- Opowiadanie: Bolly - Dlaczego jesień płacze

Dlaczego jesień płacze

Szort nagrodzony w zorganizowanym przez moją lokalną bibliotekę publiczną konkursie “Jesień piórem malowana”. Konkurs skierowany był do dzieci, młodzieży i dorosłych, a jego tematem były wiersze i krótkie (do dwóch stron A4) opowiadania z jesienią jako motywem przewodnim. Opowiadanie zdobyło główną nagrodę w kategorii osób dorosłych.

 

EDIT: Dokonałem w trzecim akapicie kilku drobnych zmian w stosunku do wersji konkursowej. Za sugestie poprawek dziękuję Outta Sewerowi.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Dlaczego jesień płacze

W dawnych czasach nie znano promiennego, skąpanego w czerwieniach i złocie oblicza jesieni. U zarania dziejów była to pora niezmiennie chmurna i słotna, znienawidzona przez ludzi, których serca napełniała marazmem i przygnębieniem, i byłaby taka po dziś dzień, gdyby pewien chłopiec o nieposkromionej ciekawości nie sprawił, że pokazała drugą twarz. Chłopiec ów, gdy przychodziła jesienna szaruga, z braku lepszego zajęcia długie godziny spędzał przy oknie, wpatrując się w pogrążony w strugach deszczu świat za szybą. Śledząc wzrokiem ciężkie krople spływające po szkle niczym łzy po policzku, zagadnął kiedyś ojca:

– Tatusiu, dlaczego jesień płacze?

– O to należałoby spytać Pogodotwórczynię – odpowiedział z westchnieniem ojciec. – To potężna czarodziejka, której dana jest władza nad pogodą. Od niej zależy, czy będzie świecić słońce, czy spadnie deszcz, ona stworzyła pory roku i dba, by następowały po sobie we właściwym porządku. Tak, jeśli ktoś może to wiedzieć, to tylko Pogodotwórczyni.

Chłopiec nie zmrużył tej nocy oka. Nierozwikłana tajemnica deszczowej jesieni bez reszty zawładnęła jego wyobraźnią; paliła jak ogień, kłuła cierniem i ćmiła niczym bolący ząb, usilnie domagając się zgłębienia. Nim nastał świt, spakował się więc i nie mówiąc nic rodzicom, wyruszył, by odnaleźć Pogodotwórczynię i poznać od niej rozwiązanie dręczącej go zagadki. Dzień za dniem parł niestrudzenie przed siebie wśród szalejących wichrów, brnął przez kałuże i błoto, aż dotarł do ogromnego zamku, w którym, jak głosiła wieść, mieszkała pogodowa czarodziejka.

Stanąwszy u bram, zawahał się nagle. Spotkani po drodze ludzie, których pytał o Pogodotwórczynię, mówili o niej bardzo różne rzeczy. Jedni powiadali, że jest młodziutką dziewczyną, wesołą i beztroską, drudzy – że to wytworna pani, piękna jak letnie słońce, ale i groźna, gotowa jednym zmarszczeniem brwi wywołać gwałtowną burzę.

„Co, jeśli nie lubi niezapowiedzianych gości? – zmartwił się chłopiec. – Może powinienem zawrócić? Ale jeżeli teraz stchórzę, nigdy nie dowiem się prawdy”.

Zebrawszy się na odwagę, zastukał w drzwi kołatką, a gdy nie otrzymał odpowiedzi, pchnął ciężkie wierzeje i zajrzał do środka.

Zamczysko sprawiało wrażenie opuszczonego. Panował w nim mrok i przeszywający chłód, a grobową ciszę mącił jedynie monotonny szmer pluszczącego za oknami deszczu. Dopiero po dłuższej chwili, nasłuchując z wytężoną uwagą, chłopiec wyłowił z owego poszumu coś jeszcze – coś, co brzmiało jak ciche, żałosne pochlipywanie. Zapaliwszy zabraną ze sobą latarnię i uniósłszy ją wysoko, ujrzał w głębi przepastnej sali tron, na którym siedziała zgarbiona staruszka. Twarz, otuloną puklami spływających aż do ziemi siwych włosów, ukrytą miała w dłoniach, a jej ciałem od czasu do czasu wstrząsało tłumione łkanie.

Z bijącym sercem chłopiec zbliżył się do tronu.

– Dzień dobry – odezwał się nieśmiało. – Czy to pani jest Pogodotwórczynią?

Stara kobieta podniosła ku niemu oblicze pomarszczone jak kora stuletniego dębu i potwierdziła ruchem głowy.

– Dlaczego pani płacze?

– Płaczę, bo nadchodzi kres moich dni i już niebawem będę musiała umrzeć.

– Ojej! – pisnął poruszony chłopiec, i zanim zdał sobie sprawę z niestosowności tego pytania, dodał: – A co będzie z pogodą i z porami roku, jeśli pani zabraknie?

– Nic się nie zmieni, moje dziecko – odrzekła Pogodotwórczyni – bo ja umieram co roku i co roku powstaję z martwych. – Napotkawszy przerażone, nic nierozumiejące spojrzenie małego gościa, wyjaśniła: – Zapewne nie wiesz o tym, że to dzięki mnie ziemia jest miejscem ciepłym i zdatnym do życia. Z dawien dawna zagrażają jej mroczne siły, których jedynym celem jest zakuć ją na wieczność w okowy mrozu, a ja przez długie miesiące powstrzymuję je przed tym. Lecz moja moc ma swoje ograniczenia i prędko się wyczerpuje; z końcem lata zaczynam słabnąć i starzeć się, by wreszcie umrzeć, a wtedy wszystko zamarza pod chłodnym dotykiem zimy. Ale ja niezmiennie ożywam, na powrót młoda i świeża, by znów dać światu wiosnę.

– To nie wydaje się wcale takie straszne – zauważył chłopiec. – To przecież tak, jakby się zapadało w sen zimowy.

– Tylko z pozoru – odparła głucho czarodziejka. – Bo kiedy umieram, tracę wszystkie wspomnienia poprzedniego życia. Wstając z martwych, wiem tylko, kim jestem i jakie jest moje przeznaczenie, nic ponad to. Wszystkie radosne chwile, jakie przeżyłam, beztroskie zabawy w ogrodzie z przyjaciółmi i dworkami, najniezwyklejsze przygody, które z chęcią zachowałabym w pamięci, wkrótce przepadną bezpowrotnie.

– Ach, jakie to smutne! – jęknął chłopiec, i sam uronił łzę nad godnym pożałowania losem nieszczęsnej Pogodotwórczyni. – A gdzie są pani przyjaciele? Czy nie powinni być teraz z panią, aby było pani raźniej? – dodał, rozglądając się po mrocznym, opustoszałym zamku.

– Wszyscy moi przyjaciele i dworzanie, wesołe elfy, fauny i rusałki, opuścili mnie. Uciekli precz, bo mierzi ich i przeraża mój smutek i starość. Dlatego właśnie przyjdzie mi umrzeć w samotności.

– Nie! – wykrzyknął nagle chłopiec. – Nie umrze pani samotna, bo ja zostanę tutaj z panią. Razem będziemy bawić się i śmiać, i już nie będzie pani smutno.

– Naprawdę? Zrobiłbyś to dla obcej, starej kobiety? – W głosie Pogodotwórczyni brzmiało niedowierzanie, ale w jej mętnych, załzawionych oczach zabłysły iskierki nadziei.

– Tak, zrobię to. Zostanę z panią – powtórzył chłopiec z naciskiem. – Może i jesteśmy sobie obcy, lecz ja chciałbym, by była pani moją babcią.

– Będę nią dla ciebie – obiecała pogodowa czarodziejka, rozchylając w uśmiechu pomarszczone usta. W tym momencie chmury rozstąpiły się i przez sklepione łukiem okna wpadły słoneczne promienie, rozświetlając bogate zamkowe wnętrza. Najbardziej zdumiewająca zmiana zaszła jednak w samej Pogodotwórczyni. Jej szara suknia zabarwiła się czerwienią i złotem, w siwych włosach zalśniły miedziane pasemka, a głębokie bruzdy na czole i policzkach wygładziły się wyraźnie. Wydawało się, że staruszka nagle odmłodniała, a na jej oblicze powrócił ślad dawnej urody.

– Biedne dziecko! – zawołała, z iście młodzieńczą sprężystością zrywając się z tronu. – Musisz być głodny jak wilk. Chodź, zjemy coś smacznego, a potem pokażę ci mój ogród.

To mówiąc, zaprowadziła niespodziewanego gościa do stołu, na którym, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pojawiła się misa pełna apetycznie wyglądających jabłek i waza gorącej, parującej zupy z dyni.

Pogodotwórczyni i jej mały przyjaciel miło spędzili pozostały jej czas. Za dnia godzinami przechadzali się w słońcu po krętych alejkach rozległego ogrodu, gdzie chłopiec zbierał kasztany na śmieszne ludziki, a z wielobarwnych liści plótł dla swej gospodyni wianki, wieczorami zaś zajadali pyszne dyniowe ciasto i wiedli wesołe rozmowy przy kominku. Ani się spostrzegli, gdy nadszedł dzień, w którym władczyni pogody miała pożegnać się z życiem.

– Odwiedź mnie za rok – wyszeptała ostatkiem sił. – Nie będę o tobie pamiętać, ale sprawisz mi radość, goszcząc w moim zamku.

– Odwiedzę, przyrzekam – odpowiedział chłopiec, gładząc jej zwisającą z łóżka dłoń. – I nie tylko za rok. To nic, że nie będzie mnie pani pamiętać. Najważniejsze, że ja będę pamiętał o pani.

Chłopiec dotrzymał danego słowa i odtąd co roku z końcem lata przybywał do siedziby Pogodotwórczyni, by schyłek jej życia uczynić szczęśliwym i słodkim. Nie przestał tego robić nawet wtedy, gdy z dziecka stał się dorosłym mężczyzną, a kiedy sam zestarzał się na tyle, że nie był już w stanie odbywać dalekich podróży, uprosił swego syna, by przejął od niego ten obowiązek. Syn kontynuował dzieło ojca, a wnuk dzieło syna, i tak od pokoleń poświęcenie jednego człowieka wydobywa z jesieni jej urzekające piękno. Niestety, nie każdemu z towarzyszy pogodowej czarodziejki udaje się równie łatwo poprawić jej nastrój, a i nie wszyscy starają się dostatecznie. Bywa, że zamiast radować się wspólnym spacerem po ogrodzie, gość Pogodotwórczyni kroczy u jej boku zamyślony i ponury, kopiąc ze złością kasztany i kolorowe liście. Czasem zjawia się u niej z opóźnieniem lub opuszcza ją przedwcześnie, wyjeżdża na kilka dni odwiedzić rodzinę. Nieszczęsna roni wówczas gorzkie łzy, a wraz z nią płaczą chmury na jesiennym niebie.

Koniec

Komentarze

Witaj.

W romantyczny, nostalgiczny i przeuroczy sposób wyjaśniłeś odwieczną zagadkę jesiennych opadów. ;)

Dziękuję za lekturę tak pięknego tekstu i gratuluję nagrody, pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Ładny tekst. Jest klimatycznie, jest baśniowo. Jedno mi zawadziło: z tego, co mówi Pogodotwórczyni wynika, że jak umiera to cały świat zamarza. A co z rejonami, których zima nigdy się nie ima? Wiem, że to takie trochę czepialstwo, ale jeśli piszesz o naszej rzeczywistości to ta sprzeczność rzuciła mi się w oczy. Chyba, że to inny, baśniowy świat, który raz do roku w całości pokrywa śnieg. Ale o tym wzmianki żadnej nie ma. Tak czy siak, opowiadanie klimatyczne i udane. Pozdrawiam!

Skojarzyło mi się trochę z mitem o Demeter i Korze. Tekst jest wręcz idealnie napisany pod wszelkiego rodzaju instytucje edukacyjne/publiczne i wcale się nie dziwię, że wygrał ten konkurs :) Osobiście preferuję inne rejony fantastyki, ale trudno odmówić, że jest to bardzo przyzwoicie wykonana robota. 

Gratuluję wygranej.

Nie betuję tekstów ze względu na brak czasu.

Dziękuję za miłe komentarze.

 

Jedno mi zawadziło: z tego, co mówi Pogodotwórczyni wynika, że jak umiera to cały świat zamarza. A co z rejonami, których zima nigdy się nie ima? Wiem, że to takie trochę czepialstwo, ale jeśli piszesz o naszej rzeczywistości to ta sprzeczność rzuciła mi się w oczy. Chyba, że to inny, baśniowy świat, który raz do roku w całości pokrywa śnieg. Ale o tym wzmianki żadnej nie ma.

Nie zaprzątałbym sobie tym głowy. Przyjmijmy, że to nasz świat, ale ukazany z, hmmm… lokalnej, zaściankowej perspektywy. ;-)

 

Tekst jest wręcz idealnie napisany pod wszelkiego rodzaju instytucje edukacyjne/publiczne i wcale się nie dziwię, że wygrał ten konkurs :)

Co konkretnie masz na myśli? Pisałem tak, jak lubię pisać, nie nastawiałem się na wygraną i nie próbowałem za wszelką cenę trafić w gusta jurorów.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Nie miałem na myśli niczego złego, Bolly… Czasem tak jest, że tekst pisze się, stylizując go umyślnie pod konkretnych odbiorców (także instytucjonalnych). Nie gniewaj się, jeśli jakoś Cię to dotknęło. Osobiście uważam swobodę stylistyczną za coś bardzo cennego. Język to tylko narzędzie, zobacz jak znakomicie potrafił budować swoje utwory S. Lem, używając niezwykle różnorodnych środków. “Bajki robotów” są napisane zupełnie inaczej niż “Solaris”, ale i odmiennie w porównaniu do “Opowieści o pilocie Pirxie”. Za każdym razem autor umiał dostosować język do dzieła. 

Sądziłem, że w przypadku Twojego tekstu miał miejsce podobny zabieg. Ale jeśli nie – właściwie niczego to nie zmienia. 

Pozdrawiam :)

Nie betuję tekstów ze względu na brak czasu.

Wcale mnie to nie dotknęło, jestem po prostu ciekawy, jakie konkretnie elementy mojego stylu mogły sprawić, twoim zdaniem, że tekst trafił do odbiorców “instytucjonalnych”.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Ładny, elegancki styl ciepłej bajędy.

Nie betuję tekstów ze względu na brak czasu.

Miś wyraża swoje uznanie. Nareszcie będzie wiedział, dlaczego pojawia się babie lato czasem już nieoczekiwane. Takie bajkowe opowiadania są potrzebne dla dzieci, również już umiejących czytać. Obecne bajki w tv nie dość, że plastycznie okropne, zawierają dużo przemocy. To opowiadanie powinno znaleźć się w bibliotece, zdaniem misia. Klik.

Bardzo ciepła, miła opowieść. Jak wspomnial silver, jest napisana w stylu bajędy, nie tylko językowo, ale również za sprawą pojawiających się w niej postaci. Spersonifikowana jesień; dziecko, nadal widzące świat przez pryzmat dzieciństwa, wyidealizowany; ojciec, ale tylko na doczepkę, by przekazać mądrość którą zaczyna się opowieść; a nawet niewdzięczne elfy i rusałki, opuszczające starzejąca się Jesień. Daję klika, bo tekst jest napisany sprawnie i bardzo dobrze się go czyta. Realucowego czepa nie podbijam, ale mam drobne zastrzeżenia co do kilku rzeczy, o tym poniżej :)

 

– O to należałoby spytać Pogodotwórczynię – odpowiedział z westchnieniem ojciec. – Jest to potężna czarodziejka, której dana jest władza nad pogodą. Od niej zależy, czy będzie świecić słońce, czy spadnie deszcz, ona stworzyła pory roku i dba o to, by następowały po sobie we właściwym porządku. Tak, jeśli ktoś może to wiedzieć, to tylko Pogodotwórczyni.

Przekreślone usunąłbym, bo niepotrzebne. Ostatnie zdanie tez jakoś mi nie leży, coś mi się tam nie podoba. Gdyby usunąć to “Tak”? Albo dać po nim kropkę i “jeśli” zacząć dużą literą?

 

 

Nim nastał świt, spakował się więc i nie mówiąc nic rodzicom, wyruszył, by odnaleźć Pogodotwórczynię i poznać od niej rozwiązanie dręczącej go zagadki.

Przekreślone usunąłbym, bo dziwnie to brzmi.

 

Z bijącym sercem chłopiec zbliżył się do tronu.

Rozumiem, co chcesz powiedzieć, ale to też dziwne – z bijącym sercem. A przedtem nie biło?

 

Nie przestał tego robić nawet wtedy, gdy z dziecka stał się dorosłym mężczyzną, a kiedy sam zestarzał się na tyle, że nie był już w stanie odbywać dalekich podróży, uprosił swego syna, by przejął od niego ten obowiązek.

Te przekreślone też usunąłbym.

 

To tyle. A teraz klikam i pozdrawiam serdecznie :)

Q

Known some call is air am

Przekreślone usunąłbym, bo niepotrzebne.

Powtórzone “jest” w drugim zdaniu wypowiedzi ojca zauważyłem dopiero po wrzuceniu tekstu na portal i wciąż zastanawiam się, czy coś z tym fantem zrobić, czy zostawić opko takim, jakie oryginalnie poszło na konkurs.

 

Z bijącym sercem chłopiec zbliżył się do tronu.

Rozumiem, co chcesz powiedzieć, ale to też dziwne – z bijącym sercem. A przedtem nie biło?

https://wsjp.pl/index.php?id_hasla=27184

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Wiem, że to nie błąd. Tylko subiektywna uwaga, bo dziwnie mi to brzmi :)

Known some call is air am

Aż chce się iść na długi, jesienny spacer.

To opowiadanie nie jest zaskakujące, odkrywcze, ani wspaniałe, jest jednak ciepłe, poetyckie i bardzo piękne. Mimo nostalgii daje ciepło, jak kasztany i szarlotka:)

 

Wiesz, to jest ten rodzaj tekstu, który nie pozostawia efektu “wow”. Nie ma fajerwerków, twistów, a jednak daje do myślenia, wywołuje uśmiech i wdziera się do umysłu w swej ukrytej z pozoru głębi. 

Wiesz, to jest tekst z rodzaju potrzebnych.

Dziękuję za słowa uznania. Tekst nie miał w założeniu powalać na kolana, dlatego nie spodziewałem się, że zostanie doceniony w konkursie. Ale miło mi, że spodobał się zarówno jurorom, jak i użytkownikom tutaj.

"Pingwiny żywią się ziarnami słonecznika, wiatraczkami i starymi kośćmi, ale nie wolno im dawać jarzyn surowych ani gotowanych". Kamila, 6 l.

Ciepły, klimatyczny tekst. Ładnie wyjaśniasz cechy jesieni i dobrze wykorzystujesz jej dary.

Czytało się przyjemnie.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka