żadnych dodatkowych zabezpieczeń. Wystarczyło je lekko pchnąć, by stanęły otworem.

Pierwsza niespodzianka czekała na Petrę tuż za progiem. Reporterka oczekiwała, że zobaczy zbiornik owodniowy, w którym na czas lotu umieszczano Husarzy, podłączonych zestawem rurek i kabli do aparatury podtrzymującej ich w stanie wegetatywnym aż do chwili wybudzenia. Spodziewała się tanków z dziwacznymi płynami, automatycznych kroplówek i iniektorów, komputerów medycznych, czy cyfrowego robo-docka. Miała nadzieję zobaczyć laboratorium dr Frankensteina stuningowane do poziomu Star Treka. Zamiast tego trafiła do zwyczajnej kajuty oficerskiej. Zwyczajnej aż do obrzydliwości. Najwięcej miejsca w całym pomieszczeniu zajmowała klasyczna, wojskowa prycza, której wyjątkowość dotyczyła co najwyżej rozmiarów. Była bowiem po prostu ogromna. Obok łóżka stała nocna szafka, a jeszcze dalej lodówka oznaczona wielkim znakiem ze śnieżynką.

 Petra znała materiały propagandowe dotyczące Husarzy niemal na pamięć. Część z nich pomagała przerobić na wersje bardziej strawne dla cywili przed wypuszczeniem ich do I-netu. Jej zdziwienie było tym większe im dłużej przebywała w kajucie. Nie dostrzegła ani zbiornika owodniowego, ani nawet zrobotyzowanego stanowiska bojowego, w którym pajęcze ramiona składały pancerz bojowy Husarzy bezpośrednio na ich ciałach. Zauważyła za to zwykłym metalowy stelaż, na który ktoś niedbale zawiesił tytanowo-aramidową zbroję, podczas gdy hełm leżał ciśnięty na łóżko, a buty pod łóżkiem.

– Kurwa jego mać! – dobiegło gdzieś zza ściany.

Dziewczyna stanęła jak wryta. Sprawdziła jeszcze raz, czy soczewki działają, a obraz jest przesyłany prosto na jej konto. Kajuta miała kształt litery L, zawijając się wokół drzwi do przeszklonej łazienki. Petra ruszyła niepewnie przed siebie, po czym wyjrzała zza winkla. Jeżeli myślała, że nic więcej nie zdoła jej zaskoczyć, mocno się myliła.

Za ścianą dostrzegła biurko oraz zawieszony pod sufitem monitor. Ekran nie posiadał zewnętrznych podłączeń do neuro-interfejsu, ani trójwymiarowego wyświetlacza. Był stary nawet jak na standardy wojska, które ubóstwiało archaiczną elektronikę, uznając ją za najmniej zawodną w warunkach bojowych. Równie przestarzała była treść wyświetlana na monitorze.

Petra zrozumiała na co patrzy dopiero po dłuższej chwili. Na ekranie przesuwały się kolorowe piksele gry komputerowej, która powstała ponad dwieście lat temu, a która stała się prawdziwym fenomenem w I-necie, po tym jak jeden z użytkowników wydobył ją z zapomnianego archiwum. Petra rozpoznała grę bez trudu, gdyż jej siostrzeńcy spędzali w niej mnóstwo czasu. Kiedyś nawet pobili się w trakcie rywalizacji, a ponieważ było ich łącznie siedmiu, batalia przybrała prawdziwie kolosalne rozmiary. Cóż, siostra Petry doczekała się prawdziwie licznego potomstwa, co było konsekwencją jej skłonności do płodzenia dzieci każdorazowo przy zmianie partnera.

Sama gra niewiele miała wspólnego z przemocą. Opierała się na zarządzaniu starodawnym gospodarstwem rolnym, obsłudze sprzętu, zbieraniu upraw, dostarczaniu produktów do skupu zbiorów. Złośliwi twierdzili, że rząd Federacji za pośrednictwem grających dzieci obsługiwał drony pracujące na polach agro-kolonii, ale Petra nie chciała wierzyć w te opowieści. Takie rozwiązanie byłoby zwyczajnie zbyt pomysłowe jak na idiotów z rządu.

Siedzący przy biurku człowiek wydawał się równie pochłonięty grą, co jej siostrzeńcy, lecz na tym kończyły się podobieństwa. Był bowiem większy niż cała siódemka razem wzięta.

Olbrzym obrócił się na krześle i spojrzał na Petrę, a jego profil oświetliła biało-złota łuna ekranu.

– Skurwiel – powiedział dudniącym, niskim głosem. – Oddałem kombajn do mechanika. Cały tydzień go trzymał w warsztacie i obiecał, że będzie działał bez zarzutu, a to dziadostwo znowu się zepsuło! Teraz nie mogę zebrać upraw i pszenica mi zgnije na polu. Co za pojebana gra!

Petra była tak zszokowana absurdem tego, co zobaczyła i co usłyszała, że dosłownie zaniemówiła. Kilkakrotnie otworzyła i zamknęła usta, lecz nie wypowiedziała nawet jednego słowa. Olbrzym przyglądał się jej postaci mrużąc oczy, jakby nie mógł rozpoznać twarzy stojącego tuż obok człowieka.

– Nie jesteś technikiem – stwierdził wreszcie. – Za dwie godziny będziemy mieli zrzut. Technik powinien przyjść i pomóc mi dopasować zbroję.

Myślałam, że robi to cały park maszynowy – wydukała dziennikarka, bełkocząc pierwsze, co przyszło jej do głowy. – Widziałam na pokazie…

Husarz podniósł się z krzesła. Mierzył prawie cztery metry wzrostu i był nieludzko umięśniony. Miał na sobie tylko ręcznik owinięty wokół pasa, więc Petra mogła podziwiać jego sylwetkę w całej okazałości. Gdy szedł każdy z jego rozrośniętych mięśni napinał się do granicy możliwości, jakby za chwilę miał rozsadzić skórę od środka.

– Propagandowe bzdury – prychnął gigant z wyraźną kpiną. – Po co marnować miejsce i prąd na parki maszynowe, kiedy pancerz można dopasować samemu? Technik jest potrzebny tylko po to, by sprawdzić, czy wszystko połączenia pracują jak należy. Niels założył kiedyś pancerz bez technika i w czasie lotu odpadł mu fragment ochraniający tyłek. Biedaczek tak się tym zestresował, że stracił kontrolę nad plecakiem odrzutowym. Walnął w jakiś budynek a później spadł i zarył gołą dupą o ziemię. Śmiechu było powiem ci, co niemiara.

Olbrzym zatrzymał na wprost dziennikarki swą nieludzką postać. Reporterka nie należała do osób wybitnie wysokich, przez wielu była uważana nawet za pociesznie niską. Jej siostra, której myśli krążyły głównie wokół tego, co mężczyźni mieli w gaciach, zażartowała kiedyś, że gdyby Petra miała zrobić fellatio Husarzowi to mogłaby to zrobić na stojąco.

Nie miała racji, co dziennikarka właśnie sobie uświadomiła. Nie mogłaby zrobić tego na stojąco. Potrzebowałaby krzesła.

– Skoro nie jesteś technikiem, to kim jesteś?

– Jestem Petra… Petra Savic. Jestem dziennikarką przedzieloną do czwartej floty ekspedycyjnej.

– A co robisz w mojej kajucie, Petro Savic, dziennikarko przedzielona do czwartej floty ekspedycyjnej?

– Chcę… – Reproterka odchrząknęła, gdyż głos jej drżał z szoku i przejęcia. – Chcę przeprowadzić z tobą wywiad. Jesteś Czterysta-cztery, prawda?

– Czemu od razu po nazwisku i w dodatku tak oficjalnie?

Husarz uśmiechnął się szeroko, a uśmiech ten zdawałby się całkiem sympatyczny, gdyby nie całokształt fizjonomii olbrzyma. Rysy jego twarzy wydawały się stanowczo zbyt męskie, niż wynikałoby to z ogólnie przyjętych standardów. Wielka szczęka, bulwiasty nos, policzki czarne od niedogolonego zarostu, brwi niemal zrośnięte w jedną kreskę, niskie czoło z obciętymi tuż przy skórze włosami. Aparycję giganta szpecił okropny trądzik. Wypryski pokrywały czoło, nos, skronie, policzki, brodę, szyję. Były niemal wszędzie, także na torsie, ramionach, a nawet w nieco mniejszej ilości na odsłoniętych udach.

– Chodzi o wywiad zlecony przez armię? – zapytał Czterysta-cztery z lekkim przekąsem. – Żaden z admirałów nie wyraziłby zgody na takie zabawy. Jeśli chodzi o Husarię, obywatele muszą ograniczyć się do oglądania propagandowych bzdur. Na przykład tych o parku maszynowym montującym nasze zbroje. Reszta jest utrzymywana w ścisłej tajemnicy, mam rację?

Petra wciąż była w lekkim szoku i nie mogła zebrać myśli. Stała jak skamieniała, przez co olbrzym musiał ją minąć podchodząc do łóżka. Widziała, jak odwraca się do niej plecami prezentując byczy kark o skórze pokrytej gęstym meszkiem włosów oraz kolejną konstelacją ropnych wyprysków

– Jesteś chory? – zapytała, za późno zdajać sobie sprawę, że nie powinna zadawać takich właśnie pytań. – Zostałeś czymś zarażony przez rebeliantów?

– Co, to? – Husarz zerknął na nią przez ramię, szybko domyślając się o czym mówi. – To uboczny efekt koktajlu sterydowego. Dostajemy co prawda mieszankę selektywnych modulatorów receptora androgenowego, ale to nie wystarcza. Bez klasycznych sterydów ani rusz! Stare, dobre anaboliki są potrzebne, bo utrzymują właściwą retencję wody i nie wysuszają stawów w trakcie ćwiczeń. Zapewniają też najlepsze przyrosty masy mieśniowej. Metanabol, boldenon, nandrolon, trenbolon, stanozolol, oksandrolon, oksymetolon… Pełny serwis. Efektów ubocznych jest od groma, w tym zwłaszcza trądzik. Lekarze mogą zahamować przerost prostaty i wyleczyć raka wątroby, ale z trądzikiem nie potrafią sobie poradzić. Śmieszne, nie? Na szczęście chodzimy zawsze w hełmach, więc nasze pryszczate ryje nie odstraszają panienek.

Olbrzym podszedł do lodówki przy łóżku, uchylił drzwiczki, po czym wyciągnął ze środka statyw pełen małych ampułek z przezroczystego szkła.

– Skoro już tu jesteś to nie będziemy czekać na technika – wycedził nonszalanckim tonem. – Pomożesz mi z zastrzykiem, dobra? To nic strasznego, na pewno dasz sobie radę. Najlepiej wbijać w duży mięsień, a że największy jest pośladkowy to samemu ciężko się wkuć. W dodatku mam za wielkie łapy do tych iniektorów.

Czterysta-cztery, jakby nigdy nic zrzucił ręcznik, który okrywał go w pasie. Savic nie była przygotowana na to, co zobaczyła. Ukryty pod materiałem fragment męskiej anatomii nie odbiegał rozmiarami od reszty przerośniętego ciała olbrzyma. Był nawet nieco większy niż wynikałoby to z naturalnych proporcji, co oznaczało, że Petrze wydawał się gigantyczny. Gargantuiczny nawet. Stała wpatrzona w dyndające przyrodzenie Husarza, jak zahipnotyzowana.

– Nie bój się, nie zrobi ci krzywdy – zarechotał rubasznie Czterysta-cztery. – Jest… niefunkcjonalny. Przynajmniej przez większość czasu. To efekt uboczny anabolików. Deka-dick, tak na niego mówimy. Od deka-durabolinu… to znaczy od nor-testosteronu, bo deka-durabolin to nazwa fabryczna. Powoduje całkowitą impotencję. Całkowitą. Człowiek często chciałby sobie ulżyć, bo libido szybuje po horyzont przy takiej ilości teścia we krwi, ale co z tego, jak mały nie ma zamiaru stanąć na baczność? A nawet, gdy podniesie się do pionu, to nie ma na tym świecie babeczki, która byłaby go w stanie… przyjąć, że tak powiem.

– Najwyraźniej nigdy nie spotkałeś mojej puszczalskiej siostry – mruknęła pod nosem Petra.

– Co? – zdziwił się Husarz. – Czyjej siostry?

– Znam pewną osobę, która podjęłaby się tej próby z wielkim entuzjazmem – odparła całkiem poważnie Savic. Uniosła oczy i wpatrzyła się w twarz mężczyzny. – Posłuchaj, mamy mało czasu, a chciałam, żebyś odpowiedział na kilka pytań. Na początek muszę przyznać, że inaczej sobie ciebie wyobrażałam.

– Masz na myśli tylko mojego fiuta, czy ogół wrażeń? – zaśmiał się olbrzym. – Jeśli chodzi o fiuta, to jego rozmiary są spowodowane koniecznością odblokowania osi przysadka-podwzgórze-gonady. Naukowcy musieli utrzymać w naszych ciałach produkcję własną testosteronu na odpowiednim poziomie, by nie dopuścić do atrofii jąder. Przy okazji fiut rośnie i rośnie i nie chce przestać rosnąć. Do tego rak prostaty gwarantowany. Ale od czego jest kofeina Ciechanovera i inne terapie przeciwnowotworowe?

– Fiuty, jakkolwiek ciekawe by nie były, to tylko jedna z wielu rzeczy – powiedziała już całkiem na serio Petra, odzyskując pewność siebie. – Myślałam, że przewożą was zahibernowanych w komorach owodniowych, a później szprycują koktajlami bojowymi, żeby przygotować do walki.

– Komory owodniowe są drogie, wadliwe i ogólnie przereklamowane. Lepiej przespać podróż we własnym łóżku. A koktajl bojowy zaraz mi zaaplikujesz.

– Będziesz po nim poczytalny? Nie roztrzaskasz mi głowy o ścianę w ataku wściekłości? Odpowiesz na moje pytania?

– Propaganda, ma'am Savic! Nie zapominajmy o propagandzie. Oczywiście, że będę poczytalny. Co najwyżej tętno mi skoczy i dość długo nie będę odczuwał zmęczenia. 

Husarz sięgnął po leżący na biurku przedmiot, który dopiero po chwili Petra zidentyfikowała jako okulary. Czterysta-cztery wcisnął je na nos i zaczął przeglądać etykiety na szklanych fiolkach.

– Wasz orli wzrok to też wytwór propagandy?

– Zaczynasz wreszcie łapać. – Olbrzym zerknął w jej stronę z pobłażliwym uśmiechem. – Od poprawy wzroku jest optyka hełmu. Potrzebujemy jej nawet bardziej niż zwykli żołnierze. Gałki oczne nie rosną tak szybko jak mięśnie. Nie nadążają ze wzrostem podczas, gdy reszta ciała osiąga niebotyczne rozmiary. Oczy pozostają mniejsze niż powinny w stosunku do głowy, stąd spore problemy z widzeniem, zwłaszcza na dystans. Do tego dochodzi astygmatyzm. Zaćma. Zwyrodnienie plamki żółtej. Pełny serwis, mówiłem przecież.

– Więc żaden z was nie widzi w ciemności, jak zwierzęta? To też propaganda?

– Oczy zwierząt są wyposażone w błonę odblaskową i dużą ilość pręcików, dzięki czemu widzą w nocy. Ale za to nie widzą kolorów i często widzą nieostro. Ludzkie oko nie byłoby w stanie widzieć dobrze w trzech wymiarach, widzieć ostro, rozróżniać kolory i jednocześnie dobrze widzieć w nocy. Nie da się mieć wszystkiego.

– Jesteś jak chodząca… – Petra zamyśliła się na moment. – Kiedyś mówili na to encyklopedia.

– Gdyby naukowcy zrobili z twoim ciałem to, co zrobili z moim też chciałabyś wiedzieć po co to wszystko i dlaczego to wszystko. Spodziewałaś się, że będę tępym osiłkiem, który potrafi tylko ślinić się i wyć z wściekłości? Albo, że jedyne, co ode mnie usłyszysz to patriotyczne slogany rodem z propagandówek?

– Tak… To znaczy nie… To znaczy, nie wiem, czego się spodziewałam. Ale na pewno nie… nie tego, że będziesz… taki… no…

Olbrzym stał nad nią zupełnie nagi i uśmiechał się serdecznie. To właśnie ten uśmiech, a nie dyndające jej przed twarzą przyrodzenie wprawiło Petrę w zakłopotanie. Zaczerwieniła się i opuściła głowę.

– Ale to dobrze… – burknęła pod nosem. – Dobrze, że można z tobą normalnie porozmawiać, bo chciałam ci cos pokazać. Muszę ci coś pokazać!

– Skoro tak kategorycznie stawiasz sprawę. – Gigant nie przestał się uśmiechać. – Ale najpierw poproszę o zastrzyk.

Wcisnął jej w dłoń jedną z fiolek, pozostałe cztery postawił na biurku. Następnie podał jej sterylnie zapakowany iniektor.

– To łatwiejsze niż myślisz – wyjaśnił. – Przystawiasz końcówką do korka, samo pobiera odpowiednią dawkę. Później przystawiasz do ciała i naciskasz ten czerwony przycisk. I tak wszystkie cztery.

Olbrzym oparł się ręką o biurko i wypiął nagi tyłek w stronę dziennikarki. Jego skórę także poniżej pleców pokrywała znaczna ilość zmian trądzikowych, na równi z włosami, które ciągnęły się w górę aż na zarośnięte ramiona.

– Gdzie mam…

– Po prostu wbij w pośladek. Ważne, żeby poszło w mięsień.

Petra świadoma absurdalności całej sytuacji sprawdziła mruganiem, czy kamery w soczewkach działają prawidłowo. Zapis własnoręcznego podania koktajlu bojowego członkowi Kosmicznej Husarii cieszyłoby się wysoką oglądalnością. Przy pierwszej fiolce wyraźnie drżały jej dłonie, lecz kolejne poszły już całkiem sprawnie. Czterysta-cztery rozmasowywał tyłek podskakując to na jednej, to na drugiej nodze.

– To ostatnie dziadostwo nie jest rozpuszczone w wodzie, tylko w oleju. Piecze jak diabli.

Savic parsknęła śmiechem na widok kicającego, nagiego olbrzyma. Po chwili naszła ją refleksja, że czas ucieka i nie zostało go wiele, a miała jeszcze jedną rzecz do zrobienia. Podeszła do ekranu komputera, położyła na nim dłoń pozwalając, by interfejs urządzenia połączył się z jej wszczepem centralnym. Na monitorze pojawił się ekran logowania, który odczytał dane zawarte w materiale biologicznym dziennikarki. Petra przeskoczyła przez menu opcji. Przewijała kolejne okna i foldery, żeby dostać się zaszyfrowanego pliku ukrytego głęboko w płytce danych jej wszczepu. Plik z pozoru nie prezentował się szczególnie interesująco, a jego treść nie była ani szokująca, ani zaskakująca, ani nawet super tajna. Tajne było jedynie uwierzytelnienie zapisane w kodzie oraz dołączony do niego komentarz. Wszystko to razem stanowiło rozwiązanie ściśle chronionej tajemnicy. Dotarcie do tych danych było największym osiągnięciem w całej karierze Petry.

Na ekranie komputera pojawił się film nagrany przez drona, o czym świadczyła doskonała jakość ujęć, stabilna praca kamery, brak przycięć i swobodne przejścia do tryby trójwymiarowego. Na pierwszym planie widać było nieduży ogród położony w sąsiedztwie piaszczystej plaży. W czasie przewijania kolejnych kadrów kamera zjechała niżej, skupiając się na biegających po podwórzu dzieciach. Smarkacze, łącznie trójka w wieku około siedmiu lat, ganiała pomiędzy owocowymi drzewkami, taplała się w płytkiej wodzie, zakopywała w piasku. Towarzyszył im szczekliwy, włochaty pies oraz dwójka dorosłych, którzy od czasu do czasu zerkali na dzieci, zajęci pracą w ogrodzie.

– To nie dzieje się na Ziemi – powiedział Czterysta-cztery, obserwując obraz ponad szkłami okularów.

– Skąd wiesz? – zapytała zaciekawiona jego opinią Petra.

– Psy zostały zakwalifikowane jako zwierzęta domowe klasy D już siedemdziesiąt lat temu – odparł machinalnie olbrzym. – Produkują gazy cieplarniane, ale nie nadają się do spożycia, więc nie mają wartości gospodarczej. Z racji tego mogą być hodowane tylko rasy użytkowe, jak psy policyjne i wojskowe i tylko przez firmy z licencją. Nikt nie trzyma na Ziemi psa tylko po to by dzieciaki miały się z kim bawić. To zabronione.

Savic popatrzyła na Husarza zdziwiona jego spostrzegawczością. Kiwnęła twierdząco głową.

– Masz rację. Ten materiał nie został nagrany na Ziemi, lecz na jednej z kolonii. Nie mam pewności na której, ale to chwilowa bez znaczenia. Wiesz, co przedstawia ten film?

– To podchwytliwe pytanie? – Czterysta-cztery odwrócił się od monitora. Podszedł do łóżka, gdzie zaczął wciągać na siebie obcisły, czarny kombinezon poznaczony pajęczynką przewodów i gniazd, jakby był przenośną tablicą z bezpiecznikami. – Jeśli powiem, że widzę dzieci bawiące się z psem to nie zdam jakiegoś testu? W takim razie widzę dwa tęczowe homary lecące na Księżyc statkiem zrobionym z gigantycznej bagietki.

– Masz rację, co do bawiących się dzieci – przyznała Petra, zachowując powagę. – Domyślasz się, kim są te dzieci? 

Olbrzym zapiął na sobie kombinezon, co poszło mu zaskakująco sprawnie. Dopasował rękawy i nogawice. Usiadł na łóżku i zaczął wciągać na nogi pancerne buty.

– Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że któreś z nich jest moje? Mówiłem ci przecież, że z takim fiutem nie podejdę do żadnej panienki.

– Te dzieci to Aarre, Marika i John Mäkinen. Dorośli to ich rodzice. Natasha i Matti Mäkinen. Przyjrzyj się chłopcu, który biega za psem. To John. Ten film nagrano szesnaście lat temu. Teraz John nosi zupełnie inne imię. W zasadzie to nie imię a kod. – Petra przesunęła w powietrzu dłonią aktywując zbliżenie na twarz olbrzyma. Spojrzała mu głęboko w oczy. – Ten chłopiec to ty. Nazywasz się John Mäkinen. Na filmie jest twoje rodzeństwo i rodzice. Wojsko cię okłamało, John. Nie jesteś sierotą. Twojej rodziny nie zabili rebelianci i nie masz powodu, by się na nich mścić. To nasza armia zabrała cię z domu, gdy miałeś zaledwie kilka lat. Zrobili to dlatego, że wykryto u ciebie zestaw genów, który pozwalał na przeprowadzenie terapii w ramach projektu Kosmicznej Husarii. 

Olbrzym zamarł w bezruchu, z butem wciśniętym do połowy na stopę. Wpatrywał się w ekran monitora pustym wzrokiem. Petra miała problem z odczytaniem emocji na jego przerośniętej gębie małpoluda, ale w tej właśnie chwili była pewna, że w umyśle Husarza coś wyraźnie drgnęło. Coś wypartego lata temu. Ukrytego za zatrzaśniętymi na głucho drzwiami.

– Miałeś kochających rodziców i dwójkę rodzeństwa – kontynuowała. – Co się z nimi stało? Nie wiem. Przypuszczam, że szukali cię przez lata. Możliwe, że wojsko postanowiło ich uciszyć. Nie byłby to pierwszy raz, gdy armia sprawia, że ludzie znikają. Gdyby nie Federacja i prowadzona przez nią wojna miałbyś normalne dzieciństwo i normalne życie. Nie byłbyś tym, kim… Czym jesteś. Tym, czym cię zrobili.

Czterysta-cztery wpatrywał się w ekran nieruchomy niczym kamień. Wydawało jej się, że przestał mrugać powiekami. Petra słyszała tylko jego głośny, świszczący oddech. Serce dziennikarki ponownie weszło na większe obroty. Adrenalina hulała po jej żyłach niczym dzieci na diabelskim młynie. Oto nagrywała najważniejszy materiał w całej swojej karierze. Jako pierwsza osoba spoza wąskiego kręgu armii rozmawiała twarzą w twarz z jednym z Husarzy. W dodatku pokazała mu dowody na tajny program badawczy, którego szczegóły ukrywano przed społeczeństwem. Upublicznienie tych informacji, twardych, rzetelnych faktów, podlane ostrym sosem wyciśniętym z nagrania z Czterysta-cztery mogło doprowadzić do prawdziwej rewolucji na najwyższych szczeblach władzy, a z Petry uczynić najbardziej rozpoznawalną twarz w I-necie.

Jej rozważania przerwało trzaśnięcie drzwi oraz głośne kroki dochodzące zza ściany. Po chwili w kajucie pojawił się mężczyzna w ciemnoszarym kombinezonie technika-medyka.

– Sorry za spóźnienie, ale porucznik zatrzymał nas na odprawie, bo ktoś zaiwanił butelkę wódki z jego sztufady – powiedział. – Zaraz zrobimy ci zastrzyk prosto w…

Naukowiec zaniemówił na widok stojącej obok Husarza dziennikarki.

– Co tu się dzieje? Kim ty jesteś? – zapytał, choć ewidentnie nie oczekiwał odpowiedzi. Błyskawicznie machnął dłonią w powietrzu zmieniając coś na ustawieniach cyfrowego połączenia rozszerzonej rzeczywistości. – Poruczniku! Mamy intruza w czterysta-cztery. Potrzebuję zespół i to ASAP!

Petra nie miała złudzeń, że zdoła sprytem, siłą, czy zwykłym oszustwem wyłgać się z tej sytuacji. W swoich planach uwzględniła możliwość, że zostanie aresztowana. Pozostało jej tylko mieć nadzieję, że wszystkie zabezpieczenia zadziałają i opcja awaryjnej publikacji przebiegnie bez problemów. Także w sytuacji, gdy ona będzie gnić w wojskowym więzieniu. Mogła się tylko modlić, by koledzy dziennikarze oraz opinia publiczna upomnieli się o nią, zanim umrze ze starości w zapomnianej kolonii karnej.

Czasu na działanie nie miała zbyt wiele, gdyż dosłownie po minucie do pokoju wpadło trzech żandarmów. Wszyscy nosili mundury z cyfrowym kamuflażem marynarki kosmicznej, choć paleta niebieskich, czarnych i granatowych pikseli wydawała się irracjonalna z punktu widzenia żeglugi międzyplanetarnej. Równie dobrze żołnierze mogli biegać po okręcie w klasycznym leśnym maskowaniu, piaskowym coyote-moro albo nawet kraciastych piżamach we wzorki z dinozaurami.

Jakkolwiek idiotycznie ubrani, żandarmi byli profesjonalistami pełną gębą. Nie trudzili się zadawaniem zbędnych pytań. W stronę Petry od razu wycelowano lufy paralizatorów. Dowódca patrolu sprawnym chwytem powalił ją na ziemię, wykręcił ręce za plecy i skuł nadgarstki magnetycznymi kajdankami. Żołnierze podnieśli ją za łokcie i wynieśli z kajuty. Nawet raz nie dotknęła stopami podłogi. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyła nim znalazła się na korytarzu była olbrzymia postać Johna Mäkinena wpatrzonego w ekran komputera, który wyświetlał zapętlone obrazy z młodości olbrzyma.

Savic nie próbowała stawiać oporu. Nie wołała o pomoc, ani nie odgrażała się, że żołnierze łamią jej obywatelskie wolności. Z szeregowymi żołdakami takie dyskusje nie miały sensu. Musiała zaczekać, aż stanie przed oficerem. Zdarzyło się to zaskakująco szybko, gdyż zaprowadzono ją na mostek kapitański. Trafiła oczywiście najgorzej jak mogła, bo prosto przed oblicze dowódcy pionu politycznego całej floty ekspedycyjnej, majora Boldizsára Juhásza. Wszyscy uznawali Juhásza za pozbawionego skrupułów karierowicza, który wdrapał się na szczyt po trupach tak wrogów, jak i własnych kolegów. Miał opinię służbisty, mizogina i, oczywiście, skończonego dupka. Zamknięcie znanej dziennikarki za działalność szpiegowską, a Petra nie łudziła się, że właśnie takie zarzuty zostaną je przedstawione, mogło wywindować go jeszcze wyżej. Na szczęście w sali obecny był także pułkownik McCormack, dowódca piechoty zmechanizowanej, która właśnie szykowała się do zrzutu na planetę, a także doktor Emma Knutsson, odpowiedzialna za naukową część projektu Kosmicznej Husarii. Ta dwójka mogła nieco przyhamować Boldizsára i przynajmniej chwilowo ocalić Petrę przed ekspresowym wywaleniem przez śluzę do kosmicznej próżni.

Oficerowie floty, łącznie z dowódcą okrętu kontradmirałem von Krusenstejnem, byli pochłonięci procesem zejścia okrętu na orbitę. Nikt nie zwrócił uwagi na pojawienie się Petry w obstawie żandarmów. Nikt poza komandorem Makowskim, który na jej widok mimowolnie wyszczerzył gębę w szerokim uśmiechu. Dopiero po chwili dotarło do niego, że jej obecność na mostku w kajdankach, po tym jak spędzili wspólnie noc, może oznaczać dla niego jedynie kłopoty. Pierwszy oficer błyskawicznie wrócił do swoich obowiązków i więcej nie spojrzał w jej stronę. Tylko Juhász, McCormack i Knutsson pozostali zainteresowani osobą Petry. Pułkownik musiał dzielić uwagę pomiędzy więźnia i przenośny czytnik, za pomocą którego wykrzykiwał rozkazy do swoich podkomendnych. Natomiast Knutsson surfowała po rozszerzonej rzeczywistości, co dało się poznać po niespokojnych ruchach rąk na wysokości twarzy.

Boldizsár zrobił krok w stronę Petry. Jego rozmyty wzrok świadczył o tym, że nie patrzy na dziewczynę, lecz na cyfrowe dane wyświetlane przez wszczep siatkówkowy. 

– Petra Savic. Przepustka dziennikarza frontowego klasy pierwszej – przeczytał mrugając intensywnie oczami. – Dostęp do załogi okrętu Jesień Średniowiecza, dostęp do żołnierzy Czwartego Pułku Piechoty Zmechanizowanej, dostęp do pola bitwy, dostęp do cywili po zakończeniu działań zbrojnych…

Major odwrócił twarz w stronę Petry i zerknął na nią przytomniej, choć ani trochę serdeczniej.

– Nieźle – powiedział z podziwem. – Niektórzy pani koledzy czekają latami na uzyskanie przepustki pierwszej klasy. Dali by się pociąć choćby za to, by porozmawiać z cywilami po zakończeniu interwencji.

– Pacyfikacji – poprawiła go Savic hardym tonem. – Dla niepoznaki możecie to nazwać nawet piknikiem na skraju drogi, ale nie zmieni to faktu, że tam na dole nie będzie „interwencji”. Będzie pacyfikacja zbuntowanej kolonii…

– Pacyfikacja-sracja – parsknął Juhász, ale bez wyraźnej złości. – Będziesz mi tu odstawiać teatrzyk zatytułowany „dziennikarka-pacyfistka piętnuje zbrodnicze działania wojskowego reżimu”? Daruj sobie. Pracujesz dla tego reżimu tak samo jak ja i wszyscy na tym statku. I jak wszyscy w Federacji, łącznie z mityczną istotą zwaną “opinią publiczną” masz gdzieś, co stanie się z kolonistami tam na dole. Przepchniesz w swoich materiałach kilka łzawych historii dotyczących skrzywdzonych cywilów. Dzięki temu zagłuszysz własne sumienie, a jednocześnie zyskasz poklask i uznanie. Ludzie na Ziemi zapłaczą nad losem wojennych sierot, popsioczą na armię przez kilka dni, może zorganizują jakąś akcję charytatywną, może nawet protest… A później do twojego filmu ktoś wstawi skoczną muzykę, albo w miejsce martwych dzieci powkleja zdjęcia kotów i wszyscy będą śmiać się przez kolejnych kilka dni… Aż wreszcie ludzie zapomną i wrócą do swoich zajęć. Bez żadnej refleksji będą korzystać z życia, ignorując fakt, że cały ich dobrobyt, wszystkie sprzęty, gadżety, elektronikę, samochody, promy kosmiczne, komputery, wszczepy… Wszystko to produkuje się ze złóż, które w koloniach wydobywają dziesięcioletnie dzieci za przysłowiową miskę genetycznie modyfikowanego ryżu.

– Wow! – westchnęła Petra z teatralnym uniesieniem. – Nauczyłeś się tej przemowy na pamięć? Długo układałeś ją sobie w głowie?

– To nie jest moje pierwsze rodeo z przemądrzałymi dziennikarzami – przyznał Boldizsár. – Za to pierwsze z idiotką, która próbowała włamać się do kwater Husarzy, żeby… No właśnie, żeby co? Chciałaś nagrać jak ich wybudzają? A może przeprowadzić z nimi wywiad?

– Zrobiłam dokładnie to, co planowałam!

– Moje gratulacje. Tylko co z tego? I tak nie puścisz żadnego materiału do sieci. Bez mojej osobistej autoryzacji z tego statku nie wyjdzie nawet jeden kilobajt danych.

– Jesteś tego taki pewien?

– Jestem. – Juhászowi nawet powieka nie drgnęła. – Tobie się zdaje, że I-net kontroluje prywatna firma? Jakiś prezes, udziałowcy, rady nadzorcze? To rząd trzyma łapę na całym tym bagnie. W I-necie nic nie dzieje się bez wiedzy i zgody komisarzy. W tym konkretnym przypadku bez wiedzy i zgody armii. A jeszcze konkretniej, bez mojej wiedzy i zgody.

– Jest coś jeszcze. – W ich rozmowę wtrąciła się doktor Knutsson. Podłączona do rozszerzonej rzeczywistości wciąż przesuwała dłońmi w powietrzu, obsługując widziane tylko przez nią łącza cyfrowe. – Komputer w kajucie Czterysta-cztery otrzymał transmisję z zewnętrznego źródła. Ona przesłała jakieś dane na jego komputer!

– Co dokładnie? – zapytał major.

– Plik multimedialny – powiedziała Emma, a następnie przesunęła dłonią w stronę politruka.

Petra nie miała pewności, ale sądząc po skupieniu wymalowanym na twarzach obojga, uznała, że oglądają film, który zaprezentowała wcześniej Johnowi. Już po kilku sekundach z oblicza Boldizsára zniknęły wszelkie ślady gniewu zastąpione przez oznaki zdziwienia.  

– Co to jest? – rzucił w przestrzeń, zanim spojrzał na dziennikarkę. – Ty Savic, dobrze się czujesz? Po kiego chuja mu to pokazałaś? Chciałaś go przekonać, że wojna jest zła i zamiast walczyć z rebeliantami powinien zająć się ogrodnictwem? Planowałaś zrobić z niego pacyfistę? Pogięło cię do reszty?

– Ja wiem, co jest – westchnęła z przejęciem Knutsson. – Ten plik pochodzi z archiwów programu Kosmicznej Husarii. Dotyczy przeszłości obiektu Czterysta-cztery. To ściśle tajne informacje! Jak pani uzyskała do nich dostęp?!

– Ściśle tajne? – zdziwił się major, a po chwili jego usta rozciągnęły się w chytrym uśmiechu. – Ho, ho nieźle, Savic! Widzę, że do listy twoich przewinień możemy dorzucić kradzież tajnych informacji. Żeby to wszystko wyjaśnić będzie potrzebne długie i wnikliwe śledztwo. Bardzo długie i bardzo wnikliwe. Myślałem, że ta wyprawa okaże się nudna, ale twoje wyskoki dostarczą mi pracy na …

Juhász urwał w pół zdania. Jego uwagę przykuło coś, co stało się za plecami Petry. Twarz politruka wykrzywiła się karykaturalnie w wyrazie zdziwienia zmieszanego z przerażeniem. Zupełnie jakby zobaczył wielką i żarłoczną czarną dziurę, która zmaterializowała się nagle na środku mostka. Savic zerknęła przez ramię. Zamiast Osobliwości, na pokładzie dowodzenia pojawiło się coś o znacznie mniejszych rozmiarach, ale prezentujące sobą niewiele mniejsze zagrożenie.

Husarz w pełnym kombinezonie bojowym, wkroczył na mostek roztrącając stojących przy wejściu żołnierzy. Jeden z nich okazał się na tyle głupi, żeby stanąć mu na drodze, więc oberwał pięścią w bok głowy. Niezbyt silnie, ale to wystarczyło, by marynarzem cisnęło na konsolę komputera z takim impetem, jakby staranował go czołg. Na ten widok koledzy uderzonego zareagowali w bardzo odmienny sposób. Dwaj żandarmi cofnęli się błyskawicznie pod ścianę, dosłownie przyklejając się do niej plecami. Pozostali sięgnęli po broń. Wojskowe szkolenie okazało się silniejsze od instynktu samozachowawczego, czy choćby zdrowego rozsądku. Nawet nieuzbrojony Husarz stanowił siłę, której nie mogli powstrzymać swoimi elektrycznymi pukawkami. Kolce od paralizatorów wbiły się w pancerne płyty zbroi, lecz wiązki wyładowań spłynęły niegroźnie po blachach w stronę podłogi.

Czterysta-cztery nie zwolnił kroku. Pierwszego z żandarmów zdzielił otwartą dłonią w pierś, bardziej pchnięciem niż uderzeniem. Kolejnego chwycił za rękę, szarpnął. Sądząc po makabrycznym wrzasku szarpniętego jego ramie gwałtownie przemieściło się z dala od stawu, w którym do tej pory tkwiło. Trzeci uniósł pojednawczo ręce do góry, ale i tak oberwał pięścią w żołądek. W efekcie tego uderzenia padł na kolana, po czym zwymiotował do wnętrza hełmu.

Załoga mostka przerwała wykonywane przez siebie czynności, jakby wszyscy zapomnieli, że pilotowany przez nich statek dokonuje właśnie bardzo precyzyjnego i równie niebezpiecznego manewru na orbicie planetarnej. Marynarze wpatrywali się w potyczkę szeroko otwartymi oczami. Kontradmirał von Krusenstejn podniósł się powoli z fotela kapitańskiego. Komandor Makowski wprost przeciwnie, opadł bezradnie na swoje krzesło. Pułkownik McCormack dosłownie skamieniał, opuściwszy ręce wzdłuż ciała. Major Juhász, jako jedyny sięgnął po broń. Czterysta-cztery znalazł się przy nim w dwóch krokach. Politruk nie zdążył wyciągnąć pistoletu. Dostał w twarz otwarta dłonią i runął na podłogę. Uderzeniu towarzyszyło miękkie plaśnięcie jakie zazwyczaj ma miejsce przy przekraczaniu bariery dźwięku.

John spojrzał na Petrę.

– Film, który mi pokazałaś, jest prawdziwy? – zadudnił z wnętrza hełmu. – To naprawdę była moja rodzina?

Savic bardzo ekspresyjnie i bez zastanowienia pokiwała głową. W duchu skierowała modlitwy do wszystkich bóstw i bożków, aby nagrany przed chwilą materiał bez przeszkód trafił na jej tajne konto. Husarz walczący na pięści z żandarmerią to było coś!

Widząc pewność w twarzy dziennikarki, olbrzym podszedł do przerażonej doktor Knutsson. Emma choć przewyższała Petrę o głowę to w porównaniu z gigantycznym Husarzem wydawała się niemal karłem. Czterysta-cztery chwycił medyczkę za kołnierz ubrania, po czym uniósł ją w stronę swojej twarzy, by móc spojrzeć kobiecie prosto w oczy.

– Miałem rodzinę – wycharczał ze złością. – Zabraliście mi ją! Oszukaliście mnie! Zrobiliście ze mnie potwora!

Na mostku zapanowała bezdenna cisza. Nawet pikanie komputerów pokładowych wydawało się dziwnie nieśmiałe i trudne do wychwycenia. W tej ciszy rozległ się cichy śmiech Johna. Zabrzmiał naprawdę złowieszczo, choć więcej w nim było radości niż gniewu. Po chwili czterysta-cztery zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał, a już najmniej Petra. Odwrócił powoli głowę w stronę dziennikarki i wolną ręką ściągnął z głowy hełm. Na jego pryszczatej twarzy zagościł przebiegły, cwaniacki uśmiech.

– Iiiii cięcie – powiedział. – Nagrałaś wszystko?

Savic była tak zszokowana jego pytaniem, że tym razem nie zdobyła się na skinięcie głową.

– Mam nadzieję, że nagrałaś, bo inaczej będziemy musieli powtórzyć całą scenę, a chłopaki chyba nie byliby zachwyceni. – Olbrzym spojrzał na poobijanych żandarmów, którzy niemrawo podnosili się z podłogi.

– Pojebało cię, John?! – warknął Juhász, gramoląc się na nogi z pomocą McCormacka. Policzek majora dosłownie puchł w oczach i już miał barwę przejrzałej wiśni. – Coś ci się przepaliło w tej pustej mózgownicy?

Czterysta-cztery postawił ostrożnie Emmę na podłodze. Wygładził swoimi wielkimi paluchami jej ubranie.

– Przepraszam pani doktor, chciałem, żeby wszystko wyglądało autentycznie. Nie zrobiłem pani krzywdy?

– Nie… w porządku – wycharczała Knutsson, rozmasowując szyję. – Ale co się właściwie stało…

– Petra, to znaczy pani Savic pokazała mi pewien ściśle tajny film – powiedział olbrzym, wywracając oczami przy słowie „tajny”. – Ten o mojej rodzinie.

– Wiem. – Eamma kaszlnęła kilka razy. – Widzieliśmy go przed chwilą.

– Aha, czyli wszystko jasne – ucieszył się Husarz. – Bo widzicie, wpadłem na taki pomysł. Słuchajcie: Petra puści do sieci cały materiał, jaki ze mną nagrała. Łącznie z tą akcją sprzed chwili…

– Tobie naprawdę coś pękło pod kopułą – warknął Juhász, sięgając pod broń. – Każe cię aresztować za atak na oficera….

– Ty Boldi, weź się zamknij i posłuchaj mnie przez chwilę – zbeształ go bezceremonialnie Czterysta-cztery. – Wydasz zgodę, na puszczenie wywiadu do sieci. Dzięki temu wszyscy na Ziemi zobaczą bardziej ludzką stronę Husarzy. Zobaczą, że jesteśmy do nich bardzo podobni. Że też mieliśmy rodziny, też mamy uczucia…Tym podobne bzdury. Wywinduje to poparcie dla programu pod niebiosa! Przy okazji uciszymy tych kretynów w komisji do spraw armii, którzy gardłują, żeby wycofać Husarzy z wojny, bo jesteśmy bezdusznymi robotami mordującymi dzieci bez mrugnięcia okiem.

– A to przedstawienie? – zapytała Knutsson, wciąż lekko zachrypłym głosem. – Po co to wszystko?

– Żeby dodać wiarygodności materiałom Petry. – Olbrzym niemal klasnął w dłonie. – Opinia publiczna zobaczy, że Husarze potrafią postawić się dowódcom, gdy uznają ich działania za złe, czy moralnie naganne. Później nagram z Petrą materiał, w którym wyjaśnię, że dalej będę walczył po stronie Federacji, bo zrozumiałem, że nasza wojna jest słuszna… I że podziwiam poświęcenie, na jakie zdecydowali się moi rodzice, gdy dobrowolnie oddali mnie do programu. Dorzuci się do tego jakiś ckliwy wywiad z moimi staruszkami. Może nawet zaangażujemy spotkanie przed kamerami z moim przygłupim bratem? To byłoby fantastyczne! Ludzie płakaliby ze wzruszenia!

Juhász ostatecznie schował pistolet. Patrzył to na McCormacka, to na Knutsson, to na dziennikarkę. Przez cały czas intensywnie masował obolały policzek.

– Brzmi dość sensownie – powiedziała wreszcie Emma, przerywając ciszę. – Ocalimy program i zamkniemy usta krytykom. Kto wie, może nawet dostaniemy dodatkowe finansowanie?

– Jesteś pewna? – Boldizsár wyraźnie nie był przekonany. Zerknął spod byka na olbrzyma. – Nagle wziąłeś się za knucie intryg? Taki jesteś przebiwegły i inteligentny? Miałeś strzelać do ludzi, których ci wskażemy, przygłupie. Nic ponadto.

– Jeśli armia zamknie program to wywalą mnie i chłopaków przez śluzę. – John skrzyżował potężne ramiona na równie potężnej piersi okrytej dodatkowo ciężkim pancerzem. – To chyba logiczne, że wolałbym tego uniknąć, nie? Mój plan jest genialny w swojej prostocie! Pomoże nam wszystkim, zobaczycie!

– Jeśli mielibyśmy zrealizować twój tak zwany „plan”, muszę dostać pełną kontrolę nad wszystkimi materiałami, zanim trafią do sieci – stwierdził stanowczo politruk.

– To zrozumiałe – przytaknął Czterysta-cztery. – Ale całość nagrywa i upublicznia Petra. Będzie bardziej wiarygodnie niż te wasze propagandowe papki dla bezmózgów.

– Ona to powinna trafić do od razu pierdla! – syknął Boldizsár. – Razem ze wszystkimi, którzy pomogli jej położyć łapy na ściśle tajnych materiałach, a później umożliwili jej włamanie do zamkniętej sekcji statku. 

– To mój jedyny warunek – postawił się Husarz. – Petra nagrywa i puszcza wszystko do sieci.

Politruk milczał dość długo, masując obolały policzek. W tym czasie żandarmi wytaszczyli rannych z mostka, a oficerowie floty wrócili do swoich obowiązków.

– Przemyślę to, dobra? – warknął wreszcie Juhász. – Tyle mogę ci obiecać.

– Świetnie! – Czterysta-cztery wyciągnął rękę, żeby poklepać majora po ramieniu, ale ten cofnął się z przestrachem, jakby bał się, że znowu oberwie. – To ja zabieram Petrę do mojej kajuty. Mamy jeszcze godzinę do zrzutu, to zaplanujemy, co trzeba nagrać.

– Nie wyraziłem jeszcze zgody! – warknął major.

– Jestem pewien, że podejmiesz właściwą decyzję – rzucił na odchodnym olbrzym słyszalnie kpiącym tonem. – Wierzę w twoją bezbrzeżna mądrość, Boldi. Chyba nie chcesz, żeby się okazało, że dałem ci w pysk zupełnie na darmo, co?

John wyprowadził Petrę z mostka śledzony czujnymi spojrzeniami załogi. Nikt nie odważył się ich zatrzymać. Już na korytarzu rozpiął magnetyczne kajdanki na rękach dziewczyny.

– Pasuje ci taki układ? – zagadnął.

– Chwileczkę! Najpierw wyjaśnij… Informacje o twojej przeszłości, o rodzinie… Nie ruszyło cię to w ogóle?

– Żeby mnie to ruszyło, musiałbym o tym nie wiedzieć. – Olbrzym podreptał dalej ciasnym korytarzem. Musiał iść bardzo wolno, by dziennikarka zdołała za nim nadążyć. – Sama zdążyłaś się przekonać, że plotki, które o nas krążą, a nawet oficjalne wojskowe komunikaty, to w większości bzdura. Nie przeszedłem żadnego prania mózgu. To taki sam propagandowy bełkot, jak to z komorami owodniowymi. Po to, żebyśmy rebeliantom wydawali się straszniejsi, a opinii publicznej w pełni ulegli dowódcom i rozkazom. Pamiętam całe moje dzieciństwo. Ten film został nagrany jak miałem osiem lat. Do projektu trafiłem dwa lata później. Z własnej woli. I za zgodą rodziców, rzecz jasna.

– Z własnej woli?! – zdziwiła się Petra.

– Miałem dziesięć lat – powtórzył łagodnie John. – Jak według ciebie zachowa się dziesięciolatek, któremu ktoś zaproponuje, że zostanie obrońcą ludzkości? Prawdziwym bohaterem, który będzie walczyć z kosmitami? Zgodziłem się, bo każdy by się zgodził na moim miejscu. Każdy dziesięciolatek chciałby zostać bohaterem. Co ja gada? Każdy facet w każdym wieku chciałby zostać bohaterem. A rodzice? Gdy wojsko zaoferowało wsparcie finansowe i stypendialne dla mojego rodzeństwa, nie wahali się długo. Oboje mieli zdrowo nasrane we łbach w kwestii patriotyzmu, więc i bez łapówki pewnie by mnie oddali do projektu.

– I nie żałujesz tego, co armia z tobą zrobiła?

– A dlaczego miałbym żałować? – parsknął rozbawiony Husarz. – Gdybym został, pewnie skończyłbym jak moje przygłupie rodzeństwo. Mój skretyniały brat zajmuje jakieś gówniane stanowisko w gównianej międzyplanetarnej korporacji. Moja siostra razem ze swoim mężem-idiotą ciągnie chyba czwarty biznes, bo wszystkie poprzednie zbankrutowały. Ledwo wiążą koniec z końcem i toną w długach. Myślisz, że gdybym miał takie życie, jak oni, byłbym szczęśliwy? Czułbym się spełniony? Moje życie jest naprawdę fajne! Spuszczam łomot złym skurwielom i świetnie się przy tym bawię, nawet bez bojowych wspomagaczy. Wiem, że nie dożyję setki i przez sterydy zdechnę na zawał serca, albo na zbyt późno wykrytego mięsaka, ale jeśli doktor Knutssen dostanie zastrzyk pieniędzy na badania, to może przeskoczy ten problem? Zobaczymy. Poza tym… Przyznam ci się do czegoś, ale tego akurat nikomu nie powtarzaj. Z chłopakami z oddziału marzymy o tym, że któregoś dnia ludzkość natknie się na jakiś wrednych kosmitów i będziemy mogli złoić gnojom skórę. Wtedy naprawdę zostalibyśmy bohaterami, którzy walczą z kosmitami!

Petra truchtała za Husarzem trawiąc w milczeniu jego słowa. Zamyśliła się tak głęboko, że zapomniała o monitorowaniu nagrania. Nawet nie sprawdziła, czy rozróba na mostku została poprawnie zapisana do pliku na jej cyfrowym koncie.

– Powinnaś się cieszyć – powiedział wreszcie John. – Pomijając odrobinę propagandowego bełkotu, który będziesz musiała przepchnąć w swoich materiałach, pokażesz ludziom całą prawdę o projekcie Kosmicznej Husarii. Zostaniesz najważniej i najbardziej cenioną dziennikarką w całej Federacji!

Savic nie mogła się nie zgodzić się ze słowami olbrzyma. Przed oczami stanęła jej wizja filmu, jaki przygotuje. Wydarzenia z dzisiejszego dnia. Rozmowy z Czterysta-cztery, wywiady z jego rodziną. Może też z innymi Husarzami? Poczuła podniecenie, od którego zaczęły drżeć jej ręce.

– Nie wiem jak ci się odwdzięczyć… – wyszeptała.

– Ale ja wiem. – Olbrzym zatrzymał się miejscu. Najpierw rozejrzał się dookoła, jakby chciał się upewnić, że nikt ich nie podsłuchuje, a potem nachylił się w stronę dziennikarki. Jego twarz małpoluda przyjęła śmiertelnie poważny wyraz. – W zamian ty… Umówisz mnie ze swoją siostrą… Z tą, o której wspomniałaś w mojej kajucie. No wiesz, skoro twierdzisz, że ona dałaby radę… No wiesz… zmieścić mojego… Sama rozumiesz… Chyba warto spróbować, nie?

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Dwanaście odwiedzin, żadnego komentarza. Ciekawe…

Chyba domyślam, się, dlaczego. tekst otagowany jako SF, i to się w połowie zgadza, bo mamy loty kosmiczne, kolonie i tak dalej – ale w drugiej połowie sprawy stoją na głowie. 

Ostrzegam, że nie będę wysilał się na podawanie tytułów i autorów mimo powołania na klasykę. Tę klasyczną tak bardzo, że idącą pomału w zapomnienie. No to jedziemy… Wojsko jak wojsko, albo trzeba je idealizować, albo trzeba się po nim “przejechać” (co uczyniła, słusznie zresztą, Autorka) – z jednym wyjątkiem. Im starsze, im prostsze rozwiązanie techniczne, tym mniejsza jego awaryjność, i to się wojakom udało dostrzec. Husarze Kosmosu (ależ to się wprost kojarzy…) odmitologizowani, za co kolejne punkty dodatnie lecą, bo faktycznie, pokażcie mi chłopaka (nie licząc kompletnego ciemięgi) który nie chce zostać bohaterem. Marzenie się spełnia, rodzeństwo zazdrości, rodzice otrzymują jakieś liczące się nagrody za zgodę, i mamy elitarnych wojowników. Oni też zostają zdemitologizowani, więc następne plus-punkty…

Jednym z tych punktów będzie to, że nie przyczepię się do zauważonych usterek językowych. Trafiły się, niestety… jednakże istotnej przeszkody w lekturze nie stanowiły, więc postanowiłem jak na wstępie akapitu.

Pozdrawiam.

To było ciekawe doświadczenie. Podczas czytania niejednokrotnie się uśmiechnęłam. :)

Pozdrawiam!

"W sumie nie jest źle, nie boli nic"

Spodziewałem się kolejnego nijakiego opowiadania o żołnierzach z kosmosu, a dostałem bardzo interesującą historię. Na pewno w wielu miejscach jest zaskakująco. Niegłupi bohaterowie, których postępowanie wydaje się logiczne. Do tego zamiast naparzanki próba dekospiracji machiny wojennej, która to próba wjeżdża na niespodziewane tory. I całkiem ciekawe skrawki opisujące przyszłość Ziemi.

Chyba wiem, jak załatwić Ci więcej czytelników :)

Jestem wdzięczna, że ktoś przeczytał i ciesze się, że przypadło Wam do gustu. Wychodzi na to, że mój mąż był bardziej krytyczny smiley, ale on nie lubi, gdy “naśmiewam się” z jego malowanych figurek.

Hej,

 

w sumie dość zabawna i zgrabnie napisana historia.

 

Nie wiem, czy nie za dużo aluzji seksualnych, opisów członka itp., ale ogólnie podobało mi się, było dosyć ciekawie i ten twist na koniec nawet zaskoczył, nie powiem.

 

Tekst jednak jest naszpikowany technicznymi potknięciami, które baaardzo mi przeszkadzały w czytaniu. Jeśli chcesz rozwijać się w s-f, przydałoby się zgłębić nieco techniki, albo zaangażować konsultanta/kę.

Może te wszystkie mankamenty można by obronić prostymi zmianami – jakimś ołowianym poszyciem kadłuba, które nie przepuszcza sygnału kamer, albo napędem atomowym, który wymusza brak siłowników przy śluzach. Do przemyślenia.

 

Takim właśnie nieludzko bezosobowym i mechanicznie skrzekliwym głosem mogłaby przemawiać kserokopiarka, bądź stary odkurzacz, gdyby któreś z nich zapragnęło podzielić się ze światem swoimi przemyśleniami.

Wg mnie napisane z perspektywy czasów dzisiejszych. Czy w przyszłości ludzie nadal używają kserokopiarki i odkurzacza? Nawet ksero jest nieznane współczesnej młodzieży, która operuje w większości na pdf’ach i plikach online.

 

W bardzo, ale to bardzo szerokim gronie wadliwych komponentów zamontowanych na statkach do żeglugi planetarnej, jedno z czołowych miejsc zajmował system monitoringu. Wnikliwe dziennikarskie śledztwo pozwoliło Petrze dotrzeć do informacji, że monitoring na okrętach wojskowych w zasadzie nie istniał. Kamery wisiały niemal na każdym korytarzu i w każdym pomieszczeniu, nie wyłączając łazienek, lecz większość z nich stanowiła jedynie atrapy niepołączone w funkcjonalną całość.

System nadzoru pozwalający na śledzenie poczynań załogi w czasie rzeczywistym był zbyt kosztowny, zarówno w kwestii wykonania instalacji, jak i jej późniejszego utrzymania.

Jeżeli kamery to atrapy a systemu nie zamontowanu, nie są to “wadliwe komponenty”, tylko świadome działanie. Atrapa działa jako atrapa, udaje kamerę i w tym sensie jest w pełni funkcjonalnym produktem.

Najcenniejszy, obok przestrzeni, element składowy okrętów bojowych stanowiła bowiem energia. Upchnięcie dodatkowych kabli w przeładowanych ciągach energetycznych stanowiło nie lada wyzwanie z uwagi na bardzo ograniczoną przestrzeń. W dodatku  moce obliczeniowe potrzebne do utrzymania rozbudowanego systemu monitoringu zużywałyby za dużo prądu. A na okrętach bojowych każda megawatogodzina, nawet każda watosekunda energii mogła decydować o życiu lub śmierci całej załogi.

Istnieją bezprzewodowe systemy monitoringu, nic mi również nie wiadomo, żeby do rejestrowania obrazu żużywane były moce obliczeniowe. Kamera rejestruje obraz, ewentualnie również dźwięk – moc obliczeniowe może być używana do analizowania nagranych materiałów i tutaj faktycznie jakaś ilość energii byłaby potrzebna.

Monitoring z użyciem przewodów może być zastosowany ze względów bezpieczeństwa – np. zakłócanie sygnału rejestratora, ale to należałoby wyjaśnić.

Kamera rejestruje obraz, ewentualnie również dźwięk – moc obliczeniowe może być używana do analizowania nagranych materiałów i tutaj faktycznie jakaś ilość energii byłaby potrzebna. To co mi przychodzi jeszcze do głowy to zapis danych – nagrywanie, zwłaszcza w wysokiej jakości wymagałoby jakiegoś “miejsca” zapisu, pewnie wirtualną chmurę raczej niż fizyczne dyski – tale o może być istotny problem.

Tak czy inaczej – przydałoby się poczytać trochę, choćby w internecie, o monitoringu przed zastosowaniem takich rozwiązań w fabule.

 

Zaokrętowanie dodatkowego personelu tylko w celu obsługi monitoringu niosło ze sobą koszty w postaci przestrzeni oraz energii.

 

Obsługa monitoringu może być scentralizowana – w jednej bazie, nie na każdym statku z osobna. Można też mieć jakiś “statek komunikacyjny” obsługujący całą flotę.

 

Alternatywne rozwiązanie, które uwzględniało przekazanie nadzoru w ręce sieci komputerowej okazało się niewypałem. Sztuczna inteligencja obsługująca okręty wojenne nie dawało sobie rady z analizą danych z systemu monitoringu, choć wzorowo wywiązywała się z tego zdania w ziemskich mega-metropoliach. Wykorzystywane na Ziemi algorytmy, które samodzielnie rozpoznawały niebezpieczne przedmioty, czy agresywne postawy, były bezużyteczne w warunkach bojowych. Głównie dlatego, że każdy z pasażerów floty wojennej Federacji, począwszy od kuchcików, na admirałach kończąc, chodził uzbrojony po zęby, był nabuzowany testosteronem i aż kipiał od chęci, by dać komuś po pysku. W rezultacie AI oznaczało każdego członka załogi jako osobę potencjalnie niebezpieczną.

 

Definicja sieci komputerowej (klik). To nie to samo co AI.

Pytanie, które mi się nasuwa – jaki cel ma monitoring na statku wojennym? Bo wg mnie inny niż na Ziemi – nie chcodzi o namierzenie “niebezpiecznych osobników” czy “broni”, tylko o takie kwestie jak szpiegostwo, nieautoryzowany dostęp do elementów infrastruktury. A z tym AI powinno sobie w prosty sposób poradzić.

 

Mając w pamięci wszystkie te informacje, Petra mijała kolejne kamery, zupełnie bez strachu. Wiedziała, że nikt nie obserwuje jej poczynań, a wizyta na pokładzie C powinna pozostać niewykryta jeszcze przez długi czas.

Czyli tak jak pisałem wyżej – w monitoringu chodzi przede wszystkim o prostą analizę, czy ktoś dostał się do danej przestrzeni czy nie.

Inna sprawa, że pokłady powinny być zabezpieczone drzwiami z kartami dostępu i z nich można by z dziecinną łatwością odczytać, kto je wizytował.

 

Korytarz zamykała śluza oznaczona numerem C-03. Obok drzwi znajdowała się klawiatura numeryczna. Petra nie dostrzegła ani detektora odcisków dłoni, ani sondy siatkówkowej, ani czytnika DNA, ani nawet cyfrowego wyświetlacza wyposażonego w rozszerzoną rzeczywistość. Jedynie przestarzałą, analogową klawiaturę z wielkimi, sześciennymi przyciskami. Dotykowe ekrany, czytniki DNA, oraz inne delikatne urządzenia nie sprawdzały się w warunkach bojowych. Wykazywały tendencję do regularnego psucia się, gdy korzystali z nich ciężko opancerzeni żołnierze. Rozochoceni wizją walki i nabuzowani sterydami mołojcy, mieli bardzo ograniczone pokłady cierpliwości względem elektronicznych gadżetów. W przypadku błędnego wpisania kodu lubili przyłożyć w cyfrowe ustrojstwo pięścią w nadziei na usunięcie awarii oprogramowania.

 

Ponownie – karta dostępu, prosta metalowa, może być nawet wbudowana w pancerz. Nie widzę przeciwskazań.

Skanowanie placa czy siatkówki również nie powinno być problematyczne w warunkach bojowych – używamy tego już dziś w smartfonach.

Dodatkowo – czipy z zakodowanymi poziomami dostępów, powinny być również dosyć proste w implementacji.

 

Cierpliwie wystukała na klawiaturze kod, jaki wykradła z komputera pierwszego oficera poprzedniej nocy, spędzonej w jego prywatnej kwaterze. Wspomnienie wywołało u niej mimowolny uśmiech, gdyż zastępca kapitana był młodym, diablo przystojnym i gdy przyszło do łóżkowych igraszek, bardzo pomysłowym człowiekiem.

Zanim zaakceptowała ciąg cyfr zmówiła w duchu modlitwę, by kod okazał się prawidłowy i nie uruchomił alarmu.

Dostęp powinien wymagać nie tylko hasła, ale również użytkownika. Żeby można było zalogować kto i kiedy się tam dostał.

 

W mechanizmie drzwi coś głośno szczęknęło. Petra musiała samodzielnie otworzyć ciężką śluzę, gdyż na okrętach Federacji zrezygnowano z pełnej automatyki. Armia szybko nauczyła się, że w warunkach bojowych nawet niegroźna awaria mogła zablokować ciągi komunikacyjne.

Trochę już mnie męczy to powoływanie się na warunki bojowe. Można to bardzo łatwo odwrócić – w warunkach bojowych drzwi bez siłowników, przygniecione kawałkiem rozerwanego po bombardowaniu poszycia statku, mogą być nie do otwarcia.

 

 

Wszystkie obawy, jakie dręczyły ją do tej pory zniknęły, gdy dostrzegła przed sobą szereg drzwi oznaczonych trzycyfrowymi kodami bezpieczeństwa. Najbliższe nosiły numer 404.

Pewnie warto byłoby wiedzieć co oznacza kod 404 (klik).

 

Zamrugała energicznie oczami uruchamiając kamerę wbudowaną w sztuczne soczewki i połączoną z wszczepem centralnym. Obraz po zakodowaniu podlegał zapisowi na jej koncie w I-necie, ale nie był skierowany do automatycznej publikacji na prywatnym profilu. Wojskowi cenzorzy bez trudu zablokowaliby transfer przed jego udostępnieniem. Petra planowała nagrać cały materiał, później podzielić go na mniejsze fragmenty i dopiero na koniec przesłać do sieci z kilku niezależnych kont.

Kamery na korytarzach to atrapy, bo ze względów technicznych nie da się ich zamontować. Ale kamery w “sztucznych soczewkach” są okej? :)

 

Podeszła do ekranu komputera, położyła na nim dłoń pozwalając, by interfejs urządzenia połączył się z jej wszczepem centralnym. Na monitorze pojawił się ekran logowania, który odczytał dane zawarte w materiale biologicznym dziennikarki.

Czyli mają jednka wszczepy? To dlaczego nie korzystają z nich przy przejściach do super tajnego kompleksu?

 

Błyskawicznie machnął dłonią w powietrzu zmieniając coś na ustawieniach cyfrowego połączenia rozszerzonej rzeczywistości. – Poruczniku! Mamy intruza w czterysta-cztery. Potrzebuję zespół i to ASAP!

Kamery to atrapy, ale AR działa… :(

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w pisaniu!

Che mi sento di morir

Na wszystkie te, skądinąd słuszne, zarzuty odpowiem opisując historię mojego samochodu z ostatniego miesiąca. Samochód nie jest najnowszy, ma bowiem dziesięć lat, ale jak dla mnie jest “naszpikowany” elektroniką. Po włożeniu kluczyka pojawił się komunikat “sprawdź system antykradzieżowy” i koniec. Nie da się odpalić silnika. Akumulator “nie kręci", choć jest w pełni sprawny. Po licznych analizach dokonanych przez kilku mechaników i wykluczeniu całej masy rzeczy, począwszy od “płytki w kluczyku” przez każdy z czujników antywłamaniowych diagnoza brzmiała, że to moduł BCM (body control module), który kosztuje spore pieniądze, to raz, a dwa… nie można go dostać, ponieważ należy on do części zamiennych, których opel praktycznie nie produkuje. Nie można go też naprawić, ani przeprogramować, bo wówczas komputer w samochodzie nie będzie działał. Reasumując – samochód jest w pełni sprawny, ale z uwagi na awarię modułu całkowicie niezwiązanego z samą jazdą nie mogę go używać.

A w moim starym oplu z 96 roku wystarczyło przekręcić kluczyk i samochód jechał. Był może mniej bezpieczny, bo nie miał całej masy wspomagaczy, ABSów, kontroli trakcji etc. Ale nie miał też wielu potencjalnie awaryjnych elementów, których przydatność jest znikoma.

Więc tak, technologia jest zawodna. Im jej więcej i bardziej skomplikowana jest tym jest bardziej zawodna. Ponieważ jak do tej pory w naszej historii nie prowadziliśmy działań wojennych w przestrzeni kosmicznej nie za bardzo mamy porównanie jaka technologia by się w takich warunkach sprawdzała i jakie zaplecze logistyczne byłoby potrzebne do prowadzenia takich działań oraz naprawiania ewentualnych usterek w ich trakcie.

Na kilka zarzutów postaram się pokrótce odpowiedzieć:

Wg mnie napisane z perspektywy czasów dzisiejszych. Czy w przyszłości ludzie nadal używają kserokopiarki i odkurzacza? Nawet ksero jest nieznane współczesnej młodzieży, która operuje w większości na pdf’ach i plikach online.

Porównanie, jak porównanie, ale oczywiście, że napisane z perspektywy czasów dzisiejszych, bo skierowane do dzisiejszego czytelnika. Czy gdybym napisała z perspektywy “przyszłości” i porównała do pozytronowo-monomolekualrnego przekaźnika cząstek beta, czy innego zmyślonego ustrojstwa, byłoby to bardziej czytelne?

Istnieją bezprzewodowe systemy monitoringu, nic mi również nie wiadomo, żeby do rejestrowania obrazu żużywane były moce obliczeniowe. Kamera rejestruje obraz, ewentualnie również dźwięk – moc obliczeniowe może być używana do analizowania nagranych materiałów i tutaj faktycznie jakaś ilość energii byłaby potrzebna.

Słusznie. Może użyłam niefortunnych i niedokładnych sformułowań, żeby uniknąć ciągłego powtarzania słowa “energia” i żeby tekst był bardziej urozmaicony. Ale nawet bezprzewodowe systemy monitoringu potrzebują jakiejś formy zasilania. Takie zasilanie też może ulec awarii, może się wyczerpać, trzeba wówczas magazynować elementy zapasowe i zapasowe źródła energii. Nawet zwykłe baterie. A jeśli nie byłyby zasilane z baterii potrzebne byłyby kable. Takie kable muszą gdzieś leżeć w ścianach. Kable w dużych wiązkach pracujące non stop mogą się przegrzewać, mogą się spalić. Mogą przy okazji doprowadzić do przegrzania kabli zasilających inne elementy. Kable też kosztują. Podobnie jak kamery działające bezprzewodowo. Taniej przyczepić do sufitu plastikową atrapę.

Punkt wyjścia, który chyba zaznaczyłam, był taki, że kosmiczny statek bojowy to nie maszyna, w której “odpalasz nadświetlną” i leeeeeecisz sobie, gdzie chcesz. Ma ograniczenia, ma wady. Energia i przestrzeń są w nim bardzo cenne. Jeśli to możliwe ograniczamy je tam, gdzie się da. W dodatku to ludzie decydują, jakie systemy/elementy/części składowe idą do kosza. Tacy ludzie też mogą popełniać błędy w swoich decyzjach. A ludzie służący w wojsku, nie bez powodu mają opinię “zabetonowanych” w swoich poglądach. I dlatego ktoś uznał, że wstawienie “komputera do gier” naszemu super-żołnierzowi jest lepszym spożytkowaniem miejsca i energii niż rozbudowany system monitoringu. Tyle.

Obsługa monitoringu może być scentralizowana – w jednej bazie, nie na każdym statku z osobna. Można też mieć jakiś “statek komunikacyjny” obsługujący całą flotę.

Cały statek, żeby obsługiwał monitoring? A co jeśli wróg będzie dysponował środkami zagłuszania, albo przynajmniej utrudniania komunikacji – która w przestrzeni kosmicznej w ogóle może być niełatwa z uwagi na całą masę czynników – wiatry słoneczne chociażby. Nie bijcie, podobnie jak nie jestem specjalistką od monitoringu, tak samo nie jestem specjalistką od astrofizyki.

Ponownie – karta dostępu, prosta metalowa, może być nawet wbudowana w pancerz. Nie widzę przeciwskazań.

Skanowanie placa czy siatkówki również nie powinno być problematyczne w warunkach bojowych – używamy tego już dziś w smartfonach.

Dodatkowo – czipy z zakodowanymi poziomami dostępów, powinny być również dosyć proste w implementacji.

Tak, bo ludzie nie mają problemów odblokowaniem telefonu palcem z powodu małej rysy gdzieś na czytniku. No i czytniki twarzy też nie popełniają błędu rozpoznając czyjąś twarz, jako twarz właściciela. A poza tym, wystarczyłoby wydłubać zabitemu żołnierzowi oko, albo odciąć palec, żeby się gdzieś dostać. Podobno kradli tak super drogie samochody odpalane właśnie na odcisk palca. Ogólnie, wszystkie takie super skomplikowane czujniki da się jakoś oszukać – patrzeć system HackKEY do otwierania samochodów z PKE. Bez łamania haseł, bez konieczności fizycznego dostępu do kluczyka, bez łamania kluczy kryptograficznych, które zamontowano w kluczyku. Metoda prosta, łatwa w obsłudze i kosztująca tyle co nic. Czemu nie zastosować jej do “czipy z zakodowanymi poziomami dostępów, powinny być również dosyć proste w implementacji”? Można. W takiej sytuacji czipy są bezużyteczne.

Reasumując – takie były założenia, nie łamią praw fizyki, ani specjalnie nie odbiegają od zasad logiki. Nie wydaje mi się, żebym w krótkim opowiadaniu musiała wyczerpać cały opis świata przedstawionego i poruszać najbardziej szczegółowe elementy zastosowanej technologii. Tym bardziej, że nie każdy zwróci na to uwagę. Zaraz przyjdzie specjalista od biologii i zacznie mi zarzucać, że anaboliki jednak nie byłyby potrzebne dla takich super-żołnierzy, bo już dzisiaj funkcjonują selektywne aktywatory receptora androgenowego niebędące anablikami, jak enobosarm. Ale powtórzę, takie były założenia.

 

Pewnie warto byłoby wiedzieć co oznacza kod 404 (klik).

Wiem, co oznacza kod 404. To jest żart. Tak samo jak to, że ma numer “czterdzieści i cztery”. Dwa żarty w jednym, czy też dwa nawiązania w jednym.

Bardzo mi się podoba ta historia z body control module. Myślę, że taka zajawka na początku + jakiś generał antytechnologiczny w tle i większość moich wątpliwości mogłaby zostać rozwiana.

 

Nie jestem specjalistą od monitoringu czy techniki, bardziej mądralą, który trochę czyta s-f – i właśnie z punktu widzenia takiego mądrali trudno mi było przebrnąć przez te wszystkie techniczne uproszczenia. Bo mi się wydaje, że powinno być inaczej. Mi. Ale Tobie jako autorce nie powinno się wydawać. Moim zdaniem, powinnaś zrobić, choćby niewielki, research, żeby mieć pojęcie, o czym piszesz. Zwłaszcza, że dostęp do super-żołnierza jest kluczową dla fabuły sprawą, a cała historia osadzona jest dość mocno w technologii.

 

Jest kilka stron, którymi można by się podeprzeć, np.

 

Kamery w starych sondach kosmicznych

 

Blog fanów ISS (Międzynarodowej Stacji Kosmicznej

 

IMHO, s-f nie polega na wymyślaniu, albo przynajmniej nie w 100% na tym ;) Przynajmniej wg mnie, choć jest tutaj sporo fanek/ów s-f więc być może mnie poprawią.

 

Co do:

Wg mnie napisane z perspektywy czasów dzisiejszych. Czy w przyszłości ludzie nadal używają kserokopiarki i odkurzacza? Nawet ksero jest nieznane współczesnej młodzieży, która operuje w większości na pdf’ach i plikach online.

Porównanie, jak porównanie, ale oczywiście, że napisane z perspektywy czasów dzisiejszych, bo skierowane do dzisiejszego czytelnika. Czy gdybym napisała z perspektywy “przyszłości” i porównała do pozytronowo-monomolekualrnego przekaźnika cząstek beta, czy innego zmyślonego ustrojstwa, byłoby to bardziej czytelne?

Ciekawe podejście prezentujesz. Jakby nie było pośredniej drogi, np.

“Takim właśnie nieludzko bezosobowym i mechanicznie skrzekliwym głosem mógłby przemawiać nienaoliwiony ołowiany właz od rdzenia atomowego w maszynowni, bądź autonomiczny odkurzacz, gdyby któreś z nich zapragnęło podzielić się ze światem swoimi przemyśleniami.”

W tej wersji starałem się połaczyć stare z nowym. To tylko szybki przykład, więc nie dyskutujmy, co to za atomowy rdzeń ;) W przykładzie zastosowałem jeszcze jeden zabieg, który bardzo lubię: pierwsze porównanie jest bardziej rozbudowane (nienaoliwiony ołowiany właz od rdzenia atomowego w maszynowni) a drugie krótkie (autonomiczny odkurzacz).

 

Pisałem wyżej, że jestem mądralą, prawda? Lubię się wymądrzać ¯\_(ツ)_/¯

 

Nie obrażaj się proszę, bo nie robię tego złośliwie, mam nadzieję, że w jakimś stopniu moje uwagi będą przydatne. Zapraszam również do komentowania moich tekstów, po to tu jesteśmy, żeby wspierać się w szlifowaniu warsztatu ;)

 

Pozdrawiam!

 

Che mi sento di morir

Zbyteczne systemy musiały zostać zredukwoane do minimum. ← czeski błąd

dla cywili ← lepiej chyba cywilów, bo forma cywili jest uznana za środowiskową

krok po korku ← czeski błąd

wersje bardziej strawne dla cywili ← j.w.

Takie drobiazgi na dowód, że przeczytałem. :)

Podobało mi się, bo mogłem się uśmiechnąć i nie raz, nie dwa przytaknąć. Finał zaskoczył, to dobrze.

Nie były dla mnie istotne sprawy techniczne, ważne, że się bawiłem i zazdroszczę, Autorko, Twojemu mężowi, że piszesz dla niego takie teksty, bo chyba to nie jest jedyny.

 

Podobało mi się.

Sprawnie napisane (choć było prę potknięć do poprawienia), ciekawi bohaterowie. Chętnie przeczytałabym powieść osadzoną w tym świecie.

W każdym razie opowiadanie mnie zainteresowało.

Cześć, PaniAgo!

 

Zostałem sprowadzony przez nominację Zygfryda.

Na pewno tekst czyta się lekko, język może nie jest wyszukany, ale przystępny i ułatwiający lekturę.

Natomiast odnoszę wrażenie, że światotwórczo, czy może bardziej „statkotwórczo” nie wszystko masz przemyślane. Przykładowo, zaznaczałaś, że przestrzeń na statku jest mega istotna – dlaczego więc pomiędzy pokojami Husarzy a mostkiem jest korytarz, przez który może przejść 4-metrowa góra mięśni? Po co Husarz na mostku? On ma za zadanie walczyć, dostać się do barki desantowej, czy czym oni tam się ewakuują na pole walki i tyle. A jeśli jednak wszędzie są takie korytarze, to dla maleńkiej Petry powinny się jawić jak korytarze w Wersalu.

Dlaczego dowódca zajmuje się szpiegiem w momencie, gdy wszyscy na statku zajęci są przygotowaniem do desantu? Przedstawiasz, jakby działo się teraz wiele rzeczy, dowódca wydaje co chwilę rozkazy i nagle wali wielkimi infodumpami dla czytelnika. W takiej sytuacji powinien ją zamknąć w celi (albo jakiejś kajucie) pod strażą z informacją, że zajmie się nią później. Przecież żadne dane nie mogą opuścić statki bez jego zgody, więc nie ma presji czasu.

Rozmowa Petry z Husarzem wyszła bardzo infodumpowa. Sporo informacji podanych przez olbrzyma w zasadzie bez zawahania. Jakaś motywacja wypłynęła później, ale ta postać mnie nie przekonuje. Może i taki jest, ale… uważam, że taki jest, bo taki Ci był potrzebny.

Dostaliśmy spory info-dump na temat monitoringu na statku. Myślę że dało się to opisać w dwóch.

No i czy to nie jest tak, że o ile Petra nie jest w stanie przesłać danych, to wciąż może nagrywać? Więc Husarz i Szefo statku muszą zdawać sobie sprawę, że nagrała więcej niż by chcieli (sam fakt, że bójka na mostku była inscenizacją) i z pewnością zachowa te dane, których może użyć w przyszłości nawet do szantażu. Beztrosko do tego podchodzą.

Natomiast bardzo podobał mi się twist na końcu. Jest niespodziewany, ale fajnie wpisuje się w tekst. Ładnie przy tym łamie konwencję i zamiast kosmicznej nawalanki dostajemy zmyślną kosmiczną intrygę.

 

Pozdrówka

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć

 

Opowiadanie czytało mi się płynnie, choć bez zachwytu.

Stworzyłaś ciekawą bohaterkę i ta część jest dla mnie OK.

Natomiast w opowiadaniach SF najbardziej cenię SF;) Tak jak w fantasy lubię nowe, zaskakujące światy, to w SF chcę poczuć technologię, dotyk zimnego metalu, nowoczesność i tu będzie poważny zarzut, bo Twój okręt to taka makieta wykonana na technikę przez szóstoklasistę;P

Między innymi dlatego nie odważyłam się nigdy podejść do SF, bo czułam, że technologicznie tego nie udźwignę. Moim zdaniem technologicznie wyszło słabo.

Natomiast ujmuje mnie poczucie humoru i przymrużenie oka.

Piórkowo będę na nie, ale chętnie coś jeszcze przeczytam.

 

Lożanka bezprenumeratowa

Imię bohaterki nasunęło mi skojarzenia z serią o Enderze. Później to się pogłębiało – dzieci szkolone w Kosmosie na superżołnierzy… Ale zdecydowanie nie jest to grzeczny Card, który lubi pisać o dzieciach odwalających robotę dorosłych.

Fabuła w porządku – były twisty, należycie zaskoczyły.

Bohaterowie też mi się podobają. Protagonistka nieco ambiwalentna – z jednej strony dobra dziennikarka, wszystko dla reportażu, z drugiej nie jest przeciwko konformistycznej współpracy z władzą… Superhiperwojownik okazuje się czymś więcej niż mięśniakiem (i nie tylko chodzi o wypowiedzi, jakby miał doktorat z chemii), a to zawsze miłe.

Trochę dziwne, że ludzie na mostku w środku ważnej operacji (na tyle ważnej, że komputer przypomina co kwadrans) rzucają wszystko w cholerę i wszyscy zajmują się jedną dziennikarką. Mnie też się wydaje, że rozsądniejsza byłaby improwizowana cela i “pogadamy później”.

Ogólnie mi się podobało.

Jestem na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Dobry wieczór! Ślimak Zagłady nadpełza z mrocznym poślizgiem…

Przybywając w związku z nominacją piórkową, zwrócę najpierw uwagę na jakość redakcyjną, mianowicie na przykładzie pierwszego akapitu.

– Osiągnięcie strefy zrzuty

Strefy zrzutu.

nastąpi za… Trzy godziny… Czterdzieści pięć minut…

Po wielokropku używa się małej litery dla kontynuacji urwanej myśli, wielkiej dla rozpoczęcia nowego zdania. O ile nad pierwszym można by jeszcze jakoś się spierać, o tyle “trzy godziny… czterdzieści pięć minut” na pewno nie stanowią dwóch odrębnych zdań.

Wygenerowane przez system, automatyczne ostrzeżenie

Jeżeli wygenerowane przez system, to oczywiście automatyczne.

na wszystkich pokładach „Jesieni Średniowiecza

Nazwę okrętu można wyróżnić kursywą lub cudzysłowem (choć właściwie nie jest to zalecane, wielka litera wystarczy), ale na pewno nie obydwoma naraz.

kserokopiarka, bądź stary odkurzacz

Gdy nie zachodzą dodatkowe okoliczności, przed spójnikiem rozłącznym nie stawia się przecinka.

z irytującą regularnością dokładnie co kwadrans.

Jeżeli z irytującą regularnością, to już wiemy, że dokładnie.

zakrawające wręcz o panikę.

Zakrawać można wyłącznie na coś.

 

Dalej, niestety, jakość nie poprawia się znacząco. Moim zdaniem, Piórka jako teksty stanowiące wizytówkę Portalu powinny cechować się redakcją jeżeli nie znakomitą, to przynajmniej bardzo dobrą, bliską nadającej się do druku. Nie jestem teraz w stanie podjąć się doprowadzenia do takiego poziomu opowiadania na 55 000 znaków, w którym właściwie każde zdanie trzeba bardzo uważnie sprawdzić. Głosowałbym więc przeciw nawet tylko ze względu na samą warstwę językową. Nie znaczy to oczywiście, abym krytykował sam fakt zgłoszenia do Piórka, nominujący mógł zwracać uwagę na inne, ważniejsze jego zdaniem aspekty.

Fabuła wydała mi się względnie przewidywalna – dość łatwo odgadnąłem, że tekst będzie mówił o manipulatorskiej potędze systemu przekraczającej możliwości jednostki oraz że 404 w jakiś sposób pomoże reporterce, ale głównie ze względu na zainteresowanie jej siostrą. Przy tym połączenie tych wątków wydało mi się nie najszczęśliwsze, ponieważ totalitarny organizm państwowy zdolny do skutecznego kontrolowania przestrzeni informacyjnej musiałby zaplanować tak delikatną operację propagandową na najwyższych szczeblach, nie mogłaby być spontanicznym pomysłem młodszego oficera służb specjalnych.

Tak przy okazji, czy siostrunia Petry nie jest przypadkiem inspirowana postacią Lucy Mancini z Ojca chrzestnego?

Za kilka ściśle tajnych informacji zapłaciła najstarszą walutą, jaką znała ludzkość. Zwyczajnie poszła do łóżka z mężczyznami u władzy. Jedną z takich przygód wspominała z uśmiechem na twarzy, pozostałe wręcz przeciwnie.

Po co walić po oczach informacją, którą każdy przytomny czytelnik i tak przyswoi, a bez tego zdania będzie wyrażona bardziej elegancko?

Do cennych uwag, poczynionych przez przedmówców w kwestii konstrukcji świata przedstawionego, dorzucę jeszcze dwie:

Husarz podniósł się z krzesła. Mierzył prawie cztery metry wzrostu i był nieludzko umięśniony.

Tak mi się zawsze wydawało, że był zbyt wysoki. (Przypisywane Piłsudskiemu, gdy jeden z jego podkomendnych zginął podczas walki od strzału w głowę). Na współczesnym polu bitwy rozmiar ciała nie zapewnia znaczącej przewagi, a tylko zwiększa powierzchnię do trafienia. W tekście chyba nie są wspomniane żadne zmiany w taktyce, które mogłyby na to istotnie wpłynąć.

– Psy zostały zakwalifikowane jako zwierzęta domowe klasy D już siedemdziesiąt lat temu – odparł machinalnie olbrzym. – Produkują gazy cieplarniane, ale nie nadają się do spożycia, więc nie mają wartości gospodarczej. Z racji tego mogą być hodowane tylko rasy użytkowe, jak psy policyjne i wojskowe, i tylko przez firmy z licencją. Nikt nie trzyma na Ziemi psa tylko po to, by dzieciaki miały się z kim bawić. To zabronione.

Zachęcam do poczytania o skali Kardaszowa, a pokrótce: cywilizacja międzygwiezdna, zdolna do terraformacji licznych planet i wytwarzania energii niezbędnej do podróży przez spory kawałek naszej galaktyki, nie miałaby żadnego kłopotu z opanowaniem zmian klimatycznych na Ziemi. Zakładam, że nie zrobiłaś tego celowo, ale bardzo łatwo odebrać ten akapit jako tani, bezinteresowny prztyczek w stronę osób troszczących się o przyrodę, co w mojej opinii zasadniczo dyskwalifikowałoby utwór.

Nawiasem mówiąc, psy nadają się do spożycia.

 

Podsumowując, warto poświęcić czas na uważną, wielokrotną lekturę swoich tekstów przed publikacją, w razie potrzeby korzystać z betalisty, a przede wszystkim – udzielać się w komentarzach pod opowiadaniami innymi niż własne, co pomaga rozwinąć warsztat literacki oraz pozyskać wdzięcznych czytelników. Portal, ostatecznie, działa na zasadzie wzajemnej pomocy.

Życzę wytrwałości i powodzenia w rozwoju literackim!

Klikam, bo to dobry tekst, który, choć musiał być czytany na raty, zapadł mi w pamięć na tyle, bym nie szukała wymówek przed powrotem. Fabuła interesująca, poprowadzona odpowiednio szybko, by czytelnika zaciekawić i odpowiednio wolno, by uniknąć chaosu.

Nie czuję się ekspertką, by poruszać kwestie technologiczne, mogę skupić się raczej na własnych odczuciach – a te są jak najbardziej pozytywne. Bohaterka wyszła dobrze, fajnie się o niej czytało. I serio – zdarza mi się, że po kilku godzinach mam problem, żeby przypomnieć sobie, czego dotyczyło opowiadanie – ale nie w tym przypadku.

 

Cześć! Przeczytane, komentarz niebawem, póki co doklikuję do biblioteki. Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Ślimaku, czytam wszystkie wtorkowe teksty (no może zdecydowaną większość) właśnie dlatego, by wyłapywać te, które w mojej ocenie się wybijają. Jak dotąd z czterech miesięcy nominowałem dwa opowiadania, które czytało mi się najlepiej. Oba nie były w mojej ocenie na mocny TAK, aby byłem ciekawy, jak zostaną ocenione. Myślę, że po to jest nominacja, aby zweryfikować jakość. Poza rzeczami, które pochwaliłem w tym tekście, jest jeszcze kilka aspektów.

Przede wszystkim pisanie s-f to masochizm, który mi imponuje. Jeśli ktoś nie ma doktoratu z fizyki i stażu w NASA musi się liczyć z tym, że jego wizja zostanie rozjechana w komentarzach. Albo napisze tekst nie zagłębiający się w aspekty techniczne, ale dostanie komentarz w stylu „jakim prawem oznacz to jako s-f? gdzie tu nauka?”. A to z kolei sprawia, że ludzie unikają takich tekstów, a to sprawia, że na dwadzieścia piórek mamy jeden tekst s-f. Taki Martin w latach 70. i 80. pisał opowiadania s-f na zmianę z fantasy, bez zbytniej wiedzy technicznej i czytało się to wspaniale, bo miał ciekawy pomysły i zmysł narratora. Dziś bez doktoratu nie ma się co zbliżać do s-f.

Druga sprawa to mało znana autora i długi tekst, co zwykle przekłada się na brak komentarzy. A w tej chwili tekst jest już w bibliotece.

Co do usterek językowych – nie były dla mnie na tyle rzucające się w oczy, by utrudniać czytanie – mój mózg podczas czytanie się wyłącza. Co to usterek dotyczących technikaliów w opowiadaniu – nie znam się na tyle.

Zygfrydzie, odnoszę wrażenie, że wziąłeś mój wpis w jakiejś mierze za krytykę Twojej nominacji, chciałbym zatem powtórzyć, że tak nie jest i w pełni ją szanuję. Gdybym był przekonany, że konstrukcja i treść opowiadania są poza tym piórkowe, zapewne zdecydowałbym się na wysiłek przeorania go redakcyjnie zdanie po zdaniu (jak choćby w przypadku genialnej Cylindrolandii), niemniej – jak widzisz – tutaj różne inne kwestie także budziły moje wątpliwości. Zgadzam się też z Tobą, że science fiction jest sporo bardziej wymagającym gatunkiem niż fantasy, nie bez powodu sam go dotąd prawie nie ruszałem mimo częściowego przynajmniej przygotowania w dziedzinie. Nie uważam jednak (i nie sądzę, abyś to sugerował), jakobyśmy powinni z tego powodu zaniżać kryteria w ocenie logiki świata i spójności fabuły.

Sam kiedyś byłem w skórze (skorupie…) początkującego użytkownika z tekstem pozakonkursowym na sześćdziesiąt kilka tysięcy znaków i chociaż nie dostał nominacji, a nawet nie dostał się do Biblioteki, wciąż jestem naprawdę wdzięczny za wszystkie komentarze ze szczegółową krytyką.

Pozdrawiam ślimaczo!

Opowiadanie powstało dla mojego męża

O, jeżu, a co on Ci zrobił, że mu takiego bohatera zafundowałaś? ;)

 

Językowo do wyszlifowania. Szkoda, że nie poprawiałaś na bieżąco przynajmniej literówek, brakujących ogonków i zjedzonych końcówek słów.

Historię kupuję, lekki bajzelik na statku i umiłowanie starej techniki też. Kupiłabym to nawet, gdybyś mnie tak usilnie nie przekonywała, że to możliwe ;) Znaczy, wydaje mi się, że poświęciłaś na to sporo znaków. Niepotrzebnie. Udało Ci się mnie parę razy zaskoczyć, a to zawsze plus. Na początku myślałam, że będzie zemsta i apokolipsa i fajnie, że poszłaś w innym kierunku. Detali fizjologicznych też ciutkę za dużo ;)

Charakter bohaterki trochę się buja, jakbyś nie mogła się zdecydować, czy jest karierowiczką, która dla dobrego tekstu jest gotowa rozpieprzyć operację wojskową, czy też idealistką, której rzeczywiście zależy. Przypuszczam, że to pierwsze, choć sama siebie widzi raczej w roli idealistki.

Misiu, to znaczy husarz, milusi :) Nie rozumiem tylko, czemu fakt, że miał rodzinę jest taki istotny. Czy z osieroconymi dziećmi można robić co się komu podoba? Czy w oczach Petry posłużenie się sierotami, by stworzyć super wojowników byłoby w jakiś sposób moralnie uzasadnione? Z takiej perspektywy patrząc zakoczenie, czyli pomysł husarza, jest swego rodzaju utarciem nosa dziennikarce. I dobrze, bo powiem szczerze, że z każdym akapitem lubiłam ją coraz mniej.

Ostatni akapit zabawny, ale jednocześnie trochę mnie raził. Bo chwilę wcześniej lecisz na poważnie, pokazujesz funkcjonowanie autorytarnej władzy (argumenty politruka i pomysł 404), a potem robisz mocny zwrot, po którym, no… trudno potraktować opko poważnie.

Generalnie fajny tekst, do biblioteki bym doklikała, gdybyś potrzebowała, ale na Piórko ciut za mało.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Jestem wreszcie.

55k znaków to nie jest mało, ale lektura nie dłużyła się (nie licząc początku), choć działo się też nie za wiele. Najbardziej przypadły mi do gustu humor i pomysł na bohatera/intrygę, bo takiego konceptu na super-żołnierza jeszcze nie czytałem. Tak fantastyka z dystansem. Celnie i barwnie pokazałaś perspektywę bohaterki, mozolnie i konsekwentnie dążącej do celu. Niestety, miejscami okrasiłaś ja zbyt wielką ilością wstawek i infodumpów, co owszem, daje obraz świata, ale odciąga uwagę od historii. Tak jak kilka pierwszych akapitów wyszło świetnie, tak ileś kolejnych (do spotkania z 404) wypadło zbyt informacyjnie, przez co siadło napięcie. Później było już lepiej, sam 404 oraz gra w farmera unosiły kąciki, ale znowu, można by tę lekcję biologii trochę przyciąć, bo znowu napięcie siadało (choć nie nudziło, więc nie było źle). Końcówka wypadła nieźle, zręcznie zmyliłaś trop, zastępując klasyczny bunt poznaniem dobra i zła całkiem elokwentną akcją husarza. Znowu uśmiech zagościł na ustach.

Wykonanie znośnie, piszesz barwnie i obrazowo, choć miejscami trochę rozwlekle. Większość czytałem na telefonie i co jakiś czas czegoś brakowało (słowa, ogonka), ale nie przeszkadzało to w lekturze za bardzo (ale beta by się przydała, rozważ następnym razem, tekst zyska zdecydowanie ;-) )

Tekst zdecydowanie biblioteczny, wart lektury, na piórko – imho – jednak za mało.

 

Pozdrawiam!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Hej!

Ach, powiem Ci, że długo się biłam z myślami, jeśli chodzi o ten tekst i piórkowe głosowanie, bo to naprawdę dobry kawał opowiadania. Ostatecznie jednak byłam na NIE, choć lektura całkiem przypadła mi do gustu.

Moje wątpliwości dotyczyły sposobu rozłożenia akcji, która na początku jest raczej powolna. Nie znamy jeszcze motywacji bohaterki i nie ma powodu, żebyśmy jej poczynania śledzili z zapartym tchem. Wzrost napięcia następuje przy spotkaniu z Husarzem, ale znowu spada podczas rozmowy, bo bohaterka właściwie wszystkie informacje dostaje na tacy, przez co robi to wrażenie informowania raczej czytelnika o stanie faktycznym, niż fragmentu fabuły. Trochę infodumpowo.

Najmocniejszym elementem opowiadania jest, cóż, fabuła. :p Bo tu muszę powiedzieć, że twist poprowadziłaś znakomicie. Jest zapowiedziany, ale nie tak, żeby czytelnik spodziewał się go od początku, za to wszystko nabiera sensu, kiedy dowiadujemy się, jak sytuacja wygląda naprawdę. Bardzo nienachalnie (a to dobrze!) wyszedł też tutaj temat moralności, tego co jest ważniejsze – popularność czy ludzie.

W każdym razie, porządna lektura, pomimo swoich wad. Językowo wymagałaby trochę szlifów, ale czytało się płynnie i przyjemnie.

Ponoć robię tu za moderację, więc w razie potrzeby - pisz śmiało. Nie gryzę, najwyżej napuszczę na Ciebie Lucyfera, choć Księżniczki należy bać się bardziej.

Nowa Fantastyka