- Opowiadanie: Alucardyna - Opowieści Nędznika (2/5)

Opowieści Nędznika (2/5)

Oceny

Opowieści Nędznika (2/5)

W drugiej dobie żeglugi wiatr zaczął odkręcać i się wzmagać. Nędznik szedł ostro do wiatru[1], mocno przechylony na sterburtę pod zarefowanymi żaglami[2]. Większość jego załogi znała się na żeglarstwie o tyle, że potrafiła odróżnić dziób do rufy i domyślić się, że do posuwania się naprzód potrzebny jest wiatr, mimo to świeżo uwolnieni z Wyspy Trupów ludzie twardo zmieniali się przy sterze. W sztorm, który napotkali jakieś sześćdziesiąt mil przed kontynentem, wchodzili ze śmiechem i śpiewem na ustach. Olin nakazał im regularnie jeść, spać i oszczędzać siły, ale mimo widocznego zmęczenia, załoga brnęła przed siebie na południe z niespotykanym optymizmem.

– Co ty zrobiłeś z tymi ludźmi? – wymamrotał znad mapy Da Varro do schodzącego pod pokład Szekera. Młody kapitan uniósł brwi.

– Niby co?

Za sterem Eli zaśpiewywała wesoło sprośną szantę o rozwiązłej kochance pewnego nieszczęśliwego żeglarza, a obecna na pokładzie załoga odpowiadała jej zgodnym, schrypniętym chórem. Godzinę wcześniej Ethris obudził wszystkich na solidne śniadanie, przewidując ponuro, że to może być ostatnie, co zjedzą przez najbliższe kilkanaście godzin.

– Widywałem już w życiu charyzmatycznych kapitanów – powiedział wolno Olin, odchylając się na przykręconym do podłogi krześle przy stoliku nawigacyjnym. – Ale żaden nie zrobił z bandy żółtodziobów porządnej załogi, nie w dwa dni.

– Widocznie żaden nie musiał – rzucił chłodno Russel. Olin pokręcił głową.

– Nie dawniej jak tydzień temu niektórzy z nich chcieli poderżnąć ci gardło i ukraść twój statek… A teraz prowadzimy ich w to piekło na horyzoncie, a oni się śmieją i śpiewają, jakby byli na wycieczce.

Szeker westchnął głośno i zaparł się o stolik nawigacyjny.

– Jak już przy kwestii piekła na horyzoncie jesteśmy… – zaczął, wyraźnie unikając tematu chęci poderżnięcia mu gardła.

– Nie damy rady dalej walić na południe w tych warunkach – powiedział Da Varro, odgadując niezadane pytanie. – Trzeba wejść do Nyr i zaczekać, aż odkręci. Inaczej będziemy halsowali jak wariaci i będziemy w Ashalporcie za trzy tygodnie, albo lepiej. Załoga tego nie wytrzyma.

Russel obejrzał się na ludzi na pokładzie.

– Dadzą radę – rzucił stanowczo. – Najwyżej schowamy się gdzieś po drodze, w Liing na przykład.

– Do wszystkich portów dalej będziemy mieli wejście z falą w burtę, Szeker – zaprotestował Olin. – Nyr to teraz jedyna opcja, jeśli…

– Zobaczymy, jak będzie – uciął Szeker. Da Varro zamilkł, zaciskając usta. – Powiesz mi, kto miał ochotę poderżnąć mi gardło?

– Nie – odparł pierwszy oficer. – Ten sekret zabiorę ze sobą na dno.

W kokpicie Amar zaintonował inną pieśń, w charcząco-szeleszczącym języku z jego rodzinnych stron, a Gleb zawtórował mu po lazuersku. Nędznik szedł dzielnie przez fale, nie zmieniając kursu nawet o stopień. Vale zmienił Eli na sterze i posłał Szekerowi uprzejmy salut zza owiewki. Kapitan odpowiedział tym samym i wrócił wzrokiem do Olina.

– Masz rację. Nie mów mi.

 

– SYRENY! – wrzasnął ktoś kilkanaście mil później. Śpiew na pokładzie ucichł natychmiast, ktoś zaklął siarczyście. Szeker wybiegł na pokład, wybudzony gwałtownie z płytkiego snu. Słońce zaczynało zachodzić, a wiatr wzmagał się coraz bardziej. Olin kazał im płynąć najostrzej, jak to możliwe, żeby nie ustawić się burtą do fali. Horyzont przed dziobem Nędznika czerniał złowrogo, a po obu burtach statku zebrała się grupa kilku istot o szarych lub zielonkawych, pokrytych łuskami ciałach. Ich dzikie, żółte oczy o pionowych źrenicach sprawiały wrażenie, że połyskują w nich figlarne ogniki. Przez chwilę płynęły równo ze statkiem w ciszy, a potem któraś z nich zaintonowała melodię. Nieludzkie, wibrujące brzmienie muzyki wdarło się bezlitośnie w uszy załogi, ludzie rozpaczliwie zasłaniali uszy, ale to nie przynosiło żadnej ulgi.

– Bogowie… – jęknęła przez łzy Eli, zaciskając dłonie na kole sterowym.

– Trzymaj kurs! – wrzasnął Szeker, biegnąc po nawietrznej na dziób jachtu. – Chcemy tylko przejść, nie mamy złych zamiarów – krzyknął do syren. Jedna z istot wynurzyła się z wody i wspięła się błyskawicznie na kosz dziobowy, odpowiadając coś tym strasznym, wżynającym się w najgłębsze zakamarki mózgu śpiewem. – Odejdźcie, nic wam nie zrobimy!

Olin ruszył za nim, ale kapitan dał mu znać gestem, żeby został na miejscu. Syrena zwróciła czujnie wzrok w jego stronę. Uniósł powoli dłonie i powtórzył bez przekonania słowa Russela, że nie mają złych intencji. Istota przekrzywiła lekko głowę, jakby się nad czymś zastanawiała, po czym puściła kosz dziobowy i zanurkowała z powrotem w wodzie. Zaśpiewała coś do pozostałych i po chwili wszystkie zanurzyły się w odmętach. Russel odetchnął ciężko.

– Odwaliło ci? – syknął ze złością Olin, stając obok niego na śródokręciu. – Gadasz z syrenami?

– Przekonałem je, żeby sobie poszły.

– Chyba żeby poszły po kumpli – warknął pierwszy oficer. – Wszystkich nas zamordują tym cholernym wyciem!

Russel prychnął cicho.

– Gdyby chciały nas zabić, już byśmy byli martwi, dobrze o tym wiesz. Pływałeś po tych wodach, nigdy nie spotkałeś syren?

Da Varro milczał przez chwilę, mierzwiąc brodę.

– Nie tak blisko. Na cesarskich statkach zawsze jest przynajmniej jeden guślarz, który umie odstraszyć je z daleka.

– Ich – poprawił zimno Szeker.

– Co?

– „Ich”, nie „je”. Syreny są obojga płci. Te podpłynęły, bo usłyszały śpiew. Rozumieją, o co chodzi w śpiewaniu, dlatego odpowiedziały.

Olin przez dłuższą chwilę patrzył na niego z niedowierzaniem.

– Ciebie to nie rusza? – spytał wolno, wskazując znacząco na swoje uszy. Russel pokręcił głową. W Nyr obecność syren w okolicznych wodach była tak oczywista, jak to, że o świcie wschodzi słońce. Większość ludzi trzymała się od nich z daleka, ale każdy, kto wypuszczał się w morze wolał mieć z nimi dobre układy. Na statkach pod banderą Nyr nie śpiewało się podczas żeglugi, jeśli nie chciało się mieć towarzystwa wodnych istot, nikt jednak nie wpadłby na pomysł, żeby je odstraszać przy pomocy magii.

– Nie tak, jak was. Można się na to uodpornić – wyjaśnił Szeker. – Na moim statku nikt nie będzie nikogo odstraszał gusłami, jasne?

Da Varro kiwnął z wahaniem głową.

– To mogło być ostrzeżenie – powiedział cicho Russel, patrząc w skupieniu w czarną wodę. Syreny odpłynęły, ale ich upiorny śpiew ciągle grał mu w uszach. – Może miałeś rację i powinniśmy wejść do Nyr.

 

Wbrew obawom Olina, syreny więcej się nie pokazały. Zamiast tego kilka godzin później wiatr odkręcił jeszcze bardziej, zmuszając Nędznika do zmiany kursu całkiem na wschód. Płynęli niemal wprost na wysunięte w morze miasteczko Liing, nie było szans iść dalej na południe. To, że nie dopłyną do Ashalportu w tych warunkach było bardziej niż pewne, mimo to załoga nie traciła morale. Wydostali się z Wyspy Trupów i chyba nic innego nie miało dla nich znaczenia, nawet wizyta morskich panien.

Prawdziwym problemem okazała się dopiero gęsta mgła, która spowiła niebezpiecznie bliski ląd białym kokonem, zmniejszając widzialność do paru stóp przed dziobem jachtu. Choroba morska rzuciła załogę na klęczki i przewiesiła przez relingi. Wtedy nikt się już nie śmiał.

– Daj – powiedział Szeker, podchodząc do steru. – Spróbuj coś zjeść i odpocznij.

Blady jak płótno Amar z ulgą oderwał dłonie od koła i pozwolił się zastąpić. Sterował już trzecią godzinę, bo Damon, który zwracał na rufie wszystko co zjadł lub wypił przez ostatni tydzień, nie bardzo był w stanie utrzymać kurs.

– Dziękuję – wychrypiał Amar. Był jedną z niewielu osób w załodze, która miała za sobą więcej morskich podróży niż tę w jedną stronę na Ros. Okazał się całkiem sprawnym sternikiem, ale tylko kiedy widział, dokąd płynie. Teraz usiadł ciężko na burcie, ukrył na chwilę pobladłą twarz w drżących dłoniach i spojrzał z powrotem na kapitana, który spokojnie wrócił na kurs. – Przepraszam.

– Przestań – rzucił półgębkiem Russel. – Zawołaj mi Olina.

Amar pokiwał głową i zwlókł się z trudem przez zejściówkę[3]. Fala rzuciła nim o stolik nawigacyjny jak szmatą, ale pozbierał się szybko i ruszył mozolnie do kajuty oficerskiej na rufie, którą zajmowali Szeker i Da Varro.

Olin wynurzył się spod pokładu, zakładając gruby sweter. Oczy miał podkrążone, a rudą brodę w nieładzie. Russel domyślał się, że on sam wygląda podobnie.

– Piękny wieczór, panie pierwszy – przywitał go z krzywym uśmiechem Szeker. Olin odetchnął ciężko i wyszedł do kokpitu.

– Nie mógł być lepszy, kapitanie – odparł kwaśno i spojrzał przed siebie. – O żesz w pizdę.

– No – potwierdził krótko Russel.

Przez chwilę milczeli obaj, wpatrując się ponuro w przelewające się przez dziób jachtu fale. Szeker z zaciętą miną korygował kurs, a Da Varro mierzwił nerwowo swoją bujną brodę.

– Więc co? – Olin sięgnął po schowane za owiewką mapę i dziennik pokładowy. Zerknął szybko na ostatni wpis i skupił się na mapie. – Nyr?

Russel westchnął głośno.

– Nyr – potwierdził ponuro.

– Te kurewskie skały… są groźne i bez mgły. Jesteś pewien, że zrobimy to z niesprawną załogą?

– Nie – przyznał Russel. – Zrobimy to we dwóch.

Kolejna fala zalała nie tylko dziób, ale również kokpit i Szekera. Pozwolił sobie zakląć cicho dopiero, kiedy wrócił na kurs. Olin, któremu własnymi plecami udało się uchronić mapę przed zalaniem miał w sobie mniej skrupułów.

– Kurs osiemdziesiąt – wychrypiał, kiedy wyzwał już Morską Wiedźmę od wściekłych kurew. Russel kiwnął głową i odpadł[4] parę stopni od wiatru. Nędznik wspiął się na kolejną kilkunastostopową falę, by zaraz spaść w następną wodną przepaść.

Godzinę później z gęstego całunu mgły powoli zaczęły wyłaniać się pierwsze zęby skał na wejściu do Nyr.

 

– Po manewrach, tak stoimy – oznajmił Szeker, kiedy Nędznik stanął na cumach przy drewnianym pomoście przeznaczonym dla małych jednostek. Marina jachtowa była nieco oddalona od głównego portu przeładunkowego w Nyr, za to było bliżej do tawerny. W ukrytym pomiędzy skalnymi wysepkami porcie było znacznie ciszej niż na morzu i nie docierała tu martwa fala po niedawnym sztormie. Mgła dalej wisiała nad horyzontem, a z nieba siąpił drobny, zimny deszcz.

– Panowie… – powiedział szeptem Amar, patrząc z podziwem na kapitana i pierwszego oficera. – To było mistrzostwo świata, wejście tutaj…

– Skąd. – Russel machnął niedbale ręką. – Wchodziłem tutaj tysiące razy w gorszych warunkach, wychowałem się w tym porcie. Miałem teraz tylko trochę większą łódkę, to wszystko. Ale… – zawiesił głos, uśmiechając się szeroko. – Jeśli zostaniesz w załodze, to obiecuję, że jeszcze zobaczysz mistrzostwo świata i to nie raz.

Załoga, która odzyskała rezon, kiedy tylko fala się uspokoiła, zebrała się w całości w kokpicie. Olin rozkazał Ethrisowi wyjąć dziewięć kubków i najmocniejszy alkohol dostępny na statku. W uroczystym milczeniu rozdał po solidnej porcji rumu załodze i dwie kapitanowi. Szeker kiwnął głową.

– Panie i panowie – zaczął oficjalnie. – Pijemy dzisiaj za cudowne ocalenie i odzyskanie wolności. Jesteśmy tutaj z łaski Morskiej Wiedźmy i należy jej się podziękowanie.

Po tych słowach wylał zamaszyście zawartość jednego kubka za burtę, a drugi wychylił jednym haustem.

– Za wolność – odparł Olin. – Za dobry statek, dobrą załogę i dobrego kapitana.

Ethris zmierzył wszystkich wzrokiem i bez słowa zanurkował pod pokład po kolejną flaszkę, a jego decyzja spotkała się z bardzo entuzjastyczną reakcją załogi.

Kiedy jakiś czas później kończyli pić, ciemność nocy powoli przechodziła już w ponurą szarówkę przed świtem, a w kambuzie uzbierało się kilka pustych butelek. Rum z Wyspy Trupów był właściwie aromatyzowanym i barwionym bimbrem, ale tej nocy wchodził lepiej niż sławne „płynne złoto” z Zatoki Szmaragdów.

Obudziło ich nad ranem wściekłe łomotanie w klapę od zejściówki.

– RUSSEL! – Wysoki, kobiecy głos wyraźnie wskazywał na to, że jego właścicielka jest zła jak sto diabłów i nie zamierza odpuścić. – Wiem, że tam jesteś, przeklęty szczeniaku! Wyłaź, do ciężkiej cholery!

– To chyba do ciebie… – wymamrotał ochrypłym głosem Olin, nakrywając głowę kocem. Szeker podniósł się z jękiem. W głowie mu się kręciło, a w ustach czuł ohydną suchość. – Zostawiłeś ją z dzieckiem, czy co?

– Nie, ale ma to pewien związek z macierzyństwem – odparł ponuro Russel. Jego głos brzmiał, jakby całą noc wrzeszczał pod wiatr. Wstał chwiejnie z materaca, narzucił sobie sweter na ramiona i powlókł się na pokład jakby szedł na szafot. Wyrwana okrutnie ze snu załoga podnosiła się z koi[5], nie do końca rozumiejąc, co się w ogóle dzieje.

– Obudziłaś mi załogę, jesteś z siebie zadowolona? – przywitał szorstko swojego gościa Szeker, wychodząc na pokład. Kobieta nie odpowiedziała, tylko bez ostrzeżenia strzeliła go na odlew w twarz. Russel zachwiał się i musiał podeprzeć się o owiewkę, żeby nie stracić równowagi. Poczuł smak własnej krwi. Musiał przyznać, że mimo wieku, dalej potrafiła przywalić. – Za co, do cholery?!

– Musisz to robić?! – wrzasnęła kobieta. – Musisz skończyć jak twój cholerny ojciec? Musisz?!

– Ciszej na macki Morskiej Wiedźmy – jęknął. – O co ci…

– Kupiłeś jacht – powiedziała z wyrzutem. Przymknął na chwilę oczy i potwierdził skinieniem głowy. – Obiecałeś, że tego nie zrobisz.

– Nie. Obiecałem, że nie wydam na to pieniędzy i dotrzymałem słowa. Nie dałem za niego ani miedziaka.

Przez chwilę miał wrażenie, że znowu oberwie w pysk, ale tym razem się powtrzymała. Załoga, teraz już kompletnie rozbudzona, przysłuchiwała się bezwstydnie kłótni spod pokładu.

– Czy każdy jeden mężczyzna w tej rodzinie musi zginąć na tym przeklętym morzu? – wycedziła, zaciskając pięści. Russel objął ją ramionami i przycisnął do siebie stanowczo.

– Jeszcze czuję się całkiem żywy, mamo – mruknął. Kobieta odwzajemniła uścisk.

– Zatonęła galera, którą miałeś płynąć – powiedziała cicho. – Myślałam już, że…

– Cios w pysk to średni sposób na okazywanie uczuć, ale doceniam.

– Russel…

– Nigdy więcej nie traktuj mnie w taki sposób przy mojej załodze – syknął jej do ucha. Matka wypuściła głośno powietrze z płuc i kiwnęła głową, odsuwając się od niego. – Ogarnę się i przyjdę na śniadanie – obiecał prawie wesoło.

 

Po tym, jak Szeker opuścił jacht, żeby skierować się do rodzinnego domu, Olin przezwyciężył chęć, żeby natychmiast wrócić pod ciepły koc i wygonił załogę na pokład. Ramię w ramię ze wszystkimi wyszorowali pokład, sprawdzili takielunek, wypompowali wodę z zęzy[6] i dopiero potem usiedli razem do śniadania. Załoga pracowała w ciężkim milczeniu i zdecydowanie mniej żwawo niż zazwyczaj, ale nikt nie próbował się skarżyć. Każdy znosił niemiłosiernego kaca w pełnej godności ciszy.

– Co robimy dalej? – przerwała milczenie Eli, składając brudne talerze w zgrabny stosik.

– Macie wolne, możecie rozprostować kości na lądzie – odparł Olin. Popijał kwaśno-gorzką czarną kawę. Ramosque potrząsnęła głową.

– Nie. Mam na myśli dalej – sprecyzowała. Da Varro zawahał się. Zamierzał zacząć ten temat, ale liczył na to, że rozmówią się z załogą we dwóch z Szekerem. Ludzie uwolnieni cudem z Wyspy Trupów w większości nie byli żeglarzami, ale sprawdzili się na morzu zdecydowanie powyżej najśmielszych oczekiwań Olina. A jednak droga, jaką planował kapitan była trudna nawet dla opływanych wilków morskich. Jak ruszą, nie będzie odwrotu.

– Planujemy płynąć dalej na południe, a potem odkręcić na zachód – powiedział ostrożnie. – Na wysokości Ashalportu.

Amar zmarszczył brwi.

– Masz na myśli… Szmaragdowy Szlak? – zapytał wolno. Szlak wziął nazwę od słynącej z najlepszego rumu na świecie Zatoki Szmaragdów znajdującej się na południu leżącej najdalej na wschód wyspy Trójwyspu. Żegluga tam z Ashalportu potrafiła trwać nawet miesiąc przy niekorzystnym wietrze i około dwóch tygodni przy sprzyjającym. Szmaragdowy Szlak był jedną z najsłynniejszych handlowych i przemytniczych tras na zachodnich wodach.

– Zwariowałeś, Olin, prawda? – Ethris wynurzył się z zejściówki. – To jest, kurwa, samobójstwo!

Wyszedł na pokład i powiódł wzrokiem po zaskoczonej załodze.

– Słyszeliście matkę Szekera, no nie? – wycedził zduszonym szeptem. – Galera, na której miał wracać zatonęła. Ta, którą wracał poprzedni kapitan tej łajby. Ten sztorm i mgła… I te cholerne syreny po drodze. Ona naprawdę jest przeklęta, mamy cholerne szczęście, że dotarliśmy do jakiegoś lądu…

– Och, jestem pewien, że na tym jachcie ciąży klątwa – warknął zimno Olin, odstawiając z hukiem kubek z niedopitą kawą. Ethris umilkł i spojrzał na niego szybko. – Nazywa się obrzydliwie leniwy kuk[7], który za dużo gada.

Da Varro wcisnął mu w ręce stos talerzy.

– Zajmij się swoją robotą i nie odzywaj się więcej bez pytania – rozkazał. Ethris pokręcił powoli głową. Odłożył talerze na greting[8] i westchnął głośno.

– Nie jesteśmy już na morzu, Olinie – przypomniał cicho. – A ja nie zamierzam nigdzie dalej płynąć tą cholerną krypą. Chciałem pożegnać się grzeczniej, ale skoro tak stawiasz sprawę…

Olin kiwnął głową.

– Masz rację, nie jesteśmy już na morzu – odparł z wymuszonym spokojem. – Możesz iść, droga wolna. Ktoś jeszcze? Vale?

Najstarszy w załodze, nie licząc Ethrisa mężczyzna spojrzał na niego zaskoczony, niczym uczeń wyrwany do odpowiedzi przez nauczyciela.

– Ja? A dokąd mam iść? Oficjalnie nie żyję od trzech lat, bo żona potrzebowała ponownie wyjść za mąż… Poza tym nie wierzę w żadne cholerne klątwy i… I lubię was, do diabła!

Olin uśmiechnął się lekko i klepnął Vale’a w ramię.

– Nie ma żadnej klątwy, ale to będzie naprawdę ciężka droga – powiedział, zwracając się do reszty załogi. – Jeśli ktoś chce odejść, to ma ostatnią okazję przed Ashalportem. Amar?

– Zostaję – oznajmił twardo jedyny żeglarz wśród ocaleńców z Ros.

– Ja też! – odezwała się bez pytania Eli. – Kapitan obiecał mi dziwki w Ashalporcie.

Da Varro stłumił parsknięcie śmiechu i przeniósł wzrok na Gleba i Damona. Mężczyźni spojrzeli po sobie, jakby zdziwieni, że to już ich kolej na określenie się.

– Wybacz, ale ja chyba… – zaczął Damon, pocierając nerwowo kark. On zdecydowanie najgorzej zniósł atak choroby morskiej. – Dobra. Ten sztorm to były najgorsze godziny w moim życiu i wolałbym chyba wrócić do kamieniołomu. Zbierałem się, żeby wam to powiedzieć…

– W porządku – uspokoił go Olin, wyciągając do niego dłoń. – Więc dzięki za ten rejs. Gleb?

Małomówny oszust uśmiechnął się krzywo.

– Mnie się podobało – odrzekł. – Zostaję na statku.

Olin obejrzał się za Ethrisem, który wykorzystał tę wymianę zdań, żeby odejść niepostrzeżenie. Odszedł bez należytego pożegnania, a więc naprawdę wierzył w jakąś klątwę. Nie chciał żegnać się z ludźmi, którzy z własnej woli rzucali wyzwanie siłom, których nie rozumieli i z którymi nie mieli jak walczyć. Nie rozmawia się z potencjalnymi trupami. Sięgnął po swoją zimną już kawę i dopił ją szybko.

– Dopóki nie znajdziemy kuka, zmywamy na zmianę – stwierdził beznamiętnie, odkładając kubek na stosik talerzy. – Eli, zaczynasz kolejkę.

 

 

 

 

[1] Kurs ostry – inaczej bajdewind; kurs względem wiatru, gdzie wiatr wieje ukośnie od dziobu jachtu.

[2] Refowanie – zmniejszanie powierzchni żagli w celu dostosowania ich wielkości do panujących warunków.

[3] Zejściówka – schodki prowadzące z kokpitu do części mieszkalnej na jachcie.

[4] Odpadanie – zmiana kursu jachtu względem wiatru na pełniejszy (np. z bajdewindu do półwiatru)

[5] Koja – łóżko na jachcie.

[6] Zęza – najniższe miejsce wewnątrz kadłuba statku. 

[7] Kuk – kucharz na statku.

[8] Greting – drewniana kratownica położona na pokładzie w kokpicie.

Koniec

Komentarze

Aluracdyno, a ile Ty tego jeszcze masz?

Bo fajnie się czyta i można by wrzucić duży tekścior, a nie kawałki.

Oj dużo… Bardzo się cieszę, że się fajnie czyta ;) Postaram się wrzucać częściej niż co 2,5 miesiąca ^^

Chodziło mi o całość. Mało znajdziesz dobrych ludzi, którzy pochylą się nad fragmentami.

Nowa Fantastyka