- Opowiadanie: surfaceofthesun - Dzieci to lubią

Dzieci to lubią

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Dzieci to lubią

Ania tańczy.

 

Robi to zanim pójdzie do szkoły, a gdy już tam jest – tańczy na przerwach. Tańczy wracając do domu i przed zaśnięciem. Ma delikatne stopy i długie nogi, którymi szybko przebiera w rytm najdzikszej nawet muzyki. Wirują jej wtedy włosy – jeśli świeci słońce to promienie proszą do pary rozbrykane kosmyki i zwykły, trochę szary blond zamienia się w falujące złoto. W Ani kocha się kilku chłopców, ale jeszcze żaden nie poszedł z nią na randkę. Ma dwanaście lat – nigdy się nie całowała, a serce nie zabiło mocniej dla nikogo oprócz rodziców.

 

Nauczycielka nienawidzi swojej pracy.

Przeklina ją każdego dnia, gdy staje przed lustrem i dostrzega kolejną zmarszczkę – to przez te cholerne, pieprzone bachory. Kiedyś wierzyła, że można je czegokolwiek nauczyć, przelać nie tyle wiedzę, co mądrość, taką życiową. Już nie wierzy, zrezygnowała z misji, bo dzieci po prostu są złe. Dostrzega to w niby-młodych oczach zamieniających się w puste, rekinie ślepia, kiedy tylko odwraca głowę. Wie, że uczniowie (uczennice też, one są jeszcze gorsze) mają brudne myśli, robią okropne rzeczy, a w końcu coś w nich pęknie i zabiją wszystkich. Wszystkich.

 

Maciek kolekcjonuje modele czołgów.

Zebrał sto sześć, miał sto siedem – ojciec strącił jeden z półki, gdy pijany wrócił do domu. Plastik trzasnął pod butem, mali zieloni żołnierze pękli na pół, ale utrzymali ręce przy skroniach oddając cześć chłopcu, który wydobył ich z pudełka.

– Odkupię ci go, obiecuję.

– Dobrze, tato, dobrze, chodź, zaprowadzę cię do łóżka.

Następnego czołgu nie będzie. Tata składa dużo obietnic, prawie żadnej nie spełnia. Nie szkodzi, chłopiec i tak woli go od mamy – do niej przychodzą mężczyźni, gdy ojciec znika na tydzień lub dwa (jeśli zaczyna pić – pije ciągami trwającymi dopóki ma kolegów lub pieniądze, choć tak naprawdę nigdy w życiu nie miał ani tego, ani tego; może o tym chce zapomnieć). Czasem uśmiechają się do niego, mówią, że bardzo szybko rośnie. Skąd mogą wiedzieć, przecież wszyscy zjawiają się najwyżej dwa razy.

 

Kasia ma bogatych rodziców.

Nie lubi dzieci w podrabianych ciuchach (Nie żyjemy przecież w krajach trzeciego świata, jak więc można zakładać coś pozbawione metek ozdobionych dobrze znanym logiem). Przesadnie dba o wygląd i figurę; przeklina jadanie w restauracjach – nie znosi wymiotować w ubikacjach poza domem. Zdaje sobie już sprawę, że dobry wygląd znaczy bardzo dużo – a na pewno więcej niż powinien.

 

Arkadiusz onanizuje się przed komputerem.

Założył słuchawki i podkręcił dźwięk do maksimum. Lubi, kiedy karykaturalnie głośne jęki rozbrzmiewają mu w samym środku czaszki. Nogi kładzie na biurku, odpręża się i wbija wzrok w ekran. Staruszka – musi mieć co najmniej sześćdziesiąt pięć lat – nadziewa się na ogromnego, sztucznego penisa przytwierdzonego do podłogi. Przed nią staje mężczyzna kadrowany od pasa w dół; mężczyzna bez twarzy oddaje mocz na staruszkę, staruszkę bez zahamowań lub środków do życia. Arkadiusz ma nadzieję, że jedno i drugie.

– Co za suka, kurwa. Pierdolona kurwa, tym właśnie jest, pierdoloną kurwą – syczy przez zęby.

Pąsowieje na twarzy i wstrzymuje powietrze, rusza ręką coraz szybciej, mimo to orgazm nie chce nadejść.

– Suka, kurwa, jest suką – powtarza bluźnierczą modlitwę o szczytowanie.

Wszyscy chłopcy z klasy już to robili, a Krzysiek – najwyższy, o twarzy usianej gęsto krostami – przyniósł kiedyś kawałek czegoś zaschniętego i obrzydliwego, mówiąc, że to sperma. Arkadiusz mu wierzy. Sam jeszcze nigdy nie doszedł i zaczyna myśleć „Coś jest ze mną nie tak.".

 

Rafał mieszka niedaleko Ani.

Trzy dni wcześniej, zanim jeszcze spadł śnieg, znalazł między garażami – oddalonymi od jego bloku o jakieś pięć minut piechotą – pieska. Chyba kundla, bo nie przypomina żadnej rasy, które pokazują czasem w telewizji, gdy stara reporterka o białych zębach i złamanej karierze zdaje relację z wystawy psów.

Nazwał go Spike, bo pomyślał, że to dobre imię, takie amerykańskie i silne. Odwiedza go często i kłuje patykiem. Ostatnio dźgnął w oko i oko wypłynęło na ziemię, zostawiając puste miejsce, wcale nie czarne – Rafałowi wydawało się, że powinno takie być – tylko trochę szare i trochę różowe. Ciekawe, czy zamieszkają tam robaki, czy może jest na to za późno, Spike się zahibernuje, będzie tam leżał aż do wiosny, gdy słońce spali zimowe chmury na popiół i dopiero wtedy truchło zacznie śmierdzieć.

 

Ojciec Ani jest wykładowcą na uniwersytecie i tęskni za żoną, kiedy wie, że córka nie widzi.

Najczęściej w nocy, koło pierwszej lub jeszcze później – otwiera okno, mruży oczy i wtedy kanciaste głowy latarni wydają się być lewitującymi kulami światła, w środku których dostrzega czasem jej twarz; kulami zawieszonymi gdzieś między niebem, a ziemią i dla Ojca – zatwardziałego ateisty – są najbliższym wyobrażeniem duszy, i rozmowy ze zmarłą. Niekiedy przez okno ucieka smutek, by wrócić dopiero następnego ranka; przez parę godzin Ojciec cieszy się prawdziwie beztroskim snem. Należy mu się, jest dobrym człowiekiem.

 

Marcin jest tłusty i lubi zespół „Dwa plus jeden".

Nie znosi wychowania fizycznego, bo wtedy musi rozbierać się przy innych, a tylko on nie jest w stanie dostrzec swojego penisa. Czuje się z tym źle, dlatego za każdym razem ćwiczy w dresie – ma nadzieję, że tak zrzuci parę kilogramów.

– Wypocę je, wypocę! – przekonuje sam siebie.

Może i by mu się udało, gdyby nie czekoladki tkwiące w bocznej kieszonce plecaka. Jest w tym podobny do taty Maćka – tak samo bezradny i tak samo żałosny.

 

 

 

– Aniu, zatańcz – mówi Nauczycielka i siada – z głośnym westchnięciem starej, zmęczonej osoby – na twardym, odrapanym krześle. Obserwuje, jak uczennica zwinnie się porusza, jak przeskakuje z nogi na nogę, jak sprawia jej to radość. Kątem oka dostrzega, że na Anię patrzą chłopcy, którzy przygotowują dekoracje na szkolną akademię. Chce im coś powiedzieć, otwiera usta i rezygnuje – wzrusza ramionami, podpiera głowę na prawej ręce i toczy wzrokiem dookoła.

Sala jest duża (w rogu ukryty jest schowek na piłki, skrzynie i ozdoby świąteczne), zmieszczą się w niej wszystkie klasy. Ci z ostatnich rzędów będą musieli stanąć na krzesłach, żeby coś zobaczyć – jeśli tylko im się zachce, choć pewnie i tak wybiorą przeglądanie pornosów zwędzonych z kiosku. Nauczyciele usiądą z przodu, ten od historii znowu będzie flirtować z matematyczką, która jest w szkole od września, kiepsko wykłada przedmiot, ale za to świetnie wygląda w bardzo krótkich spódniczkach; zupełnie jak nastolatka i wrażenie nie mija, gdy spojrzy się jej w twarz, dzielnie młodą i bez żadnej zmarszczki. Starsze koleżanki obgadują ją podczas papierosowych przerw i twierdzą, że to botoks, pewnie, że tak (matematyczka nie pali, może dlatego tak jest piękna).

Z torebki wiszącej na oparciu krzesła rozlega się melodia „Dla Elizy". Dzieci wymieniają porozumiewawcze spojrzenia – to dzwoni matka Nauczycielki, stara i podobno nienormalna (tak przynajmniej usłyszał Arkadiusz, gdy przechodził koło pokoju nauczycielskiego), która zawsze domaga się długiej rozmowy o wszystkim i niczym, bo inaczej się zabije. Naprawdę tak grozi.

Nauczycielka wzdycha.

– Ćwiczcie dalej, zaraz wrócę. Muszę odebrać, to nie potrwa długo – oznajmia uczniom, ale wszyscy wiedzą, że kłamie.

Znika szybko, gnana wstydem; będzie wędrować pustymi korytarzami – jeden smutny duch wysłuchujący łkania drugiego.

To, co się teraz wydarzy, zaistnieje bez planu. Nikt o tym nie myślał idąc do szkoły, nie planował tego od lat. Po prostu ktoś dostrzeże bawełniane, błękitne majteczki Ani, gdy spódniczka zbyt mocno zawiruje w jednej z tanecznych figur. Ktoś krzyknie, ktoś dotknie, ktoś wyciągnie telefon, wszyscy będą patrzeć. Tak się to dokona, zupełnie bez sensu i celu.

Gdy Nauczycielka wróci – będzie już po wszystkim. Ania nie poczeka, nie naskarży – ucieknie, zbrukana i przerażona; ktoś powie, że powinni sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku, ale ktoś inny wybije mu to z głowy.

 

 

– Wyślij.

– Nie, mogłeś sam kręcić!

– No nie bądź taki. Wyślij!

– Chryste, aleś upierdliwy. Tylko nikomu nie pokazuj!

– Rany, pewnie, że nie, za kogo mnie masz?

Do godziny dwudziestej film obejrzy ponad sześćdziesiąt osób. Och, ależ będzie śmiechu.

 

 

Na biurku leży komputerowa myszka i klawiatura – odbijają się w zgaszonym monitorze, ciemne i lekko zakrzywione. Łóżko jest zasłane, panuje porządek i tylko drzwi szafy – dużej, nawet ogromnej, górującej zwalistym kształtem nad resztą mebli – są otwarte na oścież. Wprowadzają chaos, którego zazwyczaj trudno tu szukać.

Ojciec (właśnie wrócił z pracy i dziwi go cisza, idzie zatem do pokoju Ani, puka – bo jest jednym z nielicznych dorosłych, którzy szanują prywatność dzieci – i wchodzi do środka) rusza by je zamknąć, ale zanim to zrobi potknie się o telefon. Podnosi go – zamiast zwykłego ekranu powitalnego widać film kiepskiej jakości; dźwięku strzegą słuchawki. Wtedy Ojciec po raz pierwszy ujrzy Zło, jakie zamieszkało w dzieciach. Dostrzega. Dostrzega, co się stało i nie może oderwać wzroku – wzbiera w nim wściekłość i żal. Za chwilę zajrzy do środka szafy, mając nadzieję, że zobaczy w niej skromne ubrania

(wie, że tak się nie stanie)

i te troszkę – ale tylko troszkę – bardziej odważne, w sam raz na szkolną dyskotekę organizowaną na korytarzu drugiego piętra. Zagląda i widzi, że Ania tańczy.

 

Ania tańczy na sznurze.

Ojcu robi się ciemno przed oczami, ale nie nagle, nie w momencie. Czerń wypełza z cieni, spod łóżka, spod mebli i ze szczelin pomiędzy klepkami w podłodze. Wyrastają jej skrzydła o smolistych piórach i wzlatuje pod sufit, połykając łagodne światło płynące z lampy o papierowym abażurze. W pokoju nie zostaje już nic oprócz córki i sznura, którego koniec niknie w nocnym niebie, nocnym, choć nie ma jeszcze siedemnastej.

– Aniu, Aniu, Aniu, Aniu – powtarza ojciec i łapie córkę za stopy.

Ania ma teraz bardzo zimne i skurczone palce, jak wtedy, gdy byli nad morzem, siedziała tuż nad wodą i zagrzebywała je w piasku, bo: „Rano jest zbyt zimno na kąpiel, tatusiu!". Dociera do niego, że już jej nie ma, była przez dwanaście lat, była piękna, była dziś rano, byłazdolnamożejużjejniebyłogdywracałdodomu.

Myśli rosną, są wielkie i wkrótce rozsadzą czaszkę, dlatego przyklęka i uderza czołem o podłogę – jeśli czaszka pęknie to myśli wylecą, ból będzie mniejszy. Zwłoki wyślizgują mu się z rąk – Ania wesoło pohuśtuje w szybkim, radosnym tańcu. Głowę by dał, że kąciki sinych warg unoszą się do góry (skrzypiąc, jak huśtawka na sznurkach, skrzypiąc, jak huśtawka na powycieranych sznurkach).

 

 

Maciek się modli.

Obiecuje oddać wszystkie modele dzieciom jeszcze biedniejszym od siebie. Tylko… tylko niech Ania nic nie mówi, niech o tym zapomni. Przeprosi ją, zrobi wszystko, przecież on nie chciał, sam nie wie, dlaczego tak wyszło, nie powinno. Czuje się źle i nie jest pewien, czy uda mu się zasnąć – nie wie, czy chce zasnąć, bo jeśli przyśni mu się Ania to chyba zwariuje.

Kasia i Marcin odpływają spokojnie, nauczycielka tak samo, choć podświadomie wie, że dzisiaj stało się coś okropnego; Ania wyszła ze szkoły nic jej nie mówiąc, uciekła. Cóż, to problem ojca tego dziewuszyska – to rodzice sprawiają, że dzieci są złe.

Arkadiusz siedzi na łóżku, okno jest otwarte na oścież; chłopiec drży z zimna. Ma nadzieję, że chłód go oczyści, wyrzuci okropne, okropne wspomnienie. Nagle kicha – raz, drugi aż łzawią mu oczy i w końcu pozwala sobie na płacz. To wcale nie było, jak na filmach, myśli. Zupełnie nie tak, zupełnie inaczej. Strasznie.

Spike leży dziś samotnie – jakieś zwierzę wygryzło mu kawałek mięsa z okolic serca – bo Rafał nie ma czasu ma odwiedziny. Ściągnął swój ulubiony serial z Internetu i spędzi przed komputerem całą noc.

 

 

Zatrzymali z żoną odtwarzacz VHS tylko dlatego, że pierwsze lata Ani nakręcili na starej, ciężkiej kamerze, która nagrywała w formacie 4:3, obraz był brzydki i ziarnisty, stabilizator musiał się zepsuć albo nigdy go nie było, ale chodziło przecież o Anię, a w czarnych prostokątach kryjących taśmę pędziło – z szybkością dwudziestu czterech klatek na sekundę – jej małe życie.

Buczenie, brzmiące jak elektroniczny wyrzut, oznacza, że video wciąż działa i Ojciec wkłada pierwszą kasetę. Nie jest przewinięta – trzeba przeczekać minutę trawy i butów (klawisze „forward" i „reverse" nie działają od bardzo dawna, aż ciężko uwierzyć, jak długo już nie działają),bo ktoś zapomniał wyłączyć kamerę. Ale wkrótce pojawia się Ania i prezentuje szczerbaty uśmiech. Kończy się era mleczaków, zaczyna dorastać.

Oglądają amatorskie filmy, źle skadrowane, źle nakręcone – nie szkodzi, ważne, że każda sekunda, każda minuta to miłość i słodka nostalgia, może nawet przesłodzona, jak herbata, od której zaczynają boleć zęby; tak jest dobrze. Oglądają to razem – młoda, martwa dziewczyna z pętlą na szyi wraz z tatą, który kiedyś spędził cały dzień, by nauczyć ją wiązać sznurówki w kokardkę.

Wskazówki zegarka gonią się szybciej niż zazwyczaj, ale przystają przestraszone przed dwudziestą pierwszą. Chyba przez dźwięk, który zamieszkał w szafie – ktoś musiał niedawno coś powiesić i to coś ociera się o ścianki i ubrania. Ojciec patrzy w tamtym kierunku i widzi Anię – przeszywa go dreszcz, przecież trzyma córkę w ramionach. Gdy wpatruje się uważniej, a krew nabiera z powrotem normalnej temperatury dostrzega, że Ania, ta druga Ania jest ubrana w sukienkę z pierwszej komunii; pamięta dziurę w tej – jakże ważnej dla małego dziecka – kreacji. Ania płakała, ale mama naszyła tam kwiat i nic nie było widać.

Tak, ta Ania też nie żyje.

Ojciec wyłącza odtwarzacz – pokój posłusznie znika w ciemnościach – i prostuje się, wyciąga ręce na boki, przekrzywia głowę; gdyby miał brodę, a kończyny przybite do krzyża to wyglądałby, jak Syn Boży. Stoi tak zaledwie chwilę, chwilę bez powietrza i dźwięków, gdy pojawiają się muśnięcia. Na karku, palcach, czubku głowy. To Ania, jedna, druga i trzecia; wisi w kostiumie kąpielowym, jeszcze jednoczęściowym, bo dziecko głupio wygląda w bikini; wisi jak dziś, w rozpaczy; wisi po swoich czwartych urodzinach z buzią i ubrankiem umazanymi czekoladowym tortem.

Po omacku odnajduje telefon córki, a w nim Zło – ów krótki film, który trwa niecałą minutę. To wystarczy. Będzie mu towarzyszyć do jutra, kiedy w końcu wyjdzie z domu.

 

 

Na pierwszej lekcji jest jeszcze cicho. Wszyscy zastanawiają się, czy Ania powiedziała tacie, co się stało, czy przyjdzie do szkoły. Potem dzwonek ogłasza przerwę, na korytarzu robi się gwarno i hałas przegania część obaw. Przed dziesiątą dzieci zaczynają już rozmawiać w ławkach, a na muzyce – ostatniej lekcji, prowadzonej przez przygłuchą nauczycielkę, która przysypia nad dziennikiem – wszystko wydaje się wracać do normy. Marcin rzuca w Rafała obślinioną kartką, Kasia zdradza Arkadiuszowi, że ojciec pozwoli jej zrobić urodziny w domu, Maciek przegląda magazyn o modelach i wzdycha, zastanawiając się, ile będzie musiał zbierać na fantastyczną replikę niemieckiego „Tygrysa".

 

Anie wiszą na kościotrupich gałęziach.

Ciężko zliczyć sukienki powiewające na wietrze. Zwłoki uderzają o siebie, jak dzwoneczki, ale zamiast perlistego dźwięku słychać bardzo przyziemne „bach", a gdy zderzą się biodrami: „stuk". Dziwna melodia pozbawiona jest rytmu, martwym chórzystkom wcale to nie przeszkadza.

Ojciec idzie niespiesznie – z rękami schowanymi w kieszeniach – nie zważając na dziwaczne spojrzenia ludzi; oni są z innej planety. Ignoruj ich, ignoruj, patrz w dół.

(stopy są brudne, sine i krwawią; buty zostały w domu)

Czuje łaskotanie na ramieniu i uśmiecha się, bo wie, że to Ania. Dostrzega ją w odbiciach sklepowych witryn – wisi nad nim z tą swoją przetrąconą szyją i wywalonym językiem. Ugina się pod podmuchami wiatru, przypominając marionetkę, której ktoś odciął sznurki. Ojciec się śmieje, bo jego kochanie wygląda trochę groteskowo i Ania też by się śmiała, gdyby nie była martwa i zimna.

 

 

Nauczycielka jest zdenerwowana – jak może przeprowadzić próbę bez Ani?! Wstrętna cipa, smarkula nie odrosła jeszcze od ziemi, a już zaczyna gwiazdorzyć.

– Trudno, zrobimy próbę bez niej. Kasiu, zastąpisz ją – parska niezadowolona.

Otwierają się drzwi i na salę wchodzi bezdomny. Dzieci pokazują go palcami, Nauczycielka wybałusza oczy i tylko Maciek rozpoznaje brudną postać o poszarzałej twarzy, przetłuszczonych włosach i odmrożonych stopach zostawiających mokre ślady.

– Dzień dobry – mówi Ojciec – Jestem tatą Ani.

Cisza pożera dźwięk i uruchamia jakiś przedziwny tryb rodem z gry komputerowej. Dzieci poruszają się w zwolnionym tempie, Arkadiusz nie rusza się w ogóle.

– O kurwa – mruczy pod nosem i czuje nerwy szarpiące brzuch.

– Proszę, rzućcie tu wszystkie wasze telefony – mówi Ojciec, uśmiechając się lekko.

– Ależ co sobie pan wyobraża, przychodząc tak tutaj! Pan jest pijany! Ja… Ja… Wzywam opiekę społeczną, policję – wymienia Nauczycielka, z każdą sylabą coraz bardziej przechodząc w sopran.

– Milcz – odpowiada Ojciec i rusza nagle sprężystym krokiem.

Uderza ją w twarz, wargi zderzają się zębami, tryska krew i kobieta upada na ziemię, lądując między krzesłami – dwa najbliższe przewraca. Mdleje. Ktoś w końcu zaczyna płakać, Maciek przez bardzo długą, bardzo straszną chwilę myśli, że to on, ale wtedy dostrzega łzy na twarzy dziewczyny, z którą chyba jeszcze nigdy nie rozmawiał.

Telefony tworzą mały stosik pod stopami Ojca; Arkadiusz nie przyznaje się, że ma dwa i drugi chowa w tylniej kieszeni spodni. Zadzwoni do taty, gdy tylko ten pojeb się odwróci.

Za oknami, wszystkimi oknami, wiszą Anie o bardzo długich kończynach – ręce ciągną im się wzdłuż framug i skrobią szyby paznokciami, niecierpliwie, niecierpliwie.

W tym czasie dzieci zmieniły się w masę. Nie ma już chłopców ani dziewczynek, jest dziwny, bezkształtny stwór tkwiący w rogu sali, machający bezładnie rękami, łypiący co najmniej czterdziestką oczu. Ojcu chce się rzygać na ten widok i czuje torsje wstrząsające całym ciałem. Podchodzi bliżej i sięga w masę, w wielką, śmierdzącą masę – podobnie do ćpuna szukającego strzykawki w zapchanym kiblu.

Ugryzienie w nadgarstek, kopniak w okolice pachwiny

(przez ciernie do gwiazd, córeczko, przez ciernie do gwiazd)

w końcu wyciąga z tej masy Rafała o niesamowicie okrągłych oczach – spoglądają w nic. Ojciec rzuca go na ziemię, znów sięga w czeluść. Arkadiusz, Maciek, Kasia lądują na podłodze, nauczycielka pomału odzyskuje przytomność – nic nie zrobi, odczołguje się w drugi kąt sali, starannie unikając spojrzeń swoich podopiecznych. Chyba nawet zaczyna ją to bawić.

Anie wiszą na szczeblach drabinek, jedna obok drugiej. Teraz zderzają się tylko biodrami, przecierając delikatny materiał sukienek, a wkrótce skórę.

Czwórka dzieci siedzi obok siebie; trzyma się za ręce. Bezkształtna masa w rogu wydaje niski, monotonny dźwięk, wierząc, że to koniec i jej nic już nie grozi. Ojciec odpala film i nagle wszyscy wracają do wczoraj; jest wczoraj i wciąż mogą przerwać, powiedzieć, żeby nic nie robili Ani, zawołać kogoś dorosłego. Ale jest dzisiaj i brakuje jednego, więc Ojciec naciska pauzę, wraca do masy.

– Gdzie on jest?! Gdzie on jest?! Gdzie on jest? – wrzeszczy, celując w nich komórką.

Prawą rękę chowa do kieszeni.

Arkadiusz dostrzega, że dłoń człowieka drży, a oczy zasnuwa mu mgła. Wygląda na zmęczonego, zrezygnowanego i chłopiec węszy w tym swoją szansę – swoją, bo innych ma gdzieś. Kurwy i suki, tym jest ta cała klasa. Odwraca się do reszty plecami, sięga po telefon i zaczyna wybierać numer ojca. Właśnie wtedy drzwi schowka hałaśliwie odbijają się od ściany i na salę wchodzi gruby chłopiec. Trzyma przed sobą pudło z ozdobami świątecznymi i podśpiewuje w rytm melodii dudniącej ze słuchawek – pewnie dlatego jest spokojny i jeszcze nie wie, co się dzieje. Ojciec spogląda to na niego, to na telefon i już wie, że teraz jest komplet. Wytrąca mu pudło i bombki rozsypują się po podłodze, parę nawet nie pęka. Jak to możliwe, zastanawia się Kasia, próbując myśleć o czymś normalnym, bo to tutaj, to piekło, to Zło – tego nie ma.

Marcin wciąż trzyma ręce przed sobą, jakby przestały go słuchać. Otwiera usta i zamyka, przypominając rybę wyrzuconą na ląd. Wciąż z tymi otwartymi ustami rozpłaszcza się na podłodze (cios był celny i mocny), zahaczając o Arkadiusza i wytrącając mu telefon, który teraz ląduje między potłuczonymi bombkami – niby niechciany świąteczny prezent. Arkadiusz uświadamia sobie, że będzie pierwszym, choć nie dociera do niego, co mózg chce mu przez to powiedzieć.

– Przepraszam, nie wiedziałem, że go mam – tłumaczy się niezdarnie.

– Rozbierz się – mówi spokojnie Ojciec.

– Ale… ale… – jąka się Arkadiusz.

– Rozbierz się – mówi spokojnie Ojciec i z dostojnym spokojem uderza go na odlew.

Kasia popuszcza trochę moczu, czuje ciepło rozlewające się pod spódniczką, pozostawiające śmierdzące kropelki na mikroskopijnych okienkach rajstop. Nerwowo drapie paznokciami parkiet aż w końcu Maciek łapie ją za rękę i każe przestać – nic nie mówi, porusza tylko głową, prawie niedostrzegalnie. W tym czasie Arkadiusz zdejmuje spodnie i zostaje w samych obcisłych, czerwonych majtkach i lekko zszarzałych, białych skarpetkach. Przebiera z nogi na nogę, wbijając wzrok w sufit.

– Rozbierz się – powtarza spokojnie Ojciec.

– Nie… Nie, proszę, ja nie…

Młotek – błyskawicznie wyciągnięty z prawej kieszeni kurtki, tej samej kieszeni, w której Ojciec cały czas trzymał rękę – miażdży duże palce u stóp i Arkadiusz się przewraca. Wyje. Marcinowi wydaje się, że wyje jak wilk, choć nigdy takiego nie słyszał. Szara masa w rogu sali faluje i piszczy głosem rozjechanego kundla. Rafał myśli teraz o Spike'u i w przypływie szaleństwa lub dobroci ma nadzieję, że pies nie piszczał, gdy umierał. Pochowam go, pochowam, sprawię piękny pogrzeb, godny takiego wspaniałego zwierzęcia, myśli.

Arkadiusz nie potrafi utrzymać się na nogach i leży nago przed pozostałą trójką. Nie myśli o wstydzie ani o tym, żeby nie patrzeć im w oczy. Zrozumiał, że nie uciekną, że uratować może ich tylko cud, a cudów nie ma, tak jak wytrysku. Pochlipuje i boli go brzuch.

– Ty – wskazuje na Rafała Ojciec.

Spike znika, tak jak jego oko, cały proces myślenia chłopca koncentruje się na powolnym, dokładnym rozbieraniu – byle tylko zyskać trochę czasu, byle tylko zyskać trochę czasu. Przecież ktoś musi się w końcu zjawić!

Maciek próbuje odkleić z parkietu luźną klepkę. Jeszcze nie wie, co z nią zrobi, ale zawsze to jakaś broń. Jeśli tylko ten facet odwróci się tylko na chwilę i da mu tylko sekundę na działanie…

Kolejne jeansy, rozszerzane u dołu – takie są teraz modne – lądują na ziemi, w ślad za nimi frunie koszulka z bardzo lekkiego materiału i mija trochę czasu nim opada bez sił. Rafał zupełnie irracjonalnie wspomina mamę, która powtarzała mu, że zbyt cienko się ubrał, zdecydowanie zbyt cienko, jak na taką pogodę; raz pada śnieg, raz świeci słońce.

– Siadaj koło niego – mówi Ojciec, wyciągając palec w kierunku trzęsącego się Arkadiusza.

Okaleczony chłopiec leży z otwartymi ustami, z których sączy się ślina; krew ze zmiażdżonych dużych palców tworzy czerwoną kałużę – pozostałe ma zakrzywione, jak małe szpony, jak palce Błogosławionej Ani o Naszyjniku z Powroza.

– Niech pan da nam spokój! To nie nasza wina! Nie nasza wina! – Kasia wpada w panikę, wstaje i cały czas krzyczy – Nie nasza wina, nie moja wina!

Teraz już w ogóle nie kontroluje organizmu i strużki moczu pędzą na wyścigi wzdłuż nóg – nie tak długich ani zgrabnych jak Ani, za to na pewno dokładniej wydepilowanych. Strach sprawia, że zapach amoniaku wydaje się być jeszcze bardziej kwaśnym i Marcin nie wytrzymuje – wymiotuje przed siebie, łapiąc się za gardło i tocząc wokół przerażonym wzrokiem. Serce wariuje mu w piersi.

Na klamce zawisa krótki sznur, na sznurze niemowlę, jeszcze całe w krwi – Ojciec pamięta dobrze to pomarszczone, pulchne ciało, wszak ani na sekundę nie opuścił sali porodowej. Była brzydkim dzieckiem, ale w teście Apgar

(Test dla noworodków, czy oni powariowali, świat jest do dupy, świat jest szalony)

dostała dziesięć punktów i to było najważniejsze, tak jak teraz najważniejszym było, by wszyscy zapłacili za cierpienie Ani.

Uderza Kasię równie odruchowo, jakby odganiał muchę zakłócającą poobiednią drzemkę. Kasia upada, ciężej niż mucha. Płód na klamce zaczyna dygotać, trząść się, niczym pies podniecony myślą o spacerze. Wtedy Maciek nachyla się do Marcina.

– Wstań, kiedy ci powiem.

– Co? Zwariowałeś, przecież on…

– Kurwa. Po prostu wstań, krzyknij. Zrób coś.

I Marcin wstaje. I stoi, wygląda jak karykatura greckich rzeźb o idealnych proporcjach.

– Usiądź – mówi Ojciec i przygładza sobie włosy.

Oczy uciekają mu w kierunku drabinek – sznury wrzynają się w szyję Ani ubranej w pierwszy kostium kąpielowy; w szyję Ani, która poszła ubrana w czystą, niewinną biel do pierwszej komunii; w szyję Ani z wczoraj. Ale Marcin wciąż stoi i kiedy Ojciec zaczyna się zbliżać – jak wolno idzie, jak wolno idzie – Maciek skacze w jego kierunku i powala oszalałego z rozpaczy mężczyznę na podłogę.

– Pomóżcie mi! – wrzeszczy.

Mimo to nikt nic nie robi – szara masa wciąż kłębi się przerażeniem, a winni czekają, wciąż czekają na cud, wierząc, że wydarzy się bez ich pomocy; cud się dokonuje, objawia w ciemnoczerwonej aureoli, która w ułamku sekundy pojawia się chaotycznym rozbryzgiem wokół głowy Maćka. Cisza z powrotem pożera to, co przed chwilą wypluła.

 

Ojciec ustawia dzieci w rządku – jedno obok drugiego, na kolanach. Wszystkie nagie, przerażone, tak bardzo przypominające Anię z wczoraj, sprzed miliona lat.

Staje za Arkadiuszem; Arkadiusz jest pierwszy i nie mruga już od paru minut. Chyba znajduje się gdzieś indziej, ale tego nikt nie wie. Marcinowi zaczynają drżeć wargi, potem słychać jękniecie, ale tak naprawdę to jęknięcie jest chichotem. Śmieje się, bo myśli sobie, że

(„pac, pac, pac,

tłusty, różowy grad")

„Wyspa dzieci" to piosenka o czymś zupełnie innym niż mu się wydawało…

 

I wkrótce zostaje już tylko topniejący śnieg Spike bez oka odtwarzacz VHS z zepsutymi klawiszami parę rozesłanych zdjęć sto sześć modeli na półkach batoniki w bocznej kieszonce plecaka sukienka z pierwszej komunii światła lewitujące nad chodnikami słuchawki położone obok komputera ludzie którzy się śmieją i ci którzy mają to gdzieś. I jest tego zbyt wiele, i nikt już nie potrafi powiedzieć, kto płacze, kto umarł, a kto krzyknął na tyle głośno, by zostać zbawionym.

 

Koniec

Komentarze

Ukłony jako wyraz uznania.

Gdyby nie zbyt rozwlekła i infantylnie brutalna końcówka (psująca nieco wrażenie po poprzednich, oszczędnych i poetyckich akapitach) opowiadanie byłoby znakomite

Ale i tak jest bardzo dobre.

I ja także się ukłonię :)

I czapką podłogę zamiotę.

Widzę, że Tu sobie w komentarzach kolejne opowiadanie tworzycie :). Dziękuję, cieszę się, że się podobało - mimo infantylnie brutalnej końcówki ;).

@ Adam
Nie spodziewałem się akurat uznania z Twojej strony(wiem, że nie przepadasz za "brutalnymi" opowiadaniami), przez zaskoczenie jest mi jeszcze bardziej miło. 

Zależy, o czym i jak piszesz. Z głową, sensem --- brutalność może być nieodłączną składową tekstu i jego znaczenia, a wtedy ani jednego złego słowa...

Wspaniałe opowiadanie. Mocne.  Udało ci się pokazać Zło takim, jakie jest - proste, brutalne, bezsensowne. Nie ma tu wprawdzie fantastyki, ale i tak jest wyśmienite.

Opis gwałtu na Ani - jak dla mnie majstersztyk.

"Ania tańczy na sznurze." - a za to masz 6.

I, do cholery, dajcie mu w końcu to srebro!!!

Pozdrawiam

@ Adam
True.

@ Eferelin
Chyba mamy podobne "odczuwanie" zdań, bo całe to opowiadanie zaczęło się właśnie od zdania "Ania tańczy na sznurze" i bardzo długo tylko ono widniało w wordzie. I jest jednym z moich ulubionych. Cieszę się, że się podobało i doceniam petycję ;). 

oj tak, "Ania tańczy na sznurze" jest bardzo dobrym zdaniem i świetnie wkomponowanym. Też zwróciłam uwagę.
Opowiadanie jest dobre, mocne, brzmi autentycznie (nie tak dawno był przypadek podobny do opisanego - stąd inspiracja?). Świetne ujęcie psychodelicznych "Ań" na sznurze, dobrze oddaje rosnący obłęd Ojca. Jedyne, do czego bym się przyczepiła to zakończenie - zbyt rozmyte i nijakie, niepotrzebnie podsumowujące zdarzenia (mówię o fragmencie pisanym kursywą).
A, i skąd wizja pornola ze staruszką nadziewającą się na penisa w podłodze? :) Takie rzeczy to naprawdę kręcą, czy Autor wymyślił, żeby było bardziej obrzydliwie i bezsensownie? ;)

pozdrawiam

majstersztyk, po prostu majstersztyk.

Najpierw spokojnie, poetycko a potem łup!

Dla mnie bomba.

Świetne opowiadanie. "Ania tańczy na sznurze" - genialne; szalony ojciec - dobry motyw.
Surface, wyrazy szacunku ode mnie.

O, widzę, że parę nowych komentarzy się pojawiło, dzień dobry. 
Wszystkim bardzo dziękuję, że przeczytaliście opowiadanie i oczywiście za komentarze. 

Dostałeś Pan 6 i nowego fana.

Super :). Dzięki, panie Gregsterze.

Ołaaaaa. Mocne i przejmujące. Aż mnie coś zabolało w środku, kiedy dotarłam do końca. Jak najbardziej mogłoby zastąpić takie np. "Siedem miliardów wyroków" ze styczniowej NF i wiele innych "lepszych, bo drukowanych" opowiadań. Szóstka ode mnie i szacun ;)

To jest naprawdę bardzo dobre.
Przeczytałem jednym tchem i jeszcze nie mogę ochłonąć, więc nic więcej nie napiszę.
Szacunek!

Witaj!

Jak zwykle kiedy mam chwilkę czasu bawię się w wyszukiwanie na prawdę dobrych tekstów. A teksty niejakiego Surfaceofthesun to jedne z tych najlepszych, na jakie czekam, gdy przewracam pierwszą kartę każdej książki.

Pozdrawiam
Naviedzony

przeczytałam jednym tchem...przejmujące, chwyciło z gardło i zalało oczy łzami...

za gardło oczywiście...

Wbiło mnie w podłogę.

Znakomicie piszesz o okropnych sprawach.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Doskonały tekst.

No, dobre.

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka