- Opowiadanie: Nikaszko - Fajerwerki

Fajerwerki

Opowiadanie dystopijne z homoromansem w tle.

Jeśli to czytasz, to miłego czytania.

Łap tu czekoladkę 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Finkla

Oceny

Fajerwerki

γ

 

Liv przesuwała grzebień przez swoje czarne włosy. Przyglądała się w lustrze, myśląc, czy nie jest aż zbyt blada. Jako mieszkaniec Calare żyła pod powierzchnią Ziemi i nigdy choćby na ułamek sekundy nie widziała słońca. Większość ludzi mijanych na ulicach nie miała aż tak nieopalonej skóry. Może to nie z nią jest coś nie tak? Może to ona należy do niewielkiego odsetka ludzi, niebarwiących specjalnie swojej skóry. Może wszyscy są tak bladzi jak ona i nie mogą pogodzić się, z tym że ich prawdziwy wygląd nie jest taki, jakby chcieli, taki jak człowiek powinien wyglądać w naturze. Może wszyscy chcieli choćby udawać, że żyją na powierzchni, chociaż wiedzieli, że po Ostatecznej Wojnie, Ziemia jest jednym wielkim zgliszczem, cieniem dawnej siebie, trupem pełnego życia globu.

Właściwie Liv wcale się od nich nie wyróżniała. Też udawała, że wszystko jest lepiej, niż jest. Chowała anemiczne wargi za brzoskwiniową szminką. Nie chciała wyglądać pięknie, musiała po prostu wpasować się w normę. Chowała za białym korektorem cienie pod oczami. Żeby utrzymać się w normalnym poziomie spała po cztery godziny na dobę. Gdyby chciała dłużej, nie zdążyłaby wykuć na blachę wszystkiego. Nawet jeśli jeszcze nie musiała pracować, nie mogła spać dłużej. Nie starczyłoby jej czasu, na jedyne co dawało jej przyjemność. Wyjątkowej czynności, która dawała jej organizmowi dopaminę, bez której by nie przeżyła. Nie mogłaby czytać, jednak nie podręczników, ciężkich ksiąg naukowych czy prostych, zabierających mózg i na chwilę dających ulgę żartów. Czytała artefakty dawnej epoki sprzed wieku. Czasów, w których jakakolwiek działalność humanistyczna nie była uznana za marnowanie zasobów. Czytała powieści i opowiadania. Historie pełne magii, zagadek i niezwykłości. Opowiadające o tym, czego żaden mieszkaniec Calare nie doświadcza. Zapisów z prawdziwymi emocjami tego co ludzie z Powierzchni czuli, czego mogli doznać. Uczucia takie jak radość, miłość, rozbawienie czy fizyczny, prawdziwy ból. Jedyne co znała Liv to zmęczenie, samotność pomimo przeludnienia i psychiczne cierpienie. W prawdziwym życiu nigdy nie czuła emocji. W prawdziwym życiu mogła co najwyżej doświadczyć działania hormonów. Które po osiągnięciu określonego poziomu tłumiła mała maszyna na jej ręce, zwaną identyfikatorem. Pokazującym także wszystkie informacje o jej organizmie. To, że jej witamina D była na zdecydowanie zbyt niskim poziomie, niższym nawet niż reszta witamin. To, że jak na tak wczesną porę dnia, wytwarza zbyt dużo hormonu GABA. To, że minęło osiem lat, od kiedy ostatnio się zaśmiała.

Wygładziła sprayem swoje włosy, upewniając się, że wygląda, jak powinna. Jak pozornie idealnie zadbana młoda kobieta, nie jak wrak człowieka. Poprawiła swój strój. Standardowy uniform szkolny zdecydowanie zbyt mocno uciskał jej klatkę piersiową. Prosiła raz o wydzielenie nowego, jednak pozbawienie jej tego dyskomfortu, uznano za zmarnowanie zasobów. Liv wyszła ze swojej trzymetrowej klitki. Powietrze na zewnątrz wydawało się bardziej duszne niż w środku. Delikatny chłód tej gigantycznej jaskini od razu w nią uderzył. Patrzyła się w odległy kamienny sufit, wypełniony lampami solarnymi i pokryty genetycznie modyfikowanymi roślinami, wchłaniający nadmiar wilgoci i produkujących cenny tlen. Szła po cienkiej ulicy pokrytej sześciokątnymi płytkami. Calare było przekształconą ogromną jaskinią, jej gigantyczne ściany układały się w idealny sześcian. Chociaż miejsce, do którego szła Liv znajdowało się dość daleko, musiała iść pieszo. W podziemnym mieście panował zakaz jakichkolwiek pojazdów. Przyglądała się budynkom, chociaż wiedziała, że większość z nich wyglądała dokładnie tak samo. Szare bryły z małymi oknami. Jedynym wyjątkiem była szkoła, ratusz i fabryki znajdujące się na ścianach. Liv ukradkiem patrzyła się na idący wokół niej tłum. Większość ludzi wyglądała jak ona. Idealnie wyprasowane mundury wskazujące na zawód lub poziom edukacji, idealnie wystrzyżone włosy, idealny makijaż dający iluzję, że są zdrowi, idealnie puste oczy. Oczy pragnące życia, oczy pragnące starego świata, świata, który umarł ponad sto lat temu. Świata, którego nie pamięta nikt, po którym jedynym śladem były książki i multimedia. Rzeczywistość gdzie istniał brud, choroby, adrenalina, zabawa, uczucia i przygoda. W którym humanizm nie jest marnowaniem zasobów, w którym ludzie decydowali sami o sobie. Liv zabrało się na płacz. Maszyna na jej ręce delikatnie pisnęła. Smutek zniknął, został zastąpiony pustką. Szła dalej, pozbawiona emocji, uznanych za ślad po byciu zwierzęciem. Do jej uszy dobiegła krótka melodia oficjalnego hymnu Calare.

– Dwieście osiemnasty dzień sto szóstego roku istnienia Calare – mówił z głośników ten sam głos, co zwykle o godzinie osiemnastej – Aktualna objętność Calare tu sześcian o boku trzech kilometrów. Ilość tlenu w powietrzu wynosi dziewiętnaście procent. Brak potrzeby zakładania masek tlenowych. Czystość wody poniżej normy. Brakujące zasoby to słodziki, owoce i materiały szwalnicze. Kontakt z innymi ocalonymi po Ostatecznej Wojnie nie został nawiązany. Istnienie innych ocalałych po Ostatecznej Wojnie niepotwierdzone. Ilość wyeliminowanych zbędnych to dwadzieścia osiem. Ilość śmierci to czterdzieści. Liczba nowo narodzonych to pięćdziesiąt. Obecna populacja wynosi dziesięć tysięcy dwanaście. Proporcja płci to jedna i dwie dziesiąte kobiety na jednego mężczyznę.

Liv westchnęła. Bała się dowiedzieć co działo się z wyeliminowanym. Wiedziała, tylko że zostali nimi ci, którzy nie byli doskonali, nie nadawali się do pracy ani do rozrodu. Często eliminowani byli ci, których leczenie było zbyt kosztowne, w proporcji do tego jak użyteczni byli. Stanęła przed budynkiem szpitala. Wyróżniał go tylko neonowy, biały znak. Weszła do środka. Od razu powitało ją gęste powietrze, cuchnące środkami dezynfekcyjnymi.

– Imię, nazwisko i cel wizyty – powiedział mężczyzna przy recepcji.

– Liv Vinje – odparła cicho. To był pierwszy raz od dwóch dni, gdy używała swoich strun głosowych – Mam badanie użyteczności…

Mężczyzna kliknął coś w swojej maszynie.

– Pokój trzydzieści dwa – burknął.

Liv posłusznie poszła na miejsce. Czarny znaczek na drzwiach, symbolizował, że może wejść do środka. Weszła bez jakiegokolwiek pukania.

– Liv Vinje? – spytała lekarka.

– Tak… – Weszła do pokoju

Poza biurkiem lekarki w pomieszczeniu znajdowała jeszcze tylko maszyna medyczna i jedna szafka. Od bieli pokoju bolały ją oczy. Niebieskie światło jeszcze mocniej zwiększało wydzielanie GABA.

– Liv Vinje – Kobieta w kitlu czytała z komputera – Osiemnastolatka. Grupa krwi ORh-. Anemia wynikająca ze złej diety. Przeciętna fizycznie. Oceny dobre. Inteligencja wysoka, niestety językowa, a nie matematyczno-logiczna. Brak pracy, jednak przydzielona do pracy jako konserwatorka budynków. Umysł humanistyczny – Ostatni wyraz wycedziła –  Wiesz w jakim celu jesteś tu wezwana?

– B-badanie mojej użyteczności – powiedziała cicho.

– Błąd. Przecież masz już wydzieloną pracę. Oceniamy cię teraz w kategorii reproduktora.

– R-reproduktora? – Zdziwiła się.

Dopiero wtedy Liv uświadomiła sobie, że zbliża się do najlepszeni do prokreacji wieku. Wiedziała też, jak te kwestie są rozwiązane w jej mieście. Lekarze badają jak najwięcej czynników genetycznych i wypisują listę partnerów dla dziecka. Dzieci z przypisanych krzyżówek mają największą szansę być użytecznymi. Jeśli zostanie spłodzone potomstwo dwóch nieprzypisanych sobie osób, zostaje abortowane i traktowane jako odpad medyczny. Mało które pary ze wspólnym dzieckiem mieszkają ze sobą. Zwykle spotykają się ze sobą raz, na jedną noc, najczęściej załatwiają wszystko jak najszybciej, nawet nie myśląc o wyciągnięciu ze zbliżenia przyjemności. Nie można było też mieć tylu dzieci, ile się chciało. Dostawało się minimalną i maksymalną liczbę dzieci. Wszystko zależało od szacowanej wartości danej osoby. Podczas szacowania na reproduktora, wyceniano też, ile pieniędzy dostaje się za spłodzenie lub urodzenie dziecka.

– Skąd zdumienie? Nawet jeśli jesteś humanistką, wciąż masz wysoką inteligencję, jeśli okaże się teraz, że masz dobre geny fizyczne, odpowiednio dobierzemy ojców dzieci i byłabyś idealną reproduktorką. Z twoim umysłem, w niczym innym się nie przysłużysz. Aktualnie szacuję, że twoją minimalną liczbą dzieci może być jedno, a maksymalną pięć. Jeśli test na geny wyjdzie dobrze, możliwe, że będzie to nawet minimum pięć, maksimum dwadzieścia.

Liv patrzyła się tępo na lekarkę. Miała świadomość, że chcieli zrobić z niej klacz rozpłodową. Jednak nie potrafiła czuć złości czy zdziwienia tym faktem. Jej identyfikator dobrze tłumił emocje.

–  Wejdź do tej maszyny – Lekarka wskazała ręką.

Liv posłusznie usiadła w wyznaczonym miejscu. Medyczka zaczęła stukać coś na konsoli. Szklane drzwi zamknęły się, a szary dym wypełnił ciasną komorę. Halucynacje Liv pokazały jej pośród obłoków sylwetkę dziewczyny, pięknie opalonej o bujnie kręconych włosach. Uśmiechała się. Uszy wypełnił pisk, a przed oczami pojawiły się jej mroczki. Straciła przytomność.

W oczy uderzyło jasne światło. Liv obudziła się, jednak nie znajdowała się już w komorze.. Leżała przywiązana do kozetki lekarskiej, a poza medyczną stała nad nią dwójka muskularnych mężczyzn. Ich mundury jasno mówiła że byli to strażnicy.

– Liv Vinje – wycedziła lekarka – Wedle testu dowiedziałam się, jak bardzo zbędnym balastem jesteś.

Pomimo wytłumionych emocji, łzy zaczęły napływać do oczu dziewczyny. Stało się to, czego najbardziej się obawiała. Wiedziała, że to tylko wstęp i już dzisiaj pozna prawdę, o której wolała nie wiedzieć. Dowie się, co działo się ze zbędnymi.

– Badanie twoich organów rozrodczych jasno pokazały, że jesteś niezdolna do zajścia w ciąże. W połączeniu z faktem, że twoje pokolenie i tak zawiera już zbyt dużo humanistów, do wszystkich prac, które możecie wykonać, jest zbyt dużo kandydatów. Jako że bezpłodność czyni cię bezużyteczną jako kobietę, a na dodatek posiadasz zbyt duże tendencję homoseksualne, oficjalnie zostajesz uznana za zbędną.

Liv patrzyła się na medyczkę pustym wzrokiem. Co czuła? To była zupełnie nowa emocja. Intensywna, sprawiała, że drżała, biegła, by uciekała, uderzała, gryzła, krzyczała i walczyła o życie. Czuła to po raz pierwszy. Jeden ze strażników wbił igłę strzykawki w jej ramię. Chociaż wiedziała, że to ostatnia chwila, uciekała myślą do książek. Szukała opisu, który pasowałby do nowego doznania. Gdy wstrzykiwana ciecz weszła do krwioobiegu, przypomniała sobie. Ta emocja zwana była gniewem.

Jej spojrzenie wypełniła ciemność. Zaraz potem usnęły jej wszystkie zmysły.

Była martwa.

A przynajmniej tak myślała.

 

☁☁☁

 

 

 

Pierwszym co poczuła, był zimny metal. Jej uszy wypełniły się odgłosami maszyny. Jednak nim zdążyła otworzyć oczy, hałas ucichł. Zamiast tego usłyszała cichy szum, trzeszczenie owadów i śpiew ptaków. Żyła? Zdecydowanie żyła. Po raz drugi w życiu poczuła emocje, tym razem doskonale wiedziała, co to było, była to radość. Znajdowała się w ciasnej windzie. Jedne z jej drzwi były otwarte. Wypadało z nich pomarańczowe światło, otulające, ciepłem całe ciało dziewczyny. Dopiero teraz zobaczyła jak bardzo, jej brakowało ciepła. W Calare, o ile nie było się zakopanym pod kocami, czuło się ciągły chłód. Zmrużyła oczy i cicho jęknęła, ciesząc się temperaturą. Powoli wstała. Leniwym krokiem wyszła z windy. Widok zaparł jej dech w piersiach. Nawet jeśli widziała już to wiele razy na multimediach, żaden cyfrowy czy tradycyjny zapis nie mógł oddać w pełni tego, przed czym stała. Stała u podnóża góry, wokół niej rozciągała się ogromna polana, gdzieniegdzie wypełniona ruinami budynków sprzed Ostatecznej Wojny. Ziemia była porośnięta kępami trawy i okraszona prawdziwymi kwiatami. Patrzyła się z osłupieniem na widok, widok prawdziwej powierzchni. Z osłupienia wyciągnął ją identyfikator. Pokazywał powiadomienie, że została wyeliminowana, jej emocje nie będą już wytłumione, a maszyna na dłoni wkrótce się wyładuje. Wtedy dotarło do niej, co się stało i zalała ją kolejna nowa emocja. Szarpnęła się za włosy i krzyknęła, kuląc się. Serce przyspieszyło, a ciało pokryło się potem. Drżała. Została wywalona z Calare, nawet jeśli życie tam było bólem, było życiem. Była tam woda, praca, jedzenie i ludzie. Teraz znajdowała się na powierzchni. Miejscu, w którym nie było ludzi ani pewnego jutra. Nie było tu rządów, rządziła natura. Natura której zasad nie znała. Nie wiedziała, co może zjeść, co ją zabije, ani jak się chronić. Wiedziała, że umrze tu lada dzień.

Gdy nagle zobaczyła widok jednocześnie znajomy i całkowicie obcy. Coś, co widziała każdego dnia. Nigdy nie wzbudzało jej uwagi. Jednak teraz wydało jej się zupełnie nowe, inne. Z ruin niedalekiego budynku wyszedł człowiek. Była to kobieta niewiele starsza od niej. Światło słońca odbijało się od niej szalenie kręconych włosów. Piegi pokrywały opaloną skórę. Jej obtarty i brudny ubiór nie przypominał uniformów z Calare. Na plecach nosiła gigantyczny plecak, a do paska miała przypięte osiem kul, pistolet i butelkę z wodą. W dłoni trzymała prostokątne urządzenie. Liv patrzyła się tylko z osłupieniem. Patrzyła się na twarz pięknej nieznajomej. Właśnie widziała to, co nie powinno istnieć. Ocaleńca niemieszkającego pod ziemią. Nieznajoma nie zauważyła Liv. Schowała trzymany w ręku obiekt do plecaka i zerwała z paska jedną kulę. Na jej twarzy pojawił się uśmiech. Pociągnęła za sznurek i rzuciła przedmiot przed siebie, zasłaniając uszy. Gdy tylko kula ze stukotem upadła na zniszczoną ścianę. Rozległ się donośny huk. Powietrze wokół kuli wypełniły kolorowe cząsteczki. Liv krzyknęła i upadła na ziemię. Szybko oddychając, nie mogła powstrzymać się przed patrzeniem na wybuch. W życiu nie wiedziała tak wielu kolorów w jednym miejscu. Pomimo lęku pokochała niecodzienny widok. Krzyk przykuł uwagę blondynki. Jej uśmiech zmienił się w wyraz zaniepokojenia. Pochwyciła ze swojego paska broń i wycelowała do czarnowłosej.

– Kim jesteś!? – krzyknęła.

Pomimo wrogości, Liv czuła w jej głosie coś niezwykłego. Był jednocześnie słodki i pełen wdzięku. Nawet gdy jej groziła, dziewczyna o kręconych włosach była dziełem sztuki.

– N-nazywam się L-liv – Podniosła dłonie do góry – Pochodzę z Calare.

– Calare? – Zdziwiła się – Co w takim razie robisz na powierzchni? Wyrzucili cię za kradzież racji żywnościowych?

– Wyrzucili mnie za – Głos dziewczyny załamał się – Z-za bycie bezpłodną. Nie chcę cię skrzywdzić. Jestem tylko zagubioną duszą, która właśnie straciła wszystko co znała – W oczach Liv ponownie pojawiły się łzy.

– Wow! Debili z Calare już kompletnie powaliło – Schowała broń za pas – Cóż… Liv Witaj na powierzchni. Nazywam się Caroline i tak się składa, że mnie również stamtąd wywalono jeszcze za dzieciaka.

– Nie zabijesz mnie?

– Jeśli nie chcesz mnie zabić po co? Zresztą odwala mi już od łażenia samemu, a ty pewnie nawet nie wiesz co tu się dzieje i wierzysz, że ludzie z Calare są jedynymi ocalałymi – Caroline przybliżyła się – Na powierzchni znajduje się dużo więcej osób niż ci się wydaje.

– Jak dużo?

– Nikt nas nie liczy! – zaśmiała się – Chodź… poszukaj ze mną w tych ruinach jakiś ocalałych puszek. Zrobię ci wprowadzenie do tego świata.

 

 

Jakieś pół godziny później obydwie dziewczyny przeszukiwały ruiny, które niegdyś były sklepem. Milczały. Przez lokalizację przeszło już tyle osób, że nie zostało już prawie nic. Tylko wprawionej już w przeszukiwanie Caroline, udało się znaleźć puszkę fasolki po bretońsku.

– Pewnie zastanawiasz się czemu Ziemia, nie jest promieniotwórczym pustkowiem… – zagadała blondynka, chowając puszkę do plecaka.

– Tak. Właściwie jestem w szoku, że wciąż żyje…

– Napromieniowanie było ogromne, jednak zniknęło jeszcze za pokolenia naszych dziadków. Jak widzisz, naturze również udało się pięknie odrodzić. Nie wiem, czy poza Calare są jeszcze jakieś stare cywilizacje, jeśli są to raczej bardzo daleko stąd. Jednak, jako że z naszej kryjówki ludzkości, codziennie wydala się po kilka osób, w okolicy powstało wiele ludzkich wiosek. Nie mamy w nich takiej opieki społecznej jak w podziemnym państwie, jednak rozwijamy rolnictwo, odkopujemy rzeczy sprzed czasów Ostatecznej Wojny i próbujemy ułatwić sobie życie.

– Czyli taka jest prawda…

– Mniej więcej. Szczerze? – Caroline złapała Liv za ramiona – To że postanowili cię wywalić, jest najlepszą rzeczą, która do tej pory cię spotkała. Może i na powierzchni nie ma medycyny ani pewnego przeżycia, jednak możemy tu żyć. Jesteśmy zdolni doświadczać emocji, nietłumionych przez identyfikatory.

– Skoro są ludzkie wioski… To, co tu robisz? – spytała Liv.

– Podróżuję – odparła – Moja wioska daje takie warunki życia, że mogę myśleć o takich głupich przyjemnościach. Wiem, że nie zginę tam przez głód, chłód ani napaść dzikich zwierząt. Udało się nam nawet odkopać część multimediów starego świata. Mamy studnię i zaczynamy powoli tworzyć prawdziwe maszyny. Czasem udaje nam się nawet leczyć grypę. Co prawda gruźlicy czy jakiegokolwiek nowotworu złośliwego bym nie przeżyła, jednak naprawdę jest dobrze. Tak dobrze, że mogę właśnie w taki sposób wykorzystać swój urlop. Ba! Mogę w ogóle mieć urlop!

– Jaki ma to cel? – jasna twarz Liv wychyliła się zza przegrzebywanego krzaka.

– Jak to jaki? Zabawę – Coraline usiadła na przewróconej półce – A no tak! Zapomniałam, że w Calare nie zapoznali was z ideą przyjemności… – Zachichotała.

– Ej… znalazłam tu coś dziwnego…

– Co takiego – Kręconowłosa podeszła do brunetki.

Pod gałęziami kryło się uwite gniazdko, w jego środku spoczywały ptasie jajka.

– C-co to jest? – spytała z przejęciem.

– Liv… – Westchnęła – To jajka…

– Jajka? – Zdziwiła się.

– Ptaki rozmnażają się poprzez składanie jajek… W tych małych skorupkach kryją się ich dzieci… Stop. Czy ty pierwszy raz widzisz jajka?

– Tak. Właściwie po raz pierwszy widzę jakiekolwiek życie niebędące ludźmi i roślinami produkującymi tlen.

– Matko… Aż zapomniałam, jakie Calare jest beznadziejne… – Wstała i pomogła przy tym Liv.

– Właściwie co to był za wybuch wtedy? – spytała brunetka, gdy wyszły z pokoju.

– Ach… skręcony przez mnie fajerwerek – odparła z dumą.

– Co to jest?

– Coś, czego nie ma w Calare – odparła i wzięła głęboki wdech – Wyglądają najładniej wieczorem… a on jest – Wyciągnęła spod bluzki stary zegarek – Za jakieś trzydzieści minut… Przez resztę czasu możemy usiąść gdzieś i pogadać… patrząc się na zachodzące słońce.

– Zachodzące słońce? – Zdziwiła się Liv.

– Calare to okropne miejsce – Jęknęła Coraline.

Wyszły razem ze zniszczonego budynku i usiadły na trawie, porastającej okolice zniszczonego miasta. Brunetka rozglądała się wokół z przerażeniem.

– Liv?

– Cz-czemu tu… jest tak ciemno!? Słońce gaśnie!? – krzyknęła.

– Ja pierdole… – Caroline uderzyła się w czoło – To jest zbliżający się wieczór… będzie coraz ciemniej, aż nastanie noc… potem będzie ciemno aż zacznie się zbliżać do poranka i zrobi się znowu jasno…

– Co?

– Tak działa cykl dobowy – Westchnęła i zdjęła z siebie plecak. Po chwili szperania wyciągnęła chleb, nożyki i marynowane warzywa w słoiku– Czas na jedzonko! – Podała towarzyszce po trochu wszystkiego i zaczęła jeść.

Liv zarumieniła się. Dopiero w świetle zbliżającego się wieczoru dostrzegła jak egzotycznie piękna, jest jej towarzyszka. Nieśmiało posmarować pieczywo i wzięła kęs. Delikatnie pikantny smak rozlał się po jej ustach. Do tej pory nie sądziła, że jedzenie może mieć aż taki smak. Do tej pory jedyne co jadła, to przetworzone racje żywnościowe, ich smak każdego dnia był inaczej mdły.

– W sumie… czym się zajmujesz – zapytała się Liv.

– W mojej wiosce jestem mechanikiem. Wiesz jak coś się zepsuje to pędze wszystko naprawić. Poza tym mam małe hobby – Uśmiechnęła się.

– Hobby? – Zamrugała w zdziwieniu.

– Zapomniałam że w podziemnym mieście nie ma takich rzeczy – Westchnęła – Hobby to rzecz, którą kochasz robić, w której stajesz się coraz lepszy. Jest tym, co odżywia twoją duszę i daje ulgę w zwykłej codzienności.

– Rozumiem… Nie wiedziałam, że ludzie mogą robić coś takiego… – Zacisnęła pieści, na spodniach.

– Na powierzchni wiele się dowiesz o ludziach – Poklepała ją po głowie i ziewnęła – Moim hobby jest znajdowanie pierdółek z czasów Ostatecznej Wojny i przerobienie jej w fajerwerki! – Coraline poklepała kule przypięte do jej pasa.

– Czym w końcu są fajerwerki? – Liv spojrzała się na swoją towarzyszkę.

– Zobaczysz!

Zapadła między nimi cisza. Wypełniały ją coraz cichsze ptasie śpiewy i odgłosy owadów. Brunetka wzdrygnęła się, temperatura stała się niższa. Caroline wzięła przypięty do plecaka koc. Narzuciła go na ich dwójkę. Liv gładziła delikatnie szorstki materiał. W niczym nie przypomniał syntetycznych okryć z Calare.

– Czemu postanowiłaś mi pomóc? – spytała Liv.

– Bo jesteś człowiekiem który nie ma gdzie iść, co ze sobą zrobić, ani jak przeżyć. Poza tym w mojej wiosce przyda się para rąk do pracy – Szturchnęła ją w ramie.

– Dziękuję – odparła cicho.

–  W sumie… W Calare istnieje miłość? – spytała – Nie mówie o miłości do Calare, do społeczeństwa ani do Ziemi. Mówię o miłości między dwójką ludzi. O miłości romantycznej… lub chociaż platonicznej.

– Nie ma – odparła Liv po chwili milczenia – Nasze identyfikatory wyciszają jakiekolwiek uczucie i pożądanie. Seks też prawie nie istnieje. Mamy tylko “pokrycia”, w celu stworzenia potomstwa. Oczywiście dzieci też nie robimy, po to żeby mieć swoją, kochającą rodzinę. Za urodzenie lub spłodzenie dostaje się wynagrodzenie. Dla ludzi w mojej klasie zarobkowej, to jedyna droga do smacznego jedzenia czy ciepłej kąpieli.

– Ludzie w Calare są chorzy.

– Nawet bardziej niż ci się wydaje… – Liv poprawiła kocyk.

– Czyli… Nie zakochałaś się nigdy w nikim?

– Nie… – Delikatnie się zarumieniła.

– Ciekawie – Zachichotała Coraline.

Słońce zeszło pod góry. Świat wypełniło delikatne pomarańczowe światło. Niebo podzieliło się kolorowe warstwy. Chłodny wiatr uderzył w wystające znad koca odsłonięte ramiona Liv. Patrzyła się z osłupieniem na to co działo się przed jej oczami. Nigdy wcześniej nie była świadkiem takiego piękna. Właściwie dzisiaj po raz pierwszy widziała jakiekolwiek piękno. Chociaż w szkole uczyli ją w formie ciekawostki o istnieniu zachodu słońca, tłumaczyli jej, skąd ono się bierze, nigdy nie sądziła, że będzie jej dane doznać tego widoku, ani że będzie aż taki niesamowity.

– To już ta pora! – krzyknęła Coraline, wychodząc spod okrycia.

– Pora? – Zdziwiła się Liv.

– Na fajerwerki!

Wyciągnęła z bocznej części kieszeni krzesiwo i średniej wielkości zawiniątko. Odeszła na kilka metrów i sprawnym ruchem podpaliła je. Śmiejąc się w biegu wróciła do Liv. Rozległ się huk. Spod papieru zaczęły wylatywać kolorowe błyski. Tańczyły i falowały w powietrzu. Brnąc coraz wyżej, tylko po to, by w syku się rozpłynąć. Brunetka nie sądziła nawet, że na świecie istnieje tyle kolorów. Co wybuch poznawała coraz nowsze. Nawet jeśli z książek znała ich nazwy, nawet jeśli wierzyła, że istnieją, nie mogła zrozumieć, że to prawdziwa zjawisko. A dzisiaj widziała je na własne oczy, gubiąc się w zachwycie. Zawiniątko wydało ostatni syk. Ostatni fajerwerk, wyleciał tworząc gradient od pomarańczowego, przez biel, po róż. Widok pięknych barw obijających się na pięknej twarzy, szalenie kręconych włosach i ciepłym uśmiechu Caroline, sprawił, że Liv nie wiedziała jak zareagować, jak pokazać zachwyt, jak pokazać jak wdzięczna była towarzyszce. Jej organizm wykopał reakcję, uśpioną w komórkach od trzech pokoleń. Pocałowała ją. A ku zdziwieniu brunetki, ta odwzajemniła. Delikatnie muskały swoje wargi, gdy identyfikator Liv wydał ciche powiadomienie o rozładowaniu.

Koniec

Komentarze

matematyczno-logistyczna

Matematyczno-logiczna.

 

a na dodatek posiadasz zbyt duże tendencję homoseksualne

Jakie to ma znaczenie w społeczeństwie, które nie tworzy par (rodzin), a stosunki seksualne są przymusowe i służą tylko rozpłodowi?

 

To była zupełnie nowa emocja. Intensywna, sprawiała, że drżała, krzyczałaby biegła, by uciekała, by uderzała, gryzła, krzyczała i walczyła o życie. Czuła to po raz pierwszy w swoim życiu. Jeden ze strażników wbił igłę strzykawki w jej ramię. Chociaż wiedziała, że to ostatnia chwila jej życia, uciekała myślą do książek.

Przykład niezgrabnego fragmentu. Sporo powtórzeń, niezamierzone (a przynajmniej na takie wyglądają) rymy.

 

Po raz drugi w życiu dostała emocje

Jak można dostać emocje?

 

Jedne z jej drzwi były otwarte. Wypadało z nich pomarańczowe światło, otulające, ciepłem całe jej ciało

Podmiot sugeruje, że mówisz o ciele windy.

 

Krzyk przykuł uwagę pirotechniczne.

?

 

– C-co to jest? – spytała z przejęciem.

– Liv… – Westchnęła – To jajka…

Nie wpajają im podstawowej wiedzy przyrodniczej?

 

– Cz-czemu tu… jest tak ciemno!? Słońce gaśnie!? – Krzyknęła.

To trochę przegięcie. Nawet pod ziemią uczyliby ich fizyki, wiedzieliby o słońcu i ruchu obrotowym planety.

 

Moim hobby jest znajdowanie bomb z czasów Ostatecznej Wojny i przerobienie jej w fajerwerki!

Długo by nie pożyła z takim hobby.

Poza tym do produkcji bomb używa się innych materiałów, niż do produkcji fajerwerków i to raczej się nie zmieni w przyszłości. Czarny proch wyszedł w użycia w wojsku i na pewno tam nie wróci.

 

Brunetka nie sądziła nawet, że na świecie istnieje tyle kolorów. Co wybuch poznawała coraz nowsze. Nawet jeśli z książek znała ich nazwy, nawet jeśli wierzyła, że istnieją, nie mogła zrozumieć, że to prawdziwa zjawisko

Nie maja pod ziemia pryzmatu? To czego oni w ogóle się tam uczą?

 

Delikatnie muskały swoje wargi, gdy identyfikator Liv wydał ciche powiadomienie o rozładowaniu.

Ładne zdanie wieńczące tekst i fajna klamra. :)

 

Co można powiedzieć o tym opowiadaniu?

Bardzo typowe postapo, ze szczątkowa fabułą, tak naprawdę zaczątkiem fabuły, za to z bogatą kreacją świata i przedstawieniem pewnego konfliktu wartości w praktyce, by pokazać, co jest ważne – wykorzystany motyw był wałkowany niejeden raz, ale przyznaję, że nie jest źle.

Abstrahując od licznych usterek, literówek, powtórzeń i niezgrabności – których, wybacz, z racji późnej pory pozwoliłem sobie nie wymieniać (dałem tylko przykłady) – dobrze mi się czytało.

Trochę szkoda, że ten homoromans to dopiero na sam koniec. :P

 

Opowiadaniu przydałaby się solidna beta, która poprawiłaby kwestie techniczne i warsztatowe.

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Dziękuje za znalezienie błędów Gekikara! Poprawie jutro uwu

 

matematyczno-logistyczna

Matematyczno-logiczna.

Całe życie w kłamstwie…

 

Jakie to ma znaczenie w społeczeństwie, które nie tworzy par (rodzin), a stosunki seksualne są przymusowe i służą tylko rozpłodowi?

Dużo małych. Głównie to że odstaje od normy, poza tym jako że ma być reproduktorką to jeszcze będzie ciągle rzuć obrzydzenie do facetów, co będzie wszystko utrudnić lub nawet sprawi że nie dobije do minimalnej liczby dzieci. 

 

 

Nie wpajają im podstawowej wiedzy przyrodniczej?

Mówią w jednym zdaniu, w podstawówce podczas lekcji o dwudziestu innych rzeczach.

 

To trochę przegięcie. Nawet pod ziemią uczyliby ich fizyki, wiedzieliby o słońcu i ruchu obrotowym planety.

Liv wie o samym ruchu obrotowym planety i słońcu. Pierwszy raz widzi coś takiego w praktyce. Wcześniej uczyła się pustych formułek i wzorów.

 

 

Długo by nie pożyła z takim hobby.

Poza tym do produkcji bomb używa się innych materiałów, niż do produkcji fajerwerków i to raczej się nie zmieni w przyszłości. Czarny proch wyszedł w użycia w wojsku i na pewno tam nie wróci.

Dobra. Teraz widzę jakie przerabianie bomb jest bezsensu.

 

Nie maja pod ziemia pryzmatu? To czego oni w ogóle się tam uczą?

Stworzenie pryzmatu to zmarnowanie cennego szkła na niepotrzebne dyrdymały. W Calare wszystko jest czarno-białe. Znają kolory głównie z podręcznika od fizyki. Uczą się raczej formułek czy definicji wyrytych na blachę i przygotowują się do zawodu.

 

Abstrahując od licznych usterek, literówek, powtórzeń i niezgrabności – których, wybacz, z racji późnej pory pozwoliłem sobie nie wymieniać (dałem tylko przykłady) – dobrze mi się czytało.

I tak dziękuje uwu

 

 

rochę szkoda, że ten homoromans to dopiero na sam koniec. :P

Homoromanse życiem

 

 

Ego sum molem

Mało odkrywczy tekst – główny motyw znany z “Seksmisji”. Władze jaskini nie są zbyt bystre, skoro nie zdają sobie sprawy z życia na powierzchni, a jeśli zdają, to regularnie zasilają je dysydentami i innymi wartościowymi elementami. Głupia strategia. Chyba trochę przerysowany kontrast między tymi skupiskami – pod ziemią absolutnie wszystko jest złe, a na powierzchni cudowne. No, bezpieczeństwo odrobinę się wyłamuje ze schematu, ale pewnie da się lepiej wymieszać pozytywy i negatywy.

Najpierw odniosłam wrażenie, że Liv dopiero się uczy, potem się dowiaduję, że dostała pracę.

Nie jestem pewna, czy humanizm jest w takim stopniu determinowany genetycznie. Wydaje mi się, że to raczej kwestia środowiskowa – jakie książki mamy w domu, o czym rodzina rozmawia przy stole, których nauczycieli lubimy, którzy dobrze uczą… Skąd w społeczeństwie ekstremalnie nastawionym na przedmioty ścisłe biorą się tacy niepoprawni romantycy? Kto Liv pokazał te wszystkie książki? No i nie sądzę, że humanistyczne ciągoty wykluczają możliwość ogarnięcia matematyki. IMO, można być niezłym i z historii, i z fizyki, a do tego ładnie śpiewać.

Nie wiem, czy po stu latach konserwy jeszcze nadają się do jedzenia.

Infodump na początku trochę długi.

Technicznie – jest spore pole do poprawy; dziwne konstrukcje, literówki… Dałaś opowiadaniu odetchnąć między napisaniem a publikacją?

Ale oprócz tego, czytało się całkiem przyjemnie. Kibicowałam bohaterce – to rozegrałaś dobrze. Jednostka bez szans w walce z opresyjnym systemem to nośny motyw.

Liv sunęła grzebień przez swoje czarne włosy.

Pierwsze zdanie i już dziwne. Przesuwała grzebień przez, grzebień sunął przez? W ostateczności sunęła grzebieniem, ale to mi się jakoś nie podoba. Początek tekstu powinien być dopieszczony na maksa, żeby zrobić jak najlepsze pierwsze wrażenie.

nie mogą pochodzić się

Literówka. A to nadal pierwszy akapit.

Aktualna powierzchnia Calare wynosi trzy kilometry wszerz na jeden kilometr wzdłuż.

Wcześniej napisałaś, że przypominało sześcian, czyli wszystkie wymiary powinny być równe. Powierzchnię podaje się w kilometrach kwadratowych. Owszem, długość i szerokość umożliwiają jej wyliczenie, ale to nie to samo. Hej, czy aby nie dałaś wszystkich swoich cech bohaterce? ;-)

których leczenie było zbyt wysokie,

Wysokie koszty leczenia albo leczenie zbyt drogie. Samo leczenie nie ma wysokości.

Babska logika rządzi!

Dziękuje za komentarz Finkla!

 

 

 

Władze jaskini nie są zbyt bystre, skoro nie zdają sobie sprawy z życia na powierzchni

Władze myślą że na Ziemi wciąż jest wysokie promieniowanie i każdy upuści Calare umrze po kilku godzinach.

 

No, bezpieczeństwo odrobinę się wyłamuje ze schematu, ale pewnie da się lepiej wymieszać pozytywy i negatywy.

 

Tak. Wady i zalety są za mało wymieszane. Teraz widzę że mało to wymieszałam

 

Najpierw odniosłam wrażenie, że Liv dopiero się uczy, potem się dowiaduję, że dostała pracę.

W Calare każdy zostaje w młodym wieku przydzielony do jakiegoś zadania. Liv wciąż się uczy ale ma już przydzieloną pracę.

 

Skąd w społeczeństwie ekstremalnie nastawionym na przedmioty ścisłe biorą się tacy niepoprawni romantycy? Kto Liv pokazał te wszystkie książki? No i nie sądzę, że humanistyczne ciągoty wykluczają możliwość ogarnięcia matematyki. IMO, można być niezłym i z historii, i z fizyki, a do tego ładnie śpiewać.

Można być dobrym i w tym i w tym, po prostu Liv nie jest. Liv brała czytała te książki z cyfrowego archiwum kultury. 

 

Nie jestem pewna, czy humanizm jest w takim stopniu determinowany genetycznie.

Humanizm jest traktowany w Calare po prostu jako określone predyspozycje, a z predyspozycjami już się rodzimy

 

 

 

Nie wiem, czy po stu latach konserwy jeszcze nadają się do jedzenia.

 To na tyle odległa przyszłość, że metody robienia konserw, mogły się na tyle zmienić, że wciąż by się do czegoś nadawały

 

 

Hej, czy aby nie dałaś wszystkich swoich cech bohaterce? ;-)

Nie. Tylko to że jest beznadziejna z matmy!

 

Dziękuje za znalezienie błędów.

I pamiętaj że zbliża się okres letni, a co z a tym idzie trzeba się odpowiednio nawadniać i nosić czapki :D

Ego sum molem

Humanizm jest traktowany w Calare po prostu jako określone predyspozycje, a z predyspozycjami już się rodzimy

Hmmm. Ale predyspozycje do czego? Bycie dobrym z historii wymaga świetnej pamięci. Coś takiego może się przydać także mechanikowi. Pewnie empatia też jest ważna dla humanisty. Ale czy przeszkadza fizykowi albo biologowi? Jakie dokładnie predyspozycje pchają człowieka nieuchronnie w objęcia humanizmu?

Babska logika rządzi!

Finkla

 

W Calare predyspozycje twórcze przy braku predyspozycji technicznych 

Dzisiaj osoba o takich predyspozycjach mogłaby być np: Grafikiem komputerowym czy fotografem. W Calare takie rzeczy są uznane za zbędne

Ego sum molem

Cześć, Nikaszko!

 

To ja, Twój piątkowy dyżurny!

 

Najpierw kwestie techniczne.

W skrócie: klasyka :D siękozy, zaimkozy, powtórzenia, byłozy, miałkozy, interpunkcja, literówki (w tym źle odmienione lub użyte słowa).

 

Użyj Ctrl+F, wpisz “Patrzyła się” i z każdej takiej znalezionej pary wyrzuć “się” – zniknie część siękoz i w ogóle lepiej to się będzie czytać.

 

Drugi akapit – otwieram Twój tekst, zerkam i dostrzegam…. ścianę! To źle wróży, gdyby nie dyżur, mógłbym się na lekturę nie zdecydować. Czy wszystkie informacje z drugiego akapitu są potrzebne? Czy muszą być tak rozciągnięte? To jest wielki infodump, oczywiście masz tam informacje potrzebne, ale lepiej byłoby je przekazać w trakcie jakiegoś działania, a tu zaczynasz od wtłoczenia mi do głowy mnóstwa informacji.

Show, don’t tell – jak na tak krótki tekst, masz sporo informacji o świecie i większość niestety jest przekazywanych wprost – mówisz, że tak jest i tyle. Nie wszystko musi być “pokazane”, ale tutaj te proporcje tell do show jest zdecydowanie zbyt duża, przynajmniej dla mnie.

Aktualna powierzchnia Calare tu sześcian o boku trzech kilometrów.

jak sześcian, to raczej objętość ;) no i literówka – nie “tu”, tylko “to”

A tak w ogóle, to ciekawi mnie stosunek ilości osób do objętości Calare – po przeliczeniu wychodzi, że na każdą osobę przypada ponad 2,5 miliona metrów sześciennych. Po co im tak duża przestrzeń? To nie przyczep – w sumie zacząłem się nad tym po prostu zastanawiać.

“Reproduktor” to raczej samiec rozpłodowy. Nie znam (nawet nie wiem czy jest) słowa, które jest odpowiednikiem dla samicy.

W scenie, gdzie wsiada do maszyny badającej ją genetycznie: dlaczego pozwolili jej się obudzić? Po co? Wyszło na to tylko, że jest tam pani lekarz, która jest sadystką i lubi komplikować sobie życie – skoro Liv straciła przytomność, to mogli jej zaaplikować zastrzyk i sajonara! I tak na powierzchni dostała informacje na identyfikatorze o tym co się z nią stało. No i jeśli potrzebują dwóch osiłków na wszelki wypadek, jakby Liv odwaliła jakąś akcję, to marnują zasoby – lepiej wykorzystać siłę ich mięśni na coś bardziej pożytecznego, a bezpłodną od razu wywalić Jak dla mnie masz blok tekstu do wywalenia.

 

Część tekstu czytałem na komórce, więc łapanka bardzo pobieżna.

Pierwszym co poczuła, był zimny metal.

Od tego zdania powinna się też zacząć nowa część/rozdział opowiadania. W ogóle polecam poodzielać te rozdziały asteryskami (np. ***, lub jakimiś innymi – możesz nawet walnąć serduszka), ale ja jestem pod tym kątem trochę…. zboczony :P

– Pewnie zastanawiasz się czemu Ziemia, nie jest promieniotwórczym pustkowiem… – Zagadała blondynka, chowając puszkę do plecaka.

zagadała – małą literą

– Cz-czemu tu… jest tak ciemno!? Słońce gaśnie!? – Krzyknęła.

krzyknęła – tu również małą literą.

Jeśli coś jest “odpaszczowe”, to po półpauzie w dialogu startujemy małą literą, a przed półpauzą nie dajemy kropki. Zatem jeszcze jedna klasyka: poradnik fantazmatów.

temperatura stała się chłodniejsza.

raczej “niższa”, a może lepiej “obniżyła się”, albo “spadła”

– (…) Poza tym w mojej wiosce przyda się para rąk do pracy(+.) – Szturchnęła ją w ramie.

Dziękuje… – odparła cicho.

Dziękuję – no i czy ten wielokropek jest potrzebny? W ogóle wielokropków masz sporo, imo część z nich mozna śmiało wyrzucić.

– Czyli… Nie zakochałaś się nigdy z nikim?

w

Słońce zetknęło się z horyzontem.

Kreacja świata poza Calare mnie trochę zgubiła. Liv pojawiła się u podnóża góry, stąd założyłem, że dookoła te góry są, jest natura. Zaraz wprowadziłaś ruiny budynków – ok. Takie miejsca też są, ale gdy piszesz, że słońce zetknęło się z horyzontem, to sugeruje, że dookoła jest raczej płasko – w górach słońce chowa się za grzbietami znacznie szybciej niż robi się ciemno. No i dziewczyny muszą być w miejscu, gdzie ten horyzont widać, więc obstawiam, że są na jakimś wzniesieniu, bo inaczej horyzont zasłoniłyby im budynki, drzewa itd. Tymczasem one po prostu wyszły z budynku i usiadły na trawie. Ogólnie – nieco się w tym gubiłem i co chwilę musiałem wyobrażać sobie krajobraz na nowo.

 

Ok, a teraz co do samego opowiadania. Proporcje światotwórstwa do fabuły, jak również samo zakończenie, wskazują, że to raczej początek całkiem sporej opowieści, aczkolwiek jako samodzielna historia jest w stanie się obronić. Ja byłbym jednak za dość mocnym przycięciem tekstu, by nie rozmywać tej właściwej wymowy tekstu w morzu infodumpów o świecie.

Byłem ciekawy, co mają do tego wszystkiego fajerwerki i nie zawiodłem się – to fajnie wykorzystana tutaj rzecz, chociaż obrońcy zwierząt mogą mieć do Caroline/Coraline (bo raz jest tak, a raz tak :P) pewne zastrzeżenia ;)

Podsumowując – zamysł całkiem ok, choć też nie oryginalny, ale pod kątem wykonania – sporo pracy przed Tobą.

 

Powodzenia w dalszej pracy twórczej!

 

Pozdrówka!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

No i jeśli potrzebują dwóch osiłków na wszelki wypadek, jakby Liv odwaliła jakąś akcję, to marnują zasoby – lepiej wykorzystać siłę ich mięśni na coś bardziej pożytecznego, a bezpłodną od razu wywalić

 

Jak nie chcą marnować zasobów, to lepiej ją zabić i przerobić na nawóz. :P

 

Mnie to, jak i istnienie całkiem dobrze prosperującej społeczności na zewnątrz, nakierowało na trop, że w tym podziemnym mieście jest prowadzony jakiś eksperyment eugeniczno-socjologiczny, że rządzący nim celowo zatajają informację, tak samo celowo prowadzą tę nagonkę na wykorzystanie zasobów. Może nawet zewnętrzna społeczność jest fragmentem eksperymentu? 

Trochę to wygląda jak uniwersa z powieści dla nastolatków Niezgodna i Labirynt. 

Ot, takie dywagacje. 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Cześć Krokus!

Dzięki za łapankę! Poprawię dzisiaj uwu

 

A tak w ogóle, to ciekawi mnie stosunek ilości osób do objętości Calare – po przeliczeniu wychodzi, że na każdą osobę przypada ponad 2,5 miliona metrów sześciennych. Po co im tak duża przestrzeń? To nie przyczep – w sumie zacząłem się nad tym po prostu zastanawiać.

Powierzchnia Calare jest duża z kilku powodów. Jednym jest odpowiedna ilość powietrza, drugim fakt że w Calare są fabryki, zajmujące sporo miejsca. Poza tym każdego dnia liczba mieszkańców Calare rośnie.

 

 

Proporcje światotwórstwa do fabuły

Yes… jestem fanatykiem światotwórstwa 

 

 

Caroline/Coraline

W jej wiosce uważano to za jedno imię

 

Powodzenia w dalszej pracy twórczej!

Nawzajem mordo!

Pamiętaj żeby się nawadniać!

Ego sum molem

Gekikara

 

Mnie to, jak i istnienie całkiem dobrze prosperującej społeczności na zewnątrz, nakierowało na trop, że w tym podziemnym mieście jest prowadzony jakiś eksperyment eugeniczno-socjologiczny, że rządzący nim celowo zatajają informację, tak samo celowo prowadzą tę nagonkę na wykorzystanie zasobów. Może nawet zewnętrzna społeczność jest fragmentem eksperymentu? 

Trochę to wygląda jak uniwersa z powieści dla nastolatków Niezgodna i Labirynt. 

Ot, takie dywagacje. 

 

STAŁO SIĘ! MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ! WOOOHOOO! W końcu jest teoria o czymś co napisałam!

 

Ale nie. Rząd Calare po prostu ma gdzieś powierzchnie. Poza tym myślą że są ostatnimi, a co za tym idzie że, jeśli mieszkańcy Calare umrą, cała historia ludzkości się zakończy

Ego sum molem

Nikaszko, zgadzam się z Krokusem. Całkiem ciekawa historia, którą przytłoczyły infodumpy. Postaraj się podawać informacje o świecie w taki sposób, by stały się częścią opowieści, np. bohaterka dowiaduje się czegoś w rozmowie, czyta w gazecie, zauważa w otoczeniu. 

Podobała mi się scena u medyczki i kilka późniejszych momentów, na planecie. Duży plus, że zdecydowałaś się na nieszablonowe rozwiązanie wątku romantycznego. 

Używaj akapitów. Jednolity blok tekstu trudno się czyta. 

Miś przeczytał. Na dowód tego krótka ‘łapanka’:

 

Delikatny chłód tej gigantycznej jaskini od razu w nią uderzyły.

Pomimo tego, że Calare było przekształconą ogromną jaskinią, jej gigantyczne ściany układały się w idealny sześcian. Chociaż miejsce, do którego szła Liv znajdowało się dość daleko, musiała iść na pieszo.

Liv ukradkiem patrzyła się na idący wokół niej tłum.

matematyczno-logityczna 

patrząc się na zachodzące słońce.

 

Dużo infodumpów. Średnio podeszło. Pozdrowienia.

 

 

 

ANDO

Dziękuje za komentarz. Będę stosować akapity!

 

Koala75

Dziękuje panie misiu za krótką łapankę :D

Ego sum molem

Tekst z pomysłem, ale cierpi przez technikalia.

Sama treść w porządku, nawet jeśli nie odkrywcza. Liv jest wyraźnie zarysowaną postacią, sama historia miałaby dobre tempo… gdyby właśnie nie te technikalnia.

Tutaj nie będę się potwarzał, ale ponownie polecam komentarz Krokusa. Dobrze zaznacza, co się dzieje w głowie czytelnika, gdy musi patrzeć na ścianę tekstu. Do tego infodumpy spowalniają odbiór tekstu, bo w miarę czytania musze w wyobraźni uzupełniać budowany obraz o kolejne elementy.

Tak więc koncert fajerwerków ma potencjał, ale jeszcze trzeba nad nim popracować.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan

Dziękuje! Będę pracować nad tekstem

Ego sum molem

Nowa Fantastyka