- Opowiadanie: Gekikara - Piekło jest w tobie

Piekło jest w tobie

Tekst się długo prze­le­żał i już za­czą­łem za­po­mi­nać, czemu zde­cy­do­wa­łem się na taki wa­riant hi­sto­rii (bo spi­sa­ny mia­łem jesz­cze jeden, który na pewno gdzieś wy­ko­rzy­stam) – a to ozna­cza, że naj­wyż­szy czas wy­pu­ścić opo­wia­da­nie z kopii ro­bo­czych.

Ser­decz­nie dzię­ku­ję be­tu­ją­cym, dzię­ki któ­rym tekst na­brał tro­chę szli­fu.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Piekło jest w tobie

I

Ko­ściół pło­nął.

Pożar łap­czy­wie po­chła­niał drew­nia­ną kon­struk­cję i wy­cią­gał swoje ję­zy­ki w kie­run­ku bu­dyn­ku po dru­giej stro­nie po­la­ny, rów­nie sta­re­go co pło­ną­ca świą­ty­nia. Dzwon­ni­ca za­pa­dła się z trza­skiem, zu­peł­nie jakby sam czart zgniótł ją w dłoni, wzbi­ja­jąc w po­wie­trze fon­tan­ny iskier. Jed­nak twa­rze ze­bra­nych na skra­ju lasu ga­piów zwró­co­ne były nie w stro­nę ko­ścio­ła, ale ku do­mo­stwu.

Kiedy świt roz­lał się po po­la­nie, otu­lił do­ga­sa­ją­ce zglisz­cza ko­ścio­ła i pró­bo­wał zaj­rzeć do wnę­trza sta­re­go domu, przy­wi­ta­ły go okna za­bi­te de­ska­mi.

 

II

Wą­skie szcze­li­ny w drew­nia­nej za­po­rze od­dzie­la­ją­cej pokój od świa­ta za oknem po­że­gna­ły ostat­nie pro­mie­nie słoń­ca już kilka go­dzin temu, ale Maria nadal nie mogła za­snąć. Na­słu­chi­wa­ła wycia do­bie­ga­ją­ce­go z ze­wnątrz, oraz od­gło­sów krzą­ta­ni­ny w po­ko­jach, które zaj­mo­wał oj­ciec. Kiedy dźwię­ki uci­chły, od­cze­ka­ła jesz­cze chwi­lę, a potem wy­do­by­ła świecz­kę oraz za­pał­ki ze skryt­ki pod łóż­kiem. Ro­ze­dr­ga­ny pło­mień oświe­tlił po­miesz­cze­nie.

Maria wy­cią­gnę­ła z szafy stary album fo­to­gra­ficz­ny i dwie wy­słu­żo­ne szma­cia­ne lalki, kiedy usły­sza­ła ciche pu­ka­nie do­bie­ga­ją­ce od okna. Dziew­czyn­ka za­sty­gła w bez­ru­chu, kur­czo­wo ści­ska­jąc wy­cią­gnię­te przed­mio­ty – pa­miąt­ki po daw­nych cza­sach, które le­d­wie mogła sobie przy­po­mnieć. Wstrzy­ma­ła od­dech i sta­ra­ła się z ca­łych sił spra­wiać wra­że­nie, jakby jej tu wcale nie było, a miała w tym pewną wpra­wę.

Od­li­cza­ła nie­spo­koj­ne ude­rze­nia serca, a gdy licz­ba prze­kro­czy­ła dwa­dzie­ścia, uzna­ła, że co­kol­wiek tam było – już ode­szło. Po­sta­no­wi­ła jed­nak nie kusić losu i zga­sić świecz­kę.

Miała już zdmuch­nąć pło­mień, kiedy od­głos po­wtó­rzył się. Trzy de­li­kat­ne ude­rze­nia o po­zo­sta­ło­ści wy­bi­tej szyby.

– Wiem, że tam je­steś – do­biegł ją szept. – Widzę cię przez szpa­rę mię­dzy de­ska­mi. Nie bój się.

Maria ner­wo­wym dmuch­nię­ciem zga­si­ła knot i pod­bie­gła do wyj­ścia z po­ko­ju. Na­ci­snę­ła klam­kę, drzwi ustą­pi­ły, dziew­czyn­ka jed­nak za­trzy­ma­ła się w progu. Co powie, jeśli oj­ciec za­py­ta, czemu nie spała? Kie­dyś po­zwa­lał jej spa­ce­ro­wać po domu, teraz trzy­mał ją na pię­trze i za­bra­niał scho­dzić. Mógł za­ka­zać jesz­cze wię­cej.

– Chcę ci pomóc, nie oba­wiaj się – kon­ty­nu­ował głos. – Po­wiedz, jak wielu was jest? Tylko ty i oj­ciec, tak? Prze­trzy­mu­je cię? Nie po­zwa­la wy­cho­dzić?

Maria nic nie mó­wi­ła. Stała w progu po­ko­ju, zwró­co­na twa­rzą w kie­run­ku okna, z pół­otwar­ty­mi usta­mi, nie mając od­wa­gi wy­do­być z sie­bie choć­by słowa, ale ktoś… coś za oknem jakby wie­dzia­ło o niej wszyst­ko.

– Zejdź po cichu na dół i otwórz drzwi, a za­bio­rę cię od niego. Mo­żesz mi za­ufać – na­kła­niał ją spo­koj­ny, nie­zna­ny głos, kiedy nagle coś za­sło­ni­ło jej usta, ści­snę­ło w talii i po­de­rwa­ło w górę, jakby była jedną ze szma­cia­nek bę­dą­cych pa­miąt­ka­mi po matce.

Zo­sta­ła wcią­gnię­ta w ciem­ność ko­ry­ta­rza, a gdy strach minął na tyle, by uprzy­tom­ni­ła sobie, że czuje za­pach ojca, ten był już przy ko­mór­ce pod scho­da­mi na strych i wrzu­cił ją do środ­ka. Szczęk­nął ry­giel, oznaj­mia­jąc, że resz­tę nocy, a może i na­stęp­ny dzień, Maria spę­dzi wła­śnie tutaj.

Stłu­mio­ny od­głos kro­ków, a póź­niej dźwięk za­my­ka­nej klapy od­dzie­la­ją­cej par­ter i pię­tro, kazał dziew­czyn­ce przy­pusz­czać, że oj­ciec ma za­miar otwo­rzyć drzwi na ze­wnątrz.

Nie usły­sza­ła, co było dalej. Owi­nę­ła się kocem, który za­wsze tu na nią cze­kał, za­ci­snę­ła po­wie­ki i za­tka­ła uszy, ucie­ka­jąc do je­dy­ne­go miej­sca, któ­re­go nie był w sta­nie jej za­brać.

 

*

 

Dźwięk otwie­ra­nych drzwi i za­pach przy­pa­lo­ne­go gu­la­szu z pusz­ki wy­rwa­ły ją ze snu. Widok ojca, sto­ją­ce­go w drzwiach ko­mór­ki z miską parującej strawy, po­mógł jej się uspo­ko­ić – był o wiele lep­szy niż to, o czym śniła. Znów wi­dzia­ła wy­szcze­rzo­ne w uśmie­chu kły, znów czuła za­pach krwi i smród od­de­chu do­cho­dzą­cy zza ple­ców, znów ośli­zgła maź spły­wa­ła jej po karku, a ostre pa­zu­ry wcho­dzi­ły w ramię… Bu­dząc się, zdła­wi­ła krzyk.

Już dawno na­uczy­ła się być cicho.

Oj­ciec przy­kuc­nął w progu i podał jej miskę. Za­czę­ła jeść. Była głod­na. Ja­da­ła rzad­ko. Oj­ciec chyba jesz­cze rza­dziej. Nie wi­dy­wa­ła go przy po­sił­ku.

– Nie­po­trzeb­nie za­pa­li­łaś świecz­kę – po­wie­dział spo­koj­nie. – Masz ich wię­cej?

Maria po­krę­ci­ła głową, prze­ły­ka­jąc coś, co chyba było fa­so­lą, a przy­naj­mniej miało za nią ucho­dzić.

– Do­brze – dodał, uznaw­szy, że mó­wi­ła praw­dę. – Jeden nas zna­lazł. Zają­łem się nim. Sły­sza­łem, co do cie­bie mówił. Nie uwie­rzy­łaś mu, praw­da?

Maria po­ki­wa­ła głową, prze­ły­ka­jąc coś, co mu­sia­ło być ka­wał­kiem gumy, która bez po­wo­dze­nia pró­bo­wa­ła uda­wać wo­ło­wi­nę.

– Pa­mię­taj, robię wszyst­ko dla two­je­go dobra – kon­ty­nu­ował oj­ciec. – Świat jest nie­bez­piecz­ny, obrzy­dli­wy i pełen cier­pie­nia. Nie ma nic wspól­ne­go z tym, co oglą­dasz na fo­to­gra­fiach, pa­mię­taj. Teraz za­miesz­ku­ją go po­two­ry. Chcą cię zwa­bić w pu­łap­kę, ale nie wejdą do środ­ka. Nie mogą. Chyba, że im otwo­rzysz. Ro­zu­miesz?

Maria przy­tak­nę­ła bez­gło­śnie, zwra­ca­jąc ojcu pustą misę.

– Muszę ro­zej­rzeć się po oko­li­cy. Spraw­dzić, czy nie ma ich wię­cej w po­bli­żu. – Męż­czy­zna wstał. – Mam dla cie­bie to.

Wyjął z kie­sze­ni po­dłuż­ny, wal­co­wa­ty przed­miot. Na­ci­snął przy­cisk i jeden ko­niec roz­go­rzał świa­tłem. La­tar­ka. Naj­praw­dziw­sza la­tar­ka! Rzu­cił ją na koc obok Marii. Zza ple­ców wy­cią­gnął album i ten rów­nież podał dziew­czy­nce.

– Nie­dłu­go wrócę – dodał i za­mknął ko­mór­kę, a Maria zo­sta­ła sama ze skraw­ka­mi daw­ne­go świa­ta, które lu­bi­ła na­zy­wać wspo­mnie­nia­mi, choć nie była pewna, czego jest w nich wię­cej: praw­dzi­wych zda­rzeń czy fan­ta­zji.

 

*

 

Maria naj­bar­dziej lu­bi­ła fo­to­gra­fię z plaży. Choć na zdję­ciu była tylko mama, dziew­czyn­ka do­kład­nie pa­mię­ta­ła chłód mo­kre­go pia­sku i słony wiatr roz­gar­nia­ją­cy im włosy. Śmia­ły się do sie­bie i bie­gły brze­giem morza.

To było dawno, na długo przed tym, gdy mama umar­ła, a świat zmie­nił się w pie­kło. Dziew­czyn­ka nie była nawet pewna, czy to rze­czy­wi­ście się wy­da­rzy­ło, czy tylko śniła o tej chwi­li. Ale wie­rzy­ła. Chcia­ła wie­rzyć.

– Wiem, że tam je­steś – le­d­wie sły­szal­ne wo­ła­nie wy­rwa­ło ją z po­dró­ży pod prąd czasu. – Chcę ci pomóc – za­wo­dził głos, który po chwi­li roz­po­zna­ła. Ten sam mówił do niej ze­szłej nocy.

Za­tka­ła uszy, ale szept nie usta­wał, mu­siał więc po­cho­dzić z za­ka­mar­ków pa­mię­ci. Nic dziw­ne­go, bo dziew­czyn­ka nie po­tra­fi­ła prze­stać o nim my­śleć. Kto pukał po dru­giej stro­nie okna? Czy oj­ciec miał rację?

La­tar­ka za­mi­go­ta­ła i zga­sła.

Maria po­trzą­snę­ła nią i spró­bo­wa­ła po­now­nie włą­czyć.

– Nie mu­sisz się oba­wiać.

Dziew­czyn­ka wrza­snę­ła tak gło­śno, że aż za­dzwo­niło jej w uszach. Przez mo­ment, le­d­wie uła­mek chwi­li, zo­ba­czy­ła twarz ze swo­ich kosz­ma­rów: roz­pły­wa­ją­ce się w ogniu czar­cie ob­li­cze.

Drżą­ce dło­nie dziew­czyn­ki od­na­la­zły album i przy­ci­snę­ły go do pier­si. W mroku ko­mór­ki nie mogła obej­rzeć zdjęć, ale pró­bo­wa­ła zo­ba­czyć je w pa­mię­ci, kur­czo­wo za­ci­ska­jąc po­wie­ki. W ta­kich chwi­lach, kiedy bar­dzo tego pra­gnę­ła, kiedy sie­dzia­ła no­ca­mi za­mknię­ta na pię­trze, a spod ziemi do­cho­dził ją krzyk po­tę­pio­nych, sły­sza­ła cza­sem cichy, ko­ją­cy głos matki, przy­jem­ny jak letni po­wiew wia­tru. 

 

*

 

Mi­ja­ły go­dzi­ny, od­mie­rza­ne cy­kla­mi lęku, apa­tii i wy­cze­ki­wa­nia na po­wrót ojca, który już dawno po­wi­nien się zja­wić. Z kil­ko­ma nad­rdze­wia­ły­mi pusz­ka­mi kon­serw, z kró­li­kiem, który wpadł w sidła, albo z pu­sty­mi rę­ko­ma – ale po­wi­nien już tu być. Nigdy nie zo­sta­wał poza domem po zmro­ku. Nocą bu­dzi­ły się de­mo­ny, po­wta­rzał to wiele razy.

Za dnia też nie było bez­piecz­nie, dla­te­go za­wsze za­bie­rał ze sobą broń i za­kła­dał maskę, w któ­rej sam wy­glą­dał jak po­twór.

– Bóg za­po­mniał o tym świe­cie – po­wta­rzał w chwi­lach zwąt­pie­nia, wpa­tru­jąc się w świę­ty obraz. – Nie­wie­lu ludzi na nim zo­sta­ło, a ci, któ­rzy żyją, godni są tylko po­tę­pie­nia. Nad znisz­czo­ny­mi mia­sta­mi wciąż unosi się dym, a w cie­niach czają się upio­ry. To po­zo­sta­ło. Tylko grzesz­ni­cy i de­mo­ny. Nie ma już ni jed­nej czy­stej duszy… Poza twoją. Dla­te­go będą chcie­li cię za­brać. Nie po­zwo­lę im na to. Za wszel­ką cenę. 

A Maria wie­rzy­ła w każde jego słowo. 

– W domu bę­dziesz bez­piecz­na – za­pew­niał, zo­sta­wia­jąc ją samą, a ona za­wsze cze­ka­ła. Nie ina­czej było tym razem. 

Cze­ka­ła, długo. Dłu­żej niż kie­dy­kol­wiek. Cze­ka­ła, aż obawa, że oj­ciec nie wróci a ona na za­wsze zo­sta­nie w cia­snej ni­czym trum­na ko­mór­ce stała się nie do znie­sie­nia. Tylko jak mia­ła­by się stąd wy­do­stać?

Wsta­ła nie­pew­nie. Coś zim­ne­go prze­śli­znę­ło się po jej na­gich kost­kach. Pi­snę­ła i pod­sko­czy­ła. Lą­du­jąc, po­śli­znę­ła się na skra­ju koca i ude­rzy­ła o ścia­nę prze­ciw­le­głą do drzwi. Ta ustą­pi­ła, oka­zu­jąc się tylko cien­ką płytą od­gra­dza­ją­cą ko­mór­kę od in­ne­go, więk­sze­go po­miesz­cze­nia. We­wnątrz za­le­gał kurz, a pa­ję­czy­ny opla­ta­ły wszyst­kie kąty, ale Maria bez trudu roz­po­zna­ła pokój. Dwu­oso­bo­we łóżko z kwie­ci­stym wez­gło­wiem, ko­mi­nek, to­a­let­ka z wy­so­kim lu­strem. Wi­dzia­ła to wszyst­ko na fo­to­gra­fiach… I nie tylko.

Ten pokój przy­po­mi­nał jej o czymś.

Wi­dzia­ła matkę i ojca. Kłó­ci­li się. W progu stała spa­ko­wa­na wa­liz­ka, a tuż przy niej za­pła­ka­na Maria, nie wyż­sza od ba­ga­żu.

– Nie mogę tak dłu­żej! – krzy­cza­ła mama. – W końcu bę­dzie mu­sia­ła pójść do szko­ły, co wtedy zro­bisz? Albo gdy bę­dzie po­trze­bo­wać le­ka­rza? Bę­dziesz wiózł ją do mia­sta po nocy? To nie może dłu­żej trwać! Wy­jeż­dża­my na wy­brze­że, mo­żesz je­chać z nami albo…

Wtedy oj­ciec ją ude­rzył.

Cięż­kie fi­ra­ny po­ru­szy­ły się, a Maria prze­nio­sła swoją uwagę na to, co za nimi. Okno, które wpusz­cza­ło do środ­ka nocne świa­tło, nie było za­bi­te de­ska­mi. Wy­star­czy­ło po­dejść i wyj­rzeć, aby zo­ba­czyć, co dzie­je się na ze­wnątrz. Ale wtedy to, co­kol­wiek tam było, mo­gło­by ją do­strzec. Może już na nią pa­trzy­ło.

Jak zwie­rzę zła­pa­ne w po­trzask, dziew­czyn­ka go­rącz­ko­wo szu­ka­ła drogi uciecz­ki. Pod­ło­ga, od­wy­kła od no­sze­nia cię­ża­ru czło­wie­ka, skrzy­pia­ła z każ­dym jej kro­kiem. Przy­sta­wa­ła wtedy i z wło­sa­mi je­żą­cy­mi się na karku wypatrywa­ła… cze­go­kol­wiek. Każdy szmer mógł oka­zać się zwia­stu­nem za­gro­że­nia.

Z tego po­ko­ju nie było wyj­ścia.

Przy­bie­ra­ją­cy na sile wiatr tar­gał fi­ra­ną. Prze­su­nął ją, two­rząc szcze­li­nę w miej­scu okna. Księ­ży­co­wy blask wdar­ł się do wnę­trza, cien­kim pa­smem oświe­tli­ł twarz i ciało dziew­czyn­ki. Dźwięk przy­po­mi­na­ją­cy trze­pot skrzy­deł do­bie­gł z od­da­li.

Wtedy dziew­czyn­ka przy­po­mnia­ła sobie o ko­min­ku, sta­rym i nie­uży­wa­nym, tak jak ten w ja­dal­ni na par­te­rze. W kilku su­sach po­ko­na­ła dy­stans dzie­lą­cy ją od ko­min­ka i we­szła do pa­le­ni­ska. Szyb roz­ga­łę­ział się w górę i w dół – tyle udało się jej usta­lić, wo­dząc dłoń­mi po omac­ku.

Od­głos skrzy­deł był coraz bli­żej. Maria sie­dzia­ła okra­kiem na szczy­cie mu­ro­wa­nej ba­rie­ry od­dzie­la­ją­cej ko­mi­nek od czar­nej prze­pa­ści, nie wie­dząc, co po­cząć. 

Czy ten dźwięk, to były po­wie­wa­ją­ce za­sło­ny, czy coś wle­cia­ło do po­ko­ju? Oj­ciec twier­dził, że złe się tu nie prze­do­sta­nie, jed­nak Marii wy­da­wa­ło się, że wi­dzia­ła ciem­niej­sze plamy czer­ni peł­za­ją­ce tuż przy ko­min­ku. Za­skrzy­pia­ła pod­ło­ga.

Dziew­czyn­ka wzdry­gnę­ła się, prze­rzu­ci­ła drugą nogę za ba­rie­rę, wy­ma­ca­ła stopą prze­ciw­le­głą ścia­nę, by spró­bo­wać w ten spo­sób zejść na dół. Oczy­ma wy­obraź­ni wi­dzia­ła, jak coś, co­kol­wiek to było, za­glą­da wła­śnie do ko­min­ka. Ze­braw­szy całą od­wa­gę, któ­rej miała nad wyraz dużo jak na dziec­ko za­mknię­te od dwu­na­stu lat w tych sa­mych czte­rech ścia­nach, Maria ru­szy­ła w dół szybu – i na­tych­miast za­czę­ła spa­dać.

Szczę­śli­wie lot nie po­trwał długo. Dziew­czyn­ka wy­lą­do­wa­ła na kra­cie za­gra­dza­ją­cej dal­szą część tu­ne­lu. Była obo­la­ła, ciało i ubra­nie le­pi­ły się od brudu, wokół ota­cza­ła ją ciem­ność, pył draż­nił płuca. Hałas, któ­re­go na­ro­bi­ła, z pew­no­ścią ścią­gnie tu po­two­ry. Chcia­ła się roz­pła­kać, zwi­nąć w kłę­bek i za­snąć tu, może już na za­wsze, ale kiedy spró­bo­wa­ła oprzeć się o ścia­nę ko­mi­na, za­miast niej zna­la­zła pust­kę.

Po chwi­li le­ża­ła już w kuch­ni. Ciem­nej, bez­piecz­nej kuch­ni z za­bi­ty­mi okna­mi i kratą, którą mogła za­sło­nić ko­mi­nek na wy­pa­dek, gdyby coś przy­szło za Marią. 

Nie li­cząc kilku guzów i si­nia­ków, była cała. Po­de­szła do zlewu i od­krę­ci­ła kran, by prze­myć twarz, ale le­d­wie kilka kro­pel wody skap­nę­ło na jej dło­nie. No tak. Oj­ciec za­wsze włą­czał pompę po po­wro­cie do domu, a teraz znik­nął.

Oj­ciec. Mówił jej mało, wy­ma­gał wiele, za­bra­niał jesz­cze wię­cej. Ko­cha­ła go. Nie tak, jak matkę, która w oczach dziew­czyn­ki zda­wa­ła się świe­tli­stym anio­łem przy­cho­dzą­cym we śnie, by ją utu­lić. Ko­cha­ła go jak kogoś, poza kim, ja­ki­kol­wiek by nie był, nie ma się już ni­ko­go.

Teraz naj­waż­niej­sze to do­cze­kać świtu, a potem… potem… Przy­szłość była jesz­cze głęb­szą i ciem­niej­szą prze­pa­ścią, niż wnę­trze ko­mi­na.

– Mu­sisz wró­cić – po­wie­dzia­ła cicho, przy­wo­łu­jąc w my­ślach obraz ojca i z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc łzy. Potem wy­cią­gnę­ła z szu­fla­dy dwa dłu­gie noże i sku­li­ła się w kącie, przy od dawna nie­dzia­ła­ją­cej lo­dów­ce, by tam prze­cze­kać noc.

– Dziew­czyn­ko – usły­sza­ła po raz ko­lej­ny. – Dziew­czyn­ko, wiem, że tam je­steś. Sły­sza­łem cię – wołał ją głos, któ­re­go brzmie­nia chyba nigdy nie bę­dzie mogła za­po­mnieć.

Tym razem jed­nak nie do­cho­dził z wnę­trza jej głowy, a z piw­ni­cy, od któ­rej od­dzie­la­ły Marię tylko drzwi po dru­giej stro­nie lo­dów­ki.

 

*

 

– Dia­bły po­tra­fią zo­ba­czyć twoje myśli. Będą opo­wia­dać kłam­stwa. Nie mo­żesz im za­ufać, nigdy. Jeśli któ­re­goś z nich usły­szysz, nie od­po­wia­daj. Kiedy ja­kie­goś zo­ba­czysz, ucie­kaj – prze­strzegł ja oj­ciec po za­koń­cze­niu wie­czor­nej mo­dli­twy. – Naj­le­piej do ruin ko­ścio­ła albo do domu, tu nie wejdą nie­pro­szo­ne. – Potem, wi­dząc strach w jej oczach, prze­gar­nął jej włosy i sap­nął, co było jego naj­bliż­szą uśmie­cho­wi re­ak­cją.

– Jak wy­glą­da­ją? – za­py­ta­ła. – Te dia­bły.

Wy­cią­gnął wtedy bi­blię i po­ka­zał jej tań­czą­ce przy ogniu, szka­rad­ne, ro­ga­te isto­ty o sze­ro­kich ustach oraz pełnych kłów szczę­kach.

– To ich praw­dzi­wa po­stać – wy­ja­śnił. – Ale mogą ją zmie­nić. Oblec się w kłam­stwo, by wy­glą­dać jak lu­dzie.

– To jak ich roz­po­znam?

– Nie roz­po­znasz. Jeśli w oko­li­cy po­ja­wi się ktoś, kto­kol­wiek, poza mną, naj­pew­niej nie bę­dzie to czło­wiek. Dla­te­go…

– …zo­stań w domu i nie po­ka­zuj się ni­ko­mu – do­koń­czy­ła Maria.

– Mądra dziew­czyn­ka – po­wie­dział oj­ciec i za­mknął drzwi jej po­ko­ju, ale wtedy wie­dzia­ła, że był w po­bli­żu i ura­tu­je ją przed wszel­ki­mi okro­pień­stwa­mi.

Ale teraz zo­sta­ła sama, a wszel­kie okro­pień­stwa błą­ka­ły się po za­mknię­tym po­ko­ju na pię­trze i kłę­bi­ły w piw­ni­cy, nie­ustan­nie przy tym na­wo­łu­jąc, bła­ga­jąc i za­chę­ca­jąc, by otwo­rzy­ła drzwi i ze­szła na dół. Zaś upra­gnio­ny ranek, choć mi­nę­ły już całe wieki, wciąż nie nad­szedł.

– Kiedy on wróci, za­bi­je mnie – po­wie­dział głos. – Wiem, że tak bę­dzie. Za­bi­je mnie, a cie­bie… po­myśl, co jesz­cze może ci za­brać. Na pewno mówi, że to dla two­je­go dobra. Moż­li­we, że nawet tak myśli. Chce cię chro­nić. Tylko, że je­dy­ny czło­wiek, przed któ­rym po­win­no się cie­bie chro­nić, to on. Twoja mama nie żyje? Czy chcia­ła dla cie­bie ta­kie­go losu? Dziew­czyn­ko, pro­szę, pomóż nam oboj­gu! – wrzesz­czał męż­czy­zna z roz­pa­czą. – Dla niej.

Czego chcia­ła­by mama? Maria nigdy o tym nie my­śla­ła…

– Mama chcia­ła je­chać na wy­brze­że – wy­szep­ta­ła, bar­dziej do sie­bie niż do głosu z piw­ni­cy. – Chcia­ła stąd uciec.

– Na ze­wnątrz zo­sta­wi­łem sa­mo­chód. Uwol­nij mnie, a za­bio­rę cię gdzie chcesz – na­ma­wiał ją głos. – Ale jeśli on wróci…

Dziew­czyn­ka wsta­ła. Bez prze­ko­na­nia po­de­szła do drzwi pro­wa­dzą­cych do piw­ni­cy, z wa­ha­niem wy­cią­gnę­ła dłoń ku klam­ce i za­trzy­ma­ła ją w pół drogi. Myśli ko­tło­wa­ły w gło­wie Marii, bijąc się o wła­dzę nad jej człon­ka­mi.

Jeśli oj­ciec nie żyje, nie było dla niej wiel­kiej na­dziei. Jeśli żyje, czeka ją kara. Co zrobi? Za­mu­ru­je ją w po­ko­ju? Za­bie­rze lalki i fo­to­gra­fie? Je­że­li w piw­ni­cy czy­hał dia­beł, to życie dziew­czyn­ki nie po­trwa na tyle długo, by się o tym prze­ko­nać. Ale je­że­li jest tam czło­wiek, tylko czło­wiek, który nie umie się wy­do­stać…

Klam­ka ustą­pi­ła pod na­po­rem i drzwi od­su­nę­ły się ze szczę­kiem. Pod­ło­ga na pię­trze za­skrzy­pia­ła po­now­nie, a potem wszel­ki szmer ucichł. Nawet głos już nic nie mówił, jakby za­marł w wy­cze­ki­wa­niu. Maria otwo­rzy­ła przej­ście i prze­kro­czy­ła próg. Mrok zaj­mo­wał tylko kilka pierw­szych stop­ni, dalej do­strze­ga­ła łunę świa­tła, a gdy do­tar­ła i tam, za­uwa­ży­ła kilka za­si­la­nych ba­te­ria­mi lamp roz­lo­ko­wa­nych na pół­kach, które po­win­ny wy­peł­niać prze­two­ry, tym­cza­sem za­sła­ne były książ­ka­mi, na któ­rych okład­kach po­wta­rza­ły się sym­bo­le pię­cio– i sze­ścio­ra­mien­nej gwiaz­dy, krzy­ża, sier­pa księ­ży­ca oraz jesz­cze inne, nie po­zwa­la­ją­ce się na­zwać tak łatwo.

Pośrod­ku piw­ni­cy, skrę­po­wa­ny łań­cu­chem w nad­garst­kach, wi­siał męż­czy­zna. Ubra­ny był zwy­czaj­nie. W ogóle wy­glą­dał zwy­czaj­nie – to jest tak, jak Maria wy­obra­ża­ła sobie zwy­czaj­ne­go czło­wie­ka, bu­du­jąc jego obraz na bazie prze­my­ka­ją­cych gdzieś w tle i na dru­gim pla­nie po­sta­ci przy­pad­kiem uwiecz­nio­nych na fo­to­gra­fiach. Pod jego no­ga­mi leżał ro­ze­rwa­ny kne­bel.

Opo­dal, na stole, roz­ło­żo­ne były na­rzę­dzia. Kiedy Maria pró­bo­wa­ła wy­obra­zić sobie, do czego oj­ciec miał za­miar je wy­ko­rzy­stać, żo­łą­dek wy­wra­cał się jej na drugą stro­nę.

– Przy­szłaś! – za­krzyk­nął wię­zień z ra­do­ścią. – Łań­cuch przy­twier­dzo­ny jest do ścia­ny za mną. Jeśli uda ci się go po­luź­nić…

Nie wy­glą­dał groź­nie. Zda­wał się ra­czej bez­rad­ny oraz był w ża­ło­snym po­ło­że­niu, a jedno i dru­gie Maria znała bar­dzo do­brze, po­sta­no­wi­ła jed­nak za­cho­wać ostroż­ność.

Nadal uzbro­jo­na w jeden z ku­chen­nych noży, okrą­ży­ła męż­czy­znę i do­tar­ła do prze­ciw­le­głej ścia­ny. Po kilku dłu­gich chwi­lach mo­co­wa­nia się z łań­cu­chem, frag­ment za­ple­cio­ny wokół wy­sta­ją­ce­go ze ścia­ny pół­okrę­gu ustą­pił, a męż­czy­zna spadł na zie­mię z po­brzę­ki­wa­niem że­la­za i oswo­bo­dził dło­nie.

Sta­nął z wy­sił­kiem, roz­ma­so­wał nad­garst­ki, po­tarł zbite ko­la­na i do­pie­ro potem spoj­rzał na Marię.

– Dzię­ku­ję, na­praw­dę dzię­ku­ję. Cho­le­ra jasna! Gdy­byś się nie zja­wi­ła, nie uwie­rzy­ła, nie­dłu­go by­ło­by po… – zro­bił krok w kie­run­ku dziew­czyn­ki, a ta, nie zna­jąc jego za­mia­rów, wy­cią­gnę­ła broń przed sie­bie.

Nie­zna­jo­my po­ki­wał głową i zwró­cił się w kie­run­ku wyj­ścia.

– Jasne, chodź­my – rzu­cił już z mniej­szym en­tu­zja­zmem, ru­sza­jąc scho­da­mi w górę. Szedł wolno, jakby każdy krok spra­wiał mu ból.

Kiedy byli już na górze, za­trzy­mał się przy zle­wie, na­chy­lił nad kra­nem i od­krę­cił kurek.

– To na nic – po­wie­dzia­ła Maria, wciąż za­cho­wu­jąc dy­stans. Się­gnę­ła jed­nak do lo­dów­ki i wy­cią­gnę­ła stam­tąd bu­tel­kę wody, którą rzu­ci­ła męż­czyź­nie. – Jest cie­pła. Lo­dów­ka nie dzia­ła. Nic nie dzia­ła.

Nie­zna­jo­me­mu to nie prze­szka­dza­ło. W kilku ły­kach opróż­nił po­ło­wę bu­tel­ki.

– Mu­si­my się po­spie­szyć – po­wie­dział, kie­ru­jąc się do wyj­ścia z kuch­ni. – On może wró­cić w każ­dej chwi­li.

Maria zo­sta­ła tam, gdzie stała.

– Nie idziesz? – zdzi­wił się męż­czy­zna. – Wo­lisz zo­stać? Po tym wszyst­kim… Słu­chaj, nie będę cię zmu­szać. Ro­zu­miem, że się boisz.

– Skąd o mnie wie­dzia­łeś? – spy­ta­ła po­dejrz­li­wie. – Nigdy nie wy­cho­dzę.

– Lu­dzie z mia­stecz­ka ga­da­ją – od­parł tam­ten, jakby to była naj­zwy­klej­sza rzecz na świe­cie. – Zwy­kle nie biorę ta­kich plo­tek na po­waż­nie, ale twój… oj­ciec… Za­cho­wy­wał się po­dej­rza­nie. Po­sta­no­wi­łem to spraw­dzić. Tym się wła­śnie zaj­mu­ję. Ro­dzi­na­mi, które mają pro­ble­my. Sta­ram się im pomóc.

– Mówił, że świat jest okrut­ny, a lu­dzie źli i podli. Nikt ni­ko­mu nie po­ma­ga.

– Tak po­wie­dział? – męż­czy­zna spoj­rzał na nią z wy­ra­zem smut­ku. – Co jesz­cze mówił?

– Że… – Dziew­czyn­ka za­mil­kła. Nie wie­dzia­ła, czy po­win­na o tym mówić. Z dru­giej stro­ny, czemu mia­ła­by tego nie robić? – …pie­kło po­chło­nę­ło Zie­mię i pełno na niej dia­błów. Że czają się w nocy. Że je­steś jed­nym z nich.

Męż­czy­zna wes­tchnął cięż­ko.

– Dia­błem, no tak… – wy­mam­ro­tał do sie­bie. – Dla­te­go za­bro­nił ci wy­cho­dzić?

Maria po­ki­wa­ła głową.

– Ro­zu­miem. Może zro­bi­my tak: wska­żesz mi wyj­ście, sama zo­ba­czysz, jak wy­glą­da świat, a potem zde­cy­du­jesz czy za­bie­rzesz się ze mną?

To brzmia­ło cał­kiem roz­sąd­nie. Do tego Maria nie chcia­ła zo­sta­wać w domu, gdzie w za­mu­ro­wa­nym po­ko­ju ma pię­trze krą­ży­ło nie­okre­ślo­ne coś, po­sta­no­wi­ła więc, że przy­naj­mniej spraw­dzi, jak tam jest. Tam, czyli w miej­scu naj­od­le­glej­szym z moż­li­wych – świe­cie na ze­wnątrz.

Po­pro­wa­dzi­ła męż­czy­znę ko­ry­ta­rzem w prawo, a potem przez ganek do fron­to­wych drzwi, które od ze­wnątrz za­my­ka­ne były na klucz, ale z we­wnętrz­nej stro­ny wy­star­czy­ło ob­ró­cić po­krę­tło zamka.

Za­trzy­ma­ła się i jesz­cze raz zlu­stro­wa­ła nie­zna­jo­me­go spoj­rze­niem.

– Do­trzy­masz słowa? – za­py­ta­ła, ob­ra­ca­jąc w my­ślach wspo­mnie­nie spa­ce­ru brze­giem morza, które mogło być tylko fan­ta­zją, ale sta­no­wi­ło naj­szczę­śliw­szy ury­wek życia za­pi­sa­ny w jej pa­mię­ci.

– Do­trzy­mam. Po to tu przy­je­cha­łem, by ci pomóc – tłu­ma­czył nie­zna­jo­my. – Jeśli po­je­dzie­my razem, po­znasz wię­cej życz­li­wych ludzi. I nigdy już go nie spo­tkasz.

Maria za­wa­ha­ła się.

– To mój oj­ciec – po­wie­dzia­ła, moc­niej ści­ska­jąc nóż.

– Ro­zu­miem, ro­zu­miem – od­parł męż­czy­zna i uniósł otwar­te dło­nie. – Nikt do ni­cze­go nie bę­dzie się zmu­szać. Za­ufaj mi. Pro­szę.

W jego wy­ra­zie twa­rzy było coś, co przy­po­mi­na­ło Marii mamę. Chyba dla­te­go usłu­cha­ła. Otwo­rzy­ła drzwi i wy­szli na we­ran­dę. Na wscho­dzie, przy gra­ni­cy ho­ry­zon­tu, niebo już tra­ci­ło gra­na­to­we barwy. Nie­dłu­go miał na­stać dzień.

– Udało się – ode­tchnę­ła przy­jem­nie świe­żym i chłod­nym po­wie­trzem.

Świat był ogrom­ny i taki, taki…

Po­czu­ła wbi­ja­jące się jej w ra­mio­na pa­zu­ry i sta­nę­ła jak spa­ra­li­żo­wa­na. Nóż wy­su­nął się z ogar­nię­tej nie­mo­cą dłoni. Pasz­cza tego, co przed chwi­lą było męż­czy­zną, zbli­ży­ła się do jej pra­we­go po­licz­ka. Wy­krzy­wio­ne w nie­ludz­ko sze­ro­kim uśmie­chu usta od­sło­ni­ły kły ostre ni­czym igły. Ślina de­mo­na spły­wa­ła na jej kark. Za­pach krwi mie­szał się z siar­ko­wym odo­rem, kiedy be­stia wy­pusz­cza­ła po­wie­trze z noz­drzy.

Maria nie była w sta­nie nic zro­bić.

– Masz rację, dziew­czyn­ko – przy­tak­nął jej dia­beł. – Udało się. Twój oj­ciec my­ślał, że może mnie uwię­zić! Był pełen aro­gan­cji. Wy­da­wa­ło mu się, że ze­rwie naszą więź. Głu­piec! – Demon, choć to zda­wa­ło się nie­moż­li­we, wy­szcze­rzył się jesz­cze bar­dziej. Jego jęzor mu­snął ucho Marii, a ta za­drża­ła. – Głu­piec, ale jaki po­ży­tecz­ny. To dzię­ki takim jak on w końcu do­sta­li­śmy Zie­mię we wła­da­nie. To dzię­ki takim jak on pie­kło przy­szło do was. Są ko­twi­cą, która trzy­ma nas na tym świe­cie. Wiesz, kim był twój tatuś? Wiesz, co zro­bił? Po­słu­chaj, dziew­czyn­ko. Roz­pacz i strach do­da­dzą ci smaku – za­śmiał się dia­beł. – Był księ­dzem w ko­ście­le, o, tam! – Prze­krzy­wił głowę Marii w lewo, gdzie, na wznie­sie­niu, znaj­do­wa­ły się zglisz­cza. – Ale tak bar­dzo ko­chał swoją sio­strę, że zro­bił jej dziec­ko. Ukry­wał je. Ukry­wał cię przed świa­tem na długo przed na­szym przyj­ściem. A potem zabił twoją ma­mu­się. – Po po­licz­kach Marii za­czę­ły spły­wać łzy, które dia­beł zli­zy­wał łap­czy­wie. – Nie do­słow­nie. Nie, nie. Ale za­mknął ją i nie po­zwo­lił cię za­brać, a bez cie­bie nie mogła odejść. W końcu pod­pa­li­ła ko­ściół i zgi­nę­ła, bied­na, w środ­ku. Po­cho­wał ją nie­da­le­ko w lesie. Tacy byli twoi ro­dzi­ce, dziew­czyn­ko. Mieli wła­sne pie­kło jesz­cze przed nami. Za to ty… Chcesz, to spró­buj uciec – Maria po­czu­ła, że uchwyt ze­lżał. – Córka z ka­zi­rod­cze­go związ­ku pod­pa­lacz­ki i upa­dłe­go ka­pła­na, ze świę­to­krad­czym imie­niem. Pie­kło za­wsze cię od­naj­dzie. No­sisz je w sobie.

Maria od­wró­ci­ła się w stro­nę po­two­ra. Jej oczy były puste.

Strzał spło­szył sie­dzą­ce wśród ga­łę­zi ptaki. Po­cisk ro­ze­rwał frag­ment twa­rzy dia­bła, po­zba­wia­jąc go uśmie­chu. Po­twór za­to­czył się i od­su­nął o krok od Marii.

– Ucie­kaj! – za­wo­łał ktoś na skra­ju lasu. – Już!

Dziew­czyn­ka przy­po­mi­na­ła sobie. Po­wo­li wra­ca­ła do świa­ta z dłu­giej po­dró­ży w od­mę­ty ma­ra­zmu. Padł ko­lej­ny strzał.

– Po­wie­dzia­łem: już! – za­grzmiał głos.

To oj­ciec! To on krzy­czał!

Maria rzu­ci­ła się do uciecz­ki, pro­sto przed sie­bie, byle dalej w las. Je­dy­nie kątem oka zdą­ży­ła uchwy­cić po­stać ojca, który, cały za­krwa­wio­ny, trzy­mał się na no­gach ostat­kiem sił i mie­rzył do be­stii.

Dia­beł wrza­snął opę­tań­czo, a reszt­ki okna w daw­nym po­ko­ju matki eks­plo­do­wa­ły. Wy­padł stam­tąd skrzy­dla­ty cień i rzu­cił się w kie­run­ku ojca, ale Maria nie prze­sta­wa­ła biec. Była już w lesie, prze­my­ka­ła mię­dzy drze­wa­mi, ale sze­lest za nią pod­po­wia­dał jej, że dia­beł ru­szył w po­ścig.

– Tutaj – usły­sza­ła szept z głębi lasu. – Tutaj.

Ten głos też roz­po­zna­wa­ła. Był ak­sa­mit­ny i cie­pły.

– Tutaj, có­recz­ko.

Maria po­bie­gła za nim, aż do­tar­ła do li­siej jamy ukry­tej w gąsz­czu li­sto­wia i ko­rze­ni. Opo­dal jamy stał wbity w zie­mię drew­nia­ny krzyż.

Dia­beł był bli­sko, dziew­czyn­ka czuła jego smród. Bała się jed­nak od­wró­cić, więc wsko­czy­ła do dziu­ry, gdzie li­si­ca przy­tu­la­ła swoje młode. Zwie­rzę omio­tło ją ogo­nem, ale po­zwo­li­ło zo­stać, a Maria wci­snę­ła się głę­bo­ko na sam kra­niec nory.

Dia­beł szu­kał jej, na­wo­ły­wał, wy­krzy­ki­wał groź­by i prze­kleń­stwa, za­glą­dał pod każdy ka­mień i w każdą dziu­rę, jed­nak zrzą­dze­niem losu nie spraw­dził tam, gdzie było trze­ba, jakby nie­wi­dzial­na siła ukry­ła lisią jamę przed jego wzro­kiem. Gdy pierw­sze pro­mie­nie słoń­ca mu­snę­ły wej­ście do li­sie­go schro­nie­nia, dziew­czyn­ka do­strze­gła wy­sta­ją­ce z ziemi ludz­kie kości. Kości matki.

I wresz­cie mogła spo­koj­nie za­snąć.

 

III

Ko­lej­ne dni, ty­go­dnie, mie­sią­ce Maria spę­dzi­ła razem z li­si­cą i jej mło­dy­mi, w jamie. Coraz bar­dziej dzika, dziew­czyn­ka ra­dzi­ła sobie w lesie le­piej i le­piej, a wspo­mnie­nie tam­tej nocy roz­my­wa­ło się w bez­li­ku kosz­ma­rów, które kie­dyś ją na­wie­dza­ły, tak, że sama tra­ci­ła ro­ze­zna­nie, co było jawą a co snem.

Jadła ja­go­dy i grzy­by. Piła wodę ze stru­mie­nia. Wy­kra­da­ła jajka z pta­sich gniazd. Gdy znaj­do­wa­ła wnyki, kra­dła my­śli­wym ich zdo­bycz i ra­czy­ła się su­ro­wym mię­sem, a na noc wra­ca­ła do jamy, aż w końcu za­po­mnia­ła smak in­ne­go życia. Życia w bez­piecz­nym za­mknię­ciu. 

Mi­nę­ło lato, potem je­sień i na­de­szła zima. Młode lisy wy­nio­sły się z nory, by zna­leźć wła­sny skra­wek lasu, zie­mię przy­krył śnieg, a w oczy Marii zaj­rzał głód więk­szy niż ja­ki­kol­wiek do tej pory. Li­sich za­pa­sów nie śmia­ła tknąć, choć prze­czu­wa­ła, że stara li­si­ca nie mia­ła­by nic prze­ciw­ko. Głód i zimno, a na to dru­gie już nie było rady, prócz po­wro­tu do domu. Tego z kolei Maria nie uczy­ni­ła­by nawet jeśli mia­ła­by za­mar­z­nąć na kość. Omi­ja­ła to prze­klę­te miej­sce z dala. 

Pew­ne­go dnia, po in­ten­syw­nej śnie­ży­cy, kiedy słoń­ce było już wy­so­ko na nie­bie, w po­bli­żu li­sie­go schro­nie­nia po­ja­wi­li się oni.

– Coś ci się przy­wi­dzia­ło od tego błą­ka­nia się po mro­zie za zwie­rzy­ną – po­wie­dział jeden z nich, gdy sta­nę­li w po­bli­żu jamy.

– Mówię ci, to tu – od­parł drugi. – Wi­dzia­łem ją wczo­raj. Bie­gła o, tam­tę­dy, a potem scho­wa­ła się tutaj. Tak było!

– A teraz wszyst­kie ślady przy­sy­pał śnieg – za­drwił pierw­szy.

– Wiem, co wi­dzia­łem! Idę o za­kład, że to córka sza­lo­ne­go kle­chy. Ci, któ­rzy jesz­cze żyją w mia­stecz­ku, opo­wia­da­li o nim. Po­dob­no zmar­ło mu się kilka kro­ków od domu. W rę­kach miał strzel­bę. Może to do córki strze­lał, kiedy ta pró­bo­wa­ła uciec? Ponoć w jego piw­ni­cy zna­leź­li praw­dzi­wą rzeź­nię, ale nie dla zwie­rząt. Ro­zu­miesz? 

– Bajki obłą­ka­nych star­ców, któ­rym nie zo­sta­ło nic prócz ga­da­nia. Za ślepi na książ­ki, za słabi, żeby gdzie­kol­wiek się ru­szyć. Ga­da­ją też, że czar­ty przy­nio­sły za­ra­zę, wojnę wy­wo­łał dia­beł co opę­tał pre­zy­den­ta, a prądu nie ma, bo biesy sie­dzą na li­niach wy­so­kie­go na­pię­cia. Przez ten cały ko­niec świa­ta po­prze­sta­wia­ło się im pod su­fi­tem. 

– Kie­dyś po­lo­wa­łem dla przy­jem­no­ści. Mia­łem żonę, dwóch synów i są­do­wy zakaz zbli­ża­nia się. Ucie­kli na drugi ko­niec kon­ty­nen­tu i teraz już pew­nie nie żyją. Cza­sem wy­da­je mi się, że z tą apo­ka­lip­są to nie są bajki. Że już jest po wszyst­kim, a my prze­trwa­li­śmy dla­te­go, że kawał z nas skur­czy­by­ków i na górze nas nie chcie­li. 

Pierw­szy za­śmiał się kpią­co. 

– Zaraz mi po­wiesz, że wie­rzysz w te bajki o de­mo­nach wy­ła­żą­cych w nocy, żeby zja­dać ostat­nie nie­win­ne du­szycz­ki? To praw­da, za­ra­za za­bra­ła wszyst­kie dzie­cia­ki i z po­ło­wę do­ro­słych, a ci, co prze­ży­li, nie są warci funta kła­ków. Ale wiesz dla­cze­go? Dla­te­go, że tylko tacy zro­bią wszyst­ko, żeby prze­trwać. 

Za­pa­dła cisza mą­co­na chrzę­stem śnie­gu pod ich cięż­ki­mi bu­ta­mi.

– Roz­pal­my ogień i coś ugo­tuj­my, wtedy na pewno wyj­dzie – za­pro­po­no­wał w końcu ten drugi, a jego kom­pan zgo­dził się, jako, że nie miał lep­sze­go po­my­słu. Wkrót­ce przy­jem­ne cie­pło ogni­ska i za­pach po­traw­ki z za­ję­cy do­bie­gły do nory.

Mimo to Maria nie wy­ściu­bi­ła z niej nosa.

Ogień przy­gasł. My­śli­wy, ten sam, który upie­rał się, że ją wi­dział, na­peł­nił po­traw­ką ta­lerz i po­sta­wił w po­bli­żu nory.

– Nie wy­chodź, jeśli nie chcesz – po­wie­dział. – Mo­żesz zjeść, gdy odej­dzie­my.

Mimo to od­cze­ka­ł jesz­cze ja­kieś pół go­dzi­ny, nim znik­nął. Maria zaś od­cze­ka­ła ko­lej­ne pół, nim wy­chy­nę­ła spod ziemi i za­gar­nę­ła pysz­ny, lecz cał­kiem już wy­sty­gły po­si­łek.

Na­za­jutrz wró­ci­li. Roz­pa­li­li ogień i przy­go­to­wa­li stra­wę. Znów my­śli­wy po­zo­sta­wił miskę przed norą i od­szedł. Tym razem jed­nak Maria za­bra­ła je­dze­nie od razu, a przy­jem­ne cie­pło wy­peł­ni­ło jej żo­łą­dek.

Ko­lej­ne­go dnia my­śli­wi znów się po­ja­wi­li. Po­zo­sta­wi­li miskę przed norą, ale tym razem cze­ka­li do skut­ku. Dziew­czyn­ka nie wie­dzia­ła, co ro­bić. Szep­tał do niej cie­pły, ak­sa­mit­ny głos – głos kości, które prze­ko­ny­wa­ły, by zo­sta­ła tutaj, z nimi. Ale był też drugi, gło­śniej­szy, który za­chę­cał do przy­ję­cia stra­wy i do­cho­dził z dziew­czę­ce­go brzu­cha. Nie mogła prze­cież do końca życia tkwić w dziu­rze. Naj­pew­niej nawet nie prze­ży­ła­by zimy i wkrót­ce jej kości do­łą­czy­ły­by do mat­czy­nych. Mu­sia­ła pod­jąć de­cy­zję. 

Po ty­go­dniu, ubra­na w to, co jej przy­nie­śli, ru­szy­ła wraz z nimi do miej­sca, które na­zy­wa­li wiel­kim tar­giem. Gdy uło­ży­ła się do snu w weł­nia­nych ko­cach, po raz pierw­szy od mie­się­cy nie mogła za­snąć. Ro­bi­ła więc to, co za­wsze w ta­kich chwi­lach, czyli na­słu­chi­wa­ła i ob­ser­wo­wa­ła. 

Męż­czyź­ni sie­dzie­li bli­sko ogni­ska i, ra­cząc się za­war­to­ścią pier­siów­ki, szep­ta­li, zer­ka­jąc w kie­run­ku Marii. Nie spo­strze­gli, że ta pa­trzy na nich spod przy­mknię­tych po­wiek, ści­ska­jąc w pal­cach za­bra­ny z mo­gi­ły frag­ment mat­czy­ne­go żebra, który miał ją chro­nić przed złymi mo­ca­mi. Nie wie­dzie­li też, że mie­sią­ce życia w dzi­czy wy­ostrzy­ły słuch dziew­czyn­ki, który i wcze­śniej był zna­ko­mi­ty, wy­szli­fo­wa­ny przez lata czuj­no­ści w oj­cow­skim domu.

– To dziec­ko – po­wta­rzał jeden z nich. – Brud­ne i śmier­dzi, ale to dziec­ko. Kiedy ostat­ni raz ja­kieś wi­dzia­łeś? 

– Nie wiem – od­parł drugi. – Wyglą­da na zdro­wą i silną, jest tylko prze­raź­li­wie chuda.

– Co z nią zro­bi­my? Kiedy już ją umy­je­my i do­pro­wa­dzi­my do po­rząd­ku – za­py­tał pierw­szy i oby­dwaj za­czę­li się szcze­rzyć. 

Po­chy­le­ni nad ogniem, zle­wa­li się z nim w jedno, gdy przy­pa­try­wa­ła się im zmru­żo­ny­mi ocza­mi. Innym razem rzu­ca­ne przez ogni­sko cie­nie wy­ostrzy­ły ich rysy, wy­dłu­ży­ły nosy i uszy, roz­sze­rzy­ły dra­pież­ne uśmie­chy, a na po­marsz­czo­nych czo­łach nad krza­cza­sty­mi brwia­mi two­rzy­ły czar­ne ko­ro­ny, tak że Maria nie wie­dzia­ła już, czy to lu­dzie się śmie­ją, czy dia­bły.

Koniec

Komentarze

Świetny tekst. Tajemniczy, niejednoznaczny, niepokojący, klimatyczny.

To chyba nostalgia, jedna wielka tęsknota za tamtymi czasami, tamtą modą, muzyką, stylem, życiem...

Ojciec przykucnął w progu i podał jej miskę. Zaczęła jeść. Była głodna. Jadła rzadko. Ojciec chyba jeszcze rzadziej. Nie widywała go przy posiłku.

jadała

 

Nie wiedziała, czy powinna o tyk mówić.

Za ślepi ma książki, za słabi, żeby gdziekolwiek się ruszyć.

Mimo to odczekała jeszcze jakieś pół godziny, nim zniknął. Maria zaś odczekała kolejne pół, nim wychynęła spod ziemi

tu coś nie zagrało

 

 

Geki, pierwsza połowa – czapki z głów. Jest klimat grozy, jest cudnie zarysowana niepewność odnośnie tego, kto jest dobry, a kto zły. Czy to ojciec jest jakimś perwersem, trzymającym dziecko w komórce, czy też może to autor się nami zabawia, a w istocie prawdą jest to, co on opowiada Marii, że świat jest zły, a strach to jedyny sposób, by dziewczynkę uratować przed tym światem.

Właśnie ta niepewność i budowanie na niej klimatu jest bardzo dużą zaletą tego opowiadania. Robisz to subtelnie, delikatnie i umiejętnie.

Rzadko kiedy opowiadania grozy potrafią do mnie przemówić, Twoje potrafiło.

 

Niestety, zabrakło Ci cierpliwości i konsekwencji, by trzymać się tego do końca.

 

– Masz rację, dziewczynko – przytaknął jej diabeł. – Udało się. Twój ojciec myślał, że może mnie uwięzić! Był pełen arogancji. Wydawało mu się, że zerwie naszą więź. Głupiec! – Demon, choć to zdawało się niemożliwe, wyszczerzył się jeszcze bardziej. Jego jęzor musnął ucho Marii, a ta zadrżała. – Głupiec, ale jaki pożyteczny. To dzięki takim jak on w końcu dostaliśmy Ziemię we władanie. To dzięki takim jak on piekło przyszło do was. Są kotwicą, która trzyma nas na tym świecie. Wiesz, kim był twój tatuś? Wiesz, co zrobił? Posłuchaj, dziewczynko. Rozpacz i strach dodadzą ci smaku – zaśmiał się diabeł. – Był księdzem w kościele, o, tam! – Przekrzywił głowę Marii w lewo, gdzie, na wzniesieniu, znajdowały się zgliszcza. – Ale tak bardzo kochał swoją siostrę, że zrobił jej dziecko. Ukrywał je. Ukrywał cię przed światem na długo przed naszym przyjściem. A potem zabił twoją mamusię. – Po policzkach Marii zaczęły spływać łzy, które diabeł zlizywał łapczywie. – Nie dosłownie. Nie, nie. Ale zamknął ją i nie pozwolił cię zabrać, a bez ciebie nie mogła odejść. W końcu podpaliła kościół i zginęła, biedna, w środku. Pochował ją niedaleko w lesie. Tacy byli twoi rodzice, dziewczynko. Mieli własne piekło jeszcze przed nami. Za to ty… Chcesz, to spróbuj uciec – Maria poczuła, że uchwyt zelżał. – Córka z kazirodczego związku podpalaczki i upadłego kapłana, ze świętokradczym imieniem. Piekło zawsze cię odnajdzie. Nosisz je w sobie.

To zdecydowanie najsłabszy fragment całości.

W porównaniu do cudnej subtelności i niejednoznaczności początku to jest jak uderzenie cepem w głowię.

Nie dość, że wywalasz wszystko kawę na ławę w paskudnym monologu (bo w sumie, po co ten diabeł to wszystko mówi?), to jeszcze strzelasz z armaty do wróbla, sięgając po kazirodztwo/pato-księdza/samobójczynię podpalaczkę. 

Popsułeś tym ten cudny klimat, który stworzyłeś. Ale nawet jeśli tak to sobie wymyśliłeś, pewnie by dałoby się to wszystko wybronić, wystarczyło to tylko podać to w innej formie. Przemycić te informacje między wierszami, choćby jako zasłyszane w lesie plotki (tak jak to robisz potem z myśliwymi), budując na tej tajemnicy jeszcze większe napięcie. Szkoda… wyszłoby genialnie.

 

Wracając do opowiadania, trzecia część, gdzie dziewczynka mieszka w lesie, jest już zupełnie inna. Tutaj już ta groza ulatuje, a dostajemy coś w rodzaju opowieści fantasy. Dopiero w końcówce ta groza na chwilę powraca, ale to już nie jest ta intensywność co na początku.

 

Podsumowując, jest to bardzo dobre opowiadanie. Widać, że się odleżało i że je dopieściłeś.

Językowo i stylistycznie bez zarzutów. Jest przesłanie, jest niepewność, jest klimat. 

Gdybyś zachował zimną krew i konsekwencję do końca, byłoby genialne, a tak pozostaje pewien niedosyt.

 

Klikam do biblio. Nad nominacją pomyślę, jak się uleży.

 

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Geki, pierwsza połowa – czapki z główgłów. […] Właśnie ta niepewność i budowanie na niej klimatu jest bardzo dużą zaletą tego opowiadania 

Dokładnie o to chodziło i cieszę się, że wyszło. Też uważam, że pierwsza część jest najlepszym elementem opowiadania. 

 

Popsułeś tym ten cudny klimat, który stworzyłeś. Ale nawet jeśli tak to sobie wymyśliłeś, pewnie by dałoby się to wszystko wybronić, wystarczyło to tylko podać to w innej formie. Przemycić te informacje między wierszami, choćby jako zasłyszane w lesie plotki (tak jak to robisz potem z myśliwymi), budując na tej tajemnicy jeszcze większe napięcie. Szkoda… wyszłoby genialnie.

Mogę się wykręcać tym, że potrzebne mi by było jeszcze jakieś 10 tys. znaków, by to odpowiednio przedstawić (a tekst i tak okroilem o niespełna 5tys.), ale już teraz, po twoim komentarzu, widzę, że mogłem to zrobić nieco inaczej. Więcej pozostawić w gestii czytelnika. Część informacji przerzucić do rozmowy myśliwych z zakończenia. Byłoby strawniej. 

Za to punkt, w którym niepewność znika, zaplanowałem. Podobnie jak dręczącego Marię demona – bo właśnie to on robi, dręczy ją. Z każdym zdaniem dokonuje gwałtu na wszystkim, co do tej pory wiedziała o sobie, ojcu itp.

 

Wracając do opowiadania, trzecia część, gdzie dziewczynka mieszka w lesie, jest już zupełnie inna. Tutaj już ta groza ulatuje, a dostajemy coś w rodzaju opowieści fantasy. Dopiero w końcówce ta groza na chwilę powraca, ale to już nie jest ta intensywność co na początku

Trzecia część to w zasadzie epilog. Napięcie spada, żeby dopiero na koniec pokazać, że ten niby happy end okazał się wcale nie być szczęśliwy. :) 

 

Podsumowując, jest to bardzo dobre opowiadanie. Widać, że się odleżało i że je dopieściłeś

Widać nie dość. Zabrakło trochę pracy redaktorskiej, albo takiego przymusu: "To tak być nie może!". 

Bo monolog jest najsłabszą częścią tekstu i z tym się zgadzam. 

 

Nad nominacją pomyślę, jak się uleży

Jako, że czasem udaje mi się napisać piórkowe opowiadanie, to nie mam złudzeń co do tego tekstu. Nie uważam, żeby był piórkowy. Jedną rzecz wypunktowałeś, ja widzę jeszcze coś, ale to poczekam na krytykę innych, w końcu nie będę sam masakrować swojego tekstu. :) 

Z drugiej strony są i takie opowiadania, które uważam za piórkowe, a piórka nie dostały, więc może się nie znam. :P

 

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Z drugiej strony są i takie opowiadania, które uważam za piórkowe, a piórka nie dostały, więc może się nie znam. :P

Na szczęście to już nie ja będę podejmował decyzję ;)

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Czołem, Geki!

 

Mam podobne wrażenia z lektury, jak Chrościsko. Pierwsza część, tj. mniej więcej do spotkania z tajemniczym więźniem (względnie do monologu demona) jest świetna, klimatyczna, budzi niepokój. Mnogość ścieżek interpretacji, wiele rozwiązań kołaczących się po głowie – od rzeczywistego występowania demonów po psychicznego ojca. Naprawdę, czytałem z zapartym tchem i byłem zachwycony. W ogóle napomknę, że z dotąd przeczytanych przez mnie tekstów spod Twojej ręki scena otwarcia w tym opku wydaje mi się najlepsza, najbardziej wciągająca i zapraszająca do dalszej lektury. Dotychczas niekiedy miałem z tym u Ciebie problem (patrz – choćby to opko z bety).

Niestety potem pompowany przez Ciebie balonik pęka. Też uważam, że ten monolog demona niweczy wiele z Twoich dotychczasowych wysiłków. Zarzucasz czytelnika kolejnymi informacjami, z której każda jest obrzydliwsza i w zamyśle bardziej wstrząsająca od poprzedniej. Nie zrozum mnie źle – obrzydliwość mnie nie razi. Po prostu wyliczasz to w sposób, który nie daje satysfakcji ani nie wzbudza emocji. Stokroć wolałbym, żebyś informację o kazirodczym pochodzeniu Marii rozciągnął w czasie i przemycał ją po trochu (tak, wiem, że demon mógł ściemniać, chociaż kłóci mi się to ze sceną otwierającą tekst, przynajmniej częściowo).

Kolejna zmiana kierunku, czyli schronienie u lisicy, jest wyraźnym skrętem ku baśni. Akceptuję to, bo i baśniowość miała się wg. konkursu w tekstach znaleźć. Zabieg ten nie podoba mi się na poziomie osobistego gustu, gryzie mi się z wcześniejszymi partiami tekstu, a przełamanie konwencji grozy tym wątkiem estetycznie nie do końca mi odpowiada.

Zakończenie, w którym przywracasz opowiadanie na łono grozy ma swoje wady i zalety. Dobrze, że poddałeś w wątpliwość intencje i istotę łowczych, chociaż całkowicie się tego zabiegu spodziewałem. Nie jest to do końca minus, bo i horror to dość przewidywalny w swej strukturze gatunek (a przynajmniej wielu z jego reprezentantów ta cecha charakteryzuje), ale jako finał nie do końca mnie uwiódł. Z drugiej strony rezygnacja z niego też nie wyszłaby tekstowi na dobre. Jestem tutaj w kropce, więc nie porywam się na wyrokowanie i zostawiam Cię z refleksją :)

Powyższe uwagi nie świadczą bynajmniej, że tekst mi się nie podobał jako całość. Uważam, że jest jak najbardziej biblioteczny (zaraz tam zmierzam), natomiast po lekturze towarzyszy mi poczucie niewykorzystanego potencjału, który drzemał w historii mniej więcej do jej połowy. Opowiadanie podobało mi się bardzo od strony językowej, opisałeś wszystko barwnie, nie miałem uczucia znużenia ani niepotrzebnego przeciągania scen. Całość opowieści nadal pozostaje klimatyczna, wewnętrznie spójna i niejednoznaczna (mimo wszystko), zaś losy bohaterki nie były mi obojętne. Innymi słowy – napisałeś dobre opowiadanie, ale w mojej ocenie miało szanse być stokroć lepsze.

 

Pozdrawiam,

fmsduval

 

"- Zniszczyliśmy coś swoją obecnością - powiedział Bernard - być może czyiś świat." V. Woolf

Podobnie jak przedmówcom, najbardziej podobał mi się początek, sugerujący połączenie postapo z dziecięcymi koszmarami, a później podważający ten obraz. Niestety potem to wszystko zostało przekreślone w mało subtelny sposób, przez co dalsza część była dla mnie mało satysfakcjonująca.

Zabrakło mi też bezpośredniego odniesienia do jakiegoś konkretnego motywu z folkloru (chociaż może po prostu go nie zauważyłem).

Krótko mówiąc – dobra historia zepsuta w punkcie kulminacyjnym. :(

,,Moim zdaniem, to nie ma tak, że dobrze albo że niedobrze. Gdybym miał powiedzieć, co cenię w życiu najbardziej..."

Gekikaro!

 

Wtedy dziewczynka przypomniała sobie o kominku, starym i nieużywanym, tak jak ten w jadalni na parterze. W kilku susach pokonała dystans dzielący ją od kominka i weszła do paleniska.

 

ro­ga­te isto­ty o sze­ro­kich ustach, które, osła­nia­ły pełne kłów szczę­ki.

Ten drugi przecinek mi nie pasuje.

 

czy po­win­na o tyk mówić.

o tym.

 

Moja opinia nie różni się od tych, przedstawionych przez przedmówców. Pierwsza część to rasowa creepypasta, horror, która mocno opiera się na niepewności i dwuznaczności. Takie właśnie lubię. Historie, które pobudzają umysł i powodują, że mam ochotę obgryzać paznokcie. Zły nawyk, ale pokazuje kiedy odczuwam napięcie.

Demony i diabły – fajny pomysł, chociaż nieco upadł na twarz i złamał sobie nos. Niewykorzystany potencjał, a boli podwójnie, bo wiem jakie to uczucie.

Część w lesie trochę odklejona od reszty. Ciekawe, chociaż mam wrażenie, że trochę niepotrzebne. Ale! W końcówce powracasz z dwuznacznością i niepewnością, za co duży plus. Właśnie wtedy czytelnik na nowo musi przemyśleć, czy jego interpretacja zgadza się z zamysłem autora.

W skrócie – fajne opowiadanie, które czytało mi się bardzo przyjemnie, chociaż no jest niedosyt, a szkoda. Niemniej lubię takie historie, jaką przedstawiłeś w tej pierwszej części.

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

Quidquid Latine dictum sit, altum videtur.

Z tego pokoju nie było wyjścia.

Po środku Pośrodku piwnicy, skrępowany łańcuchem w nadgarstkach, wisiał mężczyzna.

 

Dobrze się czytało, można by rzecz, że “płynąłem” przez tekst. Widać dużą wyobraźnię i umiejętność przeniesienia wyobrażonego świata do głowy czytelnika. :)

Przychylam się do opinii poprzedników, miałem identyczne wrażenie – jakby tekst składał się z dwóch opowieści, trochę na siłę połączonych. Jedna, ta bardzo dobra, trwa do monologu diabła i do znalezienia jamy lisicy (ta jama skojarzona z matką pozytywnie mnie zaskoczyła i byłaby idealnym twistem wieńczącym dzieło). Potem było coś z innej beczki, dwóch ludzi, gadających o swoich rodzinach, apokalipsa, zaraza, ognisko i ci ludzie, na koniec okazali się demonami. Za dużo otwartych wątków i twistów, co osłabia poprzednie elementy opowieści.

 

Cześć! Przede wszystkim dzięki za przeczytanie!

Pozwolę sobie odpowiedzieć zbiorczo, bo komentarze w istocie są podobne (a poprzednią odpowiedź straciłem, jak mi padło wifi na chwilę i głupi smartfon odświeżył stronę). Feedback, który od was dostałem jest szczególnie cenny, bo jesteście zgodni w opiniach. Na pewno wezmę to pod uwagę na przyszłość, choć często zdarza mi się robić pod koniec fikołka i dłuższy dialog/monolog – to przywiązanie do formy, z którym powalczę. :)

Zacząłem szukać w pamięci przykładów, kiedy mi takie odkrycie kart na koniec nie zagrało… i znalazłem. W “Rogach” Joe’go Hlla jest podobnie, to znaczy większość historii wciąga niepomiernie, budowana jest niesamowita otoczka wokół tajemniczych rogów, ale kiedy już karty zostają odkryte – napięcie spada. Podobnie w “Nocnej Mszy” (taki serial). Więc, jako niezaznajomiony za bardzo z gatunkiem, przyjąłem to jako pewną cechę charakterystyczną konwencji.

Oczywiście, powoduje to, że moment kulminacyjny z jednej strony jest kulminacyjny – z drugiej napięcie spada na łeb na szyję, bo już wszystko jest wiadome, a przecież to nieznane napawa nas strachem i fascynuje zarazem.

 

Kolejna zmiana kierunku, czyli schronienie u lisicy, jest wyraźnym skrętem ku baśni. Akceptuję to, bo i baśniowość miała się wg. konkursu w tekstach znaleźć. Zabieg ten nie podoba mi się na poziomie osobistego gustu, gryzie mi się z wcześniejszymi partiami tekstu, a przełamanie konwencji grozy tym wątkiem estetycznie nie do końca mi odpowiada.

fmsduval, tak – z jednej strony jest to skręt ku baśni (choć nie powiedziałbym, że taki aż wyraźny). Ale z drugiej ta historia wymagała dopowiedzenia. Nie mogłem Marii ot, pozostawić w norze, bo nora już w samym wyobrażeniu to raczej miejsce tymczasowego schronienia (przynajmniej dla małej dziewczynki). Ten diabeł gdzieś się tam mógł kręcić, więc taki koniec byłby urwaniem historii.

Dlatego obrałem inna ścieżkę. Z pełna świadomością, że napięcie spada, chciałem wygasić emocje. Pokazać ten (pozorny) spokój, status quo, w którym znalazła się Maria – a na koniec, przewrotnie (bo tez mi się zdaje, że to element horrorów), ukazać nowe zagrożenie i na tym poprzestać.

 

Zabrakło mi też bezpośredniego odniesienia do jakiegoś konkretnego motywu z folkloru (chociaż może po prostu go nie zauważyłem).

SNDWLKR, konkurs nie wymaga odniesienia do konkretnego motywu/baśni. Teksty mają być zainspirowane folklorem. Zjawy egzystujące w pobliżu swoich mogił, diabły, “złe”, które nie może przekroczyć progu domu, chyba, że je zaprosimy, wiszące nad kimś klątwy, to też są elementy powtarzanych po wsiach historii, choć – to fakt – mocno osadzonych w typowym horrorze/fantastyce grozy. :)

Dlatego pokusiłem się też o coś trochę innego, to jest nadałem ostatniej części formę nawiązującą do baśni.

 

Za dużo otwartych wątków i twistów, co osłabia poprzednie elementy opowieści.

kronosie.maximusie, zakończenie właśnie temu służy, by pewne wątki pozamykać. Nie widzę tu za bardzo nowych, bo – wydaje mi się – że od sceny z monologiem to właśnie elementy wcześniej pokazane w tekście są domykane. Rodzące się w głowie czytelnika pytanie, czy w piwnicy siedzi diabeł, czy człowiek, dostaje odpowiedź. Historie opowiadane przez ojca o upadku świata również maja swoje domknięcie. Podobnie matka-zjawa doczekała się własnego.

Tak czuję, że to właśnie bez tego zakończenia, historia byłaby urwana.

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Przeczytawszy.

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Geki, jak już wspominałem w becie – świetnie poradziłeś sobie z klimatem i opisami. Tekst broni się językowo na tyle, że z pewnością jest to tekst biblioteczny. Wciąż jednak brakuje w nim tego, o czym pisałem w becie – czyli pewnej biegunowości emocji. 

Po odkryciu kart wcale nie jest mniej strasznie. Teoretycznie jest tak samo, a może nawet groźniej, bo przecież ojciec nie żyje, a świat rzeczywiście jest piekłem, opanowanym przez demony. Ale brakuje elementu nadziei, czegoś, co mogłoby czytelnika oszukać, dać fałszywą wiarę, że jest dobrze, więc odbiorca uodparnia się na bodziec.

Jeśli cały czas jest źle, to jako czytelnik się do tego szybko przyzwyczajam. 

Światełko nadziei pojawia się, gdy Maria spotyka uwięzionego diabła, ale gaśnie zbyt szybko. 

Ale ogólnie uważam, że opko jest dobre i zasługuje na klika.

Nie betuję tekstów ze względu na brak czasu.

Pierwsza część tekstu to “gra” z czytelnikiem, dawanie wskazówek, potem poddawanie w wątpliwość dwóch opcji: albo świat jest szalony, albo ojciec. Wymyśliłeś ciekawy background tej opowieści, interesująco i niejednoznacznie wypadła psychologia postaci. Pod koniec tej części czytelnik nie wie, czy świat rzeczywiście opanowały demony, czy wszystko to wymysł paranoika.

Zazgrzytała mi tylko jedna rzecz. Skoro to dziewczynka, dlaczego nie nazywa się Marysia? Imię Maria sugeruje, że chodzi o dorosłą kobietę.

Później przechodzimy do drugiej części, kiedy dzieciństwo bohaterki się kończy. Okazuje się, że to piekło może być jeszcze gorsze. Wprawdzie w zakończeniu mamy grozę zapowiadaną, ale łatwo możemy domyślić się dalszych losów Marii. Obchodzą nas znacznie bardziej niż pokój tortur w domu ojca dziewczynki, bo z bohaterką zdążyliśmy się zżyć. Opowiadanie zdecydowanie biblioteczne, więc zgłaszam do wątku.

Hmmm. A mnie zabrakło konkretów. Tak, jestem w mniejszości. Niby podajesz sporo informacji, ale nie wiadomo, czy należy w nie wierzyć. Bo nikt tu nie mówi całej prawdy – ani ojciec, ani demon, ani faceci na końcu. To i ja nic w końcu nie wiem.

Może nie powinnam do tego podchodzić logicznie (wszak to tekst na Baźnie), ale często coś mi się nie zgadzało. Maria dostaje się do pokoju z otwartym oknem, ale zamiast wiać przez okno, próbuje wspinaczki kominem. Ojciec zostawia w domu żywego jeńca, a sam wybywa gdzieś (polować na kolejnego?) i znika. Czemu demonowi chciało się pić? Co najmniej dwunastoletnie dziecko może zamieszkać w lisiej norze (naprawdę lisy żyją w takich pałacach?)… Psiakość, mam wrażenie, że nawet światotwórstwo kłamie.

Faceci coś mówią o apokalipsie. Nie wiem, na czym polegała. A może w ogóle ściemniali, bo wiedzieli, że Maria ich słucha?

Ale napisane bardzo ładnie. Nie Twoja wina, że nie trafiłeś w moje optimum.

Babska logika rządzi!

Pierwsza część świetna. Bardzo klimatyczna, ze świetną złożoną i niejednoznaczną kreacją bohaterów, gęstą atmosferą ciągłego niepokoju oraz dziesiątkami możliwości, jeśli chodzi o możliwe rozwinięcia tej historii, co bardzo pobudza wyobraźnię, a zarazem wciąga w tekst, niejako zachęcając do przewidywania dalszych losów bohaterów, ich rzeczywistej natury, intencji i tak dalej.

Później opowiadanie się zmienia. Ma się takie wrażenie, jakby tekst próbował niejako płynnie przejść od horroru do baśni i ta rozwijająca się przewaga baśniowości, która spycha gdzieś jednak wcześniejszy horrorowy klimat trochę w cień, nie do końca mi podeszła. Cała ta tajemnica poszczególnych postaci, ich niejednoznaczność, w pewnym momencie znika. A wraz z nią część horrorowego klimatu. Dowiadujemy się, kto jest kim i wszystkie te wątpliwości w jednej chwili znikają. A wraz z nimi jakaś cząstka atmosfery, która trzymała nas tak blisko całej historii.

Tak czy inaczej bez wątpienia dobry tekst, bo jakości mu nie odmówię. A na odbiór drugiej części też pewnie wpłynęło w moim przypadku to, czego oczekiwałem po pierwszej. Choć po zerknięciu na komentarze dostrzegam, że chyba nie tylko ja. ;)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cześć, Geki!

 

Czekała, aż obawa, że ojciec nie wróci(+,) a ona na zawsze zostanie w ciasnej niczym trumna komórce(+,) stała się nie do zniesienia.

Masz też kilka powtórzeń, np.

Wtedy dziewczynka przypomniała sobie o kominku, starym i nieużywanym, tak jak ten w jadalni na parterze. W kilku susach pokonała dystans dzielący ją od kominka i weszła do paleniska.

albo też podobnych wyrazów:

Wstała niepewnie. Coś zimnego prześliznęło się po jej nagich kostkach. Pisnęła i podskoczyła. Lądując, pośliznęła się na skraju koca

 

– Nikt do niczego nie będzie się zmuszać.

Nie miało być “cię”?

Za ślepi ma książki,

na

 

Do momentu uwolnienia demona przez dziewczynkę opowiadanie robi wrażenie – jest sporo niedopowiedzeń, każde zdanie zdaje się kryć rozwiązanie tajemnicy. Bardzo dobrze się to czytało i chylę czoła, ale niestety dalsza część już mnie rozczarowała.

Na początek infodumpowy monolog diabła – Hollywoodzki klasyk! Czarny charakter zamiast pociągnąć za spust, czeka aż sam dostanie kulkę od niespodziewanej odsieczy, w międzyczasie tłumacząc swoje zachowanie do iluś tam lat wstecz.

Dalsza część z łowcami, spójnie łączy się z częścią pierwszą, ale ma zupełnie inny klimat i moim zdaniem nie sprostała obietnicy, którą dostałem na początku.

To nadal bardzo fajne opowiadanie, ale ostatecznie zostawia mnie z niedosytem.

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Ileż tu mroku, tajemnic i wszelkich niesamowitości!

Zaciekawiłeś mnie od początku i ten stan utrzymywał się od chwili, kiedy zobaczyłam Marię, a potem jej ojca. Początkowo trudno mi było się zorientować, w jakim czasie mają miejsce opisane wydarzenia, ale wyposażenie domu jednoznacznie wskazało, że współcześnie i może z tego powodu nie bardzo chciało mi się wierzyć w obecność demonów/ diabłów. Jednak z drugiej strony w domu tak szczególnego księdza mogło wydarzyć się wszystko.

Podzielam pogląd wcześniej komentujących, że demon wysypał zbyt wiele kawy na ławę, odzierając opowieść z tajemniczości i niedomówień.

No i raczej wątpię, aby dwunastoletnia dziewczynka zmieściła się z lisami w ich norze i by półgoła przetrwała w takich warunkach mroźną i śnieżną zimę.

 

Szczek­nął ry­giel, oznaj­mia­jąc… → Czy tu aby nie miało być: Szczęk­nął ry­giel, oznaj­mia­jąc

 

sto­ją­ce­go w drzwiach ko­mór­ki z pa­ru­ją­cą miską… → Miski nie parują.

Proponuję: …sto­ją­ce­go w drzwiach ko­mór­ki z miską parującej potrawy

 

ciało i ubra­nia le­pi­ły się od brudu… → …ciało i ubra­nie le­pi­ły się od brudu

Ubrania to cała odzież, którą posiadamy; odzież, którą mamy na sobie to ubranie.

 

wokół ota­cza­ła ciem­ność, pył draż­nił jej płuca. → Czy oba zaimki są konieczne?

 

– Jak wy­glą­da­ją? – za­py­ta­ła wtedy. – Te dia­bły.

Wy­cią­gnął wtedy bi­blię… → Czy to celowe powtórzenie?

 

isto­ty o sze­ro­kich ustach, które osła­nia­ły pełne kłów szczę­ki. → Skoro usta osłaniały szczęki to skąd wiadomo, że były one pełne kłów?

A może miało być: …isto­ty o sze­ro­kich ustach, które odsła­nia­ły pełne kłów szczę­ki.

 

po­wta­rza­ły się sym­bo­le pię­cio– i sze­ścio­ra­mien­nej gwiaz­dy… → …po­wta­rza­ły się sym­bo­le pię­cio- i sze­ścio­ra­mien­nej gwiaz­dy

W tego typu konstrukcjach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

Pod jego no­ga­mi leżał ro­ze­rwa­ny kne­bel.

Opo­dal, na stole, le­ża­ły roz­ło­żo­ne na­rzę­dzia. → Czy to celowe powtórzenie?

 

Za ślepi ma książ­ki… → Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Podobało się: Całkiem niezła kombinacja gatunków. Aparat myślowy czyta jednocześnie horror, apokalipsę, postapokalipsę, urban fantasy i horror psychologiczny. I te wszystkie konwencje nachodzą na siebie całkiem sprawnie i się wzmacniają.

Nie podobało się: Co prawda to wskazane żeby zakończenie opowiadania grozy było niejasne, ale musiałem się dobrze przyjrzeć żeby zrozumieć jego moim zdaniem ścisły związek z tytułem.

Tekst bardzo mnie wciągnął, tak językiem, jak rytmem narracji i doborem środków. Aż do momentu kulminacyjnego z diabłem. To, co stało się potem, to lekko przeciągnięte zakończenie, które nie do końca mnie przekonuje w tym konkretnym gatunku. Czy to miał być niespodziewany finał postapo? Wyszło tak, że po głównym zwrocie nie do końca czuć typowe w horrorze napięcie. Gdybym jednak miała to oceniać poza konkursem, to naprawdę kawał solidnego, mrocznego fantasy z dreszczykiem. Sprawa pół na pół, bo folk jest, choć dość nieoczywisty, a groza troszkę mało gęsta. Językowo nie mam większych zarzutów.

Dziękuję za udział w konkursie i pozdrawiam.

Wreszcie przeczytałem dobry tekst. Tajemnica buduje klimat. Nie wiemy czy ojciec dziewczynki jest szalony, czy świat jej zagraża. Spotkanie z diabłem wprowadza dodatkowe zawirowania. Porządne opowiadanie grozy.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Ja mam z kolei trochę inaczej niż przedmówcy. Podobała mi się pierwsza część tekstu, bo była porządnym, technicznie bardzo dobrym i zrobionym z wyczuciem konwencji odrobieniem zadania, polegającego na napisaniu horroru. Widać, że jesteś już tak sprawnym autorem, że posługiwanie się konwencją przychodzi ci bez problemów. Podobnie jak większość, za najsłabszą uznałam przemowę diabła, wyjaśniającą sytuację Marii.

A potem nastąpiła część baśniowa i akurat mnie ona podobała się najbardziej, kojarząc się klimatem z okrutnymi filmowymi baśniami spod znaku Guillermo del Toro. Zarówno historia ze “zdziczeniem” Marii, która zamieszkała w lisiej jamie (spokojnie sobie wyobrażam, że się tam zmieściła, bo logika baśni zmieniła ją w dzikie zwierzątko), a potem jej perfidnego “oswojenia” przez myśliwych bardzo do mnie trafiła. Podobnie zresztą podobał mi się zabieg z patrzeniem z punktu widzenia Marii i z wprowadzeniem długiego dialogu myśliwych: dzięki temu nic, co wiemy o świecie, nie jest pewne, mamy tylko kuszące wyobraźnię strzępy informacji.

 

A co do uwagi ANDO dotyczącej imienia, IMHO to musi być Maria, ewentualnie, gdyby koniecznie chcieć ją zdrobnić, Maryjka – moja interpretacja byłaby taka, że przemowa demona wyraźnie sugeruje, że dziecko nosi bluźniercze imię, czyli że zapewne została nazwana po Matce Boskiej; tu akurat “Marysia” IMHO za mało by te skojarzenia przywoływała.

Nadrabianie zaległości komentarzowych czas zacząć.

 

Cześć, Reg! Poprawki już dawno wprowadziłem, ale jakoś nie mogłem zebrać się do odpowiedzi na komentarz. Ale co się odwlecze, to nie uciecze, a więc…

Podzielam pogląd wcześniej komentujących, że demon wysypał zbyt wiele kawy na ławę, odzierając opowieść z tajemniczości i niedomówień.

Wiem, wiem. Teraz może zrobiłbym to ciut inaczej, chociaż nie wiem, czy bardzo inaczej.

No i raczej wątpię, aby dwunastoletnia dziewczynka zmieściła się z lisami w ich norze i by półgoła przetrwała w takich warunkach mroźną i śnieżną zimę.

To – jak ktoś wspominał – element baśniowy i bez wątpienia duch zmarłej matki maczał w tym palce.

Poza tym Alicja weszła do króliczej nory, więc… :P

 

Olgierdzie, dzięki za przeczytanie i twój konkretny jak zazwyczaj komentarz. :)

Nie podobało się: Co prawda to wskazane żeby zakończenie opowiadania grozy było niejasne, ale musiałem się dobrze przyjrzeć żeby zrozumieć jego moim zdaniem ścisły związek z tytułem.

Ale ostatecznie na niego wpadłeś. :)

 

oidrin, przede wszystkim dzięki za fajny konkurs. :)

Druga część opowiadania to element baśniowy, tak podszedłem do waszego tematu, na pewno w mniej typowy sposób. Ostatnio traktuję konkursy jako pole dla eksperymentów.

 

BlackSnow, Anet – cieszę się, że się podobało i zapraszam nastepnym razem.

 

Cześć, Ninedin!

Powiem ci, że lubie twoje komentarze, bo moge sie w nich zobaczyć lepszym autorem niż rzeczywiście jestem. :P

A potem nastąpiła część baśniowa i akurat mnie ona podobała się najbardziej, kojarząc się klimatem z okrutnymi filmowymi baśniami spod znaku Guillermo del Toro.

Świetnie, że chociaż jednej osobie to połączenie się spodobało. I jakoś mnie nie dziwi, że akurat tobie. :)

Jeśli pozwolimy na łamanie zasad w wyjątkowych sytuacjach, stworzą wyjątkowe sytuacje, aby łamać zasady.

Gekikaro, cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. :)

A co do Marii mieszczacej się w lisiej norze – przekonałeś mnie. Bardzoiej duchem matki niż Alicją, bo to przecież całkiem inna bajka. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka