- Opowiadanie: Luken - W głębi nieba

W głębi nieba

Na­pi­sa­łem ten tekst w nowym dla mnie stylu: tym razem, poza prze­my­śle­nia­mi, po­sta­no­wi­łem wstrzyk­nąć w niego też tro­chę emo­cji. Czy wy­szło? Sami oceń­cie.

 

Chciał­bym po­dzię­ko­wać wszyst­kim be­tu­ją­cym, tj.: Am­bushOld­Gu­ardRadek i SNDWLKR , bez któ­rych krew la­ła­by się z oczu i trud­no by było oglą­dać nimi gwiaz­dy :) .

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

W głębi nieba

Ten dzień zapadł mi w pamięć, ponieważ to wtedy poznałem Bartka. Był wieczór. Budynek Instytutu Astronomii świecił pustkami już od kilku godzin. Gdy zwykli ludzie spędzali czas ze swoimi rodzinami, ja wciąż pracowałem. Byłem zastępcą dyrektora i analizowałem nieścisłości w wynikach obserwacji, które od miesięcy nie dawały mi spokoju. Wtedy była to dla mnie najważniejsza sprawa. Zabawne, że teraz to najmniej istotny szczegół. Gdy usłyszałem pukanie do drzwi gabinetu, uniosłem głowę znad segregatora i poprawiłem okulary. Nikogo się nie spodziewałem. Do pokoju wkroczyła zadbana kobieta w średnim wieku, a za nią, na oko szesnastoletni, chłopak. Jeszcze zanim się odezwała, poczułem intensywny zapach perfum.

– Pan dyrektor Urbaniak? – zapytała.

– Tak – przyznałem niechętnie. – Jak się pani tu dostała? Budynek jest już zamknięty.

– Pana kolega, doktor Wiktor Czechowski, zadzwonił do ochrony, żeby nas wpuszczono. Próbował dodzwonić się też do pana, ale bez powodzenia. – W głosie kobiety usłyszałem wyrzut.

Po chwili zastanowienia zamknąłem segregator. I tak miałem już kończyć.

– Jaka sprawa jest aż tak pilna? – zapytałem, sięgając po wyciszony telefon.

Piętnaście nieodebranych połączeń. Zależało mu.

– Nazywam się Dorota Kudzia, a to mój syn, Bartosz, który ma wyjątkowy talent.

Chłopak niechętnie do mnie podszedł pod wpływem delikatnego pchnięcia. Dopiero teraz mu się przyjrzałem.

Nosił duże, ciemne okulary, niepasujące do pory dnia ani roku. Chude nogi komicznie kontrastowały z obfitością puchowej kurtki. Jego gęste, czarne włosy były w zupełnym nieładzie, a blada twarz wyrażała napięcie.

– I jak objawia się ten talent, żeby nie można było go zaprezentować jutro? – zapytałem zmęczony.

Kobieta wyglądała na zakłopotaną.

– Wyjaśnisz panu? – zapytała Bartka.

Grymas na twarzy sugerował, że chłopiec próbuje coś powiedzieć. W końcu wydusił z siebie:

– Ja… widzę gwiazdy.

Postanowiłem oddzwonić do Wiktora.

– Wreszcie! – odezwał się w telefonie. – Chłopak ma jakieś problemy, ale daj mu szansę! Wiesz co, teraz ja nie mogę rozmawiać, ale weź go na obserwację nieba, to od razu zrozumiesz! Nie będę ci psuł zabawy.

– Nie dałoby rady jutro? – zapytałem.

– Jutro ma lać. Muszę kończyć, zaufaj mi. Na razie! – odpowiedział Wiktor, po czym się rozłączył.

Absurd jest uwodzicielski. Pociąga naukowca jak każda tajemnica. To chyba dlatego, wbrew wszelkim naturalnym odruchom, postanowiłem zaprowadzić swoich gości na dach Instytutu.

Gdy wchodziliśmy po schodach, kobieta prowadziła Bartka za rękę. Chłopak stawiał niezgrabne kroki, głośno uderzając czubkami butów o kolejne stopnie. Zastanawiałem się, czy niedowidział.

Na dachu było ciemno; górowaliśmy nad otaczającymi Instytut miejskimi światłami. Niebo było przejrzyste a powietrze rześkie. Matka Bartka stwierdziła, że ma do załatwienia ważne sprawy i zostawiła nas samych. Ustaliliśmy, że gdy skończymy, po chłopaka ma przyjechać szofer. Czułem się dziwnie, stając się w tym momencie opiekunem obcego dziecka, ale byłem zbyt odurzony absurdem, żeby to przerwać.

– Chciałbyś mi coś pokazać? – zapytałem, starając się nie wywierać nadmiernej presji na chłopca, który był widocznie spięty. Przez cały czas miałem z tyłu głowy przekonanie, że to wszystko jest jakimś dziwnym żartem.

Drgnął.

– Jaka jest pana ulubiona galaktyka? – odpowiedział po chwili pytaniem. – Z tych na niebie.

Jego głos był słaby. Chłopak sprawiał wrażenie, jakby mówienie kosztowało go wiele wysiłku.

Pytanie mnie zaskoczyło. Podałem pierwszą lepszą, którą aktualnie interesował się Instytut. Jeszcze bardziej mnie zdziwiło, kiedy poprosił, żebym ją opisał.

Następnie zdjął okulary. Oczy miał zamknięte. Otworzył je dopiero po skierowaniu twarzy w stronę nieba. Miały wielkie źrenice, niezostawiające miejsca na tęczówki; czarniejsze od każdej ciemności, jaką do tej pory widziałem. Jakimś dziwnym sposobem, wyróżniały się swoją czernią nawet w zupełnym mroku. Miałem wrażenie, że gdy zamknę powieki, wciąż będę je widział.

Bałem się ich spojrzenia.

Wtedy Bartek się ożywił. Pytał o obiekty astronomiczne, które znajdują się w pobliżu galaktyki, którą opisałem. Musiałem się wspomóc smartfonem. Nie chodziło mu jednak o nazwy, tylko o wygląd. Opisywanie galaktyk czy mgławic, przypominało mi odnajdywanie znajomych kształtów w przelatujących chmurach. Nie miałem pojęcia, do czego to zmierza.

Dopóki jej nie znalazł.

Na początku myślałem, że to sztuczka; że jakiś wrodzony talent umożliwił mu zapamiętanie całej mapy nieba. Przecież to niemożliwe, żeby widział coś, czego ledwie dosięgały kosmiczne teleskopy.

Zacząłem więc Bartka testować. Opisywałem mu coraz bardziej egzotyczne obiekty, a on je znajdował. Nabrało to charakteru dziwacznej rywalizacji. Byłem wściekły, gdy mnie pokonywał. Liczył satelity przelatujące w ciemności przed wskazanymi gwiazdami. Czasami podawał ich nazwy, twierdząc, że odczytał je z metalowych kadłubów.

Minęło wiele godzin, a ja nawet nie zauważyłem, że wzeszło słońce. Gdy w końcu to do mnie dotarło, nagromadzone przez noc napięcie gwałtownie się ulotniło, robiąc miejsce zmęczeniu.

– Przepraszam, że przetrzymałem cię całą noc – powiedziałem zakłopotany, nie dowierzając własnym zmysłom. – Lepiej już chodźmy.

– To nic – odpowiedział chłopak. – Ja i tak nie śpię. – Po czym drżącymi rękami założył okulary.

– Twoja mama pewnie się przejmuje – zauważyłem, pomagając mu pokonywać schody.

– Raczej nie.

– Takie są mamy.

– Ona nie jest moją mamą.

Ugryzłem się w język i dalszą drogę do wyjścia z budynku pokonaliśmy w ciszy.

Przed Instytutem czekała wcześniej wezwana limuzyna. Patrzyłem, jak odjeżdżał wciąż śpiącą ulicą, dopóki samochód nie zniknął pomiędzy budynkami. Stałem tam jeszcze przez jakiś czas, zastanawiając się nad wszystkim, co się właśnie wydarzyło. Z rozmyślań wybudził mnie dopiero kolega, który przyszedł do pracy.

Zapytał, od kiedy tak wcześnie wstaję.

 

Od tego momentu Bartek przyjeżdżał do Instytutu, kiedy tylko była ładna pogoda. Szybko potwierdziliśmy, że widział rzeczy, których nie mógł się nauczyć i stał się lokalnym celebrytą, choć niezbyt mu to odpowiadało. Nikt nie miał pojęcia, jak działa talent chłopca. Każdy był zgodny, że to, co się dzieje, łamie prawa fizyki.

Każdą obserwację zaczynaliśmy od kilku pytań kontrolnych. Opisywałem przypadkowe ciała niebieskie, a on je znajdował. Następnie naprowadzałem go na jedną z odległych mgławic i prosiłem, żeby sam ją opisał.

Nigdy się nie mylił.

Przez pozostałą część nocy obserwowaliśmy obiekty, które były poza zasięgiem kosmicznych teleskopów. Wtedy to Bartek opisywał, a ja szkicowałem. On nie potrafił; zbyt drżały mu ręce. Rysując kolejne wielogwiazdowe układy, tarcze egzoplanet, spirale galaktyk i puch mgławic, czułem się znowu tak, jak wtedy, kiedy dostałem w prezencie pierwszy teleskop; jakbym zuchwale poznawał tajemnice, które nie były przeznaczone dla ludzkich oczu. Jak starożytny Grek spisujący słowa Delfickiej Wyroczni.

Wtedy dostrzegłem jego cierpienie.

Zaglądanie w głęboki kosmos kosztowało Bartka wiele wysiłku; więcej niż był skłonny przyznać. Szybko okazało się, że im dalej sięgał wzrokiem, tym bardziej się męczył. Zarejestrowanie tego, co działo się w trakcie i tuż po Wielkim Wybuchu jest nieosiągalnym marzeniem astronomii; mogłoby wywrócić nasze rozumienie Wszechświata do góry nogami, jednak coś powstrzymywało chłopaka, przed sięgnięciem tak daleko.

Coś, o czym nie chciał rozmawiać.

Żeby mu trochę ulżyć, zarządzałem przerwy. Sam nigdy by ich nie zaproponował. Jadł wtedy przynoszone przeze mnie kanapki, a ja opowiadałem o swojej pracy oraz Instytucie. Gdy już się otwierał, stawał się bardzo ciekawski i błyszczał mądrością. To były jedyne chwile, kiedy widziałem jego uśmiech.

Wkrótce nie chciał obserwować nieba z nikim innym.

Dzięki Bartkowi stworzyliśmy zupełnie nowy model ewolucji Wszechświata. Poznaliśmy naturę Ciemnej Materii. Te odkrycia sięgały znacznie dalej niż astronomia. Ostatni kawałek układanki, który pozwoliłby stworzyć teorię łączącą mechanikę kwantową z Ogólną Teorią Względności, krył się w pierwszych chwilach Wielkiego Wybuchu. Nie miałem jednak odwagi skłonić Bartka, żeby spróbował tam zajrzeć.

W końcu w Instytucie pojawiły się głosy, że powinniśmy odkryć chłopca przed światem nauki. Że marnujemy go na oglądaniu nieba, podczas gdy najcenniejsza wiedza, która mogłaby odmienić ludzkość, tkwi w nim samym. Wiedzieliśmy, że gdy tylko dopuścimy tę myśl do siebie, to go stracimy.

Tak też się stało.

Gdy tylko reszta świata dowiedziała się o chłopaku, przestał odwiedzać Instytut. Przez następnych kilka tygodni nie mieliśmy z nim żadnego kontaktu. Powrót do szarej codzienności uświadomił mi, jak bardzo się z nim zżyłem. Dopiero czas spędzony z Bartkiem unaocznił mi, że miałem w Instytucie wielu kolegów, ale żadnego przyjaciela.

Wtedy odwiedził mnie w domu mój stary znajomy, profesor Bogdan Zukajew, który twierdził, że utrzymuje z nim kontakt.

– Według psychiatrów Bartek cierpi na zespół stresu pourazowego – powiedział. – Przyznał się, że kiedyś zajrzał znacznie dalej, niż to, co nam opisuje. Musimy tylko wydobyć z niego, co tam zobaczył.

– I jak chcesz to zrobić, jeżeli on nie chce? – zapytałem.

– Hipnoza – odpowiedział z uśmiechem.

– Tego też trzeba chcieć – odparłem.

– I tu wchodzisz do gry ty. – Poprawił się na krześle. – Hipnoterapią można leczyć stres pourazowy. Możemy mu pomóc, musisz go tylko przekonać. Z nikim innym nie chce rozmawiać.

Chciałem mu pomóc, dlatego się zgodziłem.

 

Wspierałem go tuż przed sesją hipnozy.

– Warto spróbować – powiedziałem. – Jeżeli lekarze twierdzą, że mogą ci pomóc, to warto im zaufać.

Skinął tylko głową, choć biła od niego niepewność.

Tego dnia miałem też okazję porozmawiać na osobności z jego szoferem. To on mi powiedział o tym, że Bartek jest adoptowany.

– Nie sądzę, żeby pani Kudzia naprawdę go kochała – wyznał mi, gdy rozmawialiśmy przed budynkiem kliniki psychoterapii. – Ona nawet z nim nie rozmawia. W Domu Dziecka sądzili, że chłopak jest niewidomy. Ta kobieta w jakiś sposób dowiedziała się o jego talencie i sądziła, że może go wykorzystać. Majątek już miała, brakowało jej tylko sławy. Ale kto by uwierzył w taką historię? Pan był pierwszy.

Zalały mnie wyrzuty sumienia, bo czy wszyscy nie wykorzystywaliśmy Bartka?

Wtedy znikąd pojawił się Zukajew i powiedział, żebym za nim poszedł. Weszliśmy do kliniki. Zaprowadził mnie do przyciemnionego pokoju i posadził na krześle pomiędzy obcymi ludźmi. Ścianę przed nami stanowiła wielka szyba. Dopiero gdy po drugiej stronie zapaliło się światło, uświadomiłem sobie, co się dzieje.

To było lustro weneckie.

Spróbowałem wstać, żeby zaprotestować, ale Zukajew położył mi ręce na ramionach i docisnął do krzesła.

– Nie rób scen, tylko ciesz się, że zostałeś tu zaproszony – syknął mi do ucha.

Gdy do pokoju po drugiej stronie szyby weszła hipnoterapeutka z Bartkiem, ja nerwowo rozglądałem się na boki. Znałem niektóre twarze. Było tam wiele gwiazd astrofizyki: profesorowie Adam Mitten, Daichi Sugiyama, Ru Wan czy doktor Robert Thermann. To tylko niektórzy, których poznałem. Wszyscy mieli wyciągnięte notesy. Poczułem się przytłoczony otaczającym mnie autorytetem. Nie miałem odwagi się przeciwstawić, więc wbrew swojemu sumieniu zacisnąłem zęby i wbiłem wzrok w podłogę.

Wprowadzenie Bartka w stan dostatecznej relaksacji było wyjątkowo trudne, ale w końcu się powiodło. Hipnoterapeutka założyła na ucho słuchawkę.

– Spróbuj przypomnieć sobie moment, w którym zajrzałeś w niebo najgłębiej – powiedział do mikrofonu profesor Mitten. – Co wtedy zobaczyłeś?

Kobieta powtórzyła jego słowa.

– Światło – odpowiedział Bartek spokojnie. – Wszędzie światło. Piekło mnie w oczy.

– Czy jesteś w stanie rozpoznać jakiekolwiek kształty? – kontynuował Mitten.

– Jest jedno miejsce, które jest ciemniejsze. – Chłopak przerwał na chwilę. – Jakby… samo nie świeci, ale reszta światła z niego wypływa.

Usłyszałem szmer szeptów rozlewający się po pomieszczeniu.

– Wiesz, gdzie się ono znajduje na niebie? – zapytał naukowiec.

– Tuż nad Pasem Oriona.

– Próbowałeś przyjrzeć się temu miejscu?

– Tak – potwierdził Bartek.

– Co tam zobaczyłeś?

Na twarzy chłopca pojawił się grymas.

– Zupełnie jakby chłopak cofał się w czasie! – Zza pleców dobiegł mnie podniecony szept.

– Widzę człowieka otwierającego oczy – odpowiedział chłopiec. – Jakby się obudził.

Odgłosy rozmów się wzmogły.

– Schodzi po drabinie, która nie ma końca – kontynuował, a jego twarz zaczęły opanowywać tiki.

Dzwoniło mi w uszach. Miałem wrażenie, że serce wyskoczy mi z klatki piersiowej. Uświadomiłem sobie, że ci ludzie byliby w stanie chłopca zabić, żeby tylko uzyskać to, czego chcą.

– To nonsens! – podniósł się jakiś głos obok.

– Cicho! – zareagował inny. – Może jego umysł próbuje zinterpretować to, czego nie potrafi zrozumieć. To wciąż mogą być wartościowe informacje!

Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Prawie wszyscy dyskutowali. Jedynie Thermann notował coś w skupieniu.

Wtedy Bartek przestał reagować na polecenia. Hipnoterapeutka zdjęła słuchawkę, wyraźnie zirytowana Mittenem, który sądził, że zdoła z chłopaka jeszcze coś wycisnąć.

– Wszystko w porządku? – zapytała Bartka, który był cały rozdygotany. – Pamiętaj, że możemy przerwać w każdej chwili.

Odpowiedziała jej cisza.

Roztrzęsiony, zerwałem się z miejsca i wyszedłem. Gdy przyjechała karetka na sygnale, siedziałem na schodach przed kliniką. Płakałem.

 

Bartek zapadł w śpiączkę.

 

Przynajmniej raz w tygodniu odwiedzałem go w szpitalu i opowiadałem o tym, co działo się w Instytucie od czasu mojej ostatniej wizyty. Czułem, że jestem mu winny chociaż tyle. W odpowiedzi słyszałem jedynie miarowy oddech. Jego matki nigdy tam nie spotkałem.

Nie miał już opaski na oczach. Straszyły pod nimi ciemne sińce. Gdy zobaczyłem je pierwszy raz w świetle, przypomniałem sobie, jak powiedział, że nie śpi.

 

Ku mojemu zdziwieniu, z każdym tygodniem Bartek wyglądał coraz zdrowiej. Sińce zaczęły zanikać, a bladość zastąpił zdrowy, ciepły kolor. Gdy pewnego razu go odwiedziłem, dostrzegłem opatrunek na jednym z jego oczu. Pielęgniarka powiedziała, że chirurg musiał je usunąć, bo wdarło się zakażenie.

Nie uwierzyłem jej.

 

Po kilku miesiącach, gdy wertowałem stare raporty, ponownie przesiadując w Instytucie po godzinach, uchyliły się drzwi.

Stał w nich Bartek.

Choć nigdy nie byłem wylewny, to poczułem chęć, by rzucić mu się na szyję. Powstrzymał mnie gestem. Dopiero gdy emocje opadły, zauważyłem, że choć jedno oko miał opatrzone, to drugie nie było osłonięte. Miało zieloną tęczówkę. Patrzył się na mnie z uśmiechem, tak zwyczajnie.

– Dziękuję, że mnie pan odwiedzał – powiedział. – Wszystko słyszałem, nie mogłem się tylko ruszyć. Nie czułem ciała.

– Zabrali ci oko – powiedziałem z goryczą.

– Wiem. Wszystko widziałem. – Jego głos był zaskakująco spokojny. – Dlatego uciekłem od razu po odzyskaniu czucia.

Miałem łzy w oczach.

– Wiedza potrafi być klątwą – stwierdziłem po chwili.

– Chyba że wie się, na kim można polegać – odparł.

– A co się stało z twoim wzrokiem? – zapytałem.

– W końcu widzę normalnie. Nie wiem jak to się stało – odpowiedział z uśmiechem. – Pójdziemy na dach? Tak się śpieszyłem, że nie przyjrzałem się jeszcze prawdziwemu niebu.

Wyruszyliśmy w stronę schodów. Tym razem Bartek pewnie pokonywał kolejne stopnie.

– Trudno uwierzyć, że gwiazdy zawsze były takie piękne – stwierdził, zadzierając głowę.

Milczałem.

– Wie pan, że będą mnie szukali – powiedział. – Nie mogę tu zostać.

Skinąłem smutno głową.

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, podczas której upewniłem się, że chłopak sobie poradzi, po czym się pożegnaliśmy.

Więcej go nie widziałem.

 

*

 

– Nie mam niczego więcej do powiedzenia – stwierdził doktor Urbaniak, były wicedyrektor Instytutu Astronomii.

– Czy wie pan, gdzie znajduje się obecnie Bartosz Kudzia? – zapytał przesłuchujący go mężczyzna.

– Nie, a nawet gdybym wiedział, to ode mnie byście się tego nie dowiedzieli! – odparł ze złością.

– Są sposoby na zajrzenie do pana głowy. – Z głosu przesłuchującego nie dało się wyczytać żadnych emocji.

Koniec

Komentarze

Bardzo mi się podobało to opowiadanie. Przeczytałem jednym ciągiem. Ciekawy pomysł. Mam daleko idące skojarzenia, więc proszę mi wybaczyć nadinterpretację. ;)

 

– Widzę człowieka otwierającego oczy – odpowiedział chłopiec. – Jakby się obudził.

Odgłosy rozmów się wzmogły.

– Schodzi po drabinie, która nie ma końca – kontynuował, a jego twarz zaczęły opanowywać tiki.

Budzącego się człowieka, którego ujrzał Bartek, odczytałem jako symbol początku stworzenia. Trochę jak pierwsza świadomość, która powoduje redukcję stanu kwantowego wszechświata i w ten sposób z nieskończonej ilości potencjalnych światów aktualizuje się ten jeden, antropiczny. Ogólnie mówiąc, świadomość i materia przenikają się i współtworzą.

Potem drabina, która nie ma końca – stwarzanie jest procesem, kosmos podlega bezustannej transformacji i ewolucji.

 

– Jest jedno miejsce, które jest ciemniejsze. – Chłopak przerwał na chwilę. – Jakby… samo nie świeci, ale reszta światła z niego wypływa.

Pierwotna pustka, z której wypływa wszystko – Tao.

Dzięki za wpadnięcie kronos.maximus. Tu nie ma czegoś takiego jak nadinterpretacje :) . Żeby pobudzić skojarzenia jeszcze bardziej: zauważ, że Bartek patrząc coraz dalej, cofa się w czasie, więc całą scenę można sobie wyobrazić… od końca ;) .

Łukasz

Hej Luken.

 

Świetne opowiadanie, dzięki.

 

Fabuła poprowadzona wartko, bez dłużyzn, kompozycja zrównoważona, domknięta. Tekst schludny, estetyka na wysokim poziomie. Bohaterowie zarysowani wyraźnie. Czytało się dobrze i płynnie, bez potknięć. Naprawdę – kawał dobrej roboty.

 

Fajnie opisujesz rozwój relacji miedzy chłopakiem a Urbaniakiem, realistycznie, bez zbędnych ozdobników. Myślę, że tak by to właśnie wyglądało. A i „pazerność” świata nauki na odkrycia, bez względu na koszty, przedstawiona jest nieźle. Pomimo tego, że tekst jest krótki udało Ci się stworzyć atmosferę zagadki i utrzymać ją do końca. Super.

 

Podobało mi się stwierdzenie, że absurd jest uwodzicielski – coś w tym jest.

Wiedza potrafi być klątwą jak niewiedza – błogosławieństwem – domknąłeś przysłowie. Fajne.

biła od niego niepewność – podoba mnie się. smiley

 

Nie ma się za bardzo do czego przyczepić, opko wciąga tak, że przestałem w pewnym momencie zwracać uwagę na formę.

 

Dużo się dzieje z oczami Bartka… ale o tym poniżej.

 

Trochę tylko takiego marudzenia, nie żadne wielkie błędy. Bez zobowiązań.

 

Można by pierwszy akapit gdzieś złamać, bo ciężko „wisi” nad całością.

Jesz­cze zanim się ode­zwa­ła, do­tarł do mnie in­ten­syw­ny za­pach per­fum.

Nie żaden błąd, ale może: doleciał? Zwykle zapach konkretyzujemy jako chmurę, czy obłok.

Pięt­na­ście nie­ode­bra­nych po­łą­czeń. Za­le­ża­ło mu.

Tu nie wiadomo jeszcze do kogo zaimek się odnosi i brzmi jakby chodziło o chłopca, a przecież chodzi o Wiktora.

Chło­pak nie­chęt­nie do mnie pod­szedł pod wpły­wem de­li­kat­ne­go pchnię­cia.

Niby okej ale wpływ delikatnego pchnięcia nie brzmi dobrze, może: Chłopak, delikatnie pchnięty przez matkę, podszedł do mnie niechętnie.

Nosił duże ciem­ne oku­la­ry […] Jego gęste, czar­ne włosy […]

Tu potrzeba konsekwencji między przymiotnikami – przecinek: albo w obu miejscach, albo w żadnym.

– Ja… widzę gwiaz­dy.

Po­sta­no­wi­łem od­dzwo­nić do Wik­to­ra.

Tu coś zazgrzytało. Czy on dzwoni zaraz po tym jak chłopak powiedział, że widzi gwiazdy? Trochę komiczne i, nomen omen, absurdalne. Dalsza część tekstu potwierdza, że jednak tak było.

gó­ro­wa­li­śmy nad ota­cza­ją­cy­mi In­sty­tut miej­ski­mi świa­tła­mi.

Trochę pompatycznie, wg słownika ok, ale się potknąłem. Wzgórza górują nad miastem, ale ludzie rzadko górują nad czymś (częściej, metaforycznie – nad kimś).

Usta­li­li­śmy, że gdy skoń­czy­my, po chło­pa­ka miał przy­je­chać szo­fer.

Uzgodniłbym czas gramatyczny, skończymy – ma przyjechać.

Jego głos był słaby. Spra­wiał wra­że­nie, jakby mó­wie­nie kosz­to­wa­ło go wiele wy­sił­ku.

Podmiotem domyślnym w drugim zdaniu jest głos, może: Chłopak sprawiał wrażenie?

Oczy miał za­mknię­te […] Miały wiel­kie źre­ni­ce

Pytanie akademickie: czy to oczy mają źrenice czy człowiek ma źrenice, chyba jednak człowiek. (Tak jak noga nie ma palców).

wy­róż­nia­ły się swoją czer­nią nawet w zu­peł­nym mroku.

No dobra, tu trochę za ostro smiley w zupełnym mroku nie widać nic, nawet źrenic, tym bardziej czarnych.

Bałem się ich spoj­rze­nia.

Jw. Spojrzenie źrenic, czy spojrzenie Bartka?

Ja i tak nie śpię.

Może: nie sypiam? W tym momencie nie spał na pewno.

Pa­trzy­łem, jak od­jeż­dżał jesz­cze śpią­cą ulicą, do­pó­ki sa­mo­chód nie znik­nął po­mię­dzy bu­dyn­ka­mi. Sta­łem tam jesz­cze przez jakiś czas […]

Powtórzyło się.

Szyb­ko po­twier­dzi­li­śmy, że wi­dział rze­czy, któ­rych nie miał prawa się na­uczyć

E, no prawo chyba miał, nikt mu nie zabraniał.

jak dzia­ła ta­lent chłop­ca

Tu też nie jestem pewien, czy talent działa czy się czymś przejawia.

W końcu w In­sty­tu­cie po­ja­wi­ły się głosy, że po­win­ni­śmy od­kryć chłop­ca przed świa­tem nauki.

Zakryty (nakryty) nie był. Może: ujawnić zdolności?

Wie­dzie­li­śmy, że gdy tylko do­pu­ści­my tę myśl, to go stra­ci­my.

Pełniej – dopuścić myśl do siebie.

Nie miał już opa­ski na oczachstra­szy­ły one ciem­ny­mi siń­ca­mi.

Oczy straszyły sińcami?

przy­po­mnia­łem sobie, jak po­wie­dział, że nie śpi.

„Jak” wskazuje na sposób, tu raczej: że.

do­strze­głem opa­tru­nek na jed­nym z jego oczu

Okej, ale może: na jednym oku?

 

Jeszcze na koniec kwestia zaufania. Bartek mówi: Chyba że wie się, na kim można po­le­gać. Czy aby na pewno mógł polegać na Urbaniaku? Doktor w sumie nie sprzeciwiał się za ostro ujawnieniu zdolności Bartka.

 

Tyle

 

Jeszcze raz wielkie dzięki. Dobra „fantastyczna” robota.

 

Trzymaj się.

Al

Och, Lukenie, jakże dobrze się to czytało! Zaciekawiłeś od początku tym, co potrafił Bartek i całą historię opisałeś tak zajmująco, że ciekawość towarzyszyła mi do końca lektury i nie wyzbyłam się jej nawet teraz.

W przedmowie wspominasz, że starałeś się zadbać, aby w tej historii były emocje, ale nie masz pewności, czy to się udało. Otóż, Lukenie, bądź uprzejmy wyzbyć się wszelkich wątpliwości, bo opowiadanie, moim zdaniem, jest naładowane emocjami – potrafiłeś zaciekawić, wzruszyć, wzbudzić współczucie a nawet złość na mało etyczne zachowanie uczonych.

Biegnę do klikarni. ;)

 

Jesz­cze zanim się ode­zwa­ła, do­tarł do mnie in­ten­syw­ny za­pach per­fum. → A może: Jesz­cze zanim się ode­zwa­ła, poczułem in­ten­syw­ny za­pach per­fum.

 

Nie miał już opa­ski na oczach i stra­szy­ły one ciem­ny­mi siń­ca­mi. → Można mieć sińce pod oczami, ale chyba nie na oczach.

Proponuję: Nie miał już opa­ski na oczach, ale były one podkrążone ciem­ny­mi siń­ca­mi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dobre opowiadanie. Bardzo prostymi środkami zaprezentowałeś zajmującą historię i do samego końca byłam ciekawa, co wydarzy się dalej. W trakcie lektury nasunęło mi się skojarzenie z serialem OA do którego teraz mam ochotę powrócić. 

A co do emocji w opowiadaniach – nie rozumiem do końca obaw. Moja interpretacja jest taka, że odbiór emocjonalny jest po stronie czytelnika. Ty jako twórca opowiadania nie masz na to wpływu – po prostu poprzez słowa przekazujesz pewną wizję, a to co wzbudzi lub nie – nad tym już nie masz kontroli. 

Bardzo przypadło mi do gustu. Napisane lekko, świetny klimat. Finał słodko-gorzki, doskonale wieńczy tekst. Relacja między bohaterami wyszła naturalnie, ładnie się wybija na tle nikczemności pozostałych postaci. 

 

Drabina od razu podsunęła mi religijną interpretację opowiadania. Po przeczytaniu całości pozostaję przy niej, jakby nie patrzeć jest to historia o człowieku, który jako jedyny myśli i postępuje słusznie, otoczony przez ludzi chciwych i amoralnych. Urbaniak był zresztą bardzo pasywną postacią przez większość testu, więc jego wyraźne przeciwstawienie się na samym końcu jest satysfakcjonujące.

 

Pozdrawiam!

Dziękuję wszystkim za komentarze. Jestem aż trochę onieśmielony tak pozytywną reakcją :) . Wszystkie dotychczasowe sugestie były dla mnie bardzo interesujące. Część uwzględniłem, nad częścią muszę się jeszcze zastanowić, co do części nie mam przekonania, a na niektóre chciałbym odpowiedzieć:

 

@Al

Tu coś zazgrzytało. Czy on dzwoni zaraz po tym jak chłopak powiedział, że widzi gwiazdy? Trochę komiczne i, nomen omen, absurdalne. Dalsza część tekstu potwierdza, że jednak tak było.

Efekt komiczny był tu zamierzony, jest to właśnie podparcie dla późniejszego “absurdu”.

No dobra, tu trochę za ostro smiley w zupełnym mroku nie widać nic, nawet źrenic, tym bardziej czarnych.

W zasadzie to miało właśnie podkreślić ich nadnaturalny charakter :) . Wrażenie ciemności większej niż całkowita. Jak oświetlenie ujemne ;) .

Może: nie sypiam? W tym momencie nie spał na pewno.

Bartek wyraża się jak zwykły człowiek, używając potocznych sformułowań :) .

Tu też nie jestem pewien, czy talent działa czy się czymś przejawia.

To jak się przejawia to właśnie wiadomo i z tego korzystają, a to jak “działa” interesuje naukowców i taką terminologią posługuje się narrator, który naukowcem jest :) . Stąd taka mechanistyczna perspektywa.

Zakryty (nakryty) nie był. Może: ujawnić zdolności?

Hm, a jak odkrywamy kontynent to znaczy, że był on wcześniej nakryty/zakryty?

Edytowane: W zasadzie poprzednie to był kiepski przykład. Po prostu przeciwieństwem “odkryty” w użytym tam znaczeniu było “ukryty”, a nie zakryty czy nakryty. Ale ostatecznie zmieniłem na “ujawnić”, ponieważ jest to precyzyjniejsze słowo, które nie jest tak wieloznaczne. Dzięki!

 

Jeszcze na koniec kwestia zaufania. Bartek mówi: Chyba że wie się, na kim można polegać. Czy aby na pewno mógł polegać na Urbaniaku? Doktor w sumie nie sprzeciwiał się za ostro ujawnieniu zdolności Bartka.

Gdy Urbaniak odwiedzał Bartka w szpitalu, niczego od niego nie chciał. W przeciwieństwie do innych.

 

@Reg

Och, Lukenie, jakże dobrze się to czytało! Zaciekawiłeś od początku tym, co potrafił Bartek i całą historię opisałeś tak zajmująco, że ciekawość towarzyszyła mi do końca lektury i nie wyzbyłam się jej nawet teraz.

Niezmiernie się z tego powodu cieszę :) .

 

@Deirdriu

A co do emocji w opowiadaniach – nie rozumiem do końca obaw. Moja interpretacja jest taka, że odbiór emocjonalny jest po stronie czytelnika. Ty jako twórca opowiadania nie masz na to wpływu – po prostu poprzez słowa przekazujesz pewną wizję, a to co wzbudzi lub nie – nad tym już nie masz kontroli. 

Może trochę źle się wyraziłem. To po prostu pierwszy tekst, w którym tak istotną rolę pełnią emocje i interakcje międzyludzkie. Pierwszy raz postarałem się wcielić w życie swoje przekonanie, że najczystsze emocje wypływają z wiarygodnej historii, a nie z opisów czy stylistyki. Wpływu na końcowy efekt trochę mam. Myślę, że to jest to bardziej współpraca między twórcą a czytelnikiem, niż kwestia wyłącznie czytelnika :) .

 

@Reinee

Urbaniak był zresztą bardzo pasywną postacią przez większość testu, więc jego wyraźne przeciwstawienie się na samym końcu jest satysfakcjonujące.

Obyśmy wszyscy byli w stanie zbudować w sobie odwagę do przeciwstawiania się złu :) (choć w tym przypadku chyba precyzyjniej: obojętności).

Łukasz

Bardzo ciekawe i napisane tak, że czyta się ‘na jednym oddechu’. Gorzko surowe przedstawienie reakcji naukowców, ale bardzo prawdopodobne. Zakończenie smutnie realistyczne.

Wow, przeleciałem całe opowiadanie podskakując we własnym umyśle, ale jednocześnie z uwagą chłonąc każde zdanie.

 

Kocham problemy Stworzenia, uwielbiam kosmos, a jednocześnie fascynuje mnie ludzka świadomość i jej rozbudowanie. Być może nasz Wszechświat to jeden wielki “memetyczny agent”, żyjący w podświadomości każdego z nas? A może to właśnie podświadomość jakiejś większej siły?

 

Podobało mi się ^^

 

Pozdrawiam!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

To ja się trochę wybiję i pomarudzę.

Pierwszy akapit tekstu mocno mnie odstraszył. Kilka pierwszych zdań:

 

Był dwudziesty siódmy stycznia. Czwartek. Zapamiętałem ten dzień bardzo dobrze. Wielokrotnie wracałem do niego myślami, ponieważ to wtedy poznałem Bartka. Było bardzo późno. Poza mną w Instytucie Astronomii znajdowali się już tylko ochroniarze i sprzątaczki.

Proste, krótkie, rwane. Nie obraź się, ale nasuwały mi się skojarzenia z rozprawkami w gimnazjum. Potem na szczęście jest już nieco lepiej, a może po prostu czytelnik się przyzwyczaja, w każdym razie tekst czyta się całkiem płynnie. Chociaż mój wewnętrzny esteta nadal kręcił nosem.

Pomysł ciekawy, chociaż nie do końca wyeksploatowany. Powiedziałabym, że ledwie liznąłeś potencjał postaci Bartka, którego wartość dla świata nauki była przecież nieoceniona. I w tym kontekście trochę dziwi, że tak łatwo mu przyszła ucieczka ze szpitala – przecież kimś takim natychmiast zainteresowałyby się rozmaite agencje, od NASA począwszy, na CIA i wuj wie czym jeszcze skończywszy.

Jeśli chodzi o emocjonalną stronę tekstu, to się nie wypowiadam, bo potrzebuję dłuższych tekstów, żeby wyrobić sobie więź emocjonalną z bohaterami, więc opowiadania traktuję głównie jako nośniki ciekawych idei i konceptów. Na tym polu odczuwam lekki niedosyt, chociaż nie było źle ;)

Dzięki za komentarze :) .

 

@gravel

Marudzenie zawsze w cenie :) . Nie spodziewałem się trafić w gust każdego i każde marudzenie pomaga mi lepiej zrozumieć słabe strony mojego pisania. Dobra uwaga dotycząca początku – trochę go teraz wygładziłem. Na pewno moja stylistyka nie jest szczególnie wyrafinowana i sam ten fakt sprawia, że nie każdemu trafię w gust, ale myślę, że dla niektórych może to być nawet plus. Przynajmniej ja sam preferuję prosty język, który zmierza bezpośrednio do celu.

Pomysł ciekawy, chociaż nie do końca wyeksploatowany. Powiedziałabym, że ledwie liznąłeś potencjał postaci Bartka, którego wartość dla świata nauki była przecież nieoceniona. I w tym kontekście trochę dziwi, że tak łatwo mu przyszła ucieczka ze szpitala – przecież kimś takim natychmiast zainteresowałyby się rozmaite agencje, od NASA począwszy, na CIA i wuj wie czym jeszcze skończywszy.

Ta zdolność nie ma wielkiej użyteczności pozanaukowej, ale ktoś mógł chcieć go porwać, tak jak ktoś mógł chcieć sprawić, żeby nigdzie się nie ruszył. Na pewno były na nim prowadzone jakieś badania na miejscu, które zakończyły się zabraniem jednego oka. Ostatecznie bez względu na powyższe, nikt nie spodziewał się jego nagłego ozdrowienia i chęci ucieczki, i wydaje mi się, że to wystarczająco ją uprawdopodabnia, szczególnie po tygodniach, które mogłyby uśpić czujność każdego.

 

Cieszę się, że ostatecznie uważasz, że nie było źle :) .

Łukasz

Cześć!

 

Moc jaką dysponuje Bartek, to zdecydowanie najciekawszy element opowiadania. Może troszkę zabrakło mi tu opisu choć jednej gwiazdy, takiego pokazania czytelnikowi tego, co widzi Bartek. Dobrze zbudowałeś napięcie, bo wiadomo, że w którymś momencie spotka bohatera coś złego, ale nie wiadomo, co dokładnie to będzie. Wybrałeś sposób narracji, który nieco dystansuje od wydarzeń, ale i tak historia była wciągająca. Zgłaszam do biblioteki :)

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Hej Luken

 

Sorki, że tak późno, ale ostatnie dni dały w kość i dopiero usiadłem.

 

Dzięki za odpowiedź. Widzę, że Kliczki dochodzą, więc na dobrej drodze. smiley

 

(Moje pierwsze składam kursywą, Twoje w cudzysłowie, moje drugie – pismem prostym.)

 

Tu coś zazgrzytało. Czy on dzwoni zaraz po tym jak chłopak powiedział, że widzi gwiazdy? Trochę komiczne i, nomen omen, absurdalne. Dalsza część tekstu potwierdza, że jednak tak było.

Efekt komiczny był tu zamierzony, jest to właśnie podparcie dla późniejszego “absurdu”.

A no to ok, przyznam, że skrót radykalny, ale jak świadomie to git. (Na początku to chciałem zaproponować trzy gwiazdki, bo byłem pewny, że Ci wycięło, hehe)

 

 

No dobra, tu trochę za ostro w zupełnym mroku nie widać nic, nawet źrenic, tym bardziej czarnych.

W zasadzie to miało właśnie podkreślić ich nadnaturalny charakter :) . Wrażenie ciemności większej niż całkowita. Jak oświetlenie ujemne ;).

Oki, ha, oświetlenie ujemne – super. Podobało mi się, że dużo uwagi poświęcasz oczom Bartka, w zasadzie są bohaterem (zbiorowym? smiley) opowiadania.

 

 

Może: nie sypiam? W tym momencie nie spał na pewno.

Bartek wyraża się jak zwykły człowiek, używając potocznych sformułowań :)

Oki, ja bym powiedział „nie sypiam” lub „nie śpię w nocy” a uważam się za zwykłego człowieka smiley ale kwestia gustu, jest ok.

 

 

Tu też nie jestem pewien, czy talent działa czy się czymś przejawia.

To jak się przejawia to właśnie wiadomo i z tego korzystają, a to jak “działa” interesuje naukowców i taką terminologią posługuje się narrator, który naukowcem jest :) . Stąd taka mechanistyczna perspektywa.

Ha, jasne, teraz to widzę (oświetlenie dodatniesmiley), nie tylko: co jest, ale: dlaczego jest. Pełna zgoda.

 

 

Zakryty (nakryty) nie był. Może: ujawnić zdolności?

 

Edytowane: W zasadzie poprzednie to był kiepski przykład. Po prostu przeciwieństwem “odkryty” w użytym tam znaczeniu było “ukryty”, a nie zakryty czy nakryty. Ale ostatecznie zmieniłem na “ujawnić”, ponieważ jest to precyzyjniejsze słowo, które nie jest tak wieloznaczne. Dzięki!

O to to! Super, nie wyraziłem się jasno, ale znaleźliśmy się bez latarki. smiley

 

 

Jeszcze na koniec kwestia zaufania. Bartek mówi: Chyba że wie się, na kim można polegać. Czy aby na pewno mógł polegać na Urbaniaku? Doktor w sumie nie sprzeciwiał się za ostro ujawnieniu zdolności Bartka.

Gdy Urbaniak odwiedzał Bartka w szpitalu, niczego od niego nie chciał. W przeciwieństwie do innych.

Okej, ale tu miałem wrażenie, że nie bronił Bartka jakoś zawzięcie, skonstatował, że ujawnienie zdolności chłopaka zniszczy, ale mimo to nie walczył jak lew, żeby temu przeciwdziałać. Stąd zgrzyt z tym zaufaniem, ale faktycznie, Urbaniak był, w tym momencie, jego jedynym przyjacielem, więc wątek się spina.

 

Dzięki raz jeszcze

 

Trzymaj się

Al

Cześć!

 

Zaczyna się nieco ociężale, dużo postaci i niewiele konkretów, ale od sceny na dachu robi się ciekawiej. Talent chłopca jest nieco osobliwy i zdecydowanie “nie fizyczny”, ale szybko pokazujesz, że to nie o wzrok chodzi, a o jakiś “tajemniczy” zmysł, który pozwala zobaczyć to, co wciąż teleskopom umyka. Końcówka (od sceny z lustrem weneckim) jest smutna i ludzka, ale moim zdaniem stanowi jeden z mocniejszych punktów. Proza życia, żądza wiedzy, która prowadzi niemalże do odczłowieczenia bohatera w oczach akademików.

W przedstawionej historii zabrakło mi słów (lub scen) kilku z adopcyjną matką chłopca. Piszesz, że adoptowała go dla korzyści, natomiast kompletnie tego nie pokazujesz, a szkoda, bo to doskonale “zwiastował by” przyszłe wydarzenia. Kobieta pojawia się jedynie na początku, a potem znika, co nie pasuje do osoby pragnącej sławy, przez co postać jest nieco niewiarygodna.

Smutne, pomysłowe i trzymające w napięciu s-f.

 

2P dla Ciebie: Pozdrawiam i Polecam do Biblioteki!

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Dzięki za komentarze. Cieszę się, że się spodobało :) .

W przedstawionej historii zabrakło mi słów (lub scen) kilku z adopcyjną matką chłopca.

Możesz mieć rację, że można było tam jeszcze umieścić jedno albo dwa dodatkowe zdania w tym streszczeniu wspólnych obserwacji. Nie wykluczone, że je jeszcze dodam, jak będę miał chwilę, żeby się nad nimi zastanowić.

Łukasz

Hej

Dobrze, ale za krótko. Przyłączę się do opinii Gravel, że początek nieco “sterylny”, ale potem się rozkręciło. Postać chłopca naprawdę mnie zaciekawiła, świetny pomysł na moc.

Trochę zabrakło rozwinięcia wątków pobocznych, np. matki albo dywagacji naukowców nad wizjami Bartka.

Mimo wszystko zasługuje na Bibliotekę, więc doklikuję.

Po kilku wersach, w mojej głowie zaczęły rodzić się skojarzenia, a główne to film K-Pax. Twoje opowiadanie zawiera podobny, tajemniczy klimat. Przyczepiłbym się do końcówki.

rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, podczas której upewniłem się, że chłopak sobie poradzi, po czym się pożegnaliśmy.

Więcej go nie widziałem.

Na tym bym zakończył. Albo:

– Są sposoby na zajrzenie do pana głowy. – Z głosu przesłuchującego nie dało się wyczytać żadnych emocji.

Po prostu widzę tego gościa, a to skreślone jest w mojej głowie trochę jak przekręcona skarpetka w bucie, która szwem sprawia dyskomfort na małym paluszku.

Dzięki za to opowiadanie:)

Był dwudziesty siódmy stycznia. Czwartek. Wielokrotnie wracałem do tego dnia myślami, ponieważ to wtedy poznałem Bartka. Było bardzo późno.Poza mną w Instytucie Astronomii znajdowali się już tylko ochroniarze i sprzątaczki. Pracowałem jako zastępca dyrektora i analizowałem nieścisłości w wynikach obserwacji, które od miesięcy nie dawały mi spokoju. Wtedy była to dla mnie najważniejsza sprawa.

No, przyznam, że się skrzywiłam. Masz tyle możliwości, a wybrałeś tę najmniej elegancką. Po co Ci tam tyle informacji, i data, i dzień tygodnia. Przez ten nadmiar informacji, których czytelnik i tak nie spamięta, pojawiła się byłoza i nieładne: znajdowali się.

Przy tym bohater opowiada wydarzenia sprzed lat, do których (skoro je opowiada) wciąż wraca myślami ;)

 

O ile pierwszy akapit no… nie spasował, to później opko wciągnęło i całość niezmiernie mi się podobała. Wstrzyknięcie emocji do opka zadziałało na medal, powiedziałabym wręcz, że opko emocjami stoi. O kwestii naukowej wypowidać się nie będę, bo się nie znam, ale historia dzieciaka wykorzystywanego przez armię naukowców jest poruszająca.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Witaj, Lukenie!

Opowiadanie podobało mi się. Językowo może nieco odstaje, natomiast bardzo spodobała mi się relacja Bartka i naukowca, dialogi odebrałem jako naturalne, za to duży plus. Z niedosytem pozostawia mnie realizacja pomysłu na dar chłopaka – myślę, że temat został ledwie liźnięty, dałoby się tutaj wykrzesać z tego rasowe SF, które aż się prosi o nieco większy metraż.

Choć tekst jest krótki, zmieniłbym nieco proporcje, bo np. początkowo dłuży się całe to niedowierzanie naukowca, jego sceptycyzm; moim zdaniem nie trzeba było tego powtarzać aż tyle razy. Zamiast tego aż się prosi wrzucić tu i ówdzie opis dziwów, jakie Bartek jest w stanie dojrzeć w odległym kosmosie.

Dzięki za komentarze :) .

 

@Zanais

Dobrze, ale za krótko. Przyłączę się do opinii Gravel, że początek nieco “sterylny”, ale potem się rozkręciło. Postać chłopca naprawdę mnie zaciekawiła, świetny pomysł na moc.

Początek faktycznie wyszedł najsłabiej, pewnie dlatego, że dopiero wpadałem w rytm. Trochę go wygładziłem, mam nadzieję, że teraz mniej męczy tych kilka pierwszych zdań.

Cieszę się, że udało mi się zaciekawić :) .

 

@vrchamps

“rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, podczas której upewniłem się, że chłopak sobie poradzi, po czym się pożegnaliśmy.

Więcej go nie widziałem.”

Na tym bym zakończył. Albo:

“– Są sposoby na zajrzenie do pana głowy. – Z głosu przesłuchującego nie dało się wyczytać żadnych emocji.”

Obawiam się, że ucięcie w pierwszym miejscu, ucięłoby przemianę Urbaniaka, który w ostatniej scenie nabrał trochę odwagi i rzucił pracę w Instytucie.

Nad drugą propozycją się nawet oryginalnie zastanawiałem. I mam przynajmniej jeden tekst, który się właśnie tak kończy, tj. dialogiem bez dalszego opisu, będącym jednocześnie jakby puentą, ale od tamtego czasu nabrałem przekonania, że ten opis pełni w pewnym sensie funkcję klamry. Tak jak kropka na końcu zdania. Chętnie przeczytam opinie innych na ten temat, bo jestem ciekaw co na ten temat myślą.

 

@Irka_Luz

No, przyznam, że się skrzywiłam. Masz tyle możliwości, a wybrałeś tę najmniej elegancką. Po co Ci tam tyle informacji, i data, i dzień tygodnia. Przez ten nadmiar informacji, których czytelnik i tak nie spamięta, pojawiła się byłoza i nieładne: znajdowali się.

Przy tym bohater opowiada wydarzenia sprzed lat, do których (skoro je opowiada) wciąż wraca myślami ;)

Pozwoliłem sobie uprościć tych pierwszych kilka zdań, bo faktycznie były trochę przekombinowane.

Cieszę się, że wciągnęło. :)

 

@MrBrightside

Opowiadanie podobało mi się. Językowo może nieco odstaje, natomiast bardzo spodobała mi się relacja Bartka i naukowca, dialogi odebrałem jako naturalne, za to duży plus. Z niedosytem pozostawia mnie realizacja pomysłu na dar chłopaka – myślę, że temat został ledwie liźnięty, dałoby się tutaj wykrzesać z tego rasowe SF, które aż się prosi o nieco większy metraż.

Choć tekst jest krótki, zmieniłbym nieco proporcje, bo np. początkowo dłuży się całe to niedowierzanie naukowca, jego sceptycyzm; moim zdaniem nie trzeba było tego powtarzać aż tyle razy. Zamiast tego aż się prosi wrzucić tu i ówdzie opis dziwów, jakie Bartek jest w stanie dojrzeć w odległym kosmosie.

W zasadzie cieszę się, że wywołałem niedosyt, bo to znacznie lepiej niż przesyt ;) .

Jeżeli chodzi o proporcje to zawsze będzie coś za coś i tu stałem przed wieloma dylematami, które nie wiem czy rozwiązałem najlepiej, ale starałem się. Osobiście uważam, że to co zobaczył tam Bartek jest drugorzędne w tej historii, i jeżeli opisałbym coś “zbyt ciekawego”, to by tylko odwróciło uwagę od ważniejszych rzeczy.

Cieszę się, że się podobało :) .

No, przyznam, że się skrzywiłam. Masz tyle możliwości, a wybrałeś tę najmniej elegancką. Po co Ci tam tyle informacji, i data, i dzień tygodnia. Przez ten nadmiar informacji, których czytelnik i tak nie spamięta, pojawiła się byłoza i nieładne: znajdowali się.Przy tym bohater opowiada wydarzenia sprzed lat, do których (skoro je opowiada) wciąż wraca myślami ;

No, przyznam, że się skrzywiłam. Masz tyle możliwości, a wybrałeś tę najmniej elegancką. Po co Ci tam tyle informacji, i data, i dzień tygodnia. Przez ten nadmiar informacji, których czytelnik i tak nie spamięta, pojawiła się byłoza i nieładne: znajdowali się.

Przy tym bohater opowiada wydarzenia sprzed lat, do których (skoro je opowiada) wciąż wraca myślami ;)

Łukasz

Jak widać, liczy się pomysł. Od razu gna się do przodu, przeskakując wersy w poszukiwaniach odpowiedzi na pytanie: Co będzie dale?

Jedna uwaga co do tych emocji: Niestety nie czułem. 

Zastanawiałem się, gdzie zniknęły. Ale Nie! Są tam. Tylko ukryte. 

Tekst, mimo że ciekawy to czyta się go miejscami jak opis sytuacji. Chciałbym być porwany sceną do tego świata, wpaść tam i przeżywać wszystko razem z bohaterem. Tutaj mam wrażenie, że wszystko obserwuje z boku i chciałbym, aby scena trwała i się rozwinęła, ale ona już uleciała i zastąpił ją następny opis.

Szukałem i szukałem tych emocji i znalazłem.

 Dialogi!. Jeśli piszesz w pierwszej osobie, to uważam, że nie jest łatwo oddać uczucie bohatera: "Zdenerwowałem się, Bałem się…" Może jakby coś dodać ? "Byłem zdenerwowany, aż trzęsły mi się ręce. Puls rósł chyba wykładniczo. Na czoło wypełzła już pierwsza warstewka wilgoci. Jeszcze chwila i zaczną spadać krople, zalewając mi oczy."

Za to w dialogu: "– Nie wierzę! Nie wierzę! Jak ty to robisz chłopaku? – prawie krzyczałem". Chyba łatwiej, ale sam oceń. 

Pewnie zamieszałem, ale tak to czuje. Mam nadzieje, że będzie to przydatne.

Hej,

 

W sumie zgodzę się z Wiecznym – pomysł jest baaardzo ciekawy, ale brakuje mi trochę ekspresywności u postaci.

I ja również chętnie przeczytałabym jakiś opis gwiazdy/galaktyki itp. ;)

 

Co do tego, co Bartek zobaczył na “początku wszechświata” – nie bardzo potrafiłam sobie do tego przyłożyć jakąś interpretację. Ale ja akurat jestem w takie klocki kiepska. ;)

 

Kilka uwag i uważek devil

 

Patrzył się na mnie

Bez “się” byłoby IMO lepiej.

 

 

Zabawne, że teraz to najmniej istotny szczegół.

W świetle całego opowiadania to nie jest moim zdaniem dobre sformułowanie – może bardziej: “Zabawne, że teraz nie interesuje mnie to wcale” itp.

I tak jakoś pasuje mi to jako koniec akapitu…

 

Kobieta wyglądała na zakłopotaną.

– Wyjaśnisz panu? – zapytała Bartka.

Nie wiem, czy taki babsztyl – adoptujący dzieciaka dla sławy – byłby “zakłopotany”. Może raczej: rozkazała – czy coś takiego?

 

– Wreszcie! – odezwał się w telefonie. – Chłopak ma jakieś problemy, ale daj mu szansę! Wiesz co, teraz ja nie mogę rozmawiać, ale weź go na obserwację nieba, to od razu zrozumiesz! Nie będę ci psuł zabawy.

Wszystkie kwestie Wiktora wydają mi się strasznie naciągane i nienaturalne w takiej sytuacji. Może raczej powinien być tajemniczy? Taki “ponuro tajemniczy”? Coś w stylu: “Musisz sam się przekonać. Zaufaj mi. Wysłuchaj tego chłopaka”. “Sam ocenisz, czy było warto”. Itp. Bo on też dowiedział się o tym chyba dość niedawno – rzecz jest przecież niesamowita – a gościu brzmi, jakby biegał po parku. ;D

 

No, musiałam się doczepić – i uczyniłam to. :D

 

Podobało mi się. Najbardziej pomysł. Ale wciągnęło. ;)

She was with me. She did all those things and so many more, things I would never tell anyone, and she never even loved me. Now that’s love.

Byłem wtedy zastępcą dyrektora i analizowałem nieścisłości w wynikach obserwacji, które od miesięcy nie dawały mi spokoju. Wtedy była to dla mnie najważniejsza sprawa.

Trochę brzydko.

 

Ku mojemu zdziwieniu, z każdym tygodniem Bartek wyglądał coraz zdrowiej. Sińce zaczęły zanikać, a bladość zastąpił zdrowy, ciepły kolor. Gdy pewnego razu go odwiedziłem, dostrzegłem opatrunek na jednym z jego oczu. Pielęgniarka powiedziała, że chirurg musiał je usunąć, bo wdarło się zakażenie.

Nie uwierzyłem jej.

Świetny fragment.

 

– Wiem. Wszystko widziałem. – Jego głos był zaskakująco spokojny. – Dlatego uciekłem od razu po odzyskaniu czucia.

Nikt go nie pilnował?

 

Bardzo dobre opowiadanie.

A nie spodziewałem się, że tak się wciągnę.

Pomysł prosty, ale porządnie wykonany. Dość szybko pomyślałem o tym, do czego będą chcieli wykorzystać talent chłopaka, ale w niczym to nie przeszkadzało, bo było to najbardziej sensownym rozwinięciem tego pomysłu.

Scena z zabraniem oka mistrzowska.

Za to opis tego, co widział w centrum wszechświata:

 

“– Widzę człowieka otwierającego oczy – odpowiedział chłopiec. – Jakby się obudził.

Odgłosy rozmów się wzmogły.

– Schodzi po drabinie, która nie ma końca – kontynuował, a jego twarz zaczęły opanowywać tiki.”

 

Będzie mnie nawiedzać przez najbliższe dni. Na pewno coś chciałeś przez to przekazać, ale na razie nie jestem pewien, co. Świetna zagadka.

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Przepiękne, głębokie opowiadanie:) nie czytałam wszystkich komentarzy powyżej, ale mi się nasuwa jeszcze trochę jedna interpretacja – chłopak z PTSD i odczucie poszerzonej świadomości, takie jak niektórzy miewają podczas/ po „ciemnej nocy duszy”.  Jestem zauroczona:) Luken heart rządzisz! 

Only Kpax :)

Dzięki za komentarze, cieszę się, że się spodobało :) .

 

@Geki 

Trochę brzydko.

Masz zupełną rację. Poprawiłem.

Łukasz

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Bardzo fajny pomysł na talent i przekleństwo chłopaka. Ciekawe, co widział na Ziemi.

Czy jakaś komisja etyki pozwoliła na wyrabianie mu takich rzeczy? O ile hipnozę jeszcze jakoś można tłumaczyć, to wycięcie oka jest podłe. Ale, cholera, raczej prawdopodobne.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka