- Opowiadanie: Mandala - Gorzka osobliwość

Gorzka osobliwość

Małe pro­ble­my w nie tak da­le­kiej przy­szło­ści. Cięż­ko coś wię­cej po­wie­dzieć, bez spo­ila.
Opo­wia­da­nie było rok temu na beta li­ście. Wtedy be­to­wał mor­te­cius, głów­nie me­ry­to­rycz­nie (po­now­ne po­dzię­ko­wa­nia!). To pierw­sze wy­nu­rze­nie na stro­nie. Mam na­dzie­ję, że opo­wia­da­nie kogoś ucie­szy. (/edit/ ucieszy na niebiesko ;) )

 

Dzię­ki za czas/chęci/ko­men­ta­rze i po­zdra­wiam.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Gorzka osobliwość

Wszy­scy czu­li­śmy, że nas oszu­ka­no. Wcze­śniej czy póź­niej każdy w swoim życiu dał się na­brać, że miał tu coś do ga­da­nia, że mimo iż wiel­ka hi­sto­ria świa­ta to­czy­ła się ma­je­sta­tycz­nym kołem, my, małe try­bi­ki, wpły­wa­li­śmy ja­kimś cudem na jej ko­smicz­ny rytm.

***

 

– Cześć, bab­ciu. Przy­nio­słam ci po­wi­dła – mówię, kła­dąc szkla­ny po­jem­nik na przy­kry­tym ko­ron­kową ser­we­tą sto­li­ku. Na­ło­ży­łam na na­kręt­kę ka­wa­łek nie­bie­skiej ście­recz­ki i za­wią­za­łam ją sza­rym sznur­kiem. Wszyst­ko tak, jak pa­mię­tam, że sama ro­bi­ła.

– Sama ro­bi­łaś?

– Tak. Nie znaj­dziesz teraz do­bre­go dżemu.

– Ach tak, mó­wi­łaś. Wiele nie wy­cho­dzę.

– A mo­gła­byś.

– A po co? Wy­star­czy mi, co opo­wia­dasz. Świat sta­nął na gło­wie! – mówi ner­wo­wo, pod­nie­sio­nym tonem. Nie lu­bi­ła zbli­żać się do gra­ni­cy swo­jej małej bańki kom­for­tu. Szyb­ko się uspo­ka­ja. Wraca do sta­łe­go trybu.

– Skocz ko­cha­na po ły­żecz­ki. Spró­bu­je­my two­jej mar­mo­lad­ki. To tru­skaw­ka?

– Po­ziom­ka – od­po­wia­dam.

– Po­ziom­ka? Skąd wzię­łaś?

– Po­sa­dzi­łam, nie ma już świe­żych owo­ców…

– Tak, tak, mó­wi­łaś.

Sie­dzi­my chwi­lę w ciszy. Pa­trzę przez okno, jak jakiś na­rwa­niec wjeż­dża w ba­rie­rę na­prze­ciw­le­głe­go pię­tra. Ob­li­zu­ję sta­lo­wą ły­żecz­kę z resz­tek dżemu i po­dzi­wiam drony po­ża­ro­we w akcji. Wrzu­ca­ją de­li­kwen­ta w bańkę uspo­ka­ja­ją­cą. Miota się w niej chwi­lę, naj­wy­raź­niej mocno odu­rzo­ny, po czym za­sy­pia na prze­źro­czy­stej, bą­bel­ko­wej otu­li­nie. Bab­cia nie widzi tego co ja. Po­dzi­wia ma­je­sta­tycz­ne góry Szwaj­ca­rii. Le­karz uznał, że szok mógł­by jej za­szko­dzić. Kładę ły­żecz­kę z po­wi­dła­mi na czyt­ni­ku, żeby mogła ich spró­bo­wać.

– Bar­dzo smacz­na, za dużo cukru, ale dalej dobra.

– Na­stęp­nym razem dam mniej.

– Oj tam, nie su­ge­ruj się moim gu­stem. Jak kto lubi, ko­cha­na, jak kto lubi.

Pa­trzę na korek i sta­ram się nie my­śleć, że zaraz będę w nim stać. Za oknem babci na tle prze­su­wa­ją­cych się nad gó­ra­mi chmur prze­la­tu­je klucz dzi­kich gęsi.

– Bab­ciu, je­steś szczę­śli­wa? – pytam, bo nigdy nie wiem.

– Tak, je­stem za­do­wo­lo­na ze swo­je­go życia.

– Ni­cze­go ci nie trze­ba?

– A czego mi może być po­trze­ba, ko­cha­na? Mam nową książ­kę. Tu zo­bacz, ro­bót­ka dla Laury, pra­wie skoń­czo­na.

Sta­ran­nie wy­ple­cio­na dzie­cię­ca huś­taw­ka wisi bier­nie na re­ali­za­to­rze. Ide­al­ny po­dwój­ny splot al­pej­ski. Per­fek­cyj­ne ba­weł­nia­ne frę­dzel­ki dyn­da­ją u każ­de­go rogu. Włócz­ka kosz­to­wa­ła ma­ją­tek. Więk­szość pre­zen­tów zmu­szo­na je­stem roz­pla­tać do ko­lej­ne­go użyt­ku. Bab­cia za­czy­na się nie­po­ko­ić, gdy bra­ku­je ma­te­ria­łów. Za­wsze musi być czymś za­ję­ta.

– Jest ślicz­na – po­twier­dzam. – Ale nie by­wasz sa­mot­na? Nie chcia­ła­byś wyjść na ze­wnątrz?

– A gdzie mia­ła­bym iść? Moich już dawno nie ma. Wszę­dzie tylko mło­dzi lu­dzie i dziw­ne miej­sca.

– Po­zna­ła­byś kogoś no­we­go, kogoś w swoim wieku.

– W moim wieku? W moim wieku wy­star­cza mi to­wa­rzy­stwo, jakie mam. Twoje od­wie­dzi­ny, cza­sem za­dzwo­ni Kry­sia, prze­glą­dam zdję­cia od Jacka. Nie je­stem sa­mot­na. Bar­dzo dobre te tru­skaw­ki.

– Po­ziom­ki. Sama sa­dzi­łam.

– Ach tak, mó­wi­łaś.

 

***

Od ma­leń­kie­go wpa­ja­no mi, że byłam świa­tu bar­dzo po­trzeb­na i py­ta­no, kim chcia­ła­bym zo­stać, gdy do­ro­snę.

– Na­uczy­cie­lem! – od­po­wia­da­ło nie­świa­do­me świa­ta dziec­ko i dalej speł­nia­ło po­kła­da­ne w nim ocze­ki­wa­nia.

Ja­kieś dzie­sięć lat temu zo­sta­li­śmy wy­klu­cze­ni. Za­kwa­li­fi­ko­wa­na do ob­ję­cia za­sił­kiem od au­to­ma­ty­za­cji za­wo­do­wej. List do­star­czył ku­rier, który też kie­dyś prze­cież był czło­wie­kiem. Tak samo windę ob­słu­gi­wał facet zwany win­dzia­rzem, kawę ręcz­nie mie­li­ła ka­wiar­ka, a roz­mo­wy łą­czy­ła pani w cen­tra­li te­le­fo­nicz­nej. Do­łą­czy­łam do klubu re­lik­tów hi­sto­rycznych. Teraz ak­tyw­ni zo­sta­li już tylko ar­ty­ści i pro­gra­mi­ści, choć oba za­wo­dy nie­bez­piecz­nie się zle­wa­ły. Au­ten­tycz­na praca była wy­ko­ny­wa­na jesz­cze gdzieś na wscho­dzie, ale wli­cza­jąc koszt re­lo­ka­cji i prze­szko­le­nia ję­zy­ko­we­go za­ra­bia­ło się nie­wie­le wię­cej niż sie­dząc na do­ży­wot­nim za­sił­ku w Eu­ro­pie. Jakby się miało gro­mad­kę dzie­ci do ze­sta­wu z wy­klu­czo­nym za­wo­do­wo bądź nie­obec­nym part­ne­rem, za­sił­kom nie by­ło­by końca.

Nie speł­nia­m żad­ne­go z tych szum­nie ob­trą­bio­nych wy­mo­gów. Nie przy­słu­gują mi fun­du­sze so­cjal­ne. Kara za od­da­nie ka­rie­rze i ba­da­niom, albo po pro­stu za ca­ło­kształt i to praw­do­po­dob­nie słusz­na. Tyle czasu po­świę­ci­li­śmy na­ucza­jąc cudze dzie­ci, a dalej pro­du­ko­wa­li­śmy ko­lej­ne po­ko­le­nia kre­ty­nów. Czu­ję się od­po­wie­dzial­na za setki prze­pchnię­tych na za­ni­żo­nych nor­mach eg­za­mi­na­cyj­nych nie­uków, które prze­wi­nę­ły się przez naszą szko­łę.

Ale teraz skoń­czy­ło się kształ­ce­nie na­ro­du, przy­naj­mniej przez jego ży­wych oby­wa­te­li. Za­stą­pił nas ze­staw in­te­rak­tyw­nych pod­ręcz­ni­ków i zin­dy­wi­du­ali­zo­wa­ne AI, a naj­gor­sze, że fak­tycz­nie ro­bi­ło lep­szą ro­bo­tę niż banda be­to­nów z po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go. Wiecz­nie cier­pli­wy, nie­zmą­co­ny wła­sny­mi prze­my­śle­nia­mi pe­da­gog, uczą­cy się in­dy­wi­du­al­ne­go stylu my­śle­nia, do­sto­so­wu­ją­cy ma­te­riał i wie­dzę do moż­li­wo­ści i za­in­te­re­so­wań ucznia. Bez­stre­so­wy, nie­obo­wiąz­ko­wy pro­gram ogól­no­kształ­cą­cy, po który dziec­ko samo się­ga­ło, głod­ne wie­dzy. Na­uczy­ciel do­sko­na­ły. A pań­stwu już po­dzię­ku­je­my, oto dy­plom uzna­nia za dwa­dzie­ścia lat pracy i ślicz­nie pro­si­my wy­pier­da­lać.

 

***

– A więc je­steś na utrzy­ma­niu męża?

– Je­stem na za­sił­ku, bab­ciu.

– Na bez­ro­bo­ciu.

– Wy­klu­cze­nie. Nie ma już pracy w moim za­wo­dzie. Tak też było z kie­row­ca­mi, pa­mię­tasz?

– Pa­mię­tam, jak Mi­cha­sia z trasy zdję­li. Umarł od tego.

– Tata umarł na raka, bab­ciu. Parę lat póź­niej.

– Umarł od tego! Póki miał pracę, miał jakiś cel. Jego oj­ciec, póki pra­co­wał w hucie, póki miał po co wsta­wać co dzień, miał cel. Był hut­ni­kiem. Po­szedł na eme­ry­tu­rę i przez to umarł.

– Też umarł na raka, bab­ciu. Bo wdy­chał pył i kurz przez pięć­dzie­siąt lat. Lu­dzie już dawno nie pra­cu­ją w ta­kich wa­run­kach.

– W ogóle nie pra­cu­ją! W du­pach się po­przew­ra­ca­ło!

– Takie czasy, bab­ciu. Nie ma pracy.

– Paweł jakoś ma.

– Mó­wi­łam ci, ma szczę­ście.

 

***

Sta­ram się wsta­wać, zanim mój mąż się obu­dzi, żeby mieć chwi­lę dla sie­bie. Z wy­bi­ciem dzie­wią­tej gra­fik przej­mie kon­tro­lę nad na­szym ży­ciem. Sys­tem przy­znał mi pracę za­stęp­czą na za­sił­ku – asy­stent pro­gra­mi­sty, czyli tłu­ma­cząc z mięk­kie­go – go­spo­sia. Mój sze­ścio­go­dzin­ny dzień pracy ma trzy dwu­go­dzin­ne mo­du­ły, w trak­cie któ­rych ocze­ki­wa­no, że zre­ali­zu­je po­wie­rzo­ne mi za­da­nia o wy­szu­ka­nych na­zwach. Obej­mo­wa­ły one przy­go­to­wa­nie na­rzę­dzi i po­wierzch­ni ku­chen­nych, wybór i opra­wę pro­duk­tów spo­żyw­czych, przy­go­to­wa­nie po­sił­ków, oczysz­cze­nie sta­no­wi­ska pracy, etc. Wszyst­ko brzmia­ło pięk­nie na pa­pie­rze sta­no­wią­cym umowę o pracę za­stęp­czą za naj­niż­szą kra­jo­wą. W rze­czy­wi­sto­ści przez sześć go­dzin dzien­nie słu­cha­łam pod­ca­stów pa­trząc na pracę ro­bo­tów ku­chen­nych, zwią­za­na z wła­snym mał­żon­kiem pro­fe­sjo­nal­nym kon­trak­tem słu­żal­czym. We­dług babci nie pra­co­wa­łam wcale.

 

***

– A gdzie męża po­dzia­łaś?

– Pra­cu­je, bab­ciu.

– To czemu nie sie­dzisz z nim?

– Ma dru­gie­go asy­sten­ta.

– Inna baba mu go­tu­je?

– Pod­pię­li­śmy To­ma­sza do firmy, żeby miał ubez­pie­cze­nie. Paw­ło­wi przy­słu­gu­je dwóch asy­sten­tów w sys­te­mie, więc wy­mie­nia­my się co drugi dzień. Mam wię­cej czasu dla sie­bie.

– To­masz? A co on robi?

– Kawę głów­nie i od­grze­wa go­to­we. Cały czas stara się do­stać do pro­gra­mu.

– Nie dość, że leń, to jesz­cze bez pracy.

– Pra­cu­je, bab­ciu, cięż­ko, tylko nie za­ra­bia w euro.

– Co go bro­nisz? Sie­dzi ci facet w domu.

– Mamy duży dom, bab­ciu.

– Bo dzie­ci nie macie, tak to byś nie miała czasu na takie pier­do­ły.

Prze­mil­czę. Zjem wię­cej dżemu. Po­pa­trzę przez okno. Zaraz prze­cież za­cznie­my roz­mo­wę od nowa.

 

***

Do śnia­da­nia łykam ta­blet­ki, które przy­cho­dzą pocz­tą. Ska­ner do­sto­so­wu­je le­cze­nie pod­czas snu, re­cep­ty re­ali­zu­je ap­te­ka na pię­trze i parę chwil póź­niej pa­czusz­ka lą­du­je w na­szym okien­ku. Hor­mo­ny, su­ple­men­ty, can­na­bis i garść an­ty­de­pre­san­tów – milk­sha­ke ide­al­nej pani domu.

Nie chcę już nic po­dej­rze­wać, grzecz­nie łykam ta­blet­ki w wy­zna­czo­nej ko­lej­no­ści i za­pi­jam cie­płą, słod­ką wodą. Zaraz czas do ro­bo­ty. Nie mogę sobie po­zwo­lić na ko­lej­ne żą­da­nie, bo od­bio­rą mi za­si­łek i nie bę­dzie już żad­nych po­wi­deł, ani sznur­ków, nie bę­dzie okna na Szwaj­ca­rię. Prze­łą­czą bab­cię na pro­gram so­cjal­ny od­po­wia­da­ją­cy stan­dar­do­wi jej życia i będę zmu­szo­na od­wie­dzać ją w tej śmier­dzą­cej faj­ka­mi norze, w któ­rej miesz­ka­li z dziad­kiem i pa­trzeć, jak buja się w cia­snej kuch­ni w przód i w tył na skrzy­pią­cym krze­śle. Pod­no­szę się, na­sta­wiam wy­kład z li­te­ra­tu­ry i włą­czam ka­wiar­kę. Wsta­waj­cie, dziew­czy­ny, już czas. Zaraz obu­dzi się nasz klient, nasz pan.

Paweł budzi się w ty­go­dniu na au­to­ma­cie. Mówi, że w ten spo­sób oszczę­dzi czas na fi­zycz­ne pier­do­ły. Żar­tu­ję cza­sem, żeby przy­pad­kiem nie zauto­ma­ty­zo­wał na­sze­go seksu, ale on się jakoś nie śmie­je. Przy­naj­mniej nie tyle, co wcze­śniej. Na­le­ga­łam, żeby ćwi­czył, więc usta­wił sobie po­ran­ny pro­gram na trzy­dzie­sto­mi­nu­to­wy tre­ning i dru­gie trzy­dzie­ści na postspor­to­we ablu­cje. O 8:55 zej­dzie z au­to­ma­tu i wtedy za­cznie się nasz prze­wi­dzia­ny czas razem.

Wita mnie za­wsze pierw­szy. Pa­trzy mi w oczy i ca­łu­je, i wtedy wiem, że zszedł już z AI. Jest wy­so­ki, mięk­ki i jesz­cze cie­pły po ką­pie­li. Pach­nie dro­gi­mi per­fu­ma­mi. Nigdy nie wycie­ra się do sucha i za­kła­da ko­szul­kę na lekko wil­got­ną skórę. Ca­łu­je­my się chwi­lę. Schy­la się do mnie, żebym nie mu­sia­ła sta­wać na pal­cach. Prze­bie­gam pal­ca­mi mię­dzy jego mo­kry­mi wło­sa­mi i za­ha­czam o wsz­czep­kę. Lekki prze­pływ prądu wę­dru­je nam po ję­zy­kach. Prze­ry­wam pierw­sza. Goni nas gra­fik. Dziś owsian­ka, wczo­raj ja­gla­na, ja­dło­spis roz­pi­sał ska­ner. Wy­so­ko­ener­ge­tycz­na, re­gu­lar­na dieta jest nie­zbęd­na, ina­czej Paweł mógłby za­słab­nąć w pracy.

 

***

– Co mu jest?

– Jest w pracy, bab­ciu.

– To ile on pra­cu­je?

– Dwa­na­ście go­dzin.

– Matko Boska, za­pra­cu­je się na śmierć.

– Za­baw­ne, że to mó­wisz. Po czę­ści na to pró­bu­je­my oszczę­dzić.

– Głu­po­ty takie cza­sem opo­wia­dasz.

 

***

Nie jest łatwo do­stać się do pro­gra­mu. Było to tak samo od­le­głe, jak po­zy­ska­nie miesz­ka­nia na Mar­sie – obec­ny cel Pawła. Ma­rze­nie, żeby już nigdy nie od­dy­chać świe­żym po­wie­trzem, nie spoj­rzeć na błę­kit nieba, ochot­ni­czo po­rzu­cić do­bro­ci ziem­skie­go netu i przejść na do­ży­wot­nie racje ener­ge­tycz­ne w ro­dzin­nym ha­bi­ta­cie czte­ry na pięć. Oczy­wi­ście, żeby taki ha­bi­tat do­stać, trze­ba było na­le­żeć do spo­łecz­no­ści ko­lo­ni­za­cyj­nej i zde­kla­ro­wać licz­bę pla­no­wa­ne­go po­tom­stwa. Każ­de­go dnia byłam o krok bli­żej do mo­je­go pry­wat­ne­go wię­zie­nia oto­czo­ne­go czer­wo­nym pia­skiem. Ucze­pi­łam się wizji uciecz­ki od obo­wiąz­ków i ocze­ki­wań – mo­je­go bi­le­tu do wol­no­ści.

Fan­ta­zju­ję o pro­ce­sie prze­łą­cze­nia, o tym jak pod­pi­su­ję zgodę na trans­fer, świa­do­ma po­ten­cjal­nych kom­pli­ka­cji. Widzę wtedy bab­cię i lęk wpeł­za na mnie jak pająk. Szwa­gier tłu­ma­czył nie­raz, że po pierw­sze była już w za­awan­so­wa­nym sta­nie cho­ro­by, po dru­gie pro­gram, któ­re­go użyli był sprzed czter­dzie­stu lat, a po trze­cie teraz pro­ces jest tak do­pra­co­wa­ny, że tylko jedna na dzie­sięć ty­się­cy osób miała po­dob­ne kom­pli­ka­cje. Od tego w końcu było obo­wiąz­ko­we przy­go­to­wa­nie. Nie wezmą cię do pro­gra­mu jeśli nie wy­ro­bisz normy. Nie chcą prze­cież po­psuć sobie sta­ty­styk.

To­masz ca­ły­mi dnia­mi pra­co­wał nad speł­nie­niem wy­mo­gów pro­gra­mu. Sko­rzy­stał z do­fi­nan­so­wa­nia dla ar­ty­stów i wy­ku­pił pa­kiet szko­leń psy­cho­lo­gicz­nych. Co­dzien­ne le­cze­nie far­ma­ko­lo­gicz­ne, wie­lo­go­dzin­na me­dy­ta­cja na łączu, ogra­ni­cze­nie snu do czte­rech dwu­dzie­sto­mi­nu­to­wych drze­mek na dobę, no i oczy­wi­ście zbie­ra­nie ma­te­ria­łu. Na­sta­wiał ma­szy­ny i kom­po­no­wał, utwór za utwo­rem. Zgry­wał je nie­stru­dze­nie na krysz­ta­ło­we bazy w chmu­rze, a i tak sto razy wol­niej niż ro­bił­by to bez ogra­ni­czeń ciała. Pro­gra­mo­wi ar­ty­ści za­le­wa­li net pe­ta­baj­ta­mi tre­ści, two­rząc ba­rie­rę nie do prze­sko­cze­nia dla prze­cięt­ne­go sza­ra­ka.

Ta­lent grał coraz mniej­szą rolę, a wir­tu­al­ne in­stru­men­ty dawno za­stą­pi­ły praw­dzi­we. W końcu na tych dru­gich two­rzy­ło się w cza­sie rze­czy­wi­stym, coś już zu­peł­nie nie­prak­tycz­ne­go. Mu­zy­ka od­twa­rza­na w po­wie­trzu była prze­żyt­kiem. Teraz cy­fro­we ślady grały lu­dziom w gło­wach. Głów­ny­mi od­bior­ca­mi byli człon­ko­wie pro­gra­mu mo­gą­cy do­świad­czać setek al­bu­mów dzien­nie. Wielu de­cy­do­wa­ło się spę­dzić tak wiecz­ność – i czemu nie, w końcu zdąży się zro­bić w niej wszyst­ko. Prze­czy­tać wszyst­kie książ­ki, łącz­nie z tymi, które się obec­nie pi­sa­ły. Obej­rzeć wszyst­kie filmy, wszyst­kie se­ria­le i na­pi­sać parę wła­snych. Skoń­czyć ulu­bio­ne gry na wszyst­kie moż­li­we spo­so­by. Bez po­śpie­chu od­kry­wać ge­ne­ru­ją­cą się na bie­żą­co mapę fan­ta­stycz­ne­go świa­ta. Wy­spać się tak, jak na­le­ża­ło i śnić przez dzie­sięć lat albo i dłu­żej. Na wszyst­ko bę­dzie czas w pro­gra­mie.

Nie wiąże się to z fi­zycz­nym ogra­ni­cze­niem. Wręcz prze­ciw­nie, roz­sze­rza­ gra­ni­ce tego do­świad­cze­nia. Ist­nieją moż­li­wo­ści do­sia­da­nia wir­tu­al­nych ciał. Można śpie­wać gło­sem ulu­bio­ne­go cham­pio­na, tań­czyć fan­ta­zyj­nym bytem, biec jako pan­te­ra przez cy­fro­wą dżun­glę. Fi­zycz­ne pier­do­ły, czyli te do­ty­czą­ce wła­sne­go, za­pa­mię­ta­ne­go ciała pierw­sze udało się za­sy­mu­lo­wać. Od lat można zjeść do­wol­ny po­si­łek, wie­dząc, że nie był praw­dzi­wy. Co za róż­ni­ca? Sma­ko­wał tak samo, zero szans na za­tru­cie, lep­sze niż kra­dzio­ne. Bio­lo­gicz­ny mózg nie roz­róż­nia. Cy­fro­wy tym bar­dziej. Do­wol­na forma fi­zycz­ne­go do­świad­cze­nia, na którą mie­li­śmy ocho­tę jest na wy­cią­gnię­cie ręki. Nigdy wię­cej bólu, nigdy wię­cej zimna, tylko róż­no­ra­ka przy­jem­ność i na­gi­na­nie gra­nic ludz­kiej wy­trzy­ma­ło­ści w nie­skoń­czo­nej sy­mu­la­cji. Sen­sa­cje zmy­sło­we są wy­łącz­nie kwe­stią in­ter­pre­ta­cji bodź­ców, a wszyst­kie emo­cje da się upro­ścić do al­go­ryt­mów. Wy­bie­rasz, jak chcesz się czuć. Nie po­trze­bu­jesz ze­wnętrz­nej gra­ty­fi­ka­cji.

 

***

– Jak tam twoja firma?

– Za­mknę­łam. Prze­sta­ła się opła­cać, ale mam nowy pro­jekt…

– Oj ko­cha­na, a po co ci te pro­jek­ty?

– Po­trze­bu­je­my pie­nię­dzy, bab­ciu.

– Prze­cież Paweł tak do­brze za­ra­bia.

– Wszyst­ko jest dro­gie. Kosz­ty ener­gii rosną.

– Jacek mówił to samo, zanim wy­je­cha­li.

– I co tam u nich?

– Wiem tyle, co ze zdjęć. Szko­da im prądu, żeby do mnie dzwo­nić.

– Do mnie też nie dzwo­ni. Mają tam wię­zien­ne przy­dzia­ły. Po co w ogóle je­cha­li?

– Ha! Po co? A po co zo­sta­wać tutaj, ko­cha­na?

Wy­glą­dam przez okno na pę­dzą­cy do­ni­kąd tłum. Bzy­czą­ca chmu­ra ogar­nię­ta manią kon­sump­cji, fa­lu­ją­ca mo­rzem po­jaz­dów, świa­te­łek i re­klam oso­bi­stych. Ka­fej­ki, re­stau­ra­cje i skle­py z ciu­cha­mi, prze­pla­ta­ne ko­sme­tycz­ka­mi, bar­bie­rza­mi, sa­lo­na­mi spa, czy ta­tu­ażu. Wszel­kie usłu­gi dla ciała, ucie­chy mięsa. Wiecz­nie odu­rzo­na fala klien­tów prze­le­wa się przez zauto­ma­ty­zo­wa­ne lo­ka­le, uda­jąc, że po to prze­cież się żyje. Na­kła­da się na to po­wszech­ne uwiel­bie­nie seksu, pełną spo­łecz­ną to­le­ran­cję na­go­ści i za­leż­no­ści od sub­stan­cji. Na­ćpa­na, roz­go­go­lo­na rze­sza wiecz­nych za­ku­po­wi­czów. Nie, nie dzi­wię się, że wy­je­cha­li z bliź­nia­ka­mi do czer­wo­nej pia­skow­ni­cy. Tutaj nie było wa­run­ków na zdro­wy roz­wój, ani dla dziec­ka, ani dla do­ro­słe­go. Tutaj się tylko gnije.

– Wo­la­ła­byś być tam, bab­ciu?

– Nie, ko­cha­na, ale może ty byś wo­la­ła?

 

***

My­śla­łam, że go nie przyj­mą. Nie przyj­mo­wa­li chęt­nych z udo­ku­men­to­wa­nym scho­rze­niem psy­chicz­nym, a jed­nak To­masz się do­stał. Po­świę­cił pro­gra­mo­wi i le­cze­niu ostat­nie pięć lat, wy­zbył się wszyst­kie­go, co miał i, sku­ba­ny, zro­bił to – do­stał się. Wy­zna­czy­li mu datę trans­fe­ru na paź­dzier­nik. Wy­star­cza­ją­co czasu, żeby za­mknąć spra­wy bie­żą­ce. Otwo­rzy­li­śmy szam­pa­na, nawet Paweł się napił. Póź­niej po­wie­dział mi do­kład­nie, co o tym myśli, jak­bym nie wie­dzia­ła. O za­gro­że­niach, o wła­ma­niach, o za­bu­rze­niach per­cep­cji, zmia­nie lub frag­men­ta­cji oso­bo­wo­ści. Wie, co mówił. Kto, jak nie on? W końcu ob­słu­gu­je ten sys­tem.

 

***

– Zu­peł­nie was nie ro­zu­miem. Całe życie przed wami!

– Dla nie­któ­rych to speł­nie­nie ma­rzeń, bab­ciu.

– Speł­nie­nie ma­rzeń. Pie­prze­nie! Mo­że­cie je sobie speł­nić, jak bę­dzie­cie sta­rzy.

– Jeśli zgi­nie­my tra­gicz­nie…

– Oj, nikt nie ginie tra­gicz­nie. Wszy­scy umie­ra­ją dość długo i pa­skud­nie.

– Nie wszy­scy, bab­ciu. Dwa mi­lio­ny za­bi­je się jesz­cze do końca tego roku…

– Banda nie­udacz­ni­ków.

Za­py­cham usta ko­lej­ną por­cją dżemu. Drugą ły­żecz­kę kładę na czyt­ni­ku. Zaraz za­czną się Kry­mi­nal­ni, ci sami, co wczo­raj – nie­waż­ne. Wsta­ję za­pa­rzyć her­ba­tę. Za­zna­czam w pro­gra­mie kawę dla babci. Dwie łyżki czar­nej sy­pa­nej za­la­ne na trzy czwar­te kubka. Po­dzi­wiam zło­żo­ność kodu pro­wa­dzą­ce­go me­cha­nizm sy­mu­la­cji. Może Paweł go pisał? Bab­cia mie­sza swoją kawę. Cie­szy się jej aro­ma­tem, po­dzi­wia tań­czą­ce w ce­ra­micz­nym kubku spi­ra­le. Co za róż­ni­ca?

 

***

To­masz wy­ło­żył nam plan swo­ich ostat­nich chwil dość do­bit­nie: zwal­nia się z pracy, sprze­da­je cały sprzęt i rusza na wschód. By­li­śmy mile wi­dzia­ni, ale oczy­wi­ście wiedział, że nie po­je­dzie­my. Oszczę­dza­my. Paweł po­kle­pał brata po ple­cach, ży­czył sze­ro­kiej drogi i za­żar­to­wał, żeby spró­bo­wał jed­nak wró­cić żywy, bo ina­czej trud­no bę­dzie go zgrać.

Dla mnie jest to naj­głup­szy z po­my­słów. Je­chać gdzieś z to­boł­kiem pie­nię­dzy i gi­ta­rą na ple­cach, tułać się, jak Cygan po świe­cie sza­leń­ców. Bez żad­ne­go ubez­pie­cze­nia, bez środ­ka trans­por­tu, bez siat­ki zna­jo­mych. Bez sensu.

 

***

Do­pie­ro ta in­for­ma­cja ode­rwa­ła ją od ekra­nu. Udało mi się wy­grać z Kry­mi­nal­ny­mi.

– Kiedy wy­je­chał?

– Ponad dwa mie­sią­ce temu.

Bab­cia kiwa głową, jakby była to jakaś oczy­wi­sta praw­da i po­cią­ga łyk kawy.

– Da­le­ko był?

– Gdzieś pod Mo­skwą.

– I co dalej?

– Nie wiem.

 

***

Zda­wa­ło się, że cze­ka­li­śmy wiecz­ność na ku­rie­ra, a potem zaraz było już po wszyst­kim. Przy­wieź­li pro­chy opa­ko­wa­ne­ w czar­ną otu­li­nę. Pu­deł­ko za­gra­ło po­sęp­ną pieśń po otwar­ciu. Urnie to­wa­rzy­szy­ła druga pacz­ka z rze­cza­mi oso­bi­sty­mi. Ubra­nia, ska­ner i ja­kieś dro­bia­zgi, pa­miąt­ki z po­dró­ży. Gi­ta­ra zo­sta­ła skra­dzio­na pod­czas na­pa­ści. Znaj­do­wa­ła się w ewi­den­cji ja­kiejś mo­skiew­skiej ko­men­dy. Spraw­com za­są­dzo­no po za­strzy­ku. Mieli po dwa­dzie­ścia lat. Mogli być moimi ucznia­mi. Nie­uda­nym po­ko­le­niem.

Na­stęp­ne­go dnia ska­ner włą­czył mi do le­cze­nia uspo­ka­ja­cze. Przy­dzie­lo­no nam dwa ty­go­dnie płat­ne­go urlo­pu. Mie­li­śmy wy­je­chać, ale potem przy­szedł ra­chu­nek. To­masz prze­lał więk­szość oszczęd­no­ści na konto ocze­ku­ją­ce go w pro­gra­mie, a resz­tę wy­pła­cił w euro na po­dróż. Oszczęd­no­ści, które miały do­star­czyć tyle cie­le­snych ra­do­ści, za­gwa­ran­to­wa­ły mu szyb­ką śmierć. Je­że­li po­li­cja zna­la­zła skra­dzio­ną sumę, przy­zna­ła sobie stu­pro­cen­to­we zna­leź­ne. Do nas przy­je­cha­ła je­dy­nie urna, ster­ta ciu­chów i fak­tu­ra za po­chó­wek.

Jakiś czas póź­niej Paweł otrzy­mał spa­dek po bra­cie. Jego konto w pro­gra­mie i kon­trakt z Cre­ati­ve­AI na zgra­nie do­tych­cza­so­wej twór­czo­ści To­ma­sza do ich ge­ne­ra­to­ra. Naj­wy­raź­niej mie­li­śmy wy­star­cza­ją­co ma­te­ria­łu, żeby na­uczyć AI po­wie­lać jego uni­kal­ny styl. Ich en­cy­klo­pe­dia za­wie­ra­ła ty­sią­ce sper­so­na­li­zo­wa­nych pro­gra­mów od­twa­rza­ją­cych prace zmar­łych ar­ty­stów. Go­ethe wciąż pisał ręcz­nie rzew­ne wer­se­ty, pro­gram Szym­bor­skiej zwie­lo­krot­niał jej do­ro­bek każ­de­go dnia, Pi­cas­so ma­lo­wał por­tre­ty ce­le­bry­tów usta­wio­nych w gra­fi­ku na przy­szły rok. Ar­ty­ści nigdy nas tak na­praw­dę nie opusz­cza­ją. Pod­pi­sa­li­śmy, gdzie pro­si­li. To­masz by tego chciał.

 

***

– Mamy teraz do­stęp do konta To­ma­sza.

– Co to zna­czy, ko­cha­na?

– Że po speł­nie­niu wy­mo­gów mo­gła­bym się do­stać do pro­gra­mu na jego koszt.

– Wi­dzisz, masz, czego chcia­łaś. Wy­śpisz się kie­dyś na sta­rość.

Dżem się już dawno skoń­czył, ale udaję, że ob­li­zu­ję ły­żecz­kę. Nie było po­trze­by się teraz tłu­ma­czyć – bab­cia nie zro­zu­mie, nawet nie za­uwa­ży. Wszy­scy tu byli obłą­ka­ni ży­ciem, wie­rzy­li w wy­jąt­ko­wość bio­lo­gicz­ne­go ist­nie­nia, kiedy nie ro­bi­ło to żad­nej róż­ni­cy, a je­dy­nym celem tego cier­pie­nia była ba­nal­na pro­kre­acja. Two­rze­nie no­wych bio­lo­gicz­nych bytów. Po­wo­ły­wa­nie do życia ko­lej­ne­go stra­co­ne­go po­ko­le­nia. Bez­czyn­nych i bez ja­sne­go celu, za­bez­pie­czo­nych so­cjal­ną otu­li­ną i ob­słu­gi­wa­nych przez au­to­ma­ty. Jak cho­mi­ki w pla­sti­ko­wych kul­kach tur­la­ją­ce się po otwar­tej prze­strze­ni. Mogą zro­bić, co chcą, ale nigdy nie będą wolni.

 

***

– Muszę już iść, bab­ciu.

– Jasne, ko­cha­na. Przyj­dziesz jutro?

– Po­sta­ram się.

Wy­cho­dzę w mokry wie­czór i na­cią­gam koł­nierz na uszy. Nie we­zwa­łam trans­por­tu. Piszę do Pawła, że się spóź­nię i wy­łą­czam lo­ka­li­za­tor. Wiem, że ot tak mnie nie wezmą. Nie z moją hi­sto­rią me­dycz­ną. Zanim zdo­łam prze­sko­czyć szko­le­nie, Paweł dawno za­ła­twi nam miej­sce w czer­wo­nej pia­skow­ni­cy. Gdzieś obok Jacka i jego żony.

Prze­glą­dam ofer­tę au­to­ma­tu. Wy­bie­ram po­czci­wy pa­ra­ce­ta­mol, do­brze się zmie­sza z uspo­ka­ja­cza­mi. Cho­wa­łam ta­blet­ki przez kilka ty­go­dni. Po­win­no wy­star­czyć. Po­cze­kam chwi­lę, zanim zgło­szę się na ostry dyżur. Wą­tro­ba roz­pa­da się ja­kieś trzy dni. Dru­gie­go mają obo­wią­zek roz­po­cząć zgry­wa­nie. Po­win­no się udać. Na styk.

 

***

Otwie­ram oczy i nie czuję bólu. Jest lekko i jasno. Paweł sie­dzi na kra­wę­dzi łóżka i ob­ser­wu­je mnie z uwagą, tak, jak to robi, gdy jest ze­stre­so­wa­ny.

– Jak się czu­jesz?

Pró­bu­ję wy­mam­ro­tać od­po­wiedź, ale nie czuję ust.

– Mo­żesz mieć trud­no­ści z mo­to­ry­ką. Mru­gnij, jeśli mnie ro­zu­miesz.

Myślę, że mru­gam.

– Udało się, ko­cha­nie. Wszyst­ko bę­dzie do­brze. Zo­bacz.

Wska­zu­je jakąś ja­sność na prawo.

– Pięk­ne, praw­da? Nie­skoń­czo­ne moż­li­wo­ści na wy­cią­gnię­cie ręki. Długo spa­łaś. To ponoć nor­mal­ne. Nie­dłu­go wróci ci czu­cie.

Mru­gnę­łam?

– Bab­cia? Nic się nie martw, zo­ba­czysz ją, jak wró­cisz do formy. Od­po­czy­waj, ko­cha­nie.

Ca­łu­je mnie w czoło i wy­cho­dzi. Sta­ram się sku­pić na pa­skud­nej, po­ma­rań­czo­wej ja­sno­ści, wbi­ja­ją­cej mi się szpil­ka­mi w źre­ni­ce. Z kłu­ją­cej plamy wy­ła­nia się pro­sto­kąt­ne okno. Po­dwój­na szyba za­gi­na świa­tło z ze­wnątrz. Ból wraca wraz ze świa­do­mo­ścią ciała. Ma­szy­na pika dwa razy i apli­ku­je za­strzyk. Mor­fi­na wlewa się do krwi, wy­ci­sza pa­ni­kę. Co za róż­ni­ca?

Czer­wo­ne wydmy uśmie­cha­ją się szy­der­czo z pro­sto­ką­tnego okna na­sze­go ha­bi­ta­tu.

– Witaj w domu, Lauro.

Koniec

Komentarze

Hej!

 

Kładę łyżeczkę z powidłami na czytniku, żeby mogła ich spróbować.

To babcia jest gdzieś daleko i smak jest przekazywany przez medium, jak wizja i dźwięki?

Skrzętnie wypleciona dziecięca huśtawka wisi biernie na realizatorze

Nie jestem pewien czym jest realizator, ale brzmi jak element ze świata przyszłości. Jakiś projektor?

Teraz aktywni zostali już tylko artyści i programiści, choć oba zawody niebezpiecznie się zlewały. Autentyczna praca była wykonywana jeszcze gdzieś na wschodzie, ale wliczając koszt relokacji i przeszkolenia językowego zarabiało się niewiele więcej niż siedząc na dożywotnim zasiłku w Europie.

Prawdopodobna wizja przyszłości, patrząc dokąd zmierza polityka zachodnich “welfare states”.

Rozłożono mój sześciogodzinny dzień pracy na trzy dwugodzinne moduły, w trakcie których wyznaczono mi konkretne zadania o wystawnych nazwach.

Tak, chyba idzie w stronę sześciogodzinnych dni pracy.

Hormony, suplementy, cannabis i garść antydepresantów – milkshake idealnej pani domu.

Też trafione w punkt, imho, nie tylko dla pani domu. indecision

post–sportowe ablucje

Moja wyobraźnia się w tym momencie pogubiła… :) Prysznic po treningu? ;)

Wędruję palcami między jego mokrymi włosami i trafiam na wszczepkę. Lekki przepływ prądu wędruje nam po językach. Przerywam pierwsza.

Lekko cyberpunkowe, fajne.

wczoraj jaglana,

Superfood. :)

Nie łatwo dostać się do programu

Nie mam pewności, ale w tym kontekście chyba “niełatwo”. Bezpieczniej byłoby napisać “Nie jest łatwo”.

Zgrywał je niestrudzenie na kryształowe bazy w chmurze, a i tak sto razy wolniej niż robiłby to bez ograniczeń ciała. Programowi artyści zalewali net petabajtami treści, tworząc barierę nie do przeskoczenia dla przeciętnego szaraka.

Ciekawa koncepcja artysty.

Wielu wybierało spędzać tak wieczność – i czemu nie, w końcu zdąży się zrobić w niej wszystko. Przeczytać wszystkie książki, łącznie z tymi, które się obecnie pisały. Obejrzeć wszystkie filmy, wszystkie seriale i napisać parę własnych. Skończyć ulubione gry na wszystkie możliwe sposoby.

No tak, bo i czym mieliby zajmować się ludzie, którym zapewniono warunki przeżycia, jak nie hurtową konsumpcją kultury.

Wyglądam przez okno na pędzący donikąd tłum. Bzycząca chmura ogarnięta manią konsumpcji, falująca morzem pojazdów, światełek i reklam osobistych. Kafejki, restauracje i sklepy z ciuchami, przeplatane kosmetyczkami, barbierzami, salonami spa, czy tatuażu. Wszelkie usługi dla ciała, uciechy dla mięsa. Wiecznie odurzona fala klientów przelewa się przez zautomatyzowane lokale, udając, że po to przecież się żyje. Nakłada się na to powszechne uwielbienie seksu, pełną społeczną tolerancję nagości i zależności od substancji. Naćpana, rozgogolona rzesza wiecznych zakupowiczów.

Sugestywne.

Paweł już dawno załatwi nam miejsce w czerwonej piaskownicy.

Czerwone wydmy uśmiechają się szyderczo z szarego prostokąta okna naszego habitatu.

– Witaj w domu, Lauro.

Mars był jej domem, czy przenieśli się tam z Pawłem?

 

Wizja przyszłości, gdzie emocje ludzi są kontrolowane, a oni sami tracą kontakt z rzeczywistością przywodzi na myśl “Nowy wspaniały świat” Huxleya. Jednak w Twoim opowiadaniu więcej jest “umocowania” w obecnej rzeczywistości, jest to jakby ekstrapolacja tego co już teraz widzimy: państwo coraz bardziej opiekuńcze, rosnąca rola artystów wspomaganych przez “generative design”, gdzie rola AI staje się znacząca, odcięcie ludzi od ich naturalnego środowiska i biologicznego rytmu, poczucie związanego z tym bezsensu i jałowości istnienia – nic od ludzi tak naprawdę nie zależy (co sugerujesz już w pierwszych zdaniach opowiadania). W konsekwencji narastająca fala samobójstw. Jednym słowem, realistycznie odmalowana, dystopijna wizja przyszłości.

Bardzo dobrze się czytało, dialogi naturalne, detale (jak słoiczek z niebieskim materiałem itp), budują klimat. Opowiadanie zasługuje na bibliotekę.

Niepokojące. Drażniące. Dołujące, bo możliwe do zrealizowania się w realu w przyszłości.

Podobało mi się. Dobrze się czytało. Niepokojące, bo tak prawdopodobne! 

Cała sytuacja z babcią dobrze zarysowana i bardzo sugestywna, dobre dialogi. Muszę przyznać, że przypominała mi scenę z dżemikiem w Seksmisji. Czyżby była twoją inspiracją? :)

 

wyznaczono mi konkretne zadania o wystawnych nazwach

Może lepiej “wyszukanych”?

 

Nie łatwo dostać się do programu.

“Nie jest łatwo dostać się” lub “Niełatwo dostać się…”

 

 

 

Jeśli mieszkańcy są regularnie skanowani i podawane są im odpowiednio dobrane leki, to dlaczego bohaterce było tak łatwo się zatruć? Skaner nie zauważył tak poważnych zmian w wątrobie? 

 

No i trochę się pogubiłam w tych wszystkich “programach” – czy dostanie się do programu (byt wirtualny?) to to samo, co wyprawa na Marsa? A jeśli są to dwie różne opcje, np. trasfer do bytu wirtualnego (”program”, “transfer”), a inna opcja to zamieszkanie na Marsie (”program kolonizacyjny”), to myślę, że trzeba to lepiej wyklarować. Trochę za dużo tego “pogramu” przewija się w różnych konfiguracjach.

Czy dobrze zrozumiałam, że bohaterka nie chciała przenieść się na Marsa (czego chciał jej mąż), a zamiast tego wolała przenieść się w byt wirtualny, ale jej się nie udało i ostatecznie i tak wylądowała na Marsie? 

Hey, dziękuję wszystkim za komentarze i śpieszę z odpowiedziami :) uwaga dla nieczytających będą SPOILE.

 

kronos.maximus dziękuję za czas i rozległy komentarz!

 Blisko, blisko :) Babcia fizycznie nie żyje. Została zgrana pod koniec swojego życia (ponad 30 lat przed akcją opowiadania) za pomocą jednego z pierwszych interfejsów człowiek-maszyna. Będąc zgrywana cierpiała już na zaawansowago Alzheimera. Laura, nasza bohaterka była wtedy jeszcze małym dzieckiem. Czytnik zezwala na przekazywanie smaku i zapachu do zgranej do chmury osobowości. Realizator zastępuje dłonie i pozwala babci tworzyć na szydełku w rzeczywistym świecie. Jest tego wszystkiego nieświadoma. Dla niej została na starość wysłana do domu opieki w Szwajcarii po śmierci syna (Michała, ojca Laury) i wyjeździe wnuka (Jacka, brata Laury) na Marsa.

Z tymi post sportowymi ablucjami może faktycznie przesada, ale miało służyć, jako przedrzeźnianie tego jak mąż Laury (Paweł), rozdarty między światem wirtualnym a rzeczywistym, mówi o rzeczach tak naturalnych jak prysznic.

 

Jaglana superfood for ever! :) Mój dziadek zawsze marudził, żeby mu nigdy nie dawać jaglanej, bo już w wojsku się jej najadł i dziękuje bardzo. Stąd stanowi dla mnie wieczny symbol czegoś, co się je, choć się nie chce.

 

Mieszkają na Ziemi, ale Paweł marzył żeby wyprowadzić się na Marsa, jak to mówi Laura “do czerwonej piaskownicy”. Laura jednak nie chce mieć dzieci, rodzić nowych pokoleń w społeczności kolonizacyjnej. Marzenie jej męża, jest jej więzieniem. Więzieniem, w którym Laura budzi się, po nieudanej próbie samobójczej, licząc na awaryjne zgranie do programu.

 

Koala75 dziękuję za podbudowujący komentarz :) Takie właśnie miało być. Nigdy nie wiem, czy pomysły, które tak pięknie kleją się w głowie są jasne dla czytelnika.

 

BarbaraJ dziękuję za czas i zauważenie zlewania się programów. Tak! Dżemik inspirowany sceną z Seksmisji i dialogiem Lamii z Babcią :)

 

Faktycznie, dla czytelnika może być nie zrozumiałe o jaki program kiedy chodzi. Program dla mnie jest jeden, wcześniej pisałam go przez duże “P”, ale stwierdziłam, że to jednak zbyt szumne. “Dołączyć do programu” to zgrać swoją osobowość i wspomnienia do chmury, tak jak Tomasz miał w planach, swego rodzaju transcendencja. Faktycznie, jednocześnie odbywają się nabory do programu kolonizacji Marsa. Zmieniłam to teraz na dołączenie do społeczności kolonizacyjnej, żeby nie myliło się z programem od transcendencji.

 

Laura otruła się poza domem, a więc poza zasięgiem skanera. Wyłączyła lokalizator i planowała poczekać ze zgłoszeniem się o pomoc, aż zmiany otrucia będą nieodwracalne. Niestety zasłabła na ulicy, pogotowie poinformowało męża i to on dalej decydował o zdrowiu i życiu Laury, gdy ta była nieprzytomna. Zamiast ją zgrać do chmury, Paweł wybiera walczyć o jej biologiczne życie (coś na czym Laurze już nie zależy “co za różnica?”). Dzieci jednak nie robi się w chmurze, a na tym zależy Pawłowi. I tak! Bohaterka nie chciała tego, walczyła z tym biernie, aż zebrała się na jeden aktywny skok wiary – własną zaplanowaną śmierć. Obudziła się niestety w “czerwonej piaskownicy”, jej nowym domu.

 

Dziękuję jeszcze raz komentującym. Myślałam przez chwilę, że opowiadanko przejdzie przez jaskinię poczekalni bez echa.

Jedne jaskinie, z racji ukształtowania i częściowo ze względu na rodzaj skały, wzmacniają echa, inne osłabiają, ale gdy się głośno powie coś dorzecznego, ta jaskinia potrafi dość długo rozbrzmiewać głosami czytelników.

Uważam, że Twoje opowiadanie jest przykładem czegoś dorzecznego. Świat przedstawiony przekroczył cienką, czerwoną linię stanu osobliwości, ludzie są praktycznie zbędni, AI zastępuje ich w każdej dziedzinie, pozostawiając niewielkie pola do działania w wybranych profesjach. Nie mam oczywiście pojęcia, czy taki miałaś plan, czy wyszło tak Tobie w pewnym sensie przypadkiem, ale wyszło dobrze.

Podziękowania za czas spędzony na czytaniu.

Mandalo, obawiam się, że nie do końca pojęłam opisany świat, ale nie ukrywam, że napawa mnie on lękiem i bardzo się cieszę, że to nie mój świat.

Wykonanie, co stwierdzam z ogromną przykrością, pozostawia wiele do życzenia.

 

mówię, kła­dąc szkla­ny po­jem­nik na zdo­bio­nym ko­ron­ką sto­li­ku. → Nie wydaje mi się, aby stolik zdobiło się koronką.

Proponuję: …mówię, kła­dąc szkla­ny po­jem­nik na przykrytym ko­ron­ką sto­li­ku.

 

Pa­trzę na korek i sta­ram się nie my­śleć, jak zaraz będę w nim stać.Pa­trzę na korek i sta­ram się nie my­śleć, że zaraz będę w nim stać.

 

Skrzęt­nie wy­ple­cio­na dzie­cię­ca huś­taw­ka… → Nie wydaje mi się, aby coś mogło być wyplecione skrzętnie.

Proponuję: Misternie/ Starannie/ Kunsztownie wy­ple­cio­na dzie­cię­ca huś­taw­ka

Za SKJP PWN: skrzętny «zapobiegliwy, gospodarny; też: będący wynikiem takich cech»

 

Ide­al­ny po­dwój­ny szew. → Skąd w plecionce szew?

Za SJP PWN: szew 1. «miejsce zszycia kawałków tkaniny, futra itp. wraz z nićmi, którymi te kawałki zszyto»

 

a roz­mo­wy łą­czy­ła pani na cen­tra­li te­le­fo­nicz­nej. Do­łą­czy­łam do hi­sto­rii. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …a roz­mo­wy łą­czy­ła pani w cen­tra­li te­le­fo­nicz­nej. Przystąpiłam do hi­sto­rii./ Współuczestniczyłam w hi­sto­rii.

 

Jakby się miało do ze­sta­wu gro­mad­kę dzie­ci… → Do zestawu z czym?

 

Nie speł­nia­łam tych szum­nych kry­te­riów. → Na czym polega szumność kryteriów?

 

i dru­gie trzy­dzie­ści na post–spor­to­we ablu­cje. → A może zwyczajnie: …i dru­gie trzy­dzie­ści na późniejsze ablu­cje.

 

Nigdy nie do­cie­ra się do końca i za­kła­da ko­szul­kę na lekko wil­got­ną skórę. → Co to znaczy, że nie dociera się do końca? A może miało być: Nigdy nie wyciera się do sucha i za­kła­da ko­szul­kę na lekko wil­got­ną skórę.

Za SJP PWN: docierać się 1. «dostosować się do siebie» 2. «o urządzeniu, maszynie: zostać dotartym»

 

Wę­dru­ję pal­ca­mi mię­dzy jego mo­kry­mi wło­sa­mi i tra­fiam na wsz­czep­kę. Lekki prze­pływ prądu wę­dru­je nam… → Czy to celowe powtórzenie?

 

– Matko boska, za­pra­cu­je się na śmierć.– Matko Boska, za­pra­cu­je się na śmierć.

 

do­bro­wol­nie po­rzu­cić do­bro­ci ziem­skie­go… → Nie brzmi to najlepiej.

 

Szwa­gier tłu­ma­czył nie raz→ Szwa­gier tłu­ma­czył nieraz

 

Wielu wy­bie­ra­ło spę­dzać tak wiecz­ność… → Co to znaczy wybierać spędzić wieczność? A może miało być: Wielu decydowało się spę­dzać tak wiecz­ność

 

Na wszyst­ko bę­dzie czas w pro­gra­mie.

Było sporo czasu na… → Powtórzenie.

 

Wszel­kie usłu­gi dla ciała, ucie­chy dla mięsa. → Jakich uciech doznaje mięso?

 

Wsta­ję za­pa­rzyć her­ba­ty.Wsta­ję za­pa­rzyć her­ba­tę.

 

bo ina­czej cięż­ko bę­dzie go zgrać. → …bo ina­czej trudno bę­dzie go zgrać.

 

cią­gnie łyka kawy. → …pociąga/ wypija łyk kawy.

 

Oszczęd­no­ści, które miały do­star­czyć mu tyle cie­le­snych ra­do­ści, za­gwa­ran­to­wa­ły mu szyb­ką śmierć. → Czy oba zaimki są konieczne?

 

Mor­fi­na roz­le­wa się do krwi… → Mor­fi­na w­le­wa się/ wpływa do krwi

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

AdamKB

Samo tak nie wyszło ;) Miała być to wszak gorzka osobliwość. Zaczęło się od zabawy z dialogiem z babcią i dżemikiem z Seksmisji, zakładając jednocześnie, że to ja jestem tą babcią. Pomyślałam najpierw o świecie za jakieś 50lat i nie była to przyjemna wizja. Następnie pomyślałam, że przecież ludzie pewnie będą żyć dłużej, jakieś 130-150 lat, zatem żeby być taką niedołężną babcią muszę być trochę starsza. Skoczyłam następne 20lat i tu właśnie jesteśmy, koniec XXI wieku. Depresja, brak celu, bezsens istnienia.

Głosik dziękuje skałom za echo.

 

Hej, regulatorzy,

E, nie tak wiele, 21 ;) Dzięki złote za pomoc! Na becie głównie merytoryczne rozważania miały miejsce. Błędy 7, 8 i 16 pozwoliłam sobie zostawić, a 10 przyswoić. Czy cieszę się, że ten świat napawa Cię lękiem? Chyba tak, chyba jest to radość.

Pozdrawiam,

 

mówię, kładąc szklany pojemnik na zdobionym koronką stoliku. → Nie wydaje mi się, aby stolik zdobiło się koronką.

Proponuję: …mówię, kładąc szklany pojemnik na przykrytym koronką stoliku.

 

Roger that, Huston! W ogóle co to jeszcze ma być ta koronka?

Zmeniłam na: na przykrytym koronkową robótką stoliku.

 

 Patrzę na korek i staram się nie myśleć, jak zaraz będę w nim stać.Patrzę na korek i staram się nie myśleć, że zaraz będę w nim stać.

Roger.

 

Skrzętnie wypleciona dziecięca huśtawka… → Nie wydaje mi się, aby coś mogło być wyplecione skrzętnie.

Proponuję: Misternie/ Starannie/ Kunsztownie wypleciona dziecięca huśtawka

Za SKJP PWN: skrzętny «zapobiegliwy, gospodarny; też: będący wynikiem takich cech»

 

Roger.

 

Idealny podwójny szew. → Skąd w plecionce szew?

Za SJP PWN: szew 1. «miejsce zszycia kawałków tkaniny, futra itp. wraz z nićmi, którymi te kawałki zszyto»

 

Racja, chciałam tutaj uprościć dla ignorantów szydełkowania.

Zmieniłam na: Idealny podwójny splot alpejski

 

a rozmowy łączyła pani na centrali telefonicznej. Dołączyłam do historii. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …a rozmowy łączyła pani w centrali telefonicznej. Przystąpiłam do historii./ Współuczestniczyłam w historii.

 

Roger. Roger.

Zmieniłam na: Dołączyłam do klubu reliktów historycznych.

 

Jakby się miało do zestawu gromadkę dzieci… → Do zestawu z czym?

I takie bolą :) już zmieniłam kolejność.

 

Nie spełniałam tych szumnych kryteriów. → Na czym polega szumność kryteriów?

A tu śmiem zostawić bez zmian. Tak trochę polega na tym samym na czym częściowy przekaz opowiadania. Szumne użyte z przekąsem, górnolotny, pompatyczny (wyniesiony w społeczeństwie), którym jednocześnie gardzi bohaterka.

 

i drugie trzydzieści na post–sportowe ablucje. → A może zwyczajnie: …i drugie trzydzieści na późniejsze ablucje.

Zostaje. Jak wyżej w komentarzach zastanawiałam się nad tym, ale jest to parodia słów męża bohaterki, który coraz bardziej oddziela się od rzeczywistości. Cytując siebie: Z tymi post sportowymi ablucjami może faktycznie przesada, ale miało służyć, jako przedrzeźnianie tego jak mąż Laury (Paweł), rozdarty między światem wirtualnym a rzeczywistym, mówi o rzeczach tak naturalnych jak prysznic.

 

Nigdy nie dociera się do końca i zakłada koszulkę na lekko wilgotną skórę. → Co to znaczy, że nie dociera się do końca? A może miało być: Nigdy nie wyciera się do sucha i zakłada koszulkę na lekko wilgotną skórę.

Za SJP PWN: docierać się 1. «dostosować się do siebie» 2. «o urządzeniu, maszynie: zostać dotartym»

 

Roger.

 

Wędruję palcami między jego mokrymi włosami i trafiam na wszczepkę. Lekki przepływ prądu wędruje nam… → Czy to celowe powtórzenie?

Nie było celowe, ale patrzę się w nie teraz i widzę, że jest dobre, próbowałam zlepić w jedno zdanie, ale opuściły mnie muzy, więc tak pozostawiam. Teraz jest celowe.

 

 – Matko boska, zapracuje się na śmierć.– Matko Boska, zapracuje się na śmierć.

Roger.

 

dobrowolnie porzucić dobroci ziemskiego… → Nie brzmi to najlepiej.

Roger.

Zmieniłam: na ochotniczo porzucić dobroci

 

Szwagier tłumaczył nie raz→ Szwagier tłumaczył nieraz

Ssss… no i takie bolą najbardziej :)

 

Wielu wybierało spędzać tak wieczność… → Co to znaczy wybierać spędzić wieczność? A może miało być: Wielu decydowało się spędzać tak wieczność

Roger.

 Na wszystko będzie czas w programie. Było sporo czasu na… → Powtórzenie.

Roger. Poniosło mnie przy tej edycji. Powstały zamiast tego 4 nowe zdania.

Zmieniłam na: Nie wiąże się to z fizycznym ograniczeniem. Wręcz przeciwnie, rozszerza granice tego doświadczenia. Istnieją możliwości dosiadania wirtualnych ciał. Można śpiewać głosem ulubionego championa, tańczyć fantazyjnym bytem, biec jako pantera przez cyfrową dżunglę.

 

Wszelkie usługi dla ciała, uciechy dla mięsa. → Jakich uciech doznaje mięso?

zostaje. /”Neuromancer! Neuromancer!” intonuję i zaczynam bujać się na krześle. Słowo zostało wypowiedziane, trzeba znowu przeczytać. /

 

Wstaję zaparzyć herbaty.Wstaję zaparzyć herbatę.

SSS… roger.

 

bo inaczej ciężko będzie go zgrać. → …bo inaczej trudno będzie go zgrać.

Roger. Roger.

 

ciągnie łyka kawy. → …pociąga/ wypija łyk kawy.

Roger.

 

Oszczędności, które miały dostarczyć mu tyle cielesnych radości, zagwarantowały mu szybką śmierć. → Czy oba zaimki są konieczne?

Roger.

 

21. Morfina rozlewa się do krwi… → Morfina wlewa się/ wpływa do krwi

 

Roger that Huston, over and out!

Mandalo, miło mi, że sporą część uwag uznałaś za przydatne. ;)

 

Zme­ni­łam na: na przy­kry­tym ko­ron­ko­wą ro­bót­ką sto­li­ku.

A może wprost: …na przy­kry­tym ko­ron­ko­wą serwetą/ serwetką sto­li­ku.

Koronkowymi robótkami mogą być także m.in. bluzeczka czy sweterek, ale pewnie nikt by nimi nie przykrył stolika.

 

A tu śmiem zo­sta­wić bez zmian. Tak tro­chę po­le­ga na tym samym na czym czę­ścio­wy prze­kaz opo­wia­da­nia. Szum­ne użyte z prze­ką­sem, gór­no­lot­ny, pom­pa­tycz­ny (wy­nie­sio­ny w spo­łe­czeń­stwie), któ­rym jed­no­cze­śnie gar­dzi bo­ha­ter­ka.

Nadal, mimo Twojego wyjaśnienia, nie pojmuję, co może być szumnego w kryteriach.

 

Zo­sta­je. Jak wyżej w ko­men­ta­rzach za­sta­na­wia­łam się nad tym, ale jest to pa­ro­dia słów męża bo­ha­ter­ki, który coraz bar­dziej od­dzie­la się od rze­czy­wi­sto­ści.

Skoro zostaje, to zdanie powinno brzmieć: …i dru­gie trzy­dzie­ści na postspor­to­we ablu­cje.

 

Nie było ce­lo­we, ale pa­trzę się w nie teraz i widzę, że jest dobre, pró­bo­wa­łam zle­pić w jedno zda­nie, ale opu­ści­ły mnie muzy, więc tak po­zo­sta­wiam. Teraz jest ce­lo­we.

Może jest celowe, ale nie brzmi najlepiej.

A może: Przesuwam pal­ce mię­dzy jego mo­kry­mi wło­sa­mi i tra­fiam na wsz­czep­kę.

 

Wszel­kie usłu­gi dla ciała, ucie­chy dla mięsa. → Ja­kich uciech do­zna­je mięso?

zo­sta­je. /”Neu­ro­man­cer! Neu­ro­man­cer!” in­to­nu­ję i za­czy­nam bujać się na krze­śle. Słowo zo­sta­ło wy­po­wie­dzia­ne, trze­ba znowu prze­czy­tać. /

To Twoje opowiadanie, Ty tu rządzisz, ale ja nadal nie wiem, jakich uciech może doznać mięso. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

"Teraz aktywni zostali już tylko artyści i programiści"

 

W sumie ciekawe założenie. Na OpenAI działają już mechanizmy programistyczne, twórcy GPT-3 stworzyli zresztą też odrębny od GPT-3 moduł właśnie w programowaniu wyspecjalizowany (Codex). Do tego są i inne projekty AI nastawione konkretnie na to zastosowanie. O ile ze sztuką można dyskutować gdzie skończy się potrzeba człowieka, to z programowaniem zapewne skończy się sprawa na powstawaniu nieco innych zawodów (chociażby trener AI), pokrewnych, ale jednak niezupełnie oznaczających programowanie.

Tak czy inaczej – poruszasz temat może nie najświeższy w omawianiu, ale istotny i coraz mocniej się zbliżający w świecie realnym. Sposób podejścia… Nie do końca mnie przekonuje, ale z drugiej strony dobrze, ze poruszasz tu nie tylko kwestie “zawodowe”, czy społeczne, ale też bardziej indywidualne, emocjonalne.

 

"Bezstresowy, nieobowiązkowy program ogólnokształcący, po który dziecko samo sięgało, głodne wiedzy"

Hm, Summerhill?

Swoją drogą aż się “Niedoskonali” Strugackich przypomnieli – ale to skojarzenie z czapy, niepowiązane, raczej na zasadzie “tam też było o edukacji” :)

 

Hej wilk-zimowy,

 

Ponoć nie ma nowych pomysłów, tylko nowe sposoby przedstawiania starych. ;)

 

Programista to termin parasolowy w opowiadaniu. Paweł akurat zajmuje się dodawaniem nowych funkcji do symulacji. Nie pisze oczywiście, jak zasugerowałeś, już sam kodu, jest takim władcą maszyn, koordynuje prace ograniczonych AI. Jest więc kimś na granicy artysty, bo tworzy coś nowego. Monitoringiem zajmują się głównie AI, ale i je musi ktoś monitorować i taki zawód również wpadłby w określenie programista, choć osoba wykonująca go zajmowałaby się zupełnie czymś innym niż Paweł.

 

Opowiadanie pisałam rok temu, więc inspiracją do edukacji było zdalne nauczanie w covidzie i jak daleko można by je było pociągnąć. Stwierdziłam, że do końca ;)

 

regulatorzy,

Niech bóg ma w opiece tych nieszczęśników, którzy zapragną negocjować z Tobą na jakimś bazarze. ;)

 

Zaiste serweta,

Szumne kryteria zmieniają się na szumnie otrąbione wymogi,

Postsportowe razem,

Palce przebiegają,

Uciechy tracą dla ale mięso zostaje.

 

Mięso w Neuromancerze znaczy po prostu ciało, flesh. Jeśli mamy uciechy ciała, mamy uciechy mięsa.

Niech bóg ma w opiece tych nieszczęśników, którzy zapragną negocjować z Tobą na jakimś bazarze. ;)

Mandalo, dziękuję za uznanie, ale na bazarze to ja w ogóle nie negocjuję – kupuję, płacę, pakuję do koszyka to, co kupiłam i odchodzę. ;)

 

Uciechy tracą dla ale mięso zostaje.

Mięso w Neuromancerze znaczy po prostu ciało, flesh. Jeśli mamy uciechy ciała, mamy uciechy mięsa.

Neuromancera nie czytałam. Dla mnie ciało i mięso to dwa różne pojęcia, ale to Twoje opowiadanie i będzie napisane takimi słowami, które Ty uznasz za najlepsze. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zabawna rzecz. Jestem w trakcie pisania opowiadania o bardzo podobnych założeniach (żeby nie powiedzieć dokładnie o tym samym), nie wiem czy skończę. Przytaczam to wyłącznie do nakreślenia tematu. W mojej wersji nikt nie brał artystów :)

Pytanie, czy ta wizja nie jest niepokojąco powszechna, wtłoczona nam z różnych źródeł, żebyśmy zaczęli się z nią oswajać? Wydaje mi się, że Black Mirror praktycznie wyczerpał tę tematykę, zarówno pod względem technicznym jak i obyczajowym (Dodajmy do tego Altered Carbon czy wspomnianego Neuromancera. Może też zwykłego Matrixa, etc.). Czy coś jeszcze można na tym gruncie osiągnąć?

 

Pozostają więc chyba obyczajówki. Trudno mi ocenić, jakbym odebrał tekst, gdybym wspomnianych rzeczy nie miał już w głowie. Może dodałbym nieco więcej humoru, a mniej melancholii odchodzącego świata?

Mam nadzieję, że opowiadanie kogoś ucieszy.

 

Nie powiem, żeby mnie ucieszyło, a raczej przeciwnie. Świat, który przedstawiłaś jest przejmująco i przerażająco smutny. Tym bardziej, że w przynajmniej kilku punktach mogłaś trafić w sedno i ten mroczny sen ma szanse się spełnić.

No ale nie zawsze musimy czytać rzeczy radosne i wesołe. 

Opowiadanie jest bardzo solidne pod względem plastyki i kreacji świata. 

Nie umiem poprawiać detali, bo czytam dla przyjemności i po immersji w dobry tekst przestaję “widzieć literki”. Ten był dobry. Filmik się wyświetlił, pomknąłem w świat wyobraźni. 

Dlatego uważam, że klik do biblio należy się tu jak psu micha. Powiem uczciwie, że przemyślę nominację do piórka, ale daj mi proszę kilka dni, ta decyzja mu się uleżeć…

Nie betuję tekstów ze względu na brak czasu.

Ogrywasz klasyczne dla fantastyki bliskiego zasięgu motywy, ale robisz to inteligentnie i pomysłowo, a przy tym – sprawnie literacko (jak to jest pierwszy tekst tutaj, to duże gratki). Umiejętnie przeplatasz partie narracyjne z dialogami z babcią, wykorzystując te ostatnie zarówno do przemycania informacji o świecie, jak i do charakteryzowania bohaterki. Dobry, udany tekst.

Wiem, że od tak mnie nie wezmą.

A nie: ot tak?

 

Kurczę, dobre to było. Przerażający jest zarówno świat, w którym nikt już nie pracuje, a wszyscy tylko konsumują, jak i osobista historia bohaterki. Zastanawiam się, ile w tym nieporozumienia, braku szczerej rozmowy z mężem, a ile wyrachowania owego małżonka. Domyślam się, że bez płodnej żony nie miał szans na życie na Marsie, ale żeby był aż takim sukinsynem ;)

Podobały mi się partie z babcią, acz chwilę trwało, nim zrozumiałam, że ona już nie żyje. Fajnie użyłaś odwiedzin do objaśnienia świata.

Czytało się świetnie, literacko naprawdę dobry poziom. Bardzo udany debiucik :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Na co dzień interesuje się technologią i przyszłością, a Twoja wizja futurystycznego jutra idealnie wpisuje się w to, co rzeczywiście już powstaje w myśl samej technologii, bo o teoriach spiskowych nie ma co mówić. Czyżby bardzo dobry reasearch? ;)

Momentami czułem się zagubiony, bez Twoich wyjaśnień w komentarzach nie wiedziałbym, co w tej opowieści dokładnie zaszło, bo wyobraźnia podpowiadała mi momentami coś innego. Jednak, jako że to opowiadanie, a nie książka, to nie widzę w tym żadnego problemu. 

 

Dziękuję za tę podróż w przyszłość! 

Miło bardzo było dzisiaj otworzyć stronę!

 

regulatorzy,

zainspirowałaś mnie z tym bazarem, wyobraziłam sobie taką drobną kobietę z wiklinowym koszykiem rzucającą złowrogi cień ;) Pozdrawiam!

 

Vacter,

weselsze niestety być nie mogło, motywem przewodnim w kreacji bohaterki była depresja, brak sensu dalszego życia. Przyznam, że długo opierałam się obyczajówkom. Pisałam do szuflady opisy, raporty, czyste hard-sf, bez fabuły, sam świat, background, background, background. Może przekroczyłam masę krytyczną backgroundu, bo na samej jego powierzchni pojawiły się małe postacie. Małe życia, które choć niewiele znaczą mają swoje smutne historie do opowiedzenia. Tak, cały ten cyberpunk wydaje się dość powszechny, ale nie zniechęcam się. Jeśli zechcesz skończyć swoje opowiadanie, chętnie przeczytam. Jak skanuję lipcową bibliotekę opowiadania s-f nie były w jakiejś większości.

“You'd think that people would've had enough of silly love songs

But look around me and I see it isn't so” ;)

 

silver_advent,

Tak właśnie miało ucieszyć. Na niebiesko. Jak zauważyłeś, nie ma w tej historii nic radosnego. Liczyłam, że narracja z pierwszej osoby pozwoli odczuć w kościach beznadzieję bohaterki. Na domiar tej beznadziei pozwoliłam sobie zbudować akcję na “największym kłamstwie świata” z Alchemika (książki, którą lubię właśnie przez jej bajkowy przekaz) “że nadchodzi taka chwila, kiedy tracimy całkowicie panowanie nad naszym życiem i zaczyna nim rządzić los” które w tym świecie przestaje być kłamstwem, a staje przykrą rzeczywistością.

Dziękuję za polecenie do biblioteki i w ogóle fiu fiu…

 

ninedin,

Tak, to pierwszy tekst, ale sporo też kisił się w szufladzie i przeszedł kilka edycji, w tym ostatnią tutaj na stronie :) Nad kompozycją chwilę dumałam, potem wplatałam małe historie wewnątrz historii głównej i tak udało się wszystko zapleść w spójną całość. Opisy i background dodawałam po komentarzach na becie, że opowiadanie było nie zrozumiałe. Nie lubię jednak niczego podawać na tacy ;)

Dziękuję za podbudowujący komentarz i oczywiście za punkcik, raduje wielce.

 

Irla_luz,

Ot tak! – Już poprawiłam. Nie tylko płodnej ale i takiej, która się dostanie do programu kosmicznego. Laura jest doktorem pedagogiki, lata poświęciła badaniom. Posiada więc wystarczające wykształcenie i osiągnięcia, by dostać się na Marsa. Brak porozumienia wynika, jak najbardziej z braku szczerej rozmowy z mężem, która z kolei wynika z obawy Laury, że skończyła by się owa rozmowa rozwodem.

Debiutantka dziękuje za punkcik!

 

sensorbtf,

najpierw był świat i research, jak mógł powstać. Warszawa, końcówka XXI w. Długo był tylko świat i research i świat. Potem były postacie. Okazały się potrzebne do tworzenia technologii. Narkotyki potrzebowały narkomanów, pojazdy pasażerów, w budynkach ktoś mieszkał, prąd był generowany dla kogoś, kto go pochłaniał z jakiegoś powodu itd. Mali ludzie, trybiki w maszynie… Jeśli spojrzymy przez lupę na jeden trybik, jak to będzie wyglądało? Zacznijmy łatwo, weźmy taki trybik, jak ja.

Lubię zostawiać miejsce na wyobraźnię, inaczej byłoby za gęsto.

Machina czasu dziękuje, stałaby pusta bez pasażerów ;)

 

…zainspirowałaś mnie z tym bazarem, wyobraziłam sobie taką drobną kobietę z wiklinowym koszykiem rzucającą złowrogi cień ;) Pozdrawiam!

Ech, Mandalo, wyobraźnia całkiem Cię zawiodła. We mnie nie ma nic drobnego, jeno wiklinowy koszyk się zgadza. I może ten cień… ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy,

Może ogrom tego cienia sprawia, że perspektywa się zmienia. Drobinka w porównaniu. :)

Dziękuję raz jeszcze za pomoc. Bez niej daleko było do biblioteki!

Może… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tak, cały ten cyberpunk wydaje się dość powszechny, ale nie zniechęcam się.

Mandala:

Nie ma mowy o zniechęcaniu. Rzeczywistość tak pędzi, że nawet jak dogoni, to będziemy mieli po prostu aktualną literaturę, te wszystkie rzeczy trzeba opisać. Wszystkie odcienie czegoś, co przypomina drogę do zniknięcia człowieka jako istoty żywej, a pozostawienia jedynie idei (ale na jak długo?).

 

Cześć!

 

Mandala, to nie będzie typowy portalowy komentarz, ale taki, w którym postaram się opisać, to jak Twoje opowiadanie wpłynęło na moją wyobraźnię.

Zaczynam czytać i ten filozoficzny początek od razu na mnie działa, zaledwie kilka zdań wprawia mnie w melancholijny nastrój. Czuję ciekawość, chcę się dowiedzieć, co doprowadziło do oszustwa. Wciąga mnie scena z babcią i dżemem. Czuję tu spokój i naturalność przemieszane z okrucieństwem zewnętrznego świat.

Siedzimy chwilę w ciszy. Patrzę przez okno, jak jakiś narwaniec wjeżdża w barierę naprzeciwległego piętra. Oblizuję stalową łyżeczkę z resztek dżemu i podziwiam drony pożarowe w akcji.

Ten fragment mnie zachwycił, jest to moment, w którym to opowiadanie na całego mnie wciągnęło. W takich momentach doświadczam czegoś, co określam jako eksplozja wyobraźni, już nie czytam opowiadania, zaczynam je przeżywać. Kontrast pomiędzy widokiem na góry a pożarem wybrzmiewa tutaj doskonale. Chcę wiedzieć więcej, chcę zrozumieć jak działa ten świat.

Czytam kolejną scenę i już wiem, że mamy tu do czynienia z problemem, który wcale nie jest tak odległy. Chyba się już domyślam, czym okaże się oszustwo. I niestety w momencie, gdy bohaterka wykłada wprost swoje żale związane z zasiłkami i systemem edukacji czar pryska. Poczułam się wyrwana ze świata przedstawionego, a moje zainteresowanie tekstem spadło. Czytam jednak dalej i rozumiem, że taka jest konstrukcja tego tekstu, sceny rozmowy z babcią są przeplatane wyjaśnieniami bohaterki. Podoba mi się to, choć nadal uważam, że druga scena powinna zawierać nieco mniej takich bezpośrednich odniesień.

Zautomatyzowany świat i grafik wydają mi się bezduszne, ale już teraz trochę tak jest. Tak niewiele czasu zostaje na bycie razem. Dostrzegam ten kontrast między bohaterami. Z jednej strony nowoczesność połączona z wycieńczeniem a z drugiej melancholia i poczucie bycia niepotrzebnym. To popycha mnie do rozważań o tym, jak bardzo zakorzeniona w ludzkiej mentalności jest konieczność bycia potrzebnym, znaczenia czegoś. Nie potrafimy po prostu być, musimy coś robić, coś osiągnąć.

Powoli zaczynam rozumieć motywację bohaterki. Długo się zastanawiałam, jaką rolę w tej historii odegra Tomasz, ale ostatecznie umożliwił Laurze realizację dramatycznego planu. Czytając zakończenie zdaję sobie sprawę, że ta historia w każdej wersji skończyłaby się źle. Czy taki los nas czeka? Jesteśmy skazani na wiarę w oszustwo?

Pod względem konstrukcji i emocji bardzo mi się ten tekst podobał.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Hej, zaczęłam odpisywać Vacterowi i skończyłam w miejscu, z którego chciałam odpowiedzieć Alliceli wiec jakoś zlało mi się to odpowiadanie w jeden ciąg myślowy.

 

Vacter,

Tak, sens i bezsens ludzkiego życia tkwią zawieszone gdzieś po środku całego tego pomysłu automatyzacji i dalszego rozwoju neuroinformatyki, opracowaniu sposobów badania świadomości, nowych granic technologicznych etc. Czy dożyjemy przełomu? Czy dożyjemy zgrania ludzkiej świadomości na silikon?

 

Vacter,/Alicella,

Czym w ogóle jest ludzkie życie? Czym jest świadomość tego życia? Czym jest to doświadczenie jakim jest bycie człowiekiem? Jeśli zgramy wszystkie swoje wspomnienia na sieć neuronową, która jest wstanie przetwarzać je tak samo, jak robił to nasz mózg, czy dalej jesteśmy tą samą osobą? Czy nasze życie nabiera większego sensu? Czy traci ten sens? Może od początku tego sensu nie miało? A jeśli bycie człowiekiem to posiadanie woli do stanowienia o sobie, albo wykonywanie funkcji unikalnej dla siebie, wyspecjalizowanie się w jednej dziedzinie, to jeśli to zadanie przestaje mieć sens, czy traci sens również istnienie takiej jednostki? Może organizm świadomy tego jak bardzo stał się zbędny swojemu otoczeniu odpala mechanizmy auto anihilacji: choruje, mutuje, przestaje się regenerować i powoli umiera. Jak wierzy babcia w opowiadaniu, że jeśli przestajesz pracować = umierasz, dlatego sama codziennie robi na szydełku, dzierga uparcie robótki choć jest bytem zamkniętym w pętli własnych wspomnień, do której został lata temu zgrany jej umierający, toczony demencją mózg.

 

Alicella,

faktycznie może druga scena trochę sucha. Wplecione fragmenty świata mogłam tutaj lepiej zasupełkować. Tekst jest krótki, więc też trochę gęsty. Bohaterka też jest bardzo odległa od własnych emocji, garść tabletek codziennie rano bezpiecznie ją od nich oddala, więc dość obojętnie odnosi się do swojego cierpienia. Lawiruje w okół niego. Nawet powoli godzi się ze swoim losem, kiedy jej jedyne marzenie, cudzym nieszczęściem, materializuje się przed jej nosem. Dopiero wtedy odważa się po nie sięgnąć. I dopiero na koniec opowiadania mamy to owe wielkie oszustwo. Nie była to utrata pracy, choć oczywiście wydawałoby się, że Laura w ogóle nie ma wpływu na nic w swoim życiu. Wcześniej jednak Laura nie robiła zwyczajnie nic by ów los zmienić. Była bierna. Zjadała grzecznie jaglankę, którą sama sobie podawała na talerzu. Dopiero po śmierci Tomasza coś w niej drgnęło i zaczęła cokolwiek robić, żeby wpłynąć na swoje życie (zbierać tabletki nasenne). Świadoma nagle tego, czego chce, świadoma lęków, które broniły ją przed spełnieniem tych marzeń wcześniej (że utkwi w cyfrowej pętli jak babcia) Laura zjada słoik dżemu na swój ostatni fizyczny posiłek, dżemu, na który sama sadziła poziomki, i nic nie mówiąc nikomu poddaje się swojej ostatniej woli. Może nie była to nawet jej decyzja, może zadecydowały miesiące, albo lata depresji. Może wszystko było z wynikiem wszystkiego wcześniej i nie ma żadnej wolnej woli, może nie ma żadnego sensu w niczym a może jedynie to, w co wierzymy, że ma sens nabiera tego sensu. Może jakby się to nie skończyło byłoby to w jakimś stopniu złe zakończenie, ale niektóre z zakończeń byłyby przynajmniej zgodne z wolą bohaterki, a tak wielkie kłamstwo z Alchemika okazuje się wielką, paskudną prawdą: czasami nie mamy wpływu na to jak potoczy się nasze życie i nie wystarczy z determinacją sięgnąć po marzenia, żeby te się spełniły.

Miło mi, że tekst Cię poruszył, że te wszystkie emocje nie poleciały gdzieś w odległy eter :)

Ja podejrzewam, że możemy dożyć czasów, gdy śmierć będzie droższa od życia. W Mistrzu i Małgorzacie ateista po prostu nie wierzył i zniknął. W naszych czasach może być tak, że śmierci będą mogli doświadczyć tylko bogaci i nieźli hakerzy. Oczywiście idąc tropem przemyśleń na temat transferów człowieka do nieczłowieka.

I tu nie będzie może nawet chodziło o faktyczny ateizm, a sytuację, w której ani raj, ani piekło nie będą miały nic wspólnego z zaświatami. To nadal rozwijanie znanych tematów, ale tu nie ma sensu już wymyślać koła na nowo, kiedy wózek już pędzi :).

Zadałaś pytania, na które nie ma odpowiedzi bezpośrednich. Jeśli coś idealnie symuluje życie, to jest życiem. Czemu nie? Jednak w sytuacji kiedy sama realność, którą znamy, jest z każdej strony iluzją, to w czym gorsza miałaby być idealna kopia tej iluzji? Słońce nie ma nas za ludzi, woda nie ma nas za ludzi, brud błota nie oblepia człowieka. To co uważamy jest tylko interpretacją, a jak dalece była planowana ta interpretacja, to już kwestia może nie do zweryfikowana (w tym momencie, w tej pozycji ci nie powiem, ale jutro sprawdzę ;)).

Komentarz powstanie na bieżąco, jak wszystkie, które piszę. To już chyba taki mój znak rozpoznawczy. :D

 

Podoba mi się pierwsze zdanie, od razu nastraja do lektury, w końcu każdego oszukano i świadomość, że dotknęło to bohaterów opowiadania, od razu warunkuje cieplejsze uczucia wobec nich. Cóż, empatia działa.

 

sama ro­bi­ła.

– Sama ro­bi­łaś?

 

Bliskie powtórzenie.

 

Wraca do sta­łe­go trybu.

– Skocz ko­cha­na po ły­żecz­ki

 

Skoro dalej jest to wypowiedź babci, to myślnik musi być po kropce, nie w nowej linijce.

 

Przy okazji, określenie „skocz” raczej odnosi się do pójścia po coś trochę dalej, często jest używane jako „skocz do sklepu”, „skocz do kuchni” i tutaj też wygląda, jakby babcia chciała łyżeczki z kuchni, siedząc w salonie. A rozmowa trwa nieprzerwanie, jakby bohaterka wyszła i rozmawiała dalej. Mimo wszystko warto to podkreślić, w sensie użyć „weź łyżeczki z kredensu” (wtedy wyjście nie jest konieczne) albo już niech wyjdzie i krótko to opisze.

EDYCJA: Później, kiedy już można zrozumieć, że babcia fizycznie nie istnieje, ten problem może też niekoniecznie istnieje, ale… Jak babcia widziała Laurę? Ciężko mi to sobie wyobrazić, skoro Laura siedziała przy niej fizycznie. Jeżeli była dodatkowo wykreowana w umyśle, no to… Jaki sens przychodzić fizycznie? Pomóż mi, droga Mandalo, bo nie rozumiem.

 

Te początkowe dialogi trochę kuleją, sztuczne mi się wydają i mało ciekawe. Ot, zwykła rozmowa o dżemach, a co do owoców, to nawet obecnie mogłaby się odbyć, tyle chemii w jedzeniu, że dżemy to nie to, co kiedyś.

 

na­rwa­niec wjeż­dża w ba­rie­rę na­prze­ciw­le­głe­go pię­tra

 

Zaciekawiłaś mnie. Podoba mi się, że ta rzeczywistość jest spokojna, że bohaterki nie dziwią nietypowe rzeczy. Zazwyczaj mamy schemat sielanki przerwanej nagłą zmianą rzeczywistości. Tutaj to już nastąpiło. Rezygnacja jest umiejętnie wpleciona. Ale mam problem z tym, że na początku bohaterka zarzuca babci, że ta powinna wychodzić, babcia mówi „niewiele” (czyli coś tam wychodzi) a dalej okazuje się, że i tak nie widzi obrazu zza okna.

EDYCJA: Teraz pytanie, czy skoro jest w tym świecie, to funkcjonuje tylko w tych rozmowach z Laurą? I nadal ma Alzheimera? Trochę to dziwne takie, po co Laura przychodzi na rozmowy, które nie mają sensu? A może dla niej mają? Tylko że pragnąć wejść do programu, pożegnałaby babcię, więc chyba nie było to dla niej aż tak ważne.

 

Jako że tak kiepsko z owocami, to ta duża ilość cukru też wydaje mi się niekoniecznie realna. Mogłoby być go za mało, skoro wszystko się kończy i włóczka kosztowała majątek. Wydaje mi się, że włóczkę można jakoś uzyskać z produktów gotowych, a takiego cukru już nie. Zwłaszcza że dalej bohaterka mówi, że rozplata prezenty.

 

Trochę męczące powtórzenie w rozmowie, ponownie sugerujące babci, że mogłaby wyjść na zewnątrz. I właściwie – co to oznacza „wyjść na zewnątrz”, skoro babcia jest w programie?

 

Czytam dalej i tak, mamy to: wyjaśnienie. Trochę to dla mnie toporne: luźna scenka, jeden smaczek z dziwnym obrazem za oknem, luźna scenka i już leci wyjaśnienie.

 

Zasiłek automatyzacji zawodowej – brzmi nieźle, tak futurystycznie, a przecież to się już powoli u nas dzieje.

 

Tyle czasu po­świę­ci­li­śmy na­ucza­jąc cudze dzie­ci, a dalej pro­du­ko­wa­li­śmy ko­lej­ne po­ko­le­nia kre­ty­nów. 

 

Coś w tym jest.

 

a naj­gor­sze, że fak­tycz­nie ro­bi­ło lep­szą ro­bo­tę niż banda be­to­nów z po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go. Wiecz­nie cier­pli­wy, nie­zmą­co­ny wła­sny­mi prze­my­śle­nia­mi pe­da­gog

 

Czy AI robiłoby lepszą robotę, to nie mi oceniać, zależy pewnie na jakim byłoby poziomie. Ale zdanie o tym, że brak mu własnych przemyśleń, kłóci się z lepszą robotą, no bo jakie przemyślenia miało to AI? Jak rozmawiało z uczniami? Chyba że to taka ironia była o tej „lepszej robocie” , ale nie wyłapałam, z tekstu mi to nie wynika.

 

Na plus zahaczenie o ten temat, nauczyciele-roboty, w sumie ciekawa byłaby cała książka w tym stylu albo film. Sam pomysł takich ludzi-robotów i klimat kojarzył mi się z „Przedrzeźniaczem”, tylko tam akcja dzieje się dużo później.

 

A pań­stwu już po­dzię­ku­je­my, oto dy­plom uzna­nia za dwa­dzie­ścia lat pracy i ślicz­nie pro­si­my wy­pier­da­lać.

 

Dobry, mocny fragment. Trafia do mnie.

 

Rozmowa z babcią też nie oddaje specyfiki tych czasów, bo można ją spokojnie umieścić pięć lat wcześniej (zawsze byli ludzie, którzy kochają swoją pracę/są tak przyzwyczajeni, że idąc na emeryturę, nie mają sensu w życiu). Automatyzacja nie jest jedynym powodem, dla którego ludzie gubią sens życia. Dlatego zabrakło mi czegoś więcej, co pokaże, że właśnie ta automatyzacja była taka zła. Oczywiście wiem, że to tylko perspektywa babci, która sobie narzeka, ale mimo wszystko z jakiegoś powodu znalazła się w tekście.

 

Staram się wstawać zanim mój mąż się obudzi, żeby mieć chwilę dla siebie.

Zabrakło przecinka przed „zanim”.

 

– Nie dość, że leń, to jeszcze bez pracy.

– Pracuje, babciu, ciężko, tylko nie zarabia w euro.

– Co go bronisz? Siedzi ci facet w domu.

– Mamy duży dom, babciu.

– Bo dzieci nie macie, tak to byś nie miała czasu na takie pierdoły.

Przemilczę. Zjem więcej dżemu. Popatrzę przez okno. Zaraz przecież zaczniemy rozmowę od nowa.

 

Wkleiłam cały fragment, bo ta rozmowa bardzo mi się podoba. Dialog jest żywy, są emocje, aż czuć oburzenie babci, spokojny ton głosu głównej bohaterki. Mamy dwie perspektywy, a końcówka to taka melancholijna rezygnacja – lubię zabiegi w tym stylu.

 

Tabletki skojarzyły mi się z „Dniem świra”. ;)

 

inaczej Paweł mógł zasłabnąć w pracy.

Mógłby, chyba że chodzi o jeden konkretny moment, a w opowiadaniu raczej chodzi o ogólny problem przy zasłabnięciu, bo są wymieniane różne posiłki.

 

Nie jest łatwo dostać się do programu. Było to tak samo odległe, jak pozyskanie mieszkania na Marsie – obecny cel Pawła.

Tak mi się skojarzyło teraz, że Kronos_maximus w swoim opowiadaniu „Chwytaj sol, to ma sens!” pisał o dziewczynie, która marzyła o locie z Marsa na Ziemię. Jakie to niesamowite a zarazem tak ludzkie i zwyczajne, że ludzie zawsze marzą o tym, co tak trudno osiągnąć.

 

Muzyka cyfrowa – ciekawe, choć zazwyczaj jak czytam o takich pomysłach, to zawsze mam przed oczami ludzi, którzy jednak by tego nie chcieli. Tutaj mamy z góry narzucone, że wszyscy, że zwykła muzyka to przeżytek, a ja jednak wierzę trochę w tę ludzką naturę do buntu i do tego, że część ludzi (nawet mały procencik) nie przyjmie odgórnie narzuconych zasad.

 

Dalsza część to streszczenia i takie w sumie bajania jak to będzie fajnie w programie. Trochę mnie to znużyło, wolę odkrywać pewne rzeczy powoli, razem z bohaterami.

 

Naćpana, rozgogolona rzesza wiecznych zakupowiczów.

Cała rozmowa z babcią i obserwacje zza okna – jak najbardziej na plus. Ten fragment to taka wisienka na torcie. Takie fragmenty lubię, takie chwile pokazują nam ten świat, przybliżają też bohaterkę i jej odczucia.

 

Bezczynnych i bez jasnego celu, zabezpieczonych socjalną otuliną i obsługiwanych przez automaty. Jak chomiki w plastikowych kulkach turlające się po otwartej przestrzeni. Mogą zrobić, co chcą, ale nigdy nie będą wolni.

To jest dobre, bardzo dobre, nawet nie wiem, jak skomentować. Trafia do mnie przekaz, trafia mocno i zatrzyma się na dłużej.

 

Końcówka trochę taka… hm, bez sensu. To znaczy, Laura trafiła jednak na Marsa? Jeśli tak, to za mało było jej niechęci wobec tej planety, zabrakło interakcji z mężem, prób porozumienia, rozmów, z których wynikałoby, że nie mogli się dogadać odnośnie wyjazdu/ zgrania do programu.

 

Ogólnie podobało mi się, lubię takie wizje świata, ale zabrakło mi mocniejszych emocji na zakończenie, choć gdybyś poświęciła więcej uwagi bohaterce i Pawłowi, to może ta końcówka uderzyłaby mnie z całą mocą.

Całość skojarzyła mi się z pewnym odcinkiem „Black Mirror”, ale nie będę zdradzać, z którym, bo inaczej zaspoileruję. ;) Ogólnie w „Black Mirror” dużo miejsca poświęcili na cyfrowych ludzi, umysł wszczepiony w rzecz albo w świat wykreowany poza rzeczywistością.

 

Pozdrawiam serdecznie,

Ananke

o siema

Cześć, Mandalo!

 

Wczoraj wreszcie udało mi się przeczytać Twoje opowiadanie do poduszki i przez jakiś czas potem nie mogłam zasnąć :-D Jest poruszające, niepokojące, uderzające w obawy na temat nadchodzących zmian. Jest też fajnie napisane i bardzo dobrze skomponowane, co było już zauważone we wcześniejszych komentarzach. Umiejętnie zarysowałaś wizję świata przyszłości, zwłaszcza “przy okazji” w scenach z babcią. Mniej przypadło mi do gustu to, co było bardziej łopatologicznym wyjaśnianiem, ale nigdzie nie przesadziłaś, więc nie ma się co czepiać. 

W moim odczuciu, z opowiadania nie za bardzo wychodzi ta wizja babci w programie, którą tłumaczysz w komentarzach. Oczywiście przemawia za nią to kładzenie łyżeczki na czytniku, ale poniższy fragment jest pod tym względem bardzo mylący:

 

Przełączą babcię na program socjalny odpowiadający standardowi jej życia i będę zmuszona odwiedzać ją w tej śmierdzącej fajkami norze, w której mieszkali z dziadkiem i patrzeć, jak buja się w ciasnej kuchni w przód i w tył na skrzypiącym krześle.

Bo właściwie dlaczego mieliby robić komuś żyjącemu w wirtualnym świecie coś takiego? Dlaczego w wirtualnej rzeczywistości miałyby istnieć nory śmierdzące fajkami? To brzmi jak celowe uprzykrzanie komuś życia po to, żeby płacił za opcję “ekstra”. Rzecz jasna – bardzo wiarygodne już dziś ;-) Ale jednak realny świat ma znacznie większe ograniczenia. Rozumiem też kwestię miejsca na dane, ale czy smród fajków zajmuje go więcej na serwerach, niż zapach fiołków? :-) Czyli – tak samo – obraz za oknem. Czy ruchoma “fototapeta” Szwajcarii jest znacznie bardziej wymagająca do wyświetlenia, niż obrazek z blokowiska w Katowicach? Dlatego – jedyne, co moja głowa przyjmuje jako sensowne – to chęć wymuszenia kasy na lepsze opcje i zniechęcenia do wybierania opcji tańszych. 

Choć w wielu kwestiach podzielam lęki, o których piszesz i są chyba bardzo powszechne, to jednak te zmiany nie są aż tak oczywiste. Tzn. wiele zawodów już odeszło, ale wraz z rozwojem – zastąpiła je masa nowych. Np. bardzo świeżą sprawą jest to, że można powiedzieć AI jaką grafikę ma stworzyć i ona to robi :-) Z jednej strony – straszne! Bo przecież AI miesza już “łapska” do czegoś takiego, jak pisanie opowiadań czy rysowanie obrazków, albo generowanie fotek. Czyli do czegoś, co jest tak bardzo kreatywne i twórcze. Rzadko w wizjach przyszłości wyobrażaliśmy sobie coś takiego. AI była raczej komputerem pokładowym statku kosmicznego ;-) Podejrzewam, że Adobe już ma mokre pachy i gorące czółko. 

ALE! Żeby AI “narysowała” coś naprawdę dobrego, trzeba jej o tym mądrze opowiedzieć (napisać). Wyobrazić sobie pewną scenę, wymyślić jak przekazać jej wytyczne. Są na ten temat już poradniki, ale nadal – jedni będą w tym lepsi, inni gorsi. Powstało nowe narzędzie i potencjalny nowy zawód, który roboczo, na potrzeby opowiadania, które powoli kiełkuje w mojej głowie, nazwałam “mówcą obrazów”. 

Powstało wiele nowych zawodów, związanych z marketingiem, influencingiem, mediami społecznościowymi. Wyrosło wielu trenerów, którzy uczą jak się w tym nowym świecie nie zgubić (albo jak tam zarobić). Można założyć, że to się zmieni i ludzie nie nadążą za przemianami, ale można też przyjąć, że skoro do tej pory adaptowali się i kombinowali jak wykorzystać zarobkowo nowe technologie i możliwości – będą to robić nadal.

Nie mówię tego po to, żeby podważać wizję z Twojego opowiadania, bo jest bardzo ciekawa, smutna, poruszająca i dobra taka, jaka jest. Mówię to raczej “ku pokrzepieniu serc” ;-)

Wielkie gratki za wejście z przytupem :-) Mam nadzieję, że chowasz w tej szufladzie więcej takich tekstów!

 

eM

 

Hej Ananke,

 

Opowieść skleiłam specjalnie tak, żeby była jak pigułka o przedłużonym działaniu – brana naraz, na jeden wdech ;) Starałam się wręcz, żeby czytana drugi raz wniosła coś więcej w zrozumienie. Wszystko, co zdradziłam w komentarzach liczyłam jednak, że można odkryć samemu po głębszej analizie tekstu, dopowiadając sobie możliwe brakujące fragmenty. Chciałam trochę, żeby wrażenia czytelnika się zmieniały wraz z opowieścią stąd ciekawie jest zobaczyć w komentarzu, jak faktycznie się zmieniają krok po kroku :) Dziękuję za to. Postaram się odpowiedzieć równie dokładnie.

 

Nie wiem ile wypada zmieniać w opowiadaniu, które już jest w bibliotece, ale tez przecinek przed zanim wjechał i mógł stało się mógłby. Z reszty już się tłumaczę:

 

Powtórzenie celowe. Głos bohaterki jest w pewnym stopniu także głosem babci, kobiety, która miała spory wkład w wychowanie córki syna.

 

„Skocz” to takie zasłyszane, z życia wzięte. Może jakaś gwara? Źródło super literackie na moją obronę: „Liwko, Liwko, skocz po piwko”. ;)

 

Jeśli chodzi o cukier w dżemie też oczywiście był drogi, ale jest to jeden słoiczek na… całe życie ;) Jeśli chodzi o włóczkę babcia musi coś stale robić. Stale. Dla zamkniętej w pętli świadomości ten sam dzień odtwarza się w kółko z małą różnicą, jak w Dniu Świstaka. Włóczki schodzi więc bardzo dużo. Taka mała prywatna tkalnia. Babcia odbiera każdy identyczny dzień, jako kolejny, ale pamięta wybiórczo wydarzenia z poprzedniego. Laura powtarza więc w kółko te same fakty, licząc, że babcia będzie coraz więcej pamiętać.

 

W babci jest, że tak sobie pozwolę, pies pogrzebany. To, że Laura w ogóle chodzi do babci, a nie łączy się z nią w chmurze. To, że babcia nie jest świadoma tego, że jest w symulacji, bo jej sieć neuronowa nie była w pełni odtworzona. To że jest jakiś lekarz, który zaleca jakieś zachowanie, by uniknąć jakiegoś szoku. Dalej w opowieści mamy wzmiankę o tym, że „fizyczne pierdoły”, czyli te zapamiętane przez ciało najłatwiej odtworzyć. Dlaczego? Dlaczego Paweł żartuje do brata, żeby wrócił jednak żywy, bo inaczej ciężko będzie „go” zgrać, choć firma wydawnicza jest w stanie odtworzyć Tomasza-artystę z ilości zachowanych nagrań.

 

Poruszam tutaj mind-body problem. Sugeruję, że może umysły serfujące po sieci nie są całkowicie odcięte od swoich ciał. Może są. Ciała, są/nie są/były? potrzebne. Do zgrywania dochodzi w z pewnością za życia zainteresowanego transcendencją człowieka. Babcia jest oburzona, że ktoś młody się na to decyduje. Dla niej samem wybór był prosty: eutanazja czy transcendencja? Co dzieje się więc z ciałem członka programu…? Zostawię to tak tutaj. Nie powiem. ;)

 

Laura jednak, mimo swoich ukrytych pragnień, nie jest zgrana do programu. Musi więc sama udawać się do miejsca, gdzie kładzie się w maszynie do zgrywania i idzie w „odwiedziny” do cyfrowego świata. Znowu trochę matrix, choć sama wyobrażam sobie taką wielką maszynę do tomografii. Kosztowny proces, więc też każda taka wizyta, żeby niby fizycznie odwiedzić babcie kosztuje ekstra. W podobnych warunkach testuje się program, który pisze Paweł. Dużo mogłabym o tym gdybać… Zostawię.

 

(tutaj też dla fragment, który może zainteresować emlisien)

Wracając do fizycznych pierdół. Każda symulacja inna od zapamiętanej przez ciało rzeczywistości wymaga podpięcia do programu. Programu, który na czymś musi działać, a więc którego utrzymanie kosztuje. Zatem najtaniej technologicznie i energetycznie jest odtwarzać wspomnienia, lub tworzyć symulacje zapamiętanej rzeczywistości, a więc taki po prostu matrix. Matrix jest najtańszy. Każdy ma prawo do matrixa, jest to właśnie ten „program socjalny”. I tu wracamy do pomysłu z wychodzeniem. Babcia za dodatkowym kosztem może wyjść z matrixa i za to zapłaciła jej Laura. Szwajcaria była na tyle wiarygodna, że wadliwie zgrana babcia wchłonęła ją do swojej rzeczywistości, co było niezbędne przez wzgląd na wadę w zgrywaniu i brak świadomości bycia podłączonej. Ponieważ jest już w symulacji może „wyjść” ze stworzonego dla niej w programie pokoju w domu starców i spotkać innych podobnych sobie wadliwie zgranymi osobami sw pomieszczeniach zasymulowanego domu albo spacerować po ogrodach, poprosić o wyjście z opiekunem na miasto itd. Wszystko wymaga większej ilości renderowanych obiektów, większej mocy symulacji, więcej też kosztuje.

 

UWAGA spoil cudzego opowiadania/ Co do opowiadania kronos-maximus, miałam podobne wrażenie. Mars to Zło. Jak Sopot ;) Tam bohaterka chce za wszelką cenę uciec na Ziemię (w ostatniej chwili się jej nie udaje), tu bohaterka za wszelką cenę nie chce wyjechać (co również spotyka się z porażką pod koniec).

 

Te bajania to właśnie marzenia bohaterki. Powód do zamachu na swoje zdrowie i życie. Nudne, zwykłe rzeczy, które stanowią istotę spełnienia dla bohaterki.

 

Tak, Laura trafia na Marsa na koniec. Tak jak zdradziłam wyżej w komentarzu, jej mąż walczył o ocalenie jej biologicznego ciała. Wierzył, że wszystkie zachowania żony wynikają z depresji po stracie przyjaciela. Uznawał jej marzenia za manifestację idealizacji samobójstwa, objawu choroby. Po uratowaniu jej życia wykorzystał farmaceutyczną śpiączkę żony, żeby przetransportować ją w „lepsze” miejsce, w którym będą spokojnie mogli założyć rodzinę. Ale wszystko to zostało w wielkim niedopowiedzeniu. Mogłam faktycznie ubrać to w więcej emocji, ale po to musiałabym pokazać stronę Pawła i może pisać opowiadanie z dwóch perspektyw (albo nawet trzech, dodając Tomasza).

 

Na koniec też dopiero poznajemy imię bohaterki i miałam nadzieję, że czytelnik zacznie sklejać, że imię było użyte wcześniej, gdy babcia mówiła do Laury o niej samej tylko w trzeciej osobie. Chciałam zachęcić tym do ponownego przeczytania. Stąd może brak odpowiedniego, finalnego ciężaru.

 

Chyba wiem, z którym odcinkiem, choć nawiązałam do paru. Obejrzałam serię kilka razy. Co poradzę. To lubię ;)

 

Pozdrawiam i dzięki za rozległy komentarz, mam nadzieję, że nic mi nie uciekło.

 

 

Cześć emlisien,

 

Coś w tej szufladzie jeszcze się znajdzie ;) Trochę czuję się winna, że ucieszyłam się z tego, że nie mogłaś jakiś czas zasnąć po przeczytaniu. Troszeczkę…

 

Co do babci to rozpisałam się na ten temat wyżej w odpowiedzi do Ananke, więc pozwolę sobie na wygodne „jak wyżej”, ale z dopiskiem, że ów dym i skrzypiące krzesło to właśnie ten program socjalny, ten matrix odtwarzany z zapisanych w ciele wspomnień. Nikt celowo nie krzywdził nikogo, ale twórcy matrixa nie odpowiadali za to, jak ktoś żył swoje życie przed zgraniem. Odtwarzali jedynie zapamiętany film. Pozwoliłam sobie tutaj na małe rozdrapanie pomysłu piekła z ubóstwianego przeze mnie filmu Między piekłem a niebem „the real hell is your life gone wrong”.

 

 

morteciusz,

 

no siema :)

Hm, fakt, że coś trafia do biblioteki, pokazuje, że to dobry tekst i dlatego tym bardziej warto nad nim pracować, żeby cieszył na dłużej. :)

 

Nie przekonuje mnie to celowe powtórzenie, ale kłócić się z wizją autora nie zamierzam. ;) 

 

„Skocz” to takie zasłyszane, z życia wzięte.

 

Ale skocz to jest normalne słowo i nie czepiam się go jako słowa, bo tak się oczywiście mówi "skocz po…", chodzi mi o użycie słowa, że kojarzy się z wyjściem do innego miejsca. ;) Tutaj bardziej adekwatne byłoby „Podaj łyżeczki”.

 

Jeśli chodzi o cukier w dżemie też oczywiście był drogi, ale jest to jeden słoiczek na… całe życie ;) 

 

Otwierając dżem, trzeba go zużyć w ciągu określonego czasu, a skoro Laura przychodzi do babci i tak jakby w pętli ten dżem daje, to chyba nawet jak nie schodzi go za wiele, dżem się kiedyś zepsuje i nie będzie dobry. 

 

 Włóczki schodzi więc bardzo dużo. 

 

Napisałaś, że schodzi sporo włóczki, a w tekście było, że Laura rozplątywała te zrobione przez babcię rzeczy. Teraz tak myślę… Umysłem jest w innej rzeczywistości, a ręce mogą normalnie i sprawnie pracować? W sumie ciekawe zagadnienie.

 

Co do ilości zachowanych nagrań, to też mi się przypomniał odcinek „Black Mirror” z „chłopakiem”, za którym tęskniła pewna dziewczyna… 

 

Co do Laury i matrixa, to jeszcze bardziej namieszałaś mi w głowie. Po co w takim razie karmić dżemem przez kładzenie go na metalowym czytniku? Czemu babcia nie widzi obrazu za oknem, skoro Laura odwiedza ją w tym „wirtualnym świecie”? Co przegapiłam? :)

 

Co do końcówki, to po prostu nie ma takiej mocy oddziaływania, bo idąc przez opowiadanie z bohaterką, nie czułam jej kurczowego trzymania się Ziemi ani olbrzymiej nienawiści do Marsa. ;)

 

Mam nadzieję, że długi komentarz nie zmęczył, w każdym razie Twoje opowiadanie skojarzyło mi się z „Black Mirror”, a że też bardzo lubię, to tym chętniej czytałam opowiadanie, takie moje klimaty, można powiedzieć. :) 

 

Body-mind to temat do wielu dyskusji, coś niesamowitego, choć strach pomyśleć, co będzie, kiedy coś takiego zacznie działać… Nie chciałabym znaleźć się w takiej małpce, wiesz o czym mówię. :)

 

Pozdrawiam serdecznie,

Ananke

 

Zerkając do najnowszych tekstów, zatrzymałem się na Twoim. Ciekawa wizja przyszłości. Ciekawa pod tym względem, że wpisuje się w obecny “trend na rynku”. Myślę, że sporo osób, zwłaszcza pracujących w dużych miastach, zauważyło ssanie na programistów. Podobnie jest z resztą Twoich przewidywań, zarówno kierowcy jak i nauczyciele rzeczywiście mogą kiedyś stracić pracę. Tekst jest przemyślany, dobrze łączysz poszczególne pomysły. Dokładasz ciekawe przerywniki w postaci dialogów z babcią. Sprytny zabieg. :) Po pierwsze, rozbijasz info dump w opowiadaniu, po drugie – patrząc, że wszystko dzieje się w niedalekiej przyszłości, to my, obecni czytelnicy, jesteśmy właśnie tymi babciami i dziadkami z Twojej przyszłości. :)

Sumarycznie, bardzo udane opowiadanie. I debiut, co przed chwilą sprawdziłem. Życzę powodzenia w kolejnych publikacjach.

 

Nowa Fantastyka