- Opowiadanie: krzkot1988 - Czerwona Kalina (18+)

Czerwona Kalina (18+)

Opowiadanie inspirowane historią bardzo najnowszą. Powstało w celu wylania z siebie negatywnych emocji i poczucia bezsilności w obliczu barbarzyństwa w, wydawałoby się, cywilizowanym świecie. Być może zbyt ostro, być może zbyt wulgarnie, być może zbyt emocjonalnie. A być może po prostu kiepsko napisane, ale pisanie było bardzo satysfakcjonujące, co mam nadzieję poczujecie i wy! 

 

Ogromne dzięki za betę dla Adora, ANDO, Koala75 i Outta Sewer.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Czerwona Kalina (18+)

Kula z makarowa gładko weszła w potylicę uciekającej co sił starszej kobiety. Nim opuściła ciało przez jeden z oczodołów, ofiara już nie żyła. Padła martwa, obok kilku innych „szczęśliwców”.

– Kurwa, Ljocha… Ty to masz oko! – z podziwem wykrzyczał Witalij, unosząc lekko wojskową czapkę z daszkiem i drapiąc się intensywnie w niemytą od wielu dni głowę. – Niby stara, ale suka zapierdalała naprawdę szybko. Jak ty to, do kurwy nędzy, robisz?

– Ech, Witia… z tym się trzeba po prostu urodzić – odparł protekcjonalnym tonem Aleksiej, kręcąc makarowem młynka w powietrzu i chowając go do kabury. – A ty urodziłeś się jedynie z kartoflem zamiast mózgu. Na pewno nie jesteś z Białorusi? – zapytał i pacnął Witalija w czoło tak, że aż czapka naszła mu na oczy. – Czyja teraz kolej?

Witalij bez słowa przełknął zniewagę przełożonego i poprawił nakrycie głowy.

– Chyba Żeni. Siedzi w czołgu z młodym.

– Żenia! Żeń! – zawołał Ljocha.

– Co, kurwa? – odparła umorusana smarem głowa, wyłoniwszy się z czołgowego włazu.

– Przywlecz tu swoje zawołżańskie dupsko. Twoja kolejka. I weź młodego – dodał po namyśle. – Niech się uczy, kurwa, wojaczki.

Sierżant Jewgienij Naumow zniknął na moment w trzewiach żelaznej bestii z wymalowaną na boku literą „Z”. Po chwili na dachu T-80 pojawił się młody chłopak, na oko dziewiętnastoletni, w stanowczo za dużym mundurze i wojskowych butach. Celny kopniak wychodzącego za nim sierżanta ekspresowo sprowadził poborowego na ziemię.

– Co, piterski pedale, myślałeś że całą wojnę w czołgu przesiedzisz? – spytał Witalij, nonszalanckim krokiem podchodząc do młodzieńca. Odpalił papierosa, a tlącą się jeszcze zapałkę upuścił tuż przy twarzy chłopaka. – Bym ci zaproponował, ale, kurwa, brzoskwiniowych kissów nie palę.

Żenia zarechotał tak głośno, że śmiech odbił się echem od pobliskich zdewastowanych budynków.

– Może jest tym… no… faperem! – dodał od siebie.

– Co, kurwa? – zainteresował się czyszczący z pietyzmem broń Aleksiej.

– No tym, kurwa, co elektroniczne jara.

– Vaperem, debilu.

– Vaper, faper, wszystko, kurwa, jedno. – Wzruszył ramionami Żenia. – Jedna pizda.

– Wstawaj Artiom – rzekł spokojnie Ljosza. – Rozkaz kapitana.

Chłopak dźwignął się powoli z ziemi. Zaraz jednak cofnął się o krok, widząc porozrzucane wszerz drogi ciała.

– Teraz twoja kolej. – Aleksiej wyszarpał z rąk protestującego Witii wintorieza i podał Artiomowi. – Masz, na początek damy ci fory.

Skinął na sierżanta, a ten bez słowa skierował się do spożywczego marketu, jedynego nietkniętego budynku w okolicy. Gdy otworzył zaryglowane drzwi, z wnętrza dobiegły stłumione jęki, płacz dzieci i błagania kobiet. Żenia nie zabawił tam długo i wkrótce wyłonił się z powrotem, trzymając w żelaznym uścisku wrzeszczącą i szamoczącą się dziewczynę w zaawansowanej ciąży.

– Pamiętaj Tioma – zwrócił się sierżant do chłopaka. – To wciąż się liczy jako jeden punkt.

Naumow ponownie zarżał donośnie i pchnął dziewczynę między pozostałych żołnierzy.

– Ładniutka – zauważył Witalij. – Może by się trochę zabawić przed kolejną rundą?

– Brzuchatą będziesz jebał? – zainteresował się Żenia. – Nie brzydzisz się?

– Brzuchata, nie brzuchata, otwór ma na mego gnata – odparł filozoficznie Witia. – I to nie jeden… – dodał przykucając obok dziewczyny i delikatnie przesuwając wyciągnięty zza pasa nóż po jej policzku.

Ukrainka przestała już płakać i siedziała tylko w kompletnej katatonii, głaszcząc rękoma swoje nienarodzone dziecko. Nagle jednak jej zamglone błękitne oczy ponownie stały się przytomne i dziewczyna z całą mocą, na jaką było ją jeszcze stać, splunęła sołdatowi w twarz.

Witalij nawet się nie poruszył. Zeskrobał jedynie nożem resztki śliny z policzka, a następnie powolnym ruchem zlizał je z ostrza, spoglądając głęboko w oczy kobiety.

– Dobra – powiedział w końcu. – Mam pomysł na inną zabawę. Nazywa się „pokaż kotku, co masz w środku”. Przytrzymajcie kurwę! – zwrócił się do reszty, chwyciwszy mocniej nóż.

– Spokój, Witia. – Rozległ się ostry głos kapitana. – Musimy dać Artiomowi uczciwą szansę, prawda?

Żołnierz niechętnie schował nóż i odstąpił od dziewczyny. Artiom, który do tej pory sparaliżowany strachem nie poruszył nawet mięśniem, teraz w panice wodził rozbieganym wzrokiem między towarzyszami.

– Ludzie! Kurwa mać! – wykrzyknął łamiącym się głosem. – Przecież tak nie można! To przestępstwo, zbrodnia… co do kurwy… – Artiom zaniósł się głośnym szlochem i ukrył twarz w dłoniach.

– Szeregowy Gromow! – Aleksiej podszedł do Artioma tak blisko, że niemal zetknęli się czołami. Jego wzrok świdrował dziurę w głąb czaszki chłopaka. – Czy mam rozumieć, że odmawiasz wykonania bezpośredniego rozkazu?

Tioma z najwyższym trudem zdołał się nieco opanować. Powinien teraz cieszyć się pierwszym rokiem uniwersyteckiego życia. Podrywać studentki spacerujące w promieniach wiosennego słońca po newskich bulwarach. A nie uczestniczyć w teksańskiej masakrze piłą mechaniczną. I to on miał być tym złym.

– Co na to generał? – Artiom złapał się ostatniej deski ratunku. – Na pewno nie sankcjonował takich działań.

– „Na pewno nie sankcjonował takich działań” – przedrzeźniał go Żenia. – Ej, towarzyszu generale! Czy zezwala pan na przeprowadzenie specjalnej operacji mordowania nazistowskich kurew? – zawołał do mężczyzny siedzącego na skąpanej w słońcu ławeczce.

Generał Arkadij Giennadiewicz Izjumow, głównodowodzący 4. Korpusu Zmechanizowanego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, był zalany w trupa. Gdyby nie założone na oparcie ławki ramiona, prawdopodobnie już dawno runął by na siedzisko. Zaschnięte wymiociny, które skleiły medale na klapie kamandira, świadczyły o tym, że znajduje się w tym stanie od dłuższego czasu.

– Zezwalam, zezwalam – wychrypiał zdartym głosem dowódca, machając ręką, jakby chciał odgonić natrętną muchę, po czym powrócił w objęcia ciepłego basenu wypełnionego samogonem, jakim był obecnie jego umysł.

– Widzisz? Generał właśnie usankcjonował nasz konkurs. – Kapitan położył dłoń na ramieniu Artioma. – A teraz podejdziesz tam, każesz ukraińskiej dziwce uciekać, a następnie rozpierdolisz głowę tej suki przy użyciu snajperki, rozumiemy się? – Aleksiej dla jasności przekazu przyłożył swojego zabytkowego makarowa do skroni chłopaka. Poborowy przez chwilę stał jak kamień, analizując w głowie wszelkie możliwe scenariusze. W każdym z nich ktoś ginął.

– Służę Rosji, panie kapitanie! – Artiom wykonał szybki salut drżącą dłonią i postąpił do przodu. – Biegnij – powiedział do dziewczyny wskazując kierunek wintowką.

Nie poruszyła się. Nawet nie spojrzała w jego stronę. Wpatrywała się tylko tępo w nieokreślony punkt w oddali. Artiom przykucnął na linii jej wzroku.

– Biegnij – powtórzył chłopak błagalnym tonem, gdy upewnił się, że Ukrainka skupiła się na jego twarzy.

Dziewczyna zdaje się pojęła zamysł, który niemal telepatycznie starał się przesłać jej Artiom. Powoli wstała na nogi i zaczęła się cofać. Najpierw tyłem, a gdy uwierzyła, że nikt nie rozstrzela jej od razu, odwróciła się i pognała w kierunku odległej linii drzew tak szybko, jak tylko pozwalał jej stan.

– No, Tioma, to twój chrzest – dopingował go Żenia obejmując ramieniem. – Wykończ ją i pójdziemy się napić!

Artiom powolnym ruchem uniósł do oka celownik optyczny. Sylwetka wycieńczonej kobiety była doskonale widoczna na tle otaczających miasteczko pól. Ukrainka nie przebyła jeszcze nawet połowy drogi dzielącej ją od lasu. Potknęła się, nie po raz pierwszy, na błotnistej ziemi i obejrzała za siebie. Artiom przez lunetę karabinu widział jej przerażone oczy. To był moment decyzji. Chłopak miał tylko nadzieję, że okaże się słuszna.

– Strzelaj. – Z boku dobiegł napięty głos kapitana.

– Ucieka ci, kurwa! – dodał zdecydowanie bardziej podniecony Żenia.

Gromow dalej zwlekał. Może jeśli zaczeka jeszcze chwilę, podnosząca się nad czarnoziemem mgła skryje dziewczynę przed ich wzrokiem.

– Dawaj to, pedale! – warknął Aleksiej wyprowadzony w końcu z równowagi. Próbował wyszarpać wintorieza z dłoni Artioma, ale ten uczepił się broni najmocniej, jak tylko potrafił. W końcu kapitan przyłożył mu z główki prosto w nos, a następnie poprawił kopniakiem w brzuch. Ostatni cios odrzucił chłopaka na dobre dwa metry w tył. Upadając Artiom uderzył mocno w asfaltową nawierzchnię drogi i jego umysł ogarnęła ciemność. Zdążył jeszcze zarejestrować, jak Ljosza podnosi wintowkę do strzału, a następnie klnie siarczyście.

 

***

 

– I po chuj młodego ciągnąłeś? Wiadomo było, że tak to się skończy – skomentował Witia, odpalając kolejnego papierosa. Nadlatująca pięść kapitana sprawiła, że nie dane było mu długo cieszyć się szlugiem.

– Bierz chłopaków, sprzęt i znaleźć mi tę kurwę! – ryknął Aleksiej. – Żenia, odpalaj KAMAZ-a.

Sierżantowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Sekundę później znikał już we wnętrzu szoferki. Pozostali zgarnęli plecaki i pospieszyli za nim, zwołując po drodze kilku innych żołnierzy z oddziału. Gdy wszyscy znaleźli się na pace maszyny, Witalij dał znak Żeni i silnik KAMAZ-a zaryczał jak zarzynane prosię. Ruszyli w stronę lasu.

– A po kiego chuja my właściwie ganiamy połową jednostki za jedną kurewką? – zagadnął Jewgienij. – Zostało nam jeszcze mnóstwo.

– Suka potem ucieknie do jakiejś chujem smyranej Polszy i będzie rozpowiadać, jak to uciekła spod nosa 4. Korpusu, bo jakaś pizdeczka się nad nią ulitowała. Niedoczekanie, kurwa. – Z zawziętą miną odparł Aleksiej. – Dodaj gazu!

– To nie pierdolone ferrari – odgryzł się Żenia, ale ostatecznie docisnął pedał do podłogi.

Gdy dotarli do linii drzew, kapitan kazał się zatrzymać.

– Dobra. Ty, Witia, idziesz w prawo, a ty, Żenia, w lewo. Ja wykręcę tym złomem do trasy i upewnię się, że nie wróciła na drogę. Tworzycie czteroosobowe pododdziały, zrozumiano? Wiecie, kurwa, gdzie prawo, a gdzie lewo, prawda, jełopy? A, i biorę ze sobą Nurbeka.

Dwaj żołnierze z kwaśnymi minami zebrali ekwipunek i opuścili pojazd, dobierając po trzech kompanów do każdej z grup. Aleksiej zawrócił i, bezlitośnie tratując ukraińską ziemię buksującymi kołami KAMAZ-a, odjechał w kierunku szosy.

 

***

 

Grupa Witalija zaraz po wejściu między drzewa rozdzieliła się z oddziałem Żeni i skręciła w prawo. Tereny wokół miasteczka były w całości opanowane przez rosyjskie siły. Nie oczekując żadnego zagrożenia, kałasznikowy luźno zwieszały im się z pleców. Uważnie rozglądali się jednak na boki i wsłuchiwali w niesione wiatrem odgłosy, by złapać choćby ślad uciekającej ciężarnej dziewczyny. Witii cierpliwości starczyło na jakieś dwadzieścia minut.

– Kurwa, ja pierdolę – podsumował krótko wyprawę. – Na froncie nasi chłopcy się biją, na tyłach piją, a my się tu pierdolimy, kurwa, w lesie, jak jacyś spedaleni grzybiarze. Jeszcze nas tu, kurwa, coś napromieniuje, jak tych pod Czarnobylem. Wracamy do obozu. – Na komendę oddział zrobił w tył zwrot i ruszył z powrotem po własnych śladach.

Zrobili zaledwie kilka kroków, gdy Witalij raptownie się zatrzymał. Gestem nakazał towarzyszom zrobić to samo. Przytknął palec wskazujący do ust i zaczął nasłuchiwać. Po chwili spomiędzy drzew dobiegła ich ledwo słyszalna melodia. Ktoś śpiewał. Witia uśmiechnął się od ucha do ucha, a dwa złote zęby zalśniły w przebijających się przez korony drzew promieniach wiosennego słońca. Machnął ręką w kierunku źródła dźwięku i oddział powoli ruszył naprzód. Po jakichś pięćdziesięciu krokach wspięli się na niewielkie wzniesienie. Drzewa tu raptownie się kończyły, jakby napotykały jakąś niewidzialną barierę, a oczom sołdatów ukazała się kwiecista łąka i oślepiające odbitym słonecznym blaskiem jezioro. Witalij nie pamiętał wzmianki o żadnym jeziorze w pobliżu, ale też nigdy nie uważał szczególnie na taktycznych odprawach. Śpiew, który chwilę wcześniej zamilkł, odezwał się ponownie, znacznie już wyraźniej.

 

Ой у лузі червона калина похилилася,

Чогось наша славна Україна зажурилася.

А ми тую червону калину підіймемо,

А ми нашу славну Україну, гей-гей, розвеселимо!

 

Witalij wyszarpał z kieszeni lornetkę i spojrzał w kierunku jeziora. Na brzegu zobaczył dwie młode dziewczyny zajęte praniem koszul, umilające sobie czas wspólnym śpiewem. Ewidentnie jednak żadna z nich nie była w ciąży.

– Baby to są jednak głupie – zaśmiał się Witia, przekazując lornetkę jednemu z kolegów. – Tu wkoło wojna… – Żołnierz z prawej trącił go łokciem i gestem wymownie wskazał na niebo. Witalij skinął głową i na wszelki wypadek przeżegnał się. – Tu wkoło trwa specjalna operacja wojskowa – poprawił się – a te, kurwa, przepierkę robią. Chodźcie chłopaki, rozerwiemy się trochę przed powrotem.

Cicho pomaszerowali brzegiem lasu, by zbliżyć się maksymalnie do dziewczyn, pozostając jednocześnie niezauważonymi. W najdogodniejszym punkcie Witalij zatrzymał oddział i rozkazał czekać. Sam zaś podkradł się do sporego głazu narzutowego i skrył w cieniu. Od kobiet dzieliło go już zaledwie kilka metrów. Nie było szans, żeby im uciekły.

Już miał chwycić za broń i opuścić kryjówkę, gdy dziewczęta przerwały śpiew i zaczęły zdejmować z siebie proste, lniane tuniki, które bardziej pasowały do jakiegoś skansenu, niż współczesnej ukraińskiej wsi. Zapewne po zakończonej pracy planowały wykąpać się w jeziorze.

Witia zastygł w bezruchu. Dziewczyny były oszałamiająco wprost piękne. Obie blondynki, jedna z misternie zaplecionymi warkoczami, a druga z prostymi włosami sięgającymi niemal do pasa. Gdy zrzuciły odzienie na ziemię, żołnierz z trudem powstrzymał się przed jęknięciem z podniecenia. Właścicielka warkoczy posiadała piersi tak jędrne, że aż podskoczyły sprężyście, gdy uwolniły się z tuniki. Idealnie zaokrąglone pośladki były smakowite niczym dwa bochenki świeżo wypieczonego chleba. Była wyższa od koleżanki i chyba nieco starsza. Gdy pochyliła się, by podnieść z ziemi ubranie, widok jej ciasnej szparki sprawił, że Rosjanin nie wytrzymał i wsadził rękę w spodnie, żeby sobie dogodzić. Druga z dziewczyn miała bardziej dziewczęce ciało, ale jej twarz należała do tych, o które wszczyna się wojny. Witalij porównałby ją do Heleny Trojańskiej, gdyby czytał książki. Ale oczywiście nie tracił czasu na takie bzdury. Zamiast tego rozpiął do końca pas i z pulsującym członkiem w dłoni ruszył do akcji.

– Witam drogie panie! – Ukłonił się z najwyższą gracją, na jaką pozwalały spuszczone spodnie i dyndający na boki nabrzmiały kutas. – Obawiam się, że znajdujecie się w strefie zamkniętej. Ja i moi koledzy będziemy was musieli przeszukać. Dogłębnie – dodał Witia, oblizując spierzchnięte usta.

Co ciekawe, dziewczęta nie krzyknęły w panice, ani nie próbowały zasłonić nagich ciał. Nieziemsko piękna bogini, z cyckami niczym kule do car-puszki, paluszkiem zachęciła go jedynie, by podszedł bliżej. Witalijowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zagwizdał, dając reszcie oddziału znak, że mogą wyjść. Potem cała jego uwaga skupiła się na stojących przed nim aniołach, które zamierzał sprowadzić na bardzo złą drogę.

– Ale z was, Ukrainek, małe kurewki – wymamrotał, ściągając resztę odzienia. – Władimir Władimirowicz miał rację, faktycznie bardzo przyjaźnie nas witacie. W Wołgogradzie nikt mi, kurwa, nie uwierzy.

Nieskrępowane w najmniejszym stopniu dziewczyny otoczyły Witalija, a ich biodra kołysały się hipnotyzująco, niczym dzwony kurantów na kremlowskiej Spasskiej baszcie. Starsza przywarła do niego gorącymi piersiami. Jej sutki sterczały jak pociski w systemie rakietowym BUK. Nie tylko one zresztą były gotowe do wystrzału. Gdy ręka młodszej kobiety zamknęła się na członku Rosjanina, tylko przywołanie obrazu jego świętej pamięci babci powstrzymało Witię od przedwczesnej detonacji.

Dziewczyny obsypywały go pocałunkami, a każdy kolejny był bardziej gorący od poprzedniego. W pewnym momencie zaczęły go parzyć, ale Witia miał to gdzieś. Zamknął oczy i upajał się miękkimi dłońmi przesuwającymi się niespiesznie po jego przyrodzeniu i smakiem obfitej piersi, którą łapczywie ssał ustami. Reszta świata przygasła. Dźwięki dochodziły do żołnierza stłumione, jakby znajdował się pod wodą. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że słyszy jakieś krzyki. Ale to było tam, na zewnątrz. Nie miało żadnego wpływu na Witalija i to święte połączenie ciał.

Po pewnym czasie spędzonym w raju – nie wiedział czy były to sekundy, czy godziny – kobiety sprowadziły go na pokrytą miękkim trawiastym kobiercem ziemię. Dziewczyna o twarzy niewinnej jak nowonarodzone dziecko pochylała się nad nim, gładząc po policzku, a z kaliny nad jej głową zwisały dorodne czerwone owoce, których ciężar nachylał krzew w ich stronę. Witalijowi wydało się, że jeszcze chwilę temu roślina wypuszczała dopiero pierwsze wiosenne listki, ale ta myśl uleciała z jego głowy równie szybko, jak się pojawiła. Opanowało go bowiem zupełnie nowe doznanie. Druga z dziewcząt zamknęła lufę czołgu Witii w swoich pełnych ustach i zaczęła metodycznie przesuwać się po niej w górę, i w dół, w górę, i w dół… Witalij kompletnie opuścił swoje fizyczne ciało, wznosząc się gdzieś wysoko, ku gorącemu słońcu.

– Panie kapralu! Kurwa, ja pierdolę! Proszę się nie ruszać panie kapralu! – Jakiś natrętny owad próbował przerwać idyllę Witii. Z najwyższym wysiłkiem uniósł powieki, by przegnać źródło hałasu. Niebo, jeszcze przed chwilą ubrane w piękny odcień błękitu, teraz było ciemne, groźne i zasłane chmurami. Rosnąca nad nim kalina nie uginała się już od owoców. Cała gniła, a po jej konarach pełzały ogromne, ociekające śluzem larwy.

– Co do kurwy…? – zapytał wrzucający dopiero pierwszy bieg mózg Witalija.

Żołnierz uniósł się na przedramionach, by zobaczyć co stało się z dziewczynami. Wciąż tam były. Tak jakby. Wpatrywały się w niego dwa przedziwne, włochate stwory. Przypominały nieco orangutany, jeśli orangutany posiadałyby trzydziestocentymetrowe szpony. Piersi większej pokraki, które przed chwilą z taką namiętnością pieścił, teraz były czarnymi, zwisającymi obleśnie do samej ziemi plackami. Dziwadło wyszczerzyło pełną ostrych zębów paszczę w uśmiechu.

I wtedy świat Witii ponownie ruszył. Z pyska bestii zwisały resztki tak dobrze mu znanego i drogiego Witalija Juniora. Ułamek sekundy później kosmos zlitował się nad Rosjaninem i przesłonił ten makabryczny widok fontanną krwi i moczu tryskającą z jego krocza.

Z gardła żołnierza wydobył się przeciągły pisk, dosięgający rejestrów, których nie powstydziłyby się najznamienitsze soprany Teatru Bolszoj.

– KURWA! Kurwa! Kurwa! Kurwa! Kurwa! Kurwa! Kurwa! – wrzeszczał Witalij, po omacku szukając pistoletu. Ten jednak leżał, zawinięty w onucę, razem z resztą ubrania kilka metrów dalej, poza zasięgiem Rosjanina. Powietrze przecięła seria z kałasznikowa, której nie udało się jednak zagłuszyć zawodzenia rannego. Kule dosięgły stwora przeżuwającego żylastą kuśkę kaprala, jednak nie zrobiły na nim większego wrażenia. Mniejsza poczwara rzuciła się w kierunku reszty oddziału.

– Suka… – wysapał Witia pozbawiony już sił na krzyki. – Zajebię cię gołymi rękoma.

Były to ostatnie słowa kaprala Witalija Dmitrijewicza, gdyż chwilę później ostre jak gilotyna pazury odseparowały większość jego twarzy od czaszki. Jedno oko Witii, które pozostało w oczodole, zarejestrowało jeszcze wychodzące z wody, nabrzmiałe od gazów, rozkładające się trupy. Za nimi kroczył ogromny potwór z ciałem zawodnika sumo i pokrytą szczeciną głową ropuchy. W ręku dzierżył złoty trójząb, który miłościwie zatopił w piersi Witalija.

 

***

 

Sierżant Jewgienij Naumow obrał zgoła inną taktykę. Gdy tylko pożegnali oddział Witalija, zawrócili na skraj lasu. Znalazłszy wygodne miejsce pomiędzy świeżo obsianymi polami, postanowili urządzić piknik.

– Na chuj się męczyć? – tłumaczył jednemu z towarzyszy Żenia, przeszukując swój magiczny plecak, w którym zawsze można było znaleźć wódkę i zakąskę. – Co my, kurwa, medale dostaniemy za to żeśmy znaleźli dziunię, której wcześniej daliśmy uciec? Nie sądzę. A jak jej nie znajdą, to i tak wszystko pójdzie na młodego. Generał to potwierdzi, jak wytrzeźwieje – zakończył, triumfalnie unosząc w górę litr chortycy i pęto grubej kiełbasy, czym wywołał szczere oklaski i wiwaty członków oddziału.

Butelka krążyła już od jakiegoś czasu, gdy jeden z żołnierzy, Misza, zapytał:

– Panie sierżancie – zaczął niepewnym głosem – ale tak szczerze, podoba się panu to, co tutaj robimy?

Jewgienij z miną zawiedzionego pedagoga ze smutkiem pokręcił głową.

– Co, heroiczny czyn naszego poborowego namieszał wam w głowie? – Żenia zawiesił na chwilę głos i zatrzymał wzrok na kiełkującej w ziemi pszenicy. – Wiecie, że moja matka jest z Ukrainy? Mieszka w Kijowie. Tyle lat prosiłem, żeby przeniosła się do mnie, do Kazani. Odmawiała. Skoro nie chce wrócić do prawdziwej ojczyzny, to ojczyzna wróci do niej. – W oczach Żeni stanęły łzy, a jego mocarna pięść trzykrotnie uderzyła w pierś. – Robię to wszystko dla niej!

– Strzelanie do cywili, gwałcenie i kradzieże też? – dopytywał nieprzekonany Michaił.

– Nie, to robię dla zabawy – odparł Jewgienij i zagrzmiał tubalnym śmiechem. Wesołość żołnierza jednak raptownie się urwała. – A teraz stul dziób, pij i nie kwestionuj rozkazów. Bo zajebię jak psa.

Po kilku następnych kolejkach dwóch sołdatów udało się do małego zagajnika za potrzebą. Misza leżał bez świadomości, oparty o swój plecak.

– Litr na czterech, a ten odpada – głośno myślał Żenia, chwiejnie wstając na nogi. – Od razu widać, żeś zdrajca i faszysta. Zgłoszę to kapitanowi! – Sierżant pogroził śpiącemu palcem. Po chwili jednak uznał, że trybunał może poczekać, aż się wysika. Nie poszedł jednak za dwójką pozostałych, przecież nie był pedałem. Zamiast tego udał się na środek poletka, gdzie stał strach na wróble, i uzdatnił nieco glebę dla wzrastającej pszenicy.

Proces trwał dość długo, więc Żenia postanowił się w międzyczasie rozejrzeć. Pijany wzrok sierżanta zatrzymał się na chwilę na słomianej kukle. Strach na wróble był bowiem dość niecodzienny.

– Hehe – zarżał Żenia. – Masz większego kutasa ode mnie! – Gdzieś w odmętach umysłu odszukał informację, że taką kukłę Ukraińcy nazywali Kostrubonko. Matka mówiła, że na wsi robili im rytualny pogrzeb kończący zimę i zwiastujący wiosnę. Gigantyczna faja miała zaś zapewniać udane zbiory.

– Zima dawno skończona kolego, zapomnieli o tobie – poinformował kukłę sierżant. Strzepnął resztki moczu z członka Dumy Państwowej i z niemałym trudem zapiął rozporek. Dopiero wtedy podniósł wzrok i zauważył, że na głowę stracha ktoś taśmą przykleił wizerunek prezydenta Rosji. Zdjęcie, z którego pochodził wycinek, było zdecydowanie niekorzystne dla rosyjskiego przywódcy.

– O przepraszam. – Żenia uniósł dłonie w geście pojednania. – Nie wiedziałem, że pan prezydent też tutaj. Inaczej sikałbym na twarz! – Pokazał prezydentowi środkowy palec. – Czubek jebany. Sram na ciebie i tą twoją wojnę! – Sierżant dał upust emocjom wymierzając solidnego kopniaka w podtrzymujący kukłę kij. Zgodnie z oczekiwaniem drewno pękło z trzaskiem, a Kostrubonko zwalił się na ziemię.

– Może ten pomysł z pogrzebem nie jest taki głupi – zastanowił się głośno Jewgienij. – Już pora, żeby pan odpoczął Władimirze Władimirowiczu. Dwadzieścia lat to szmat czasu w takiej stresującej robocie. Ale najpierw – dodał po krótkim namyśle – rzeczywiście zachciało mi się kupę.

Sierżant wyciągnął z portek pasiastą koszulkę na ramiączkach, zachowaną jeszcze z czasów, gdy służył w WDW. Ściągnął spodnie razem z majtkami, po czym wypiął się nad wpatrzonym w jego odbyt wizerunkiem Putina.

– Nie głosowałem na ciebie, stary impotencie – wyjawił kukle głęboko skrywaną tajemnicę, po czym stęknął z wysiłku, tworząc swe życiowe opus magnum. Kradziona kiełbasa nieznanego pochodzenia zrobiła swoje, i na efekty nie trzeba było długo czekać. Przeciągły, wilgotny odgłos dobiegający z tyłu wywołał uśmiech na twarzy Żeni. Z satysfakcją zakończył uwerturę ostatnią fanfarą i wyrwał z tułowia kukły nieco słomy, by się podetrzeć.

Przyjemne łaskotanie podnieciło Jewgienija bardziej, niż gotów był kiedykolwiek przyznać. Po chwili odsunął rękę zawstydzony, jednak delikatny dotyk wywołujący gęsią skórkę nie ustawał. W następnej sekundzie męskość Żeni poddana została ogromnej próbie, gdy ktoś brutalnie wtargnął w jego odbyt. Wszelkie pozory i lata nienawiści do samego siebie zniknęły w jednej chwili. Odrzucił głowę w tył przepełniony ekstazą i zawył niczym wilk przy pełni księżyca. Od strony lasu zewsząd odpowiedziały mu podobne zawołania, jednak Jewgienij nie zarejestrował tego, upajając się wolnością po raz pierwszy w życiu. Ktoś zarzucił mu jego własny pas na szyję i ujeżdżał, jak dojrzałą kobyłę.

Dla Żeni trwało to wieczność. Wokół niego padały strzały, rozlegały się wrzaski, w którymś momencie na twarz sierżanta chlusnęła ciepła ciecz. Żenia jednak wędrował teraz przez inny plan egzystencji, gdzie królowały miłość i braterstwo, a tęcza nigdy nie schodziła z niebieskiego firmamentu.

Ze świata zakazanych, zachodnioeuropejskich fantazji wyrwał go potworny ból. Żenia z wysiłkiem obrócił przytrzymywaną pasem głowę. Wpatrywały się w niego przenikliwe oczy Władimira Władimirowicza. Nie była to wyłącznie papierowa maska, lecz nowy ruski car we własnej osobie, z idiotycznie szerokim uśmiechem na twarzy. Głowa rosyjskiego przywódcy dalej jednak osadzona była na ciele słomianej kukły, a przytroczone do postaci ogromne warzywo, najprawdopodobniej kabaczek, coraz głębiej penetrowało dziurę sierżanta. Oczy Jewgienija praktycznie opuściły swoje orbity w wyrazie strachu i bólu. Wyjąc, zdołał wycedzić:

– Przestań… proszę… Matuszko, tak bardzo boli…

Jednak Kostrubonko potężnym pchnięciem wprowadził swojego wegańskiego penisa jeszcze głębiej. Żenia padł twarzą w żyzną ukraińską ziemię. W tym momencie marzył już jedynie, by umrzeć, lub chociaż stracić przytomność. Czuł, jak każdy kolejny ruch rozrywa następny fragment jego jelit. Ostatkiem sił wymacał w kieszeni zapalniczkę. Odpalił dziadkową zażygałkę i rzucił w kierunku piersi zboczonego potwora. Ten natychmiast cały zajął się ogniem. Zdecydowanie szybciej niż powinien. Ogień objął także szmatę, w którą zawinięty był nieszczęsny kabaczek. Płomienie trawiły wnętrzności Żeni, gdy ten gasnącym wzrokiem wpatrywał się w lizaną językami ognia, pokrytą gównem twarz Władimira Putina.

 

Jewgienij Naumow ocknął się jakiś czas później. Zasklepiona ogniem rana zatrzymała krwawienie, co przedłużyło zarówno jego życie, jak i cierpienie. Kierowany jedynie instynktem przetrwania pełzł przed siebie, w poszukiwaniu pomocy. Po pewnym czasie przytępiony oszałamiającym bólem słuch sierżanta dosłyszał kobiecy śpiew. Żołnierz niczym robak na mokrej ziemi sunął powoli w kierunku głosu.

 

Ой у полі ярої пшениці золотистий лан.

Розпочали стрільці січовії з ворогами тан.

А ми тую ярую пшеницю ізберемо,

А ми нашу славну Україну, гей, гей, розвеселимо!

 

W końcu zamglony wzrok sierżanta dostrzegł sylwetkę, stojącą na jego drodze. Żenia zebrał wszystkie siły i skupił wzrok na postaci.

– Proszę, pomóż. W imię Boga Jedynego… – wymamrotał żołnierz. Kobieta zamilkła, odwrócona plecami. W pierwszej chwili Żeni wydało się, że ubrana jest w ślubną suknię. Jednak białe koronki rozsunęły się, tworząc przepiękne skrzydła, lekkie niczym utkane z samych chmur. Stopy postaci nie dotykały ziemi. Drobna dziewczyna odwróciła się powoli i rzuciła coś w kierunku Żeni. W sierżanta wpatrywały się teraz zastygłe w przerażeniu oczy, spoglądające z odciętej głowy Miszy. Jewgienij spróbował jeszcze podnieść wzrok, ale zdołał jedynie usłyszeć świst przecinającego powietrze sierpa, nim podzielił los towarzysza.

 

***

 

Gwałtownemu zatrzymaniu kół KAMAZ-a towarzyszył przeraźliwy pisk. Na zmoczonej coraz bardziej rzęsistym deszczem drodze pojazd zaliczył lekki poślizg. Aleksiej wysiadł z szoferki i zbiegł na pobocze. Chusta, wisząca na jednym z rosnących opodal krzewów jałowca, bez wątpienia należała do uciekinierki. Pozostawione w mokrej, przydrożnej ziemi ślady stóp wskazywały, że ponownie skierowała się do lasu, prawdopodobnie słysząc nadjeżdżające auto.

– Wysiadka panowie! – krzyknął Ljocha do żołnierzy pozostałych na pace KAMAZ-a. – Idziemy na polowanie.

Pięcioosobowy oddział zebrał ekwipunek i zagłębił się w gęsty las. Na czele szedł Nurbek, którego za młodu, w rodzinnym Kirgistanie, nauczyli sztuki tropienia. Z łatwością odnajdywał pozostawione ślady obuwia, strzaskane gałązki i zdeptaną ściółkę. Już po kilkunastu minutach pośród drzew dało się dosłyszeć ciche, regularne chrupnięcia. Kirgiz gestem nakazał pozostałym zatrzymać się. Zlokalizował kierunek, z którego dochodził dźwięk, i powoli, uważając gdzie stąpa, ruszył dalej. Jego towarzysze odbezpieczyli broń. Po chwili oczom żołnierzy ukazał się starzec w podartych łachmanach, podpierający się sękatym kosturem przy stawianiu kolejnych kroków. Nurbek ponownie zatrzymał się i poczekał, aż podejdzie do niego kapitan.

– Nie wygląda mi na ciężarną kobietę – zwrócił się Aleksiej do tropiciela, a w jego głosie zabrzmiała groźna nuta.

– Ten staruch ma stopy wielkie jak korzenie dębu, to nie on zostawił ślady – zauważył Kirgiz. – Musiała przebiec obok niego. Może wie, w którą stronę zwiała?

Wyraz twarzy Ljoszy nieco złagodniał.

– Być może. Zapytajmy go – powiedział, po czym wstał i z głośnym metalicznym szczęknięciem przeładował wintorieza. – Hej, dziedula, dokąd idziecie? Może pomoc potrzebna?

Staruszek wstrzymał swój powolny pochód i odwrócił się w kierunku żołnierzy. Mimo nienaturalnie wręcz bladej twarzy, sprawiał wrażenie przyjaznego.

– Oj, synku, do chaty zmierzam, a gdzieżby indziej. – Dziadek przywitał sołdatów szerokim uśmiechem spod gęstej, siwej brody. – Tylko na deszcz w kościach łamie, iść ciężko. Pomożecie staremu człowiekowi chłopcy! Na pewno pamiętacie ze szkoły taki wierszyk:

 

Deszczyk, deszczyk nie mocz brody

Deszczyk, deszczyk wstrzymaj wody

Daj do domu dojść temu

Dziadkowi siwemu

 

Członkowie oddziału wymienili spojrzenia, a Nurbek zagwizdał i zakręcił palcem przy skroni. Samotny staruch w środku lasu ewidentnie był niespełna rozumu.

– Tak, dziadziu – spokojnym tonem odpowiedział Ljocha. – Pewnie, że ci pomożemy. Ale najpierw ty możesz pomóc nam. Nie widziałeś może biegnącej przez las kobiety przy nadziei? Zgubiła się. Ten tu, Dima – wskazał na jednego z żołnierzy – to jej brat i bardzo się martwi.

– Niewiasta w błogosławionym stanie powiadacie? – Staruszek w zadumie przeczesywał brodę, z której sypały się liście i kawałki drzewnej kory. – Tak, widziałem z daleka jedną młódkę kilka minut temu. Tam zmierzała. – Wskazał Aleksiejowi kierunek. Ten już zbierał się do biegu, gdy starzec zagrodził mu drogę swoim kijem. – Ale dobrze wam radzę chłopcy, nie idźcie tam.

– A to niby czemu? – zapytał zirytowany Ljosza, odtrącając ręką kostur.

– Nie słyszycie? – Starzec przyłożył dłoń do ucha i wzniósł oczy ku niebu. – Leszy spuścił swe psy z uwięzi. Będą dziś ucztować.

– Jaki, kurwa, Leszy? O czym on pierdoli? – Dima zaniósł się nerwowym śmiechem. Uśmiech zastygł jednak na jego twarzy, gdy ze strony wskazanej przez pomylonego staruszka rozległo się przeciągłe wilcze wycie.

– Leszy, to pan tych lasów – uprzejmie pospieszył z wyjaśnieniem dziadek. – Dba o każdą roślinę i każde stworzenie przebywające pod opieką tej kniei. – Starzec rozłożył ramiona i radośnie zakręcił się wkoło. – A wy od kogo przybywacie chłopcy? Aby nie komuniści? – Raptownie zatrzymał swój pomylony taniec i przyjrzał im się zmrużywszy oczy. – Leszy bardzo nie lubi komunistów. Nie mają szacunku dla drzew!

– Ależ skąd, dziedula! – odparł Aleksiej, udając wielce zszokowanego i puszczając oko do kamratów. – My od nowego cara!

Pozostali głośno zarechotali. Tylko Dima wciąż rozglądał się na boki, wypatrując w coraz mroczniejszym lesie dzikich bestii.

– Cara powiadacie? – Stary zadumał się i podrapał po potylicy. – Chyba zbyt długo z chaty nie wychodziłem. A batiuszka car jak się odnosi do sprawy ukraińskiej?

– Bardzo pozytywnie! – zapewnił Ljocha. – Właśnie przeprowadzamy specjalną operację, która zlikwiduje wszystkie… problemy Ukrainy.

– Oj, coś nie wierzy mi się w wasze słowa. – Starzec nagle spochmurniał, podobnie jak niebo nad ich głowami. – Szkoda was, dzieci. Młodzi jeszcze i głupi. Ale Wielki Żmij wydał ukaz, a Leszy zobowiązany jest do posłuchu. Tysiąc lat Żmij spał spokojnie, pozwalał rozwijać się waszej “cywilizacji”. Ale nie, trzeba było wprost na leże bestii bomby zrzucać! Tu naród dobry i dawnych prawd nauczony. Wiedział, jak o pieczęci dbać. Kto teraz Żmija poskromi, skoro braci swoich w pień wyrżnęliście, co? Wracajcie skąd przyszliście. Dziadkowi za jedno, cali, czy w porcjach!

Nie zważając na osłupiałe miny żołnierzy, staruszek ponownie zaczął pląsać po polanie, tym razem dołączając skrzekliwy i pozbawiony muzykalności śpiew:

 

Марширують наші добровольці у кривавий тан,

Визволяти братів-українців з московських кайдан.

А ми наших братів-українців визволимо,

А ми нашу славну Україну, гей-гей, розвеселимо!

 

Coraz bardziej nerwowy Dima nagle padł na kolana i wyszarpał spod kurtki wisiorek z symbolem kołowrotu. Zamknął oczy i skierował się w stronę słońca, mamrocząc pod nosem coś niezrozumiałego.

– Widzę, że i wśród was nie wszyscy zapomnieli o rodzimej wierze! – Starzec zakończył taniec i podszedł do Dmitrija. – Witaj, synu. Dziś dostaniesz szansę, by zmazać swoje przewiny.

– Zamknij ryj, ojciec! – wykrzyknął czekający dotychczas w odwodzie Sierioża, po czym wystrzelił pojedynczą kulę w kierunku starca. Strzał okazał się celny i pocisk przeszył klatkę piersiową dziadka, który bez choćby jednego jęku zwalił się na ziemię.

– Idioto! – warknął Aleksiej. – Może wariat mógł nas poprowadzić szybciej przez ten las. – Odwrócił się w stronę Siergieja, ale żołnierza już tam nie było. Jedynie lekko kołyszące się gałązki świadczyły o tym, że ktoś stał w tym miejscu jeszcze chwilę wcześniej. – Jeśli to dezercja, to rozstrzelam bez trybunału! I ciebie Dima też!

Nad głową Ljoszy nagle coś zaszeleściło. W gasnącym świetle dnia jego wzrok nie mógł jednak spenetrować gęstej korony drzewa. Wciąż jednak było wystarczająco jasno, by kapitan rozpoznał trzymające karabin ramię, które z głuchym tąpnięciem spadło tuż przed nim. Przez kilka sekund bezmyślnie wpatrywał się w oderwaną kończynę, gdy zza jego pleców dobiegło kolejne gruchnięcie, tym razem znacznie głośniejsze.

– Ja pierdolę, wilkurwakołak! – wrzasnął Nurbek i wypuścił długą serię z automatu. Kapitan obrócił się dokładnie w momencie, gdy ogromna włochata łapa uderzyła w niego z siłą końskiego kopniaka. Cios opróżnił płuca Aleksieja z powietrza i z dużym prawdopodobieństwem złamał kilka żeber. Żołnierz nie stracił jednak przytomności. Nie mogąc złapać oddechu, ze zgrozą obserwował, jak przerażająca hybryda ogromnego wilka z małpoludem ogania się od pocisków wypluwanych przez karabin Kirgiza jak od irytującego robactwa. Nurbek zdaje się zapomniał, że nie gra w amerykańskim filmie, bowiem na jego twarzy pojawił się wyraz kompletnego zaskoczenia, gdy po kilkunastu sekundach skończyły się naboje w magazynku. Niepowstrzymywany już niczym potwór zaszarżował i całą swoją masą przygwoździł żołnierza do drzewa. Uniósł zwiotczałe ciało swoją gorylą łapą i złamał kark mężczyzny niczym suchą gałązkę.

Ljosza w tym czasie robił co mógł, by wstać na nogi. Niepokojąco blisko rozległo się kolejne wilcze wycie. Ostatni ocalały żołnierz z oddziału podbiegł do kapitana i pomógł mu wstać.

– Spierdalamy! – Wydał mu krótki rozkaz Ljocha.

Podkomendny na moment przystanął sparaliżowany, z przerażeniem i fascynacją spoglądając na spektakl rozgrywający się na polanie. Po prawej likantrop pożerał właśnie wnętrzności Nurbeka, z góry zaś spadał deszcz kolejnych fragmentów Sierioży. Wzrok żołnierzy przyciągał jednak przede wszystkim widok w centrum wycinki. Ciało zastrzelonego starca raptownie uniosło się w górę i zaczęło rosnąć. Stare szmaty, w których chodził dziadek szybko pękły, ustępując potężnym mięśniom na nienaturalnie rozrośniętych kończynach. Z dłoni wyrosły długie, pokrzywione niczym gałęzie pradawnego drzewa pazury. Twarz staruszka rozciągnęła się i nabrała bardziej szlachetnego wyrazu, a z głowy wyrosły mu olbrzymie łopaty łosia.

– Ostrzegałem, że moje psy będą dziś ucztować – powiedział Leszy. – Powstań, Dmitriju, i podążaj za mną. Czeka nas tej nocy wiele pracy.

Mityczny stwór powoli ruszył w stronę Aleksieja, rozrywając ziemię z każdym krokiem, jakby wyrywał z niej korzenie. Żołnierze puścili się biegiem w kierunki drogi. Leszy poruszał się powoli, a wilki wciąż zajęte były spożywaniem ich kolegów, więc szybko zostawili potwory w tyle. Ljosza jednak słabł z każdym krokiem i wkrótce towarzysz musiał praktycznie nieść go na plecach. Gdy dotarli do szosy, KAMAZ-a nie było w zasięgu wzroku. Szacując, że odbili za bardzo na północ, kapitan wysłał ostatniego członka oddziału drogą w przeciwnym kierunku, nakazując mu znalezienie auta i powrót.

Po kilku minutach w ciemności pojawiły się dwa reflektory. Ciężarówka musiała stać niedaleko. Ljocha wstał, podpierając się o drzewo. Żołnierz za kierownicą zatrzymał auto i uśmiechnął się.

– Chyba im uciekliśmy kapitanie.

– Nie gadaj tyle tylko się posuń – wycedził przez zaciśnięte z bólu zęby Aleksiej i wcisnął się na miejsce kierowcy. – Zbierzemy chłopaków i czołgi i zajebiemy to… Cokolwiek to było.

Ljosza wrzucił jedynkę i dodał gazu. W tym momencie jego świat zawirował. Dopiero po chwili zorientował się, że to ciężarówka obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni. Olbrzymie poroże Leszego zerwało z KAMAZ-a całą naczepę. Kapitan natychmiast wrzucił wsteczny i wdepnął pedał do podłogi. Pan lasu spokojnie patrzył jak odjeżdżają, a następnie wydał z siebie przeciągły gwizd.

Aleksiej wykonał zwrot, którego nie powstydziliby się najlepsi drifterzy, pędzący nocą w swych supersamochodach po ulicach Moskwy. Silnik KAMAZ-a krztusił się niczym pacjent w terminalnym stanie na oddziale covidowym. Coś uderzyło z hukiem w podwozie zerwanej naczepy. Żołnierz na siedzeniu pasażera wychylił się przez okno z odbezpieczonym karabinem, by sprawdzić źródło hałasu. Kątem oka Ljosza zauważył, jak przerośnięte wilcze szczęki zamykają się na jego głowie i wraz z fragmentem kręgosłupa odrywają ją od reszty ciała nieszczęśnika z głośnym chrupnięciem.

Druga z bestii, z przeraźliwym piskiem pazurów drapiących o metal, ześlizgnęła się z dachu i próbowała przebić przednią szybę. Na szczęście model przeznaczony na potrzeby wojska wyposażono w wersję kuloodporną, dzięki czemu nie poddała się po pierwszych kilku ciosach. Aleksiej przyłożył stworowi po nosie wycieraczkami. Pomiędzy bijącymi wściekle kończynami kapitan dojrzał skraj lasu i światła obozu. Gwałtownie wdepnął sprzęgło i pedał hamulca, zatrzymując rozpędzony pojazd. Uczepione szoferki wilkołaki poleciały kilka metrów w przód. Kapitan wrzasnął z bólu, gdy napięte pasy ucisnęły jego połamane żebra. Szybko jednak przegnał ciemną zasłonę sprzed oczu i uruchomił długie światła, które skutecznie oślepiły podnoszące się z ziemi potwory. Ruszył z impetem i potrącając po drodze jedną z bestii wyrwał się na wolność. Ostatnie drzewa były już w zasięgu wzroku. Potem jeszcze tylko kilkaset metrów i znajdzie się w bezpiecznym obozie.

Niespodziewanie asfalt na drodze przed nim zaczął pękać, a spod niego wyrósł ogromny korzeń, który z powodzeniem mógł należeć do największej amerykańskiej sekwoi. KAMAZ wystrzelił w górę i wykonał obrót, który zdobyłby uznanie w każdym skateparku, po czym gruchnął dachem o ziemię. Aleksiej niemal stracił przytomność, gdy jego układ nerwowy odmówił dalszego przekazywania impulsów pełnych cierpienia do mózgu. Nie pamiętał jakim sposobem wyplątał się z pasów, przecisnął obok bezgłowego zewłoku współpasażera i wypełzł przez rozbitą szybę. Wyzuty z resztek sił padł na ziemię i przewrócił się na plecy.

Widok rozgwieżdżonego nieba i falujących czubków drzew przesłoniła mu sylwetka starca.

– I co, zmiennokształtny ojczulku, przyszedłeś dokończyć dzieła osobiście? – zapytał Ljosza z głębokim westchnieniem.

– Nie, synku – odparł staruszek, a na jego twarzy ponownie zagościł uprzejmy uśmiech. – Las tu się kończy. Nie moja to dziedzina. Mnie i moich ogarów nie musisz już się obawiać. I jeśli ta historia czegokolwiek cię nauczyła, wrócisz prosto do domu, nie zatrzymując się ani na chwilę i ni razu nie oglądając się za siebie.

Po tych słowach odwrócił się i spokojnym krokiem wszedł ponownie między drzewa. Ljocha został całkiem sam.

 

***

 

Po kilku minutach ból ustąpił na tyle, że Aleksiej zdołał wstać i powłócząc nogami udać się w kierunku miasteczka. Wszystko wyglądało spokojnie. W zajętych budynkach paliły się światła, a gdy podszedł bliżej, powitał go gwar prowadzonych przy ognisku rozmów. Wydawało się, że przeklęte monstra rzeczywiście grasują tylko w lesie, jak powiedział staruch. Przez chwilę zastanawiał się czy Witię i Żenię spotkał podobny los. Nie żeby byli mu jakoś szczególnie bliscy, ale chociaż umieli się zabawić. Nie było ich jednak wśród żołnierzy zgromadzonych przy palenisku.

Ljosza podszedł do płonącej sterty mebli, przy której koledzy piekli zrabowaną kiełbasę, i ciężko padł na przystawioną ławkę. Przekręcający właśnie kijek nad ogniem oficer z insygniami sierżanta spojrzał na niego przelotnie. Gdy do otumanionego wódą mózgu dotarło w końcu co przed chwilą zobaczył, raptownie odwrócił się, upuszczając tłustą kiełbaskę w płomienie.

– A tobie co się, kurwa, stało? – zapytał, a jego oczy rozszerzyły się do rozmiarów carskiego imperiała.

– Nie chcesz wiedzieć – wyszeptał Ljocha zamknąwszy oczy, ciesząc się powiewem chłodnego, nocnego powietrza. – Wódki daj.

Sierżant w milczeniu podał mu butelkę. Ljosza, nie otwierając nawet oczu, przytknął ją do ust i pochłonął resztę zawartości w jednym podejściu. Wiatr się wzmógł i zaczął wiać od strony ogniska, przez co kapitan poczuł na twarzy żar płomieni. Sekundę później nocne rozmowy przerwała seria z ciężkich karabinów KPW, które zamontowane były na niektórych budynkach na wypadek ataku lotniczego. Byli jednak daleko za linią frontu, niemożliwe żeby ukropy przedarły się aż tutaj.

– Smok, kurwa! Jak w pierdolonej Grze o Tron! – wrzasnął ktoś niedaleko. Aleksiej raptownie otworzył oczy i spojrzał w górę. Nad obozem krążyła ogromna skrzydlata gadzina, co jakiś czas plująca strumieniem ognia w stanowiska obrony przeciwlotniczej.

– A więc przybył i sam pan Wielki Żmij, moje uszanowanie – wymamrotał do siebie Ljosza, a jego usta wykrzywiły się w pełen obłędu uśmiech. Zerwał się do biegu, zmierzając w kierunku naprawionego wcześniej przez Żenię czołgu.

 

***

 

 

Kolejny rozkładający się trup z głośnym plaśnięciem wciągnięty został w gąsienice czołgu Aleksieja. Były zdecydowanie najłatwiejszym celem, ale udało mu się dorwać też kilka rusałek, mamun i kikimor. Celny pocisk z czołgu oderwał zaś głowę jednej z demolujących obóz strzyg. Najbardziej irytowały go wszelkiej maści niematerialne stwory, które po prostu przechodziły przez czołg, jakby go tam nie było, pozostawiając po sobie jedynie uczucie nadnaturalnego chłodu. Na szczęście we wnętrzu nie miały dość miejsca, by się ponownie zmaterializować.

Gdzieniegdzie jeszcze oddziały 4. Korpusu Zmechanizowanego podejmowały heroiczną walkę z wrogiem. W większości jednak żołnierze albo leżeli na ulicach w różnym stopniu rozczłonkowania, albo zajęci byli bezładnym odwrotem w kierunku granicy. Ljocha nie miał jednak najmniejszego zamiaru uciekać.

Dotarł do usianego trupami i zwęglonymi szkieletami sprzętu wojskowego centralnego placu. Załadował kolejny pocisk i czekał. Nie zawiódł się. Skrzydlata bestia przewodząca demonom opadła na ziemię po drugiej stronie placu, wywołując małe trzęsienie ziemi. Potworny gad miał przynajmniej dziesięć metrów wysokości i jego paszcza z dwoma rzędami ostrych zębów górowała nad większością niskich domów w miasteczku. Spokojnie wpatrywał się w T-80 Aleksieja oczami pełnymi inteligencji i starożytnej wiedzy. Ljosza wycelował lufę czołgu prosto między nie i wystrzelił. Pojazd gwałtownie odrzuciło do tyłu, a przeciwpancerny pocisk poszybował w stronę smoka. W tym samym momencie gadzina wypuściła z siebie słup ognia tak gorący, że kinetyczny pocisk całkowicie wyparował. Żmij wzbił się w powietrze i zapikował na opancerzony pojazd. Pazury bestii zamknęły się na wieżyczce czołgu i uniosły maszynę w przestworza. Na wysokości kilkudziesięciu metrów spawy i nity łączące wieżę z resztą nadwozia zaczęły jęczeć, a następnie pękać.

Ljocha otworzył właz czołgu.

– Zdychaj, kurwa, zdychaj! – wykrzyczał poprzez szum powietrza i wystrzelił cały magazynek swego zabytkowego makarowa w podbrzusze gadziny. Stwór zdaje się nawet tego nie zauważył.

W tym momencie ostatnie łączenia dały za wygraną i pojazd runął w kierunku ziemi. Aleksiej, szaleńczo wymachując nogami, ostatkiem sił trzymał się klapy włazu. Żmij odwrócił wieńczącą długą szyję głowę i spojrzał prosto na Ljoszę, po czym rozluźnił łapy, wypuszczając wieżyczkę czołgu.

 

***

 

Generał Arkadij Giennadiewicz Izjumow przebudził się poirytowany, gdy tuż obok niego rozległ się głośny huk, a na jego twarz poleciały krople jakiejś cieczy. Pozwolił im, kurwa, na zabawę, ale mieli się od niego odpierdolić na resztę nocy!

Otworzył oczy i w świetle samotnej ulicznej lampy dostrzegł, leżącą tuż obok, powykręcaną wieżyczkę czołgu T-80, a pod nią świeżą krwawą plamę, w której z trudem można było rozpoznać człowieka.

– Co do kurwy? – generał skierował pytanie do wszechświata i powoli podniósł się z ławki. Oświecenie spłynęło na niego z nieba i z głośnym tąpnięciem przyziemiło kilka metrów dalej. Izjumow uszczypnął się kilkukrotnie, po czym wymierzył sobie siarczysty policzek. Jednak smok, jak żywcem wyjęty z amerykańskich filmów, wciąż zbliżał się, stawiając wolno kroki.

Dłonią trzęsącą się jak galareta generał wymacał pistolet i wycelował w kierunku bestii.

– Jestem generałem rosyjskiej armii! Rozkazuje ci się zatrzymać! – wykrzyknął głosem, który był zdecydowanie zbyt wysoki i drżący, by nadać słowom odpowiedni autorytet. Mimo to, stwór się zatrzymał. Przez chwilę wpatrywał się w oficera. Nagle powietrze między nimi rozgrzało się, i zafalowało niczym w upalny letni dzień. W powietrzu pojawiły się ogniste litery.

 

Иди на хуй, русский генерал!

 

Gadzina wyszczerzyła swe podwójne uzębienie w potwornym uśmiechu, a generał Arkadij Giennadiewicz Izjumow poczuł ciepłą strużkę, spływającą mu po prawym udzie. Wielki Żmij w swym nieskończonym miłosierdziu szybko przerwał upokorzenie oficera. Odgryzienie górnej połowy ciała skutecznie zatrzymało dopływ moczu. Żmij przeżuł kilka kęsów z niesmakiem, po czym wzbił się w przestworza i ruszył w pościg za najeźdźcami.

 

***

 

Artiom z trudem uniósł się na przedramionach. Głowa mu pękała, a przed oczami miał mroczki. Dudniące z każdej strony serie z automatów, wystrzały z czołgów i pochłaniające wszystko jaskrawe płomienie bynajmniej nie pomagały.

Kilka razy odetchnął głęboko i spróbował zebrać myśli. Jedynym logicznym wytłumaczeniem panującego chaosu był ukraiński kontratak. Chłopak próbował się podnieść, jednak ból głowy stał się wówczas nie do zniesienia. Pomacał się po potylicy, a palce natychmiast poczuły ciepło świeżej krwi. Ze zgrozą doszedł do wniosku, że jego obrażenia muszą być bardzo poważne. Uraz głowy powodował już halucynacje. Inaczej nie potrafił wyjaśnić bowiem ciągnącej drogą kawalkady. Na potworny korowód maszerujący przed oczami Artioma składały się wszelkiej maści demony: utopce, rusałki, mamuny, kikimory, strzygi, licha, wodniki, zmory, bagienniki, wąpierze i inne, których nazwy dawno zostały zapomniane. Chłopak w panice przeczołgał się kilka metrów do tyłu, połykając powietrze szybkimi, gwałtownymi haustami. Jego plecy oparły się o drewnianą ławkę.

– Oj Tiomka, Tiomka – rozległ się głos z góry, co spowodowało, że Artiom gwałtownie poderwał głowę, wywołując nową falę oszałamiającego bólu. – Nie powinno cię tu być. To nie miejsce dla ciebie – rzekł do niego starzec w podartych łachmanach i z liśćmi wplecionymi w długą brodę.

– Nie chciałem tu przyjeżdżać! – Bronił się Artiom, mimo że wiedział, że rozmawia jedynie z wytworem swojej wyobraźni. – Zmusili mnie, nie dali mi wyboru. Chcę… Chcę tylko wrócić do domu. – Po twarzy chłopaka spłynęły łzy.

Zafrasowany staruszek delikatnym ruchem pogłaskał go po głowie.

– Zawsze mamy jakiś wybór Artiom – powiedział tonem przeznaczonym zwykle dla małego dziecka. – Ty dziś wybrałeś słusznie. Idź do domu, do matuszki i nie patrz za siebie.

– A co z nim? – Artiom dopiero teraz zauważył, że miejsce po prawej stronie starca zajmuje jeszcze jeden ocalały żołnierz. Wpatrywał się intensywnie w ziemię, jakby nie chciał spojrzeć towarzyszowi broni w oczy.

– Dimka będzie moim asystentem! – oznajmił Leszy, klepiąc żołnierza po plecach i wybuchając rubasznym śmiechem. Potem dodał, znacznie już poważniej: – Gniew Wielkiego Żmija najpierw spadnie na sprawców tej tragedii, ale nie skończy się na nich. Póki ludzka krew podsyca jego wewnętrzny płomień, będzie upajał się destrukcją. Moje lasy staną się szarym popieliskiem… Dlatego my z Dimą go powstrzymamy, prawda? – Dokończył, a w jego głosie ponownie zabrzmiały kpiarskie nuty.

Dmitrij skinął jedynie głową, nie odrywając wzroku od podłoża.

– Niestety, chłopcy, wojna nie kończy się wtedy, gdy jedna strona zwycięża drugą. Wojna skończy się dopiero, gdy wszyscy przestaniemy walczyć… No, pora na ciebie.

Siwy mężczyzna wstał z ławki i palcem wskazał Tiomie kierunek. Chłopak nagle uświadomił sobie, że ból głowy ustał, a on sam czuje się już znacznie lepiej. Starzec i potwory jednak wcale nie zniknęli. Żołnierz przez moment jeszcze wpatrywał się w uprzejmie uśmiechniętego mężczyznę, po czym puścił się biegiem we wskazaną stronę. Ani razu nie obejrzał się wstecz.

Koniec

Komentarze

Widzę, że opublikowałeś, a miałem jeszcze dziś na becie podzielić się opinią :)

No, ale skoro już wisi, to przecież moge tutaj pisać, gdzie wszyscy widzą.

ZAcznijmy od tego, że tekst jest IMHO dobrze napisany, nie nudzi, cały czas coś się dzieje, a losy bohaterów (?) śledziłem z niesłabnącym zainteresowaniem. Trochę mógłbym się przyczepić do początku, bo wprowadzasz cztery postacie na szybko, potem je rozdzielasz i ciężko mi się było połapać który jest który, jednak wraz z rozwojem wydarzeń wszystko się poukładało i rozróżniałem Artiom od Ljoszy, czy tam innego Dimy.

Nie powiem, żebyś bawił się w subtelności, bo jest brutalnie, okropnie, choć momentami tak groteskowo, że w zasadzie śmiesznie. Jedziesz po bandzie, prawie wypadając na kilku łukach, a jednak udaje Ci się utrzymać fabułę w ryzach i konwencji, za co jestem pełen podziwu. Jesli jednak ktoś ma słabsze nerwy to powinien sobie odpuścić lekturę, bo to, co robią sołdaci i to co ich później spotyka, jest mocne, ale też zgodne z tym, jak wygląda obraz wojny, którą wszyscy możemy śledzić.

Kiedy bohaterowie znajdują się już w lesie dajesz nam groteskowego slashera, bo spodziewamy się śmierci żołnierzy. Ale dla mnie to nie jest problem, tym bardziej, że Leszy, Wij i cała reszta legendarnych stworzeń to ciekawa menażeria, której popisy czyta się z zaciekawieniem. Myslałem nawet czy tego tekstu nie napisałeś na konkurs “Baźnie”, ktory się właśnie odbywa, i uważam, że powienienś dodać taga konkursowego, bo to jest niezłe i do tego dziwne, a fanthomas lubi dziwne rzeczy, więc jakiegoś tam plusa od głównego jurora byś dostał ;)

Koniec jest satysfakcjonujący, to, że jeden z bohaterów przeżył nie dziwi, jest umocowane w tekście, podoba mi się. Tekst zasługuje na bibliotekę, toteż klikam, a także pozdrawiam serdecznie :)

Q

Known some call is air am

Miły tekst mojemu sercu, jednak wojna to nie je bajka.

Outta Sewer, wielkie dzięki za pozytywną opinię i pomoc przy doszlifowaniu tekstu w becie! Odebrałeś opowiadanie z dokładnie takimi emocjami i wrażeniami, które chciałem osiągnąć. To było dla mnie bardzo ważne przy tej historii, więc poklepię się po lekko po plecach :-)

Widziałem konkursowe “Baźnie”, ale tam zdaje się limit do 30 tys. znaków, więc odpada, chyba że poza główną rywalizacją.

Za horyzontem, miło, że się spodobało. A wojna to, niestety, rzeczywiście nie bajka. Dlatego prawdziwy horror rozgrywa się w pierwszej części opowiadania, potem jest już lżej…

Hej! Dobrze i płynnie się czyta, a to zawsze doceniam w tekście. Sugestywne opisy, często przepełnione brutalnością, ale adekwatne do treści. Dobrze oddałeś mentalność soldatów i świetnie wkomponowałeś elementy nadprzyrodzone. Miejscami było zabawnie. Fabuła nie zaskoczyła, ale nie o to tu chodziło. Polecam do biblioteki.

Podobnie jak OS, myślę, że tekst mógłby brać udział w konkursie “Baźnie”.

Krzkocie!

 

Szkoda, że nie zdążyłem zabetować, ale i tak wpadam tutaj, żeby nie było. :3

 

Z reguły nie czytam takich tekstów, ale ten napisany został bardzo dobrze. Brutalnie, okropnie, ale w ten dobry dla horroru sposób. Pierwsza część, ta, w której opisani są cywile była średnio przyjemna, ale potem, gdy akcja skupiła się na żołnierzach – już czytało mi się lepiej. Rzadko kiedy można zobaczyć tak dogłębne i dokładne opisy mordów i innych, średnio moralnych czynności. Wielu pewnie to nie podpasuje, ale patrząc ze strony technicznej – wyszło Ci to dobrze.

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Na Baźnie wystajesz poza limit, ale może chociaż dostaniesz tag konkursowy. Warto, bo opowiadanie jest dosyć oryginalnym ujęciem tematu, z licznymi odwołaniami do folkloru.

Tak jak pisałam podczas bety, mogłeś użyć innych rozwiązań, jednak w tym kształcie tekst również zasługuje na zauważenie. Jest brutalny, momentami na granicy dobrego smaku, ale jednocześnie odważny, szczery i satysfakcjonujący czytelnika.

Mimo długiego rozmiaru, napisany zajmująco, ciekawym stylem. Sceny z potworami wypadły dynamicznie, miejscami strasznie. Opowiadanie łatwo się czyta, a plastyczne i naturalistyczne opisy działają na wyobraźnię. 

kronos.maximus, BarbarianCataphract, ANDO, dzięki za miłe słowa i docenienie tekstu! A dla BarbarianCataphract dodatkowe podziękowania za przyjęcie zaproszenia do bety, zabrakło mi cierpliwości, by na Ciebie poczekać, ale liczą się chęci ;-)

Przeczytawszy. 

oidrin Bardzo mi miło z tegoż powodu :-)

Slasherowy ten tekst, więc jest akcja, groza i makabra. No i folk.

Ech, żeby to tak działało. A tu musi wystarczyć, że ziemia walczy po stronie obrońców.

Trochę przewidywalne zakończenie – z góry wiadomo, że ci, którzy zasłużyli sobie na śmierć, muszą się jej doczekać przed końcem opowiadania. Ale wymyśliłeś dla nich niemiłe sposoby na rozstanie się z tym światem, więc lektura satysfakcjonująca.

Odgryzienie górnej połowy ciała skutecznie zatrzymało dopływ moczu.

Hmm. Dlaczego? Nie powinno jeszcze dołożyć poluźnienia zwieraczy? Chyba że pęcherz znajduje się w tej górnej połowie, ale to już zależy, jak dzielić.

Babska logika rządzi!

Fanthomasie i Finklo, dzięki wielkie za przeczytanie i docenienie tekstu. Sądząc po komentarzach, udało mi się nienajgorzej wyważyć elementy akcji, horroru i groteski, a obawiałem się mocno przesadzenia w którymś aspekcie :-)

 

Odgryzienie górnej połowy ciała skutecznie zatrzymało dopływ moczu.

Hmm. Dlaczego? Nie powinno jeszcze dołożyć poluźnienia zwieraczy? Chyba że pęcherz znajduje się w tej górnej połowie, ale to już zależy, jak dzielić.

Hmm. Możesz mieć rację Finklo, ale chyba nie ma co dzielić ruskiego generała na czworo xd

Hmmm. Dlaczego? ;-)

Kiedyś stosowano ćwiartowanie wobec niektórych przestępców. Jeśli to, co oni wyrabiają na Ukrainie, się nie kwalifikuje, to co?

Babska logika rządzi!

Nie wiedziałem, że można stworzyć literackiego slashera…

Część opisów budzi autentyczną odrazę, ale że taki był zamysł, to nie ma co wybrzydzać. Najbardziej podobały mi się kreatywne porównania (

Silnik KAMAZa krztusił się niczym pacjent w terminalnym stanie na oddziale covidowym.

), czarny humor (

Wielki Żmij w swym nieskończonym miłosierdziu szybko przerwał upokorzenie oficera.

) oraz danie drugiej szansy Dimie i Artiomowi – od razu robi się trochę cieplej na sercu.

Na koniec zacytuję Finklę – 

Ech, żeby to tak działało.

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

Dzięki za przeczytanie SaNDWaLKeR :-)

 

Nie wiedziałem, że można stworzyć literackiego slashera…

Ja też nie, ale okazuje się, że nawet da się. Następnym razem może porwę się na literacki musical xd

 

Część opisów budzi autentyczną odrazę, ale że taki był zamysł, to nie ma co wybrzydzać.

Niestety, na odrażające czyny, trzeba reagować odrazą.

Nie do końca mój typ horroru, bo ja lubię sączącą się grozę, ale jest akcja, jest krwawo, jest groźnie, dużo się dzieje, a do tego jest sprawnie napisane. Satysfakcja z zemsty na żołnierzach wprawia mnie w stan klikowy.

 

Mam uwagę – kilka razy jest, że ktoś “wdepnął” pedał albo też sprzęgło, nie jestem pewien, czy “wcisnął” nie pasuje lepiej?

 

Wątpliwości natury militarnej – kapitan, generał i sierżant przy małym oddziale na tyłach, nie za wysoka szarża? W armii RUS jednym czołgiem dowodzi chyba sierżant, ale może ktoś się lepiej zna.

 

Na początku opowiadania uderzony z pięści żołnierz odlatuje dwa metry do tyłu, człowiek po uderzeniu w twarz jednak tak daleko nie pada.

https://www.facebook.com/konserwatywnenarzekanie

Hej GreasySmooth, dzięki za przeczytanie i zgłoszenie do klika! Co do uwag:

 

Mam uwagę – kilka razy jest, że ktoś “wdepnął” pedał albo też sprzęgło, nie jestem pewien, czy “wcisnął” nie pasuje lepiej?

W mojej głowie “wdepnął” to takie mocniejsze “wcisnął”, od razu sugerujące duży i nagły nacisk. A w tym opowiadaniu wszystko jest mocno i szybko xd Ale może faktycznie gdzieś warto byłoby podmienić, tak dla różnorodności.

 

Wątpliwości natury militarnej – kapitan, generał i sierżant przy małym oddziale na tyłach, nie za wysoka szarża? W armii RUS jednym czołgiem dowodzi chyba sierżant, ale może ktoś się lepiej zna.

 

Sierżant w czołgu to norma. Że akurat kumplował się z kapitanem, a w pobliżu siedział generał? Pewnie trochę naciągane. Natomiast nie był to mały oddział, lecz spore zgrupowanie wojsk, po prostu opowiadanie opisuje mały wycinek, więc obecność generała nie jest niemożliwa. A poza tym męczenie oficerów jest bardziej satysfakcjonujące :-P

 

Na początku opowiadania uderzony z pięści żołnierz odlatuje dwa metry do tyłu, człowiek po uderzeniu w twarz jednak tak daleko nie pada.

Artiom nie został uderzony z pięści, tylko “dostał kopniaka w brzuch”. Co prawda po kopniaku też raczej nie przeleciałby dwóch metrów w powietrzu, ale bardziej miałem tu na myśli, że kopniak go odrzucił, poleciał do tyłu, zrobił parę kroków próbując złapać równowagę i w końcu wyrżnął głową o asfalt dwa metry dalej :-)

Cześć,

 

Bardzo to było brutalne (w pewnym sensie również groteskowe), ale niestety, tak właśnie wygląda historia, niestety – również ta najnowsza. Obawiam się, że sposób działania rosyjskich żołnierzy oddałeś bardzo wiarygodnie. Żałuję tylko, że w rzeczywistości takie skurwysyństwo nie jest natychmiast karane w podobny sposób – byłoby pięknie. :)

 

Jedna rzecz – ponieważ jestem bardzo czepialska:

widok jej ciasnej szparki sprawił,

Skąd wiedział, że jest ciasna? Nie wiedziałam, że to widać. :( xD

Tak trochę żartuję, no, ale, logika musi być. ;D

 

Biblioteka IMO zasłużona, choć opowiadanie napisane jest… hm… dość swobodnym językiem. Ale rozumiem oczywiście, że ten język tworzy określony efekt, i mnie się ten efekt podobał.

 

Pozdrawiam :)

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Hej DHBW, dzięki za przeczytanie. Cieszę się, że ci się “podobało”. W cudzysłowiu, bo to chyba nie do końca trafione słowo przy tym opowiadaniu :-)

 

Obawiam się, że sposób działania rosyjskich żołnierzy oddałeś bardzo wiarygodnie.

 

Z docierających co chwilę informacji można by wnioskować, że nieco załagodziłem prawdziwy obraz :-(

Jedna rzecz – ponieważ jestem bardzo czepialska:

widok jej ciasnej szparki sprawił

Hmm, tu widocznie Witalij się zagalopował w ocenie… A może to autor? Któż to może wiedzieć xd Uznajmy, że narrator dysponuje większą wiedzą niż bohaterowie i w tym konkretnym wypadku uznał za stosowne podzielić się nią z czytelnikiem :-P

 

Pozdrawiam :-)

narrator dysponuje większą wiedzą niż bohaterowie i w tym konkretnym wypadku uznał za stosowne podzielić się nią z czytelnikiem :-P

^^’ Pozostaje się cieszyć, że autor ma wszystko dobrze przemyślane. ;D

 

to chyba nie do końca trafione słowo przy tym opowiadaniu :-)

Napisałam, że podobał mi się efekt. ;) A opowiadanie też mi się podobało, toż – przynajmniej po części – jest lepsze niż rzeczywistość.

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Kurczę, zgrałam sobie opka na czytnik, doszłam do Twojego i fragmenty piosenki mi się pojawiły o tak:

 

Îé ó ëóçł ÷ĺđâîíŕ ęŕëčíŕ ďîőčëčëŕń˙,

×îăîńü íŕřŕ ńëŕâíŕ Óęđŕżíŕ çŕćóđčëŕń˙.

Ŕ ěč ňóţ ÷ĺđâîíó ęŕëčíó ďłäłéěĺěî,

Ŕ ěč íŕřó ńëŕâíó Óęđŕżíó, ăĺé-ăĺé, đîçâĺńĺëčěî!

 

I muszę powiedzieć, że robiło to nawet większe wrażenie, niż oryginalna Czerwona kalina ;)

 

No, brutalnie było. Nie przepadam za takimi tekstami. W pierwszym momencie odłożyłam, ale potem doszłam do wniosku, że jednak przeczytam do końca. No cóż, jestem człowiekiem i zemsta ukraińskiej ziemi dała mi sporo satysfakcji. A sie skurczybykom należy. Z drugiej strony można było przewidzieć, że to się tak skończy. I do pełnej satysfakcji brakuje mi jeszcze informacji, co stało się z kobietą i resztą więźniów.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej Irka_Luz! Dzięki za przeczytanie. Cyrylica rzeczywiście się krztusi na czytniki, jeśli jest kodowanie na łacinę ustawione. Ale masz rację, że w tej formie nawet bardziej pasuje :-) Acz chyba żołnierze dwa razy by się zastanowili, zanim podeszli by do kogoś, kto jest w stanie zaśpiewać takie dźwięki :-P

 

Z drugiej strony można było przewidzieć, że to się tak skończy.

To często przewijająca się w komentarzach opinia. Ja, mimo wszystko, stoję na stanowisku, że byłbym zawiedziony, gdyby pod koniec pojawił się jakiś plot twist i nie wszystkich spotkała zasłużona kara :-)

 

I do pełnej satysfakcji brakuje mi jeszcze informacji, co stało się z kobietą i resztą więźniów.

Kobiecie w ciąży najprawdopodobniej udało się uciec, została w lesie pokierowana we właściwym kierunku przez staruszka-Leszego. Co do innych więźniów, to ich los pozostaje nieznany. Ale kto wie? Być może zanim pojawił się u boku Artioma, Leszy posłał też Dimę, aby ich uwolnił :-)

Już pierwsza scena zasygnalizowała, co jest tematem opowiadania i że należy spodziewać się opisu sytuacji okrutnych, wręcz sadystycznych, bestialskich. Jednak nie przypuszczałam, że akcja rozwinie się tak dynamicznie i że nic nie potoczy się po myśli pokazanych na początku sołdatów, że trafi kosa na kamień. Wplecenie do opowiadania postaci z dawnych wierzeń i baśni sprawiło, że choć Czerwona kalina nadal pozostała dziełem niezwykle brutalnym, to jednocześnie poczułam powiew nadziei.

 

– Żenia, od­pa­laj KA­MA­Za. → – Żenia, od­pa­laj KA­MA­Z-a.

Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

– To nie pier­do­lo­ne Fer­ra­ri – od­gryzł się Żenia… → – To nie pier­do­lo­ne fer­ra­ri – od­gryzł się Żenia

Nazwy samochodów piszemy małą literą. https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/marki-samochodow;715

 

naj­zna­mie­nit­sze so­pra­ny Te­atru Bal­szoj. → …naj­zna­mie­nit­sze so­pra­ny Te­atru Bol­szoj.

 

trium­fal­nie uno­sząc w górę litr Chor­ty­cy… → …trium­fal­nie uno­sząc w górę litr chor­ty­cy

Nazwy trunków też piszemy małą literą.

 

żeby prze­nio­sła się do mnie, do Ka­za­ni. → Czy tu aby nie miało być: …żeby prze­nio­sła się do mnie, do Ka­za­nia.

 

a jego mo­car­na pięść trzy­krot­nie ude­rzy­ła w pier­si. → …a jego mo­car­na pięść trzy­krot­nie ude­rzy­ła w pier­ś.

Mężczyzna ma jedną pierś, w którą może się uderzyć, choćby i wielokrotnie.

 

gdzie kró­lo­wa­ła mi­łość i bra­ter­stwo… → Piszesz o dwóch czynnikach, więc: …gdzie kró­lo­wa­ły mi­łość i bra­ter­stwo

 

A Ba­tiusz­ka car jak się od­no­si… → A ba­tiusz­ka car jak się od­no­si

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki Reg, poprawki wprowadzone :-) Pisanie tak brutalnego i wulgarnego tekstu sprawiło mi dużo ponurej satysfakcji. Kto wie, może to ze mną jest coś nie tak? :-P Ale należało im się!

 

żeby przeniosła się do mnie, do Kazani. → Czy tu aby nie miało być: …żeby przeniosła się do mnie, do Kazania.

To było celowe. Kazań (Казань) w języku rosyjskim ma rodzaj żeński, stąd forma “do Kazani”. Oczywiście po polsku miasto posiada męski rodzaj, ale pozwoliłem sobie na taką lingwistyczną wrzutkę, mimo że formalnie to błąd. Także zostaje :-)

Bardzo proszę, Krzkocie, miło mi, że mogłam się przydać. :) Dziękuję też za wyjaśnienie sprawy Kazania. ;)

 

Pisanie tak brutalnego i wulgarnego tekstu sprawiło mi dużo ponurej satysfakcji. Kto wie, może to ze mną jest coś nie tak?

Czy z Tobą jest coś nie tak? – nie wydaje mi się. Napisałeś bardzo porządne opowiadanie, o szczególnej treści, więc zrozumiała jest zarówno satysfakcja, jak i to, że jest ona ponura.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ech, Krzkocie, Czerwona kalina nie daje mi spokoju, więc idę do nominowalni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się bardzo reg, ale jednocześnie mam nadzieję, że nie śni się po nocach :-)

Nie, Krzkocie, sny mam spokojne i całkiem przyjemne. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mocny ten slasher. Tworzysz klimat zarówno odpowiednio dobranymi porównaniami, jak i dialogami, które czynią z postaci bandytów z krwi i kości. Podoba mi się również, że udało się domknąć wszystkie wątki oraz zawrzeć w tym wszystkim nieco czarnego humoru. Podobnie ma się sprawa z mieszkańcami lasu, przedstawiłeś wiele stworów i duchów tak, że nie mylą się i nie wydają tu być na doczepkę.

Na minus trochę traktowanie kobiet w taki a nie inny sposób, ale rozumiem wojna, zezwierzęcenie oraz kontrast reszty swołoczy z naszym final boyem. Smacznie nie zawsze było, ale to nie problem. Za to pod względem folku i horroru bardzo pożywnie.

Dziękuję za udział w konkursie i pozdrawiam.

Podobało się: Dużo rzeczy, na czele z literami w powietrzu. Dobry tekst!

Nie podobało się: W wielu momentach wyczuwałem kropkę, przez co uległem iluzji że tekst miał się kończyć ale jeszcze się nie skończył. Zrzucę to jednak na swoje niedoczytanie.

 

Gratuluję i pozdrawiam!

Dzięki oidrin za wizytę i pochwałę!

 

Na minus trochę traktowanie kobiet w taki a nie inny sposób

Niestety, nie było w tym elemencie chyba żadnych wyolbrzymień z mojej strony, ani fantastyki :-( W opowiadaniu przynajmniej mamuny odpłaciły się nieco za przedmiotowe i poniżające traktowanie kobiet.

 

Olgierd Glista, również dzięki za komentarz. W wielu miejscach sam już stawiałem kropkę, ale jednak coś kazało mi postawić po niej jeszcze jedną wielką literę :-P

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Dzięki Anet! Takie komentarze lubię – krótko, zwięźle i na temat ;-)

Nowa Fantastyka