- Opowiadanie: Folan - Duch z Greenwich - królicza nora

Duch z Greenwich - królicza nora

Idąc za radą jednego z betowiczów kończę z pisaniem opowiadań osadzonych w stworzonym przeze mnie świecie. Od dziś będę skrobał zamknięte i bardziej przystępne opka, a to jedno z nich.

To nie jest kontynuacja “Ducha z Greenwich”. Jedyne, co łączy  to opko z poprzednim to postać Adama Dunfalla. Opko jest zamknięte, worldbuilding nieskomplikowany i raczej klasyczny. Zapraszam do lektury.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy, Użytkownicy IV, Finkla

Oceny

Duch z Greenwich - królicza nora

Nic tak nie urozmaica dnia, jak człowiek wypchnięty z szóstego piętra. Leciał ku ziemi pośród skrzących się kawałków szkła i wylądował z hukiem na czyimś porsche z kinową wręcz precyzją. Dach, co oczywiste, zapadł się od uderzenia, tworząc pogiętą miskę metalu, w której (już ewidentnie) trup rozwalił się jak Rosja na mapie. Ręce wyrzucił na boki, głowę do tyłu a nogi… Cóż, nogi zgięły się w miejscach niezgodnych z podręcznikami biologii.

A ja to wszystko widziałem, bo przybyłem za późno.

Przedstawienie ściągnęło pokaźną liczbę gapiów. Nikt nie krzyczał, bo w Nowym Yorku samobójstwo traktowane jest jak performance. Wianuszek ludzi przyglądał się rozdziawionym ustom i wybałuszonym oczom denata, tworząc kordon, który z trudem forsowałem.

– Przepraszam, ja do denata!

Gdy wreszcie znalazłem się z przodu, jakiś samozwańczy policjant próbował bawić się w kontrolę tłumu.

– Proszę się odsunąć! Pan! Niech pan wezwie policję! A pan niech mi pomoże z tymi ludźmi. A pan dokąd?

Policjant-wolontariusz położył mi dłoń na piersi, gdy próbowałem go minąć, a z racji zawartości mojej klatki piersiowej musiałem bardzo uważać. On – wysoki, szeroki w barach i z poważną miną. Ja – chudy, blady, wyglądający na uciekiniera z OIOM-u. W razie starcia zakłady pójdą sto do jednego.

– Jestem z policji – warknąłem i próbowałem się ruszyć, ale wielka jak bochen chleba dłoń wcisnęła mnie z powrotem w tłum.

– A ja jestem carycą Katarzyną.

– Przepraszam, nie poznałem od razu. Zmylił mnie akcent – odparłem, spoglądając mu przez ramię.

– Posłuchaj, cwaniaczku. Do czasu przyjazdu policji… Ej! Czy ty mnie słuchasz?

I oto przybył obiekt moich westchnień. Blondynka, którą śmiało można pomylić z urzędnikiem skarbówki, pojawiła się znikąd. Czarny żakiet i formalna, obcisła spódnica, leżały na niej jak szyte na miarę. Urzędniczka stawiała drobne kroczki w kierunku denata, stukając wysokimi obcasami o asfalt.

– Mówiłem, że jestem z policji, buraku – powiedziałem w końcu, machając mu przed nosem odznaką. – Adam Dunfall, wydział zabójstw. 

Owszem, była prawdziwa, owszem, byłem z policji, ale gdyby ten typ pokusił się o sprawdzenie numeru, dowiedziałby się, że nie żyję od kilku ładnych lat. I to też była prawda.

Dryblas, zapewne oszołomiony szybkością reakcji nowojorskiej policji, w końcu mnie przepuścił. Minąłem go niespiesznie, przyglądając się pracy mistrzyni w swoim fachu. 

Blondynka zbliżyła się do samochodu, zdjęła oprawione w złote oprawki okulary i powoli nachyliła się nad zwłokami, szepcząc coś pod nosem i uśmiechając się w sposób, który ukoiłby najbardziej skołatane nerwy.

Kiedy go pocałowała, zrobiłem się kurewsko zazdrosny.

– Po raz kolejny ranisz moje serce, Rose.

Rose odkleiła usta od denata, założyła pośpiesznie okulary i szybko poprawiła żakiet. Zachowywała się jak przyłapana na gorącym uczynku nastolatka, co wbrew pozorom nie było dziwne – nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś widzi ją przy pracy.

– Wiesz Adam… Kiedyś skończą ci się imiona, którymi możesz mnie nazwać. Co wtedy?

– Pożyjemy, zobaczymy.

Zagrałem na fakcie, że ona była Śmiercią, a ja byłem, technicznie rzecz biorąc, martwy. Kącik jej ust drgnął, zdradzając, że mój słaby żarcik ją rozbawił. Tymczasem widmo denata zaczęło materializować się tuż za nią, z miną zupełnego oszołomienia.

– Co się dzieje? – zapytał, a jego głos brzmiał jak echo dochodzące z głębokiej studni.

Pytanie nie doczekało się odpowiedzi. Rose wpatrywała się we mnie, delikatnie oblizując usta, a ja pragnąłem przylgnąć do nich i sczeznąć na zawsze w objęciach wybranki mojego serca. Oboje chcieliśmy tego samego – mojej śmierci. Dla niej byłem owocem zakazanym, który tylko podsycał jej apetyt, ona dla mnie furtką do upragnionego, wiecznego odpoczynku.

Gdybyśmy mieli konto na Facebooku, na pewno widniałby tam status “to skomplikowane”. 

Dość powiedzieć, że lata temu zostałem zamordowany i oddany w ręce mrocznego bóstwa. Dopóki nie wykonam kontraktu (którego wcale nie podpisywałem), jestem chłopcem na posyłki mojego szefa. Do tego czasu Śmierć (dziś Rose) nie może mnie zabrać. Tworzyło to oczywiste napięcie, które, jak na razie, nie miało szansy znaleźć ujścia.

– Mogę z nim porozmawiać? – zapytałem nieśmiało.

Rose odwróciła się, jakby zaskoczona obecnością już całkiem nieźle ukształtowanego ducha. Był lekko przezierny, ale gdybyście spadli z szóstego piętra, też czulibyście się niewyraźnie.

Rose mogła to dla mnie zrobić. Śmierć była potężną istotą i nic nie stało na przeszkodzie, by umożliwić mi zadanie kilku pytań, nim na dobre zabierze denata na łono Abrahama.

– Nie.

Wiedziałem, że to czysta złośliwość, i to nawet nie wymierzona we mnie. Chciała dać kolejnego prztyczka w nos mojemu szefowi, by przypomnieć mu, jak głęboko zaszedł jej za skórę.

– A z tobą? – zapytałem równie nieśmiało.

To było nieczyste zagranie, ale co mogę poradzić. Cel uświęca środki.

– Zapraszasz mnie na kolejną randkę?

– Nie inaczej.

– Ludzie na ciebie dziwnie patrzą.

Trudno nie wyglądać podejrzanie, jak rozmawia się z powietrzem. Ale istniała duża szansa, że wezmą to za drugi akt performance’u. 

– Żebyś widziała miny tych na moim pogrzebie. 

Rose rozejrzała się dookoła, zawieszając wzrok dopiero na szyldzie głoszącym “Last Meal Today”. Lepiej być nie mogło.

– Zaczekaj tu – powiedziała do widma tonem usadawiającym psa w budzie i spojrzała na mnie. – Ty stawiasz?

– Jak zwykle, Rose, jak zwykle. 

 

***

 

Restauracja jak to restauracja. Czerwone tapicerki krzeseł przesiąkły zapachem jedzenia, a ciepłe światło żyrandoli zamieniło lokal w artystyczne zdjęcie w kolorach sepii.

Ja zamówiłem kawę i befsztyk. Smakowały jak popiół, ale w doborowym towarzystwie Rose zawartość talerza znikała z każdym, małym kęsem. W lokalu przygrywał paryski jazz, z bardzo ekspresyjnym saksofonistą, który jednak nigdy nie wskakiwał w nuty rozrywające senną atmosferę lokalu.

W blasku żółtych lamp cera Rose nabrała bardziej zdrowego kolorytu. Piła kawę z elegancją, pozwalając sobie na zrzucenie swojej czapki niewidki. Budziła w ten sposób zainteresowanie kilku osób, szczególnie kelner musiał pilnować, by nie zaślinić mojego zamówienia. Widziałem w jego oczach jednocześnie podniecenie i strach, i zapewne te ambiwalentne uczucia sprawiły, że szybko się oddalił.

– Co u Franka? – zapytałem. – Wciąż siedzi w pętli?

– Och, nawet mi nie przypominaj. Nie, już nie. Ale długo trwało, nim go rozpracowałam. Samobójcy są najgorsi. Ale nie chcę rozmawiać o pracy, Adam.

– A co takiego robisz poza nią? Chodzisz na manicure?

– Czy ty próbujesz być złośliwy?

– Po prostu staram się wyobrazić, co takiego może robić Rose w wolnej chwili.

– Czasem wystarczy cokolwiek, co zaburza rutynę dnia.

– Jednym słowem… Umierasz z nudów. – Uśmiechnąłem się szeroko, ponownie wywołując ten drobny tik w kąciku jej ust.

– Kiedyś znudzą mnie twoje bon-moty, Adam, co wtedy?

– Przy Coffey Street jest skwer imienia Louisa Valentino. Wyobrażam sobie jak wchodzimy na molo, w blasku księżyca, ty i ja. Docieramy na koniec, ja padam na kolana, wyciągam sprytnie ukryty pierścionek zaręczynowy i oświadczam ci się na oczach Statuy Wolności.

Rose patrzyła na mnie znad filiżanki parującej kawy, przez co nie mogłem dostrzec jej ust. Dałbym jednak głowę, że uśmiechnęła się szerzej, niż by chciała.

– Nie tak kończy się ta historia – powiedziała w końcu, odstawiając kawę na stół i zmieniła temat. – Powiedz mi, co ciebie tu sprowadza?

– Jakoś wczoraj namierzyłem gościa, który bawił się w czarną magię. Miał ambicję chłop i, muszę przyznać, dopiął swego. Znalazłem go, jak to mam w zwyczaju, za późno. Leżał w swoim mieszkaniu zupełnie zimny.

– Gdzie?

– Na Dover Street, stara kamienica, pod ósemką.

– Nie kojarzę…

– Nie dziwię się. Facet sczezł jako ofiara rytuału, samemu poświęcając się mrocznym mocom.

– Chciał zostać demonem?

– Coś w tym stylu. Wygląda na to, że zamienił się w ogara piekieł. Motyw jego działań był porozwieszany w całym mieszkaniu. Rich był molestowany w dzieciństwie przez wuefistę, rodzina była w sądzie, ale przegrali z braku dowodów. Alan, ów wuefista, odbił piłeczkę i pozwał o pomówienie. Wszystko wyczytałem z wycinków gazet, notatek, pamiętników… Straszna historia.

– Och… – Rose wzięła serwetkę i przetarła delikatnie usta. – Czyli sprawiedliwości stało się zadość?

– Może. – Wzruszyłem ramionami. – Mamy jednak inny problem. Ogar nie jest na smyczy i piekielna wersja Richa może narobić teraz biedy. Byłoby mi łatwiej go namierzyć, gdybym pogadał z…

Nie musiała nawet otwierać ust. Jej zimne spojrzenie mówiło więcej, niż tysiąc słów. Uniosłem ręce w geście poddania.

– Sama pytałaś, czemu tu jestem. – Zrobiłem unik, który, o dziwo, zadziałał.

– W porządku. Nie o pracy. Powiedz mi w takim razie… Czemu nie jesteś zły?

– Zły?

– Ta dusza… – Spojrzała za okno. W jej okularach odbijał się blask policyjnych kogutów. – Jeszcze do niej nie dotarło, że nie żyje, ale w końcu będzie wściekły, nawet na granicy zgeistowania. Widziałam to miliony razy. Gdy cię poznałam, nie byłeś zły. Zamordowano cię, w twoim domu, w młodym wieku, miałeś perspektywy i jeszcze poświęcono cię temu knurowi. A ty przejąłeś się bardziej faktem, że utknąłeś między życiem, a mną.

Muszę przyznać, że zagięła mnie tym pytaniem. Chciałem powiedzieć prawdę, ale nie wiedziałem jak. Jestem pyskaty, ale nie wygadany.

– Adam?

Wlepiłem spojrzenie w rozmemłaną zawartość talerza.

– Wiesz… Gdy dorastałem… Im więcej rozumiałem, im baczniej obserwowałem… Tym bardziej miałem wrażenie, że zwyczajnie nie powinienem się urodzić. Próbowałem znaleźć radość w życiu, w pewnym momencie brałem antydepresanty, ale nic nie dawały. Czułem się odseparowany. Jakbym nie należał do świata, w którym przyszło mi żyć. Czułem się, jakbym oglądał serial, którego wcale nie lubię. A gdy wyłączysz to pudło, obraz gaśnie i zostaje czarny ekran… Wtedy jakby się budzisz i możesz iść do przodu.

Cisza. Gdy podniosłem wzrok, spotkałem jej smutne oczy. Kryła się w nich utęskniona czerń, ale bariera jej okularów nie pozwalała mi do niej sięgnąć.

– Idę opłacić rachunek.

Wstałem i wsiąkłem w tłum ludzi przy ladzie, gdzie rzuciłem kilka dolarów na stół i, niczym zdradziecka szuja, wymknąłem się drugim wyjściem.

 

***

 

Prawdziwa policja zachowała profesjonalizm. Gdy przecisnąłem się ponownie przez tłum, funkcjonariusz na widok odznaki przepuścił mnie bez słowa. Nie miałem wiele czasu, więc działałem stanowczo. Podszedłem do ducha, chwyciłem go dyskretnie za ramię i odciągnąłem nieco od centrum zdarzeń. Stanęliśmy przy jednym z radiowozów, gdzie złapałem walkie-talkie, by nieco uwiarygodnić gadanie do powietrza.

– Słuchaj, psi synu – zacząłem bez ogródek. – Twój morderca jest teraz zgeistowanym owczarkiem niemieckim i wszystko dlatego, że nie potrafiłeś utrzymać fajfusa w spodniach. 

– Co?

– Futro. Osobiście nie mam nic do chłopaka, należało ci się jak psu zupa, ale teraz Rich nie ma kagańca. Muszę zabawić się w hycla i masz mi, kurwa, pomóc.

Sam brzydziłem się faktem, że muszę go o to prosić, ale cóż. Cel uświęca środki.

– Ale o co ci chodzi?

Rozejrzałem się przezornie i bardzo dobrze zrobiłem. Rose szła w naszym kierunku jak buldożer i przysiągłbym, że każdy jej stanowczy (ale wciąż elegancki) krok wbijał ostre szpilki głęboko w asfalt. A jej oczy, oj… Można rzec, że była “sfokusowana na target”. Powagi sytuacji dodawał fakt, że zdjęła okulary, które zawisły na złotym łańcuszku.

Złapałem wielbiciela zawartości spodenek gimnastycznych rozmiaru siedemdziesiąt za widmową marynarkę i pociągnąłem do jednej z bocznych uliczek.

– Potrzebuję przynęty. Czegoś, na co zareaguje, rozumiesz? Jak do niego mówiłeś, gdy… Cholera, sam wiesz co!

– O co ci chodzi, człowieku!?

Niemal walnąłem nim o ścianę. Ducha to nie obeszło, czemu trudno się dziwić.

– Richard Dammont! W szkole podstawowej zrobiłeś z niego swoją zabawkę, chory zwyrodnialcu! A potem jeszcze pozwałeś rodzinę o zniesławienie!

– O czym, do cholery, mówisz? Od dwudziestu lat jestem przedstawicielem handlowym marki Porsche na cały stan Nowy York!

Nie lubię nagłych zwrotów akcji.

– Co? – wydukałem po chwili. 

– To ja się, kurwa, grzecznie pytam, co!? Jestem porządnym, cipkoliżącym obywatelem! Nazywali mnie Willy “Sześć na Dziewięć” Domingo ty cholerny du…

Nim zdążył mnie zelżyć jak psa, obrócił się w rzadki, zimny jak lód dym.

– Dunfall!

To nie był krzyk. To było zawodzenie Banshee. Cholera. Gdy ktoś woła cię po nazwisku, wiesz, że masz przesrane. 

Odwróciłem się tylko po to, by Rose chwyciła mnie za chabety i przyparła do ściany z siłą, która nie przystoi kobiecie na jej stanowisku. 

– Ty arogancki, pyszałkowaty śmieciu!

– Ufff… Uważaj Rose, może mi się… uch… to jeszcze spodobać.

– Kim ty u diabła myślisz że jesteś, zadzierając ze mną w ten sposób! – warczała. – Uważasz, że możesz ze mną pogrywać!? Jak twój szef!?

Przycisnęła mnie do ściany jeszcze mocniej, napierając stanowczo swoim cudnym ciałem. Czułem przez ubrania jej kształty. Bardzo, bardzo wyraźnie. Zbliżyła twarz tak blisko, że jej oddech, zalatujący formaliną, drażnił moje nozdrza. 

– Hej… Ale przyznaj… Że przez chwilę… Nie umierałaś z nudów, prawda? – Mrugnąłem, siląc się na uśmiech.

Czy Śmierć może się zarumienić? A może poczerwieniała z wściekłości?

– Ty marny…

Patrzyliśmy sobie przez dłuższą chwilę w oczy. Ona – z mieszaniną gniewu i pożądania, ja – z tęsknotą i bólem. Była na skraju złamania wszelkich reguł gry, byle się zemścić, wyżyć, dopiąć swego. A ja pragnąłem wiecznego odpoczynku, który mogła mi podarować.

Nie wiem, czy to ja jakimś cudem nachyliłem się ku niej, czy to ona jeszcze bardziej zbliżyła do mnie. Widziałem odwieczną pustkę w jej oczach z odległości, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Nasze oddechy mieszały się gwałtownie, nie mając za bardzo dokąd uciec. 

Odejdę z klasą – jako człowiek, który przyjął pocałunek Śmierci z języczkiem.

Wtedy zadzwonił pierdolony telefon. Wybudzeni z transu pożądania zrozumieliśmy, że dyszymy jak po przebiegnięciu półmaratonu. 

– To chyba do ciebie – rzuciłem.

Rose puściła mnie, oddając w ręce grawitacji. Gdy zsuwałem się po ścianie, Rose poprawiła kok i wsunęła koszulę głębiej w spódnicę, zapinając po drodze niesforny guzik, który uwolnił się ze swojej dziurki. Gdy założyła okulary, dzwonek telefonu ponownie rozdarł ciszę panującą w niewielkiej alejce.

Budka znajdowała się po drugiej stronie ulicy. Stary, odrapany relikt przeszłości, który nigdy nie stał w tym miejscu, ale proszę – jak trzeba, to jest. Rose przeszła przez ulicę, weszła do środka i podniosła słuchawkę. Słuchała w milczeniu, rzucając mi gniewne spojrzenia zza pomazanej szyby, złożywszy wolną rękę na piersi. W końcu odłożyła słuchawkę na widełki z siłą, którą powinna odczuć boleśnie sama centrala.

Zdążyłem jakoś dojść do siebie, przy czym guziki mojej koszuli nie miały tyle szczęścia. Wystrzeliły gdzieś w rynsztok w poszukiwaniu nowego, bardziej wykrochmalonego domu.

– Pozwól, że ci pomogę – powiedziała Rose, gdy znów się przy mnie znalazła, a ja, głupi, nie wyczułem podstępu. Zmylił mnie matczyny ton i lekkie westchnienie, jakby znów musiała użerać się z dzieckiem niepotrafiącym założyć koszuli jak człowiek.

Złapała delikatnie miejsce zapięć i już myślałem, że jakimiś czarami sprawi, że guziki wrócą na swoje miejsce. Zamiast tego rozchyliła szeroko koszulę, odsłaniając czarną dziurę przyozdobioną zębami zgniłych żeber, i chwyciła mnie za sczerniałe, ale wciąż bijące serce.

Padłem na kolana jak rażony piorunem. Zdusiło mnie, zemdliło, a w oczach pociemniało.

– Piekielne ogary żerują raczej w Umbrze, Adam – syknęła jak wąż i przekręciła dłoń mocno w prawo. Cały świat skrzywił się na ten widok, zawirował i odwrócił do mnie plecami. 

Blask syren zgasł w mglistej, sinej atmosferze. Ściana za moimi plecami złamała się w tysiącach miejsc, zamieniając w schody, a ludzie zniknęli zastąpieni przez błędne ognie i wypaczone duchy. Jezdnia wygięła się jak wąż a przystanek autobusowy zmienił w koszmar estety i mokry sen fana death metalu – kupa ostrego żelastwa z nabitymi czaszkami stworzeń, których anatomii nie odbiła żadna skamielina znana ludzkości.

Wieżowce pochyliły się nad ulicami, tracąc okna niczym starzec zęby. Drzewa urosły i napuchły, zyskując twarze o pustych oczodołach i krzyczących niemo ustach. Trawa zsiniała, ale zamiast zwiędnąć, stanęła dęba, ostra jak żyletki. Stary buick zgarbił się i zapadł częściowo w asfalt, jakby chował głowę w piasek. Na koniec architekt tego świata wylał wszystkie barwy do zlewu i zasłonił wszystko sinofioletowym filtrem, brudnym od tłustych paluchów, sadzy i zacieków kwaśnego deszczu.

Rose puściła, pozwalając mi złapać oddech. Nie to, że był mi potrzebny – zwyczajny odruch, który przynosił po prostu ulgę. Usiadłem na schodach, próbując dojść do siebie.

– Wolę to robić sam, Rose – powiedziałem po chwili. – Wiesz, że cholernie tego nie lubię. Tym bardziej, gdy ktoś mnie do tego zmusza.

– Wiem – powiedziała zimno i przyklęknęła przede mną. – Ale wzięłam cię za słowo, gdy powiedziałeś, że “może ci się to jeszcze spodobać”.

Touché

Sięgnęła ku mnie, a ja odruchowo się cofnąłem na świeże wspomnienie wykręcanego serca.

– Spokojnie – powiedziała. – Wcześniej taki chojrak…

Złapała zniszczoną koszulę i zaczęła ją jakimś cudem zapinać. Guziki pojawiały się pod jej palcami jak za dotknięciem magicznej różdżki.

– Och? Teraz zgrywasz Hermionę? – zapytałem, ale Rose milczała, co wyraźnie świadczyło o tym, że wciąż była zła. – Co ci powiedziała “góra”?

– Że dołożyli ci do wyroku dwie przysługi za ten wybryk.

– Co!? – Niemal wrzasnąłem i czekałem, aż Rose powie, że to żart… Cholernie udany żart, bo włosy stanęły mi dęba a po plecach przejechała królowa śniegu z całym zaprzęgiem reniferów-zombie. Ale nie… Ona mówiła poważnie.

Byłem wściekły. Były tylko cztery do końca, a teraz doszły jeszcze dwie? 

– Za co? – Zadałem jedyne, logiczne pytanie, choć jak na detektywa to nie błysnąłem.

– Za próbę ucieczki.

– Skurwiele.

Wstałem, starając się zdusić krzyk wściekłości. Raz po raz zaciskałem szczękę, niemal słysząc kruszące się zęby. Dwie sprawy! Nie mogłem w to uwierzyć. Gniew walczył z załamaniem, gdy chodziłem w tę i z powrotem po ścianie, która była schodami.

– Gdybyś wtedy pozwoliła mi z nim pogadać zamiast…

– Mnie też ukarano.

Zdębiałem. Spojrzałem na Rose, która poprawiła okulary na nosie i złożyła ręce na piersi.

– Za co niby?

– Za utrudnianie śledztwa… i współudział.

– Współudział? – powtórzyłem głośno, a Rose uciekła spojrzeniem w bok. – Och…

Rose odchrząknęła i znów spojrzała na mnie. 

– W zamian mam ci pomóc z tym ogarem.

Oczami wyobraźni zobaczyłem moją nową wizytówkę, stemplowaną złotymi literami na kredowym papierze przesyconym zapachem cygar – Adam Dunfall i Śmierć, prywatni detektywi, spółka zjawna.

 

***

 

To miała być prosta sprawa – dopadam Richogara (jak ochrzciłem piekielnego szczeniaka), zanim nadgryza pedofila, choć nie miałbym nic przeciwko, gdybym zastał go w trakcie lunchu.

Zamiast tego ginie dealer luksusowych aut. Czego tu nie rozumieć? Chcąc nie chcąc musiałem odwiedzić jego mieszkanie z nadzieją, że znajdę jakieś odpowiedzi.

Wycieczka po Umbrze nigdy nie należała do przyjemnych doświadczeń, i nie chodziło o niebezpieczeństwo, jakie na nas czyhało. Miałem przy sobie rewolwer służbowy, który był skuteczny przeciw różnym maszkarom zamieszkującym międzyświat, ale te nie stanowiły zagrożenia dzięki Rose, która swoją śmiercionośną aurą odstraszała niemal każdego lokalnego drapieżnika. Jedynie demony nie przejmowały się jej obecnością, ale też miały na tyle oleju w głowie, by z nią niepotrzebnie nie zadzierać. 

Pewien problem sprawiało totalne wypaczenie duchowego świata, które było odbiciem tego rzeczywistego w sposób przywodzący na myśl obrazy Eschera bądź Dalego. Budynki tylko pozornie przypominały paradoksalne twory architektoniczne – bliżej im było do całej kolekcji pomyłek budowlańców – schody znikające w ścianie, drzwi prowadzące donikąd czy studzienka kanalizacyjna, która wyrastała z jezdni jak ropiejący wrzód.

Stopień skomplikowania zależał od wieku. Nowe budynki, taki jak ten, w którym grasował wygłodniały Richogar, wyglądały względnie poprawnie. Weszliśmy do zimnej sieni i gdy wspinaliśmy się po schodach, wszystko wydawało się pozornie w porządku. Normalne stopnie, skierowane poprawnie do góry, żadnych dziwactw. Niestety na szóstym piętrze wyjrzałem przez okno i zobaczyłem cały świat do góry nogami.

– Takie młode budownictwo i już takie wypaczenia? – zapytałem zaskoczony.

– Musiało się tu wydarzyć coś, co gwałtownie wstrząsnęło strukturą Umbry. Silne emocje w połączeniu z magią dają takie efekty.

– A morderstwo? 

– Na przykład tego dealera? Wypaczenie następuje w miejscu, w którym rzecz się wydarzyła. To… – Rose wskazała za okno – …musiało wydarzyć się gdzieś między piętrami.

Adres znałem bardzo dobrze z notatek Richogara, ale w Umbrze nawigacja była znacznie utrudniona z powodu licznych anomalii. Korytarze gięły się i wiły pomiędzy ścianami upstrzonymi drzwiami, niezgodnymi z jakimikolwiek standardami budownictwa i bezpieczeństwa. Naostrzone kolcami odrzwia zdradzały naturę mieszkańców trzydziestki jedynki, co kontrastowało z idealnie prostą, dębową futryną ich sąsiada. Albo mieszkał tam mistrz zen, albo lokal od nowości stał pusty.

Bardziej martwiło mnie jednak to, czego nie widziałem. Nigdzie ani śladu Richa. Oznaczało to tylko, że zaszył się gdzieś między warstwami wieloświata, gdzie mógłbym go szukać choćby i sto lat – i to raczej bez skutku. Dlatego potrzebny mi był wuefista.

Alan, niedoszła (jeszcze) ofiara Richogara, mieszkał pod trzydziestką piątką, niemniej już na korytarzu wyczułem echa wyuzdanego seksu. Umbra nie ma poszanowania dla żadnych granic, w związku z czym zapach, smak, wzrok i dotyk mieszały się w różnych proporcjach – zależnie od natężenia bodźców, które skaziły atmosferę swoją intensywnością. Nie byłem typem podglądacza i zupełnie nie rajcowało mnie doświadczanie cudzej, intymnej bliskości, w związku z czym gładzące moją skórę emocje sprawiały, że natychmiast wzdrygałem się z obrzydzeniem.

– Co ci jest? – zapytała Rose, gdy splunąłem w bok.

– Zapach seksu próbuje wsadzić mi swoje tłuste palce w usta za każdym razem, jak je otwieram.

– Alan?

– A kto inny? Chryste, ten gość to prawdziwy nimfoman…

Stanąłem przed drzwiami, które próbowały pochwycić mnie w swoje dębowe ramiona i zerżnąć na wióry od tyłu za pomocą mosiężnej klamki – w przenośni oczywiście. Już miałem sięgnąć z obrzydzeniem po twardą, długą rączkę, gdy spojrzałem na numer wybity złotymi cyframi.

– Sześćdziesiąt dziewięć – odczytałem na głos. 

W pierwszej chwili nie byłem zaskoczony, w końcu byliśmy w Umbrze, ale w końcu do mnie dotarło.

– To nie jest mieszkanie Alana. Cholera.

– Hm?

– Ten Willy, dealer z Porsche, mówił, że taką ma ksywę… On tu mieszka…

– A Richogar się pomylił – dokończyła myśl Rose. – Chwycił zły trop. Wyczuł echa swojej przeszłości w aurze, jaką roztoczył nad sobą Willy.

– Willy zamaskował obecność Alana – powiedziałem i natychmiast spojrzałem na numery wszystkich drzwi. 

Nigdzie nie było numeru trzydzieści pięć, ale gdy dobrze się przyjrzałem, zobaczyłem je – drzwi były wielkości mysiej dziury, jakby chciały ukryć się nie tylko przed ludzkim wzrokiem, ale i całym światem. 

Rose podeszła do nich i nachyliła się, pociągając nosem.

– Pusto – powiedziała.

– Żadnej chrapki na chłopięce bułeczki?

– Ani trochę.

Zakląłem pod nosem i zacząłem rozpinać koszulę.

– Czyżby udzieliła ci się atmosfera Willy’ego? – zapytała Rose.

Cholera, jest słodka, gdy próbuje być dowcipna.

– Muszę z nim pogadać, ale bez zaklęć nie przecisnę się przez te drzwi.

Chwyciłem się za serce, zrobiłem kilka głębokich wdechów i przekręciłem nadgarstek w lewo. Zadudniło mi w uszach, a przed oczami wybuchła feeria barw, której nie powstydziłby się sam Pollock. Geometria, trącona boleśnie łokciem przez zaspaną fizykę, zaczęła przywracać wszystko do normy z pośpiechem godnym kasjera liczącego resztę w pustym sklepie.

Czyli nie za szybko, ale proszę nie regulować odbiorników.

Gdy świat wreszcie stanął na nogach, a barwy wskoczyły na swoje miejsca, znalazłem się w pustym korytarzu śmierdzącym uryną i pleśnią. Drzwi do pokoju Willy’ego były zamknięte i zaplombowane przez policję, natomiast Alana urosły do prawidłowych rozmiarów. W tym momencie zrozumiałem, czemu chciały się ukryć – na szarej, odrapanej farbie widniał napis “PeDofiL”, maźnięty czarnym sprejem przez niewprawną rękę graficiarza. Spojrzałem na zegarek i z przykrością stwierdziłem, że była prawie dziesiąta wieczorem. Umbra to złodziej czasu.

Nie traciłem go więcej i zapukałem.

Cisza.

Przyłożyłem ucho do drzwi, próbując cokolwiek usłyszeć i już miałem zabrać się za wyważanie, gdy w końcu usłyszałem jakieś szmery. Poprawiłem koszulę, wyciągnąłem legitymację i czekałem.

– Kto tam? – usłyszałem zza drzwi.

– Policja. Detektyw Adam Dunfall. 

– Czego chcecie?

“Chcecie”? Spojrzałem za siebie i zobaczyłem Rose, która uniosła lekko podbródek, patrząc podejrzliwie na drzwi.

– Zdjęłaś czapkę? – szepnąłem.

Rose pokręciła przecząco głową.

– Hm – mruknąłem jeszcze a potem kontynuowałem już głośniej. – Jesteśmy tu w sprawie Richa. Popełnił samobójstwo.

Alan ponownie kazał na siebie czekać, ale póki nie czułem oddechu piekielnego ogara na plecach, pozwoliłem mu grać na zwłokę. Byłem gotowy do kontynuowania dyskusji przez drzwi, ale te otworzyły się powoli.

Człowiek, który w nich stanął, wuefistą przestał być chyba setki lat temu. Poplamiona żonobijka opięta była na opasłym brzuchu niskiego mężczyzny z podwójnym podbródkiem. Golił się może w zeszły czwartek i, sądząc po licznych podrażnieniach i skaleczeniach, robił to najprawdopodobniej nożem do masła, bo nawet tępa żyletka nie mogła aż tak zaorać obszernego pola, jakim były jego pulchne policzki.

Co mnie uderzyło, to fakt, że miał cholernie zbolałą minę, a jego oczy wyrażały emocje odwrotnie proporcjonalne do gniewu malującego się na mojej twarzy. Przygarbiona postawa człowieka wskazywała na kogoś, kto nosił na plecach coś znacznie cięższego niż poczucie winy.

Nic nie powiedział. Odwrócił się i poczłapał do salonu, gdzie pośród woni papierosów i alkoholu przygrywało stare radio w drewnianej obudowie. Telewizor stał martwy na niewielkim taborecie naprzeciw fotela, który swoją ostatnią wystawę zaliczył pewnie na śmietniku jako mieszkanie dla szczurów. Alan usiadł na nim i chwycił szklankę jakiegoś sikacza, który stał na stoliczku obok.

– Przykro mi – mruknął w końcu. – Mam nadzieję, że zaznał spokoju.

Nie wiem czemu, ale z jakiegoś powodu jego słowa rozpaliły we mnie jeszcze większy gniew.

– Nie, śmieciu – wycedziłem przez zęby. – Nie zaznał. Zabił się tylko po to, by sprawiedliwości stało się zadość.

– Nie rozumiem – odparł apatycznie, nie przejmując się ani moją wyraźną agresją, ani wyzwiskiem. 

Zadziałało to na mnie jak płachta na byka. Podszedłem do niego, chwyciłem za przepoconą koszulę i niemal uniosłem z fotela, patrząc mu prosto w oczy.

– To znaczy, że Rich sięgnął po czarną magię, skurwielu… Idzie po ciebie jako piekielny pomiot, żeby zeżreć cię razem z fotelem!

Dla efektu pchnąłem go z powrotem na siedzisko. Spodziewałem się serii pytań i wyzwisk, ale ponownie nie doczekałem się żadnej reakcji. Siedział dalej, wpatrzony w telewizor, jakby grali tam setną powtórkę “Przyjaciół”.

– Przyzwyczaiłem się… – mruknął pijackim tonem. – Na początku byłem zły, ale teraz już wszystko jedno…

– O czym ty mówisz, gnido? – Prawie wyplułem te słowa.

Alan podniósł gruby paluch i wskazał sypialnię.

– Tam spisałem wszystko. Całą prawdę.

– Nie chcę twojej obrzydliwej prawdy – kontynuowałem, choć stuk obcasów za moimi plecami podpowiedział mi, że Rose ruszyła do sypialni. – Potrzebuję tylko przynęty, rozumiesz? Jeżeli mi pomożesz, przeżyjesz, choć uwierz mi, że z chęcią zobaczyłbym, jak Richogar robi z ciebie karmę dla psa.

Alan wreszcie spojrzał na mnie.

– Czego ode mnie chcecie?

– Jak go nazywałeś… – zatkało mnie. Człowiek ma zbyt bujną wyobraźnię, która wizualizuje niemal wszystko, o czym się pomyśli. – Kiedy mu to robiłeś, Al? Kiedy go…

Ponownie słowa ugrzęzły mi w gardle. Alan wpatrywał się we mnie ze świszczącym oddechem. Najwyraźniej powietrze łapało ciasne zakręty w podwójnym podbródku byłego wuefisty. Nagle szklanka w jego rękach pękła. Grube kawałki szkła niemal wbiły mu się w dłoń, zabarwiając brudny obrus dodatkowymi plamami z krwi.

– Nie zrobiłem tego.

– Jak go nazywałeś!? – krzyknąłem i już miałem się zbliżyć, gdy Alan wycelował we mnie jednym z kawałków szkła. – O!? Myślisz, że mnie to powstrzyma, ty cholerny pedo…

Nie dokończyłem, bo Alan wbił sobie odłamek w szyję… Nie poprzestał jednak na tym. Zaczął kroić i, cholera, wtedy uwierzyłem, że kiedyś był wuefistą. Prędkość mojej reakcji została zaburzona przez szok i niedowierzanie. Nim do niego doskoczyłem, zalał się krwią i charczał bulgotliwie jakieś słowa, podczas gdy ja, klnąc jak szewc, próbowałem zatamować krwotok.

– Pchepchaszm, gich…

Biała koszulka, podskakująca na brzuchu tańczącym w konwulsjach, momentalnie zabarwiła się na czerwono. Ja, jak psychopata, powtarzałem w kółko to samo pytanie, jakbym wciąż wierzył, że blednący w zastraszającym tempie Alan poda satysfakcjonującą mnie odpowiedź. Zamiast niej wydał z siebie ostatnie, spienione od krwi, tchnienie. 

Alan zgasł, patrząc mi w oczy. 

– Świetnie ci poszło, Adam – rzuciła Rose z drugiego pokoju. 

Na szczęście miałem na to przygotowaną świetną ripostę.

– Kurwa mać!

– Dwa trupy jednego dnia? – szydziła dalej Rose, krzątając się po sypialni Alana. – Praca z tobą to czysta przyjemność.

– Nie chcę nic mówić, Rose, ale to ty będziesz musiała iść z nim w ślinę… – Przyjrzałem się moim dłoniom, na których krew Alana wciąż wydawała się ciepła. Wytarłem je o oparcie fotela i wparowałem do sypialni, w której cuchnęło starymi skarpetami.

Rose siedziała na łóżku w otoczeniu rozrzuconych papierów i czytała oprawiony w skórę pamiętnik. 

– I co? Wyznał swoje winy?

– Wręcz przeciwnie, Adam. – Rose rozejrzała się po papierach. – Twierdzi w nich, że tego nie zrobił. Co więcej… Wskazuje na jego kolegów ze szkoły, z drużyny futbolowej.

– Wypierał się do samego końca.

– Jest tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć.

Rose wstała i wyszła z pokoju, a ja, nie chcąc oglądać tej ohydnej sceny, usiadłem na jej miejscu i zacząłem wertować pamiętnik w poszukiwaniu słowa-klucza. Siłą rzeczy, skacząc po strzępkach informacji, ułożyłem sobie w głowie wersję Alana. Znalazł Richa w szatni nieprzytomnego pod prysznicem, owinął ręcznikiem i zabrał do swojego gabinetu myśląc, że to omdlenie. Ocucił go solami i chciał wezwać szkolną pielęgniarkę, ale Rich powiedział, że sam do niej pójdzie.

Potem było oskarżenie o gwałt, ale sperma znaleziona w odbycie chłopaka nie należała do Alana i został uniewinniony. Sprawa była głośna i, mimo iż Alan był niewinny, przylgnęła do niego łatka, która pozbawiła go pracy, kariery i godnego życia. W oczach ludzi na zawsze został pedofilem i nie liczył się dla nich wyrok sądu czy “jakieś tam dowody”. W przypływie gniewu zaczął walczyć o swoje dobre imię, zyskując po drodze całkiem spore odszkodowanie, ale zamiast odzyskać honor, jeszcze bardziej zraził do siebie ludzi.

– Mówi prawdę – powiedziała Rose, gdy ponownie znalazła się w sypialni.

Ponownie poczułem obrzydzenie, tym razem jednak wymierzyłem je w samego siebie. Alan umarł, zwyzywany przez martwego glinę od pedofilów. Spojrzałem w pamiętnik, gdzie Alan wskazywał na możliwość użycia tabletki gwałtu lub innych narkotyków. Gdy Rich obudził się w gabinecie Alana, powiązał z nim mgliste, nieprzyjemne wspomnienia spod prysznica. 

Dlatego ogar nie był w stanie dorwać Alana. Brakowało mu sprzężenia zwrotnego, dynamiki eterycznej nici wiążącej ofiarę i oprawcę. Rich warczał do słuchawki “halo!”, ale z drugiej strony nikt nie odpowiadał, bo zwyczajnie wykręcił zły numer.

Obaj byli ofiarami parszywego losu.

– Dlaczego cię widział?

– Ludzie pogodzeni ze śmiercią mają takie tendencje.

– Masz na myśli samobójców?

– Mam na myśli ludzi, którzy na długo przed odebraniem sobie życia zupełnie stracili do niego chęci. Utknęli duszą w limbo tak głęboko, że pozwala im to zajrzeć przez woal. Samobójstwo ma wiele barw, Adam. Niektóre są gwałtowne jak czerwień, niektóre dłużą się jak czerń, a niektórzy czekają jej, przyodziani w biel.

Czułem, że jestem w kropce. Ogar grasował między światami oczekując posiłku, którego nigdy nie otrzyma, a ja nie miałem niczego, co mogłoby go wywabić. 

Ale gdy zobaczyłem szkolne zdjęcie oprawione w ramkę, przyszło mi coś do głowy. Przejrzałem jeszcze raz papiery Alana, w których zapisywał notatki z własnego śledztwa. Dziękowałem mu (nomen omen) w duchu, że podał mi potencjalne rozwiązanie na tacy.

– Co robisz? – zapytała Rose, gdy sięgnąłem po bakelitowy telefon stojący na nocnym stoliku i zacząłem wykręcać numer.

– Dzwonię do starych, dobrych kolegów.

Chwyciłem długopis i czekałem na sygnał.

– Halo? Hej Mike, sorka, że tak późno, ale jest sprawa… To ja, George, graliśmy przeciwko sobie w piątej klasie. No… Słyszałem, ta… Więc tak… Kojarzysz Richa Dammonta? Graliście razem w szkolnej New Jersey Skyline… Mam przykrą wiadomość, popełnił samobójstwo… Wszyscy są zdruzgotani… Piszemy kondolencje dla rodziny Richa i z chłopakami pomyśleliśmy, że jeden z nas powie kilka słów o nim na pogrzebie. Kumasz? Hej, Richie, grasz teraz w najlepszej drużynie, takie tam… Takie osobiste… Wiem… Co byś chciał mu powiedzieć? No…? To trochę suche, wiesz… No dobra… Dzięki, zapisałem… To na razie!

– I co?

Bez słowa wykręciłem kolejny numer. Nie odebrał, więc kręciłem dalej.

– …Trzymaj się tam, Richie-rich… Zapisałem…

Następny.

– …Bazooka Boy? Dobre, dobre…

Następny…

– Ślepy Rich? No chyba nie wypada tak nad trumną.

Następny!

– Naprawdę? Jak? Richardo?

Poczułem nagle, jak całym budynkiem wstrząsnęło na poziomie odczuwalnym tylko przez osoby z wykształceniem pozagrobowym. Rose również rozejrzała się uważnie, po czym spojrzała na mnie z dozą niewielkiej aprobaty. Zakreśliłem w kółko numer i nazwisko delikwenta, i wsadziłem kartkę do kieszeni spodni.

– Czas zapolować – powiedziałem, rozpinając koszulę.

– Poczekaj… Muszę odprowadzić dwie dusze tam, gdzie ich miejsce, Adam. Willy czeka już za długo i za chwilę może zgeistować. Alana przeprowadzę przy okazji. Zajmie mi to kilka minut.

Wstałem, zbliżyłem się do Rose i poprawiłem okulary na jej nosie. Nawet powieka jej nie drgnęła.

– Dzięki za pomoc z Alanem, ale dalej sobie poradzę, Rose.

Spojrzała na mnie z góry, trochę nieufnie, trochę troskliwie. 

– Miałeś kiedyś styczność z ogarami, Adam?

– Nie raz – skłamałem gładko.

– Wiesz, że mogą pożreć twoją duszę?

– Ryzyko zawodowe.

Chwyciła mnie jedną dłonią mocno za policzki.

– Pamiętaj, że jesteś mój – warknęła. – Masz czekać. Szefowie kazali nam pracować razem i nie pozwolę, żebyś mi się wymknął jako psie gówno.

Puściła. Pogładziłem się po rzadkim zaroście, po kryjomu nastawiając szczękę.

– Au… W porządku, nie mam siły się z tobą kłócić. Poczekam, aż wrócisz.

– Obiecujesz?

– Słowo harcerza.

Rose znikła, zostawiając mnie samego z budynkiem drżącym od nieustannego warczenia bestii. Zrobiłem więc kilka wdechów i, łamiąc serce Rose, przekręciłem swoje, wybierając się ekspresem do Umbry.

 

***

 

Broń, którą posiadałem, należała do mojego szefa. Wyglądała jak zwykła czterdziestka piątka – cała czarna, matowa, ale z okładzinami zrobionymi z kości wisielców. Amunicja też była wyjątkowa. Sześć pocisków z rdzeniem wykonanym w piekielnej kuźni Halfasa potrafiło zrobić dziurę w duszy potencjalnego adwersarza pod warunkiem, że takową posiadał. Richogar, choć wypaczony przez rytuał i własną, bolesną nienawiść, zdecydowanie zaskomli, gdy poczuje je pod skórą.

“Sztuka Wojny” mówi wyraźnie, że wybór pola bitwy jest jednym z kluczy do zwycięstwa. W ciasnych korytarzach bloku, wygiętego przez krzywe zwierciadło Umbry, miałem marne szanse na wyjście cało z konfrontacji, natomiast na zewnątrz moje szanse rosły wprost proporcjonalnie do pola manewru, jakie zapewniała otwarta przestrzeń.

Plan, jak zwykle, był prosty. Schodzę na dół, wołam Fido do nogi i spieprzam na otwarte pole, gdzie zatańczymy śmiertelne pasodoble. Dawałem mu dwie, maksymalnie trzy kule.

Jak się jednak okazało, Richogar też czytał dzieło Sun Tzu.

Schodziłem na parter, wpatrzony w podwójne drzwi wyjściowe jak w bramę niebios, gdy te nagle wygięły się jak celofan, a ja stanąłem jak wryty na półpiętrze. Umbralna rzeczywistość pękła jak wrzód, z której wylazł piekielny ogar w asyście smrodu siarki i zgniłego mięsa.

W sumie nie wiem, czemu nazywa się je ogarami. Richogar przypominał wychudzonego i obdartego ze skóry niedźwiedzia, któremu jakiś śmieszek przyczepił ogon zrobiony z ludzkiego kręgosłupa. Za sierść stwora robiła pojedyncza kępka włosów na kościstym garbie, którego nie powstydziłby się sam Quasimodo. Chciałbym móc powiedzieć, że spojrzałem bestii prosto w oczy, gdyby nie fakt, że ta ich nie posiadała. Łeb składał się z samego tylko pyska owiniętego strzępami mięsa, a szczęki ozdobione były rzędem podejrzanych, nadzwyczaj ruchliwych zębów. 

Gdy Richogar ruszył, wyszarpnąłem rewolwer z kabury pod ramieniem, strzeliłem i niczym listonosz, któremu płacą premię za efektywność, zacząłem wspinać się po schodach w jedynym możliwym kierunku – do góry. Richogar walnął cielskiem w ścianę w miejscu, w którym przed chwilą stałem, pozbawiając ją z hukiem pokaźnej ilości tynku, ale zostawiając tam również sporą plamę czarnej, smolistej substancji.

Oznaczało to, że trafiłem, miałem jednak wątpliwości, czy Richogar czytał scenariusz tego przedstawienia. Zamiast paść jak długi, otrząsnął się i pognał za mną z wrzaskiem będącym mieszaniną ludzkiego krzyku i ryku wściekłego niedźwiedzia.

Wziąłem zakręt i wspinałem się na wyższe piętra, nie ryzykując nawet jednego spojrzenia za siebie. Wiedziałem, że wbiegnięcie w jakikolwiek korytarz byłoby tożsame z wskoczeniem Richogarowi do pyska, więc gnałem przez kolejne półpiętra dziękując w duchu za to, że, jako trupowi, zadyszka mi nie groziła. 

Groził mi za to ślepy zaułek, do którego nieuchronnie zmierzałem. Wejście na dach, nawet, jeżeli nie było zamknięte, oznaczało gonitwę po dachach, na co zupełnie nie miałem ochoty. Konfrontacja zdawała się więc nieuchronna i korciło mnie, by podjąć walkę tu i teraz, jednakże każdy przystanek i próba oddania strzału mogły mnie zmienić w karmę dla psa. Liczyłem więc na brawurowy numer, którego nie powstydziłby się sam Joseph Gordon-Levitt. 

Gdy w drodze na kolejne półpiętro mój błędnik oszalał, wiedziałem, że jestem na miejscu. Wziąłem rozbieg i ile miałem tylko sił w nogach rzuciłem się przez okno, rozwalając je w drobny mak. 

Normalnie człowiek powinien zacząć spadać, ale że w Umbrze fizyka mieszka w kartonie wśród bezdomnych, to świat zaczął obracać się wokół mnie, nie potrafiąc się zdecydować, czy powinienem lecieć do góry, czy jednak w dół. Cokolwiek zaszło między tymi piętrami, uratowało mi skórę. Rzeczywistość wykonała beczkę i po raz pierwszy w nieżyciu poczułem, że świat kręci się wokół mnie.

Richogar wyskoczył tuż za mną. Widziałem to bardzo dobrze, gdy ściana kamienicy obróciła się i zamieniła na chwilę w podłogę, w kierunku której zacząłem spadać. Wycelowałem na ile potrafiłem w locie, strzeliłem i ciężko raniłem budynek, wykruszając z niego kawałki cegieł. Rich za to miał więcej szczęścia – uzbrojone w pazury gnaty bestii zahaczyły mnie o nogę i wyszarpnęły razem z nogawką kawał skóry. Efektowną parabolą wróciłem do kamienicy piętro niżej, w towarzystwie szklanych odłamków kolejnej, wybitej szyby. Sekunda opóźnienia i obracający się świat walnąłby mną o ścianę, a potem zrzucił w dół jak pijanego gołębia. 

W środku runąłem na kafelki i zatrzymałem się, waląc plecami o balustradę. Natychmiast zerwałem się na nogi, zupełnie ignorując drobinki szkła sterczące z ciała i chrzęszczące między zębami. Moje martwe ciało miało bardzo dużą tolerancję na ból i nawet otwarte złamanie leży w granicach słowa “irytujące”, ale wtedy przeszyło mnie piekielne rwanie w udzie. Oznaczało to, że pazury ogara ranią nie tylko ciało, ale i duszę.

Cóż, teraz wydało mi się to całkiem logiczne.

Zacząłem “zbiegać” w dół, gdy Richogar ponownie wleciał do budynku. Na moje szczęście jego masa rzuciła go na schody prowadzące do góry, kupując mi nieco czasu. Aby przyspieszyć zejście, ześlizgiwałem się po balustradzie, i choć noga bolała mnie jakbym zjeżdżał gołym tyłkiem po nieheblowanej desce, to dzielnie zacisnąłem zęby, by czym prędzej znaleźć się na upragnionym parterze.

Czując siarkowy oddech Richa za plecami, z rozpędu rzuciłem się na podwójne drzwi sieni, waląc w nie barkiem i natychmiast padając na glebę. Richogar, jak przewidziałem, skoczył, i niemal prześlizgnął się po moich plecach, lądując na środku ulicy.

Ja tymczasem walnąłem w ziemię i upuściłem broń, która przekoziołkowała po chodniku. Zgodnie z prawem Murphiego zatrzymała się pod potężnymi łapami ogara, który wyszczerzył z radości groźnie wyglądające zębiska. Przy okazji zrozumiałem, że Rich nie robił pustych przebiegów i w locie przeorał moje plecy zamieniając je w poligon, na którym testowano różne rodzaje cierpienia. Miałem wrażenie, że jakiś piekielny legionista smaga mnie ognistym biczem, co rusz posypując otwarte rany garściami soli. Nie byłem w stanie się podnieść i jedyne, co mogłem zrobić, to patrzeć bestii w oczy. Tak – bestia jednak miała oczy.

Z głębi gardzieli patrzyły na mnie wściekłe oczy Richa. Teraz widziałem je wyraźne, gdy pysk rozdziawił się, ukazując tłusty język ociekający jadem i setki ruchomych zębów, przypominających eteryczne glisty. Gdy spojrzałem nieco w górę, zobaczyłem całkiem sporą dziurę wyrwaną w kościstym garbie, z którego cały czas wyciekała czarna maź. 

– O… Teraz masz… Jakieś szanse… – wystękałem.

Richogar wydał z siebie skowyt przypominający ryk syreny przeciwmgielnej potężnego kontenerowca i ruszył na mnie jak rozpędzony pociąg. Jego szczęki, choć trudno było mi w to uwierzyć, rozwarły się jeszcze szerzej, gotowe do pożarcia mnie na maksymalnie dwa kęsy. Piesek skoczył po kość i kłapnął pyskiem tuż przed moją zaskoczoną twarzą.

– Mówiłam, żebyś czekał, Adam!

Plujące ohydnym śluzem szczęki jeszcze kilka razy zatrzasnęły się tuż przed moją twarzą. Z każdym kłapnięciem widziałem oczy wściekłej duszy Richa, kryjącej się w gardle bestii. 

Ogar wierzgał jak opętany, wyrywając chodnik spod nóg, ale walka była daremna. Richogar oddalał się ode mnie ciągnięty za ogon przez Rose. Każde jej szarpnięcie za kościstą kitę oddalało perspektywę przemiany mojej skromnej osoby w karmę dla psa, co niezmiernie mnie ucieszyło. Odczucia Richogara były zapewne zgoła inne. Odwrócił się nad wyraz zgrabnie i zaatakował Rose pazurami, na których wciąż wisiały kawałki moich pleców. Nie dość, że spudłował, to jeszcze dostał zadany na odlew cios, który natychmiast grzmotnął nim o jezdnię. Ta potworna siła musiała zostawić trwały ślad zarówno na asfalcie, jak i ciele Richogara, który na chwilę zupełnie znieruchomiał. Rose jednak nie czekała, aż ogar złapie oddech. Dopadła do jego pyska, wbijając obcas w dolną szczękę, przyszpilając ją w ten sposób do ziemi. 

– Leżeć! – wycedziła przez zęby.

Rose chwyciła górną część paszczy i zaczęła ciągnąć, aż ta z mokrym chrupnięciem oddzieliła się od reszty ciała. Piekielny zwierz zawył w sposób, który nawet we mnie wzbudził litość. Ciało Richogara szarpało się w konwulsjach pełnych bólu, ale Rose depnęła obcasem jeszcze mocniej, nie pozwalając bestii się wyrwać. Podwinęła spokojnie rękaw, schyliła się i sięgnęła w gardziel z miną przypominającą osobę, która zgubiła pierścionek pod kanapą.

W końcu wyciągnęła nagą, pokrytą czarnym śluzem duszę, którą rzuciła na ziemię jak starą szmatę. Oblepiony smolistą krwią ogara Rich wyglądał jak parodia człowieka. Eteryczne, chude ciało pokryte było ranami zadanymi w dzieciństwie przez chore żądze jakiegoś zwyrodnialca.

Wstałem, pomimo wrzącego oleju na plecach i błagającej o amputację nogi, i ruszyłem w ich kierunku. Każdy krok wydawał się torturą, na którą zasługiwały potępione dusze w najniższym kręgu piekieł, ale cóż… robota czekała. Po drodze zabrałem rewolwer i stanąłem nad wyjącym Richem, którego bezrozumne, wybałuszone oczy wciąż pragnęły mojej śmierci. Wszystko dlatego, że raz wypowiedziałem słowo, które wypaliło się w mózgu obiecującego nastolatka, niszcząc mu nie tylko życie, ale i śmierć.

– Przykro mi, Rich – mruknąłem.

Rose otworzyła usta, chcąc powiedzieć zapewne coś mądrego, ale wiem z doświadczenia, że im dłużej się wahasz, tym bardziej boli. Wycelowałem w głowę chłopaka i strzeliłem, unicestwiając duszę kogoś, kto był tak naprawdę jedną z ofiar w całej tej sprawie. Rich, Alan i Willy…

Więc gdzie, do cholery, jest winny całego tego syfu?

Na widok obracającego się w pył Richa dotarło do mnie, jak parszywe i kurewsko niesprawiedliwe potrafi być życie. Wśród wielu emocji tłukących się w mojej głowie dominowała jedna – gorzka i gorąca jak kute żelazo złość, od której zbierało mi się na mdłości.

 

***

 

Piętnastego maja na MetLife Stadium zebrało się ponad siedemdziesiąt tysięcy osób, by na żywo obejrzeć debiut Stevena J. Oswalda w New York Jets. Osobiście nie przepadam za żadną formą sportu, tym bardziej nie interesowałem się futbolem amerykańskim, ale dziś postanowiłem stać w kolejce po autograf zawodnika, którego media ochrzciły mianem drugiego Waltera Paytona.

Mecz skończył się ponad godzinę temu. W holu, niedaleko głównego wejścia, pomiędzy barierkami wiła się długa kolejka. Sznur ludzi posuwał się mozolnie do przodu, co było mi na rękę, gdyż miałem czas na wyjaśnienie Rachel, co my tu właściwie robimy. Słuchawka Bluetooth w uchu znacznie ułatwiła mi rozmowę z niewidzialną personifikacją Śmierci, której mina wyraźnie mówiła, co sądzi o jej dzisiejszym imieniu.

– Zaczynam się o ciebie martwić, Adam – powiedziała, wzdychając ciężko.

– Czemu? – spytałem z niewinną miną cherubinka. – Jesteśmy tu, by zamknąć sprawę Richogara.

– I dlatego wziąłeś ze sobą broń?

– Zawsze noszę broń. Jestem w końcu gliną.

Rachel spiorunowała mnie wzrokiem.

– Obsługa mnie wpuściła. – Broniłem się.

– Pomachałeś jej legitymacją przed nosem twierdząc, że jesteś tu służbowo.

– Bo jestem.

– Adam – spojrzenie Rachel stało się ostre jak brzytwa. – Wiem, jak ta sprawa na ciebie wpłynęła… Nie baw się w anioła zemsty. Widziałeś, jak skończył Rich w pogoni za sprawiedliwością. Pragnę przypomnieć ci, że jesteś jedną nogą w grobie i jeżeli posuniesz się za daleko, możesz…

– Nie tak kończy się ta historia – zacytowałem Rachel, wchodząc jej w słowo, na co zareagowała mimowolnym drgnięciem kącika ust. Wywoływanie uczuć kontrastujących z ponurą powagą instytucji, którą reprezentowała Rachel, należało do moich hobby. – Spójrz na to zdjęcie – dodałem po chwili, pokazując trzymaną między palcami kolorową fotografię przedstawiającą mężczyznę w garniturze. – Kojarzysz go?

Rachel poprawiła okulary na nosie, przyglądając się zdjęciu nieco za długo.

– Odejmij mu ze trzydzieści kilo i dziesięć lat – podpowiedziałem.

– Alan? – Spojrzała na mnie pytająco, ale nie dałem po sobie niczego poznać.

– Wiesz, w kolejce do kogo stoimy? – zapytałem, nagle zmieniając temat.

Rachel spojrzała na odgrodzony barierkami stół, za którym siedział Steven w stroju futbolisty. Oswald wydawał się bardzo sympatycznym gościem. Kwadratowa twarz blondyna uśmiechała się szeroko, racząc kolejkowiczów śnieżnobiałym blaskiem równych zębów.

– To on zdradził ci słowo-klucz tamtej nocy.

– Steven J. Oswald – potwierdziłem, wyciągając z kieszeni zakreślony kółkiem numer telefonu. – Rzekomy przyjaciel Richa “Richardo” Dammonta. Tamtego wieczora, gdy rozmawiałem z nim przez telefon, byłem pewny, że to on dokonał tej ohydnej zbrodni. 

– Ale? – zapytała Rachel, wyczuwając moje wahanie. 

– Ale uczę się na błędach. Rich zabił przez pomyłkę Williego, Alan nie był pedofilem, którego szukał… Postanowiłem sprawdzić, jak głęboko sięga ta królicza nora, zanim będę ferował wyroki. Wiesz, jak ma na drugie Steven? Jonathan, po ojcu.

Ponownie pokazałem jej zdjęcie mężczyzny w garniturze. Brew Rachel podskoczyła do góry. W jej milczeniu wyczułem cały stos niewypowiedzianych pytań. Przytrzymałem ją chwilę w niepewności, sprawdzając wizualnie stan kolejki. Byliśmy blisko, choć kątem oka zauważyłem, że członek obsługi stadionu szepcze coś do ucha ochroniarza. Oznaczało to, że zaraz zamykają całą imprezę i raczej nie dostaniemy się do Stevena. Nie szkodzi.

– Jonathan Oswald to brat Alana – powiedziałem w końcu, machając zdjęciem. – Podobni, co nie? 

W oczach Rachel dostrzegłem skaczące iskry zrozumienia, które w końcu roznieciły niemały pożar w postaci objawienia. 

– Jonathan był dyrektorem szkoły, w której doszło do gwałtu – kontynuowałem. – Dwa dni po tym, jak sprawa Richa wyszła na jaw, Jonathan został zastrzelony we własnym domu przez żonę. Rozmawiałem z policjantem, który przybył wtedy na miejsce zdarzenia i opowiedział mi historię zgoła inną, niż przedstawiały to oficjalne akta. Według niego to chłopak zastrzelił tatusia, a matka, by chronić syna, wzięła winę na siebie.

Rozdawanie autografów dobiegło końca, ochrona założyła linkę na barierki zaczęła rozganiać zawiedzione towarzystwo, któremu nie udało się zdobyć upragnionego maźnięcia flamastrem. 

– Chyba ci się nie udało – westchnęła Rachel i spojrzała na mnie myśląc, że będę zły jak osa. 

Daleki byłem jednak od rozpaczy. Stanąłem z boku i czekałem cierpliwie, podczas gdy korytarz powoli pustoszał. 

– To, czego dowiedziałem się przez te kilka dni, w sądzie uznaliby za “spekulacje”. Jestem jednak pewny, że Jonathan molestował swojego syna za cichym przyzwoleniem matki, która również była zastraszona przez męża-dewianta. Nie wiem, jak poznał Richa. Czy Steven przyprowadził go kiedyś do domu jako kolegę, czy może upatrzył go sobie w szkole… Nie wiem, jak doszło do odurzenia go narkotykiem, ani jak dokładnie wyglądało całe zajście, wiem jednak, że to Jonathan wszedł do męskiej szatni i zrobił jedną z najpotworniejszych rzeczy, jakie można wyrządzić takiemu chłopcu. W stanie ograniczonej świadomości Rich zwyczajnie pomylił Jonathana z jego bratem, Alanem. Zagadką pozostaje dla mnie udział Stevena w całym tym zajściu. Odurzył kolegę, częstując go łykiem wody z własnej butelki i udał się do domu, czy też patrzył, jak jego stary gwałci kolegę z klasy? Zrobił to pod przymusem, czy dobrowolnie? To wie tylko Steven. Tak czy inaczej to wydarzenie musiało nim wstrząsnąć na tyle, by pociągnąć za spust dwa dni później i pozbawić życia swojego ojca.

Czułem, jak Rachel taksuje mnie wzrokiem, ale ja uparcie wpatrywałem się w Stevena, który wstał od stołu i zaczął kierować się do wyjścia w towarzystwie dwóch ochroniarzy.

– Hej! Steve! – krzyknąłem, próbując zwrócić jego uwagę.

– Widziałam to miliony razy, Adam. Nie uda ci się…

Futbolista odwrócił się a Rachel urwała, patrząc na gest, który wykonałem. Było to najprostsze i najbardziej bezczelne wskazanie kogoś palcem, jakie można było wykonać. A wskazywałem nikogo innego, jak Śmierć. 

– Adam – westchnęła Rachel protekcjonalnie. – Przecież wiesz, że on mnie nie widzi…

– Zakład?

Spojrzała na niego i z przyjemnością stwierdziłem, że ją zatkało. Steven J. Oswald patrzył na nią, nie było co do tego wątpliwości. Uśmiech na jego twarzy gasł powoli, pociągając za sobą w zupełną czeluść wesołe iskierki w oczach i dumną postawę futbolisty. 

Ochroniarze rozglądali się dookoła zastanawiając się zapewne, co za pantomimę tu odstawiam i trudno się im dziwić. W tej chwili świat kręcił się wokół mnie, Rachel i Stevena.

– Mogę prosić o ostatni autograf? – zapytałem. – Dla dobrej znajomej?

– Poczekajcie chwilę – powiedział Steven do zdezorientowanej obstawy.

Gdy podchodził, malał w oczach. Opuścił ramiona, przygarbił się nieco, a jego oczy stały się mętne, zmęczone i pozbawione życia. Jednym słowem – zrzucił maskę. Rachel i ja dobrze wiedzieliśmy, że nie patrzymy już na Stevena “Gwiazdę Futbolu” Oswalda. Stał przed nami chłopiec, który skrywał mroczną, trawiącą duszę tajemnicę. Jak na dłoni widać było, że zabijała go od środka. Założyłbym się o cały mój dług wobec Wisielca, że gdyby Rachel wyszarpnęła jego duszę z ciała, wyglądałby nie lepiej niż Richogar tamtego pamiętnego dnia. 

– Dla kogo? – zapytał głucho, gdy podałem mu jego zdjęcie wycięte z gazety.

Rachel wpatrywała się w Stevena, czytając z niego jak z otwartej księgi.

– Dla Rose – powiedziała smutno.

– Zatem dla Rose… – mruknął Steven, mozolnie podpisując świstek papieru, po czym zmarszczył brwi, jakby myślenie było dla niego tytanicznym wysiłkiem. – Czy my się znamy? – zapytał jakby z trudem, odchrząkując. – Bo mam wrażenie…

– Teraz się znamy.

Oswald patrzył na Rachel jak cielę w malowane wrota. 

– Ta… – mruknął, oddając jej zdjęcie z wahaniem. – Czy… Czy jeszcze się kiedyś zobaczymy? – zapytał po chwili.

– Tak. Obiecuję.

Twarz Stevena na chwilę rozświetlił uśmiech, ale zniknął równie szybko, jak się pojawił. W końcu odwrócił się bez słowa i dołączył do ochroniarzy, którzy na pewno szybko wyprą z pamięci ten dziwny epizod.

 

***

 

Na zewnątrz lekko mżyło. Rachel wzięła mnie pod ramię widząc, z jak wielkim trudem stawiam kolejne kroki. Ciało zdążyło się już zagoić, problemem była moja dusza, na której rany wciąż pulsowały piekielnym ogniem. Będę je lizał jeszcze kilka dobrych tygodni.

– Jakie barwy zobaczyłaś? – zapytałem znienacka. – Wtedy u Alana powiedziałaś, że pragnienie śmierci ma różne kolory.

– A jak myślisz?

– Uważam, że przyszłość Stevena maluje się raczej w ciemnych barwach. Blichtr i sukces to przykrywka dla chłopca, który na zawsze utknął w pętli… Trochę jak Frank. A jedynym wyjściem z pętli jest…

– A ty jak się czujesz, Adam? – przerwała mi nagle. 

– Bolą mnie plecy i rwie w nodze.

– Wiesz, co mam na myśli.

Usiedliśmy na ławce postawionej przy skwerku obok stadionu. Ludzie mijali nas, jakbyśmy byli duchami, a mnie to nie przeszkadzało. Dzień jak co dzień, pryszczate gnojki żrące kebab i szczebiocące dziewczyny przeglądające zdjęcia na instagramie, wszystko w atmosferze szarego, mglistego dnia.

– Antagonista tej historii nie żyje. Jak widać jednak nie trzeba żyć, by wciąż czynić zło. Ofiary tego sukinsyna wciąż zmagają się z przeszłością, która nawiedza ich jak złe demony. Zastanawia mnie, jak głęboko sięga królicza nora… Nie wiem, i nigdy nie poskładam tej historii do kupy… Ale nie jest już moja. Dla mnie sprawa jest zamknięta, choć wiem, że dla Stevena pozostanie otwarta do końca życia.

Westchnąłem.

– Przepraszam za “Rachel” – powiedziałem, patrząc Śmierci prosto w oczy.

– Hm?

Sięgnąłem do jej zimnych dłoni i powoli zabrałem kawałek podpisanego papieru.

– Rose. Musiało ci się spodobać. Chyba nie ma co szukać dalej. – Uśmiechnąłem się szeroko.

– Czyli zabawa dobiegła końca? – zapytała tonem, który trudno było mi odszyfrować. Wydawał się obojętny, ale wyczułem w nim lekką nutę zawodu.

– Nie – odparłem. – Znalazłem ledwie jeden fragment z całej układanki.

– To co teraz?

– Idziemy w stronę zachodzącego słońca.

– Adam…

– Naprawdę! Zobacz. 

Wskazałem lokal po drugiej stronie ulicy, którego szyld głosił dumnie “Dom Zachodzącego Słońca”.

– Kolejna randka?

– Nie inaczej.

– I nie wywiniesz tego samego numeru co wcześniej?

– Nie masz trupa, na którym by mi zależało.

– Mam ciebie.

– Jesteś niepoprawną romantyczką, Rose.

– Ty stawiasz.

– Jak zwykle, Rose. Jak zwykle.

Koniec

Komentarze

Mocna rzecz, nie mogłam się oderwać.

Sporo cudownych smaczków no i wiele brutalności.

 

Trochę baboli:

 

Czarny żakiet i formalna, obcisła spódnica, leżały na niej jak szyte na miarę. Stawiała drobne kroczki w kierunku denata, stukając wysokimi obcasami o asfalt.

Spódnica?!;)

 

Ja zamówiłem kawę i befsztyk. Smakowało jak popiół,

A nie smakowały?

 

Rose puściła, pozwalając mi złapać oddech.

Dzięki Ambush za odwiedziny, cieszę się, że się podobało.

Babole poprawione.

0-3 WARSZTAT | 0-3 NARRACJA | 0-3 FABUŁA | 0-3 DIALOGI | 0-3 POSTACI | 0-3 KLIMAT

Cóż, Folanie, z jednej strony przyznaję, że miałeś niezły pomysł na zgrabną sprawę kryminalną z udziałem żywych i umarłych, a jednocześnie muszę powiedzieć, że lektura okazała się nieco nużąca, albowiem opowieść zdała mi się mocno przegadana i nadmiernie rozwleczona. Lubię kiedy przedstawiona historia skrzy się humorem, ale tu, moim zdaniem, było go ponad miarę. Tak jakbyś przed przystąpieniem do pisania sporządził listę żartów, bon motów i zabawnych powiedzonek, a potem starałeś się wszystkie umieścić w tekście. A żarty, nawet niezłe, podane w nadmiarze, zwyczajnie męczą.

Wykonanie, co stwierdzam z ogromną przykrością, pozostawia bardzo wiele do życzenia, skutkiem czego opowiadania nie mogę uznać za w pełni satysfakcjonujące.

 

Przed­sta­wie­nie ścią­gnę­ło po­kaź­ną ilość ga­piów. → Gapiów można policzyć, więc: Przed­sta­wie­nie ścią­gnę­ło po­kaź­ną liczbę ga­piów.

 

wy­glą­da­ją­cy na ucie­ki­nie­ra z OIOMu. → …wy­glą­da­ją­cy na ucie­ki­nie­ra z OIOM-u.

 

ale gdyby ten typ po­ku­sił­by się… → …ale gdyby ten typ po­ku­sił­ się

 

zdję­ła opra­wio­ne w złote opraw­ki oku­la­ry i na­chy­li­ła po­wo­li nad zwło­ka­mi… → Brzmi to fatalnie. Czy nachyliła nad zwłokami zdjęte okulary?

Proponuję: …zdję­ła okulary w złotych oprawkach i powoli na­chy­li­ła się nad zwło­ka­mi

 

ona była Śmier­cią, a ja byłem… → Czy to celowe powtórzenie.

 

przy­lgnąć do nich i szcze­znąć na za­wsze… → …przy­lgnąć do nich i scze­znąć na za­wsze

 

Gdy­by­śmy mieli konto na fejs­bu­ku… → Gdy­by­śmy mieli konto na Facebooku

 

– Lu­dzie się na cie­bie dziw­nie pa­trzą. → – Lu­dzie na cie­bie dziw­nie pa­trzą.

 

wezmą to za drugi akt per­for­man­su. → …wezmą to za drugi akt per­for­mance. Lub: …wezmą to za drugi akt per­for­manc­e’u.

 

– Jed­nym sło­wem… Umie­rasz z nudów – uśmiech­ną­łem się sze­ro­ko→ Jed­nym sło­wem… Umie­rasz z nudów.Uśmiech­ną­łem się sze­ro­ko

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi.

 

Rose pa­trzy­ła na mnie znad pa­ru­ją­cej fi­li­żan­ki kawy… → Parowała kawa, nie filiżanka, więc: Rose pa­trzy­ła na mnie znad fi­li­żan­ki pa­ru­ją­cej kawy

 

po­wie­dzia­ła w końcu, od­kła­da­jąc kawę na stół…-> …po­wie­dzia­ła w końcu, odstawiając kawę na stół

Gdyby odłożyła filiżankę, wylałaby kawę.

 

Miał am­bi­cje chłop… → Literówka.

 

Facet szczezł jako ofia­ra ry­tu­ału→ Facet sczezł jako ofia­ra ry­tu­ału

 

był po­roz­wie­sza­ny po całym miesz­ka­niu. → …był po­roz­wie­sza­ny w całym miesz­ka­niu.

 

Alan, owy wu­efi­sta, odbił im pi­łecz­kę i po­zwał o po­mó­wie­nie. → Alan, ów wu­efi­sta, odbił pi­łecz­kę i po­zwał ich o po­mó­wie­nie.

 

– Może – wzru­szy­łem ra­mio­na­mi. → – Może. – Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

 

Nie mu­sia­ła nic mówić. Jej zimne spoj­rze­nie mó­wi­ło wię­cej… → Czy to celowe powtórzenie?

 

W jej oku­la­rach od­bi­jał się blask po­li­cyj­nych syren. → Syrena to sygnał dźwiękowy, więc nie mógł się odbijać w okularach.

Proponuję: W jej oku­la­rach od­bi­jał się blask po­li­cyj­nych kogutów.

 

gdzie zła­pa­łem za wal­kie-tal­kie… → …gdzie zła­pa­łem wal­kie-tal­kie

 

Stary Buick zgar­bił się i za­padł czę­ścio­wo w as­falt→ Stary buick zgar­bił się i za­padł czę­ścio­wo w as­falt

Nazwy pojazdów piszemy małą literą. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

za­sło­nił wszyst­ko sino–fio­le­to­wym fil­trem… → …za­sło­nił wszyst­ko sinofio­le­to­wym fil­trem

 

Zła­pa­ła za znisz­czo­ną ko­szu­lę… → Zła­pa­ła znisz­czo­ną ko­szu­lę

 

całym za­przę­giem re­ni­fe­rów–zom­bie. → …całym za­przę­giem re­ni­fe­rów-zom­bie.

W tego typu połączeniach używamy dywizu, nie półpauzy.

 

ob­ra­zy Esche­ra bądź Da­lie­go. → …ob­ra­zy Esche­ra bądź Da­le­go.

 

gdy wspi­na­li­śmy się po scho­dach na górę… → Masło maślane – czy mogli wspinać się na dół?

 

spoj­rza­łem na numer wy­bi­ty zło­ty­mi li­te­ra­mi. → Obawiam się, że numer nie mógł być wybity żadnymi literami, więc: …spoj­rza­łem na numer wy­bi­ty zło­ty­mi cyframi.

 

– Czyż­by udzie­li­ła ci się at­mos­fe­ra Wil­lie­go?– Czyż­by udzie­li­ła ci się at­mos­fe­ra Wil­ly’e­go?

 

Drzwi do po­ko­ju Wil­lie­go→ Drzwi do po­ko­ju Wil­ly’e­go

 

maź­nię­ty czar­nym spre­jem przez nie­wpraw­ną ręką gra­fi­cia­rza. → …maź­nię­ty czar­nym spre­jem przez nie­wpraw­ną rękę gra­ffi­cia­rza.

 

Od­wró­cił się i za­czął czła­pać do sa­lo­nu… → Raczej: Od­wró­cił się i poczłapał do sa­lo­nu

 

ja­kie­goś si­ka­cza, który leżał na sto­licz­ku obok. → …ja­kie­goś si­ka­cza, który stał na sto­licz­ku obok.

 

ale po­now­nie nie otrzy­ma­łem żad­nej re­ak­cji. → Reakcja nie jest czymś, co można otrzymać.

Proponuję: …ale po­now­nie nie doczekałem się żad­nej re­ak­cji.

 

Oboje byli ofia­ra­mi par­szy­we­go losu. → Piszesz o uczniu i wuefiście, więc: Obaj byli ofia­ra­mi par­szy­we­go losu.

Oboje to mężczyzna i kobieta.

 

Trzy­maj się tam, Ri­chie–rich → – Trzy­maj się tam, Ri­chie-rich

 

Łeb skła­dał się z sa­me­go tylko pyska owi­nię­te­go strzę­pa­mi mięsa i rzę­dem po­dej­rza­nych, nad­zwy­czaj ru­chli­wych zębów. → Czy dobrze rozumiem, że pysk był owinięty rzędem ruchliwych zębów?

 

by­ło­by toż­sa­me z wsko­cze­niem Ri­cho­ga­ro­wi do pyska, więc gna­łem przez ko­lej­ne pół­pię­tra dzię­ku­jąc w duchu za to, że byłem mar­twy i za­dysz­ka mi nie gro­zi­ła Gro­ził mi za to ślepy za­ułek, do któ­re­go nie­uchron­nie zmie­rza­łem. Wej­ście na dach, nawet, je­że­li nie było za­mknię­te, było terra in­co­gni­ta i nie byłem w na­stro­ju na par­ko­ur. Kon­fron­ta­cja była więc… → Byłoza.

 

sam Jo­seph Gor­don–Le­vitt. → …sam Jo­seph Gor­don-Le­vitt.

 

Zro­bi­łem roz­bieg i ile mia­łem tylko sił… → Raczej: Wziąłem roz­bieg i ile mia­łem tylko sił

 

ścia­na ka­mie­ni­cy ob­ró­ci­ła się i za­mie­ni­ła się na chwi­lę w pod­ło­gę… → A może wystarczy: …ścia­na ka­mie­ni­cy ob­ró­ci­ła się i za­mie­ni­ła na chwi­lę w pod­ło­gę

 

ale z moją ku­la­wą nogą ogar szyb­ko od­ro­bi stra­ty. → Czy ogar miał kulawą nogę Adama?

 

to dziel­nie za­ci­sną­łem zęby i czym prę­dzej zna­la­złem się na upra­gnio­nym par­te­rze. → …to dziel­nie za­ci­sną­łem zęby, by czym prę­dzej zna­leźć się na upra­gnio­nym par­te­rze.

 

Czu­jąc siar­czy­sty od­dech Richa za ple­ca­mi→ Czu­jąc siarkowy od­dech Richa za ple­ca­mi

Sprawdź znaczenie słowa siarczysty.

 

i nie­mal prze­śli­zgnął się mi po ple­cach… → …i nie­mal prze­śli­zgnął się po moich ple­cach

 

Z każ­dym klap­nię­ciem wi­dzia­łem… → Chyba miało być: Z każ­dym kłap­nię­ciem wi­dzia­łem

 

Ogar wierz­gał no­ga­mi… → Masło maślane – wierzganie to gwałtowne machanie nogami.

 

Rose chwy­ci­ła jedną ręką górną część pasz­czy stwo­ra i cią­gnę­ła w górę… → Nie brzmi to najlepiej.

 

aż ta nie od­dzie­li­ła z mo­krym chrup­nię­ciem od resz­ty ciała. → …aż ta z mo­krym chrup­nię­ciem oddzieliła się od resz­ty ciała.

 

w całej tej spra­wie. Na dobrą spra­wę wszy­scy nią byli, tylko win­ne­go jakoś ni­g­dzie nie było widać.

Na widok ob­ra­ca­ją­ce­go… → Powtórzenia.

 

W holu sta­dio­nu nie­da­le­ko głów­ne­go wej­ścia, roz­sta­wio­no ba­rier­ki i usta­wio­no “pe­ten­tów” w dłu­giej ko­lej­ce, któ­rej pil­no­wa­ła ob­słu­ga sta­dio­nu. → Powtórzenia.

 

gdyż mia­łem chwi­lę czasu na wy­ja­śnie­nie… → Masło maślane – chwila to czas.

Wystarczy: …gdyż mia­łem chwi­lę na wy­ja­śnie­nie… Lub: …gdyż mia­łem czas na wy­ja­śnie­nie

 

Słu­chaw­ka blu­eto­oth w uchu→ Słu­chaw­ka Blu­eto­oth w uchu

 

twarz blon­dy­na uśmie­cha­ła się sze­ro­ko, ra­cząc ko­lej­ko­wi­czów śnież­no­bia­łym uśmie­chem. → Brzmi to nie najlepiej.

 

zanim będę fe­ro­wał wy­ro­ka­mi. → …zanim będę fe­ro­wał wy­ro­ki.

Ferować to orzekać; nie można orzekać wyrokami.

 

za­stra­szo­na przez męża–de­wian­ta. → …za­stra­szo­na przez męża-de­wian­ta.

 

Spu­ścił ra­mio­na w dół… → Masło maślane – czy można spuścić coś w górę?

Wystarczy: Opuścił ramiona

 

Lu­dzie mi­ja­li nas jak­by­śmy byli du­cha­mi, a mi to nie prze­szka­dza­ło. Lu­dzie mi­ja­li nas, jak­by­śmy byli du­cha­mi, a mnie to nie prze­szka­dza­ło.

 

prysz­cza­te gnoj­ki żrące ke­ba­ba… → …prysz­cza­te gnoj­ki żrące ke­ba­b

 

Zna­la­złem le­d­wie jeden puzel z całej ukła­dan­ki. → Zna­la­złem le­d­wie jeden element  z całej ukła­dan­ki.

Puzzle nie mają liczby pojedynczej.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cóż, Folanie, z jednej strony przyznaję, że miałeś niezły pomysł na zgrabną sprawę kryminalną z udziałem żywych i umarłych, a jednocześnie muszę powiedzieć, że lektura okazała się nieco nużąca, albowiem opowieść zdała mi się mocno przegadana i nadmiernie rozwleczona.

Hah! A myślałem właśnie, że “za bardzo się śpieszę”. I czemu przegadana? Ja akurat bardzo, bardzo lubię dialogi w powieściach, stawiam je nawet wyżej niż rozwleczone opisy, może dlatego…

Lubię kiedy przedstawiona historia skrzy się humorem, ale tu, moim zdaniem, było go ponad miarę. Tak jakbyś przed przystąpieniem do pisania sporządził listę żartów, bon motów i zabawnych powiedzonek, a potem starałeś się wszystkie umieścić w tekście. A żarty, nawet niezłe, podane w nadmiarze, zwyczajnie męczą.

Żarty same przychodziły z “flowem” i choć możesz mieć rację, to dla mnie jest ich tu w sam raz ;).

 

Wykonanie, co stwierdzam z ogromną przykrością, pozostawia bardzo wiele do życzenia, skutkiem czego opowiadania nie mogę uznać za w pełni satysfakcjonujące.

Ło kurde! Poprawione. Jestem przerażony (i zawstydzony), ile baboli umknęło mojej uwadze mimo, iż tekst czytałem chyba codziennie przez prawie dwa tygodnie w poszukiwaniu lapsusów.

ona była Śmiercią, a ja byłem… → Czy to celowe powtórzenie.

Tak, bo nie mam pomysłu, jak to inaczej zapisać.

Miał ambicje chłop… → Literówka.

A czemu to literówka?

był porozwieszany po całym mieszkaniu. → …był porozwieszany w całym mieszkaniu.

A czemu nie może być “po”? Pytam z ciekawości, bo “na czuja” wydaje mi się, że oba pasują.

 

 

0-3 WARSZTAT | 0-3 NARRACJA | 0-3 FABUŁA | 0-3 DIALOGI | 0-3 POSTACI | 0-3 KLIMAT

I czemu prze­ga­da­na? Ja aku­rat bar­dzo, bar­dzo lubię dia­lo­gi w po­wie­ściach, sta­wiam je nawet wyżej niż roz­wle­czo­ne opisy, może dla­te­go…

Cóż, Folonie, nie mam nic przeciw dialogom w opowiadaniach, a mówiąc o przegadaniu miałam na myśli, że jak na mój gust, ta historia jest zbyt długa. Owszem, dzieje się sporo, ale mam wrażenie, że można to było przedstawić w bardziej skondensowanej formie.

Jednak przyjmuję do wiadomości, że Ty możesz mieć całkiem odmienne zdanie. Tak jak z humorem – Ty uważasz, że jest OK, ja byłam nim zmęczona.

 

A czemu to li­te­rów­ka?

Miał am­bi­cje chłop… → Miał am­bi­cję chłop

NO, chyba że chłop miał wiele ambicji, ale z tekstu to nie wynikało.

 

A czemu nie może być “po”? Pytam z cie­ka­wo­ści, bo “na czuja” wy­da­je mi się, że oba pa­su­ją.

Mieszkanie jest pomieszczeniem zamkniętym, więc znajdujemy się w mieszkaniu i w mieszkaniu rozwieszamy to i owo.

Tu znajdziesz przykłady, kiedy używamy przyimka po: https://sjp.pwn.pl/szukaj/po.html

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć!

 

Podobała mi się ta historia, a zwłaszcza konstrukcja postaci. Temat polowania na demony jest nienowy, ale ujęty tutaj całkiem zgrabnie. Masz lekkie pióro i momentami było nawet zabawnie, choć sama historia porusza bardzo tragiczny temat.

Nie do końca było dla mnie jasne, co ogar robił w domu wuefisty (a właściwie w Umbrze), skoro wiedział przecież, że to nie on zawinił. Scena, w której wyjaśniasz co naprawdę zaszło była dla mnie myląca, bo jakoś za dużo postaci się tam nagle pojawiło. Nie wiem, czy nie byłoby lepiej nie przeskakiwać od razu do końcowych wyjaśnień, ale pokazać jakiś etap wcześniej. Jak dla mnie opisów mogłoby być nieco mniej, a sama walka z ogarem była trochę za długa. 

Zgłaszam do biblioteki.

Obaj byli ofiarami parszywego losu.

– Dlaczego cię widział?

– Ludzie pogodzeni ze śmiercią mają takie tendencje.

I to pytanie zadawałam sobie od momentu kiedy weszli do mieszkania, więc może lepiej byłoby nieco wcześniej wyjaśnić jak to działa. 

Wstałem, zbliżyłem się Rose i poprawiłem okulary na jej nosie.

"Ani połowy spośród was nie znam nawet do połowy tak dobrze, jak bym pragnął; a mniej niż połowę z was lubię o połowę mniej, niż zasługujecie".

Nie do końca było dla mnie jasne, co ogar robił w domu wuefisty (a właściwie w Umbrze), skoro wiedział przecież, że to nie on zawinił. Scena, w której wyjaśniasz co naprawdę zaszło była dla mnie myląca, bo jakoś za dużo postaci się tam nagle pojawiło.

[spoilery?]

Alan-wuefista był bratem dyrektora szkoły, Jonathana Oswalda. Rich, odurzony w jakiś sposób przez Jonathana za pośrednictwem swojego syna, dokonał tego ochydnego czynu. Rich jak przez mgłę pamiętał całe to (mówiąc delikatnie) nieprzyjemne zdarzenie i zwyczajnie pomylił Jonathana z Alanem ze względu na podobieństwo charakterystyczne dla rodzeństwa.

Rich do końca był przekonany, że to Alan zrobił i nigdy się nie dowiedział, że tak naprawdę to Jonathan.

[/spoilery?]

 

Wyjaśnienia te padają właśnie w epilogu, gdy Adam pokazuje Rose zdjęcie dyrektora – nawet Rose pomyliła go z Alanem.

 

Niestety aby oddać w pełni całą “intrygę” musiałbym rozwinąć opowiadanie o dolejne kilkanaście tysięcy znaków, ale moim celem jest tworzenie bardziej zwięzłych form. Jak widać po opinii Regulatorzy tym razem się nie udało (choć ja miałem wrażenie, że właśnie za bardzo poskracałem).

Mój błąd to próba przedstawienia dość rozbudowanej historii w jak najkrótszej formie. Regulatorzy i Ty, Alicello, wskazaliście mi miejsca, które można było skrócić, co jest cenną lekcją i dalej będę szukał ciekawych historii, które można przedstawić możliwie zwięźle i interesująco.

 

I to pytanie zadawałam sobie od momentu kiedy weszli do mieszkania, więc może lepiej byłoby nieco wcześniej wyjaśnić jak to działa. 

Może, ale zrobiłem to świadomie. Wzbudzić zainteresowanie i dać mu się chwilę podusić we własnym sosie ;).

 

Błędy poprawione (również te “sporne” od Regulatorzy – ulegam sile argumentu, dzięki!).

0-3 WARSZTAT | 0-3 NARRACJA | 0-3 FABUŁA | 0-3 DIALOGI | 0-3 POSTACI | 0-3 KLIMAT

Interesujący kryminał, z kilkoma błędnymi tropami. Fantastyka głośna i wyraźna, wszystko jak należy.

Podobało mi się śledztwo prowadzone w Umbrze, ciekawy motyw z oknem.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka