- Opowiadanie: Krzpio - VIgil

VIgil

Witam, postanowiłem w końcu coś opublikować zamiast ładować swoje opowiadania “do szuflady”. Proszę o komentowanie i zostawianie wskazówek co można byłoby jeszcze poprawić w moim warsztacie. Jestem otwarty na wszelkie uwagi.
 

 Opowiadanie to coś w rodzaju współczesnego wiedźmina. Akcja rozgrywa się w Nowym Orleanie. Opowieść bazuje na mitologii grecko-rzymskiej.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

VIgil

 

Motocykl zatrzymał się przed teatrem. Blady mężczyzna zsiadł z niego i powoli zaczął zbliżać się do wejścia. Poprawił jeszcze swoją skórzaną kurtkę i otworzył drzwi po czym wszedł do jasnego pomieszczenia. Rozejrzał się, a jego uwagę od razu przykuły schody prowadzące na piętro. Zrobił kilka kroków w ich stronę ale zatrzymał się przy wiszącym obok nich plakacie. Przedstawiał on kobietę z odchyloną na bok głową. Za nią stał mężczyzna o ogromnych ostrych zębach. Ujęcie zrobiono na moment przed tym, jak wbił się w szyję kobiety. Był jeszcze spory krwawy napis – Dracula.

Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie pod nosem, jakby rozbawiony. Obrócił się i podszedł do kasy przy której siedziała młoda dziewczyna. Jego wzrok od razu przykuły pomalowane czarną szminką wydatne usta.

– Bernard jest u siebie? – zapytał niskim nieco zachrypniętym głosem.

– Dyrektor? – rzuciła niepewnie, nikt nie pytał o niego w taki sposób – Tak powinien być w swoim gabinecie, proszę…– urwała kiedy rozległy się oklaski oznaczające koniec przedstawienia. Nie miała też już do kogo mówić.

Mężczyzna odszedł kierując się na schody. Na piętrze przywitał go długi korytarz na którym leżał rozłożony czerwony dywan prowadzący do jednych konkretnych drzwi. Znajdowała się na nich miedziana tabliczka z nazwiskiem dyrektora teatru. Mężczyzna wszedł do pomieszczenia jak do siebie. Od razu skierował kroki do fotela znajdującego się przy stoliku w rogu pokoju.

– Może jakieś dzień dobry, dobry wieczór, Anton – powiedział mężczyzna ubrany w białą koszulę z wyraźnymi zdobionymi falbaną mankietami i czarną kamizelkę w czerwone kwieciste wzory

– Taka to z tobą robota… – mruknął kiedy Anton skwitował jego uwagę ciszą – Whiskey sour? – zapytał jakby siebie i ruszył do barku przy którym zaczął przygotowywać drinka. Nie lubił ciszy. Za bardzo drażniła jego zmysły. Czuł przez nią dziwne mrowienie w zębach. Kiedy skończył przygotowywać drinki podszedł do Antona i postawił szklankę na stole. Sam usiadł naprzeciw niego trzymając swoją w dłoni.

– Lorenzo zniknął – powiedział Bernard zaskakująco spokojnie. Anton upił łyk ze swojej szklanki patrząc mu w oczy i nie odzywając się – Nie możemy go namierzyć od dłuższego czasu. Ostatnio widzieliśmy go jakieś 2 miesiące temu. Tak wiem, to Lorenzo ale coś jest nie tak. Nie odpowiada na wiadomości, a gdyby miał wyjechać zostawiłby nam jakąś informację. Wiesz tak dobrze jak ja, że zniknięcie członka Rady oznacza dla nas kłopoty. Dla ciebie też Anton. Dlatego proszę cię pomóż mi go znaleźć. Oczywiście zapłacę za wszelkie poniesione koszta. Przeszukaliśmy jego dom ale nie znaleźliśmy nic ciekawego i wartego uwagi. Tu masz jego adres – powiedział przesuwając po stole niewielką karteczką – Rozejrzyj się tam i znajdź go.

Anton nie odpowiedział. Schował karteczkę w wewnętrznej kieszeni kurtki – Bernard, to nie mój problem, że zaginął ci kumpel. Próbowałeś to… Nie wiem… Zgłosić na policję? – zapytał z delikatnym prowokującym uśmieszkiem.

– Bardzo kurwa śmieszne. Wiesz, czym grozi jego zniknięcie. Przecież to pierdolony nekromanta! Mogą go wykorzystać! Zrzucić Zasłonę! – Anton uśmiechnął się szerzej, lubił go prowokować.

– Bernardzie nie denerwuj się. Wszystko będzie dobrze… – powiedział uspokajająco widocznie rozbawiony tym, że wytrącił rozmówcę z równowagi. Nagle jednak jego ton się zmienił – Płacisz w dolarach hiszpańskich. Powinny ci jeszcze jakieś zostać – rzucił dopijając drinka

– Czyli przyjmujesz zlecenie? Defendere Velum? – zapytał niepewnie Bernard wyciągając rękę

– Manus Vigilis – odpowiedział Anton ściskając ją dłonią na której widniał srebrny sygnet.

 

Kiedy Anton zaczął zbliżać się do swojego pojazdu przeszedł go dreszcz. Nie lubił wampirów. Miał świadomość, że gdyby Bernard się nie kontrolował doszłoby do walki. Drażnił go też fakt, że przy tego rodzaju spotkaniach musi zachowywać ciągłe skupienie i uwagę. Czuł się jednak na tyle pewnie, że pozwalał sobie czasami na prowokowanie ponad 200-letniego wampira. Bernard nie mógł go zaatakować. Był Strażnikiem.

 

Nowy Orlean był tej nocy wyjątkowo deszczowy. To tylko wzmagało senność u Antona. Zatrzymał się na skrzyżowaniu kiedy pojawiło się czerwone światło. Zdjął czarne rękawiczki i schował je w kieszeni. Z dłoni utworzył miseczkę do której zaczął zbierać padającą z nieba wodę. Przemył nią twarz i ruszył dalej gdy zapłonęło zielone światełko.

Dojazd do Paradis zajął mu pół godziny. Zaparkował przed domem którego szukał. Rozejrzał się po okolicy i westchnął. Nie wyglądało to zbyt imponująco. Domy wyglądały jakby zostały wykonane z blachy falistej. Brudne i niezadbane, przywodziły na myśl dzielnice biedoty.

Anton podniósł się z motocyklu i ruszył w kierunku białego parterowego budynku. Zapukał do drzwi i kiedy po dłuższej chwili nadal odpowiadały mu jedynie dźwięki spadającego deszczu sięgnął do kieszeni. Wyjął z niej wytrych i rękawiczki, które założył na lodowate dłonie. Po chwili zaczął pracować przy zamku, wcześniej rozglądając się uważnie po okolicy. W końcu usłyszał kliknięcie i wszedł do budynku.

Stojąc w korytarzu, sam nie wiedział, dlaczego wytarł dokładnie buty. Włączył latarkę, kierując promień światła przed siebie. Od razu zauważył część jadalniano-kuchenną tego domu. Pomieszczenie w którym się znalazł było bardzo zadbane. Sofa, fotele i kominek stojące w salonie pasowały do tutejszego wystroju. Przesunął światłem po regale na którym stały książki oraz witrynie za którą ukryte były ozdobne sztućce i talerze.

Nagle zamarł. W skupieniu zaczął nasłuchiwać czy na pewno znajduje się tu sam. Nie usłyszał jednak niczego oprócz ciszy i deszczu. Podszedł więc do najbliższych drzwi, z którymi jak się okazało znajdowała się sypialnia.

Pod ścianą między dwoma oknami stało spore dwuosobowe łóżko. Po każdej z jego strony stały nocne szafki. Na każdej znajdowała się niewielka lampka. W pokoju był też kredens, toaletka oraz spore lustro wiszące na ścianie a także drewniany krucyfiks. Na niemal całej powierzchni podłogi znajdował się dywan.

Anton podszedł do niego i powoli zaczął go podwijać odsłaniając podłogę. Jego oczom ukazał mu się fragment narysowanego kredą okultystycznego kręgu otaczającego prawdopodobnie całe łóżko. Mężczyzna westchnął i poprawił dywan, aby swoje kolejne kroki skierować do garderoby.

Oczy Antona od razu niemal trafiły na nietypowe wyposażenie jakie tu się znajdowało. Kilka czarnych i białych koszul, marynarki i coś co przykuło jego wzrok. Trzy sutanny. Podszedł do nich bliżej i zaczął im się dokładniej przyglądać chwytając delikatny materiał.

Słyszał, że w mieście pojawił się jeden z nich. Abhorrens funkcjonujący w społeczeństwie jako ksiądz. Nie spodziewał się jednak, że plotki okażą się prawdą, a ta istota będzie wampirem.

Anton wrócił do salonu, aby przeszukać dalszą część domostwa. Na chwilę zajrzał do kolejnego pomieszczenia, które okazało się łazienką i ruszył krótkim korytarzem do drugiej części domu. Trafił do pokoju dziennego. Spora kanapa, niski stolik na którym stała rozłożona szachownica, telewizor i kilka puf oraz inne meble które można uznać za mniej wyjściowe. Również tutaj oprócz kilku krajobrazowych obrazów znajdował się krzyż.

Mężczyzna ruszył w kierunku jednych z drzwi, które znajdowały się w tym pomieszczeniu. Otworzył je i wszedł do gabinetu. Przed sporym biurkiem stały dwie pufy a za nim spore drewniane krzesło. Był tu też barek między dwoma regałami i niewielka komoda. Znajdowały się tu również sofa i niewielki stolika kawowy oraz krótka sofa. Bardzo dokładnie zaczął przeszukiwać gabinet. Zaczął od regałów. Książki o tematyce religijnej, encykliki papieskie to było pierwsze co rzuciło mu się w oczy. Po chwili jednak zauważył coś jeszcze, coś co go zaintrygowało. Książki o tematyce mitologicznej i okultystycznej. Po szybkim ich przejrzeniu odłożył je na miejsce i zajął się przeglądaniem teczek.

Faktury i dokumentacja dotycząca Parafii p.w. św. Jana Chrzciciela. Wynikało z niej, że Lorenzo, czy jak został tu opisany ksiądz Lorenzo pełnił posługę na terenie tej parafii. Bardzo nie typowo jak na członka społeczności nieśmiertelnych. Dopiero po chwili kiedy odłożył dokumenty na miejsce zauważył, że na dywanie leży wizytówka. Schylił się po nią i odczytał, że należy do Josepha Duc Dzien, proboszcza parafii św. Jana. Schował ją po chwili namysłu do kieszeni rozglądając się po pomieszczeniu. Kontynuował przeszukiwanie gabinetu jeszcze kilka minut. Kiedy stwierdził że nie ma tu już nic ciekawego wyszedł z pomieszczenia.

Anton skierował swoje kolejne kroki z powrotem do kuchni. Lekko zaczęło go suszyć. Odkręcił wodę w kranie i zaczął ją chłeptać jak zwierzę. Schylając się do zlewu zauważył drzwi, prawdopodobnie do schowka lub pralni. Mimo to postanowił to sprawdzić. Najpierw jednak zakręcił wodę.

Powoli zaczął się zbliżać do drewnianych drzwi. Ostrożnie nacisnął klamkę i wszedł do środka. Niewielkie pomieszczeni w środku którego znajdowały się jedynie pralka, suszarka oraz kilka wiszących na niej ubrań. Jego kroki niosły się po pomieszczeniu dosyć głośno. Kiedy miał już opuścić pomieszczenie usłyszał dziwny głuchy dźwięk. Zatrzymał się w półkroku i zaczął uderzać nogą w w podłogę. W końcu to namierzył. Jedna z płytek pośrodku pomieszczenia wydawała pusty dźwięk.

Anton przykucnął wyciągając nóż. Wbił go między płytki, aby podważyć je i podnieść. Były cholernie ciężkie. Przez dłuższą chwilę mocował się z nimi przeklinając w myślach. W końcu jednak udało mu się podnieść płytę, z trudem przesunął ją po podłodze nieco w kierunku pralki. Dysząc podszedł do dziury w podłodze przy której zauważył drabinę.

Pod podłogą Anton trafił na ciężkie dębowe drzwi. Kiedy je otworzył nieco przestraszony cofnął się o kilka kroków. Dopiero po chwili dotarło do niego, że zarys potężnej postaci, który zauważył, nie był żywą istotą. Był to olbrzymi krucyfiks wiszący nad kamiennym ołtarzem na którym stały dwie zgaszone świece, spora księga i kielich. Pomieszczenie miało tylko kilka metrów kwadratowych i kamienną posadzkę zdobioną w drobne kamyczki.

Mężczyzna zaczął rozglądać się uważnie po pomieszczeniu. Od razu zauważył, że drobne kamyczki układają się w dziwny wzór. Zaklął pod nosem przyglądając mu się uważnie.

– Krzyż wpisany w okrąg czyli związek nieba i ziemi… – mruczał pod nosem sam do siebie – Księżyc z rogami zwróconymi w prawo… Symbol zwycięstwa, ankh… – urwał wbijając w niego wzrok – to chyba… Tak. Wschodzące słońce i życie. Co tu jeszcze jest? – zapytał sam siebie obchodząc mozaikę – Pentagram, czyli człowiek i odrodzenie…Wiedza tajemna. Znaki zodiaku? Ale nie wszystkie… – powiedział stając tyłem do ołtarza – Baran, narodziny człowieka; Rak, siła obronna; Lew, siła, regeneracja życia, odwaga; Strzelec, czyli gorliwość; Ryby… Dwoistość natury i rozwój… A tu co jeszcze? Symbol planety Mars czyli… – zamyślił się – Siła czynu i pięcioramienna gwiazda, co daje cnotę, wiedzę, zdrowie i ochronę… Co on tu kombinował? – mruknął prostując się. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nietypowy wzór na podłodze. Po kilku minutach jakby zrezygnowany podniósł głowę z przymkniętymi oczami. Oddychał głęboko. W pewnym momencie otworzył oczy dostrzegając dziwne linie biegnące po sklepieniu. Natychmiast skierował tam strumień światła z latarki – Gwiazda Dawida. Związek człowieka z Bogiem – skomentował rozpoznany na suficie wzór. Wpatrywał się w niego przez dłuższy czas.

– Cholera… O co tu chodzi? – mruknął i ruszył w kierunku drabiny. Zamknął za sobą drzwi i zaczął powoli wspinać się po drabinie. Kiedy dotarł na górę zamaskował wejście płytą i skierował się do wyjścia. Nie zauważył cienia o ludzkiej sylwetce znajdującego się w rogu korytarza.

Anton wyszedł z budynku. Deszcz nie przestawał padać niebo przecięła błyskawica. Po kilku sekundach rozległ się grzmot. Mężczyzna podszedł do swojego pojazdu i ruszył na nim przed siebie. Cień który znajdował się w korytarzu obserwował go przez okno w pokoju gościnnym.

Fahy's Irish Pub był ulubionym miejscem Antona, który nieco zwolnił mijając go. Po krótkiej dyskusji z samym sobą stwierdził, że na dzisiaj ma dość i zatrzymał się ulicę dalej pod kamienicą z czerwonej cegły. Udał się na pierwsze piętro, gdzie znajdowało się jego mieszkanie. Z korytarza od razu sięgnął do kuchni, gdzie znalazł karton po pizzy. Chwycił go z nadzieją, a kiedy znalazł w nim jedynie niedojedzony brzeg, nieco rozczarowany, ugryzł go i zaczął żuć rozbierając się.

Wszedł do salonu, do którego raczej nikt nie zaprosiłby gości, Na tablicach korkowych wiszących na ścianach wisiało mnóstwo różnego rodzaju rycin. Opisy mistycznych stworzeń, ich anatomii oraz mnogość okultystycznych znaków. Jeżeli to nie wzbudziłoby zaniepokojenia u gości, zrobiłyby to dziwne sporej wielkości słoje stojące regale. Anton odłożył na stół swoją broń i sięgnął po laptopa leżącego na łóżku. Szybko zaczął sprawdzać w internecie informacje na temat parafii św. Jana oraz jej proboszcza. Miał zamiar spotkać się z mężczyzną. Na szczęście nie musiał się z nim umawiać. Szybko ustalił, że może się z nim spotkać po porannej mszy. Ziewnął zmęczony i ruszył do łóżka, gdzie szybko zmorzył go sen.

 

Starszy, siwiejący, czarnoskóry mężczyzna poprawił marynarkę wychodząc z kościoła. Zamknął za sobą drzwi na klucz i z zaintrygowaniem podszedł powoli do bladego mężczyzny w skórzanej kurtce stojącego na niemal pustym niewielkim parkingu.

– Szczęść Boże, mogę w czymś pomóc? -zapytał ksiądz z uśmiechem poprawiając koloratkę

– Ksiądz Joseph? – zachrypiał Anton prostując się, wolał potwierdzić tożsamość rozmówcy.

– Tak, to ja… O co chodzi? – zaskoczenie namalowało się na twarzy kapłana.

– Zna ojciec księdza Lorenzo?

– Oczywiście, pomagał w naszej parafii – kapłan odparł uprzejmie patrząc Antonowi w oczy

– Nazywam się Anton Sentry – powiedział wyciągając rękę, którą Jospeh uścisnął odruchowo – Bernard, brat księdza Lorenzo, nieco się martwi, bo nie może się z nim skontaktować. Wie ksiądz czy może wyjechał? Podobno zniknął bez słowa.

– Faktycznie od dłuższego czasu się nie pojawiał – odpowiedział zamyślony ksiądz drapiąc się po niewielkiej łysinie – Myślałem, że kuria zapomniała mnie poinformować o jego przeniesieniu. Jesteśmy małą parafią, a takie rzeczy czasem się zdarzają. Z drugiej strony ksiądz Lorenzo nawet się nie pożegnał.

– Skarżył się na jakieś problemy? Miał jakiś wrogów? – dopytywał Anton bawiąc się sygnetem na swoim palcu

-Nie… Lorenzo był szanowanym członkiem naszej społeczności. Nie sądzę, żeby był ktoś chcący mu zaszkodzić. Co czwartek prowadził Bingo dla członków naszej społeczności. Szczególnie dobre stosunki miał panią Lilly Stout. To taka miła emerytka mieszkająca w okolicy. Może ona będzie wiedziała coś więcej. Lorenzo wynajmuje nie daleko dom. Mam zapasowy klucz – po twarzy kapłana widać było, że przejął się tą sytuacją i chciał pomóc

– Myślę że nie będzie takiej potrzeby – odparł spokojnie Anton machając ręką, jakby nie chciał kłopotać księdza – Gdzie mieszka pani Stout?

– tu trzeba przejechać, na pierwszym skręcie w prawo i to trzeci dom po lewej – intensywnie gestykulował ksiądz, wskazując odpowiednie kierunki.

– w takim razie dziękuje za pomoc, nie zabieram więcej czasu – odparł Anton zachrypniętym głosem, lekko kłaniając się po czym wsiadł na motocykl

– Z Bogiem i powodzenia – rzucił ksiądz kiedy pojazd zaczął odjeżdżać

Po kilku minutach Anton zatrzymał się przed wskazanym domem. Podszedł do drzwi i nacisnął kilka razy przycisk dzwonka. Po chwili otworzyła mu siwa kobieta w papilotach i czerwonym szlafroku. Wglądała jakby miała się zaraz rozpaść pod wpływem starości.

– Tak? Słucham? – zapytała kobiecinka od progu przytrzymując się framugi.

– Szukam księdza Lorenzo, wie Pani gdzie może być? – Anton wziął głęboki wdech podchodząc do niej bliżej.

– Ale ja niczego nie kupię, nie jestem zainteresowana – powiedziała wycofując się do mieszkania i przymykając drzwi.

– Szukam księdza Lorenzo, nie chce nic sprzedawać – uśmiechnął się sztucznie. Wiedział, że to nie będzie szybka i przyjemna rozmowa.

– Co rozdawać? -zapytała mrużąc oczy i nadstawiając ucho.

– Lorenzo! Zna go Pani? Szukam go! – podniósł głos tracą cierpliwość. Pani Stout cofnęła się o krok

– Znam ale to nie znaczy, że możecie krzyczeć. Jestem stara a nie głucha – skarciła Antona, który zacisnął zęby.

– Kiedy widziała go Pani ostatnio? Mówił że ma zamiar wyjechać? Nie mogę się z nim skontaktować – starał się mówić głośno i wyraźnie.

– Ze trzy tygodnie temu. Proboszcz mówił, że nie wie co z naszym bingo. Szkoda… ja dla niego ciastka upiekłam – powiedziała chrząkając kobieta.

– Miał jakiś wrogów? Ktoś mu groził, albo chciał dokuczyć? – drążył chrypiąc dalej głośno Anton, który pochylił się do niej.

– Gdzie! To taki porządny człowiek. Kapłan z powołania nie to co ci młodzi teraz. Święty! – zdecydowanie za bardzo zaakcentowała ostatnie słowo.

– Czyli to święty bez skazy, któremu nikt nie groził, nie miał żadnych wrogów na nikogo się nie uskarżał? – podsumował Anton z rezygnacją.

– No na tych młodych się skarżył co mu pod domem zostawiali różne rzeczy. No Panie, żeby tak księdzu na wycieraczce torbę z kupą podpalić? No jak tak można – wycedziła głośno nie kryjąc oburzenia.

– Wiadomo kto to zrobił? – uśmiechnął się w duchu Anton. W końcu jakiś trop.

– Ta banda od Fosterów pewnie. O tam idzie jeden z nich. To łobuzy, nie szanują nikogo, a jak człowiek im uwagę zwróci to tylko gorzej – pokazała w kierunku czarnoskórego chłopaka w za dużych dżinsach, który szedł wzdłuż długiej ulicy. Droga przechodziła w pewnym momencie w ścieżkę i kończyła się lasem.

– Myśli Pani, że oni mogą stać za zniknięciem Lorenza? -zapytał, ale kobieta mu nie odpowiedziała. Kiedy obserwował chłopaka, Pani Stout zdążyła się schować w domu.

Anton powoli ruszył za chłopakiem. Mimo, że dzieliło ich jakieś dwieście metrów szedł za nim prostą drogą starając się nie wyglądać, jakby go śledził. Kiedy nastolatek zbliżył się do swojego celu, jakim był budynek mieszkalny przy końcu asfaltowej drogi, zatrzymał się. Anton szedł spokojnie dalej. Kiedy zbliżył się do siedemnastolatka, ten odwrócił się. Miał zdecydowanie za często łamany nos i buńczuczne spojrzenie.

– Masz jakiś problem krakersie, że za mną łazisz? – wycedził przez zęby wsadzając rękę do kieszeni czerwonej bluzy z kapturem. Anton od razu zobaczył to co nie było widoczne dla normalnego śmiertelnika. Aura chłopaka była aż nadto widoczna. To był abhorrens, a konkretnie versipellis, zwany również wilkołakiem. Anton uśmiechnął się delikatnie i pokręcił głową.

– Jest tu was więcej? Uspokój się wilczku i wyciągnij ręce z kieszeni. Nie ma co warczeć i szczerzyć kłów, obaj wolimy tego uniknąć.– rzekł, a chłopak zaciągnął się mocno powietrzem wciągając jego zapach.

– Kim jesteś? – zapytał niepewnie chłopak obserwując uważnie Antona

– Domyślasz się – zachrypiał Anton wyciągając do niego rękę z sygnetem. Chłopak dostrzegł wyrzeźbioną na nim postać kobiety o trzech twarzach.

– Hekate – pobladł cofając się kilka kroków w tył – Strażnik… Ja..ja…. Nic nie zrobiłem… Nie złamałem Zasłony… – zaczął się jąkać

– Spokojnie. Chcę tylko porozmawiać – Anton uśmiechnął się obrzydliwie, pokazując swoje zęby – Jak ci na imię?

– Jestem Luca – rzekł wzdrygając się kiedy poczuł na barku rękę mężczyzn

– Więc.. Luca, odpowiesz mi na moje pytanie? Jest tu was więcej? Abhorrens – spojrzał chłopakowi w oczy z których wyparowała pewność siebie.

– Kilka rodzin… – szepnął Luca

– Pewnie wiesz, że zniknął lokalny ksiądz. I jak sądzę masz świadomość, że był wampirem. Słyszałeś coś o tym? Ktoś u groził albo miał jakiś wrogów? Wiem, że odstawiałeś mu słabe numery– mówiąc patrzył chłopakowi w oczy.

– To tylko żarty.. No…bo… to.. wampir.. – wyjąkał. Anton nadal trzymał rękę na jego barku. Luca milczał dłużą chwilę intensywnie się zastanawiając – White.. Roland.. Jego… stryj… on mówił, że już czas… że Roland może polować… Chciał mu znaleźć zwierzynę… Tak jak kiedyś… – Anton puścił Lucę, kiedy ten skończył mówić

– Gdzie jego rodzina zazwyczaj poluje? Muszą mieć gdzieś swoje terytorium – spojrzał na niego stanowczo.

– Mają domek w Des Allemands na końcu Down the Bayou Road – wypalił Luca

– Widzisz… Nie było tak źle. Dzięki za informacje. Pamiętaj, bądź grzeczny. Będę miał na ciebie oko – Anton pogroził Luce palcem i ruszył w kierunku swojego motocykla.

Gdy po 20 minutach Anton zaparkował pod wskazanym przez Lucę adresem od razu wyjął swojego colta. Mimo wszystko miał nadzieję że nie będzie musiał go użyć. Poprawił też swój sztylet przypięty do pasa i powoli ruszył na teren posiadłości. Niemal rozpadający się piętrowy drewniany budynek wyglądał nieco upiornie. Zniszczony płot i leżące na podwórzu rdzewiejące druty nie dodawały splendoru. Anton spojrzał na zegarek wskazujący dziesiątą. Jeśli będzie dobrze wilkołaki powinny spokojnie o tej porze spać. Tym bardziej, jeżeli polowanie było owocne.

Anton zaczął zbliżać się do wejścia przy którym widoczne było okno. Zerknął przez nie dostrzegając opuszczone i zaniedbane pomieszczenie, w którym panował bałagan jakby było od dawna nieużywane. Zauważył zarys stołu i kanapy oraz niebotyczne ilości kurzu, które unosiły się w powietrzu. Zaczął obchodzić powoli budynek. Zobaczył zardzewiałą otwartą furtkę, na której wisiało coś podobnego do zużytej szmaty. Anton na razie postanowił to zignorować zauważając kolejne okno, do którego podszedł. Pomieszczenie które ujrzał było zniszczoną kuchnią z urwanym kranem i zniszczonymi szafkami, których drzwiczki ledwo się trzymały. Przyglądał się chwilę i ruszył do kolejnego okna.

Zobaczył przez nie dziecięcy pokój. Niewielkie łóżko, biurko i szafa oraz kilka innych zaniedbanych mebli. Szybko w oczy rzuciła mu się stara lalka leżąca na posłaniu. Jej puste spojrzenie przeszywało go. Wstrząsnął nim dreszcz i ruszył dalej mijając drzwi prowadzące do piwnicy. Nie zaważył nikogo, to oznaczało, że polowanie nadal trwa, albo versipellis spały na piętrze. Anton schował broń i sięgnął do kieszeni po wytrychy zatrzymując się przy drzwiach do piwnicy. Pomyślał, że lepiej będzie przeszukać budynek zaczynając od piwnicy przesuwając się w górę po kolejnych poziomach. Po krótkiej chwili usłyszał ciche kliknięcie i otworzył drzwi, po czym zaczął przesuwać się po betonowych schodkach w podziemia budynku.

W piwnicy panowała ciemność. Anton zaklął szpetnie pod nosem kiedy przeoczył ostatni stopień. Nerwowo zaczął przeszukiwać kieszenie w poszukiwaniu latarki. Na szczęście nie wyjął jej z kurtki. Snop światła zaczął oświetlać pomieszczenie będące ogromną graciarnią. Zapach stęchlizny już wcześniej uderzył w nozdrza Antona, który w tym momencie zaczął przechadzać się po piwnicy. Nagle jednak zamarł i wyłączył latarkę znów sięgając po colta. Usłyszał głęboki wdech, dochodzący ze schodów prowadzących na parter budynku. Po chwili powietrze przecięło krótkie warknięcie. Anton wiedział, że nie jest dobrze kiedy rozległy się ciężkie kroki schodzące do piwnicy. Wykorzystał ich pogłos niosący się po pomieszczeniu chowając się za stojącą opodal komodą.

Dłuższą chwilę zajęło jego oczom dostosowanie się do panujących warunków. Czuł jak włochata bestia żądna krwi zbliżała się w jego stronę. Pytanie o to czy już wyczuła jego zapach czy kieruje się instynktem przemknęło mu przez głowę. Schował pistolet do kabury. Użycie broni tej broni w takich warunkach mijało się z celem. Ryzyko rykoszetu było zbyt duże, strzelanie na ślepo też nie było po prostu najlepszym pomysłem, nie wspominając już o tym, że huk wystrzału mógłby go ogłuszyć. Chwycił rękojeść swojego sztyletu i ostrożnie za nią pociągnął. Był gotowy.

Versipellis minął komodę. Barczysta bestia poruszała się na dwóch nogach. Anton widział zarys łapy zakończonej długimi i mocnymi pazurami. Wilkołak jednak był stosunkowo niski. Anton miał świadomość, że musiał stać przed nim Roland. Trzymając pugio w dłoni, podniósł się powoli.

– Roland – zachrypiał cicho zwracając na siebie uwagę bestii, która powoli się obróciła. – Wampir, ten ksiądz macie go tu? – zapytał kiedy wilkołak zbliżył do niego pysk i zaciągnął się jego zapachem.

– Łowy nadal trwają – abhorrens warknął szczerząc zęby. Zamachnął się i łapą zaatakował Antona. W ostatniej chwili udało mu się uniknąć tego ciosu. Pazury rozcięły jego kurtkę a Anton wpadł na komodę. Wilkołak wyszczerzył mocniej zęby i kłapnął nimi próbując ugryźć mężczyznę. Anton przeturlał się obok unikając jego zębów. Ciął swoim sztyletem wilkołaka po łydce. Stwór pisnął cicho, obrócił się i zamachnął na Antona, który przeturlał się znowu po podłodze i jeszcze raz ciął w to samo miejsce. Versipellis zawył głośno cofając się o dwa kroki. Anton wykorzystał tę chwilę, żeby wstać i rzucić się na wilkołaka. Przewrócił go upadając na stwora, który próbował zrzucić z siebie Antona. Versipellis wbił szpony w jego bok. Anton warknął z bólu zaciskając zęby. Zebrał w sobie resztkę sił i wbił pugio w tętnicę szyjną stwora. Wilkołak nawet nie pisnął. Strumień krwi wystrzelił rytmicznie z otwartej rany, a stwór przestał się ruszać.

Anton nie ruszał się przez dłuższą chwilę dysząc ciężko. Rana, którą mu zadano nie była tylko draśnięciem. Po kilku minutach podniósł się z truchła. Schował swój sztylet i wyjął pistolet. Trzymając się za krwawiący bok zbliżył się do schodów i włączył światło. Z trudem wspiął się po schodach i ruszył dalej przeszukując parter. Kiedy upewnił się, że nikogo tu nie ma powoli zaczął wchodzić na piętro. Skręcił korytarzem w prawo i otworzył pierwsze drzwi. Sypialnia z podwójnym łożem na którym leżała nieruchoma postać. Miała wyrwane ręce i nogi. Był to młody około dwudziestokilkuletni mężczyzna. Miał zakrwawioną koszulę na torsie z którego wystawał drewniany kołek.

Anton zbliżył się do niego. Po zobaczeniu aury teraz miał pewność. Na łóżku leżał wampir, okaleczony i wstanie hibernacji ale jednak żywy. Dopóki miał kołek w sercu był nieszkodliwy. Anton podszedł do szafy i wyjął z niej prześcieradło. Rozdarł je i owinął nim sobie bok przygotowując improwizowany opatrunek. Wyszedł z coltem w dłoni z pokoju i ruszył w kierunku kolejnego pomieszczenia. Pusta łazienka, idziemy dalej – rzucił do siebie w myślach i ruszył dalej korytarzem.

– Coś ty za jeden? – usłyszał za sobą głos, Kiedy się obrócił zobaczył białego siwiejącego mężczyznę o długi włosach i zdecydowanie zbyt wilczej aurze. Odruchowo uniósł broń i oddał kilka strzałów w jego stronę, kiedy wilkołak zaczął się przemieniać i iść w jego stronę. Zanim zdążył do niego dotrzeć versipellis upadł nieruchomo na podłogę. Anton podszedł do niego i oddał profilaktyczne dwa strzały w głowę w taki sposób, by pociski przeszyły mózg stwora.

Anton przeszukał resztę budynku. Kiedy miał pewność, że nie ma w nim już nikogo wrócił do sypialni, w której leżał okaleczony wampir. Siekierą, którą znalazł w piwnicy odciął Lorenzo głowę. Zdekapitowany wampir powoli zaczął przemieniać się w proch, by po kilku minutach nic z niego nie zostało. Lorenzo musiał zginąć. Jego badania nad przemianą człowieka w abhorrens i abhorrens w człowieka były zbyt dużym zagrożeniem dla Zasłony. Ręką Strażnika chronić Zasłonę. To było jego zadaniem. Niedopuszczenie do tego, by ludzie odkryli prawdę o istnieniu nadprzyrodzonego świata. Anton zakołysał się wychodząc z budynku. Utrata krwi dawała o sobie znać. Wyciągnął telefon i wysłał wiadomość do Marcusa o treści „załatwione" i podaną lokalizacją domu Lorenzo oraz budynku, z którego wyszedł. Nie zdążył schować telefonu. Zemdlał.

Koniec

Komentarze

Podoba mi się to że czytając, miałam wrażenie jakby to był “słowny” zapis jakiegoś odcinka na Netfliksie. 

Pozytywnie rozbawiło mnie wystawianie Drakuli na teatrze prowadzonym przez wampiry.

 

 

Anton nie odpowiedział. Schował karteczkę w wewnętrznej kieszeni kurtki – Bernard, to nie mój problem, że zaginął ci kumpel. Próbowałeś to… Nie wiem… Zgłosić na policję? – zapytał z delikatnym prowokującym uśmieszkiem.

Wypowiedź nie powinna być oddzielona akapitem?

 

Bernard nie mógł go zaatakować. Był Strażnikiem.

Który z nich był strażnikiem?

 

Książki o tematyce religijnej, (…) Książki o tematyce mitologicznej

Wkradło się powtórzenie.

 

“Ksiądz”

 

Tu kwestia kulturowa. W USA dominująca religia to protestantyzm, a nie katolicyzm. W Protestantyzmie kapłanem jest pastor a nie ksiądz. 

Wiem że to dla fabuły tej historii mało zmienia, ale to zbija amerykański nastrój :(…

Wiadomo że w USA są katolicy i księża, ale pamiętaj o protestatyźmie jeśli będziesz jeszcze kiedyś pisał coś w tym uniwersum

 

 

 

akrutangyS

Cześć Krzpio !!!

 

Ja uwielbiam wszelkie opowieści o wampirach i wilkołakach. Dlatego czytałem z przyjemnością. Ale to wcale nie znaczy, że gdybym nie był tego fanem to by mi się nie podobało. Nie mogło by tak być bo opowiadanie jest ciekawe. Odczułem też fajny klimat. W sumie mógłbyś opowieść ciągnąć dalej :)

 

Pozdrawiam.

Jestem niepełnosprawny...

Hej, Krzpio!

 

Tutaj czwartkowy dyżurny.

Zacznę od łapanki:

 

– Dy­rek­tor? – rzu­ci­ła nie­pew­nie, nikt nie pytał o niego w taki spo­sób(+). – Tak po­wi­nien być w swoim ga­bi­ne­cie, pro­szę…

 

Zabrakło kropki.

 

Męż­czy­zna od­szedł kie­ru­jąc się na scho­dy.

To zdanie dziwnie brzmi. Proponowałbym coś w stylu: Mężczyzna odszedł i skierował kroki ku schodom. albo Mężczyzna odszedł ku schodom.

 

Na pię­trze przy­wi­tał go długi ko­ry­tarz(+), na któ­rym leżał roz­ło­żo­ny czer­wo­ny dywan pro­wa­dzą­cy do jed­nych kon­kret­nych drzwi.

Przecinek.

 

– Może ja­kieś dzień dobry, dobry wie­czór, Anton – po­wie­dział męż­czy­zna ubra­ny w białą ko­szu­lę z wy­raź­ny­mi zdo­bio­ny­mi fal­ba­ną man­kie­ta­mi i czar­ną ka­mi­zel­kę w czer­wo­ne kwie­ci­ste wzory

Tutaj na pewno gdzieś zabrakło przecinków, ale nie będę wskazywał dokładnie, żeby nie wprowadzić Ciebie w błąd.

 

Ach, i kropki zabrakło na końcu.

 

– Taka to z tobą ro­bo­ta… – mruk­nął kiedy Anton skwi­to­wał jego uwagę ciszą – Whi­skey sour?

Kropka po ciszą.

 

– Whi­skey sour? – za­py­tał jakby sie­bie i ru­szył do barku(+), przy któ­rym za­czął przy­go­to­wy­wać drin­ka.

 

Proponowałbym przypomnienie sobie podstawowych zasad interpunkcji (nie mówię tego złośliwie, po prostu takie najbardziej sztampowe błędy, jak związane ze słowem „który” będą szczególnie wychwytywane).

 

ak wiem, to Lo­ren­zo ale coś jest nie tak.

Tutaj tak samo – brakuje przecinka przed ale.

 

Tu masz jego adres – po­wie­dział prze­su­wa­jąc po stole nie­wiel­ką kar­tecz­ką

Znowu brak kropki.

Proponowałbym zapoznanie się z poradnikiem odnośnie zapisywania dialogów:

https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

Scho­wał kar­tecz­kę w we­wnętrz­nej kie­sze­ni kurt­ki – Ber­nard, to nie mój pro­blem, że za­gi­nął ci kum­pel. Pró­bo­wa­łeś to… Nie wiem… Zgło­sić na po­li­cję? – za­py­tał z de­li­kat­nym pro­wo­ku­ją­cym uśmiesz­kiem.

Brak kropki po kurtki. Wypowiedź Antona powinna zacząć się od nowej linijki.

 

Anton pod­niósł się z mo­to­cy­klu

zsiadł z motocyklu brzmiałoby lepiej.

 

Pod ścia­ną mię­dzy dwoma okna­mi stało spore dwu­oso­bo­we łóżko. Po każ­dej z jego stro­ny stały nocne szaf­ki.

Powtórzenie.

 

Znaj­do­wa­ły się tu rów­nież sofa i nie­wiel­ki sto­li­ka ka­wo­wy oraz krót­ka sofa

 

Książ­ki o te­ma­ty­ce re­li­gij­nej, en­cy­kli­ki pa­pie­skie to było pierw­sze co rzu­ci­ło mu się w oczy. Po chwi­li jed­nak za­uwa­żył coś jesz­cze, coś co go za­in­try­go­wa­ło. Książ­ki o te­ma­ty­ce mi­to­lo­gicz­nej i okul­ty­stycz­nej. Po szyb­kim ich przej­rze­niu odło­żył je na miej­sce i zajął się prze­glą­da­niem te­czek.

 

Bar­dzo nie ty­po­wo jak na człon­ka spo­łecz­no­ści nie­śmier­tel­nych.

Nietypowo.

 

Od tego momentu już nie łapankowałem. Niestety, tekst ma bardzo dużo błędów, przez co czyta się całkiem ciężko. Sam pomysł miałeś całkiem dobry, jednak wykonanie mu ujmuje.

Ale sam kiedyś byłem początkujący, więc wiem, że wiele z tych rzeczy da się naprawić poprzez praktykę, więc warto się nie poddawać. ^^

 

Mam za­pa­so­wy klucz – po twa­rzy ka­pła­na widać było, że prze­jął się tą sy­tu­acją i chciał pomóc

Czy aby na pewno ksiądz zaoferowałby Antonowi klucz do domu Lorenza? Tak od razu? Nie zdążył nawet potwierdzić kim on był.

 

Teraz bardziej subiektywne spostrzeżenia:

Dajesz kilka elementów swojego uniwersum, jak na przykład Zasłona, ale niestety nie tłumaczysz, czym ona jest, a też wskazówki nie dają zbyt jasnego obrazu.

Do tego forma narracji mnie trochę odrzuciła – opowiadanie jest trochę jak sprawozdanie. Ale to moje osobiste odczucie tylko.

 

Podsumowując: pomysł ciekawy, ale wykonanie odstrasza. Jeśli chciałbyś poprawić jakość swoich tekstów, to polecam betowanie:

https://www.fantastyka.pl/loza/17

 

Zajrzyj tam, naprawdę warto.

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia na dalszej drodze!

 

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Dzięki bardzo za komentarze. Dokładnie tego potrzebowałem. Interpunkcja faktycznie kuleje ale popracujemy nad tym. Poradnik dotyczący dialogów sporo mi wyjaśnił :)

Miś nie będzie się czepiał interpunkcji, ale trochę przecinków i kropek chochlik pozjadał.

Opowieść bazuje na mitologii grecko-rzymskiej.

Są mitologie grecka i rzymska (bazująca na greckiej). Chyba nie ma grecko-rzymskiej.

Był Strażnikiem.

 W tym miejscu miś zastanawia się, który z dwóch.

…i ruszył dalej gdy zapłonęło zielone światełko.

Może zwyczajnie: …zapaliło się zielone światło/…zmieniły się światła na sygnalizatorze

 

Anton podniósł się z motocyklu -->…z motocykla

Co czwartek prowadził Bingo dla członków naszej społeczności. → bingo

wie Pani gdzie może być? …pani…

Kiedy obserwował chłopaka, Pani Stout zdążyła się schować w domu. --> pani

Jest więcej literówek. Miś już nie szuka. Sam znajdziesz szukając.

 

Ręką Strażnika chronić Zasłonę. --> ???

 

Urwałeś opowiadanie, jakbyś zostawiał sobie furtkę do kontynuacji. Ok, może być ciekawie, ale popracuj nad wykonaniem. Dobrze robi czytanie swojego tekstu kilka razy. 

 

 

 

 

 

 

Hej, hej,

 

kilka uwag tzw. technicznych:

 

Blady mężczyzna zsiadł z niego i powoli zaczął zbliżać się do wejścia. Poprawił jeszcze swoją skórzaną kurtkę i otworzył drzwi po czym wszedł do jasnego pomieszczenia. Rozejrzał się, a jego uwagę od razu przykuły schody prowadzące na piętro. Zrobił kilka kroków w ich stronę ale zatrzymał się przy wiszącym obok nich plakacie. Przedstawiał on kobietę z odchyloną na bok głową. Za nią stał mężczyzna o ogromnych ostrych zębach. Ujęcie zrobiono na moment przed tym, jak wbił się w szyję kobiety. Był jeszcze spory krwawy napis – Dracula.

 

Widzę tutaj dużo niepotrzebnych słów, opis jest mało dynamiczny. Ja bym raczej skracał – “zsiadł, wszedł”, zamiast “zaczął zbliżać powoli, rozmyślając o tym, co zrobi jak wejdzie, zrobił, krok, cofnął się”, łapiesz co mam na myśli? ;)

“Zsiadł z motoru, wszedł do budynku, walnął ochroniarza w mordę, starł plamę krwi ze skórzanej kurtki jednorazową chusteczką, pocałował zaskoczoną kasjerkę w czarne usta i poszedł na górę, mówiąc, że Bernard go oczekuje ”, niech będzie mocno i dynamicznie.

 

Mężczyzna odszedł kierując się na schody. Na piętrze przywitał go długi korytarz na którym leżał rozłożony czerwony dywan prowadzący do jednych konkretnych drzwi. Znajdowała się na nich miedziana tabliczka z nazwiskiem dyrektora teatru. Mężczyzna wszedł do pomieszczenia jak do siebie. Od razu skierował kroki do fotela znajdującego się przy stoliku w rogu pokoju.

Jak wyżej, trąci Orzeszkową ;) “Wbiegł po schodach, trzasnął drzwiami od gabinetu dyrektora teatru, nalał sobie whiskey i opadł na skórzany fotel, rozpinając dyskretnym ruchem guzik od spodni”. Zamiast pisać, że wszedł jak do siebie, pokaż jak to się stało, co konkretnie zrobił bohater.

 

Nie wyglądało to zbyt imponująco. Domy wyglądały jakby zostały wykonane z blachy falistej

Oprócz pozbycia się powtórzonka, tutaj zalecam więcej pewności siebie narratora – no bo z czego w końcu były te domy? Jeżeli z blachy, to niech to będzie powiedziane, a nie, że “wyglądały jak z blachy”. Chyba, że wyglądały jak z blachy, ale były np. z eternitu, co jest fajnym stwierdzeniem i pewną grą z czytelnikiem – “myślałeś, że z blachy i to jest słabe, nieee, właśnie, że z eternitu i jest to jeszcze gorsze niż myślałeś”.

 

Pisanko i czytanko wskazane, żeby szlifować warsztat!

 

Powodzenia!

Che mi sento di morir

Nowa Fantastyka