- Opowiadanie: Bolly - Chciałbym wyruszyć w świat

Chciałbym wyruszyć w świat

Pewien chłopiec bardzo pragnie wyrwać się ze swojej rodzinnej wioski. Twierdzi, że jest już wystarczająco duży, by poradzić sobie w szerokim świecie. Ale czy na pewno? Przekonajcie się sami.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Krokus, Użytkownicy II, NoWhereMan

Oceny

Chciałbym wyruszyć w świat

– Ojcze, chciałbym wyruszyć w świat.

– Rozmawialiśmy już kiedyś o tym, mój synu. Matka i ja nie zgadzamy się i zdania nie zmienimy.

– Ależ ojcze… Mam już prawie czternaście wiosen, a wszystko, co dotąd widziałem, to nasza rodzinna wioska. Chciałbym zobaczyć zamki i miasta, i wysokie góry, i szumiące morze, i inne cudowne rzeczy, o których tyle słyszałem.

– To prawda, że świat jest pełen cudów, ale i czyhających na każdym kroku niebezpieczeństw. Matka i ja co dzień umieralibyśmy ze strachu, że coś ci się stanie.

– Jestem już duży, potrafię zadbać o siebie.

– W morzu można trafić na głębię albo zdradliwe wiry i utonąć, a w górach zostać przysypanym przez lawinę, utknąć w rozpadlinie lub zginąć na dnie przepaści.

– Będę uważał, obiecuję.

– By zobaczyć zamki i miasta, musiałbyś wpierw przemierzyć mokradła i dzikie puszcze, gdzie łatwo się zgubić. Co więcej, grasują tam zjawy, czarownice, wąpierze, leśne licha lubujące się w zwodzeniu podróżnych na manowce, złośliwe elfy, trolle, chochliki i koboldy, nie mówiąc już o wilkach, niedźwiedziach i innym drapieżnym zwierzu.

– Poradzę sobie z nimi.

– A co, jeśli przyjdzie ci stanąć oko w oko ze smokiem, mantikorą, gryfem, jadowitą, wielogłową hydrą, wężem morskim, gorgoną, meluzyną? Jedną z owych zębatych, pazurzastych bestii z piekła rodem, przeciwko którym i rycerz by nie podołał?

– Choćby stu miało nie podołać, ja podołam.

– Nie zapominaj o złych ludziach, nierzadko groźniejszych niż jakiekolwiek potwory! Żądni władzy książęta i królowie stale toczą ze sobą boje, a ich wojska znaczą swą drogę krwią i pożogą. Wiele krain jest regularnie pustoszonych przez nieznających litości barbarzyńców z północy, na gościńcach zaś aż roi się od uzbrojonych po zęby bandytów, raubritterów, rzezimieszków, morderców i łowców niewolników.

– Z nimi wszystkimi też dam sobie radę.

– Nie boisz się?

– Ani trochę! W końcu jestem już duży.

– Cóż, jesteś, nie da się ukryć – coraz bardziej stropiony ojciec podrapał się po głowie, mierząc chłopca wzrokiem – ale…

– Dość! Nie zatrzymasz go tu siłą, mój drogi. Jeżeli będzie chciał nas opuścić, zrobi to i bez naszej zgody. Zresztą ma do tego prawo – do rozmowy wtrąciła się matka. – Spodziewałam się, że to kiedyś nastąpi, ale nie myślałam, że tak prędko. Bo o to właśnie chodzi, prawda? Chciałbyś spróbować odszukać swoich? – dodała, zwracając się do syna.

Odpowiedziało jej nieśmiałe skinienie głową.

– Obiecaj, że nie zapomnisz o nas, dobrze? – poprosiła cicho, głosem pełnym bezbrzeżnego smutku.

Na trawie przed nią rozpostarła się ogromna dłoń. Ufnie i pewnie kobieta wstąpiła na nią i już po chwili znalazła się na wprost równie wielkiej, zbrązowiałej od słońca chłopięcej twarzy, z zadartym nosem, na którym mogłaby wygodnie usiąść okrakiem, i oczami przywodzącymi na myśl dwie modre sadzawki. Z oczu tych popłynęły wiadra łez, mocząc jej włosy, gdy z matczyną czułością wtuliła się w policzek sieroty z plemienia olbrzymów, którego kochała jak własne dziecko.

Kiedy go znaleźli oseskiem, porzuconego przy leśnej drodze, ledwie było go widać z powijaków, rósł jednak bardzo szybko i wnet zrozumieli, że niedługo zdołają utrzymać przed nim w sekrecie jego prawdziwe pochodzenie.

Teraz był duży, duży i silny ponad wszelkie wyobrażenia. Oddechem poruszał wiatraki przy bezwietrznej pogodzie, ciężkie głazy rozgniatał niczym przejrzałe gruszki, a drzewa wyrywał z korzeniami, jakby to były polne chwasty. Patrząc, jak wyciąga z ziemi dorodną sosnę na podróżny kostur, jego przybrani rodzice objęli się, przejęci wzruszeniem i dumą. Mogli być o niego spokojni. Poradzi sobie.

Koniec

Komentarze

Cześć, Bolly!

 

To ja, Twój piątkowy dyżurny!

Jest w tym tekście przewrotność :)

Początek rozgrywasz nadopiekuńczymi rodzicami, jakich w obecnych czasach mnóstwo, o czym dość często się przekonuję. A potem robisz twist, że to olbrzym i tu zaczyna się robić ciekawie, bo można do tego podejść na dwa sposoby.

Dosłownie – olbrzym idzie w świat. Choć tu miałbym kilka zastrzeżeń, np. jak rodzice wykarmili “malca” oraz fakt, że taki olbrzym byłby w ludzkim świecie mocno zagrożony – trudno mu się schować, a jeśli go zobaczą, to ruszą całą armią by go zgładzić.

W przenośni – dzieci szybko dorastają i często rodzice widzą je jako znacznie mniejsze niż są w rzeczywistości. Mój najmłodszy syn to już kawał chłopa – 2,5 roku :P, ale łapię się, że wciąż myślę o nim, jako o malutkim berbeciu, który dopiero co się urodził.

Także podoba mi się :)

Natomiast to co mi się nie podoba, to początek jest nieco zbyt długą wyliczanką niebezpieczeństw – znużyło mnie to. I druga rzecz, to mocno skrótowe i infodumpowe streszczenie historii małego olbrzyma. Nie wiem, czy dało się to zrobić lepiej, ale to mi nie zagrało.

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej!

z matczyną czułością wtuliła się policzek sieroty

Zabrakło “w” po “wtuliła.

 

Bardzo podoba mi się zwrot akcji :)))

Mój najstarszy syn ma 17 lat, a ja każdego dnia muszę sobie przypominać, że już nie jest małym dzieckiem. Rozumiem rodziców z Twojej historii. Sympatyzuję z ojcem, podziwiam odwagę matki.

 

Podzielam opinię fiołka – ta wyliczanka na początku trochę przydługawa, a opowiedziana telegraficznym skrótem historia małego olbrzyma pozostawia niedosyt. Nie przeszkadza mi to, że nie zaadresowałeś problemów aprowizacyjnych. W końcu to jest bajka, na pewne rzeczy można przymknąć oko i pójść na skróty.

Podobało mi się :)

Pozdrawiam :)

Bardzo urokliwe i dobrze napisane, ale zgadzam się, że lepiej albo poświęcić konkretnym zagrożeniom więcej miejsca, ale rozpisać tylko kilka z nich.

 

Plus może jakaś osobista historia, łoj synku, taki to wujek Kazio spotkał na grzybach Mantikorę, łojojoj, na dwa wiadra go potem nieśliśmy, po co mu było z wioski wychodzić, takie piękne kanie przecież w ogródku rosną :)

Istotnie, klerycy mieli zwyczaj chować tabliczki czekolady między podręcznikami. Nazywali je teologią Menier.

Misiowi się spodobało, ale trochę pomarudzi. 

Dobry jest i niespodziewany twist. Z tego co nastąpiło po zdaniu:

Z oczu tych popłynęły wiadra łez, mocząc jej włosy, gdy z matczyną czułością wtuliła się policzek sieroty z plemienia olbrzymów, którego kochała jak własne dziecko.

wyciąłbym:

Kiedy go znaleźli oseskiem, porzuconego przy leśnej drodze, ledwie było go widać z powijaków, rósł jednak bardzo szybko i wnet zrozumieli, że niedługo zdołają utrzymać przed nim w sekrecie jego prawdziwe pochodzenie.

i przeniósłbym przed:

Na trawie przed nią rozpostarła się ogromna dłoń.

Końcówkę od:

Teraz był duży, duży i silny ponad wszelkie wyobrażenia.

bym sobie darował, bo imo osłabia twist.

 

Ale to tylko moje misiowe marudzenie. Powtórzę: – Podobało mi się.

 

 

 

 

Dzień doberek! 

Mi również przypadło do gustu. Krokus wspomniał o interpretacji nadopiekuńczych rodziców, co ja akurat odebrałem w taki sposób. Krótkie, fajne i przyjemne, więc na krótko. Jakby traktować dosłownie – w tekście mamy, że niezbyt długo potrafiliby go utrzymać w tajemnicy. No, ma swoje rozmiary więc sprawa oczywista. Takie odejście olbrzyma mimo czyhających niebezpieczeństw to też troska o ich byt, bo kiedy by prawda wyszła na jaw, rodzina byłaby w kłopotach. Co też mi się wiąże w pewną interpretację zaradności w realiach. 

 

Fajne i przewrotne. ;) Rozmowa z początku trafiła pewnie do wielu osób, bo kto sam nie słyszał od rodziców o tych wszystkich niebezpieczeństwach, prawda? 

W przeciwieństwie do przedmówców, to nie przeszkadzała mi wyliczanka. Gdy ojciec pozostawał nieustępliwy, to zastanawiałem się, jaka będzie odpowiedź syna na to wszystko / co się wydarzy, aby w końcu ruszył w świat.

Zgłaszam do biblio i pozdrawiam.

A to takie buty…

Dobre. Lubię wplatanie baśniowych motywów do tekstów. Ciągnąłbym to dalej, aż do pełnowymiarowej historii, bo to tylko wstęp, a mógłby rozwinąć się w ciekawy retelling znanego motywu. Są szanse na sequel?

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

Łoł, obrodziło komentarzami.

 

Zabrakło “w” po “wtuliła.

Poprawione.

 

A potem robisz twist, że to olbrzym i tu zaczyna się robić ciekawie

Bardzo podoba mi się zwrot akcji :)))

Dobry jest i niespodziewany twist.

A więc cel został osiągnięty. Trochę się bałem, czy twist, wokół którego zbudowałem całego szorta, zadziała jak należy, ale widzę, że niepotrzebnie. :-)

 

I druga rzecz, to mocno skrótowe i infodumpowe streszczenie historii małego olbrzyma. Nie wiem, czy dało się to zrobić lepiej, ale to mi nie zagrało.

opowiedziana telegraficznym skrótem historia małego olbrzyma pozostawia niedosyt.

A dwóch betujących sugerowało mi coś dokładnie odwrotnego, czyli przycięcie tej części szorta. :-) Pod względem kompozycyjnym tekst składa się niejako z dwóch części, pierwsza to dialog chłopaka z przybranym ojcem, druga – wyjawienie, kim tak naprawdę jest nasz bohater, i jak znalazł się pod opieką zwykłych wieśniaków, a także krótka demonstracja tego, co potrafi. Pisząc, zastanawiałem się, jakie zachować między nimi proporcje, i myślę, że dobrze postąpiłem, dzieląc szorta mniej więcej na pół.

 

Dobre. Lubię wplatanie baśniowych motywów do tekstów. Ciągnąłbym to dalej, aż do pełnowymiarowej historii, bo to tylko wstęp, a mógłby rozwinąć się w ciekawy retelling znanego motywu. Są szanse na sequel?

Olbrzymy są jednymi z fantastycznych istot, które często goszczą w moich tekstach, podobnie jak wróżki/elfy i inne stworzenia w skrajnie różniących się rozmiarach. Mam na warsztacie m. in. luźno nawiązującą do baśni o Jasiu i łodydze fasoli powieść “Pantagruela z Obłocznego Królestwa”, o mieszkającej w zamku wśród chmur olbrzymce, która odkrywa leżący w dole świat ludzi, pouczającą bajeczkę o trzech małych wróżkach oraz inspirowane ilustracjami Don Kenna opowiadanie o skrzatach zwanych warzątkami, których wrogami są odrażające, potworne olbrzymy – jagowie.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Fajny pomysł, zaskoczyłeś mnie tym olbrzymem. Podobało mi się też wymienianie tych wszystkich niebezpieczeństw przez ojca – ładna kolekcja. To musiał być albo oczytany, albo obeznany w świecie facet. ;)

 

Pozdrawiam!

Trochę szkoda, że pierwsze wrażenie, iż opowiesz nam to za pomocą dialogu, nie potwierdziło się. Po zakończeniu partii dialogowych, zgodnie z bajkowymi prawidłami odczyniający rytuał swoistej wyliczanki, dość szybko można się było domyśleć, że chłopiec nie jest zwykłym chłopcem. Równie szybko potwierdziłeś to w tekście – zrezygnowałeś więc z tak miłego dla czytelnika efektu “wow”. A co dostaliśmy w zamian? Ciepłą opowieść o miłości rodzicielskiej, jak to w bajce przerysowaną, ale z pewnością szczerą. Ja to kupuje. Jest w tym magia.

To nie jest złe opowiadanie, ale parę rzeczy mi nie gra. Dlaczego rodzice byli tacy nadopiekuńczy, pomimo że zdawali sobie sprawę z tego, jak potężny był ich syn? Dlaczego główny bohater sam nie wspomina o tym, że wyrusza na poszukiwania swoich prawdziwych rodziców, tylko mówi o tym jego “matka”. To, że się z nią zgodził wskazuje, że wiedział o tym, jak został znaleziony w lesie. No i dziwi mnie ta ich reakcja na koniec, kiedy rodzice przestali się o niego bać, bo wyrwał sosnę. Wcześniejsze zdania wskazują, że nie jest to wcale nic niezwykłego.

Pozdrawiam

https://fantastycznyblog.wordpress.com/

Tę szczególną relację rodzinną można odczytać na różne sposoby, a jeden z nich – mniej lub bardziej “kanoniczny”, a więc zgodny z intencją autora – jest taki: rodzice wcale nie bali się o to, że sobie nie poradzi, po prostu tak bardzo go kochali, że nie chcieli się z nim rozstawać, a troska o jego bezpieczeństwo była jedynie pretekstem, by nie pozwolić mu odejść, przybrany syn z kolei nie chciał im robić przykrości mówiąc, że prawdziwym powodem jego wyprawy jest chęć odszukania prawdziwych rodziców. Oczywiście nie mam też nic przeciwko interpretacji poprzednich komentujących, którzy widzieli tam tylko zwykłą nadopiekuńczość cokolwiek odklejonych od rzeczywistości rodziców – ukazaną interakcję można więc potraktować jako moment, w którym ojciec i matka wreszcie przejrzeli na oczy.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Dla rodziców dorosły syn zawsze będzie bobaskiem.;) Trafnie ujęte stanowisko matki i ojca, dylemat pomiędzy chęcią zatrzymania dziecka przy sobie a koniecznością zmierzenia się z faktem, że już dorosło. Początkową rozmowę połączyłabym z jakąś wspólną czynnością rodziny, żeby urozmaicić dialog.

 

Początek dosyć trudny, bo wybrałeś też trudną formę – czyste dialogi, bez didaskaliów. Miałem więc problem z wstępnym wyobrażeniem sceny, co i rusz musząc uzupełniać ją o kolejne ujawniane przez rozmówców detale.

Końcowy opis ładnie naświetla całą sytuację oraz daje odpowiednią puentę dla tego szorta. Nie wiem jednak, czy wynagrodził mi wysiłek z pierwszych chwil, gdy kompletnie nie orientowałem się, kto z nim rozmawia. Tu będzie to pewnie kwestia indywidualnej odporności czy też podatności czytelnika na tego typu ruchy.

Technicznie czytało się ok, bez zgrzytów.

Tak więc koncert fajerwerków z pomysłem i solidną peuntą, ale początek może utrudnić wejście w tekst.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Tak więc koncert fajerwerków z pomysłem i solidną peuntą

Och, jak Ty to pięknie ubrałeś w słowa!

 

Początek dosyć trudny, bo wybrałeś też trudną formę – czyste dialogi, bez didaskaliów. Miałem więc problem z wstępnym wyobrażeniem sceny, co i rusz musząc uzupełniać ją o kolejne ujawniane przez rozmówców detale.

Sam na ogół nie znoszę tekstów, które zaczynają się od dialogu, ale wydaje mi się, że tutaj dostatecznie jasno naszkicowałem kontekst – już po kilku pierwszych wersach wiadomo, że dialog ma miejsce pomiędzy ojcem a nastoletnim synem, mieszkańcami jakiejś wioski, a wzmianka o zamkach w połączeniu z kategorią “fantasy” wskazuje na realia quasi-średniowieczne.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Nowa Fantastyka