- Opowiadanie: bruce - Salonik pana Lee

Salonik pana Lee

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Salonik pana Lee

Tajemniczy skośnooki pan, biegle mówiący w kilkunastu językach (w tym polskim), pojawił się w naszej dzielnicy pod koniec lipca. Pamiętam, bo było wtedy wyjątkowo upalnie. Zajął opuszczony dom, znajdujący się na zakręcie drogi wiodącej ku polom. Dawniej jeździł tamtędy tramwaj. Przed laty często można było spotkać dzieci, spieszące do leżącej dwa kilometry dalej szkoły. Teraz miejsce było opuszczone, smutne, zapomniane.

Kiedy na budynku pojawił się szyld, cała dzieciarnia z okolicy nie mogła doczekać się zakończenia remontu. Nowy właściciel był cudzoziemcem. Spokojny pan, na oko sześćdziesięcioletni, w okularach i z niewielką łysiną z tyłu głowy, nie był nikomu znany z nazwiska. Nie miało to jakiegokolwiek znaczenia. Otwarcie saloniku gier komputerowych pozwoliło wścibskiej gawiedzi błyskawicznie zwiedzić każdy zakamarek tego cudownego miejsca i zwrócić uwagę na zamieszczone wszędzie plakaty z podobizną słynnego mistrza kung-fu. Stąd też bardzo szybko do nowego mieszkańca tureckiej dzielnicy Ludus przylgnęło przezwisko „pan Lee”. Odtąd wszyscy tak go nazywaliśmy.

Turek był małym miasteczkiem. Niczym szczególnym nie wyróżniał się wśród miejscowości południowej Polski. I dlatego taki punkt rozrywki, jedyny w okolicy, ucieszył nie tylko dzieci, ale i dorosłych.

 

Pan Lee prowadził salon gier oraz mały kram ze słodyczami. Zdumiewał jednak, ilekroć zaszło się do niego, ponieważ wydawał owe przepyszne i wyjątkowo oryginalne łakocie całkowicie za darmo.

– Niezupełnie za darmo – zwykł mawiać, pytany o cenę. – Proszę, abyście w zamian za ich otrzymanie, zagrali w moim salonie. Tylko tyle i aż tyle – dodawał z tym samym uśmiechem.

Oczywiście nikomu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Taka okazja to wszak nie lada gratka dla pasjonatów gier. A tonący w nudzie codzienności Turek miał ich aż nadto!

– Automaty do gier bez miejsc przeznaczonych na wrzucanie monet. – Dziwili się rodzice przychodzący tutaj z dziećmi. – To jakaś nowość – dodawali, patrząc z niedowierzaniem.

– Jedyne takie na świecie – potwierdzał pan Lee. – Wszystkie mojego pomysłu. Podobnie jak gry. Te na automatach i te na konsolach czy komputerach – dodawał z niekłamaną satysfakcją. Wskazywał wówczas na kolejne sale ze sprzętem komputerowym i telewizyjnym.

Dech zapierało z wrażenia, kiedy liczni goście zażywali tu rozrywki, częstowani jeszcze później darmowymi słodkościami.

– A gdzie haczyk, panie Lee? – pytali ci bardziej podejrzliwi, nie dowierzając w charytatywną działalność tajemniczego Chińczyka.

– Tu nie ma haczyka, drodzy państwo. – Kłaniał im się wpół i z uprzejmością dodawał:

– To raczej ja powinienem odwdzięczać się za testowanie moich gier. Zatem niechaj choć w tak skromny sposób rekompensuję wasz cenny czas i uwagę, rozdając słodycze.

– A czemuż to? – dopytywali jeszcze.

– Z racji mego wieku, nie mam możliwości, aby jednocześnie tworzyć nowe dzieła, sprawdzać te poprzednie, testować je i przechodzić kolejne ich poziomy. Zmęczony życiem organizm odmawia posłuszeństwa przy konieczności wykrzesania z siebie tak mozolnego, wielogodzinnego wysiłku.

– Dziwak, ot co – mawiali o nim niektórzy, wzruszając ramionami. – Najwidoczniej ma sporo pieniędzy i nie wie, co z nimi zrobić.

 

Lecz przecież nie to było najważniejsze. Najwspanialszą rzeczą był fakt, że mogliśmy w każdej wolnej chwili przychodzić tam i grać! A gier stale przybywało. Jakby cały dom, należący obecnie do pana Lee, niegdyś ziejący pustką i chłodem, rozrastał się coraz bardziej, dodając w swoim wnętrzu dodatkowe sale z nowymi urządzeniami. A wszędzie panował niezwykły ład, porządek. Przytulność zaś i ciepło roztaczały się przyjemnie na ogromny budynek, emanując cudowną atmosferą.

Zazwyczaj graliśmy całą paczką. Była nas czwórka, to znaczy Asia, moja najlepsza kumpela z klasy, Łukasz, mój brat starszy o pięć lat oraz jego przyjaciel Arek. No i ja, Anka, potocznie nazywana Aniką. Upodobałam sobie to imię, poznawszy je w serialu telewizyjnym przed kilkoma laty. 

Wkrótce do naszej grupy graczy dołączyły kolejne osoby, rówieśnicy z klasy Łukasza i Arka: Maja, Sandra i Maciek. Żartowaliśmy czasami, że stanowimy “Zespół Siedmiu Walczących”.

 

– Jestem dzisiaj znowu Królewną Marielką – powiedziałam pewnego październikowego dnia do Asi, która siedziała w pobliżu, tocząc już wciągającą rozgrywkę o ulubionych baśniowych stworach.

– A ja skrzydlatym i czerwonołuskim smokiem Dressem! – rzuciła z radością i pogrążyła się w grze przy kolorowym automacie.

Moja postać zwiedzała okoliczne grody i sioła, spotykając rycerzy, biorących udział w turniejach. Królewna Marielka rozmawiała też z innymi latoroślami głów koronowanych, wybierała bogato zdobione stroje na bale, przyjmowała oświadczyny przystojnych książąt. Grafika zapierała dech w piersi swoim rozmachem, wygląd otaczającej przyrody nieustannie zachwycał. Powozy, którymi poruszała się moja królewna, budziły podziw napotykanych wieśniaków. Kiedy zebrałam sporą ilość monet za przejście kilku poziomów, zdecydowałam się przerwać tę grę i udać do innej. Automaty obok były zajęte, zatem poszłam do sąsiedniej sali.

Z kontrolerem w dłoni rozpoczęłam grę na konsoli. Błyskawicznie stałam się obłym, sporej wielkości stworem, żyjącym na Planecie Miosaj. Były tam inne, potężne stworzenia, jak kreto-dżdżownice, jaszczuro-żaby, żółwio-chrabąszcze, gąsienico-kraby. Na Miosaju rosła niezwykle bujna i wysoka roślinność koloru żółtego i różowego, przypominająca nieco kształtem tataraki i pałki wodne. Nad powierzchnią, pokrytą niebieskawym mchem, wznosiły się ciągle trzy złote słońca. Mój bohater, Serpens, walczył ze stworami, przemierzając bezkresne przestrzenie Miosaju. Po pokonaniu jadowitego ptako-skorpiona i wybuchających skał, przeobraziłam się nareszcie w potężną postać pełzającą, pokrytą łuskami, do której bardziej pasowało imię.

– Megiki, Megiki! – rozległy się nagle przerażające krzyki w grze. Wydawały je inne węże, spoglądając ponuro w niebo. Z góry poczęły spadać na powierzchnię kosmiczne promy, lądując na niej miękko. Z małych, owalnych okien wystawały głowy Megików, mieszkańców sąsiedniej planety. To oni podbijali tę galaktykę. 

Zręcznie poderwałam moją postać tak, aby przeskoczyła do kolejnego poziomu, unikając starcia z najeźdźcami. Wykorzystałam do tego pokaźną sumę monet, zgromadzoną za dotychczasową wędrówkę po Miosaju.

Nagle usłyszałam z życia realnego donośny głos mojego brata, który wkroczył właśnie do sąsiedniej sali z grami komputerowymi.

– Ja dziś wybieram „Szowinistę”! – krzyczał.

– Dobra, niech ci będzie – odpowiedział mu zrezygnowany Arek – Ja zacznę… – Zamilkł nagle. – Ja zacznę… nowość!! – dokończył z triumfem.

– Nie mów! Pojawiło się coś nowego? – brat głośno rozpytywał kumpla.

– Nawet kilka! – dodał tamten. – „Skansen”. Tak, to powinno być coś ciekawego – powiedział jeszcze i rozległo się szybkie uderzanie w klawiatury obu graczy.

– Uważaj! – usłyszałam nagle ostrzeżenie w mojej grze, rzucone przez innego węża, ale było za późno i dosięgły mnie pociski, wystrzelone przez jednego z Megików. Straciłam życie podczas rozmowy Łukasza z Arkiem, lecz miałam ich jeszcze kilka. Dalsza gra poszła mi już nadzwyczaj sprawnie.

 

Nieco później, w drodze powrotnej do domu, podsłuchałam rozmowę brata z kolegą. Umawiali się na jutrzejsze testowanie kolejnej nowości, jaką odkryli w sali na drugim piętrze. Dodatkowo zamierzali sprawdzić osobiście także kilka innych gier.

– „Armia cesarza vu-Daia” to krwawa i niebezpieczna gra, przeznaczona tylko dla dorosłych – powiedziałam stanowczym głosem.

– Znalazła się świętoszka! – prychnął pogardliwie Łukasz.

– A żebyś wiedział! – odparłam odważnie. – Co jest zabronione, jest niedozwolone! Pan Lee na pewno by się gniewał!

– A kto mu powie? – Napierał brat. – Ja? Arek? Ty? – Spojrzał na mnie, mrużąc oczy i zatrzymując mnie ręką.

– Nikt nie musi niczego mówić. – Uratowała sytuację Aśka. – Wszędzie zainstalowane są odpowiednie blokady i nikt niepowołany nie uruchomi żadnej nieodpowiedniej gry. Pan Lee zadbał o wszystko!

Chłopcy nic więcej już nie powiedzieli, ale czułam, że mają wielką ochotę złamać panujące w domu Chińczyka zakazy. Na razie musieli zaspokoić swoją ciekawość innymi pomysłami hojnego gospodarza.

 

 

 

Mijały lata. My nadal uwielbialiśmy tam spędzać swój wolny czas. Mogliśmy wcielić się w każdą postać, przeżywać wspaniałe przygody i odkrywać nowe lądy, planety, a nawet galaktyki czy wszechświaty, zmieniać swój stan skupienia, czas i przestrzeń akcji. Dzięki temu czuliśmy się prawdziwie wolni i swobodni. Z czasem zauważyliśmy, że jesteśmy przenoszeni do otoczenia, w jakim się nagle znaleźliśmy, a sale gier stawały się fantastycznymi przestrzeniami. To jedynie utwierdzało nas w przekonaniu o geniuszu naszego gospodarza.

Wielokrotnie grywaliśmy w całkiem różne gry, wymieniając się potem uwagami i wrażeniami po ich zakończeniu. Bywało i tak, że przychodziliśmy do saloniku i wspólnie całą siódemką stawaliśmy się kilkoma różnymi postaciami tej samej opowieści, przemierzając kolejne jej etapy.

 

Pamiętam doskonale tamten dzień. Był dwudziesty siódmy listopada dwutysięcznego roku. Dokładnie sześćdziesiąt lat temu narodził się ulubieniec naszego gospodarza, sławny mistrz sztuk walki.

Graliśmy wszyscy w nowość, stworzoną przez pana Lee zaledwie kilka dni temu, a nazwaną przez niego „Musrevinu”, czytane na wspak: “Universum”. Była pełna niebezpiecznych pułapek i interesujących wyzwań. Obejmowała swoim zasięgiem wszystkie stworzone do tej pory w grach naszego gospodarza galaktyki i wszechświaty, ich planety, konstelacje, nawet docierające tam statki czy mgławice. Kilka jej poziomów należało przejść, odgadując zapisane zagadki poprzez odczytanie ich tekstów w nietypowy sposób. Pierwsza wpadła na to Asia, wówczas już osiemnastoletnia maturzystka.

Dzięki osiągniętej dorosłości wszyscy mogliśmy już zasiąść na najwyższym, dwudziestym piętrze. Tam pan Lee, rozbudowując przez lata swoje imperium rozrywki, zgromadził najbardziej niebezpieczne propozycje tylko dla najodważniejszych i wprawnych graczy. Byliśmy tym zaszczyceni. Piętro to pozwalało jego użytkownikom na dostęp do gier, należących do tak zwanych “Clandentinus”, czyli “Ukrytych”. Uruchomienie każdego z takich nowatorskich pomysłów pana Lee wymagało od przystępującego doń rozwiązania arcytrudnej zagadki. Co najistotniejsze – za każdym podejściem była ona inna. Nie liczył się wówczas czas, lecz logika pojmowania zadanego pytania oraz sposób rozstrzygnięcia zadania. 

Samo uruchomienie windy, jadącej z dziewiętnastego na dwudzieste piętro, było już nie lada wyzwaniem. To ja pierwsza odkryłam, że w dni parzyste hasłem, odblokowującym ją było wpisanie liter: EELECURB. Był to odwrotny zapis imienia i nazwiska idola pana Lee. W dni nieparzyste uruchomienie windy, jadącej na najwyższą kondygnację, było możliwe natomiast po wpisaniu z kolei kombinacji liczb: 20-7-19-73-27-11-19-40. Liczby te były datami życia sławnego mistrza kung-fu, poczynając od jego śmierci. Schodów na najwyższe piętro wewnątrz saloniku nie było. Na zewnątrz zainstalowane były schody awaryjne, biegnące od parteru aż po dach, ale w przypadku piętra z grami “Clandentinus” wejście na nie możliwe było jedynie z wnętrza budynku.

 

Tymczasem byliśmy w świecie „Musrevinu”. Przed nami otwierała się krwawa rozgrywka. Oto potężna Głębia, skryta w niejasnych barwach granatu i zieleni, wypuszczała przeciw nam stada potężnych potworów. Były wśród nich krwistoczerwone kałamarnice, stalowoszare wieloryby z wysokimi fontannami, zatapiającymi za jednym razem setki okrętów, a także hebanowo czarne rekiny z kilkoma rzędami lśniących, ostrych zębów. Dalej pojawiały się wielkie kalmary o szmaragdowych, obłych ciałach, zwinne pomarańczowe krewetki, a także przeźroczyste meduzy, porażające śmiertelnie za jednym dotknięciem swe ofiary. Mnóstwo gigantycznych złotawych rozgwiazd i wcale nie do końca przyjaznych delfinów czekało na graczy przy kolejnym poziomie rozgrywki.

Po nich pojawiły się o wiele większe, zwinne plezjozaury. Obok nich nadciągały ichtiozaury z wystającymi płetwami grzbietowymi, którymi mogły rozciąć największy statek na pół podczas jednego przepłynięcia, a także zaopatrzone w ostre zęby na szczękach oraz podniebieniach mozozaury.

Dopiero po utracie drugiego życia odkryłam, jak przejść do następnego poziomu. Otóż każdego mozozaura należało pokonać, stojąc w rozwartej paszczy monstrum i podając po przeliczeniu w ciągu maksymalnie dziewięćdziesięciu sekund ilość wszystkich zębów oraz wyrywając dwa ostatnie z samego podniebienia, co było nie lada wyzwaniem. Pomocna okazała się zgrana akcja całego naszego zespołu. Przydały się również, wykupione za spore ilości monet, zastrzyki ze śmiertelnymi dawkami Trucizny Galaktycznej Venenum, wstrzykiwanej umiejętnie przy każdym starciu. Nieocenione było wreszcie wsparcie mniejszych stworzeń, zagrożonych przez owe oceaniczne kolosy. Dzięki temu zdołaliśmy  wyjść cało z walki. 

Po przejściu Oceanu Profundum, co tłumaczyło się jako “Głębia”, zyskaliśmy możliwość rozpoczęcia nowej rundy. Gra powoli wciągała nas i całe otoczenie w głąb siebie. Po pokonaniu prehistorycznych stworów i uzyskaniu wymaganej liczby monet, wspólnie jako siódemka bohaterów, przenieśliśmy się w czasie i przestrzeni czterysta tysięcy lat wstecz do Wszechświata Verum, czyli Prawdy.

 

Nagle, przemierzając olbrzymie połacie śnieżnobiałych pól Planety Prawdy, otoczonych jasnozieloną poświatą, dostrzegliśmy na horyzoncie ciemniejące niebo. Kiedy widnokrąg stał się całkowicie czarny, wynurzyła się z niego zakapturzona postać brodatego, siwowłosego mędrca, który spojrzał na naszych bohaterów, zmarszczył groźnie krzaczaste brwi i zaczął straszliwie się śmiać. Jednocześnie trzymaną w prawej dłoni długą, drewnianą laską roztaczał wielkie kręgi wokół siebie. Powodował tym powstawanie wszędzie Czerni. Z czasem tylko my stanowiliśmy barwne punkty na wielkiej powierzchni Prawdy.

 

Starzec płynął w powietrzu i jako wielkolud z ogromnym czarnym jęzorem, niczym u węża, zbliżył się najpierw do Asi, czyli Błękitnego Smoka.

– Mieszkańcy Turku? – powiedział zaskoczony, otaczając nas czarnym, jak atrament, dymem. – To chyba jakaś nowość. Dotąd was tu nie wiedziałem.

– Kim jesteś? – zapytałam.

– A ty?

– Anika – powiedziałam, patrząc zasępiona w roli mojej postaci w grze, czyli Zielonego Oka.

– A to pewnie twój brat? – Wskazał laską na Skrzydlatego Elfa. – Ha-ha-ha, kolejna zgraja tego szaleńca!

– Kim jesteś? – powtórzyłam pytanie.

– Nazywam się Nigreos – odrzekł, poważniejąc.

– Czyli Czerń? – dopowiedział Arek jako Mechaniczny Robot.

– Tak, jestem Panem Ciemności i nazywam się Nigreos, czyli Czerń.

– Czego od nas chcesz? – zapytał Błękitny Smok.

– Nie wiecie? – odpowiedział szyderczym pytaniem. – Wasz guru wam nie powiedział?

– Pytasz o pana Lee? – zdumiała się Maja, wcielona w postać Srebrnego Smoka.

– Pana Lee? – Uniósł brwi ze zdumienia. – Tak go nazwaliście? Ha-ha-ha, a to dobre! – Rozbawiony śmiał się kilka sekund. – Ten bubek zakłada swoje centra rozrywki, zbiera w nich od setek lat rzesze zachwyconych małolatów, wpatrzonych w niego, niczym w świętość i zmusza do przechodzenia kolejnych poziomów swoich żenujących gier. Naiwny głupiec!

– Czego od niego chcesz? – zapytała ostro Sandra, występująca pod postacią Szmaragdowego Rycerza.

– On nigdy nie chce przyjąć do wiadomości, że przegrał! Przegrał dawno temu! Każdą jego grę wcześniej czy później pochłonie mój świat!

– Co to znaczy? – zapytałam zdumiona. – Jak to od setek lat?

– Od wieków toczymy rywalizację i wasz pan Lee nie zamierza ustąpić, przyznając mi należne pierwszeństwo. Naiwnie wierzy w możliwość wygrania Dobra, choć tak naprawdę czuje, że wygrać może tylko Zło, Ciemność, Mrok. Zniszczyłem wcześniej inne jego miasteczka, zniszczę moim Mrokiem i to!

 

Po tych słowach wszczął z nami zaciętą walkę. Kolejne rodzaje najnowocześniejszej broni, przyznanej nam w grze, przepadały pod naporem skłębionego, czarnego dymu, z którego wyskakiwały ciągle nowe postacie zakapturzonych wojowników, pokonujących nas w każdym starciu.

Ja jako Oko używałam przeważnie kilku rodzajów broni jednocześnie. A zatem mocnymi rzęsami miotałam pociski i płomienie, brew służyła mi natomiast za cięciwę wielkiego łuku. Dodatkowo maskarą zalewałam przeciwnika za pomocą niebieskiego, rozpuszczającego każdą materię tuszu, zaś źrenicą wystrzeliwałam łzy, które w locie nabierały silnego stężenia mieszanki żrących kwasów. 

Tarcza rycerska Sandry wciągała w swoją magiczną głębię przeciwników. Jej miecz miotał czterema żywiołami (ogniem, powietrzem, wodą i ziemią) pod każdą możliwą postacią i stanem skupienia. Padały więc z niego kryształy lodu, wielkie skalne odłamy, szalały złowieszcze huragany i trąby powietrzne, lały się wrzące lawy wulkaniczne, żarzyły skupiska pożarów. 

Obuwie Robota Mechanicznego, jakim był Arek, pozwalało mu wykonywać nagłe skoki na spore wysokości. Całość materiału, z jakiego był wykonany, nieustannie porażała prądem podczas jakichkolwiek prób ataku metalowymi rodzajami broni wrogiego obozu.

Błękitny Smok Asi (podobnie jak Srebrny Majki) siał spustoszenie niszczycielskim ogonem oraz odbierającym mowę, wzrok i słuch spojrzeniem przeźroczystych oczu.

Elf mojego brata, Łukasza, wywoływał wielkimi skrzydłami piaskową burzę. Przynosił wraz z nią wszystkie monstra pustynne, począwszy od gigantycznych jadowitych węży, poprzez wielkie skorpiony i potężne skarabeusze, na kopiących ośmioma kopytami pająko-wielbłądach skończywszy.

Do tego Maciek, wybrawszy na początku gry postać Zielonego Opornika, mógł podczas bitwy wytwarzać wokół siebie warstwę ciepła, która momentalnie stapiała wrogów. Wszystkie te pomysły pana Lee, mimo naszej wytrwałości i poświęcenia, nie zdołały zapobiec uzyskaniu przewagi wojsk Pana Mroku, których ciągle przybywało.

Upadliśmy bezradni na ziemię, a kolory naszych postaci zaczęły blednąć i ciemnieć.

 

– Zostaw ich, to tylko dzieci. – Usłyszeliśmy nagle miękki głos gdzieś z boku.

– Nie, jesteśmy przecież dorośli. Mamy siły, o jakich nawet mu się nie śniło! – zaprotestowała Asia w postaci Błękitnego Smoka, spoglądając w tamtym kierunku i podnosząc poranione, poszarzałe cielsko gada.

Zza kępy wysokich krzewów, przybierających stopniowo barwę jaskraworóżową, wyszedł mały Ślimak.

– To ty? Naprawdę? Nie mogłeś wybrać głupszej postaci! – zagrzmiał rozbawiony Nigreos.

– To nasza wojna, daj im odejść – powiedział spokojnie żółty Ślimak, powoli poruszając się po podłożu, a ślad po sobie znaczył jaskrawą barwą.

– Wojna? – zapytał Pan Ciemności, mrużąc oczy. – Nie, to tylko jeszcze jedno twoje ukorzenie się przede mną! Wojna ma potężne armie i strategię walki. Ma bohaterów i wybitnych wodzów. A tu tylko kilkoro małolatów próbuje nadal cieszyć się kolorami życia – dodał pogardliwie. – Dość tego! – krzyknął nagle. – Świat ma być nareszcie po wsze czasy czarny! Idealnie czarny!

Zaczął w powietrzu roztaczać laską okręgi nad swoją głową, jakby chciał nimi objąć całą przestrzeń wraz z nami. Najbliższy jemu, stworzony był z duszącego, całkowicie czarnego dymu. Kolejne dwa złożone zostały z latających, niewielkich, jadowitych owadów, przypominających miniaturowe pterozaury i atakujących całe otoczenie. Ostatni okrąg Pan Czerni stworzył z ostrych opiłków żelaza, wbijających się dotkliwie w ciała dopasowanych do nas postaci, mimo barier ochronnych, otaczających nasze awatary. 

– Powiedziałem, żebyś ich zostawił – powiedział twardo Ślimak, który nagle z małego Winniczka przekształcił się w ogromnego pomarańczowego Terebra. Skierował ku starcowi lejkowaty stożek i jadem pluł na czarną postać, która z miejsca nabierała coraz więcej barw. Nigreos zawahał się, opuszczając białą laskę.

– Nie wierzysz w ich odwagę? – zapytał szyderczo. – Ach, tak! – wykrzyknął, po czym roześmiał się, ukazując poczerniałe zęby. – Tobie jest ich po prostu żal. Nie! Są tutaj, więc zdecydowali sami! Jak wszyscy ich poprzednicy i następcy!

 

Zamierzał znowu zamachać laską, która w jego dłoniach błyskawicznie czerniała, ale za jadowitym Ślimakiem pojawiła się gromada kolorowych stworzeń i postaci z różnych gier pana Lee: Rusałki, Meble, Liście, Rycerze, Roboty, Dżdżownice, Księżniczki, Kryształy, Statki Kosmiczne, Smoki, Dinozaury, Egipscy Faraonowie i Indiańscy Wodzowie. Za nimi stały już nowe postacie, a wszystkie przepełnione gamą różnorakich barw.

– To na nic. Wiesz, że przegrasz. Zawsze przegrywasz – powiedział ze złością Pan Ciemności, spoglądając spode łba na wsparcie, jakie pojawiło się u boku pana Lee.

– Czemu toczysz wciąż te boje? – zapytał go łagodnie Ślimak. – Dużo jeszcze chcesz ich rozegrać? Nigdy nie zakończysz tej bezsensownej walki? – Po tych słowach przemienił się w wielką, białą Kulę.

– Nie, nigdy! – stanowczo odpowiedział mu tamten i pobiegł ku czarnemu widnokręgowi, aby oddalić się od towarzyszy swego przeciwnika. Stanąwszy dalej, znowu począł ruchami laski wysyłać czarne kręgi, by dosięgnąć nimi naszych przyjaciół. Kula runęła pierwsza i zaczęła błyskawicznie toczyć się ku widnokręgowi.

– Dobry wybór kształtu postaci, ale fatalny jeśli wziąć pod uwagę jej możliwości walki wręcz – stwierdził szyderczo Władca Mroku. – Precz stąd! – zakrzyknął rozzłoszczony Starzec, podrywając się ku górze i wymierzając laskę w stronę grupy barwnych postaci. 

– Zawrzyjmy pokój – powiedziała słabym głosem Kula.

– Nigdy! Ja nie znam słowa pokój! – Mówiąc te słowa Nigreos laską przywoływał z Mroku nowych wojowników. – To wszystko jest tylko fikcją! Twoje gry są złudzeniami! Jedynie dzięki mnie nabierają one prawdziwości, wkraczając do realnego świata. 

– Sam wiesz, że to nieprawda – powiedziała słabym głosem Kula, przemieniając się z wolna w Winniczka. Świat dookoła stopniowo nabierał coraz więcej barw. – Moje gry są prawdziwe. Do tego stopnia, że przenoszą świat wraz z graczami do rzeczywistości. Na tym polega ich fenomen!

– To ja pierwszy na to wpadłem, a ty skradłeś mi wynalazek życia. Odbierasz mi wszystko, co miałem! Zawsze to robiłeś! – krzyknął złowrogo Starzec, spoglądając z wyrzutem.

– Pogódźmy się wreszcie, bracie – powiedział łagodnie pan Lee jako Ślimak. – Niczego ci nigdy nie odebrałem. Sam sobie to wmawiasz, karmiąc się mrzonkami. Czasem tak bywa, że starsze rodzeństwo dochodzi do pewnych osiągnięć szybciej i wcześniej, lecz czy to powód do takiej zazdrości i wieloletniej obrazy?

– To pański brat? – zapytał zaskoczony Łukasz, wstając z trudem i nabierając kolorów jako Elf.

Ślimak kiwnął głową.

– Barwy zawsze będą górowały nad czernią, ale nie byłoby ich, gdyby nie czerń, mój bracie – dodał Winniczek. – Jesteś tak samo potrzebny, jak każdy z nas. Twórz znowu ze mną gry i przekazuj je światu!

– Nie! Przed laty zabrałeś mi wszystkie moje marzenia. Byłem głupi, że ci zaufałem – powiedział ze złością Nigreos.

– Twoje serce niepotrzebnie przepełniła gorycz i zazdrość. W takich sytuacjach ludzie działają nieświadomie, zaślepieni złem.

– Nie udawaj! Twoje zwycięstwo w Konkursie Międzynarodowym w Celcie na Galaktyce Nowijskiej za urealnienie w świecie rzeczywistym „Nowicjusza” odebrałem jako osobistą porażkę. Powinniśmy byli stanąć tam obaj. To był nasz wspólny wynalazek! 

– Całkowicie niepotrzebnie o tym mówisz. Wszak przygotowywaliśmy już wspólnie nową, doskonałą grę „Centauroniony”, którą mieliśmy za niecały miesiąc zaprezentować światu. Przecież taki był plan – ja z racji wieku mogłem wystartować w tym konkursie i dzięki wygranej zdobyć fundusze na propagowanie naszego wspólnego dzieła. Tak się umówiliśmy – stwierdził z uśmiechem Winniczek.

– Po co te kłamstwa? Konkurs był przeznaczony dla wszystkich twórców, bez względu na wiek – stwierdził rozwścieczony Nigreos. – Nigdy nie wybaczę ci krzywdy, którą mi wyrządziłeś! Ten świat twoich żałosnych gier zniknie, jak i poprzednie. A ty nadal będziesz się samotnie tułał we wszechświecie, szukając nowych, naiwnych głupców! Sam fakt umieszczenia mnie w każdym twoim nowym pomyśle jest już wystarczająco podłą niegodziwością!

– O czym mówisz? – zapytałam zdumiona.

– Nie wiecie? Tego wam nie powiedział? – zapytał kąśliwie. – Mogłem się tego spodziewać! Każda jego gra ma ten sam podtytuł: “Album in Nigrum”, co znaczy “Biel przeciw Czerni”. Próbując odebrać mi życie w świecie rzeczywistym, zamknął na zawsze w szaleńczych grach wirtualnych, licząc na moją klęskę podczas starć z kolejnymi armiami urzeczonych jego hojnością graczy! Zapomniał, że obaj jako współtwórcy gry o wyklętej armii cesarskiej, jesteśmy nieśmiertelni! 

– Bracie, mamy tyle możliwości, aby wspólnie tworzyć gry, którymi podbijemy świat! – Próbował jeszcze zachęcać Ślimak, zdając się nie słuchać wysuwanych zarzutów.

– Ten i inne światy – dodał z szyderstwem Nigreos, wskazując widnokrąg. – Ile razy to od ciebie słyszałem… Mrzonki! – krzyknął nagle, uderzając laską w powierzchnię. – Kłamstwa, stary obłudniku! Już się na nie teraz nie nabiorę! Nie jestem tak naiwny, jak oni! Nie taki, jaki byłem dawniej… – dodał rozgoryczony.

To mówiąc, przetoczył laską kilkakrotnie nad powierzchnią Planety Prawdy, tworząc wszędzie idealną Czerń, która nas wszystkich wchłonęła. Nie pomogły ani powracające stopniowo barwy ani nasze wysiłki, by uniemożliwić panowanie Mroku. Przegraliśmy. 

Odtąd istnieliśmy jako części składowe owych Kręgów Władcy Zła. Stało się to błyskawicznie. Leżeliśmy, powaleni kolejnymi uderzeniami zmasowanego ataku wojowników Mroku oraz kłuci opiłkami i pożerani przez stwory z kręgów Nigreosa. Czerń stopniowo obejmowała każdą kondygnację barwnego budynku pana Lee, zabierając ze sobą na zawsze także ulice całej dzielnicy, domy wraz z mieszkańcami, wszystkie gry oraz sklepik ze słodyczami o tak wyjątkowym smaku. 

 

Rok później, pod koniec lipca, w austriackiej miejscowości Saint Martin w Ziemi Salzburskiej, pojawił się skośnooki mieszkaniec. Zaczął remontować nowo zakupiony, opuszczony dom na wzgórzu przy szkole, zwanej po łacinie “Ludus. Założył tam salonik gier i nieduży sklepik z łakociami, rozdawanymi całkowicie za darmo ku radości mieszkańców miasteczka, szczególnie dzieci. 

 

Koniec

Komentarze

Mam znajomego z bieszczadzkiego miasteczka, którego 80% pozytywnych wspomnień wiązało się z kawiarenką internetową, o czym zresztą napisał opowiadanie, więc mogę się odnieść do klimatu z samego początku opowieści.

Przyjechał do naszej dzielnicy pod koniec lipca. Pamiętam, bo było wtedy wyjątkowo upalnie.

 

Dwa zdania i dalej nie wiem, kto mówi o kim :) Kwestia gustu, ja bym wolał wiedzieć choć jedno od razu.

 

Zajął opuszczony dom, znajdujący się na zakręcie, wiodącym ku polom. Dawniej jeździł tamtędy tramwaj i stosunkowo często spotkać można było grupki dzieci, spieszących do szkoły, teraz miejsce było opuszczone, smutne, zapomniane.

Rozbiłbym na krótsze zdania.

 

Stąd też bardzo szybko do nowego, skośnookiego mieszkańca treckiej dzielnicy Ludus przylgnęło przezwisko „pan Lee” i odtąd wszyscy tak go nazywaliśmy.

Dziwnie mi to brzmi, wcześniej był jego opis i nic nie było o skośnych oczach, to dość rzucające się w, ekhm, oczy.

 

Treck był małym miasteczkiem, niczym szczególnym nie wyróżniał się wśród miejscowości południowej Polski.

Przepisałbym.

 

dystyngowanym uśmiechem.

Nie pasuje mi, osoby, ruchy są dystyngowane raczej, maniera.

 

Oczywiście nikomu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, taka okazja to wszak nie lada gratka dla pasjonatów gier, których tonący w nudzie codzienności Treck miał aż nadto!

Osobiście nie przepadam za tak długimi zdaniami, kwestia gustu.

 

– Automaty do gier bez miejsc, przeznaczonych na wrzucania monet.

Przecinek mi zgrzyta, chyba zbędny.

Dech zapierało z wrażenia, kiedy liczni goście zażywali tu niecodziennej dotąd rozrywki, częstowani jeszcze później przepysznymi słodkościami, a wszystko to otrzymywali całkowicie za darmo.

Jak dla mnie nadmiar egzaltacji.

– Z racji mego wieku, nie mam możliwości, aby jednocześnie tworzyć nowe dzieła, sprawdzać te poprzednie, testować je i przechodzić kolejne ich poziomy, a zmęczony życiem organizm odmawia posłuszeństwa przy konieczności wykrzesania z siebie tak mozolnego, wielogodzinnego wysiłku.

Tak z ciekawości, w jakim języku mówi? Po polsku, angielsku, z akcentem, bez?

– A ja skrzydlatym i czerwonołuskim smokiem Dressem!

Nie jestem pewien, czy nie -skiem.

 

Moja postać zwiedzała okoliczne grody i sioła, spotykając rycerzy, biorących udział w turniejach, rozmawiając z innymi latoroślami głów koronowanych, wybierała bogato zdobione stroje na bale, przyjmowała oświadczyny przystojnych książąt.

Ja bym rozbił.

 

Grafika była ciekawie rozbudowana, wygląd otaczającej przyrody nieustannie zachwycał, a powozy, jakimi poruszała się moja królewna, budziły podziw napotykanych wieśniaków.

Którymi.

 

Przepraszam, muszę wracać do pozorowania pracy, edytuję i dodam resztę potem.

 

Oily slick

GreasySmooth, anonim dziękuje i przystępuje do poprawek, pozdrawiając. 

Tu anonim nie ma pewności:

– A ja skrzydlatym i czerwonołuskim smokiem Dressem!

 

Nie jestem pewien, czy nie -skiem.

bo celem anonima było podanie przymiotnika postaci z gry. 

Pecunia non olet

Ok, to lecimy dalej. Uwagi ogólne później.

 

Zebrawszy sporą ilość monet za przejście kilku poziomów, zdecydowałam się przerwać tę grę i przejść do innej.

Osobiście nie cenię imiesłowów uprzednich. Skomplikowane i mało naturalne.

 

Z kontrolerem w dłoni rozpoczęłam na konsoli,

Literówka.

 

błyskawicznie stając się obłym, sporej wielkości stworem, żyjącym na Planecie Miosaj.

Mi by bardziej pasowało, najpierw dokończyć zdanie, że zacząłem grę, a potem w drugim, kim w niej byłem. Kwestia gustu.

 

Były tam inne stworzenia, rosła niezwykle bujna i wysoka roślinność koloru żółtego i różowego, zaś nad powierzchnią, pokrytą niebieskawym mchem, wznosiły się ciągle trzy złote słońca. Mój bohater, Serpens, walczył z napotykanymi stworami o zdobycie posiłków i napojów, przemierzając bezkresne przestrzenie Miosaju. Po pokonaniu jadowitego ptako-skorpiona i samowybuchających skał, przeobraziłam się nareszcie w potężną postać pełzającą, pokrytą łuskami, do której bardziej pasowało imię.

Początek zdania trywialny, dałbym jakiś opis tych potworów, ale już po opisie settingu. Ta roślinność – ciekawe, do podkręcenia.

 

“Napotykanych” niepotrzebne.

 

“Wybuchających” wystarczy.

 

– Megiki, Megiki! – rozległy się nagle przerażające krzyki w grze, a wydawały je inne węże, spoglądając ponuro w niebo, z którego poczęły spadać na powierzchnię kosmiczne promy, lądując na niej miękko.

Za dużo zdań podrzędnych.

 

Z owalnych małych okien wystawały głowy podbijających tę galaktykę Megików, mieszkańców sąsiedniej planety.

Z małych, owalnych okien. Sugeruję najpierw wprowadzić kosmitów, potem powiedzieć, co robili.

 

– A kto mu powie? – Napierał brat. – Ja? Arek? Ty? – Spojrzał na mnie zaczepnie, mrużąc oczy i zatrzymując mnie ręką.

“Zaczepnie” mi nie pasuje.

 

Mijały lata, a my nadal uwielbialiśmy tylko tam spędzać swój wolny czas.

Szyk, do tego nie kupuję, że młodzi ludzie nic innego nie lubili.

 

 Zauważyliśmy również, że z czasem, urzeczeni otoczeniem, w jakim się nagle znaleźliśmy, istotnie byliśmy tam przenoszeni, a sale gier stawały się fantastycznymi przestrzeniami.

Podrzędoza :)

 

Czasem grywaliśmy w całkiem różne gry, wymieniając się potem uwagami i wrażeniami po ich zakończeniu, ale bywało też tak, że przychodziliśmy do saloniku i wspólnie stawaliśmy się kilkoma różnymi postaciami tej samej opowieści, przemierzając kolejne jej etapy.

Tu mniej, ale też sugerowałbym rozbić.

 

Pamiętam doskonale tamten dzień. Był dwudziesty siódmy listopada dwa tysiące dziewięćset czterdziestego roku. Dokładnie tysiąc lat temu narodził się ulubieniec naszego gospodarza, sławny mistrz sztuk walki.

Hmm, nie wiem, jakoś tego nie kupuję.

 

Graliśmy wszyscy w nowość, stworzoną przez pana Lee zaledwie kilka dni temu, a nazwaną przez niego „Musrevinu”. Była pełna niebezpiecznych pułapek i interesujących wyzwań.

Brakuje mi dwóch zdań, ocb w tej grze, zanim się o niej rozpisujesz. Tj. “Carmageddon to gra, gdzie rozjeżdża się pieszych”.

 

Kilka jej poziomów należało przejść, odgadując zapisane zagadki poprzez odczytanie ich tekstów od tyłu, na co wpadła pierwsza Asia, wówczas już osiemnastoletnia maturzystka.

Brzmi mało zagadkowo.

 

Dzięki osiągniętej dorosłości wszyscy mogliśmy już zasiąść na najwyższym, dwudziestym piętrze, gdzie pan Lee, rozbudowując przez lata swoje imperium rozrywki, zgromadził najbardziej niebezpieczne propozycje tylko dla najodważniejszych i wprawnych graczy. Byliśmy tym zaszczyceni.

To jest b. ciekawy motyw, taka loża wtajemniczonych graczy, podkręciłbym.

 

Przepraszam, znowu nie dokończę, resztą potem.

Oily slick

Serdeczne podziękowania za poświęcenie czasu i tyle uwag oraz wskazówek. heart

Starałam się wszystko popoprawiać i pouzupełniać. 

Pozdrawiam serdecznie. smiley

Pecunia non olet

Bardzo mi się spodobał klimat małego miasteczka i lokalnej jaskini hazardu.

Trochę mniej przypadło mi do gustu abstrakcyjne zakończenie.

Niemniej jednak gratuluję wyobraźni!;)

 

 

Piętro to pozwalało jego użytkownikom na dostęp do gier, należących do tak zwanych “Clandentinus”, czyli “Ukrytych”.

Jaki w tym zdaniu kryje się potencjał! Ale dla mnie trochę niewykorzystany.

 

Uruchomienie każdego z takich nowatorskich pomysłów pana Lee wymagało od przystępującego doń rozwiązania zagadki, przy czym za każdym podejściem była ona inna. Nie liczył się wówczas czas, lecz logika pojmowania zadanego pytania oraz sposób rozstrzygnięcia zadania. 

Bardzo ogólne, nie przemawia do wyobraźni.

 

Po przejściu Oceanu Profundum, to znaczy Głębi, pokonaniu kilku jego prehistorycznych stworów i uzyskaniu wymaganej liczby monet, wspólnie jako piątka bohaterów gry, odczytywanej wspak jako „Universum”, przenieśliśmy się w czasie i przestrzeni czterysta tysięcy lat wstecz do Wszechświata Verum, czyli Prawdy.

Chciałbym się dowiedzieć więcej, co tam było.

 

Nagle, przemierzając olbrzymie połacie śnieżnobiałych pól Planety Prawdy, otoczonych jasnozieloną poświatą, dostrzegliśmy na horyzoncie ciemniejące niebo.

Potencjał do rozbicia.

 

Od tego punktu mniej mi się podobało.

 

Jednocześnie trzymaną w prawej dłoni wysoką, drewnianą laską roztaczał wielkie kręgi wokół siebie, co powodowało powstawanie wszędzie jedynie czerni. Z czasem jedynie my stanowiliśmy barwne punkty na wielkiej powierzchni Prawdy.

Ok, ta postać jest ciekawa, te kręgi czerni też, ale może by warto wcześniej zapowiedzieć, że w grach jest jakaś mroczna siła? Tak wyskakuje nagle trochę.

 

Hahaha, kolejna zgraja tego szaleńca!

 

Brzmi jak z chatu.

 

Ten bubek zakłada swoje centra rozrywki, zbiera w nich od setek lat rzesze zachwyconych małolatów, wpatrzonych w niego niczym w świętość i zmusza do przechodzenia kolejnych poziomów swoich żenujących gier. Głupiec!

Najpierw mówi o jego skuteczności, a potem nazywa głupcem, może nazwie bohaterów głupcami, bo się dali zmanipulować?

 

– Czego od niego chcesz? – zapytała ostro Sandra, będąca postacią Tyranozaura.

Może “pod postacią”?

 

– Od wieków toczymy rywalizację i wasz pan Lee nie zamierza ustąpić, przyznając mi należne pierwszeństwo. Naiwnie wierzy w możliwość wygrania Dobra, choć tak naprawdę czuje, że wygrać może tylko Zło, Ciemność, Mrok.

Mówi o mroku, ale nie czuję tu żadnej grozy, zagrożenia dla bohaterów. Końcówka sprawia, że zły brzmi tanio, nie groźnie.

 

Po tych słowach rozpoczął z nami zaciętą walkę. Kolejne rodzaje najnowocześniejszej broni, przyznanej nam w grze, przepadały pod naporem skłębionego, czarnego dymu, z którego wystawały ciągle nowe postacie zakapturzonych wojowników, pokonujących nas w każdym starciu.

Ależ tu jest potencjał na rozpisanie walki. Można by sięgnąć do klasyki, BFG, miecze, mechy, dinozaury z laserami… tak mamy dwa zdania i już.

 

– Nie, jesteśmy przecież dorośli – zaprotestowała Asia w postaci Błękitnego Smoka, spoglądając w tamtym kierunku i podnosząc poranione, wyblakłe cielsko gada.

To nie wydaje mi się być tym, o czym myśli właśnie ratowana postać.

 

Świat ma być nareszcie po wsze czasy czarny! Idealnie czarny!

Ponownie, mocne hasła, ale brzmią bardziej dęcie niż groźnie. Sugeruję przemyśleć ideę zła. Może próbuje przejąć kontrolę nad grami, zamknąć w nich bohaterów, może ich dręczy psychicznie, zmienia gry w koszmary?

 

– Powiedziałem, żebyś ich zostawił – powiedział twardo Ślimak, który nagle z małego Winniczka przekształcił się w ogromnego pomarańczowego Terebra, skierował ku starcowi lejkowaty stożek i z niego począł jadem pluć na czarną postać, która z miejsca nabierała coraz więcej barw. Nigreos zawahał się, opuszczając jasnobiałą laskę.

Koślawo mi brzmi.

 

Rusałki, Meble, Liście, Rycerze, Dżdżownice, Księżniczki, Kryształy, Smoki, Dinozaury, Egipscy Faraonowie i Indiańscy Wodzowie.

Gdzie mechy. Może to kwestia grania w młodości dużo, ale to nie do końca kojarzy mi się z klimatem growym.

 

– Czemu toczysz wciąż te boje? – zapytał go łagodnie Ślimak. – Dużo jeszcze chcesz ich rozegrać? Nigdy nie zakończysz tej bezsensownej walki? – Po tych słowach przemienił się w wielkiego, białego Łabędzia.

Hmm, nie wiem. Cały dialog brzmi pompatycznie i kliszowo. Pojawiają się kolejne postacie, dochodzi do natychmiastowej skruchy i wytłumaczenia złego, potem bajkowe zakończenie. Nie jest to kierunek, który do mnie przemawia.

 

Sugestie ogólnie:

– rozwinąć opisy gier, może trochę zbliżyć do klimatu faktycznych gier? Jakoś bardziej połączyć bohatera z grami, niech zajawia je albo opowiada o nich. Motyw loży jest ciekawy, czy mają jakieś hasło, przedmiot, tajne miejsce, jak ono wygląda?

 

Oily slick

Mam podobne odczucia co Ambush.

Nie obraź się, Bruce, ale opowiadanie jest potwornie nierówne. Początek, sposób w jaki kreujesz historię rozgrywającą się w niedużej, leniwej mieścinie jest bardzo dobry. Może nawet świetny? Nie zgadzam się z dość rozległą krytyką GreasySmooth, bo sprowadza się ona przynajmniej po części do tego, że to można napisać tak, a tamto tak. ZAWSZE można daną rzecz napisać inaczej, ale to już sprawa autora, jak postanawia opowiedzieć swoją historię. Oczywiście nie mówię tu o uchybieniach technicznych, bo nie zwróciłem za bardzo na to uwagi. Niestety sam jestem “usterkowcem”, więc nie przeszkadza mi to aż tak bardzo w szybkim przesuwaniu wzrokiem po tekście. Wielu spraw nie widzę, nie jestem dobry w szczególe. 

Wydaje mi się, że problemem tej historii jest to, że przypuszczalnie sięgasz nie do swojej bańki informacyjnej. Może nie mam racji, ale mam wrażenie, że świat gier nie do końca spaja się z tym co znasz i stąd ta druga część jest już mocno naiwna fabularnie. 

Szczerze mówiąc liczyłem na rozwiązanie w stronę horroru i opowieści grozy. Tymczasem dostałem dość naiwną bajkę, która mnie jako czytelnika rozczarowuje. 

I w sumie – historia mogłaby być bajką, ale wtedy nie pasuje do niej “miodny” język pierwszej części. Tak jakbyś się nie do końca umiała zdecydować, w którą stronę pójść. 

Mimo wszystko dla pięknego języka i klimatu pierwszej części warto było tu zajrzeć.

Pozdrawiam :)

Ambush, dziękuję, że wpadłaś, podumam jeszcze nad tym końcem.

 

GreasySmooth, ogromne dzięki za tyle czasu poświęconego, poprawki wprowadzę dziś jeszcze, w miarę możliwości czasowych. 

 

Silver_advent, i Tobie wielkie podziękowania, ja się w życiu nie obrażę, bo przecież doskonale zdaję sobie sprawę z poziomu moich wypocin i będę starać się nadal. :) Pomyślę nad tym zakończeniem. 

 

Pozdrawiam Was serdecznie, dziękuję raz jeszcze za Wasz czas, nader pomocne wskazówki i komentarze. heartkiss

Pecunia non olet

Wydaje mi się, że problemem tej historii jest to, że przypuszczalnie sięgasz nie do swojej bańki informacyjnej.

O to, to.

 

Nie zgadzam się z dość rozległą krytyką GreasySmooth, bo sprowadza się ona przynajmniej po części do tego, że to można napisać tak, a tamto tak. ZAWSZE można daną rzecz napisać inaczej, ale to już sprawa autora, jak postanawia opowiedzieć swoją historię.

Podszedłem trochę jak do bety. Ale chyba idziemy w podobnym kierunku.

 

Z tym imiesłowem uprzednim na początku przepraszam, akurat jest poprawnie użyty i nie razi stylistycznie. Wyrobiłem sobie uprzedzenie po kilku tekstach, gdzie akurat wprowadzał duże zamieszanie. 

bo przecież doskonale zdaję sobie sprawę z poziomu moich wypocin

Jest tu sporo pomysłów, które mnie zaciekawiły i czyta się ogólnie dobrze. Chętnie bym zobaczył rozbudowany wariant, trochę bardziej growy i z bardziej mrocznym i tajemniczym złym. Nie ma co sobie ujmować, zawsze znajdą się chętni do zrobienia tego za ciebie :)

Oily slick

GreasySmooth, na razie popoprawiałam, co mogłam, raz jeszcze BARDZO serdecznie Ci dziękuję, uzupełnię jeszcze wspomniane przez Ciebie fragmenty i postaram się jakoś poprawnie to ująć, aby było czytelne. 

Pozdrawiam serdecznie. ;)

heart

Pecunia non olet

Cześć, Bruce!

 

Przybywam z dyżurem ;)

Z takich rzeczy, które wyłapałem:

Zajął opuszczony dom, znajdujący się na zakręcie, wiodącym ku polom. Dawniej jeździł tamtędy tramwaj i stosunkowo często spotkać można było grupki dzieci, spieszących do szkoły.

Tramwaj jeździł na pola? Myślałem, że takie rzeczy tylko we Wrocławiu :P (i to 20 lat temu) – to trochę mi się po prostu kłóci.

Błyskawicznie stałem się obłym

stałam

Zniszczyłem wcześniej inne twoje miasteczka, zniszczę moim Mrokiem i to!

Pan Ciemności zwraca się tu do graczy, a nie do Pana Lee.

Wojna ma potężne armie i jakąś strategię walki.

To bym skreślił – lepiej będzie brzmiało.

opuszczając jasnobiałą laskę.

biały kolor z zasady jest jasny, nie może być ciemny biały, bo to już szary ;)

 

W trakcie walki nadużywasz słowa “począł”

 

zrzucił czarny płaszcz i w stroju zielono niebieskim zaczął głaskać kota.

“i w zielono-niebieskim stroju”

– Twoje zwycięstwo w Konkursie Międzynarodowym w Celcie na Galaktyce Nowijskiej za urealnienie w świecie rzeczywistym „Nowicjusza” odebrałem jako osobistą porażkę.

Bardzo ekspozycyjna wypowiedź, podobnie jak późniejsza odpowiedź. Wiem, że takie rzeczy trudno przekazać wcześniej, żeby nie zdradzić czytelnikowi zbyt dużo.

 

Ogólnie tekst jest dość ciekawy, ale sporo rzeczy ze świata przedstawionego mi zgrzyta. Cała opowieść zaczyna się około roku 2030, kończy w 2040, a mamy salony gier, które pisze jedna osoba. No tak to nie wygląda już w tej chwili. Ten rok akcji w ogóle nieco popsuł klimat takich lat 90’. Chyba za bardzo chciałaś umieścić akcję w okrągłą rocznicę narodzin.

Później zbudowałaś klimat takiej chińskiej przypowieści, gdy na scenę wszedł pan Lee w postaci ślimaka. Myślałem, że pokona go mądrością, ale on jednak przywołał całkiem pokaźne siły, więc zniknęła ta symbolika kruchego ciała. To jednak były moje oczekiwania, a tekst zawsze jest autora, więc nie bierz tego za jakiś zarzut.

Technicznie jeszcze jest trochę rzeczy do poprawienia, czasami zdania mają nienajlepszą składnię, ale przeczytałem opowiadanie dość swobodnie.

Podobał mi się klimat wspólnego grania przez dzieciaków. Gdyby to się działo w pięćdziesiątą lub sześćdziesiątą rocznicę, to kupiłbym tekst znacznie łatwiej.

Trzymaj się i powodzenia w dalszym pisaniu. Widzę, że znów jest Cię na portalu więcej :)

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Hej, Krokusie, dziękuję Ci serdecznie za odwiedziny. smiley

Ten tramwaj, to z mojego Browaru w Będzinie. laugh Takie Dzikie Pola. laugh Gdzieniegdzie są ślady trakcji. dzielnie walczyliśmy jeszcze niedawno o pozostawienie, na nic. wink

 

Będę zmieniać, serdecznie dziękuję za te konstruktywne wskazówki. heart

 

Pozdrawiam. wzajemnie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Cześć Bruce :]

 

Zajął opuszczony dom, znajdujący się na zakręcie, wiodącym ku polom.

Tu mi nie zagrało – zakręt wiodący ku polom. Raczej tzw. fikołek, a nie błąd, ale się potknąłem. Zaproponuję:

Zajął opuszczony dom, znajdujący się na zakręcie drogi wiodącej ku polom.

 

Stąd też bardzo szybko do nowego, skośnookiego mieszkańca treckiej dzielnicy Ludus przylgnęło przezwisko „pan Lee”

j.w. – nie razi, ale to już było. Nie ma potrzeby po raz kolejny powtarzać ;]. 

 

Straciłam życie, zasłuchując się w rozmowę brata z jego kolegą, lecz miałam ich jeszcze kilka i dalsza gra poszła mi już nadzwyczaj sprawnie.

 

Nieco później, w drodze powrotnej do domu, podsłuchałam rozmowę brata z kolegą.

Powtórka. Pasowałby dać coś pomiędzy zdaniami. Motyw podsłuchanej rozmowy można rozwinąć. Teraz ma się wrażenie takiego nagłego ucięcia. Możesz spróbować zaintrygować Czytelnika tym, co bohaterka usłyszała. Czymś, co ma wpływ na dalszą fabułę.

 

– Znalazła się świętoszka! – prychnął pogardliwie Łukasz.

Nie wiadomo kim jest Łukasz ;]. Domyślam się, że to brat, albo jego kolega, ale warto by było go przedstawić troszkę wcześniej. 

 

Jednocześnie trzymaną w prawej dłoni wysoką, drewnianą laską roztaczał wielkie kręgi wokół siebie,

Wysoka to raczej określenie osoby, do laski pasuje bardziej długa. 

 

Podobał mi się klimat pierwszej części opowiadania. Sam wychowałem się w małej miejscowości i pamiętam ten dreszczyk emocji, który towarzyszył wyprawom do lokalnego domu kultury, gdzie można było pograć na prawdziwych komputerach C-64 ze stacjami dysków :]. Ileż tam było gier! Chyba ze dwadzieścia. Ech, gimby nie znajo :P. 

Początek napisany bardzo klimatycznie. Rozbudziłaś moją ciekawość. Fajni bohaterowie, sceneria, sama fabuła też.

Jeśli chodzi o zakończenie, to mam trochę wrażenie, że jest trochę odklejone od tego, co zaserwowałaś na początku. Jest motyw walki dwóch braci, ale nie ma już tej samej atmosfery. Do tego trudno mi określić na ile baśniowe są postaci pana Lee i Nigerosa. Przynajmniej ten ostatni wydaje się mocno nierzeczywisty. 

Całość napisana całkiem zgrabnie. Poza kilkoma fikołkami nic mi w zębach nie zgrzytnęło :]. Widać, że mocno popracowałaś nad warsztatem. 

 

pozdro

M.

 

kalumnieikomunaly.blogspot.com/

Witaj, MordercaBezSerca.

Wielkie podziękowania za komentarz i wskazówki, a także za miłe słowa; zaraz poprawiam wszystko. 

 

Pozdrawiam serdecznie. heart

Pecunia non olet

Trochę kojarzyło mi się ze “Sklepikiem z marzeniami” Kinga, zwłaszcza na początku.

Mam poważne wątpliwości, czy pan Lee był na pewno tym dobrym. Jego działania bardzo przypominały wciąganie w pułapkę. No i nie wyjaśnił dzieciakom, co jest grane, tylko je zmanipulował. A skończyło się zniszczeniem miasteczka.

BTW, jest problem z narracją pierwszoosobową. Jeśli bohaterka zginęła, to kto opowiada historię?

Ale tekst ma ręce i nogi. Może dlatego, że nie znam się na środowisku gier.

Babska logika rządzi!

Hej, Finko, dziękuję Ci za wizytę, uwagi i spostrzeżenia, pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Początek bardzo dobry, wciągający, wiadomo, a o tym jest wyraźna sygnalizacja,że wszystko nie jest takie proste, ale potem już nie jest tak dobrze… Nie jest, bo opowiadanie zaczyna się ciągnąć. Chyba jest za dużo opisów gier. Same w siebie opisy są bardzo dobre, jednak, jak dla mnie, jest ich już za dużo i trochę nużą. Autorkę uwiodła łatwość tworzenia opisów… Sama końcówka też chyba co nieco przegadana i jednak za mało dramatyczna. To jest walka…

Ale samo pomysł bardzo ciekawy i opowiadanie zostało napisane zaskakująco sprawnie. Co prawda, chyba wymaga skrótów, ale… Ale czytałem z niekłamanym zainteresowaniem. Nie ma opowiadań bezbłędnych, ale to z uwagi na pomysł i sprawność narracji na bibliotekę jednakowoż zasługuje.

Pozdrówka.

Witaj, RogerRedeye, bardzo mi miło, dziękuję za komentarz i odwiedziny oraz tak pozytywną ocenę. heart

Gry nieco rozpisałam, ponieważ wśród komentarzy pojawiły się prośby o ich szczegółowsze naświetlenie, aczkolwiek przyznaję, że ulegam często manii pisania rozwlekle i za dużo. blush

 

Pozdrawiam serdecznie. smiley

Pecunia non olet

Bardzo dobry początek. Buduje nostalgiczny klimat i dobrze oddaje miniony czas, gdy chodziło się do takowych miejsc. Potem historia przechodzi trochę w młodzieżową historię i w końcu bardziej w baśń/bajkę kiedy opisywane są perypetie gier. Potem pojawia się sporo wyjaśnień, które niestety są trochę infodumpowate. I znowuż podobała mi się końcówka.

Trochę szkoda, że nie poszłaś bardziej w ten nostalgiczny czas i nie zagłębiłaś się w niego. Można byłoby przywołać smaki i zapachy np. gum turbo, oranżady pitej “na spółę”, więcej tamtych czasów kiedy wszystko eksplodowało nowością :). 

Ta część młodzieżowa gdzie bohaterzy trochę ze sobą rozmawiają mniej mi się podobała, ale chyba najmniej usatysfakcjonowała mnie część z grami. Może dlatego że wolę grać w gry niż o nich czytać :) W każdym razie niestety mnie nie porwała, ale to może moja indywidualna sprawa.

Potem jest rozmowa Pana Lee ze swoim bratem w której jest za dużo wyjaśnień. Lepiej byłoby to moim zdaniem skrócić nie dopowiedzieć, wystarczyłaby informacja że to bracia, którzy toczą odwieczną walkę.

Swoją droga pojawia się wzmianka o “Konkursie Międzynarodowym w Celcie na Galaktyce Nowijskiej”. To w sumie jest całkiem ciekawe i też może wartałoby to rozwinąć.

Jak wspomniałem podobało mi się za to zakończenie. Pan Lee jednak wcale nie był taki fajny, skoro po tym jak zgubił ludzi w Trecku pojechał sobie gdzieś indziej gdzie będzie ściągał kolejnych ludzi do siebie.

 

I kilka drobnych uwag:

 

Treck – nie brzmi jak miasto w Polsce :)

 

Najwidoczniej ma sporo pieniędzy i nie wie, co może z nimi uczynić.

Może lepiej

Najwidoczniej ma sporo pieniędzy i nie wie, co ma z nimi zrobić.

 

Grafika była ciekawie rozbudowana,

Jakoś mi to zgrzytnęło. Może lepiej byłoby napisać coś w stylu że grafika zapierała dech w piersi swoim rozmachem

 

Ja zacznę nowość! – dokończył z triumfem.

Zgrzytnęła mi ta nowość jako określenie nowej gry. Nie przychodzi mi pomysł na co ją zastąpić, ale spróbowałbym coś znaleźć :)

 

na co wpadła pierwsza Asia,

Może lepiej

na co pierwsza wpadła Asia,

 

z którego wystawały ciągle nowe postacie zakapturzonych wojowników,

Może lepiej

z którego wyskakiwały ciągle nowe postacie zakapturzonych wojowników,

 

Pozdrawiam!

Witam serdecznie, Edward Pitowski, dziękuję za odwiedziny, poświęcenie czasu tak wnikliwej analizie oraz za wskazanie usterek (poprawiłam) i porady.

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Wybacz, Bruce, ale ja to się w ogóle nie znam na grach, w dodatku nigdy w żadną nie grałam, więc z przykrością wyznaję, że opowiadanie trochę znużyło, albowiem nie potrafiłam wykrzesać w sobie zainteresowania dla opisanych spraw. Innymi słowy – nie bardzo wiedziałam o czym czytam. :(

 

Ta­jem­ni­czy sko­śno­oki pan, bie­gle mó­wią­cy w kil­ku­na­stu ję­zy­kach (w tym pol­skim), przy­je­chał do na­szej dziel­ni­cy pod ko­niec lipca. → Mam wrażenie, że przyjeżdża się do jakiegoś miasta, nie do dzielnicy. Ktoś, kto przyjechałby do mojego miasta, chyba nie powiedziałby, że przyjechał do np.: Śródmieścia, powiedziałby, że przyjechał do Łodzi.

Proponuję: …pojawił się w na­szej dziel­ni­cy pod ko­niec lipca.

 

Pan Lee pro­wa­dził salon gier oraz mały skle­pik ze sło­dy­cza­mi. Zdu­mie­wał jed­nak, ile­kroć za­szło się do niego, po­nie­waż wy­da­wał owe prze­pysz­ne i wy­jąt­ko­wo ory­gi­nal­ne ła­ko­cie cał­ko­wi­cie za darmo. → Skoro nie sprzedawał słodyczy, to czy to na pewno był sklepik?

 

Kiedy wid­no­krąg stał się cał­ko­wi­cie czar­nym→ Kiedy wid­no­krąg stał się cał­ko­wi­cie czar­ny

 

– Miesz­kań­cy Turka? – Miesz­kań­cy Turku?

 

przy­bie­ra­ją­cych stop­nio­wo barwę ja­skra­wo ró­żo­wą… → …przy­bie­ra­ją­cych stop­nio­wo barwę ja­skra­woró­żo­wą

 

do­sko­na­łą grę „Cen­tau­ro­nio­ny”, jaką mie­li­śmy za nie­ca­ły mie­siąc za­pre­zen­to­wać świa­tu. → …do­sko­na­łą grę „Cen­tau­ro­nio­ny”, którą mie­li­śmy za nie­ca­ły mie­siąc za­pre­zen­to­wać świa­tu.

 

Pró­bu­jąc ode­brać mi życie w świe­cie rze­czy­wi­stym, za­mknął mnie na za­wsze w swo­ich sza­leń­czych grach wir­tu­al­nych, li­cząc na moją klę­skę pod­czas starć z ko­lej­ny­mi ar­mia­mi urze­czo­nych jego hoj­no­ścią gra­czy! → Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witam serdecznie, Regulatorzy, i mnie ten świat nie jest całkiem bliski, jednak chciałam popróbować się z nim zmierzyć; bardzo Ci dziękuję za cenne rady oraz wskazówki, zaraz wszystko popoprawiam. :)

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

No, ale Ty się chociaż trochę orientujesz, a ja ni hu, hu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

heartlaugh

 

No, ale Ty się chociaż trochę orientujesz

Że aż zacytuję słynny przebój FNS: “Chciałabym, chciała…” (…się choć trochę orientować :) ).

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

“Chciałabym, chciała…” (…się choć trochę orientować :) ).

No widzisz, w Tobie są chociaż chęci, a we mnie nie ma najmniejszych. Cóż, gry już na zawsze pozostaną dla mnie wiedzą tajemną, której nigdy nie zgłębię. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przyznam szczerze, Droga Regulatorzy, że oglądając obecnie choćby tylko reklamy z grami, zachodzę w głowę, jak gracze są w stanie ogarnąć to wszystko jednocześnie: postaci, grafikę, muzykę, zmiany poziomów, zwroty akcji, zaskakujące pułapki, błyskawiczne/bezkolizyjne przejścia przez kolejne “zdradliwe miejsca”, konieczność wcześniejszego zaplanowania rozgrywki itp. :)

Wielki szacunek z mojej strony za takie umiejętności, podobnie jak względem twórców takich gier. :)

 

Pozdrawiam Cię serdecznie. smileyheart

Pecunia non olet

Ech, Bruce, choć dziwisz się graczom, że mają tak pojemne ogarniacze i wiedzą co do czego, to przynajmniej masz pojęcie, na czym rzecz polega i z czym się ją je, a ja nie mam o tym żadnego pojęcia, ale mam wolną głowę. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Myślę, Droga Regulatorzy, że znam się na grach tak samo, jak i Ty i nie przeczę, że nie mam z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. :) Zachwyca mnie za to niepomiernie błyskawiczny rozwój nauki w tej dziedzinie. :))

Pecunia non olet

Misia wciągnęło. Woli wprawdzie szachy, ale zna rozwój gier ‘komputerowych’ od pierwszych z prostą grafiką i możliwościami graczy w nich do aktualnych. Opis gier w opowiadaniu i wykorzystanie pomysłu na salonik w niewielkiej miejscowości pierwszorzędne. Wejście stopniowe z elementami fantastyki i finał super. Miś nie zwraca uwagi na ewentualne babole czytając, więc nie wypowiada się, ale i tak poleca tekst do biblioteki.

Hej, Koala75, bardzo dziękuję za Twój pozytywny komentarz oraz polecenie. :)

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

O, kurcze Bruce, ale piękna współczesna baśń! Zapisana pięknymi też słowami. Silne wrażenie. Wszystko jest tak jak powinno, i choć wolałabym szczęśliwe zakończenie to tak jest chyba lepiej, bo prawdziwiej. Naprawdę zaczarowałaś.

Z warsztatowych konkretów – nul, znaczy tak się zaczytałam, że o nich nie myślałam. Wszystko zdaje mi się w najlepszym porządku.

Lecę skarżypytować i zastanowię się nad nominacją do piórka, choć wiesz te moje nominacje czasem bardziej szkodzą, niż w czymś pomagają.

srd

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej, Asylum, wielkie dzięki za tyle dobrych słów, ale tekst był poprawiany (dzięki wskazówkom Komentatorów), więc naprawdę to już całkiem nie moje treści, lecz Komentujących. Pierwotna wersja była bardzo słaba. Ta też jeszcze jest słabizną. To kolejna próba uczenia się dobrze pisać. Tak to widzę. :) Też początkowo tak myślałam i pozytywnie zakończyłam, ale poszłam za dobrymi radami, aby nieco przemyśleć całość i uczyniłam w końcu pana Lee hmmm… dość dwuznaczną postacią. :)

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Cześć!

 

Przyjemny tekst, jest w nim coś intrygującego. Zaczynasz bardzo klimatycznie i wymyśliłaś naprawdę ciekawe gry ;). Zakończenie mnie zaskoczyło i w sumie fajnie, że nie okazało się cukierkowe.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hej, Alicello, dziękuję bardzo, miło mi. Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

 

Cześć!

Pomysł bardzo ciekawy – jestem fanką gier komputerowych i chętnie pograłabym choć w część tytułów, które opisywałaś i wymyśliłaś.

Mam jednak kilka zastrzeżeń:

– sporo tekstu skupia się na wstępie, na budowaniu historii Pana Lee, ale nie mamy tam prawie nic o bohaterach, którzy walczą ostatecznie z Nigreosem; ponieważ jest ich aż siodemka, to wprowadzenie ich nie wyszło na lepiej i zupełnie nie zapamietałam kto był kim,

– w drugiej połowie masz naprawdę dużo nazw własnych i to dość gęsto, jak dla mnie zdecydowanie za dużo i trudne do zapamiętania

– nie przekonała mnie rozmowa braci – pan Lee był bardzo protekcjonalny, a brat rozżalony. W teorii to okej, ale było to bardzo jednostronne i w jakiś sposób płytkie. Nie pomógł spory patos, szczególnie u tego złego brata.

 

Niemniej, spodobało mi się zakończenie, które nie było happy-endem, tu zdecydowanie plus.

 

Jeżeli chodzi o warsztat, to żaden ze mnie znawca, bo sama nad nim pracuję, ale wydaje mi się, że zdecydowanie zbyt często tworzysz długie zdania, w których jest za dużo informacji, czasami zbędnych. Postaram się przykład pokazać niżej.

Pamiętam, bo było wtedy wyjątkowo upalnie. Zajął opuszczony dom, znajdujący się na zakręcie drogi wiodącej ku polom. Dawniej jeździł tamtędy tramwaj i stosunkowo często spotkać można było grupki dzieci, spieszących do leżącej dwa kilometry dalej szkoły. Teraz miejsce było opuszczone, smutne, zapomniane.

powtórzenia

 

– Jestem dzisiaj znowu Królewną Marielką – powiedziałam pewnego październikowego dnia do Asi, która siedziała w pobliżu, tocząc już wciągającą grę o ulubionych baśniowych stworach.

Nie wiem, czy grę można toczyć. W jednym zdaniu mamy info o tym, że jest październik, wprowadzasz nową bohaterkę i grę. “O ulubionych baśniowych stworach” jest nam w sumie zbędne, tak samo jak październik (nie miało to żadnego wpływu na fabułę).

Z kontrolerem w dłoni rozpoczęłam grę na konsoli. Błyskawicznie stałam się obłym, sporej wielkości stworem, żyjącym na Planecie Miosaj. Były tam inne, potężne stworzenia, jak kreto-dżdżownice, jaszczuro-żaby, żółwio-chrabąszcze, gąsienico-kraby. [od nowej linijki] Na Miosaju rosła niezwykle bujna i wysoka roślinność koloru żółtego i różowego, przypominająca kształtem nieco tataraki i pałki wodne. Nad powierzchnią, pokrytą niebieskawym mchem, wznosiły się ciągle trzy złote słońca. Mój bohater, Serpens, walczył ze stworami o zdobycie posiłków i napojów, przemierzając bezkresne przestrzenie Miosaju. Po pokonaniu jadowitego ptako-skorpiona i wybuchających skał, przeobraziłam się nareszcie w potężną postać pełzającą, pokrytą łuskami, do której bardziej pasowało imię

o zdobycie posiłków… → brzmi to bardzo nienaturalnie

Plus de facto opowiadanie nie ucierpiało by zbytnio (jego logika), gdyby je wyrzucić lub mocno skócić

 

My nadal uwielbialiśmy tam spędzać swój wolny czas. Mogąc wcielić się w każdą postać, przeżywać wspaniałe przygody i odkrywać nowe lądy, planety, a nawet galaktyki czy wszechświaty, zmieniać swój stan skupienia, czas i przestrzeń akcji, czuliśmy się prawdziwie wolni i swobodni.

Zdanie jest zbyt długie, w dodatku podkreślona części brzmi kapkę jak oderwana od innego zdania. Spokojnie można by podzielić to na dwa zdania. 

Tylko dzięki zgranej akcji całego zespołu, wykupionym za spore ilości monet zastrzykom ze śmiertelnymi dawkami Trucizny Galaktycznej Venenum, wstrzykiwanej umiejętnie przy każdym starciu, a także dzięki pomocy mniejszych stworzeń, zagrożonych przez owe oceaniczne kolosy, zdołaliśmy  wyjść cało z tej walki

Jak wyżej. Za dużo w jednym zdaniu.

 

o przejściu Oceanu Profundum, to znaczy Głębi, pokonaniu jego prehistorycznych stworów i uzyskaniu wymaganej liczby monet, wspólnie jako siódemka bohaterów gry, odczytywanej wspak: „Universum”, przenieśliśmy się w czasie i przestrzeni czterysta tysięcy lat wstecz do Wszechświata Verum, czyli Prawdy.

Bardzo dużo nazw własnych

 

– Mieszkańcy Turku? – powiedział zaskoczony, otaczając nas czarnym, jak atrament, dymem. – To chyba jakaś nowość. Dotąd was tu nie wiedziałem.

– Kim jesteś? – zapytałam.

– A ty?

– Anika – powiedziałam, patrząc zasępiona w roli mojej postaci w grze, czyli Zielonego Oka.

– O, a to pewnie twój brat? – Wskazał laską na Skrzydlatego Elfa. – Ha-ha-ha, kolejna zgraja tego szaleńca!

– Kim jesteś? – powtórzyłam pytanie.

– Nazywam się Nigreos – odrzekł, poważniejąc.

– Czyli Czerń? – dopowiedział Arek jako Mechaniczny Robot.

– Tak, jestem Panem Ciemności i nazywam się Nigreos, czyli Czerń.

– Czego od nas chcesz? – zapytał Błękitny Smok.

– Nie wiecie? – odpowiedział szyderczym pytaniem. – Wasz guru wam nie powiedział?

Jak dla mnie zupełnie ten kawałek się nie broni. Za dużo na raz, nie byłam w stanie zapamiętać tych bohaterów.

 

Podsumowując: pomysł ciekawy, ale warsztat wymaga pracy :) odchudziłabym też nieco tekst, ale ogólnie jestem zadowolona z lektury :) klikam do biblioteki

Witaj, Shanti, ale zaskoczenie, ogromnie mi miło i bardzo Ci dziękuję za klik oraz tak wiele bezcennych rad. heart

Wiem, muszę zdecydowanie popracować nad usterkami, które powtarzają się w każdym moim tekście, szczególnie przydługimi zdaniami i nawałem informacji. 

Kiedy tylko znajdę czas, natychmiast pozmieniam tekst pod kątem Twoich wskazówek, raz jeszcze bardzo dziękuję.

 

Pozdrawiam serdecznie. heart

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka