- Opowiadanie: Realuc - Imperium Wyklętych

Imperium Wyklętych

Tak, tagi oraz limit mówią jasno: tekst był pisany na Wiedźmy Fabryki Słów :)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Imperium Wyklętych

Stoję przy oknie, gapiąc się na ludzi, którzy snują się między blokami. Jak ta stara baba z ostatniego piętra, co wszystko o wszystkich musi wiedzieć. W zasadzie niewiele mnie od tej staruszki różni. Też nie mam już żadnych perspektyw, a zajmowanie się cudzym życiem sprawia mi niebywałą satysfakcję. Albo inaczej. Dzięki temu nie skupiam się na swoim.

A jakie są różnice? Na pewno alkohol. W ostatnim czasie każdy dzień kończy się przynajmniej jedną butelką wina. Myślę, że taka babuleńka, albo raczej jej organy, mogłyby tego nie wytrzymać na dłuższą metę. Sama nie czuję się najlepiej, a ledwo przekroczyłam trzydziestkę. Ale jak inaczej spędzać wieczory, będąc świeżo upieczoną, samotną rozwódką? I na dodatek na tyle nieporadną życiowo, że mieszka w kawalerce kupionej przez byłego męża, za sprawą którego wszystko się rozpadło. No, ale co miałam zrobić? Przyjąć jego ofertę zadośćuczynienia, o tytule: Sorry, że cię zostawiam dla innej, ale masz w zamian mieszkanko i pięćdziesiąt tysięcy, czy pojechać na drugi koniec kraju i z podkulonym ogonem zapukać do drzwi matki, z którą nie rozmawiam od pięciu lat? Wybór był oczywisty, co wcale nie znaczy, że prosty.

Tak więc gapię się właśnie na Romanowską, która każdego dnia dźwiga siatki wypchane jedzeniem, jakby w jej mieszkaniu przebywał cały pluton. Myślę sobie, że ma lepiej ode mnie, bo przynajmniej ma w życiu jakiś cel. Opróżniam lampkę, odstawiam na parapet, a w głowie słyszę legendarny już cytat, który doskonale, głęboko i prawdziwie, oddaje moją sytuację.

Kurwa, ja pierdolę.

Osuwam się na ciemnobrązową kanapę, sięgam po pilot, włączam tv. Z marszu atakuje mnie przemówienie gościa w granatowej marynarce, którego twarz dobrze kojarzę. Gówno mnie obchodzi to, co ma do powiedzenia. Innymi słowy, nie znoszę polityki! Mimo tego bęcwał próbuje wmówić mi, że żyję w krainie szczęśliwości i dostatku. Szybko przełączam kanał i staram się ukierunkować myśli na coś innego, ale frustracja zwycięża nad rozsądkiem.

Huk.

Telewizor rozpryskuje się nagle niczym mydlana bańka. Czuję smród spalonych przewodów, widzę roztrzaskaną na cały pokój matrycę.

I co robię? No jak to co. Nie jestem przecież pieprzonym inżynierem. Odkorkowuję kolejną butelkę wina i myślę sobie, że ciąży nade mną jakieś fatum. Pomijając życiowe niepowodzenia, w ostatnim czasie często coś przy mnie wybucha, pali się lub znika. Zupełnie tak, jakby nawet zwykłe przedmioty chciały kopnąć mnie w rzyć i pokazać tym samym, że nie jestem ich warta. Beznadzieja…

Mija kolejna godzina. Nie mam siły już nawet wstać, żeby gapić się przez okno. Może najwyższy czas…

Łup łup.

Znam ten sposób łomotania do drzwi. Znowu ten natrętny Zaczkowski spod szesnastki. Wstaję ociężale, odstawiam butelkę, która będzie musiała poczekać na opróżnienie te dwie minuty, podczas których zbesztam starego upierdliwca. Podchodzę i przytykam oko do judasza. No i miałam rację. Rzygać mi się chce, jak widzę tę jego przepitą, pomarszczoną gębę, tłuste włosy i łysy placek między nimi, brudny szlafrok pełen kociej sierści, od której kręci mnie w nosie już teraz. Tak po prawdzie, nie wyglądam jakoś znacznie lepiej. Moje włosy również domagają się szamponu i odżywki, trzeźwa też nie jestem, a i te zmarszczki pod oczami, które mi ostatnio wyszły… Ach, Alka, odbiło ci do reszty! Do starego capa się porównujesz! Otwieram zamaszyście drzwi i zaczynam litanię:

– Czy pan naprawdę nie ma w życiu innych… – urywam, bo po dwóch jego stronach stoją policjanci. Wysoki, młody przystojniak i wąsacz grubo po czterdziestce, których twarze stawiają sprawę jasno: Z nami nie ma gadki.

– Mówiłem, że w końcu się doigrasz! To już trzeci raz w tym tygodniu! – Wywija łapskami jak opętany i po chwili zwraca się do glin. – W poniedziałek podpaliła mi kwiatki na balkonie, we wtorek, choć nie mam pojęcia jak tego dokonała, wyrzuciła wycieraczkę na przydrożną latarnię, a dziś coś zwyczajnie wybuchło w jej mieszkaniu, aż mi lampka nocna spadła z szafki! Pewnie nad jakąś bombą pracuje, żeby mnie do reszty wykończyć…

– Zaczkowski, czyś ty do reszty… – Próbuję go jakoś spacyfikować, ale młody policjant ucisza mnie gestem ręki. Będzie problem, bo już widzę, że są po jego stronie.

– Pani Alicjo, możemy wejść do środka?

No i pięknie. Zobaczą puste flaszki, roztrzaskany telewizor, no i ogólny syf. Wezmą mnie za alkoholiczkę z traumą porozwodową i moje starania o przejęcie opieki nad Zośką już całkiem szlag trafi. Gdybym tylko miała ją przy sobie, zmieniłabym się. Naprawdę bym się zmieniła…

– Dacie mi panowie minutkę? Jak rozumiem, nie macie nakazu czy czegoś w tym stylu, więc będziecie na tyle przyzwoici, żeby pozwolić kobiecie się trochę ogarnąć, prawda? Jest dwudziesta pierwsza i właśnie miałam iść pod prysznic. – Improwizuję, bo muszę zyskać trochę czasu, podczas którego wymyślę jakiś świetny plan albo idealną wymówkę.

Gliny patrzą po sobie, w końcu wąsaty wzdycha i odpowiada chropowatym głosem:

– Ma pani minutę. I proszę nie kombinować ani niczego nie chować, bo to tylko pogorszy pani sytuację.

– Jasne, dziękuję. Zaraz wracam.

Zatrzaskuję drzwi i wbiegam na środek pokoju. Nie ogarnę tego bajzlu w takim czasie. Nie ma szans. Dobra, zacznę od butelek. Tylko co dalej… Myśl, Alka, myśl…

Łup łup.

Przecież nie minęła jeszcze nawet jedna minuta! Ale zaraz, tym razem to inny rodzaj pukania. Nie dochodzi od drzwi.

Łup łup.

Coś jakby stukanie o szybę… Niech to szlag! Zdecydowanie za dużo dziś wypiłam, gdyż widzę właśnie babę na motorze. Nie, nie w telewizorze, bo ten przecież wala się w kawałkach po całym mieszkaniu, tylko za oknem! Motor unosi się w powietrzu, co chwilę strzelając z rury szarymi kłębami. Nie znam się jakoś specjalnie, ale wygląda na drogiego harleya. Podchodzę i otwieram okno, będąc pewna, że obraz się zaraz rozmyje i zniknie. Że pijackie majaki miną. Nic z tych rzeczy. Na dodatek baba zaczyna gadać:

– Wsiadaj, skarbeńku.

Ma na sobie ćwiekowaną, czarną skórzaną kurtkę i glany, w których chowają się nogawki poszarpanych dżinsów. Dostrzegam wystający zza pasa pistolet. Przełykam ślinę, przeczesuję nerwowo włosy, patrzę za siebie. Zza drzwi dochodzi krzyk policjanta:

– Co się tam dzieje!? Proszę natychmiast otworzyć!

Rzeczywiście, ryk harleya musi się nieźle nieść po korytarzu. Zaraz, zaraz. Czy ja rozważam właśnie to, aby wsiąść na latający motocykl? Pewnie zemdlałam w trakcie sprzątania i mam tylko popieprzony sen…

– No dawaj, nie ma czasu. Masz do wyboru kosmiczną przejażdżkę z obcą laską albo tych, którzy zaraz wyważą drzwi.

Ktoś szarpie klamkę. Może całkiem mi odbiło, ale wybieram tę bardziej absurdalną opcję. Wskakuję na latającą maszynę, lecimy w górę. Trzymam się kurczowo nieznajomej, jej blond loki łaskoczą mi twarz. Boję się obejrzeć i spojrzeć w dół, bo cały czas wznosimy się w zawrotnym tempie. Przez głowę przechodzi mi setki myśli. Od tych prozaicznych, jak to, że mam na sobie wełniane skarpetki oraz piżamę w różowe słonie, a w pośpiechu nie zabrałam nawet telefonu, portfela, niczego. Przez te jeszcze przyziemne, że gliniarze z Zaczkowskim są już pewnie w moim mieszkaniu i spoglądają przez otwarte okno, stwierdzając, że z czwartego piętra to szanse miałam raczej marne. Kończąc na tych, które dotyczą tu i teraz.

– Kim jesteś? – Wybieram jedno z mnóstwa dręczących mnie pytań.

– Pogadamy na miejscu. Teraz możesz mówić mi Hagrid, choć zamiast parasola mam glocka, a zamiast brody cycki. Ale przynajmniej środek transportu się zgadza, co nie?

Istne szaleństwo.

– A ja to niby jakieś dziecko przeznaczenia, czy co?

– W żadnym wypadku. Choć na czarach-marach trochę się znasz. A teraz trzymaj się mocno, bo będzie szarpało. Ciśniemy na Hogwart!

Kobieta przekręca obitą skórą wajchę, dodaje gazu, harley ryczy. Nagle obraz przed oczami się rozmazuje. Chmury, nocne niebo, gwiazdy. Wszystko zlewa się w jedną całość. Przestaje mi być zimno, nie czuję wiatru, niczego.

BŁYSK.

 

*

 

Odzyskuję wzrok.

Jesteśmy w ciemnym tunelu, motor zwalnia. Czuję się, jakby ktoś trzasnął mnie pałką w łeb, a przecież za wcześnie na kaca.

– Jak masz na imię? – Próbuję zagaić rozmowę, bo coraz więcej znaków na niebie i ziemi wskazuje, że nie jest to sen, a co za tym idzie, trzeba by dobrze wypaść. Jak to jakaś sekta to lepiej się do nich dołączyć, niż skończyć jako rytualna ofiara.

– Miecia.

Z nerwów zachciewa mi się śmiać, bo przed oczami mimowolnie widzę szkolną kucharkę z wąsem. Pamiętam ją dobrze do dziś, a pamięć nie jest moją mocną stroną.

– Ja jestem…

– Alicja, wiem. Ale wolisz, jak się mówi Alka – przerywa mi Miecia. Zaczynamy lecieć ostro w dół. Motocyklowy reflektor rzuca światło na skąpane w mroku, skalne ściany.

– Szpiegowałaś mnie? Miałam jakieś podsłuchy, czy jak?

Robi się ciekawie. Kobieta zatrzymuje maszynę, słychać dobiegające z dołu bliżej nieokreślone dźwięki. Obraca głowę i patrzy na mnie z ukosa.

– Dobra, powiem ci chociaż kilka słów, zanim zaparkujemy. Bo czasu mało, to i szybko musisz się wdrożyć.

– Do czego mało czasu?

– Po kolei, Alka, po kolei. Zacznijmy od tego, że jesteś wiedźmą. I nim zaczniesz mielić jęzorem, bo widzę, że ci się już wyrywa jak zamknięta w klatce bestia, przypomnij sobie te wszystkie dziwne sytuacje, włącznie z dzisiejszym telewizorem, które brałaś za zbiegi okoliczności lub zwyczajnie, będąc upita, nie roztrząsałaś ich.

Mam ochotę wyśmiać Miecię i ukąsić jakimś zmyślnym tekstem, jednak wstrzymuję bestię za zębami. Po krótkim namyśle dochodzę do wniosku, że skoro istnieją latające motory wchodzące w tunele czasoprzestrzenne, czy Bóg jeden wie co to takiego było, to czemu nie czarownice? Ale że ja?

– Racja, znajdzie się kilka niewyjaśnionych sytuacji, ale… na pewno nie pomyliłaś mnie z kimś innym? Wiesz, do czasu, aż życie mi się posypało, byłam raczej grzeczną dziewczynką. I wtedy też, przez prawie trzydzieści lat, nie działo się nic nadzwyczajnego.

Miecia wyciąga glocka i macha mi spluwą przed oczami.

– Właśnie. Bo nie jesteśmy takie, jak pokazują w filmach. Gdybym potrafiła podpalać i niszczyć na zawołanie, to po cóż byłby mi ten pistolet? Nasza moc tkwi głęboko w umyśle, a uaktywnia się podczas wzmożonych frustracji i trudnych chwil. Niełatwo nad nią zapanować, choć można się tego nauczyć. Ale wykorzystywać te zdolności świadomie, to potrafiło w historii świata tylko kilka wiedźm. I wszystkie są już dawno kupką popiołu.

Przemielam te informacje, ale mimo wszystko, nadal czuję się jak w filmie. A nie znoszę fantastyki, science fiction i innych nierealności. Nie mogłam zostać uratowana przez księcia na białym motocyklu i trafić do komedii romantycznej?

– Dobra, przyjmijmy, że jestem wiedźmą. Dlaczego mnie tutaj przywiozłaś? I gdzie jest to TUTAJ? – Usiłuję dojrzeć coś w dole, z którego dobiega szmer, ale nic z tego.

– Przekonaj się sama, siostro.

Motor opada powoli, w końcu opuszczamy tunel. A niech to. Wielką grotę oświetlają dziesiątki kolorowych lampionów, które unoszą się wysoko nad ziemią. Na stalowej płycie stoi chyba kilkaset motocykli. Lądujemy między jednym a drugim harleyem.

– To taki podziemny parking. Tyle, że tu wszystko jest pod ziemią, bo jesteśmy we wnętrzu gwiazdy. Tak gwoli dalszych wyjaśnień.

Ale jazda.

Miecia idzie żwawym krokiem przed siebie, a ja podążam za nią. Teraz nie mam już innego wyjścia. Kobieta wpisuje kod do urządzenia przytwierdzonego do skalnej ściany, wielkie wrota otwierają się ze zgrzytem, jak w starym hangarze. Przed nami rozpościera się ogromna hala, pełna dziwacznych maszyn i innych sprzętów, które nic mi nie mówią. Są też skrzynie, beczki, zużyte opony, blaszane namioty i plączące się pod nogami koty. Czuć smród smaru i innych inności, które towarzyszą wizycie u mechanika. Nie widzę tutaj żadnego faceta, mijają mnie same kobiety. Śmieją się ze mnie, a ja dopiero po chwili przypominam sobie, że jestem w piżamie.

– Witaj w Imperium Wyklętych. A konkretniej, w Bastionie Wiedźm.

– Miecia, twoje konkrety niewiele mi mówią, do cholery! Zaczynam świrować, a te nazwy w niczym nie pomagają!

Kobieta przystaje nagle i chwyta mnie za ramiona.

– Słuchaj mnie teraz uważnie. Powiem ci, dlaczego tutaj jesteś, bo zaraz czeka cię ważne spotkanie. A Kwazimodo nie lubi tracić czasu na tłumaczenia.

Przez chwilę myślę, że robi sobie ze mnie jaja, ale jej twarz wydaje się na takie żarty zbyt poważna.

– E, że z kim? Mówisz o Dzwonniku z Notre Dame?

– Z pewnością był inspiracją do tej ksywy, ale to teraz nieistotne. Słuchaj i nie miel jęzorem!

Potwierdzam tylko głową i zamieniam się w słuch. Nawet zaczęło mnie ciekawić, jakie abstrakcyjne informacje mnie jeszcze czekają. Ciekawe, czy na ich końcu usłyszę śmiech i stwierdzenie: It’s a prank, sis!

– Kojarzysz Żołnierzy Wyklętych?

– No tak, uczennicą to ja akurat byłam wzorową. – Mimowolnie przypominam sobie szkolne lata i nie mogę pojąć, co w nich nastolatkom nie pasuje, że tak szybko chcą dorosnąć.

– Świetnie. Jeden z nich, o pseudonimie Szczur, był kimś wyjątkowym. Ale nie przeczytasz o nim w żadnej książce, nie znajdziesz jego ksywy na żadnej liście zasłużonych ani nawet w internecie. Był samotnym wilkiem, który, tak jak ty i ja, potrafił czynić cuda dzięki swojemu umysłowi. Ale cuda, cuda, nie jakieś tam wysadzenie w powietrze telewizora. Gość posiadał moc tysiąca wiedźm razem wziętych.

– O, to ciekawe. A już myślałam, że tylko kobiety mają supermoce. Należałoby nam się chociaż takie wyróżnienie od życia. – Przez chwilę wyobrażam sobie, jak latam między wieżowcami i strzelam laserowymi wiązkami z oczu. Ja pierdzielę, Alka, odbiło ci już zupełnie!

– Nie wgłębiajmy się w szczegóły. Szczur nie ganiał z karabinem w ręku tak, jak inni. Jego rodzina zginęła w obozie podczas pierwszej wojny światowej i jedyne, o czym marzył, to pomoc uciśnionym ludziom. Schował się pod ziemią, ale głębiej, niż pozostali. Był świadomy swoich możliwości i pragnął stworzyć dzięki nim enklawę dla wyklętych. Ale nie tylko dla żołnierzy. Chciał zmaterializować oazę dla wszystkich prześladowanych na świecie ludzi. I udało mu się. Jego umysł był tak potężny, że twórcze myśli Szczura wywędrowały ponad podziemia Warszawy, ponad chmury, trafiając w kosmiczną przestrzeń. To on wyżłobił wnętrze tej gwiazdy, tworząc schronienie, którego nikt z normalnych ludzi nie jest w stanie odszukać. Niezła jazda, co?

Pomijając te wszystkie farmazony, które opowiada, Miecia wydaje się całkiem spoko laską. Pewnie w normalniejszych okolicznościach, gdzieś tam na Ziemi, mogłybyśmy zostać kumpelami. Jak tutaj okropnie cuchnie! Nigdy nie lubiłam jeździć do mechanika…

– A gdzie on teraz jest? – pytam, bo w sumie jestem ciekawa zakończenia tej cudacznej historii, której nie wymyśliłby chyba sam Tarantino.

– Szczur? – Miecia podrzuca ramionami. – Zniknął. Stworzył to miejsce i wyparował. Choć niewykluczone, że jego świadomość krąży gdzieś między gwiazdami. A wiemy o tym wszystkim od naszego przewodnika. Kwazimodo jest istotą boską i wie wszystko. Został przeklęty przez Bogów Wszechświata za swoją inność. Odnalazł to schronienie jako pierwszy, zbadał jego pierwotne przeznaczenie i okazało się, że to miejsce było mu przeznaczone. Postanowił sprowadzić tu z Ziemi wszystkich ludzi, których można włożyć do kategorii: INNI. Chciał kontynuować misję Szczura. I tak powstały Bastiony Kolorowych, Niepełnosprawnych, Inaczej Myślących, Chorych Psychicznie, a w końcu i Wiedźm.

Hm, czyli mogłam w takim razie trafić gorzej. Chyba lepiej być wiedźmą, niż chorą psychicznie, prawda? A może jedno nie wyklucza drugiego…

– Zgromadziliśmy tutaj pełno ziemskiego szmelcu, z którego Kwazimodo czyni cuda. To on sprawił, że motory latają. Jest nas już wystarczająco dużo, a przygotowania dobiegają końca. Twoje szkolenie będzie więc ekspresowe. – Miecia klepie mnie po plecach jak kumpla spod monopolowego.

– Przygotowania do czego? – dopytuję, oblizując spierzchnięte wargi. Czuję nasilające się, dobrze mi znane objawy. Zbliża się kac, damn it.

– Do zemsty! – krzyczy entuzjastycznie Miecia. – Czas zemścić się za te setki lat upokorzeń i tortur. Za te wszystkie stosy, na których spłonęły nasze siostry. Każdy z Bastionów ma swoje indywidualne powody rzecz jasna, ale ich mieszkańcy myślą jednomyślnie: ludziom należy się kara.

– E, czekaj czekaj, po kolei. Czyli, że co? Planujecie zaatakować Ziemię na latających motorach niczym jakieś kosmiczne ludki? Dobrze zrozumiałam?

– Dokładnie tak. Choć akurat motocykle są przeznaczone dla wiedźm. Tacy niepełnosprawni chociażby mają swoje wózki. Oczywiście też z ekstra napędem.

Oddycham z coraz większym trudem. Czy tutaj jest w ogóle dostęp powietrza? Chyba mogłam jednak wybrać opcję z policjantami i natrętnym sąsiadem…

– I to pomysł tego całego Kwazimoda?

– No tak.

– I tak po prostu mu zaufałyście? – Moja podejrzliwość w stosunku do ludzi od pewnego czasu sięga poziomu krytycznego.

– A ty nie zaufałabyś boskiej istocie, która sprawiła, że odnalazłaś ukojenie? Tutaj w końcu poczujesz się wolna, zobaczysz. Ale koniec gadania. Przelecimy teraz szybko skrótowymi szybami do jego gabinetu. Tam oficjalnie rozpoczniesz swoje wiedźmie szkolenie. Może nawet dostaniesz pokój gdzieś blisko mojego?

 

*

 

Opuszczamy halę, przeciskamy się przez wąski korytarz, zatrzymujemy nad przepaścią. Wszystko oświetlają lewitujące lampiony, które pasują do tutejszego designu jak gówno do obiadu. Dziwny gust ma ten cały Kwazimodo, o ile wystrój jest również jego sprawką. Nagle z jednego z szybów wyłania się blaszana kula. Wygląda jakby zbił ją z najgorszych odpadów Mietek po dwóch jabolach. Wystające śrubki, rdza, wgniecenia. I drzwiczki, które same się właśnie otworzyły, wisząc teraz na jednym zawiasie.

– Te cuda mają już dobre kilkadziesiąt lat, ale spokojna twoja główka. Działają dzięki tej samej mocy, która napędza motocykle. Nie ma bata, aby miała miejsce jakaś awaria – tłumaczy Miecia, po czym wchodzi do kuli jako pierwsza.

– Jasne. Nigdy nie widziałam bezpieczniejszego środka transportu – stwierdzam i również przeciskam się przez wąski otwór, bo jakież mam inne wyjście?

Drzwiczki się zamykają, kula rusza. Trochę trzęsie, trochę skrzypi, ale w samolocie do Egiptu było gorzej. Nie ma okna, więc nie można podziwiać widoków, choć mroczne korytarze wnętrza gwiazdy nie byłyby raczej wielką atrakcją turystyczną. Przez dłuższą chwilę siedzimy w ciszy, ale w końcu zagaduję do Mieci:

– Na jakiej podstawie wybieracie, kogo tutaj przytaszczyć? Decydowanie o losie innego człowieka jest mało, hm, humanitarne. I takie staroświeckie trochę.

– A co, fajne życie miałaś? – Wiedźma dłubie pod czarnym paznokciem. Wygląda na nieco zmęczoną.

– No, nie. Ale to nie znaczy, że nie mogłam go zmienić. Miałam plany. Odzyskałabym opiekę nad córką, skończyłabym z piciem, znalazła pracę. Wszystko by się ułożyło.

– Nic by się nie ułożyło, Alka. Jesteśmy skazane na niepowodzenia w tamtym świecie. Nasz dar jest zarazem naszym przekleństwem. Poza tym, każdy ma wybór. Chory psychicznie, kolorowy, wiedźma. Jak tylko uznasz, że wolisz wrócić, możesz zabrać się z powrotem z najbliższą ekspedycją. Choć tak po namyśle, ostatnia ekspedycja miała miejsce tydzień temu. Wraz z nią dotarła tutaj reszta niezbędnego do rozpoczęcia ataku sprzętu. W zasadzie jesteś ostatnią, nową buntowniczką. Ale nie roztrząsaj tego, proszę. Przyjdzie czas, kiedy nam jeszcze podziękujesz.

Kula gwałtownie się zatrzymuje, prawie rąbię czołem o blaszaną ściankę. Drzwiczki otwierają się ze zgrzytem. Prędko wychodzę na zewnątrz, chcąc szybko zaczerpnąć odrobiny powietrza. W sumie, jakim cudem w ogóle się tutaj oddycha? Przed oczami mam łukowate, stalowe drzwi, na których widnieje złoty napis:

 

Inność uszlachetnia.

 

Z czymś mi się ten tekst kojarzy, ale nie wiem w tym momencie, z czym.

– Właź sama, czeka już na ciebie. Widzimy się później.

Blaszana kula odlatuje i znika w ciemnym szybie. Podchodzę do drzwi, kładę dłoń na lodowatej klamce. Waham się. Co ja tu do cholery tak naprawdę ro…

– Wejdź, Alicjo. – Słyszę nagle. Patrzę po skalnych ścianach, ale nie widzę żadnych kamer ani innych urządzeń. No tak, przecież ten gościu jest ponoć istotą boską, więc po co mu kamery. Mam tylko nadzieję, że nie potrafi czytać w myślach. Jestem w nich zbyt bezpośrednia.

Naciskam, wchodzę do gabinetu. Na wstępie zaczynam kichać, coś ewidentnie mnie tutaj uczula. Pomieszczenie jest niewielkie. W zasadzie, nie wiem dlaczego, ale spodziewałam się złotego tronu i innych rzeczy, które byłyby odpowiednie dla kogoś z taką rangą. A widzę tylko zwyczajne, białe plastikowe krzesło, stojące tuż obok drewnianego stoliczka. Komoda i biblioteczka wyglądają na takie, które pamiętają jeszcze drugą wojnę światową. Pomieszczenie oświetla jeden, purpurowy lampion. Na blacie stoliczka leży sterta książek i zapisanych ręcznie kartek.

– Witaj w swoim nowym domu – mówi Kwazimodo, wyłaniając się zza brązowej kotary, która zasłania tylną ścianę gabinetu. Dochodzi stamtąd jednostajny dźwięk zbliżony do tego, jaki wydaje wirująca pralka. O dziwo, gospodarz również gada po polsku, choć słyszę jakiś ciężki akcent, może niemiecki? W sumie jako Bóg może znać chyba wszystkie języki. No i rzeczywiście, o ile nie zawodzą mnie wspomnienia z dziecięcych lat, przypomina postać z książki. Ma wielki garb na plecach, przez który jest tak mocno zgięty w pasie, że głowę ma na wysokości brzucha. Oczy napuchnięte, twarz pełna nabrzmiałych krost. Mnisia fryzura przypomina tę na łepetynie Zaczkowskiego.

– Dzień dobry – zaczynam grzecznie, choć pewnie długo nie wytrzymam takiego tonu.

– Weźmiesz ten podręcznik. Tutaj masz wszystkie instrukcje. Zamieszkasz w bloku południowym, twoją przełożoną jak i trenerką będzie Mieczysława. Za niespełna miesiąc rozpoczynamy inwazję, więc musisz się przyłożyć.

Dopiero teraz dostrzegam, że Kwazimodo gada do mnie, a jego usta wcale się nie ruszają. Siada na krześle, a na kolana wyskakuje mu czarny kocur. Teraz nadal słyszę męski, sepleniący głos, a widzę poruszający się koci pyszczek:

– Najważniejsze, abyś nauczyła się panować nad zdolnościami swojego umysłu. Nie chcemy, abyś w euforii wysadziła motocykl, na którym będziesz akurat siedzieć lub zrobiła coś innego, co będzie niepotrzebnym utrudnieniem podczas ataku. No i strzelanie. Drugą istotną sprawą jest nauka strzelania. Na wstępie to wszystko.

Myślałam, że nic mnie już tutaj nie zaskoczy, ale właśnie słucham garbatego Boga, który mówi do mnie za pomocą kota. To już jakaś przesada…

– Tak, jedną z wielu moich ułomności jest również to, że jestem niemową. Ale, jak widzisz, znalazłem sposób, aby sobie poradzić. Koty są całkiem niezłymi przekaźnikami.

Czyli jednak skubany czyta w myślach.

– A co, jeśli nie chcę zostać żadną buntowniczką? Wielu ludzi nienawidzę, ale nie uważasz, że zemsta na ogóle to przesada? O samym mordowaniu nie wspominając? Mam tam córkę i nie pozwolę jej skrzywdzić. – No, w końcu jestem sobą. Mówię, co myślę.

– Spokojnie, Alicjo. – Słowa przerywa na moment ciche mruczenie. – Plan jest bardziej skonkretyzowany. Gdybyśmy chcieli zniszczyć wszystko i wszystkich, to przez ostatnie pięćdziesiąt lat pracowałbym nad bombą, która zniszczyłaby całą planetę, zamiast skupiać się na tworzeniu armii. Ucierpią tylko ci, którzy na to zasługują, uwierz mi.

– A skąd możesz być pewien, kto zasługuje na śmierć? – Zaczyna mnie irytować. Nie znoszę ludzi, którzy uważają się za najmądrzejszych. To cecha charakterystyczna dla polityków, czyli między innymi mojego byłego męża. A boskość tego tutaj osobnika wcale niczego nie zmienia.

– Wiem to tak samo dobrze, jak wiedziałem to, że potrzebujesz pomocy. Wszystkie szczegóły poznacie w dzień rozpoczęcia inwazji, ponieważ z pewnych względów nie mogę ich wcześniej zdradzić. Teraz skup się na szkoleniu i nie zadawaj tylu pytań, a wszystko się z czasem wyjaśni. I będziesz całować jeszcze w podzięce moje krzywe, boskie kulasy.

Ta, z pewnością.

– Się okaże – stwierdzam i zabieram z blatu książkę, którą mi podsunął.

Kot przymyka powieki, a jego właściciel robi to samo. Czyżby tak po prostu sobie zasnęli? Wychodzę z gabinetu pełna rozdarcia, złości, zwątpienia. To wszystko jest tak szalone i niewiarygodne, że mam ochotę wskoczyć w przepaść, żeby sprawdzić, co się stanie. Nagle jednak na skraj skalnej półki podlatuje blaszana kula. Wchodzę do środka i słyszę głos, podobny do tego na peronach:

– Kierunek: blok południowy. Czas przejazdu: cztery minuty.

No i świetnie. Ciekawe, czy nowy pokój okaże się przytulniejszy od mojej kawalerki.

 

*

 

Okazałam się całkiem pojętną uczennicą.

Po ponad trzytygodniowym szkoleniu glock mnie słucha, a kule nawet dość często trafiają w treningowe tarcze. Chyba też nauczyłam się kontrolować swoją moc. Miecia przychodziła po mnie każdego ranka, a raczej po czasie przeznaczonym na sen, bo tutaj pora dnia nie ma racji bytu. Jadłyśmy konserwy z puszki i zimne parówki, gadając przy tym o wszystkim i o niczym, jak przyjaciółki na studiach. Potem była strzelnica. Kilka godzin nieustannego naciskania na spust, aż dłoń cierpła. Popołudniu trafiałam do klitki, w której zmuszana byłam oglądać na wielkim ekranie najboleśniejsze wspomnienia. Jakby monitor wiszący na skalnej ścianie był podpięty do mojego mózgu niewidzialnym kabelkiem.

Jednego dnia widziałam więc moment, w którym pierwszy raz mnie ten skurwiel uderzył.

Drugiego dnia oglądałam noc, podczas której dowiedziałam się o jego zdradach.

Potem było jeszcze zrobienie ze mnie matki alkoholiczki, odebranie mi praw do opieki nad córką i skuteczne wmówienie jej, że mama ma ją gdzieś. Na końcu zaś widziałam swoją zmarnowaną twarz, zdruzgotaną winem, samotnością, teraźniejszością.

Na początku monitory roztrzaskiwały się jeden po drugim. W końcu jednak, dzięki wskazówkom Mieci, nauczyłam się panować nad frustracją. Zaczęłam traktować widziane obrazy jako relikt przeszłości. Coś z innego świata, z innego wymiaru. Coś, co mnie już nie dotyczy. Przecież jestem tu, a to wszystko zostało tam.

Jutro rozpoczyna się inwazja, a wczoraj obejrzałam cały seans i nie wydarzyło się nic złego, więc oficjalnie mam zakończyć szkolenie rzutem na taśmę. Wychodzę z pokoju, a raczej ze skalnej szczeliny, do której wciśnięto materac (jednak kawalerka była lepsza) i wpadam na Miecię.

– Hej, kochaniutka. Leć z tym do Kwazimoda. Przydzieli ci stanowisko na czas ataku. Mam nadzieję, że będziesz w moim oddziale. – Wiedźma mruga i wręcza mi kartkę, na której widnieje pieczątka z zielonym napisem: Wynik szkolenia: pozytywny.

– Do zobaczenia później – mówię i od razu idę w stronę szybów.

Polubiłam ją. Nigdy nie miałam bliskiej przyjaciółki, a Miecia serio jest super babką. Zdołała mnie nawet prawie przekonać do tego wszystkiego. Do ataku, do mojej w nim roli, do nowego życia i zostawienia za sobą poprzedniego. Prawie, bo jednak wciąż jest na Ziemi ktoś, na kim bardzo mi zależy. No i jeszcze dręczy mnie ten garbaty Bóg. Dziwnie patrzy mu z tych spuchniętych oczu, a i ten jego kocur nie jest do końca normalny.

Blaszana kula szybko transportuje mnie pod gabinet. Już mam naciskać klamkę, kiedy słyszę dobiegające zza stalowych drzwi jęki. Są dziwnie znajome. I z całą pewnością należą do kobiety.

Otwieram delikatnie, patrzę przez szparę. Kwazimodo posuwa młodą, czarnoskórą wiedźmę na drewnianym stoliczku. Szybko i całkiem sprawnie, jak na kogoś, kto podczas ostatniego naszego spotkania ledwo powłóczył kulasami. Wykonuje ostatnie, mocne pchnięcie. Skulony w kącie czarny kot miauczy, po czym wbiega za brązową kotarę. Przez krótką chwilę, za poruszonym przez zwierzę materiałem, dostrzegam fragment dziwacznej aparatury. Ciekawe, co garbaty tam skrywa…

– Wejdź. – Słyszę jego stłumiony głos dobiegający z kociego pyszczka ukrytego za kotarą.

No to wchodzę. Kwazimodo naciąga niezgrabnie spodnie moro i, kuśtykając, doczłapuje do krzesła. Siada z łoskotem. Młoda wiedźma zabiera pospiesznie ubranie i wybiega z gabinetu. Gdy mnie mija, widzę na jej twarzy uśmiech. Żadnego zniesmaczenia, obrzydzenia, strachu. Młoda i pewnie zdesperowana, bo tu same baby…

– Zmusiłeś ją do tego? – pytam wprost, bo jednak trudno mi uwierzyć w taki scenariusz.

Czarny kocur znowu się ujawnia i wskakuje na kolana swego pana.

– A wyglądała na zmuszoną?

Nic nie odpowiem, bo w zasadzie nie mam dobrego argumentu. Kładę na blacie kartkę z pieczątką przybitą przez Miecię.

– Gratuluję. Jesteś ostatnią zwerbowaną i wyszkoloną wiedźmą. Na Ziemi nie ma już ani jednej. Teraz możemy w końcu przystąpić do wiekopomnego dzieła. To wy jesteście najsilniejszą stroną armii Imperium Wyklętych. Reszta to tylko piechurzy na pierwszy front.

No proszę, nawet w czymś tak absurdalnym jak kolejność przenoszenia wiedźm do wnętrza gwiazdy jestem ostatnia. Cóż, przywykłam, że życie z dnia na dzień przestało mnie rozpieszczać.

– To ostatnie zdanie nie zabrzmiało dobrze – stwierdzam.

– Jest wojna, są ofiary. – Kwazimodo kładzie dłoń na blacie i stuka o niego krzywymi, długimi paznokciami.

– Jaki mam przydział? – ponaglam, bo chcę jak najszybciej stąd wyjść.

– A, tak. Będziesz w oddziale Mieczysławy, bo z tego, co wiem, dobrze się dogadujecie. Możesz iść. Czas rozpocząć ostateczne przygotowania.

No, w końcu. Podchodzę do drzwi, ale coś mnie zatrzymuje. Odwracam głowę i pytam:

– Co jest za tą kotarą?

Kwazimodo zaciska nagle dłoń w pięść. Smród z jego gęby czuję nawet teraz, choć dzieli nas dobre kilka metrów.

– Alicjo, zadajesz okropnie dużo pytań, jak na wiedźmę. A teraz odejdź, nawet bóstwo musi odpocząć przed tak ważnym dniem.

Nie ma sensu się więcej odzywać, więc posłusznie opuszczam gabinet, podchodzę na skraj przepaści i czekam na blaszaną kulę. Nastają chwile, takie jak ta, że wszystko mi się miesza. Tamto życie z tym. Patrzę na siebie. Na glany, poszarpane dżinsy, ciemną, skórzaną kurtkę z ćwiekami i spluwę za pasem. Wszystkie wiedźmy noszą ten sam strój, jak w wojsku. A ja jestem teraz jedną z nich. Mimo to, przebłyski z ziemskiego życia uderzają do głowy w najmniej spodziewanych momentach. A teraz powinnam skupić się nad przygotowaniami do ataku.

Tylko dla kogo, po co, i czemu tak łatwo zdecydowałam się w tym uczestniczyć? Czyżby mną również, tak jak wszystkimi tutaj, kierowała niepohamowana, skryta gdzieś głęboko, żądza zemsty? Zemsty za wszystkie niesprawiedliwości tego świata, które zostawiają w nas nieskończenie jątrzące się rany?

 

*

 

W hali panuje wielki harmider.

Nastał ten dzień. Wszędzie kotłują się wiedźmy różnej narodowości, każda robi swoje. Jedne są odpowiedzialne za sprawdzanie stanu technicznego motocykli, inne łażą z kanistrami i dolewają paliwo. Tak, latające motory spalają paliwo, też mnie to zdziwiło. Pełny bak wystarcza idealnie na podróż między gwiazdą a Ziemią i z powrotem. Ciekawe, jak to ten wszechmocny brzydal obliczył. Jeszcze inne upychają do bocznych skrzynek harlejów granaty oraz inne wybuchowe cacka. Mnie jednak te zabawki nie dotyczą. Jestem w oddziale Mieci, a oddział Mieci jest oddziałem najlepszych strzelców w całym Bastionie Wiedźm. W miesiąc, z nieudaczniczki i alkoholiczki, stałam się elitarnym żołnierzem. Powiedziałabym, że brzmi to dość absurdalnie, ale wyjątkowo często nadużywam tego słowa.

Nagle nachodzi mnie pewna myśl. Podchodzę do Mieci, która szpera w stalowym kufrze, i zagaduję:

– Nie uważasz, że to dziwne, iż szczegóły ataku mamy poznać tuż przed samym atakiem?

– Alka, dajże już spokój z tymi wątpliwościami. Kwazimodo zaraz tu przyjdzie i wszystko nam wyjaśni. Zapewne miał ważny powód, aby nie zdradzać wcześniej szczegółów planu. A on się nie myli, pamiętasz?

Ta. Gdyby Bóg, bogowie, czy ktokolwiek tam czuwa nad żywymi istotami był nieomylny, to nie byłoby tyle syfu na świecie. I nas nie byłoby teraz tutaj. Nachodzi mnie właśnie nieodparta chęć zachowania się jak nieposłuszna dziewczynka. W jego gabinecie musi być coś, co potwierdzi lub rozwieje moje wątpliwości. Dobra, Szerloczko, czas zagrać finałową scenę!

– Zaraz wracam. Kiedy zaczynam się stresować, co chwilę chcę mi się sikać.

Biegnę w stronę szybów transportowych, słysząc za plecami śmiech Mieci:

– A to ty się kiedykolwiek stresujesz?

Często, tylko dobrze to ukrywam.

 

*

 

Wyskakuję z blaszanej kuli na skalną półkę.

Kilka metrów dalej stoi coś, co przypomina helikopter, tylko bez śmigieł. Kwazimodo wrzuca do pojazdu skórzane walizki, pogwizdując pod spiczastym nosem. Gdy mnie zauważa, momentalnie się garbi i zaczyna charczeć.

– Alicja… Co ty tu robisz?

Mam cię, brzydalu.

– Mogłabym szefa zapytać o to samo. Czekamy na wytyczne, a widzę, że szef ma czas, aby wybrać się na wycieczkę prywatnym odrzutowcem.

Kwazimodo śmieje się i udaje, że wszystko ma pod kontrolą. Ja jednak dostrzegam w jego oczach zmieszanie, które nieraz widywałam też u byłego męża, gdy kłamał i kręcił.

– Moja droga, co ty wygadujesz? Właśnie przygotowuję swój środek transportu na Ziemię i pakuję niezbędne rzeczy w razie, gdybyśmy nie byli już w stanie tutaj wrócić. Wszystko bowiem może się zdarzyć. W czym problem?

– W tym, że kiedy ruchasz albo rzucasz ciężkimi walizami, to twoja ułomność nagle znika. Co więc pod nią ukrywasz, hę?

Znowu zaciska pięści. Robi to zawsze, gdy zadaję niewygodne pytania. Tym razem aż bieleją mu knykcie, a żyłka na skroni zaczyna pulsować.

– Wracaj do hali! To rozkaz! – drze się. Zaraz, zaraz. Czy on rusza gębą? Co się stało z kotem?

– Nikt mi nie będzie już nigdy rozkazywał.

Mimowolnie zaczynam widzieć przed oczami wyparte z głowy obrazy. Wszystkie najgorsze chwile, które oglądałam w ostatnich tygodniach na monitorach. Wzbiera we mnie frustracja. Kotłuje, szaleje, a ja czuję, jak chce się uwolnić. I tym razem robię coś odwrotnego, niż podczas szkoleń. Nie próbuję jej powstrzymać ani zgasić. Zlewam wszystkie sceny w jeden wielki obraz nieszczęść i koncentruję wzrok na krętaczu.

Krzyk!

Błysk.

Wrzask!

Stoi przede mną rosły mężczyzna o nienagannej sylwetce, choć włosy i brodę ma już całkiem siwe. Ma na sobie ciemny, obcisły mundur, a na szyi widnieje tatuaż…

Kurwa, ja pierdolę.

Swastyka!

– Wiedziałam! Ty garbaty chuju, kim tak naprawdę jesteś? Hitlerem w innym wcieleniu?

Kwazimodo, który nie ma już niczego wspólnego z postacią od ksywy, wygląda na wielce zaskoczonego tym, co się stało. I dobrze. Nawet nie zdąża zareagować w jakikolwiek sposób, gdy wyciągam pistolet. Teraz mierzę prosto w niego i to ja rozdaję karty.

– Alicjo, nie przejrzałem cię wystarczająco, mój błąd. Ale skoro już mnie rozebrałaś, to się przedstawię. Moje prawdziwe przezwisko to Szczur.

Dalej kręci!

– Nie wierzę! Nie możesz być Żołnierzem Wyklętym!

Śmieje się, zupełnie ignorując fakt, że jego życie zależy od mojego palca.

– I nie jestem. Sam wymyśliłem tę historyjkę. To znaczy, nie tyle wymyśliłem, co zmieniłem w niej pewne fakty. To ja stworzyłem to miejsce, choć cel przyświecał mi nieco inny. Jeśli zamienisz sobie słowo enklawa na więzienie, to wszystko staje się jaśniejsze, prawda? A skoro już użyłaś pewnego imienia, zaznaczę, że jestem spokrewniony z tym, który miał zostać władcą świata, tworząc jedyną słuszną nację. I to ja dokończę jego dzieła. A przede wszystkim wykończę was, odmieńców. I stanie się to już dzisiaj. A nawet zaraz.

– Musiałeś mieć niezwykle smutne życie, skoro tak nienawidzisz inności, ale pomogę ci i zaraz je zakończę.

Znowu rechocze, za nic mając moje słowa.

– Jesteś głupia! Wszystko to, co stworzyłem, zrobiłem dzięki mocy swojego umysłu! Niestety mój, paradoksalnie, w przeciwieństwie do waszych, potrafi tylko tworzyć, tak więc do egzekucji, której będziesz niebawem świadkiem, musiałem posłużyć się nieco techniką.

– Ostrzegam po raz ostatni…

– Myślisz, że śmierć materialnego ciała coś zmieni? Jestem przekonany, że moja świadomość…

Naciskam spust.

Kula trafia między oczy. Facet zwala się na ziemię, uderzając twarzą o skałę. Nie mogłam słuchać już więcej jego wywodów. Nie roztrząsam tego, co się przed chwilą wydarzyło. Zamiast tego wpada mi do głowy pewna istotna myśl. Skoro zgromadził nas tutaj, żeby nas wykończyć, a dziś jest dzień ostateczny, to…

Zaczynam grzebać w kieszeniach trupa, ale niczego nie znajduję. Wywalam walizki z niby helikoptera, wysypuję zawartość, ale widzę sam szmelc. I nagle mnie oświeca. Wbiegam do gabinetu. Czarny kot stoi przed brązową kotarą i stroszy sierść. Patrzy na mnie żółtymi ślepiami, w których widzę znajome skurwysyństwo.

Jestem, jaka jestem, ale do krzywdzenia zwierząt mi daleko. Tym razem jednak muszę zrobić wyjątek, bo mam nieodparte wrażenie, że w tym sierściuchu siedzi jakaś cząstka świrniętego nazisty.

Strzelam. Trafiam za pierwszym razem. Szkolenie nie poszło na marne. Odsłaniam kotarę i widzę… maszynę, która pompuje lampiony, wprowadza do nich jakieś migoczące urządzenia, po czym wpuszcza do rury, która znika gdzieś w ścianie. Na wyświetlaczu widzę licznik, który wskazuje niespełna dwadzieścia minut. Sekund ubywa.

Jasna cholera! Te lampiony, które są wszędzie, to tak naprawdę…

 

*

 

Miecia pogłaśnia komórkę i słuchamy nadawanych na żywo wiadomości:

Jesteśmy świadkami najważniejszego wydarzenia w dziejach ludzkości. Tysiące pojazdów obcej cywilizacji unosi się nad Warszawą, a prezydent wraz z najlepszymi dyplomatami jest już gotowy do negocjacji. Dlaczego przybyli? Czy są nastawieni pokojowo? Jeden fakt jest jednak nie do podważenia. To nasz wspaniały kraj wybrali do pierwszego kontaktu!

– Ha, nieźle. Nawet w takim wiekopomnym momencie trzeba słodzić władzy. – Śmieję się i patrzę z góry na malutką stolicę.

Zwialiśmy wszyscy w ostatnim momencie, jak w filmie. W pięć minut wróciłam do hali, w drugie pięć starałam się wytłumaczyć i streścić wszystko jak najszybciej i najlepiej zarazem. Potem poszła wiadomość do pozostałych bastionów no i ekspresowa ewakuacja. A później huknęło wielkie boom, podczas którego byliśmy już na szczęście w tunelu między gwiazdą a Ziemią.

– Tak sobie myślę, że szkoda byłoby zmarnować ten cały sprzęt, lata przygotowań i w ogóle. Może chociaż wystrzelamy, no nie wiem, samych polityków? W końcu mówiłaś, że ich nienawidzisz. Pewnie bez zawahania, tak jak niegdyś królowie, kazaliby spalić nas na stosach, gdyby dowiedzieli się, kim jesteśmy.

Miecia niby dobrze gada, ale…

– Wiesz, z jednej strony z chęcią ukarałabym męża i kilku innych ludzi, ale żeby od razu za pomocą glocka? Czy różniłybyśmy się wtedy od tego, który nas wszystkie omamił? Od tych, którzy zrujnowali nasze życia? Od tych, którzy z pełną premedytacją palili nasze siostry?

– Alka, taki poważny ton do ciebie nie pasuje. – Miecia siedzi przede mną i chichocze. Jej loki chlastają mi twarz, wiatr dmucha mocno, próbując zwalić nas z tego samego harleya, na którym siedziałyśmy pierwszego dnia znajomości. Tylko teraz saga dobiega końca, a Voldemort jest już gwiezdnym pyłem.

– To co robimy? – pytam, bo nikt przecież nie zakładał planu B. No dobra, ja zakładałam, ale nie zdążyłam go opracować.

– Mam pewien pomysł. Słyszałam, że jest kilka wysp, które można kupić. Jak sprzedamy wszystkie motocykle, to i na wypasione jachty powinno zostać. A za latające ile dostaniemy! Swoją drogą dziwne, że nadal latają, skoro Kwazimodo jest trupem.

Właśnie, dziwne. Może jego świadomość, dusza, czy jak zwał tak zwał, rzeczywiście w jakiś sposób przetrwała?

– I co dalej? – Wizja rajskiego życia zaczyna mi się nawet podobać.

– No jak to co? Wyspy to będą nasze bastiony. Bastiony innych. Oczywiście wiedźmy biorą tę największą, w końcu to jedna z nas uratowała wszystkim dupy. Stworzymy swoje własne Imperium Wyklętych.

Analizuję przez krótką chwilę ten pomysł i dochodzę do wniosku, że lepszego nie wymyślę.

– Tylko zabierzemy ze sobą taką jedną dziewczynkę. A potem dam jej oczywiście wybór.

Miecia dodaje gazu i nurkuje w stronę Warszawy, przekrzykując świszczący wiatr:

– Kieruj, skarbeńku!

Koniec

Komentarze

No sympatyczne, jak na fantasy oczywiście. W kilku miejscach się uśmiałam, czytało się gładko. Jak rozumiem te wiedźmy to takie urodzone pomiędzy 1970 a 2000 New Age-owe obdarzone nadnaturalnymi mocami, indigo kids? Natknęłam się na wzmiankę o nich po obejżeniu teledysku Moloko "Indigo" szukając tłumaczeń tekstu, zachwycona sposobem tańca Roisin Murphy. "Czy nie jestem zbyt sexi jak na zombie?" RAMAZIS KOLOSOS!

Let adrenaline bring you focus and blissful calmness

Astrid, dzięki za pierwszy komentarz. Owszem, owe wiedźmy są wiedźmami współczesnymi, także i w dzisiejszych czasach trza uważać na kobiety :) Szczególnie, gdy się rozgniewają. Pozdrawiam!

Fabuła prosta, ale fajnie wygląda, kiedy krzywdzone przez wieki wiedźmy biorą sprawy w swoje ręce. Sympatycznie się czytało.

dzię­ki wska­zów­ką Mieci,

Wskazówkom.

Babska logika rządzi!

Kilka drobiazgów, które rzuciły się w oczy przy czytaniu:

“Telewizor eksploduje nagle niczym mydlana bańka” – bańki nie eksplodują, eksplozja wiąże się z falą uderzeniową. To porównanie wpłynęło na mój odbiór tego, co stało się z tv, bo wyobraziłam sobie takie delikatne ‘puff’, a potem przeczytałam, że to był wybuch na tyle konkretny, że sąsiad policję wezwał.

“ często coś przy mnie wychucha,” – literówka

“piżamę w różowe słonie oraz wełniane skarpetki” – pierwsze skojarzenie: piżama w wełniane skarpetki? Lepiej: wełniane skarpetki oraz piżamę w różowe słonie.

“Przemielam te informacje” – zgrzytnęło mi użycie czasu teraźniejszego z czasownikiem dokonanym.

 

Jeśli chodzi o treść, to w pomyśle widzę duży potencjał. Kobieta zniszczona przez mężczyznę, z rozwaloną przez niego psychiką (wszak na początku eksmąż wydaje się dobrodziejem, zostawił mieszkanie, pieniądze , dopiero później się okazuje, że bił, zdradzał i odebrał dziecko) – dobrze Ci wyszedł portret ofiary syndromu sztokholmskiego. W ogóle – nie wiem, czy zgodnie z Twoją intencją – ale interpretuję całość jako metaforę leczenia traumy/depresji – Alka będąc na dnie otrzymuje pomoc od kobiety, która staje się jej przyjaciółką, rozpoczyna psychoterapię, zaczyna rozumieć co się z nią dzieje i odkrywać prawdę. Godzi się ze sobą, symbolicznie wybacza mężowi (nie chce go zabić). Zabicie “Hitlera” to takie symboliczne zerwanie z tym, co było złe w przeszłości. Na tym poziomie bardzo mi się Twoja koncepcja podobała.

Trochę gorzej, w kwestii literalnej. Za dużo ekspozycji na samym wstępie, za dużo infodumpów, gdy Miecia wyjaśnia zasady działania świata. Tak naprawdę, te wszystkie szczególiki nie były do niczego potrzebne (nie zrozumiałam, jaki sens miało wplecenie w to Żołnierzy Wyklętych i nowej wersji Hitlera). To, że Kwazimodo ściemniał, imo było zbyt oczywiste. Wydaje mi się, że przydałoby się to i owo przeredagować, bardziej pokazać tę “sektę wiedźm” w codziennym funkcjonowaniu, w akcji, niż opowiadać dialogiem.

Niemniej, biblioteka imo się należy.

 

Finklo

Cieszę się, że tym razem przypasowało :) Dzięki za przeczytanie, wyłapanie babola i klika :)

 

Bello,

Uwagi celne, zmieniłem wszystko prócz bańki. Muszę pomyśleć nad jakąś nietuzinkową metaforą xD

Super, że dostrzegłeś pewne aspekty, bo bardzo celnie odgadłaś moje intencje. Cała ta historia była właśnie niejako terapią głównej bohaterki. Szaloną terapią, ale taką, która skutek odniosła. A jeśli chodzi o Żołnierzy Wyklętych czy potomka Hitlera, to jest druga płaszczyzna, na której chciałem oprzeć ten tekst. Jedna to właśnie radzenie sobie z syndromem sztokholmskim oraz depresją w ogóle, a drugi to sprawa inności jako takiej. Bo przecież w tekście mowa nie tylko o wiedźmach, ale też o tych innych, mniej fantastycznych, ale równie prześladowanych w pewien sposób grupach społecznych. Reasumując całość, choć momentami wydawać się mogła prostą historią, przynajmniej w założeniu dotykać miała kilku drażliwych tematów. Informacji rzeczywiście może za dużo przemyciłem w dialogach, muszę w najbliższym czasie popracować nad odpowiednim przekazywaniem informacji o świecie. 

 

Dziękuję dziewczyny za poświęcenie czasu na ten nie najkrótszy przecież tekst :)

 

Cieszę się, że przynajmniej w jednej płaszczyźnie dobrze odczytałam intencje. A nad metaforą myśl.

Zdawałoby się, że to prosta historia dziewczyny po przejściach, stłamszonej, porzuconej i uzależnionej, ale opisana na tyle brawurowo i miejscami niepozbawiona swoistego humoru, że czytałam ją z niekłamanym zainteresowaniem. Najmniej podobało mi się, że wszystkim kierował Kwazimodo, do którego od pierwszej chwili poczułam szczerą antypatię, dlatego cieszę się, że w finale Alicja wzięła sprawy i glocka w swoje ręce. ;)

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Wsta­ję ocię­ża­le, od­kła­dam bu­tel­kę, która bę­dzie mu­sia­ła po­cze­kać na opróż­nie­nie te dwie mi­nu­ty… → Butelka nie będzie czekać, bo z odłożonej wino wyleje się samo.

Proponuję: Wsta­ję ocię­ża­le, odstawiam bu­tel­kę

 

Otwie­ram za­ma­szy­ście drzwi i za­czy­nam li­ta­nie: → Literówka.

 

prze­ję­cie opie­ki nad Zośką już cał­kiem szlak trafi. → …prze­ję­cie opie­ki nad Zośką już cał­kiem szlag trafi.

 

wy­glą­da na dro­gie­go Har­leya. → …wy­glą­da na dro­gie­go har­leya.

Nazwy pojazdów piszemy małą literą. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

no­gaw­ki po­szar­pa­nych je­an­sów. → …no­gaw­ki po­szar­pa­nych dżinsów.

Używamy pisowni spolszczonej.

 

ryk Har­leya musi się nie­źle nieść po ko­ry­ta­rzu. → …ryk har­leya musi się nie­źle nieść po ko­ry­ta­rzu.

 

Ktoś szar­pie za klam­kę. → Ktoś szar­pie klam­kę.

 

do­da­je gazu, Har­ley ryczy. → …do­da­je gazu, har­ley ryczy.

 

mię­dzy jed­nym a dru­gim Har­ley­em. → …mię­dzy jed­nym a dru­gim har­ley­em.

 

Ale cuda cuda, nie ja­kieś tam… → Dwa grzybki w barszczyku, czy celowe powtórzenie? Jeśli celowe, brakuje przecinka.

 

tylko ko­bie­ty mają super moce. → …tylko ko­bie­ty mają supermoce.  

 

Ja pier­dzie­le, Alka, od­bi­ło ci już zu­peł­nie! → Literówka.

 

Po­po­łu­dniu tra­fia­łam do cia­snej klit­ki… → Masło maślane – klitka jest ciasna z definicji. Wystarczy: Po ­po­łu­dniu tra­fia­łam do klit­ki

 

Wiedź­ma mruga okiemwrę­cza mi do ręki kart­kę… → Brzmi to nie najlepiej.

Proponuję: Wiedź­ma mruga i wrę­cza mi kart­kę… Lub: Wiedź­ma puszcza oko i wrę­cza mi kart­kę

 

Już mam na­ci­skać na klam­kę… → Już mam na­ci­skać klam­kę

 

Młoda wiedź­ma za­bie­ra po­spiesz­nie ubra­nia i wy­bie­ga z ga­bi­ne­tu.Młoda wiedź­ma za­bie­ra po­spiesz­nie ubra­nie i wy­bie­ga z ga­bi­ne­tu.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach w i szufladach. Odzież, którą mamy na sobie to ubranie.

 

Na glany, po­szar­pa­ne je­an­sy… → Na glany, po­szar­pa­ne dżin­sy

 

Mimo to, prze­bły­ski z Ziem­skie­go życia→ Mimo to prze­bły­ski z ziem­skie­go życia

 

W hali pa­nu­je jeden wiel­ki har­mi­der. → A może wystarczy: W hali pa­nu­je wiel­ki har­mi­der.

 

wiedź­my o róż­nej na­ro­do­wo­ści… → …wiedź­my róż­nej na­ro­do­wo­ści

 

upy­cha­ją do bocz­nych skrzy­nek Har­leya gra­na­ty… → …upy­cha­ją do bocz­nych skrzy­nek har­lejów gra­na­ty

 

W mie­siąc, z nie­udacz­ni­ka i al­ko­ho­licz­ki→ W mie­siąc, z nie­udacz­ni­czki i al­ko­ho­licz­ki

 

Gdyby Bóg, Bo­go­wie, czy kto­kol­wiek tam czuwa→ Gdyby Bóg, bo­go­wie, czy kto­kol­wiek tam czuwa

 

Ja jed­nak widzę w jego oczach zmie­sza­nie, które nie­raz wi­dy­wa­łam też w oczach by­łe­go męża… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Ja jed­nak dostrzegam w jego oczach zmie­sza­nie, które nie­raz wi­dy­wa­łam u by­łe­go męża

 

Wzbie­ra się we mnie fru­stra­cja.Wzbie­ra we mnie fru­stra­cja.

 

Zle­wam wszyst­kie ob­ra­zy w jeden wiel­ki obraz nie­szczęść unie­ru­cha­miam wzrok na krę­ta­czu. → Nie brzmi to najlepiej.

proponuję: Zle­wam wszyst­kie sceny w jeden wiel­ki obraz nie­szczęść koncentruję/ skupiam/ ogniskuję wzrok na krę­ta­czu.

 

Krzyk.

Błysk.

Wrzask. → W miejsce kropek dałabym wykrzykniki, przynajmniej po krzyku i wrzasku.

 

A skoro już uży­łaś pewne imię→ A skoro już uży­łaś pewnego imienia

 

I to ja do­koń­czę jego dzie­ło. → I to ja do­koń­czę jego dzie­ła.

 

A pierw­sze wy­koń­czę was, od­mień­ców. → Raczej: A przede wszystkim wy­koń­czę was, od­mień­ców.

 

Na­ci­skam na spust.Na­ci­skam spust.

 

Za­miast roz­trzą­sać to, co się przed chwi­lą wy­da­rzy­ło, do głowy wpada pewna istot­na myśl. → Czy dobrze rozumiem, że pewna istotna myśl, zamiast roztrząsać to, co się wydarzyło, wpadła do głowy?

 

Se­kun­dy uby­wa­ją. → Se­kun­d uby­wa­.

 

A póź­niej było wiel­kie boom, pod­czas któ­re­go by­li­śmy już… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: A póź­niej huknęło/ grzmotnęło/ gruchnęło wiel­kie boom, pod­czas któ­re­go by­li­śmy już

 

zwa­lić nas z tego sa­me­go Har­leya… → …zwa­lić nas z tego sa­me­go har­leya

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ach, Reg, niebywale się cieszę, że tym razem udało mi się Ciebie zainteresować :)

O wiele mniej za to cieszy mnie, gdy czytam zdanie:

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

ALE, jakże ja lubię Te Twoje poprawki. Pewne jest, że po tych pewnikiem zapamiętam, że:

– jeżdżę na harleyu, nie Harleyu.

– chwytam klamkę, nie za klamkę.

– idę po dżinsy, nie po jeansy.

– i inne.

Jak zawsze melduję poprawkę baboli, raz jeszcze wyrażam radość z faktu, że tekst Cię zainteresował no i dziękuję za wszelkie rady! ;)

Realucu, jestem niezmiernie rada, że przyjąłeś uwagi ze zrozumieniem, a nawet wyznałeś, że je lubisz. A ponieważ dokonałeś poprawek, z przyjemnością udaję się do klikarni. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:)

Przeczytałem i w trakcie tego czytania napisałem obszerny komentarz, ale pies mi go zjadł  telefon padł nim zdążyłem podłączyć go do ładowarki i wszystko wcięło (musisz mi wierzyć :P), dlatego przyjmę teraz bardziej skondensowaną formę przekazu.

Tekst wygląda jak taki radosny upust trzymanym w głowie wyobrażeniom, to taka twórczość nieobciążona karbem krytycznego spojrzenia (inaczej nie można podejść do tajnych baz w środku gwiazd) i może to w pewnych warunkach się podobać. 

Niemniej jednak odczułem tu spory brak uporządkowania. Długi wstęp, prezentujący nam położenie bohaterki – alkoholizm, bezrobocie, odevrana córka – nijak potem nie przebija w tekście. Może ze dwa razy bohaterka przypomina sobie o córce, po alkoholizmie nie ma śladu. Pojawiają się za to nowe wątki, które o ile jakoś skomponowały się w całość, o tyle same w sobie wydają mi się nieprzemyślane. 

Bohaterka bardzo szybko przystaje na propozycję Mieci i wychodzi przez okno na motocykl. Nie bierze pod uwagę, że może mieć pijackie zwidy i zabije się przy upadku? I w ogóle co jej to może dać? Ucieczka przed policją będzie miała o wiele większe konsekwencje, a zależy jej na tym, by nie stracić tej szansy. Nie wspomnę o zachowaniu samych policjantów – jeśli chciałeś tu zamierzenie wprowadzić absird, trzeba by tę scenę podkręcić w tym kierunku. 

Po co Kwazimodo wymyślał sobie przydomek i historię o Szczurze, skoro mógł od razu podać się za twórcę tego miejsca? To zbędne i trudno mi zrozumieć jego powody. 

Podobnie z jednej strony jest bardzo enigmatyczny, z drugiej zdradza, że część zgromadzonych będzie mięsem armatnim… I w ogóle nie wiem, czemu ich wszystkich szkolił i zbroił, skoro ostatecznie chciał ich zabić (enklawa mogłaby być po prostu ich enklawa)? A nawet jeżeli wytłumaczeniem jest nienawiść motywująca ludzi, to po co zdradzać im datę i czas egzekucji? Mógł zdetonować bombę niepostrzeżenie. 

Dalej nie chce mi się wierzyć, że tak łatwo tabuny wyznawców udało się przekonać, że Kwazimodo był oszustem… Przymykam oko na to, że nikt się nie zainteresował masowo znikającymi niepełnosprawnymi itp. ;) 

Opowiadanie jest napisane sprawnie i czytałem je z zainteresowaniem, ale powyższe wymienione nie pozwalały mi się nim w pełni cieszyć. 

Cześć, Geki. 

Miło, że zajrzałeś. Jeśli chodzi o stracony komentarz – najgorzej. Znam ten ból. Ale ten tak czy siak jest pokaźny, więc i tak dziękuję za poświęcony czas. Więc co my tutaj mamy…

 

Tekst wygląda jak taki radosny upust trzymanym w głowie wyobrażeniom, to taka twórczość nieobciążona karbem krytycznego spojrzenia (inaczej nie można podejść do tajnych baz w środku gwiazd) i może to w pewnych warunkach się podobać. 

Otóż to. Taki trochę Harry Potter dla dorosłych (btw. ostatnio oglądałem taki filmik o nielogicznościach i innych takich w świecie Rowling, i aż łapałem się za głowę)

 

Niemniej jednak odczułem tu spory brak uporządkowania. Długi wstęp, prezentujący nam położenie bohaterki – alkoholizm, bezrobocie, odevrana córka – nijak potem nie przebija w tekście. Może ze dwa razy bohaterka przypomina sobie o córce, po alkoholizmie nie ma śladu. Pojawiają się za to nowe wątki, które o ile jakoś skomponowały się w całość, o tyle same w sobie wydają mi się nieprzemyślane. 

Tutaj trochę bym polemizował. Jak odgadła jako pierwsza Bella, cała historia była niejako terapią dla bohaterki, więc jej przeszłość oraz położenie, o którym piszesz, są tutaj kluczowe. Zresztą motyw córki pojawia się nawet w przedostatnim zdaniu całego opowiadania, co świadczy, że jednak miał znaczenie. O innych nieprzemyślanych wątkach musiałbyś rozwinąć. 

 

Bohaterka bardzo szybko przystaje na propozycję Mieci i wychodzi przez okno na motocykl. Nie bierze pod uwagę, że może mieć pijackie zwidy i zabije się przy upadku? I w ogóle co jej to może dać? Ucieczka przed policją będzie miała o wiele większe konsekwencje, a zależy jej na tym, by nie stracić tej szansy. Nie wspomnę o zachowaniu samych policjantów – jeśli chciałeś tu zamierzenie wprowadzić absird, trzeba by tę scenę podkręcić w tym kierunku. 

Bohaterka nie wsiada od tak, ma przecież wątpliwości, ostatecznie jednak wybiera tę szaloną szansę. Gdyby została a gliny zobaczyły jej mieszkanie, tym bardziej mogłaby się pożegnać ze staraniami o córkę. Wszystko albo nic. Po pijaku łatwiej zdobyć się na taką decyzję, nie mówiąc o fakcie bycia pod ścianą.

 

Po co Kwazimodo wymyślał sobie przydomek i historię o Szczurze, skoro mógł od razu podać się za twórcę tego miejsca? To zbędne i trudno mi zrozumieć jego powody. 

Niby tak, jednak legendy i związane z nimi postacie mocniej oddziałują na umysły ludzkie. Nie bez powodu większość znanych i czczonych dziś postaci za życia była nikim szczególnym.

 

Podobnie z jednej strony jest bardzo enigmatyczny, z drugiej zdradza, że część zgromadzonych będzie mięsem armatnim…

Bo tutaj ścierają się jego dwa charaktery. Czyli ten, które tylko gra, i ten prawdziwy.

 

A nawet jeżeli wytłumaczeniem jest nienawiść motywująca ludzi, to po co zdradzać im datę i czas egzekucji? Mógł zdetonować bombę niepostrzeżenie. 

W enklawie, w której wszyscy by sobie tylko żyli bez konkretnego celu, w końcu ktoś coś by wywęszył. A on chciał zgromadzić tam jak najwięcej ludzi, nim zdetonuje gwiazdy, więc chciał ich właśnie utrzymać w tym pragnieniu zemsty. W przypadku zbrojenia mieli cel, mieli czym się zająć. Data inwazji tym bardziej ten cel urealniała. 

 

Dalej nie chce mi się wierzyć, że tak łatwo tabuny wyznawców udało się przekonać, że Kwazimodo był oszustem…

No tutaj rzeczywiście przydałby się konkretny dowód, czego nie opisałem (czyli np, to, że Alka przyniosła ze sobą jego prawdziwy łeb lub coś w ten deseń).

 

Przymykam oko na to, że nikt się nie zainteresował masowo znikającymi niepełnosprawnymi itp. ;) 

A to już syndrom Pottera, o którym było wyżej :D Ale w zasadzie takie wiedźmy mogłyby, tak jak mugolom, wymazywać pamięć rodzinie i wszystkim bliskim takich osób… ;)

 

Geki, Twoje uwagi są bardzo pomocne i dające do myślenie. I choć po części bronię swojego, to zdaję sobie sprawę, że wiele w nich słuszności. 

Jeszcze raz dzięki za poświęcony czas oraz klika.

Pozdrawiam!

Dobrze się czytało. Czasami odwłok komara wybucha jak telewizor :)

vrchamps, dzięki za komentarz.

A co do Twojego pomysłu na porównanie… No nie wpadłbym na to :D

Misiowi dobrze się czytało, jak zwykle Twoje teksty. Cieszy się, że nie musi pisać ‘merytorycznego’ komentarza, bo jest przekonany, że klików będzie wystarczająco. Gwiazdki.

Misiu, cieszę się, że i tym razem nie zawiodłem Misiowych oczekiwań. A jeśli klików nie będzie wystarczająco, to wiem, gdzie misia znaleźć :D

Jak widać, kliki się znalazły ;) 

 

Po lekturze czuję się, jakbym stała w rozkroku ponad jakąś szczeliną. Z jednej strony widzę to, o czym wspomniała Bella. Z drugiej odczuwam brak pewnego ciężaru, za lekkie to w formie/stylu do niesionej treści. A może to tylko kwestia mojego aktualnego nastroju?

 

Dalej nie chce mi się wierzyć, że tak łatwo tabuny wyznawców udało się przekonać, że Kwazimodo był oszustem…

No tutaj rzeczywiście przydałby się konkretny dowód, czego nie opisałem (czyli np, to, że Alka przyniosła ze sobą jego prawdziwy łeb lub coś w ten deseń).

Domyślam się, że w tym przypadku (i pewnie znalazłoby się kilka innych, może mniejszych) na przeszkodzie oryginalnie stał limit znaków. Nie mam zamiaru się wymądrzać (bo to łatwe po fakcie i w przypadku obcego tekstu ;)), ale można z kilku drobiazgów na początku zrezygnować, tam skondensować, a zrobić trochę miejsca choćby na ten wyraźny brak w tym miejscu. 

Plus druga rzecz – teraz już Cię limit nie trzyma, więc mogłeś swobodnie takie braki uzupełnić i dowolnie rozwinąć. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Cześć!

 

Jak dla mnie opowiadanie jest nierówne, są tu elementy bardzo interesujące, ale w innych kwestiach trochę zabrakło. Zaczynasz od wykreowania sfrustrowanej bohaterki i to wyszło dość dobrze, ale nawet na początku są dwa elementy, które mi zgrzytają. Po pierwsze zachowanie policjantów i moment ucieczki. Zostali wezwani do “wybuchu”, drzwi otwiera pijana baba i każe im czekać, bo chce wziąć prysznic, i oni się zgadzają. No troszkę to trzeszczy. Druga kwestia, to lęk Alicji przed tym, co zobaczą policjanci, bo w sumie, nie ma w rozwalonym telewizorze nic strasznego. Oczywiście można jej lęk tłumaczyć tym, że jest pijana, ale moim zdaniem można to było nieco podrasować. Dla mnie ta sytuacja byłaby bardziej wiarygodna, gdyby Alicja zobaczyła policjantów przez wizjer i w ogóle nie otworzyła drzwi, wtedy panikę można by podkręcić.

Pojawienie się za oknem wiedźmy na motocyklu było dla mnie najlepszym momentem opowiadania, ja lubię, gdy świat rzeczywisty przechodzi w ten magiczny, aż się cieszyłam do monitora, czytając to :). Mam tutaj jednak malutkie zażalenie, moim zdaniem nawiązanie do Harrego Pottera zaszufladkowało to opowiadanie i to niewłaściwie, bo jednak masz tu inną tematykę.

Samo szkolenie i informacje o bazie, planach i wojnie są jak dla mnie podane zbyt wprost, powiedziałabym nawet, że streszczone. Właściwie nie dowiedziałam się jak działa magia bohaterki, wiem, że walczy z frustracją i potrafi “wybuchać” różne rzeczy, ale potem w jakiś sposób zdejmuje iluzję z Kwazimodo.

Dialog, w którym Miecia wyjaśnia historię bazy, nieco mi się dłużył, a postać Kwazimodo wydaje mi się niedopracowana, z jednej strony jest przerysowany (wygląd, gadający kot, moc), a z drugiej strony nie wybrzmiewa jego osobowość i motywacja, bo stworzył bazę w środku gwiazdy, żeby ściągnąć tam “odmieńców” i potem wszystko wysadzić, ale czy faktycznie osoby niepełnosprawne stanowiły dla niego przeszkodę w przejęciu władzy nad światem, bo przecież to ostatecznie podaje jako argument.

Mówiąc inaczej, mam wrażenie, że wykreowałeś bardzo ciekawy świat i trzon tej historii, a potem dołożyłeś to tego za dużo, doszła kwestia wojny, Hitlera, inności i przez to żaden z elementów nie wybrzmiał dostatecznie mocno. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że ta historia potrzebowałaby jeszcze sporo znaków, aby zarysować odpowiednio bohaterów i całą ideologię stojącą za wojną. Zakończenie też wydaje mi się zbyt pośpieszne, a aluzje polityczne zbyt widoczne.

Jeszcze kwestia kreacji głównej bohaterki, bo tutaj moje wątpliwości dotyczą wątku z córką, wprowadzasz tę informację na samym początku dość lakonicznie, a potem temat wraca na samym końcu. Tym czasem bohaterka zgadza się na udział w wojnie, w której jej córka może zginąć, a nie widać żadnych rozterek w jej zachowaniu.

Tylko dla kogo, po co, i czemu tak łatwo zdecydowałam się w tym uczestniczyć? Czyżby mną również, tak jak wszystkimi tutaj, kierowała niepohamowana, skryta gdzieś głęboko, żądza zemsty? Zemsty za wszystkie niesprawiedliwości tego świata, które zostawiają w nas nieskończenie jątrzące się rany?

No właśnie, to były pytania, które zadawałam sobie przez całą lekturę i niestety jakoś mi to wyjaśnienie nie wybrzmiało w zachowaniu bohaterki.

O dziwo, gospodarz również gada po polsku, choć słyszę jakiś ciężki akcent, może niemiecki? W sumie jako Bóg może znać chyba wszystkie języki.

To jest odpowiedź na pytanie, którego sobie nie zadałam. Moimi zdaniem to było zbędne.

 

Podsumowując była to przyjemna lektura, bo masz lekkie pióro, a sama historia ma potencjał, mam jednak lekki niedosyt, bo niektóre elementy aż się prosiły o rozwinięcie. Mam wrażenie, że zabrakło takiego ostatniego szlifu, żeby lepiej rozłożyć akcenty i może niektóre aspekty wyrzucić.

 

I jeszcze garść sugestii technicznych.

Szybko przełączam kanał i staram się ukierunkować myśli gdzieś indziej, ale frustracja zwycięża nad rozsądkiem.

Ja bym powiedziała, że myśli można ukierunkować na coś a nie gdzieś.

 

Czuję smród spalonych przewodów, widzę roztrzaskaną na cały pokój matrycę.

To chyba za duży skrót myślowy.

Nie chce mi się już nawet wstać, żeby gapić się przez okno.

Rzygać mi się chce, jak widzę tę jego przepitą, pomarszczoną gębę, tłuste włosy i łysy placek między nimi, brudny szlafrok pełen kociej sierści[+,] od której kręci mnie w nosie już teraz.

Choć na czarach marach trochę się znasz.

czarach-marach

Czuć smród smaru i innych inności, które towarzyszą podczas wizyty u mechanika.

Jeśli już to: “które towarzyszą wizycie”, ale najlepiej byłoby to przeredagować.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

śniąca, hej!

Jeśli chodzi o szczelinę, to sprawa wygląda tak, iż chciałem dość poważne tematy podać w lekkiej, wręcz momentami humorystycznej formie. Czy takie połączenie ma w ogóle ręce i nogi? Nie wiem, ale zaryzykowałem. 

Jeśli natomiast chodzi o limit i o wątki, które ucierpiały za jego sprawą. Owszem, mógłbym tu wiele podrasować, uwypuklić, rozwinąć. Chciałem jednak ukazać tekst taki, jaki trafił na konkurs. Aby czarno na białym dowiedzieć się, co zrobiłem źle. 

Dzięki wielkie za wizytę, komentarz (i chyba) ostatni klik :D :)

 

Alicello, bry!

Jeśli chodzi o sytuację z policjantami, to bohaterka chce niejako nie tyle się wykąpać, co zwyczajnie ogarnąć. I myślę, że bez konkretnego wezwania/nakazu każdy policjant zgodziłby się na tę jedną minutę. I nie bała się tyle tego roztrzaskanego telewizora, co właśnie tych pustych butelek i swojego stanu.

Nawiązanie do chłopca z blizną na czole, cóż… nie miało w zamyśle niczego szufladkować, a raczej stworzyć pewien kontrast i element humorystyczny.

Pewne rzeczy są zbyt streszczone w dialogach a inne zbyt mało rozwinięte, do tego już się chyba przyznałem. Jeśli chodzi o niepełnosprawnych nie chodzi o to, że byli oni jakimś zagrożeniem. Chodzi o eliminację wszystkich, którzy są w jakikolwiek sposób inni.

Córka z kolei jest ważnym elementem historii, i bohaterka zdaje się w pewnym momencie stwierdzać, że na ma zamiaru jej narażać. Ulega temu całemu planowi ale to nie znaczy, że nie ma na względzie życia córki. W końcu do dnia ostatecznego nie znała końcowego planu.

Dzięki wielkie za wszelkie uwagi i poświęcony czas! ;)

 

Aby czarno na białym dowiedzieć się, co zrobiłem źle. 

Ok, jeśli o to chodzi, to rozumiem. 

 

I nie ma za co, bo się po prostu należało ;) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

:)

Cześć, Realuc!

 

Kilka przecinków Ci pouciekało, np.:

Kot przymyka powieki(+,) a jego właściciel robi to samo.

Nie robię łapanki, bo czytałem z doskoku, to na telefonie, to na kompie, a też nie było tego jakoś dużo chyba.

Naciskam spust.

No, nareszcie!

a prezydent wraz z najlepszymi dyplomatami jest już gotowy do negocjacji.

Sasin jest?

 

Dziś do komentatorskiego bingo wybieram pole “mam mieszane uczucia” :P

Oj, mocno trzeba zawiesić niewiarę :P Jest tu sporo absurdu, jest lekko pisane, bez zadęcia, a jednak uderza w dość poważne tony. Można tu snuć nieco interpretacji, co już uczynili niektórzy przedpiścy.

Rozwinięcie wydaje mi się dość długie w porównaniu do późniejszej akcji, choć bohaterkę zdołałeś dzięki temu zbudować. Nawet jej kibicowałem, miałem nadzieję, że pójdzie z glockiem do swego męża i chociaż będzie kazała mu tańczyć w stylu westernów ;)

Później było kilka fragmentów, gdzie tłumaczyłeś co i jak. No, cóż – trzeba było, bo jest tu kilka dość specyficznych elementów, ale to jednak wpływało na odbiór tekstu.

Mam nieco alergię na sceny gdzie bohater ma zabić czarnego charaktera, ale zanim to się wydarzy, gadają sobie dlaczego w zasadzie znaleźli się w takiej sytuacji (stąd moje “nareszcie” kilka linijek wyżej). Tutaj jeszcze można to wytłumaczyć tym, że Alka próbowała się upewnić co do sytuacji, ale dlaczego Szczur/Kwazimodo/Hitler tak szybko zrezygnował z wkręcenia jej? Wyszło nieco płasko.

Napisane jednak gładko, takie opowiadanie na lekką rozrywkę z przekazem.

Dałbym klika, ale klikacze poszli jak dzik w żołędzie.

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Witaj, Krokusie!

 

Sasin jest?

Nie zabrali go, bo obawiali się, że będą później memy typu: 

Kiedy wolisz zamieszkać na bezludnej wyspie, niż układać się z kimś, kto prze***ł 70 mln. na wybory, które się nie odbyły :D

Wiem, że jest lekkość wymieszana z powagą. Zabieg umyślny. Czy wyszło? Jak widać, choćby po Tobie, uczucia są mieszane. Ale tak czasem bywa, jak się miesza :P

Zbyt wiele tłumaczyłem, przyznaję. Albo nawet nie tyle zbyt wiele, co tłumaczyłem, zamiast pokazywać. Mea culpa.

Scena z czarnym charakterem? Też mam na takie uczulenie :D No ale jak filmowy finał to filmowy :P

Dziękuję za wyrażoną chęć kliknięcia oraz cieszę się, że doświadczyłeś lekkiej rozrywki z nutką przekazu :)

Cholipciuś, przegadujesz, zwłaszcza słowami przez co przekaz zaczyna się rozpuszczać jak sól albo cukier w wodzie. Dziwne, na forum tak nie robisz?

Piszesz w czasie teraźniejszym, a czuję jakby to było w przeszłym, nie jestem "tu i teraz" razem z bohaterką, nie przeżywam rzeczywistości wraz z nią. W czwartym rozdziale na samym początku krótko streszczasz ważny dla bohaterki (i chyba czytelnika) czas, który mógłby być światotworzeniem i bardzo ciekawy.

Nie wiem, czym kierowała się komisja przy wyborze opowiadań w konkursie na wiedźmy i jakie były pozostałe teksty. Będzie więc forumowy komentarz.

Po pierwsze, moim zdaniem, trzeba byłoby znacząco odchudzić tekst z pewnej nadmiarowości rozmyślań, przymiotników i przysłówków, bo ten wybór narracji raczej nie pomaga im pozytywnie zaistnieć w tekście.

Do konkursu – czy to przypadkiem nie miały być wiedźmy słowiańskie, rodzime, a nie Hoghwart?

Dla mnie niepotrzebnie wplotłeś skojarzenia do współczesności przez nazwy : Żołnierze wyklęci, bastiony nieprzystosowanych, pewien złowrogi pan.

 

Sam pomysł, rozwój akcji i bohaterka są ciekawe, moim zdaniem dobrze też przechodzisz z sytuacji w sytuację, tylko patrz wyżej. Główna bohaterka i Miecia różnią się, ale bardziej w mojej wyobraźni niż tekście, który czytam – za mało przejawia się odmienność/doświadczenie w sposobie wyrażania i zachowaniach kobiet. Trzeba byłoby wyostrzyć.

Pojawia się również trochę niekonsekwencji w reakcjach i myślach głównej bohaterki. W końcu jest młodą kobieta po przejściach i w trakcie koszmarnego dla niej okresu. Tu dowcipkuje i jest nawet mogłaby być tak naiwna – zgoda i dalej marzyć o księciu i komedii romantycznej, ale typ z chlaniem na umór i pierwszymi myślami nie spina się z jej reakcjami w Imperium wyklętych.

Sam pomysł na czarownice wydaje mi się niedopracowany, jakby zabrakło Ci czasu na znalezienie i układanie puzzli. Wciskałeś je lekko na siłę. 

Za dużo skojarzeń z alkoholem. Bohaterce wszystko z jednym się kojarzy oraz ciągle się dziwi i komentuje w umyśle zamiast spróbować odnaleźć się w świecie, do którego ją przywieziono. Prezentuje postawę obrażonej księżniczki: "nie chcę, a może chcę?", niby się awanturuje, ale godzi na wszystko, a na koniec zostaje królową. Dziwne.

Samo szkolenie (co się na nie składało) też mnie zaskoczyło – czemu przypominanie?

Inność uszlachetnia skojarzyło mi się z "Cukier krzepi" Wańkowicza. xd

 

Z plusów tekst ma potencjał, lecz trzeba byłoby w nim porzeźbić, tj. nad samym światem Wyklętych, relacją Miecia – bohaterka (bo niby skąd się ta przyjaźń wzięła) i zastanowić się nad zakończeniem, bo przyszło nagle, ni stąd ni zowąd. 

 

Drobiazgi:

Stoję przy oknie(+,) gapiąc się na ludzi

No(+,) ale co miałam zrobić?

Osuwam się na ciemnobrązową kanapę, sięgam po pilot, włączam tv. Z marszu atakuje mnie przemówienie gościa w granatowej marynarce, którego twarz dobrze kojarzę.

"Pilota"?

Skreślone usunęłabym, przy narracji pierwszoosobowej są chyba zbyteczne?

Telewizor eksploduje nagle niczym mydlana bańka

Eksplozja i bańka mydlana? Bańka mydlana pęka w jednej chwili, z chwilą zerwania napięcia powierzchniowego – prawda, ale nie jest to eksplozja. Raczej pęknięcie, rozpryśniecie oraz inaczej.

wyrzuciła wycieraczkę na przydrożną latarnię,

Nie rozumiem, co się stało? Czyją wycieraczkę? Rzuciła w latarnię? Przez okno, drzwi, mury?

Zgromadziliśmy tutaj pełno Ziemskiego szmelcu

Dlaczego dużą literą?

o ile wystój jest również jego sprawką.

Literówka

 

pzd srd :-)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Do konkursu – czy to przypadkiem nie miały być wiedźmy słowiańskie, rodzime, a nie Hoghwart?

Wiedźmy dowolne, z tego co pamiętam. I w dowolnej konwencji.

 

Swoją drogą podobno było około 500 tekstów, prawda to?

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śniąca, tak, dobrowolność całkowita była. I tekstów rzeczywiście było około 500. Asylum, dzięki za tak obszerny komentarz. Pozwól, że odniosę się do niego już jutro, bo teraz pozostał mi pod ręką jeno telefon :)

Inność uszlachetnia skojarzyło mi się z "Cukier krzepi" Wańkowicza. xd

A mnie z “Arbeit macht frei”.

I oczywiście z powiedzonkiem “Praca uszlachetnia, lenistwo uszczęśliwia”. ;-)

Babska logika rządzi!

Finklo, oba skojarzenia jakże trafne ;)

Aha, czyli jeśli nie miały być słowiańskie, to ok. ;-)

No, nie wiem, Finklo, czy chodziło o pracę, tu kontekstem jest inność, może dobrze by było, aby podbijało właśnie to. ;-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, wracam z dłuższą odpowiedzią.

 

Cholipciuś, przegadujesz…

Owszem, rzeczywiście jest trochę gadki, być może miejscami za dużo, być może niektóre informacje powinny zostać podane w innej formie. A z natury (oraz na forum) jestem raczej mało wygadany :)

 

Piszesz w czasie teraźniejszym, a czuję jakby to było w przeszłym…

Nie wiem, dlaczego masz takie odczucia. Rzeczywiście w jednym fragmencie mamy streszczenie przebiegu szkolenia (limit) i oczywiście smaczniej byłoby przeżywać to szkolenia razem z bohaterką, dzień po dniu, niż przeczytać jego streszczenie, jasna sprawa. Ale poza tym fragmentem raczej akcja nie odbiega od tu i teraz.

 

Dla mnie niepotrzebnie wplotłeś skojarzenia do współczesności…

Już wiesz, że wiedźmy nie musiały być ani Słowiańskie, ani starodawne, także skojarzenia do współczesności według mnie w żaden sposób tutaj nie wadzą, wręcz na nich tekst stoi.

 

Główna bohaterka i Miecia różnią się, ale bardziej w mojej wyobraźni niż tekście…

Obie miały być żywiołowe i bezpośrednie, w pewien sposób podobne do siebie, dzięki czemu właśnie tak łatwo nawiązały ze sobą kontakt, poczuły klimat, zaprzyjaźniły się.

Pojawia się również trochę niekonsekwencji w reakcjach i myślach głównej bohaterki…

Taki typ osobowości. Wydaje mi się, że nie każdy, kto znalazłby się w takiej sytuacji, byłby zamkniętym w sobie ponurasem. Reakcje obronne na stres są różne, często przybierają właśnie formę zapominania o rzeczywistości, obracania pewnych rzeczy w żart itp. Zresztą to twarda babka miała być, nie mogła się ciągle nad sobą użalać.

 

Za dużo skojarzeń z alkoholem. Bohaterce wszystko z jednym się kojarzy oraz ciągle się dziwi i komentuje w umyśle zamiast spróbować odnaleźć się w świecie, do którego ją przywieziono. Prezentuje postawę obrażonej księżniczki: "nie chcę, a może chcę?", niby się awanturuje, ale godzi na wszystko, a na koniec zostaje królową. Dziwne.

Po ucieczce z mieszkania może raz gdzieś tam w myślach pojawia się informacja o kacu a innym razem o piciu. Nie wiem, czy jest tego aż tak wiele. Poza tym uwierz, że ktoś, kto ma z tym problemy, skojarzeń miałby w rzeczywistości tysiąc razy więcej, niż w tekście. Na każdym kroku.

To, że sobie pewne rzeczy komentuje czy analizuje w głowie (ja ciągle tak robię) nie oznacza, że nie próbuje odnaleźć się w nowym świecie.

Godzi się, bo nie ma za bardzo innego wyboru. Do końca jednak ma wątpliwości, dzięki czemu odkrywa prawdę. No i żadnej korony nie dostała, ale za to, że ocaliła wszystkim życie, z pewnością będzie kimś w rodzaju bohatera.

 

Samo szkolenie (co się na nie składało) też mnie zaskoczyło – czemu przypominanie?

Jeśli chodzi Ci o przypominanie najboleśniejszych wspomnień, to chodziło o radzenie sobie z trudnymi emocjami. Wiedźmie czary miały miejsce wtedy, gdy te się frustrowały, przeżywały gniew, negatywne emocje. Musiała się nauczyć nad nimi panować, aby móc wykorzystać wtedy, kiedy chcą, a nie z przypadku. Stąd właśnie to przypominanie. 

 

Inność uszlachetnia skojarzyło mi się z "Cukier krzepi" Wańkowicza. xd

Tutaj, jak Finkla słusznie zauważyła, jest to nawiązanie to dość znanego napisu na pewnej bramie. Miało to po pierwsze dać czytelnikowi wskazówkę, w którą stronę może to zmierzać, a po drugie jest jasnym nawiązaniem, które ma potem wytłumaczenie w scenie finałowej.

 

Cieszę się z dostrzeżenia potencjału tekstu oraz dzięki za wszelkie uwagi oraz wyłapane babolki :) Zaraz do tego przysiądę.

Pozdrawiam!

 

Dziękuję i ja za odpowiedź, Realucu. xd 

Cieszę się z dostrzeżenia potencjału tekstu

Gdybym go nie zoczyła, pewnie komentarz byłby mniej emocjonalny, co na dobre by mu wyszło (komentarzowi). :p 

Lubię rozmawiać o tekstach. Objaśnię swoje odczucia, choć będzie to rodzaj dedukcji czytelnika należącego do szkoły Laików (nie mylić z lajkami, bo one są prostą reakcją).

 

gadki, być może miejscami za dużo, być może niektóre informacje powinny zostać podane w innej formie

Gadka mi nie przeszkadza, a i forma podania informacji była do niej dostosowana, ponieważ wiązała się z wyborem określonego trybu narracji. :-)

Kłopot miałam z rodzajem nadmiarowości i utrzymywaniem tego samego tempa i rozwlekłości myśli, niezależnie od sytuacji. Są w opowiadaniu chwile, gdy bohaterka może swobodnie je snuć, lecz są i takie, gdzie prosiłoby się o przycięcie, tymczasem nasza bohaterka nie zmienia rytmu rozważań, choć czasu na nie mieć raczej by nie mogła. Wielkich zmian nie potrzeba, chodzi o o szybsze, skrócone wypowiedzi (usuwanie słów, a nie budowanie zdań), które lepiej oddałyby charakter żywiołowej młodej kobiety.

Reakcje obronne na stres są różne, często przybierają właśnie formę zapominania o rzeczywistości, obracania pewnych rzeczy w żart itp. Zresztą to twarda babka miała być, nie mogła się ciągle nad sobą użalać.

Wiedźmie czary miały miejsce wtedy, gdy te się frustrowały, przeżywały gniew, negatywne emocje

Odnośnie różnic charakterów Mieci i głównej bohaterki. Wydaje mi się, że żywiołowość i pokrewieństwo dusz, nie ma tu nic do rzeczy, bo jedna jest nowicjuszką, druga weteranką, ich doświadczenia i sytuacja są odmienne, a bliskość/przyciąganie mogą odczuwać.

Właściwie, kiedy teraz o tym myślę to, za łatwo naszej bohaterce poszło. Jak to jest, że Ci wszyscy Wyklęci i zbuntowani byli tak ulegli, niewiele zauważający, gdy ze statystycznej natury łatwiejsza/dostępniejsza byłaby dla nich nieufność, dystans, nie mówiąc o podejrzliwości i wysilaniu inteligencji.  Tymczasem wierzą jak małe dzieci "temu, który ich prowadzi"?

Ten rodzaj treningu podczas szkolenia natychmiast wzbudziłby bunt, niepokój, ponieważ niczemu nie służy. Jest opresyjny i nie wzmacnia ani osoby, ani jej umiejętności, nie mówiąc o zagrzewaniu do boju. Wpędza raczej w depresję i prowadzi do załamania. Gdy zrzucisz psa z pomostu, chcąc nauczyć go pływać (nigdy tego nie wolno robić!!!) powstanie lęk przed wodą, a jeśli wrzucisz go kolejny raz będzie jeszcze gorzej. 

Niekonsekwencja bohaterki wyraża się dla mnie w zestawieniu kilku rzeczy: jest w kryzysie; nie lubi się za to (sposób rozwiązania); alkoholizuje się (załóżmy, że pierwsze stadium, gdyż użala się nad sobą, chojrakuje w pierwszej scenie, niby jest samodzielna lecz rozgląda się za kolejnym partnerem, ale ok); pomimo wydarzeń nie z tej ziemi, które ją spotykają, nic się nie zmienia, wszystko spływa po niej jak po kaczce; na koniec za jej podejście spotyka ją nagroda. Nie chodzi o kwestię ponuractwa, może podchodzić do swoich przygód na wesoło i twardo, ale ciągle osobowościowo łamiesz tę konwencję.

Zadanie postawiłeś przed sobą trudne, poprzeczkę podniosłeś wysoko. Dwie główne postaci są kobietami i kobiety są ludźmi jak mężczyźni, lecz pomijasz sytuację i cechy charakterystyczne konkretnej osoby.

wręcz na nich tekst stoi.

Dla mnie nie. :p Tekst stoi na wykluczonych z różnych powodów i nie musi mieć nic wspólnego z aktualiami odnośnie "Wyklętych", bo mechanizmy izolacji, wykluczenia są zawsze te same, a sam termin  “Wyklęci” prowadzi nas do żołnierzy wyklętych i zaczyna wprowadzać zamieszanie pojęciowe, tj. dla mnie żołnierze wyklęci nie są tym sam, co wykluczeni, w dodatku byli grupą zróżnicowaną, ocena nie jest zero-jedynkowa. Dodam, że mój wuj był jednym z żołnierzy, którzy nie złożyli broni, też wyklęty. 

Tutaj, jak Finkla słusznie zauważyła, jest to nawiązanie to dość znanego napisu na pewnej bramie.

Nawiązanie jest, choć budujesz inny kontekst i tutaj trochę kłania się światotwórstwo, którego jest niewiele. Mamy ratunek, poznawanie świata – raczej nie ma, zbawienie przez nową jako twist. Brakuje znaków, czyli opko za krótkie, choć nie wiem, jaki tam był limit.

 

I teraz sprawa dla mnie najważniejsza, narracja, która utrudniła Ci sprawę maksymalnie. Pierwszoosobowa i czas teraźniejszy. Obie bardzo wymagające i trudno z nich "nie wypaść". Przy pisaniu w pierwszej osobie konieczny jest silny bohater (ona, on, osoba binarna, wszystko jedno) z poglądami, uczuciami, zachowaniem, wszystko jedno mądrym czy głupim, niefrasobliwym i warto uważać, aby nie przeszarżować z powtarzającymi się myślami, które za wiele nie wnoszą, gdyż mamy do czynienia ze strumieniem świadomości i nie możesz przemycić innego punktu widzenia.

Gdy dodajesz jeszcze czas teraźniejszy – non stop, sprawa się jeszcze bardziej komplikuje, bo musisz relacjonować "tu i teraz", czyli narzucasz sobie kolejne ograniczenie (chyba dlatego z niego "wypadłeś" przy treningu). W filmie masz obraz, a on wzmacnia, w pisaniu musisz mozolnie opisywać słowo po słowie. Jeśli cały prowadzisz taki rodzaj narracji cholernie dużo trzeba korygować i usuwać zbędne, gdyż jednocześnie musisz prowadzić akcję/fabułę i zahaczać ją o punkt widzenia bohaterki. Bardzo trudne.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, 

Dziękuję za szczegółowe wyjaśnienia Twoich spostrzeżeń. Przeczytałem je, analizując na spokojnie, i wiele w tym trafności i pomocnych uwag (choć nie ze wszystkim się w pełni oczywiście zgadzam, ale to już moment, w którym każdy ma inne spostrzeżenia na daną kwestię) więc pozostaje mi raz jeszcze podziękować Ci za poświęcony czas. Jedynie z tym bym się jeszcze kłócił:

Ten rodzaj treningu podczas szkolenia natychmiast wzbudziłby bunt, niepokój, ponieważ niczemu nie służy…

Służy jak najbardziej, gdyż pomaga zwalczyć przeszłość, a co za tym idzie, związane z nią złe emocje. Najgorszą taktyką w walce ze złymi wspomnieniami jest ich wypieranie, udawanie, że nie istnieją. Wtedy ich ataki są o wiele boleśniejsze. To właśnie ich akceptacja oraz pełna konfrontacja z nimi może nas wyleczyć. Przynajmniej w jakimś stopniu. 

Podajesz przykład psa wrzuconego do wody, tyle że taki pies nie jest świadomy, dlaczego ktoś go do tej wody wrzuca i owszem, może mieć traumę. Wiedźmy jednak doskonale wiedziały czemu takie praktyki służyły. 

Reasumując: Skuteczniejsza (przynajmniej w takim przypadku, według mnie) jest konfrontacja z zagrożeniem/problemem niż jego unikanie. Głowy (ani choćby małego palca) uciąć sobie nie dam, jednak gdyby był na sali jakiś psycholog, myślę, że potwierdziłby moje słowa.

Pozdrawiam! ;)

 

choć nie ze wszystkim się w pełni oczywiście zgadzam, ale to już moment, w którym każdy ma inne spostrzeżenia na daną kwestię

I dobrze, że się nie zgadzasz w pełni z wszystkim.  <3

 

W przypadku treningu możemy jak najbardziej pozostać przy swoich opiniach. :-) Niestety, ten sposób treningu nie jest efektywny. Owszem, dałoby radę odnaleźć podobne sposoby ujmowania tej kwestii w mainstreamie, lecz w początkach ubiegłego wieku. Pewnie i później można znajdować takie rodzynki, acz coraz rzadziej. Musiałbym trochę poszperać co, kto, kiedy, gdzie. Różne psychologiczne i psychiatryczne tuzy miewały czasami dziwaczne poglądy w określonych wątkach.

Konfrontacja z zagrożeniem jest troszku czymś innym niż zastosowana przez Ciebie metoda i nie mówimy o unikaniu. I tak, na sali jest psycholog. wink

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wiem, że jest, ale głośno wołać nie będę :D Tak czy siak, Asylum, dzięki za całą dyskusję ;)

Trochę w to opko napakowałeś. I nie jestem pewna, czy było to potrzebne, bo strasznie się krzywiłam, kiedy wyjechałeś z żołnierzami wyklętymi i Hitlerem. Wcześniej była to opowieść o kobiecie, która próbuje sobie poradzić z taumą, a potem zrobiło się… no, sama nie wiem co. IMO za bardzo skomplikowałeś.

Z rzeczy, które mi się podobały: Miecia i jej harley, wydrążona gwiazda, które staje się schronieniem wiedźm (i tu bym poprzestała na wiedźmach, niepełnosprawni, chorzy psychicznie wciąż są przecież na Ziemi i na dodatek ich widać). Nawet ściema z atakiem na ludzkość była świetna, tylko te historyczne wstawki…

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, dziękuję Ci za komentarz :) Trochę napakowałem, zgadza się. Mimo wszystko dążyłem do tego, aby wszystkie poruszone w tekście aspekty tworzyły spójną całość. Rozumiem Twoje zdanie i zdaję sobie sprawę, że te historyczne elementy mogą nie każdemu pasować. Chciałem dzięki temu tekst wzbogacić o coś więcej, niż tylko opowieść o traumie. No i może tym samym nieco ,,przylizać" się nieco jury? Wydawało mi się bowiem, że dużo Fabrycznych książek na historii właśnie jedzie. Wiem, że więcej nie zawsze znaczy lepiej. Czy tak jest w tym przypadku? Jeden rabin powie tak, drugi powie nie :)

Nowa Fantastyka