- Opowiadanie: Ślimak Zagłady - Krzyżowiec mimo woli

Krzyżowiec mimo woli

Jeżeli nie liczyć elementów fantastycznych, zgodność z wydarzeniami historycznymi powinna być znaczna. Myślę, że pośpiech przy dokańczaniu tym razem nie powinien zaszkodzić konstrukcji tekstu. W małej roli cameo występuje w dwóch miejscach dzieło znacznie wybitniejsze od niniejszego, które w tytule nie ma żadnych liter – zachęcam do tropienia. Jak zawsze, jestem otwarty na porady i dyskusje, zwłaszcza o warstwie językowej. Życzę miłej lektury!

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Krzyżowiec mimo woli

Ścibor ze Ściborzyc, najpierwszy rycerz w służbie króla Zygmunta, jego doradca i szczery przyjaciel, nie spał dobrze tej nocy.

Był to mężczyzna dochodzący pięćdziesięciu wiosen, które pozbawiły go włosów prócz skromnego wąsa, ale nie odebrały stalowych mięśni. Jadał i pijał niewiele. W ruchach był oszczędny, w mowie nieprędki, oczy często mrużył, w uśmiechu nie ukazywał zębów. Przy dobrym humorze cokolwiek niepokojący, w chwilach gniewu wprost straszny. Wziął sobie tytuł „Pana całego Wagu i Tatr”, choć okryty niesławą po zdradzieckim Mateuszu III Czaku, i nosił go z dumą.

Spał źle, gdyż przedłużające się oblężenie Nikopola było mu nie w smak. Pomijając nawet rzucony z murów fragment skały, który przed kilku dniami ugodził go w hełm i sprawił mu tym pewną przykrość, nie był zwolennikiem ogólnej sytuacji strategicznej. Czegokolwiek nie mówiliby dumni panowie, zgromadzona armia nie mogła wystarczyć do systematycznego zajęcia i utrzymania Bułgarii, zwłaszcza wobec nadciągającej zimy. Jeżeli nie zdecydowano się oczekiwać sułtańskiej armii w obrębie własnych granic, należało od razu pchnąć silnie w stronę Adrianopola, po drodze podrywając masowo do powstania ciemiężony lud. Podejście pośrednie zwiastowało rychłą katastrofę.

Ciekawa armia. Zbieranina bogatych, zapalczywych młodzików z całej Europy. Wszyscy gotowi na śmierć za wiarę, byleby była to śmierć kogoś innego, najlepiej na drugim końcu kopii rycerskiej. Solidnością wyróżniali się tylko weneccy i genueńscy kusznicy oraz marynarze, zapewniający transport wzdłuż Dunaju. Dodatkowy kłopot sprawiała tysięczna gromada jeńców, głównie mieszczan obojga płci uwięzionych po udanym szturmie Orjachowa, w pewnej liczbie Turków, ale częściej rodzimych Słowian. W większości trzymano ich w luźno strzeżonym siedlisku obok właściwego obozu armii, a tych, którzy wydawali się cenniejsi, zgromadzono w ładowniach statków.

Samo zajęcie Orjachowa stanowiło parodię właściwego rzemiosła rycerskiego. Spragnieni sławy Francuzi oderwali się w nocy od głównych sił, niespodziewanym atakiem zajęli most i przyczółek na murach, po czym utknęli niezdolni posunąć się dalej. Dopiero nazajutrz, po przybyciu głównych sił, obrońcy poddali się warunkowo królowi Zygmuntowi, a kiedy złożyli broń, francuscy rycerze – nie widząc się związanymi umową – przystąpili do rzezi miasta. Monarcha przyjął to jako osobistą obrazę, na co konetabl Francji Filip d’Eu oświadczył, że to właśnie Zygmunt nastaje na jego cześć, odmawiając mu poprzez układy prawa do chwały przynależnej pierwszemu zdobywcy murów. Ściborowi wraz z hospodarem mołdawskim, Mirczą zwanym Starym, zaledwie udało się załagodzić spór.

Odtąd zaproszeni rycerze zachodni przekonywali się z każdym dniem o poważnych różnicach pomiędzy opowieściami a rzeczywistością krucjaty. Nienawykli do życia obozowego, z trudem radzili sobie z jego surowością i prostotą. Prócz niewygód doskwierała im przemożna nuda, z marynarzami pili więc na umór i – wbrew zakazom – grali o więźniarki. Co gorsza, zupełnie nie zdawali sobie sprawy z bardziej fundamentalnych różnic w stosunku do ucywilizowanej Anglii czy Francji. Miejsc, gdzie jednorożce już dawno wytępiono dla chwały rycerskiej, przekonawszy się ostatecznie, że pod wierzch nie nadają się wcale, a i do sprawdzania dziewictwa nie najlepiej. Gdzie inkwizytorzy pokazywali dla postrachu swoje drobne, efektowne cuda, zarazem bezlitośnie skutecznie ścigając tych, którzy chcieliby rzeczywiście zgłębiać stare arkana.

Tutaj będą mogli zetknąć się ze zjawiskami, które naprawdę budzą grozę. Ludzie zmieniający się w zwierzęta, a czasem w jakby przedpotopowe wynaturzenia zwierząt. Rozkazy wiążące tego, kto je odbiera, samą mocą pieczęci, choćby nawet nie umiał czytać. Rody zaklęte tak, aby ich córki w każdym kolejnym pokoleniu trafiały prosto do sułtańskiej sypialni. Czepne, złośliwie świadome płomienie, wżerające się tak samo w drewno, jak w żywe ciało, niedające się ugasić wodą. Wszystko to, o czym w świecie bezpiecznego feudalizmu szeptano tylko przy ogniskach po nadużyciu trunków. W co człowiek, który wcześniej nie bywał na pograniczu, mógł tylko z trudem uwierzyć – a nigdy w pełni pojąć. Tę trudność uwidaczniał nawet król Zygmunt, odpowiednio poinformowany o zagrożeniach, ale w głębi ducha wciąż ufny w niezwyciężoną potęgę krucjaty.

Ścibor przekręcił się na plecy i splótł dłonie za potylicą. Sen nie przychodził.

 

Tego poranka król zwołał radę wojenną, aby wstępnie uzgodnić plan bitwy. Enguerrand de Coucy, starzec o pooranej bruzdami twarzy krogulca, zięć zmarłego króla Anglii i najbardziej wartościowy z zachodnich dowódców, wziął uprzednio na siebie niewdzięczne zadanie prowadzenia zwiadów w górach Bałkanu na południu. Teraz więc przypadło mu jeszcze mniej wdzięczne zadanie powiadomienia ogółu, że jego harcownicy natknęli się na główne siły osmańskie i wkrótce będą mogli dokładnie ocenić ich rozmiar, ale już wiedzą, iż jest przemożny. Słowa te wywarły przykre wrażenie.

Zgromadzeni kiwali tylko frasobliwie głowami, aż hospodar Mircza wyraził wspólną myśl:

– Wąski pas równiny z wielką rzeką za plecami nie jest wymarzonym miejscem do przyjęcia wielkiej bitwy.

– Każde miejsce jest dobre, aby pobić tych psów! – to hrabia d’Eu, wciąż jeszcze zapalczywy młodzian.

– Gdybyśmy mogli chociaż oprzeć obronę o silny zamek zamiast martwić się, że stamtąd właśnie uderzą nam w plecy.

– Obrona? Kto mówi o obronie? To kalkulacje tchórza! – jeden z mniej znacznych Francuzów dorzucił swoje trzy grosze.

– Spokój! – Król Zygmunt klasnął umiejętnie w dłonie, grzmotnęło jak z puszki. – Uznaję wartość uwag pana Mirczy. Wywodzę pytanie: czy ktokolwiek widzi szansę, abyśmy, w myśl starej maksymy divide et impera, zajęli Nikopol jeszcze dzisiaj?

Po chwili wahania Mikołaj Garaj, w wieku trzydziestu lat będący już jednym z zaufanych doradców króla Zygmunta, szanowany dla wielkiej rzutkości i przebiegłości, uniósł dłoń na znak, że pragnie przemówić. Wobec braku reakcji odezwał się nieco nieśmiało:

– Pamiętacie panowie tych kilkoro Turków, których moi chłopcy zdybali onegdaj w zaroślach naprzeciw obozu? Mężczyźni zginęli w walce, dziewkę udało się pojmać. Jej odzienie i ozdoby wskazują, że jest kimś znacznym, być może krewną dowódcy twierdzy, którą próbowano wyprowadzić z oblężenia. Tajemnym tunelem, jak mniemam.

– Dlaczegóż nie kazano jej wypytać? – chciał wiedzieć król, który nagle wydał się dziwnie zmęczony.

– Zażyczył jej sobie na wyłączność brat Idzi, nadworny inkwizytor przy ojcu Philibercie, który pragnie nawracać zbłąkane dusze i niepolitycznie byłoby mu odmówić – tu Mikołaj Garaj ukłonił się ironicznie w stronę de Naillaca, wielkiego mistrza joannitów, który odpowiedział mu ciepłym uśmiechem, zanim odrzekł:

– Niepodobna oczekiwać od moich baranków, aby były świadome spraw świata. Oczywiście nie przeciwię się przyprowadzeniu branki…

Została przyprowadzona, czy raczej przywieziona łodzią wiosłową z podpokładu cumującego na Dunaju okrętu. Na biodrach miała przewiązaną jakąś szmatę, na kostkach i nadgarstkach ciężkie okowy – jedna z tych inkwizytorskich tajemnic, iskrzący błękitem metal, który bez ustanku pali ciało, nie uszkadzając go jednak wcale. Choć była wychowana za zasłonami, jakaś szczególna odmiana dumy kazała jej porzucić daremne próby osłaniania nagości i patrzeć śmiało na rycerzy, którzy – prawdę mówiąc – nie zawsze wiedzieli, gdzie oczy podziać.

Hrabia d’Eu gwizdnął i wyraził się w kierunku wielkiego mistrza:

– Ten twój Idzi to niezły okaz!

– Proszę go zresztą także przyprowadzić… – odpowiedział słabo zakonnik.

Konetabla aż zatchnęło z oburzenia, bo mu się wydało, że to do niego ten rozkaz. Rycerz Jean de Carrouges, ten sam, który o cześć swojej żony stoczył ostatni pojedynek sądowy we Francji, plunął na ziemię, pomstując na ogólny zanik obyczajów. De Coucy poparł go bez przekonania, a Mircza Stary roześmiał się sucho. Tymczasem Ścibor ze Ściborzyc podszedł do dziewczyny i położył dłoń na jej łańcuchach, nie okazując widocznych oznak bólu, lecz raczej zamyślenie. Pozostali nie chcieli mu przeszkadzać, sądząc, że wspomina ową historię z królową Marią, która go pierwszy raz wyniosła do wielkich faworów…

 

Było to tak: gdy bardzo jeszcze młody Zygmunt poślubił Marię, córkę zmarłego króla Ludwika i siostrę Jadwigi, nie wszyscy węgierscy panowie poparli jego roszczenia do tronu. Niektórzy nie zachowali nawet życzliwej obojętności, lecz na przykład zamordowali jego teściową, a samą Marię uwięzili w Novigradzie, gdzie także należało obawiać się o jej życie. Przy przyszłym monarsze zostało niewielu ludzi godnych względnego zaufania, a jednym z nich był właśnie Ścibor, cieszący się już wówczas sławą sprawnego rycerza, dowódcy i administratora dóbr.

– Czego sobie życzysz, panie? – spytał go pewnego razu, zastawszy go strapionego w komnacie.

– Życzyłbym sobie znów zobaczyć żonę.

– Czy to rozkaz?

Zygmunt Luksemburczyk, choć zdziwiony tym pytaniem, odparł mimowolnie:

– Tak.

Ścibor ukłonił się, wyszedł z komnaty i w ciągu godziny wyjechał.

Zamek novigradzki jeżył się zębami blanków i otworami strzelniczymi, a wokół wielkiej wieży owinął się żmij bałkański, uroczy stwór bliższego pogranicza, trzydziestostopowa złośliwa poczwara plująca jadem. Niewątpliwie otrzymał polecenie pilnowania więźniarki. Mimo słonecznego dnia łąki pod murami spowijała gęsta mgła. Sceneria jak z baśni, w której niekoniecznie chciałoby się być znaczącą postacią.

Rycerz podjechał i uderzył we wrota, ogłaszając się jako poseł.

Kiedy zniknął w środku, garstka Zygmuntowych ludzi wiekujących pod zamkiem bez nadziei przeprowadzenia szturmu nasłuchiwała wraz z kmieciami z okolicznych wsi, ciekawa efektów. Mgła kryjąca mury to tłumiła, to zwielokrotniała dźwięki. Słyszano wpierw strzępy powitań, potem głośną, do krzyku dochodzącą rozmowę. Wreszcie coś jakby kełderaskie zawody w wyrobie kotłów na czas.

Upłynęła może godzina, gdy wrota znów się rozwarły. Ścibor wyjechał wolno, z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Do jego pleców przylgnęła królowa Maria, szesnastolatka z rozburzonymi włosami, blada i wstrząśnięta. U siodła przytroczony tobołek z niewieloma rzeczami, które wolno jej było zachować w niewoli. Za nimi novigradzkie rycerstwo: białe rumaki, pyszne płaszcze. Zsiedli z siodeł i pokłonili się w pas odjeżdżającym…

Na drugi dzień w południe Zygmunt nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu. Ucałowawszy żonę, po namyśle odezwał się do rycerza:

– Ściborze, nie powinienem był rozkazywać ci w taki sposób. Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Nigdy więcej nie ośmielę się wydać ci rozkazu. Co najwyżej poprosić… jak przyjaciel przyjaciela. I ty możesz mnie prosić o wszystko, cokolwiek będzie ci potrzebne. Jak przyjaciel przyjaciela.

– Przyjmuję królewską przyjaźń jako najwspanialszy dar – odpowiedział z powagą, a zarazem niezwykle ciepło jak na swoje możliwości – i przysięgam, że nie zawiodę jej w żadnych okolicznościach.

Padli sobie w objęcia.

Ani Ścibor, ani królowa nie byli jednak chętni do opowiadania o szczegółach akcji ratunkowej, nikt zresztą nie śmiał pytać. Nieco światła na sprawę rzucił później następny wysłannik króla Zygmunta. Dokonał oględzin zewłoku żmija, z których wynikło, że gad został ujęty za ogon i wielokrotnie skonfrontowany ze stołpem. Czaszką naprzód. Więcej się już nie dowiedziano.

 

Przypuszczano więc, że Ścibor ze Ściborzyc przypomina sobie te właśnie zdarzenia, a nawet obawiano się nieco jego tendencji do ocalania uciśnionych niewiast. On jednak uciekł myślą gdzie indziej, do innej sytuacji i swojego prywatnego lochu pod Wieżą Mateusza w Trenczynie. To już jednak całkiem odrębna historia…

Ciszę zaś przerwał nie kto inny, lecz właśnie przyprowadzona Turczynka, wypowiadając dłuższe zdanie w swoim języku. Ciężkie spojrzenie króla Zygmunta, wciąż omijając brankę, spoczęło na nadwornym drogmanie, który wyraził się niepewnie:

– Wasza Wysokość, to było coś w rodzaju tutejszego przysłowia.

– Ściślej biorąc, powiedziała „trzeba szczególnej odmiany tchórzostwa, aby nie umieć przyjąć konsekwencji własnych czynów, gdy dotykają kogo innego” – skorygował Ścibor, odsuwając wreszcie dłoń od iskrzących ogniw.

– Ty naprawdę coś rozumiesz z tego bełkotu?

– Znajomość wrażej kultury to podstawa – wzruszył lekko ramionami, wygłaszając banał.

Zebrani panowie pokiwali głowami, po czym któryś z Francuzów zasugerował, aby wreszcie zapytać o położenie ujścia tunelu. Tłumacz przełożył. Dziewczyna odpowiedziała cichym, śpiewnym głosem – znużonym krzyżowcom wydawał się prześliczny i słuchano jak słowika, tak samo nie rozumiejąc znaczenia.

– Można powiedzieć, że to była sugestia, aby Wasza Wysokość zechciał nie trudzić swej szlachetnej osoby tak błahymi sprawami i udać się na spoczynek – drogman miał niewdzięczne zadanie.

– Zapytała raczej, czy naprawdę tak bardzo brakuje nam wykwalifikowanych poddanych, że musisz zastępować nawet mistrza małodobrego – rycerz mógł sobie pozwolić na większą bezpośredniość.

Król machnął nerwowo ręką, odprawiając nieszczęsnego tłumacza w bliżej nieokreślonym kierunku:

– Ściborze, przetłumacz jej może, że jeżeli przyjdzie nam wydać walną bitwę z niebezpiecznym zamkiem za plecami, to już na pewno zabraknie ludzi do pilnowania dotychczasowych jeńców i będziemy zmuszeni pozbawić ich życia.

Skrzywił się, ale rzeczywiście już na poprzedniej radzie zapadły decyzje uwzględniające taką możliwość, więc przetłumaczył bez dalszej zwłoki.

– Czy to jeńcy z Orjachowa mi kuzyni, czy bracia? A i ja sama mało dbam o życie, spędziłam z tym waszym spaczonym mnichem dwa dni i – noce… – i wreszcie się rozpłakała.

Rycerz polskiego pochodzenia poczuł wzbierającą w nim odrazę, ale postanowił zatrzymać ją w sobie do czasu bitwy, a na razie odpowiedział:

– Drogie dziecko, znam wasz język tylko trochę i potrzebuję wyraźnych zdań, w dialekcie chlip-tureckim wcale się nie porozumiem, więc nie ma rady, musisz się nieco uspokoić. Wskaż po prostu ujście tunelu i wszystko się znakomicie ułoży…

– Oprócz losu większości ludzi, których dotąd znałam? Mego ojca Doğana beja, całej rodziny, krewnych, znajomych? Zresztą nie ma żadnego tunelu, spuszczono nas z murów na linach.

– I dlatego schwytaliśmy cię już za głównym pierścieniem oblężenia. Mury są przy tym pod stałą obserwacją. Wierutne kłamstwo.

– Jeżeli chcecie, żeby wasi wojownicy coś skutecznie obserwowali po nocy, wydawajcie im zawsze podwójne porcje marchwi – zdołała, przez łzy, zaśmiać się ironicznie.

– Tobie się wydaje, że to żarty? Trupy, tyle trupów… Mdli mnie, kiedy na ciebie patrzę – odwrócił się zniecierpliwiony. A kiedy patrzę na swoje odbicie w tych czarnych oczach, to już szczególnie, dodał w myślach.

– Bądź zdrów – usłyszał jeszcze.

Reszta zebranych, nie mogąc wprawdzie wyrozumieć dialogu (oprócz hospodara Mirczy, który też zadowalająco radził sobie z tureckim), wnioski wyciągnęła właściwe. Mikołaj z Gary podsumował zwięźle:

– Odesłać ją jeszcze na przesłuchanie dla porządku, a tutaj chyba możemy już przystąpić do opracowania planu bitwy.

 

Nazajutrz plan bitwy oczywiście okazał się bezużyteczny. Zamierzano wysłać najpierw czeladź obozową dla przygotowania przedpola, ale francuskie rycerstwo w ostatniej chwili oświadczyło, że nie godzi im się ukrywać za plecami ciurów. Konetabl dodatkowo zapowiedział, że ktokolwiek wysforuje się przed niego, wyrządzi mu obrazę, jakiej nie zmywa się wodą – i zaszarżowali pod górę, zanim reszta zainteresowanych zdołała przygotować się do walki. Co więcej, przebili się przez pierwsze szeregi osmańskie z zastanawiającą łatwością.

– I co teraz? – odezwał się do swoich doradców król Zygmunt.

– Teraz pozostaje przygotować się do ataku – stwierdził Ścibor.

– Istotnie, postawiono nas w sytuacji bez wyjścia – przyświadczył Mikołaj – porzucenie sojuszników w tym momencie położyłoby kres idei krucjat, nie wspominając już o tym, że prawdopodobnie nie zdążylibyśmy się wycofać przez Dunaj.

– A kronikarze nie wybaczyliby nam bezcelowego wymordowania jeńców! – zakrzyknął z daleka Mircza Stary, zajmujący się już sprawianiem szyku mołdawskich wojowników.

– My sami sobie tego nie wybaczymy, już mniejsza o celowość – skomentował pod nosem Ścibor i dwoma łykami wody popił gorzkie rozważania nad sensem swojej obecności na tej wyprawie.

Po upływie kilku dłuższych chwil krzyżowcy zdołali wreszcie przygotować się do walki. W tym czasie Francuzi pokonali już skarpę obramowującą wielką dolinę i parli w głąb, ale na obu ich flankach wylewały się z wolna zastępy przeciwników, grożąc okrążeniem. Sprawiano szyki do ataku wspierającego: węgierscy rycerze z królem Zygmuntem na czele utworzyli centrum sił sprzymierzonych. Chorwatów podzielono na dwie grupy: Stefan Lackfi dowodził prawym skrzydłem, Mikołaj Garaj otrzymał komendę nad odwodem. Lewe skrzydło, trudny teren wąwozów i urwisk, przypadło siłom mołdawskim i hospodarowi Mirczy. Krzyżowcom weneckim, genueńskim i maltańskim pozostawiono blokadę Nikopola z lądu i wody.

Dało się już dostrzec, że dufni w swą potęgę rycerze francuscy – ci sami, którzy twierdzili, że końcami kopii utrzymaliby spadające na ziemię niebo – w znacznej części potraciwszy konie, utknęli ostatecznie w gęstwie znakomicie wyszkolonych janczarów, wystawieni na szarże spahisów. Osłaniała ich jeszcze niebieskawa poświata inkwizytorskiej tarczy, ale coraz częściej przebijały się przez nią tajemnicze czarne błyskawice lecące od tureckiego obozu, topiąc zbroje i straszliwie raniąc walczących. Choć sojusznicy nie mogli tego widzieć z daleka, zginął tam wielki admirał de Vienne, który niósł sztandar Francji; zginął stary wojownik Jean de Carrouges, Odard de Chasseron, Philippe de Bar i niezliczeni inni. Kwiat rycerstwa wprawionego na polach wojny stuletniej wykrwawiał się na bułgarskiej równinie. Kiedy inni spahisi osaczyli ich z boków i złączyli gałęzie okrążenia u zwieńczenia skarpy, wszystko było gotowe i król Zygmunt mógł wreszcie dać sygnał do ataku.

Wyróżniony rycerz uniósł w górę ogromny sztandar i na królewski sygnał pochylił go w przód, wskazując kierunek ataku na wprost. Rozległy się trąbki sygnałowe, a zwarta masa koni nabierała prędkości. Lekkozbrojna kawaleria anatolijska zamykająca pierścień, choć liczebnością kilkukrotnie przekraczała tych parę chorągwi węgierskich idących na czele, nie miała żadnych szans wytrzymać impetu kopijników zakutych w zbroje płytowe. Dopiero gdy wytracili nieco rozpędu, rozdzierając szeregi osmańskie w szarży pod górę, możliwe stały się indywidualne pojedynki. W tłumie wyróżniał się barwą zbroi i powagą Isa zwany Białym, owiany złą sławą bejlerbej Anatolii, o którym powiadano, że chwyciwszy jeńca za uda, rozdziera na dwoje. Zebrawszy przygarść wiernych spahisów, ruszył on wprost na Zygmunta. Jadący po prawicy monarchy Ścibor dostrzegł go jednak zawczasu, a wychyliwszy się przeciw niemu skośnie z siodła, uderzył w piersi i przebił. Towarzysze bejlerbeja zakrzyknęli żałośnie i rozpierzchli się, a królewska eskorta jechała im na karkach, pracując mieczami i toporami. Pierścień okrążenia został rozerwany.

Dla Francuzów było już jednak bardzo późno. Zbyt wielu zginęło, nie trzymali już zwartej linii frontu, lecz przemieszali się z janczarami w jedną splątaną krętwę, a coraz więcej z nich odrzucało broń i padało na kolana, usiłując się poddać. Węgrzy wjechali w tę gęstwę i tratowali, chwilami tylko z trudem różnicując, kto swój, kto wróg. Potem spróbowali się rozdzielić i rozwidlić, aby nie razić sojuszników. Skoro pokonali skarpę, szersza perspektywa płaskowyżu pozwalała dopiero w pełni zorientować się w rozmiarze tureckich sił. Wnioski nie były budujące. Stąd padł pomysł, aby wyrównać linię boju, zabezpieczyć niedobitki Francuzów, poczekać na dołączenie spóźnionego w ataku skrzydła chorwackiego i potem dopiero rozważać dalszy atak w stronę obozu wroga w oparciu o taki przyczółek na szczycie skarpy.

Wtedy rycerze spod królewskiej chorągwi zorientowali się nagle, że przeciwnicy odsunęli się nieco, a grunt wydaje się niewytłumaczalnie grząski. Rumaki zapadały się po pęciny. Potem w fontannie błotnistej mazi wyłoniła się kreatura przypominająca parecznika karykaturalnych rozmiarów, może skolopendrę, i połknęła od razu dwóch rycerzy. Król Zygmunt zdarł konia z okrzykiem przerażenia:

– Co to jest?!

– Jak ja dorwę tych zaklinaczy przyrody… – zgrzytnął zębami Ścibor, przy czym poczuł, że jego własny karosz chwieje się na kopytach i przyklęka, gdyż został od spodu rozszarpany na oścież. Nie namyślając się dłużej, skoczył z siodła – nieco ociężale z powodu zbroi – wprost na segmentowany grzbiet stwora, ujął obustronnie ciężki kiścień, którego w ścisku chętnie używał zamiast miecza, i zacisnął mu łańcuch na gardle. Zwierzę okręciło się kilkakrotnie w konwulsjach, wlokąc go za sobą po błocie i wertepach, po czym znieruchomiało.

Wyplątując się spod cielska, rycerz zauważył, że znalazł się w nieco przemieszanych szeregach janczarów. Szybkim spojrzeniem zlokalizował sztandar królewski i przystąpił do przebijania się w jego stronę. Wtedy właśnie stracił rachubę własnoręcznie zabitych. Szable brzęczały, zwijając się na płask i krusząc na jego zbroi płytowej, janczarzy nie mogli go utrzymać siłą, nie mogli rozstąpić się w tłumie. Musieli ginąć. Tak Ścibor wrócił w szeregi węgierskie, już coraz bardziej ścieśnione i w znacznej większości również pozbawione koni. Cała ta masa przemieszczała się nierównomiernie w stronę urwisk i jarów lewego skrzydła, wciąż utrzymywanych przez mołdawskie i wołoskie siły Mirczy. Z perspektywy walczących w tym miejscu trudno byłoby zrozumieć przyczyny takiego ruchu, ale w istocie było to proste: sułtan Bajazyd Błyskawica uruchomił jedną ze swoich niezliczonych rezerw, a mianowicie zwasalizowanych Serbów, półtora tysiąca europejskiego rycerstwa. Siła ta, uderzając między centrum a prawe skrzydło sprzymierzonych, podczas gdy większość z nich walczyła już pieszo, wywarła przygnębiający skutek. Chorwaci zostali po części zatratowani, po części zepchnięci ze skarpy nazad ku Dunajowi, a środkowe zgrupowanie musiało przyjąć cały impet uderzenia z boku. Stąd właśnie dalsze przesunięcia.

W dolinie przytomnie zareagowali Mikołaj z Gary i mistrz de Naillac, którzy mieli lepszy ogląd całości pola bitwy, nawet jeżeli oznaczało to głównie obserwację tabunów koni: pozbawionych jeźdźców, spłoszonych i nieraz ciężko poranionych, pędzących we wszystkie strony. Królewski doradca sprawił więc szyk skośny, osłaniając ujścia wąwozów na lewym skrzydle i ich połączenie z rzeką, a także udzielając wsparcia panikującym już Wołochom. Zakonnik zajął się sposobieniem floty do ewentualnych pilnych działań.

Tymczasem chorągwie stłoczone wokół króla Zygmunta odczuwały coraz większą desperację, szczególnie że inkwizytorska osłona całkiem już utraciła moc, więc sułtańskie błyskawice i ogniste kule regularnie padały w środek grupy, zadając ciężkie straty. Janczarzy także naciskali ze wszystkich stron, a coraz to nowi spahisi kąsali atakami kawaleryjskimi, usiłując rozszarpać zwarty szyk. W tych trudnych warunkach Herman, hrabia Celje, odnalazł spłachetek wolnego terenu i zgromadził wokół siebie grupę rycerzy zachowujących wciąż konie. Poderwał ich do rozpaczliwej szarży, która otworzyła górny wylot jednego z większych wąwozów. Armia zaczęła wlewać się w tę lukę – choć siły hospodara Mirczy wycofywały się, nie było tam jeszcze zbyt wielu Turków i istniała szansa względnie łatwego powrotu nad Dunaj.

W miarę, jak poszczerbione szeregi osiągały gardziel wąwozu, napór przeciwników narastał. Król Zygmunt, już tylko z nieliczną świtą, wycofywał się pieszo jako jeden z ostatnich. Kiedy osiągnęli dolną część wąwozu, rozległy się naraz okrzyki i dźwięki kopyt świadczące o tym, że ostatnie linie straży tylnej zostały przełamane. Poniżej, w dolinie, rezerwy dowodzone przez Mikołaja Garaja przesuwały się w szyku w stronę rzeki, łącząc się ze strumieniem ludzi wypływającym z jaru. Zygmunt, biegnąc w dół, czuł wyraźnie, jak jego monarsza godność odczepia się i zostaje z tyłu.

– Nie zdążymy uciec – wysapał z jękiem.

Ścibor nie mógł się zmusić, aby żałować ludzi, którzy wyrżnęli bezbronnych jeńców lub do tego dopuścili, wliczając nawet i siebie samego. Ta wzgarda walczyła w nim o lepsze z wiernością przyjacielowi i władcy oraz dbałością o faworyzowaną pozycję swojego rodu. Po chwili zdecydował się:

– Biegnijcie do okrętów, ja ich zatrzymam.

– Co ty mówisz: to nie są cywilizowani, szlachetni ludzie. Nie będą z tobą staczać rycerskich pojedynków, tylko rozniosą cię na szablach.

– Moja sprawa. Biegnijcie do okrętów.

Jak należało się spodziewać, nie sprzeczali się dłużej, tylko odbiegli z widoczną ulgą na twarzach, zwłaszcza w przypadku króla, o ile było to widać spod hełmu. Ścibor upewnił się, że zniknęli za kolejnym załomem skalnym, po czym wziął głęboki oddech. Zwolnił zaczepy własnego pomysłu przy naramiennikach, tak że zbroja z niego spadła, i nie powstrzymywał już przyczajonej w swoim charakterze bestii. Pole widzenia mu zafalowało i wyostrzyło się; poczuł, że gwałtownie przybiera na masie i rozlewa się cielskiem po zboczach wąwozu. Kłapnął na próbę, upewniając się, że mógłby połknąć owcę w całości, po czym niedbale machnął łapą, przetwarzając pierwszy szereg szarżujących Turków do postaci marmolady w puszkach.

– Smok! Smok! – krzyczeli rozpaczliwie, gdy drugi szereg nie zdążył wstrzymać koni i zawrócić.

– Niech teraz wasi zmiennokształtni spróbują to wyrównać – warknął Ścibor bardzo niskim głosem, po czym znudził się pacaniem, szeroko rozwarł paszczę i zalał gardziel wąwozu pożogą. Dnem spływały resztki stopionych zbroi.

Kiedy dym rozwiał się, smok ujrzał, że szarżuje na niego spahis abstrakcyjnych rozmiarów na równie przerośniętym rumaku. Szybkie chuchnięcie na próbę – najwyraźniej w dodatku ognioodporny. Wewnątrz jaru i tak brakowało pola manewru, więc przygotował się na przyjęcie ataku, a w ostatniej chwili przypadł nisko do ziemi, wygiął się silnie w krzyżu i uderzył ogonem znad głowy na podobieństwo skorpiona. Na końcu ogona miał zaś potężny kolec, który rozdarł – jakże adekwatnie – zbroję kolczą, rozłamał żebra na strony, utkwił w komorze serca. Przeciwnik szarpnął się jeszcze raz i zwiotczał. Ścibor tymczasem przyszpilił ogromnego konia do ziemi i zagryzł na miejscu.

Kiedy jednak uniósł łeb, zauważył, że w górnej części wąwozu grupują się już następni przeciwnicy – czy to przywołane skądś stwory, czy też następni zmiennokształtni. Orzeł rozmiarów słonia, gigantyczna dżdżownica, a także parę kreatur, których nie potrafiłby nawet nazwać. W dodatku nad nim utworzyła się zupełnie prywatna chmura burzowa, z której walił gęsty grad i raz po raz trzaskały pioruny. Nie był pewien, na jak długo wystarczy mu oporności łusek. Niechętnie zrozumiał, że nawet on nie potrafi utrzymać wąwozu przeciw całej armii osmańskiej, więc uwolnił szarpnięciem zaklinowane brzuszysko, odbił się potężnym susem w stronę naddunajskiej polany i już w powietrzu zmienił z powrotem postać.

Rycerz przekoziołkował, zerwał się na nogi i biegł co sił, po trawie i rozwłóczonych szczątkach zabitych, w stronę wielkiej rzeki. Nikt mający taką moc nie używa jej chętnie – każdy powrót przychodzi z wielkim wysiłkiem, a odzyskanie normalnego ludzkiego sposobu myślenia może nieraz zająć tygodnie. Nie wspominając już o opinii Kościoła. Tymczasem jednak musiał się skupić na biegu. Wylewający się już na równinę Turcy próbowali go ścigać, ale genueńscy kusznicy z okrętów ostrzeliwali ich zaskakująco skutecznie. Łodzie pomocnicze do przewozu wycofujących się dawno odpłynęły, więc skoczył do wody i płynął skośnie do nurtu. Wśród patrzących rozległ się przytłumiony okrzyk. Pływanie było rzadką umiejętnością.

 

Król Zygmunt leżał zgnębiony koło rufy największego okrętu, półprzytomnie spoglądając w niebo, jakby mu ani przez mgnienie nie przyszło do głowy, że to nadziei – nie rozpaczy – statek. Ożywił się nieco dopiero wtedy, gdy Ścibor wgramolił się przez burtę i usiadł obok, ciężko oddychając. Dookoła także dało się słyszeć pełne podziwu szepty.

– Gratuluję, wspaniały wyczyn. Uratowałeś nam życie. Nie mam pojęcia, jak ci się udało tak długo bronić tego wąwozu.

– Trochę umiejętności, trochę szczęścia – odparł rycerz, opróżniając podsunięty przez kogoś bukłak – dokładnie jak wtedy w Novigradzie.

– I teraz już zupełnie nie wiem, jak cię nagrodzić.

– Wiesz, że niczego nie żądam.

– Przecież muszę ci pokazać, że bardziej się opłaca ratować władcę niż przypadkowe panienki. Może utworzymy na pamiątkę tego dnia i twoich starań zakon rycerski dla obrony słabszych oraz walk z niewiernymi. Nazwiemy go Zakonem… Zakon Statku? Już jest. Zakon Ducha Świętego? Chyba też. Zakon Cebuli?…

– Może Zakon Smoka? – zasugerował Ścibor, uśmiechając się delikatnie.

– Zakon Smoka, znakomicie! – przyklasnął król.

Jego przyjaciel rozglądał się już jednak, a jego bystry wzrok wyłowił coś, co wydało mu się istotne. Po chwili zrozumiał i zawołał:

– Panie Idzi… halo, panie Idzi!

– Mówi się do mnie: bracie Idzi – odparł z naciskiem inkwizytor, odwracając się na schodach wiodących pod pokład.

– Panie Idzi, gratulacje za przechowanie dziewczyny, ale tym razem to ja schodzę do ładowni. Zatroszczę się o nią, nie ma obaw. Bardzo dziękuję.

Koniec

Komentarze

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Dziękuję za wizytę i ładny obrazek!

Hej, hej

Ślimaku, Ślimaku! Nie bardzo wiem, co napisać. Zabiłeś mi ćwieka tym tekstem.

Z jednej strony widzę bardzo dobry styl, dużą wiedzę zarówno pod kątem pisania, jak i historyczną (sam nie wiem, która większa). Nazwy, tytuły, opisy – dla mnie wszystko ładne i plastyczne. Dosłownie książkowe…

Tylko że ta książka to raczej kronika. Wprowadzasz dużo informacji, ale cierpi na tym fabuła. Cierpią emocje. Najlepsza scena to ta z przyprowadzeniem półnagiej branki przed oblicza możnych. Tam są emocje, tam jest jakiś dylemat, niepewność, co się wydarzy – czy Ścibor rzuci się jej na pomoc? Dużą część zajmują jednak opisy i brakuje im emocji, ponieważ są bezosobowe. Szarże, walki – lubię, naprawdę lubię, ale gdzie czynnik ludzki? Gdzie panika wrogów, gdy widze pędzącą w ich stronę szarżę, gdzie strach przed bitwą i spocona dłoń na trzonku topora, gniew, kiedy błagający o litość wróg jest mordowany za zadane wcześniej krzywdy? Sporo tu dobrej jakoś “tell”, ale chyba za bardzo opuściłeś “show”.

Bohater dobry, choć mało o nim wiemy, przemiana w smoka wyszła nieco “z kapelusza”. Wcześniej dawałeś wskazówkę, poprzez opowieść o uratowaniu żony króla, ale była dość niejasna.

Klikam, bo mnie się tekst podoba. Lubię batalistyczne opowieści, ale wielu może zmęczyć taka konstrukcja. Myślę, że zabrakło Ci jeszcze jakieś 100k znaków limitu ;)

Pozdrawiam serdecznie

Był to mężczyzna dochodzący pięćdziesięciu wiosen, które pozbawiły go włosów prócz skromnego wąsa, ale nie odebrały stalowych mięśni. Jadał i pijał niewiele. W ruchach był oszczędny, w mowie nieprędki, oczy często mrużył, w uśmiechu nie ukazywał zębów. Przy dobrym humorze cokolwiek niepokojący, w chwilach gniewu wprost straszny. Wziął sobie tytuł „Pana całego Wagu i Tatr”, choć okryty niesławą po zdradzieckim Mateuszu III Czaku, i nosił go z dumą.

Spał źle, gdyż przedłużające się oblężenie Nikopola było mu nie w smak. Pomijając nawet rzucony z murów fragment skały, który przed kilku dniami ugodził go w hełm i sprawił mu tym pewną przykrość, nie był zwolennikiem ogólnej sytuacji strategicznej.

Trochę byłoza. Może dlatego, że to jeden duzy opis i wtedy bardziej wpada to w oko.

 

Hej, hej, Władco Ropuchów!

Zacząłeś od tego, że nie bardzo wiesz, co napisać, a potem napisałeś sporo celnych i ważnych uwag. Bardzo dziękuję za te starania. Nie wątpię, że mogę się od Ciebie wiele nauczyć, a to opowiadanie będzie kolejnym istotnym krokiem na mojej ślimaczej drodze samorozwoju literackiego.

Dużą część zajmują jednak opisy i brakuje im emocji, ponieważ są bezosobowe. Szarże, walki – lubię, naprawdę lubię, ale gdzie czynnik ludzki? Gdzie panika wrogów, gdy widzą pędzącą w ich stronę szarżę, gdzie strach przed bitwą i spocona dłoń na trzonku topora, gniew, kiedy błagający o litość wróg jest mordowany za zadane wcześniej krzywdy? Sporo tu dobrej jakoś “tell”, ale chyba za bardzo opuściłeś “show”.

Bardzo się cieszę, że przyszpiliłeś ten kłopot i tak zręcznie go ująłeś. Zdaję sobie przecież sprawę z tego, że miewam notoryczne trudności z show, not tell, a jednak i w tym opowiadaniu dałem się nabrać. Miałem tylko niejasne wrażenie, że coś może być nie w porządku, ale nie umiałem tego zidentyfikować. Chyba chodziło właśnie o to (choć warto byłoby jeszcze dowiedzieć się od kogoś wykwalifikowanego, czy wplecenie warstwy fantastycznej w realną historię jest tutaj poprawnie zrobione). Tak czy inaczej, zapamiętam sobie Twoje uwagi i na pewno przypilnuję, aby podjąć walkę z tą słabością w następnych tekstach. Możesz też mieć sporo racji, że

ta książka to raczej kronika. Wprowadzasz dużo informacji, ale cierpi na tym fabuła:

może naprawdę za bardzo się wczułem w klimat starych kronik.

Bohater dobry, choć mało o nim wiemy

Kto wie, a nuż zdarzy się okazja, aby dowiedzieć się więcej – to uniwersum ma jeszcze potencjał…

przemiana w smoka wyszła nieco “z kapelusza”. Wcześniej dawałeś wskazówkę, poprzez opowieść o uratowaniu żony króla, ale była dość niejasna.

Była jeszcze wskazówka ludzie zmieniający się w zwierzęta, a czasem w jakby przedpotopowe wynaturzenia zwierząt (prawie na samym początku), ale i tak się tego trochę obawiałem. Wiedziałem, że bardzo trudno będzie wypośrodkować dozowanie przypuszczeń – tak, aby z jednej strony zachować smoczą niespodziankę, kompletny szok, który stał się udziałem nieszczęsnych Turków, a z drugiej uniknąć niesmacznego wrażenia deus draco ex machina.

Myślę, że zabrakło Ci jeszcze jakieś 100k znaków limitu

Tylko jeżeli w pakiecie znalazłby się termin konkursowy do Wigilii i całe mnóstwo chęci pisania.

Najlepsza scena to ta z przyprowadzeniem półnagiej branki przed oblicza możnych. Tam są emocje, tam jest jakiś dylemat, niepewność, co się wydarzy – czy Ścibor rzuci się jej na pomoc?

A tutaj się cieszę, bo też miałem duże wątpliwości, czy udało mi się przekonująco napisać tę scenę.

Ponieważ “po opublikowaniu opowiadania można poprawiać jedynie błędy techniczne”, byłozy nijak nie zlikwiduję, nie wydaje mi się zresztą szczególnie rażąca akurat w tym miejscu, ale na przyszłość z pewnością zapamiętam, aby i na to zwracać baczną uwagę!

 

Ogółem – bardzo dziękuję nie tyle za kliknięcie, ile za mnogość bezcennych wskazówek, które może pozwolą mi zapewnić, aby następne kliknięcia były bardziej zasłużone. Przy sposobności pozwolę sobie pogratulować Ci obrośnięcia w drugie piórko, a także niewątpliwego trzeciego w drodze!

 

 

OGŁOSZENIE – WAŻNE!

Z przykrością uprzedzam, że w najbliższym czasie prawdopodobnie nie będę w stanie udzielać odpowiedzi na komentarze. Proszę nie zniechęcać się i pisać. Z chęcią nawiążę wszelkie dialogi, kiedy tylko będę mógł, zapewne w pierwszych dniach października.

Widać wiedzę historyczną. Masz ją albo wystarczająco dobrze udajesz, żeby mnie przekonać.

Czepy raczej subiektywne: nie przepadam za walkami i ich opisami, więc takiemu militarnemu tekstowi trudno zdobyć moje uznanie.

Ale doceniam, że ładnie napisany. Nie rzuciło na kolana, czyli, ale taka solidnie wykonana czwórka.

Zastanowiło mnie, że najpierw piszesz o zachodnich rycerzach, że nie nawykli do życia obozowego, a potem – że wytrenowani w wojnie stuletniej. To jak w końcu?

Babska logika rządzi!

Ślimaku, ciężko to napisane, za bardzo skupiłeś się na bitwie, na szczegółach, na wspominaniu trzecioplanowych postaci, a zabrakło mi tu konkretnej opowieści, jakiejś fabuły wykraczającej ponad kronikarskie zapiski z Bitwy pod Nikopolis.

Co więcej, fantastyka wydała mi się dodana tu na siłę, zbędna wręcz, niczym kwiat u kożucha. Podobnie jak wątek księżniczki. Niby masz tutaj dwa.

Pierwszy, gdy Ścibor ratuje Marię, lecz jest to właściwie tylko wtręt w opowiadaniu, który bardziej mu szkodzi niż pomaga, bo robisz ten wtręt w środku ważnej sceny.

Drugi wątek to turecka branka, i ten tu już bardziej pasuje, ale i tak traktujesz go po łebkach, bo opowiadanie bitwą stoi, a cała reszta to dodatki.

 

Odnośnie stylistyki i technikaliów. Formę próbowałeś dobrać do średniowiecznych realiów, i nie było źle, choć paradoksalnie zaszkodziło to opowieści. Dlaczego? Bo kronikarskie opisy, tego co się wydarzyło, i kiedy, i dlaczego, jako literatura współczesna są nudne.

Dużo lepiej by się czytało tę opowieść, gdybyś miał tu więcej żywych, dynamicznych scen niż opisów i sprawozdań. Spójrz choćby na początek. Masz tam całe bloki tekstu objaśniające kim był Ścibor, i jaka była jego z królem zażyłość, i jego rozmyślania. I męczysz tym czytelnika od początku.

Pokaż tego Ścibora w akcji, bądź jego oczami, niechaj przejdzie się po uliczkach Nikopola. Niech pogada z weneckimi marynarzami, niech zmusztruje swoje oddziały. Niechaj jego postać zaintryguje czytelnika, a dopiero wtedy, oszczędnie, po kawałku, odkrywaj jego tajemnice. Wtedy to będzie pełnokrwistym opowiadaniem, a nie raportem z bitwy.

 

Na koniec jeszcze jedna uwaga.

Stylizujesz wypowiedzi na nieco średniowieczne, i robisz to z umiarem, ale miejscami zdarza Ci się wpleść zupełnie współczesne słowa, które tam nie pasują.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Powiem tak – niby wszystko jest tak, że nie powinno mi się podobać. Opisujesz, zamiast pokazywać, punkt obserwacji często nie podąża za głównym bohaterem, księżniczka jest wciśnięta jakby na siłę – a mimo to, jednak lektura była przyjemna. Serio, jak dla mnie tekst trąci scenami batalistycznymi z Sienkiewicza, a dla mnie to akurat na plus, bo w sumie lubiłem go czytać. 

Ładnie tę bitwę pokazałeś, bardzo mocny punkt.

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Finklo, bardzo dziękuję za wizytę, miły komentarz i kliknięcie!

Widać wiedzę historyczną. Masz ją albo wystarczająco dobrze udajesz, żeby mnie przekonać.

Zupełnie z głowy tego nie pisałem – dobrze sobie wpierw odświeżyłem dokładny przebieg wyprawy zakończonej klęską pod Nikopolis.

Zastanowiło mnie, że najpierw piszesz o zachodnich rycerzach, że nie nawykli do życia obozowego, a potem – że wytrenowani w wojnie stuletniej. To jak w końcu?

To pierwsze miało być o przeciętnej sytuacji uczestników krucjaty, a to drugie – o samym creme de la creme, elicie francuskich dowódców i starszych rycerzy, w każdym razie nie o ludziach pokroju hrabiego d’Eu i jego totumfackich; przyznaję jednak, że nie przemyślałem tych sformułowań aż do głębi i mogło powstać wrażenie niespójności.

 

Chrościsko, ogromnie się cieszę z Twojej wizyty i szczegółowego komentarza. Czytając go, czuję wręcz, jak rozwijam się pisarsko i dodają mi się nowe zwoje ślimaczej spirali. Niezmiernie przydatne uwagi! W konkretach…

zabrakło mi tu konkretnej opowieści, jakiejś fabuły wykraczającej ponad kronikarskie zapiski z Bitwy pod Nikopolis.

Dokładnie tak – jak już przyznałem w odpowiedzi dla Zanaisa, za bardzo wpadłem w klimat kroniki. To wciąż jeszcze jest jakieś poczucie niezręczności z historią alternatywną: nigdy nie mogę wyczuć, na jakie odstępstwa od realnych dziejów powinienem sobie pozwolić. Z pewnością opowiadanie nie powinno stawać się tekstem popularnohistorycznym.

Co więcej, fantastyka wydała mi się dodana tu na siłę, zbędna wręcz, niczym kwiat u kożucha.

Miałem ideę opowieści o (zmiennokształtnym) smoku, który – zamiast być wrogiem typowego średniowiecznego królestwa – odgrywa w nim dużą rolę, przechyla szale bitew, bierze udział w intrygach. Mogła to być gra z odwiecznym zagadnieniem roli jednostki w procesach historycznych – taki smok może wiele zmienić, ale czy ukształtuje cały bieg dziejów według swoich wyobrażeń? I jaką cenę za to zapłaci, również w sensie własnego poczucia moralności? Rozumiem, że te zagadnienia są słabo zarysowane albo i niewidoczne, gdy wskutek braków warsztatowych z tekstu wyszła blada kronika bitwy.

Podobnie jak wątek księżniczki. Niby masz tutaj dwa. Pierwszy, gdy Ścibor ratuje Marię (…) Drugi wątek to turecka branka (…)

Mogło Ci umknąć (zaczynam się zastanawiać, czy umknie także jurorom), że właściwa “księżniczka” zgodna z wymogami konkursu to jednak król Zygmunt. Ścibor w zasadzie przez całe opowiadanie (a zwłaszcza na końcu) ratuje go z opresji i otrzymuje nagrodę. Obie księżniczki są tylko niewyraźnymi odbiciami czy zwielokrotnieniami tego głównego wątku.

Formę próbowałeś dobrać do średniowiecznych realiów, i nie było źle, choć paradoksalnie zaszkodziło to opowieści. Dlaczego? Bo kronikarskie opisy, tego co się wydarzyło, i kiedy, i dlaczego, jako literatura współczesna są nudne.

Muszę to sobie dobrze zapamiętać. I może czytać nieco więcej współczesnej literatury, aby mieć szansę wprawić się w nowoczesnych metodach narracyjnych. Wyraźnie powróciła tutaj bolączka statycznego wprowadzania postaci (nie mam pojęcia, czemu aż do publikacji opowiadania jestem zawsze przeświadczony, że to znakomity pomysł).

Pokaż tego Ścibora w akcji, bądź jego oczami, niechaj przejdzie się po uliczkach Nikopola. Niech pogada z weneckimi marynarzami, niech zmusztruje swoje oddziały. Niechaj jego postać zaintryguje czytelnika, a dopiero wtedy, oszczędnie, po kawałku, odkrywaj jego tajemnice. Wtedy to będzie pełnokrwistym opowiadaniem, a nie raportem z bitwy.

Mówiąc krótko: chłonąłem ten akapit z podziwem – właśnie to mi było potrzebne! Jestem pewien, że Twoje rady pomogą mi lepiej napisać następne opowiadanie. Przynajmniej trochę lepiej.

Stylizujesz wypowiedzi na nieco średniowieczne, i robisz to z umiarem, ale miejscami zdarza Ci się wpleść zupełnie współczesne słowa, które tam nie pasują.

W wypowiedziach – chyba nigdy (wytknij, jeżeli się mylę!). W narracji… skonfrontowany… parecznik… Czy to także uchybienie? A stylizować z umiarem, niestety, trzeba: tekstu uczciwie staropolskiego (polszczyzna sprzed XIX wieku) ani nie potrafiłbym napisać, ani – co gorsza – czytelnik nie potrafiłby go zrozumieć.

Podsumowując: jestem szczerze wdzięczny, że włożyłeś sporo wysiłku w szczegółowe skomentowanie tego opowiadania, choć najwyraźniej nie przypadło Ci do gustu. Odwzajemniasz się z nawiązką za tamte nieporadne próby zmaltretowania Twojej scenerii górskiej. Zapewniam, że nie pozwolę, aby Twoje cenne porady poszły na marne.

 

Silver Advencie, cieszę się, że miałeś przyjemność z lektury i Tobie dla odmiany podobała się bitwa. Rzeczywiście odświeżałem sobie ostatnio trochę Sienkiewicza, ale najwyraźniej wpłynął mi cokolwiek ujemnie na jakość narracji, więc następnym razem spróbuję się powstrzymać… Co do księżniczki, podobnie do przedmówcy mogłeś nie zauważyć, że księżniczka jest zmyłką, a prawdziwą “księżniczką” (zgodną z wymogami konkursu) jest król Zygmunt. Liczyłem na to, że jury konkursu doceni taką woltę, ale teraz coraz bardziej się zastanawiam, czy miało to jakiś sens.

 

Krokusie, dziękuję za wizytę i śliczny autoportret. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał Cię poszukiwać na Polanie Chochołowskiej w sezonie kwitnienia: rosyjska baśń o księżniczce zaklętej w co bądź i jedenastu identycznych cobądziach to przy tym błahostka.

W wypowiedziach – chyba nigdy (wytknij, jeżeli się mylę!).

Proszę bardzo:

 

– Obrona? Kto mówi o obronie? To kalkulacje tchórza! – jeden z mniej znacznych Francuzów dorzucił swoje trzy grosze.

– Pamiętacie panowie tych kilkoro Turków, których moi chłopcy zdybali onegdaj w zaroślach naprzeciw obozu?

– Znajomość wrażej kultury to podstawa – wzruszył lekko ramionami, wygłaszając banał.

– Zapytała raczej, czy naprawdę tak bardzo brakuje nam wykwalifikowanych poddanych, że musisz zastępować nawet mistrza małodobrego – rycerz mógł sobie pozwolić na większą bezpośredniość.

– Drogie dziecko, znam wasz język tylko trochę i potrzebuję wyraźnych zdań, w dialekcie chlip-tureckim wcale się nie porozumiem, więc nie ma rady, musisz się nieco uspokoić. Wskaż po prostu ujście tunelu i wszystko się znakomicie ułoży…

– Jeżeli chcecie, żeby wasi wojownicy coś skutecznie obserwowali po nocy, wydawajcie im zawsze podwójne porcje marchwi – zdołała, przez łzy, zaśmiać się ironicznie.

– My sami sobie tego nie wybaczymy, już mniejsza o celowość – skomentował pod nosem Ścibor i dwoma łykami wody popił gorzkie rozważania nad sensem swojej obecności na tej wyprawie.

– Jak ja dorwę tych zaklinaczy przyrody…

– Przecież muszę ci pokazać, że bardziej się opłaca ratować władcę niż przypadkowe panienki

 

Nie ma tu co prawda takich ewidentnych słów, które byłyby rażącym błędem, jednak słowa wytłuszczone, a czasem forma ich zastosowania, trochę brzmiały mi współczesnością.

I nawet jak takie “kalkulacje”, mimo że słowo pochodzi z łaciny i teoretycznie mogło w języku staropolskim zaistnieć, to jednak współczesny rejestr tego słowa odnosi się do angielskiego “kalkulatora”, zaś do średniowiecza bardziej pasuje “rachowanie”.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Rzeczywiście, w większości tych miejsc można by użyć starszych i bardziej adekwatnych form: rachuby tchórzabez znajomości ani ruszzręcznych rzemieślnikóww narzeczujak ja zdybięrozmaite białogłowy. Podczas pisania żadne z nich nie wydało mi się rażące stylistycznie, ale dobrze wiedzieć, że komu innemu może zgrzytnąć. Dziękuję!

Powiadacie, że działo się to w roku pańskim 1788

A wygląda bardziej na XIV wiek

 

Bardzo przypadło mi do gustu to nieco umagicznione przedstawienie realiów bitwy z muzułmanami, choć mnogość bohaterów nie ułatwiła odbioru. Musiałem robić przerwy i wracać, by poukładać sobie w głowie kto jest tu kim. Barwny, nieco mroczny świat pogranicza, na którym – jak się okazało – można jeszcze smoki spotkać, choć inkwizycja wyciąga już tam swoje łapska. Bardzo trafnie udało Ci się (imho) przedstawić niepewność i zmienność sytuacji pola bitwy z perspektywy uczestniczących w niej ludzi.

Sam smok wyskakuje nieco niespodziewanie, ale w sumie to przygotowujesz czytelnika na to, że Ścibor to nie zwykły śmiertelnik. Motyw z zakonem smoka bardzo przypadł mi do gustu, ale zastanawiam się też, o czym jest to opowiadanie, tak całościowo, bo odnoszę wrażenie, że jest to piękny fragment jakiejś większej całości. Przygotowałeś piękną scenerię z mnóstwem postaci – nawiązanie do historii, rozumiem – ale można było na tym nieco dalej zajechać, bo potencjał kryje się tu ogromny.

 

3P dla Ciebie: Pozdrawiam, Powodzenia w konkursie i Polecam do biblioteki!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Salve, Krarze!

Nawiązanie oczywiście wytropiłeś bezbłędnie. Zgadzam się, że epoka nie ta, ale jakoś mi pasowało do klimatu. Może to po prostu ponadczasowy utwór?

Bardzo przypadło mi do gustu to nieco umagicznione przedstawienie realiów bitwy z muzułmanami

Cieszę się, że przynajmniej części czytelników odpowiada tego rodzaju batalistyka – obawiałem się nieco, czy znajdą się tacy.

choć mnogość bohaterów nie ułatwiła odbioru. Musiałem robić przerwy i wracać, by poukładać sobie w głowie kto jest tu kim.

To muszę zapamiętać na przyszłość – może dałoby się opowiedzieć tę samą historię, rezygnując z połowy postaci. Pewnie byłoby przyjemniejsze w lekturze.

Bardzo trafnie udało Ci się (imho) przedstawić niepewność i zmienność sytuacji pola bitwy z perspektywy uczestniczących w niej ludzi.

Miło, że tak mówisz, ale – jak już ustaliłem z Zanaisem i Chrościskiem – następnym razem muszę właśnie bardziej skupić się na tej indywidualnej perspektywie, odczuwanych emocjach, a nie tylko ogólnym obrazie strategicznym.

Sam smok wyskakuje nieco niespodziewanie, ale w sumie to przygotowujesz czytelnika na to, że Ścibor to nie zwykły śmiertelnik.

Już wspominałem, że miałem tutaj trudność, aby odpowiednio wypośrodkować element zaskoczenia i logikę rozwoju zdarzeń.

zastanawiam się też, o czym jest to opowiadanie, tak całościowo, bo odnoszę wrażenie, że jest to piękny fragment jakiejś większej całości. Przygotowałeś piękną scenerię z mnóstwem postaci – nawiązanie do historii, rozumiem – ale można było na tym nieco dalej zajechać, bo potencjał kryje się tu ogromny.

Dobre i to, że piękny. Rzeczywiście chodziły mi po głowie różne możliwości rozwinięcia tej opowieści (jak na to wskazuje chociażby fragment On jednak uciekł myślą gdzie indziej, do innej sytuacji i swojego prywatnego lochu pod Wieżą Mateusza w Trenczynie. To już jednak całkiem odrębna historia…), zbudowania serii migawek ukazujących przychylnego smoka i jego wpływ na rozwój królestwa. Biorąc pod uwagę mieszany odbiór części pierwszej, nie jestem pewien, czy warto się w to dalej zagłębiać, ale może kiedyś?

3P dla Ciebie: Pozdrawiam, Powodzenia w konkursie i Polecam do biblioteki!

Odpowiadam ślimaczym 3Ś: Ściskam od Ciebie Ścibora i Ślicznie pozdrawiam!

Jest mocne. Aż pohukuje wiedzą, stąd duża wiarygodność, ale brakuje Twojej lekkości pióra, o której przekonałam się, czytając wcześniejsze teksty. Przestraszyłam się, że opracowujesz teksty według jakiejś mody forumowej: te wszystkie dopełnienia, zamienniki. Strasznie ciężko czyta mi się takie teksty. 

Nie wiadomo, o co chodzi, jeśli wątek jest istotny, ważne są relacje, rozgrywka. U Ciebie mamy historię i grę wpływów. Jest interesująco, lecz wpadamy w gąszcz nazwisk, ich zamienników, przypuszczeń, przeceniasz czytelników. Ty wiesz, co Ścibor myślał, ja nie.

 

Bitwa – fajna, lubię bitwy! A Zakon Smoka – super fajny, co zrozumiałe. :-) 

Opowieść ma dobre momenty, moim zdaniem nie wykorzystane:

* przysługa dla króla Zygmunta. Nie zrozumiałam, dlaczego król uważał poniewczasie, że nie powinien rozkazywać swojemu podwładnemu? Trudność zdania nie została dla mnie wyeksponowana.

*Zabawne fragmenty – pogłoski o jednorożcach, które nie spełniały swojej roli; z marchwią i inne na granicy uśmiechu, wiążące się z reakcjami głównego bohatera. :-)

 

Wyimki z zatrzymań w trakcie czytania :

wziął uprzednio na siebie niewdzięczne zadanie prowadzenia zwiadów w górach Bałkanu na południu. Teraz więc przypadło mu jeszcze mniej wdzięczne zadanie powiadomienia ogółu, że jego harcownicy natknęli się na główne siły osmańskie i wkrótce będą mogli dokładnie ocenić ich rozmiar, ale już wiedzą, iż jest przemożny. Słowa te wywarły przykre wrażenie.

Cały fragment jest bardzo zawikłany, głównie przez tę "niewdzięczność i mniej wdzięczność". Dwa razy czytałam próbując zrozumieć, czy ów najbardziej ceniony doradca i zwiadowca otrzymał nowe zdanie, bo poprzednie wykonał, czy zdaje relację ze swojego rekonesansu, bo zastanowiło mnie zdanie o przykrym wrażeniu, skąd się wzięło u obecnych – musiałam powrócić, aby to zrozumieć. Nie wikłaj, historia, którą opowiadasz, nazwiska postaci, czasy, ustawienie są wystarczająco złożone.

Konetabla aż zatchnęło z oburzenia, bo mu się wydało, że to do niego ten rozkaz. Rycerz Jean de Carrouges, ten sam, który o cześć swojej żony stoczył ostatni pojedynek sądowy we Francji, plunął na ziemię, pomstując na ogólny zanik obyczajów. De Coucy poparł go bez przekonania, a Mircza Stary roześmiał się sucho. Tymczasem Ścibor ze Ściborzyc podszedł do dziewczyny i położył dłoń na jej łańcuchach, nie okazując widocznych oznak bólu, lecz raczej zamyślenie.

Tu, zrobiłeś przeskok. Rozprawiali o dziewczynie i ona nagle się pojawiła – niezawezwana? Wprowadzasz wiele postaci, na której mam się skupić jako czytelnik, której losy śledzić: który z rycerzy był konetablem? Wróciłam, przeskanowałam i doszłam do tego – to ten zapalczywy Francuz Filip d'Eu. Stosujesz zamienniki przy postaciach, nie lubię tego, bo to wybieg pozorujący i mylący. 

Było to tak: gdy bardzo jeszcze młody Zygmunt poślubił Marię, córkę zmarłego króla Ludwika i siostrę Jadwigi, nie wszyscy węgierscy panowie poparli jego roszczenia do tronu. Niektórzy nie zachowali nawet życzliwej obojętności, lecz na przykład zamordowali jego teściową, a samą Marię uwięzili w Novigradzie, gdzie także należało obawiać się o jej życie. Przy przyszłym monarsze zostało niewielu ludzi godnych względnego zaufania, a jednym z nich był właśnie Ścibor, cieszący się już wówczas sławą sprawnego rycerza, dowódcy i administratora dóbr.

– Czego sobie życzysz, panie? – spytał go pewnego razu, zastawszy go strapionego w komnacie.

– Życzyłbym sobie znów zobaczyć żonę.

Hmm, tu słabo, bo we wcześniejszym zdaniu również mamy zaprzeczenie, zaprzeczenia wielokrotne są niestrawne. Wszystkie "nie" – podkreślone, czemu tak motasz? Wybaczyłabym, ale stanęłam "na przykład" jako przykład braku życzliwej obojętności? No weź. :p

Jedno "go" do usunięcia, lepsze wydaje się pierwsze? Niektóre słówka wykreśliłabym jako zbędne, moim zdaniem nic nie wnoszą do narracji i opowieści.

Zygmunt Luksemburczyk, choć zdziwiony tym pytaniem, odparł mimowolnie

Kurcze, albo rybki, albo akwarium, dużo uszek w tym barszczu, a jeszcze czekamy na danie główne, czyli albo bez "choć", albo "mimowolnie", co do "tym" – zależy jak sformułujesz.

Do jego pleców przylgnęła królowa Maria, szesnastolatka z rozburzonymi włosami, blada i wstrząśnięta.

Hmm, może wzburzonymi?

Ani Ścibor, ani królowa nie byli jednak chętni do opowiadania o szczegółach akcji ratunkowej, nikt zresztą nie śmiał pytać.

Masz w tym tekście pewien zwyczaj dwukrotnego podbijania treści; w tym zdaniu "jednak i zresztą".  Tutaj skasowałabym "jednak"?

Przypuszczano więc, że Ścibor ze Ściborzyc przypomina sobie te właśnie zdarzenia, a nawet obawiano się nieco jego tendencji do ocalania uciśnionych niewiast.

Tu, jw. plus z lekka osłabianie. Osłabianie – rozumiem, ale w tekście literackim chyba nie musisz dawać zastrzeżeń, lecz wręcz przeciwnie, bo nie są uprawianiem nauki. Ty dajesz wykładnię. ;-)

– Znajomość wrażej kultury to podstawa(+.) – wzruszył lekko ramionami, wygłaszając banał.

Chyba dużą literą i przedtem kropka?

Zebrani panowie pokiwali głowami, po czym któryś z Francuzów zasugerował, aby wreszcie zapytać o położenie ujścia tunelu.

Dlaczego "wreszcie"? Rozumiem, że ją wprowadzili, Ścibor dotknął kajdanów, ona się odezwała. Chyba rekomendowałabym odchwaszczenie z takich słów.

– Można powiedzieć, że to była sugestia, aby Wasza Wysokość zechciał nie trudzić swej szlachetnej osoby tak błahymi sprawami i udać się na spoczynek(+.) – drogman miał niewdzięczne zadanie.

– Zapytała raczej, czy naprawdę tak bardzo brakuje nam wykwalifikowanych poddanych, że musisz zastępować nawet mistrza małodobrego(+.) – rycerz mógł sobie pozwolić na większą bezpośredniość.

Tu, dialogowo, chyba trzeba byłoby zmienić? Kropka i rozpoczęcie dużą literą?

Ściborze, przetłumacz jej może, że jeżeli przyjdzie nam wydać walną bitwę z niebezpiecznym zamkiem za plecami, to już na pewno zabraknie ludzi do pilnowania dotychczasowych jeńców i będziemy zmuszeni pozbawić ich życia.

Tu, drobiazg, lecz zerknij na podkreślenia – osłabianie, bo to drugi element, który moim zdaniem sprawia kłopot w silniejszym odbiorze opowieści.

Skrzywił się, ale rzeczywiście już na poprzedniej radzie zapadły decyzje uwzględniające taką możliwość, więc przetłumaczył bez dalszej zwłoki.

– Czy to jeńcy z Orjachowa mi kuzyni, czy bracia? A i ja sama mało dbam o życie, spędziłam z tym waszym spaczonym mnichem dwa dni i – noce… – i wreszcie się rozpłakała.

Rycerz polskiego pochodzenia poczuł wzbierającą w nim odrazę, ale postanowił zatrzymać ją w sobie do czasu bitwy, a na razie odpowiedział:

Podkreślenia, bardzo oszczędnie wskazuję możliwe do usunięcia, albo wzięcia pod rozwagę. Wyboldowane – nie wiem jak to zapisać, właściwie chyba dużą literą, ale nie jestem pewna?

Nazajutrz plan bitwy oczywiście okazał się bezużyteczny.

Dlaczego "oczywiście"? Chyba z "nazajutrz" też bym zrezygnowała, przecież to pierwsze zdanie rozpoczynające scenę?

Co więcej, przebili się przez pierwsze szeregi osmańskie z zastanawiającą łatwością.

Ta łatwość kontrastuje z wcześniejszą bezużytecznością, ale chyba złą robotę robi tutaj "co więcej".

 

Skarżypytuje za wiedzę, dla mnie niedostępną, bo po troszku sprawdzałam, jest altowa ale możliwa; świetny, przyciągający tytuł; meandry układania zdań. :-)

 

pzd srd :-)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Miło Cię widzieć, Asylum! Twoje komentarze zawsze wydają mi się cenne, postrzegasz opowiadania z ciekawej perspektywy, niejako dając autorowi szansę wglądu w podświadome procesy, których nie zarejestrował przy pisaniu. Przechodząc do konkretów…

brakuje Twojej lekkości pióra, o której przekonałam się, czytając wcześniejsze teksty. Przestraszyłam się, że opracowujesz teksty według jakiejś mody forumowej: te wszystkie dopełnienia, zamienniki. Strasznie ciężko czyta mi się takie teksty.

To poważna sprawa i muszę uważać, aby tej lekkości pióra – nawet jeżeli nie umiem jej całkiem odczuć i zdefiniować – nie zatracić, bo niewątpliwie stanowi wartość. Stanowczo zaprzeczam, abym ulegał jakimś modom forumowym; zaszkodziło mi raczej popadnięcie w ogólny klimat kroniki, a może także odświeżanie sobie Sienkiewicza.

Jest interesująco, lecz wpadamy w gąszcz nazwisk, ich zamienników, przypuszczeń, przeceniasz czytelników.

Kolejna istotna uwaga do odnotowania – nauczyć się strzyc teksty ze zbędnych postaci. Zbyt często powtarzam ten błąd.

Bitwa – fajna, lubię bitwy! A Zakon Smoka – super fajny, co zrozumiałe.

Cieszę się, że przypadło do gustu!

Nie zrozumiałam, dlaczego król uważał poniewczasie, że nie powinien rozkazywać swojemu podwładnemu? Trudność zdania nie została dla mnie wyeksponowana.

Wspomniał mimochodem, że chciałby zobaczyć żonę, pytany o charakter rozkazu odruchowo przytaknął. Raczej nie oczekiwał od jednego ze swoich najważniejszych popleczników, aby ten podjął misję w zasadzie samobójczą (o jego szczególnych zdolnościach nie wiedział).

Zabawne fragmenty – pogłoski o jednorożcach, które nie spełniały swojej roli; z marchwią i inne na granicy uśmiechu, wiążące się z reakcjami głównego bohatera.

Nie lubię cenzurować na siłę przebłysków humoru, które pojawiają się naturalnie w opowiadanej historii, ale też nie widziałem tutaj potrzeby rozbudowy warstwy humorystycznej.

Cały fragment jest bardzo zawikłany, głównie przez tę "niewdzięczność i mniej wdzięczność".

Istotnie widzę teraz, że wyszło mi mniej zręcznie, niż myślałem.

Tu, zrobiłeś przeskok. Rozprawiali o dziewczynie i ona nagle się pojawiła – niezawezwana?

Jakże to: niezawezwana? … de Naillaca, wielkiego mistrza joannitów, który odpowiedział mu ciepłym uśmiechem, zanim odrzekł: – Niepodobna oczekiwać od moich baranków, aby były świadome spraw świata. Oczywiście nie przeciwię się przyprowadzeniu branki… Została przyprowadzona, czy raczej przywieziona łodzią wiosłową z podpokładu cumującego na Dunaju okrętu.

Stosujesz zamienniki przy postaciach, nie lubię tego, bo to wybieg pozorujący i mylący.

Ciekawe: zdawało mi się raczej, że to zabieg korzystny dla uniknięcia szkodliwych stylistycznie powtórzeń.

Wybaczyłabym, ale stanęłam "na przykład" jako przykład braku życzliwej obojętności? No weź.

Dosyć ekstremalny przykład…

Niektóre słówka wykreśliłabym jako zbędne, moim zdaniem nic nie wnoszą do narracji i opowieści.

Kiedy tak pokazujesz, nawet bym to chętnie zrobił, niestety regulamin konkursu powiada wyraźnie: tylko poprawki techniczne. To samo z większością skróceń, które proponujesz w dalszej łapance (niekoniecznie będę się wciąż odnosił pojedynczo, ogólnie się z nimi zgadzam).

Hmm, może wzburzonymi?

Forma “rozburzonymi” wydała mi się stylistycznie bliższa epoce. Trudno powiedzieć.

Chyba dużą literą i przedtem kropka?

Sam nie wiem, kiedy czynność gębową przeniosłem do imiesłowowego równoważnika zdania podrzędnego, ale bądź co bądź wciąż tam jest – bardzo śliski przypadek, nie znam wykładni.

Tu, dialogowo, chyba trzeba byłoby zmienić? Kropka i rozpoczęcie dużą literą?

A tu raczej na pewno, przy następnym opowiadaniu zwrócę dużo więcej uwagi na ten aspekt zapisu dialogów, bo wręcz nie wypada…

Wyboldowane – nie wiem jak to zapisać, właściwie chyba dużą literą, ale nie jestem pewna?

Chyba tak; gdyby chociaż było “rozszlochała”, wskazywałoby to na jakieś odgłosy produkowane aparatem mowy, ale w tym przypadku nie widać usprawiedliwienia.

Chyba z "nazajutrz" też bym zrezygnowała, przecież to pierwsze zdanie rozpoczynające scenę?

Wydawało mi się, że tym bardziej potrzeba osadzić ją w czasie względem sceny poprzedniej.

Skarżypytuje za wiedzę, dla mnie niedostępną, bo po troszku sprawdzałam, jest altowa ale możliwa; świetny, przyciągający tytuł; meandry układania zdań.

Pięknie dziękuję za skarżypytnięcie! Co do wiedzy, oczywiście też “po troszku sprawdzałem”, nie odważyłbym się pisać tego wszystkiego całkiem z głowy. Co do tytułu, muszę wyznać, że wszedł rzutem na taśmę, jeszcze kwadrans przed publikacją brzmiał “Krzyżowiec bez złudzeń”. Chyba wyszło na dobre.

Serdecznie pozdrawiam,

Ślimak

Choć czytałam bez szczególnego entuzjazmu, albowiem bitwy, potyczki i ogólnie sceny batalistyczne nie są w stanie szczególnie mnie zająć, to muszę też wyznać, że nie była to wcale przykra lektura.

Zauważyłam, Ślimaku, że płynąc statkiem po Dunaju, Twoi bohaterowie korzystali z doświadczeń tych, którzy podróżowali do Australii. ;)

 

ugo­dził go w hełm i spra­wił mu tym pewną przy­krość… → Czy oba zaimki są konieczne?

 

Hra­bia d’Eu gwizd­nął i wy­ra­ził się w kie­run­ku wiel­kie­go mi­strza: → Co to znaczy wyrazić się w czyimś kierunku?

 

– A kro­ni­ka­rze nie wy­ba­czy­li­by nam bez­ce­lo­we­go wy­mor­do­wa­nia jeń­ców! → Czy to znaczy, że jeńcy bywali też mordowani celowo i to było wybaczane?

 

Wy­róż­nio­ny ry­cerz uniósł w górę ogrom­ny sztan­dar… → Masło maślane – czy mógł unieść sztandar w dół.

 

wy­chy­liw­szy się prze­ciw niemu sko­śnie z sio­dła, ude­rzył w pier­si i prze­bił. → …ude­rzył w pierś i prze­bił.

 

prze­twa­rza­jąc pierw­szy sze­reg szar­żu­ją­cych Tur­ków do po­sta­ci mar­mo­la­dy w pusz­kach… → Skąd w czasach tego opowiadania znano pojęcie marmolady w puszkach?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Miło mi, że lektura nie sprawiła Ci przykrości, choć tematyka opowiadania nie mieści się we właściwym zakresie Twoich zainteresowań. Tym bardziej ujęło mnie, że mimo umiarkowanego entuzjazmu zdecydowałaś się dać Krzyżowcowi szansę i wytropić kilka błędów.

Twoi bohaterowie korzystali z doświadczeń tych, którzy podróżowali do Australii.

Zupełnie słusznie spostrzegłaś dwukrotne nawiązanie do tej pierwszej morskiej podróży do Australii; podobne mrugnięcia okiem w stronę zorientowanego czytelnika wydają mi się czasem interesujące.

Czy oba zaimki są konieczne?

Drugi zapewne dałoby się pominąć bez utraty sensu.

Co to znaczy wyrazić się w czyimś kierunku?

Możliwe, że mimowolnie uczyniłem tutaj kalkę z angielskiego to shout in one’s general direction, ale też nie rzuca mi się w oczy żadna utarta fraza o analogicznym znaczeniu.

Czy to znaczy, że jeńcy bywali też mordowani celowo i to było wybaczane?

Wątek wymordowanych jeńców z Orjachowa jest tutaj historyczny – niektórzy zachodni kronikarze skrytykowali za to krzyżowców, ale większość starała się tę kwestię zręcznie zatuszować lub ominąć. Gdyby po masakrze wycofali się zamiast przyjąć bitwę, z pewnością zostałoby to odebrane dużo gorzej.

Masło maślane – czy mógł unieść sztandar w dół.

Nie mógł, dziękuję za wytknięcie!

uderzył w pierś i przebił.

Tutaj stylizacja historycznojęzykowa, zresztą także mrugnięcie drobnym cytatem (Sowiński w okopach Woli).

Skąd w czasach tego opowiadania znano pojęcie marmolady w puszkach?

Sprawdziłem przy pisaniu, że jakaś forma marmolady już wówczas istniała, metalowe pojemniki na żywność zapewne też. Samo określenie puszka anachroniczne, ale najlepiej oddaje sens współczesnemu czytelnikowi.

 

Podsumowując – z poprawek tutaj będą nici z uwagi na regulamin konkursu, ale z pewnością dobrze zapamiętam Twoje uwagi i przydadzą mi się na przyszłość.

Dziękuję i pozdrawiam!

Bardzo proszę, Ślimaku, i dziękuję za wyjaśnienia. Miło mi, że mogłam się przydać. ;)

Dodam jeszcze, że kiedy czytałam o marmoladzie w puszce, wyobraziłam sobie marmoladę w armacie. ;)

 

edycja

Hra­bia d’Eu gwizd­nął i wy­ra­ził się w kie­run­ku wiel­kie­go mi­strza: → A może: …Hra­bia d’Eu gwizd­nął i powiedział do wiel­kie­go mi­strza: Lub: …Hra­bia d’Eu gwizd­nął i zwrócił się do wiel­kie­go mi­strza:

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Z tą puszką oczywiście masz rację. Jakoś nie uderzyło mnie to skojarzenie podczas pisania, ale teraz dostrzegam, że przynajmniej dla niektórych odbiorców może być rażące i wypadałoby to w miarę możliwości jakoś przeformułować.

Co do hrabiego d’Eu, teraz myślę, że byłbym zupełnie zadowolony z frazy “zwrócił się w stronę wielkiego mistrza” i na pewno bym zmienił, gdyby nie (wspomniany już) regulamin konkursu.

Raz jeszcze dziękuję!

Raz jeszcze bardzo proszę. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Na plus mocne osadzenie w realiach historycznych. Sposób, w jaki opowiadasz tę historię też mi się podoba. Rzecz w tym, że przy opisach bitew zwyczajnie się gubię. Potrzebuję mapki z oznaczeniem, gdzie kto stoi i ze strzałeczkami wskazującymi, gdzie kto rusza, a i tak rzadko mam cierpliwość, by z niej korzystać. W efekcie najczęściej partie batalistyczne zwyczajnie omijam. A u Ciebie tego dużo i opko tak skonstruowane, że ominąć, bez szkody dla zrozumienia tekstu, się nie da, więc trochę się męczyłam.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Starałem się napisać to tak, aby odbiór tekstu mógł być przyjemny także bez próby uwidocznienia sobie całościowego obrazu bitwy, ale nie jestem pewien, czy to się do końca udało. Tak czy inaczej, zdawałem sobie od początku sprawę z tego, że tematyka batalistyczna nie każdemu czytelnikowi musi odpowiadać. Miło mi, że mimo to zajrzałaś i postanowiłaś podzielić się swoimi odczuciami.

Pozdrawiam serdecznie!

Ale twist na koniec fajny :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Wspaniale, że przypadł do gustu; jak już wspominałem, miałem trochę kłopotu z dawkowaniem informacji tak, aby był zaskakujący, ale nie wydał się fuszerką, wymyślonym naprędce rozwiązaniem fabularnym.

Prześlicznie dziękuję, Ślimaku, za obszerną odpowiedź. :-)

 

Stanowczo zaprzeczam, abym ulegał jakimś modom forumowym; zaszkodziło mi raczej popadnięcie w ogólny klimat kroniki, a może także odświeżanie sobie Sienkiewicza.

Cieszę się ogromnie, a odnośnie szkód przez Sinkiewicza wyrządzonych nie bojam się ich, pisał tak, soczyście, lekką dłonią, że pod niezliczone strzechy zawędrował, wielu do wzruszenia i uśmiechu skłaniając. :-) 

strzyc teksty ze zbędnych postaci.

Może aż tak mocno nie strzyż, przynajmniej nie do gołej skóry, bo ich liczba miała w tym przypadku poważne uzasadnienie: narada, bitwa, wielu obecnych. Fajne były pokazywane przez Ciebie zachowania i wypowiedzi obecnych, gdyż budowały ciąg zdarzeń, przybliżały do nich, dając perspektywę przeszłości i nadchodzących zdarzeń. Mój czytelniczy dyskomfort wywoływała raczej niemożność zidentyfikowania postaci – kto zacz, czy już o nim była mowa, czy pierwszy raz wspomniany i potraktować go jako członka zbiorowości, wtapiając w tło. Odpowiedzialnością za wspomniany dyskomfort obarczam zamienniki. I tu należy się obszerniejsze wyjaśnienie.

Jestem zdecydowaną przeciwniczką zamienników jako celowego zabiegu różnicowania języka w tekście. Na forum chyba większość uznaje go za zabieg korzystny, choć nie mam pewności, co różni użyszkodnicy sądzą na ten temat. Natomiast w dobrych utworach ze świecą byś szukał takowych i nie znajdziesz, a jeśli gdzieś jakiś się trafi, będzie uzasadniony, nie pełniący funkcji zamiennika. Zapytasz, dlaczego?

Kiedyś przy jakiejś okazji już wyjaśniałam, ale w przepastnych kopalniach netu korytarze się zapadają i gmatwają, drogowskazów brak (ach te koszty) i praktycznie niektóre rzeczy są nie do odszukania. Dla czytelnika postaci z opowieści stają się znajomymi, a bohaterzy przyjaciółmi, w każdym razie osobami bliskimi i rozpoznawalnymi. Załóżmy, że mamy grono trzech znajomych  (Ludkę, Mikołaja i Zenka) i opowiadamy o ich przygodzie, używając oprócz imion następujących zamienników: księgowa, pani Friksińska, postawna blondyna (Ludka); admirał, markiz de Traversay, rumiany młodzieniec (Mikołaj); nauczyciel geografii, Kotula, homoseksualista (Zenek).

Czy ktokolwiek mógłby się w tym połapać zanim by rozwiązał popularną zagadkę: kto jest kim z przyległościami? Czy o osobach, które znamy: mówimy Ludka, czy postawna blondyna; czy znając admirała mówimy o nim Mikołaj, czy żonglujemy; czy Zenek, czy homoseksualista. Czy o swoim dziecku myślimy – wesoły brzdąc, o żonie – Kama, czy kobieta w kapeluszu?

Natomiast masz rację, że bardzo wiele książek jest w ten sposób (na)pisanych, też się z tym spotkałam. Dla mnie oznacza jedno – porażkę Autora oraz niedostatek warsztatu.

Wspomniał mimochodem, że chciałby zobaczyć żonę, pytany o charakter rozkazu odruchowo przytaknął. Raczej nie oczekiwał od jednego ze swoich najważniejszych popleczników, aby ten podjął misję w zasadzie samobójczą

Że "mimochodem" się domyśliłam, lecz nie zarejestrowałam, że on był młodym królem, a i rycerz na początku kariery, popędliwy i dumny. Kiedy – teraz – drugi raz przeczytałam, masz rację.  Jest ok, nic nie uwiera. :-)

Nie lubię cenzurować na siłę przebłysków humoru, które pojawiają się naturalnie w opowiadanej historii

Całe szczęście. Brak cenzury popieram. :-D

Jakże to: niezawezwana?

No właśnie, przedstawię Ci swój tok rozumienia, lecz najpierw dam cytat, aby łatwiej się odnosić:

"– Niepodobna oczekiwać od moich baranków, aby były świadome spraw świata. Oczywiście nie przeciwię się przyprowadzeniu branki…

Została przyprowadzona, czy raczej przywieziona łodzią wiosłową z podpokładu cumującego na Dunaju okrętu"

Widziałam tak: siedzą i obradują, pojawia się propozycja sprowadzenia branki i… co się dzieje, siedzą i czekają? Ile czasu zajmie wysłanie posłańca i jego powrót na salę obrad wraz z branką? Tymczasem nawet bez akapitu, ani odstępu mamy ciąg dalszy już z branką w roli głównej. To mnie zastanowiło.

Forma “rozburzonymi” wydała mi się stylistycznie bliższa epoce. Trudno powiedzieć.

Troszkę głębiej sprawdziłam i masz całkowitą rację! W dodatku są przykłady w korpusie odnośnie rozburzonych włosów! :-) Wielce zamieszałam, przepraszam.

Sam nie wiem, kiedy czynność gębową przeniosłem do imiesłowowego równoważnika zdania podrzędnego, ale bądź co bądź wciąż tam jest – bardzo śliski przypadek, nie znam wykładni.

Jest śliski, też nie wiem, bo gdyby zmienić kolejność, zaczynałoby się małą literą. Wiele jest rzeczy w szarej strefie.

Wydawało mi się, że tym bardziej potrzeba osadzić ją w czasie względem sceny poprzedniej.

To prawda, trzeba ją osadzić, lecz w tym przypadku wyrażenie "plan bezużyteczny" jest dla mnie tak mocne, że niejako odwraca uwagę od tego nazajutrz. To bardzo subiektywne odczucie czytelnicze, pewnie dla mnie jaśniejsza byłaby pusta linijka i gołe stwierdzenie. Nie wiem, chyba bym coś pokombinowała. Może  dać "nazajutrz" w kolejnym zdaniu. Nie wiem.

Chyba wyszło na dobre.

Na bardzo dobre i pasuje do rycerza jak ulał! :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, piękny wywód o zamiennikach. Rzeczywiście, gdy sobie teraz przypominam na przykład Lalkę, Prus bezustannie nazywał Wokulskiego Wokulskim (tak bardzo, że wszelkie sztuczne inteligencje uczące się języka polskiego na korpusach literatury pięknej są troszkę zwokulszczone), nie silił się na odmienianie go przez rozmaite “kupiec”, “mężczyzna w średnim wieku”, “czerwonoręki”… może starczy. Problem pojawia się ewentualnie w dłuższych dialogach, gdzie ciągle chcemy opisywać gesty i zachowania różnych postaci, przez co taki Zenek czy markiz de Traversay powraca co trzy linijki i czyni fatalne wrażenie. Może część sztuki polega na tym, aby w miarę możliwości unikać tego rodzaju dialogów. Reasumując, na pewno dobrze sobie zapamiętam tę rozmowę i wyciągnę wnioski.

Ile czasu zajmie wysłanie posłańca i jego powrót na salę obrad wraz z branką? Tymczasem nawet bez akapitu, ani odstępu mamy ciąg dalszy już z branką w roli głównej. To mnie zastanowiło.

Rzeczywiście mogło wyjść niezręcznie. Ma się rozumieć, że między tymi dwoma zdaniami jakiś kwadrans musiał upłynąć. Skoro już uzgodnili, że dalsze decyzje zależą od wyniku przesłuchania, oczywiście poczekali, co najwyżej trawiąc ten czas na “interesujące” rozmowy o interpretacji wymogów honoru rycerskiego, ale może należało to jakoś zasygnalizować w treści.

To bardzo subiektywne odczucie czytelnicze, pewnie dla mnie jaśniejsza byłaby pusta linijka i gołe stwierdzenie. Nie wiem, chyba bym coś pokombinowała. Może dać "nazajutrz" w kolejnym zdaniu. Nie wiem.

Gdybym miał poprawiać, też musiałbym to jeszcze przemyśleć. Masz rację, że akcent zdaniowy pada tutaj gdzie indziej, choć przy pisaniu nie wydało mi się to bardzo istotne.

Na bardzo dobre i pasuje do rycerza jak ulał!

To dobrze. Może kiedyś jeszcze coś wysmażę w tym uniwersum…

Problem pojawia się ewentualnie w dłuższych dialogach, gdzie ciągle chcemy opisywać gesty i zachowania różnych postaci, przez co taki Zenek czy markiz de Traversay powraca co trzy linijki i czyni fatalne wrażenie.

To prawda, problem jest. Unikanie ciągle jeszcze nie wydaje mi się dobrym rozwiązaniem. Trzeba próbować inaczej zapisać lub oddać (przekazać) reakcje w inny sposób. Opis tłumu, otoczenia, dochodzących dźwięków, zapachów, przedmiotów bądź cyzelowanie dialogów, a zwłaszcza charakterów osób biorących w nich udział, przynajmniej tych głównych. Stale się temu przypatruję w różnych książkach – jak powstaje magia rozumienia postaci i sytuacji przeze mnie, bo jedynie do niej mam tak bezpośredni dostęp.

Może kiedyś jeszcze coś wysmażę w tym uniwersum…

O, to byłoby super, bo wydaje mi się wielce obiecujące, lecz oszacowanie należy do Ciebie. Po sobie już wiem, że koncepty i fascynacje mi giną, jeśli czegoś nie dokończę we właściwym czasie. Jednak to ja tak mam, w dodatku na razie, a staż niewielki.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

cyzelowanie dialogów, a zwłaszcza charakterów osób biorących w nich udział, przynajmniej tych głównych.

To jest ciekawe i trudne zagadnienie – bohater o nietypowym charakterze, wiarygodnych i dobrze zarysowanych motywacjach, jest dla czytelnika znaczną wartością dodaną, a jednocześnie trudno takiego stworzyć; trzeba mieć i dużo doświadczenia życiowego, i rzadki zmysł obserwacji. Mnie ktoś, kogo opinię cenię, powiedział kiedyś, że moje postaci literackie “rozpaczliwie próbują mieć życie wewnętrzne”.

Po sobie już wiem, że koncepty i fascynacje mi giną, jeśli czegoś nie dokończę we właściwym czasie.

Zdarza się – to, że rysują mi się jakieś pomysły na sequel, nie znaczy, że na pewno znajdę motywację, aby któregoś dnia do niego siąść. Może tymczasem dam się pochłonąć jakiejś innej wizji, kto wie?

Mnie ktoś, kogo opinię cenię, powiedział kiedyś, że moje postaci literackie “rozpaczliwie próbują mieć życie wewnętrzne”

To jest cholernie, sorry za przekleństwo, trudne, zwłaszcza gdy patrzę na Christie w kilku słowach potrafiącą skreślić typ bądź Bovary, odwołują się do jakichś naszych doświadczeń bądź wyobrażeń. Z drugiej strony są dłuższymi historiami, powieściami. Gdy patrzę na opowiadania idą raczej w stronę problemu/zagadnienia/zjawiska plus naturalnie język, oddawanie sytuacji, choć czasami przy okazji daje się zarysować pewne cechy bohatera i jego antagonisty.

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Na pewno opowiadania z natury, przez wzgląd na swoją krótkość, muszą być poświęcone raczej pojedynczemu wątkowi czy koncepcji niż ich szerszemu zakresowi, ale przypuszczam, że najłatwiej urzekają i zapadają w pamięć te, które oprócz tego stoją dobrze zbudowanymi typami postaci, kojarzącymi się z realnie spotykanymi, działającymi nie tylko pretekstowo. Przypomina mi się teraz na przykład Wuj Henryk Huellego (ze zbioru Opowiadania na czas przeprowadzki). Niestety nie mam pod ręką, cytuję z pamięci:

Wtedy właśnie postanowiłem zostać poetą i umrzeć. Gdyby to chociaż miała być śmierć za wyższe ideały, za ojczyznę albo miłość, ale nie. Ja postanowiłem zostać poetą wyklętym i umrzeć od chorób i wyczerpania w jakiejś spelunce, w otoczeniu pijanych mętów społecznych.

Tego bohatera nikt nie zechce naśladować, ale jakoś po tych paru zdaniach zdaje się bliższy człowieka z krwi i kości.

Ładne, nie znałam! Huellego nie czytałam, choć jest z mojego regionu, lecz cenię (kilka wywiadów  i rozmów z nim wysłuchałam). 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Weisera Dawidka, przy swoim wprawdzie ograniczonym doświadczeniu, zaliczam z pewnością do najlepszych polskich powieści współczesnych, poza tym Śpiewaj ogrody mimo mieszanych recenzji też zdaje mi się udane i wbrew pozorom całkiem aktualne. Zbiory opowiadań znakomite na rozgrzewkę.

Weisera mam w kolejce od lat, w takim razie spróbuję i dam znać. :-) Zbiory opowiadań ostatnio polubiłam, podobnie jak reportaże. Zamykają w sobie jakiś ogląd teraźniejszego świata. O ile przeszłość ogarnęłam, wybitnie niewystarczająco i wybiórczo, acz coś tam mi się wyklarowało, w teraźniejszości grzebię, szukając tropów, inspiracji i zrozumienia. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

W takim razie ciekaw jestem wrażeń z lektury!

Witaj. :)

Świetnie i przejrzyście opisane dzieje jednej z krucjat. Nawiązanie do naszej słynnej królowej-króla – Jadwigi, późniejszej świętej, także wzbogaca tekst i należycie, łatwo dla czytelnika, ”usadawia” go w dziejach. Bardzo umiejętnie wplatasz sceny fantastyczne, które jawią się jako całkiem realne. :)

 

Konkursowa księżniczka rzeczywiście jest w niezłych opałach. :)

Mimo zażartej walki, rozpraw o planowaniu bitew oraz wspominaniu poprzednich zajść, owa niewiasta ciągle jest tam gdzieś w tle, nie pozwalając zapomnieć o sobie ani nam, czytelnikom, ani – tym bardziej – bohaterom. :)

 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Witaj, Bruce!

Cieszę się, że przypadła Ci do gustu przejrzystość opisu, choć – szczerze mówiąc – nie jestem przekonany, czy wplecenie scen fantastycznych udało się rzeczywiście dobrze (pojawiły się już zastrzeżenia, że fantastyka zdaje się tutaj zbędna lub pozorna, nie odgrywa ważkiej roli fabularnej). Uboczną wzmiankę o Jadwidze istotnie zamieściłem z myślą, że może komuś pomoże to zorientować się w epoce, chociaż nie zdawało mi się to bardzo potrzebne.

 

Co do księżniczki, muszę Ci sprawić drobny zawód – właściwą konkursową księżniczką jest raczej król Zygmunt, w pełni realizuje wymogi (główny bohater ratuje go i otrzymuje za to nagrodę). Wątki królowej Marii oraz tureckiej branki to raczej blade zwielokrotnienia tej podstawowej koncepcji. Podczas pisania zdawało mi się, że wyjdzie z tego ciekawa kompozycja, ale – sądząc po reakcji czytelników – cała idea okazała się trudno uchwytna.

Pozdrawiam!

Hej, fantastykę dawkujesz w porcjach, w jakich sam chcesz – tak to rozumiem jako czytelnik dzieła Autora, czyli Twojego. :) Mam pełny szacun, to Twoja wizja. Moim zdaniem jest ok. :)

 

Co do Zygmunta jako księżniczki w opałach, to tym ciekawiej się robi, bo ja początkowo myślałam istotnie o Marii, potem o brance, potem o całej Europie w kontekście krucjat, natomiast jeśli dodatkowo jeszcze król stał się księżniczką, to jedno jest pewne – (parafrazując słowa Jagiełły według Sienkiewicza) księżniczek Ci u Ciebie dostateklaugh

Pozdrawiam ciepło. smiley

Pecunia non olet

Trochę w tym prawdy, jednak skoro jest to strona poświęcona fantastyce, gromadzą się tu autorzy i czytelnicy, których interesuje właśnie istotny udział elementów fantastycznych w publikowanych utworach. Osobiście mogę nie być fanatykiem brzytwy Lema, ale przyzwoitość nakazuje starać się sprostać tym oczekiwaniom.

Odnośnie księżniczek – taki był zamysł, ale może lepsza byłaby księżniczka jedna, za to w pełni udana.

Pozdrawiam ośliźle, po ślimaczemu.

laugh Im więcej księżniczek, tym ciekawiej. wink

Pecunia non olet

Cześć!

 

Zmęczył mnie początek, nie powiem, że nie. Musiałem więc wrócić do czytania, jak mój umysł był świeży i zdolny do przyjęcia pokaźnej ilości kronikarskich wzmianek. Na plus imię bohatera. Od razu mi się spodobało i zapałałem do niego sympatią. Wiem, że to postać historyczna, ale brzmi świetnie.

 

Pomijając nawet rzucony z murów fragment skały, który przed kilku dniami ugodził go w hełm i sprawił mu tym pewną przykrość, nie był zwolennikiem ogólnej sytuacji strategicznej.

Wiem, że nie taki był zamysł, ale ww. zdanie odczytuję w tonie lekko humorystycznym, w szczególności wyróżniony fragment. Opowiadasz o twardym wojowniku, mężnym Ściborze, wyzwolicielu… dobra, nie ma się co rozpędzać, a tu nagle wyskakuje pewna przykrość. Przyznam, że to mnie wybiło z płynnego czytania. ;-)  

Kolejny plus dla Ciebie to lokalizacja. Mało oklepana, fajnie oddana, podoba mi się klimacik, który kreujesz. Wiedza historyczna na pewno bardzo pomaga. Zrobiłem pobieżne rozeznanie i widać, że nie bierzesz nas na tak zwane sanki. ;-)

Miejscami miałem wrażenie przegadania. Tekst ucieka od czasu do czasu w różne dygresyjki i mi to nie przeszkadza, ale niekiedy jest o jedno zdanie za dużo. ;-)

 

Słowa te wywarły przykre wrażenie.

Tu przykładowo warto by pokazać to wrażenie. Kronikarska koncepcja na tekst pozwala oczywiście na przyjęcie takiej narracji, ale tu aż się prosi, aby sieknąć zjadliwym dialogiem. ;-)

No właśnie, dialogi. Te mi podeszły raczej tak średnio. Przykładowo rozmowa króla ze Ściborem wydała mi się nieco teatralna, ale może taki ten Zygmunt właśnie był. ;-)

 

Konetabl dodatkowo zapowiedział, że ktokolwiek wysforuje się przed niego, wyrządzi mu obrazę, jakiej nie zmywa się wodą – i zaszarżowali pod górę, zanim reszta zainteresowanych zdołała przygotować się do walki.

Świetne! :-)

 

Zbyt wielu zginęło, nie trzymali już zwartej linii frontu, lecz przemieszali się z janczarami w jedną splątaną krętwę, a coraz więcej z nich odrzucało broń i padało na kolana, usiłując się poddać. Węgrzy wjechali w tę gęstwę i tratowali, chwilami tylko z trudem różnicując, kto swój, kto wróg.

Wiem, że to nie powtórzenie, ale to wyrazy bardzo specyficzne (trudne) i podobnie brzmiące, więc poddaję pod rozwagę.

Fabularnie nie porwało, ponieważ nie przedstawiłeś zbyt wielu intrygujących wydarzeń. Mamy naradę przed bitwą oraz samą bitwę. Opis potyczki wyszedł bardzo dobrze. Zabrakło mi położenia większego nacisku na osobę Ścibora. Moim zdaniem to bohater z dużym potencjałem. Jego przemiana w smoka była zaskakująca i mogło być go nieco więcej w takiej postaci.  

Napisane bardzo porządnie. Mam dwie sugestie techniczne.

 

– Gdybyśmy mogli chociaż oprzeć obronę o silny zamek(+,) zamiast martwić się, że stamtąd właśnie uderzą nam w plecy.

Co powiesz na przecinek w tym miejscu? ;-)

 

– Dlaczegóż nie kazano jej wypytać? – Chciał wiedzieć król, który nagle wydał się dziwnie zmęczony.

Tu wydaje mi się, że nie mamy paszczowego, więc wielka litera.

 

Sumarycznie uważam, że jest to tekst biblioteczny, co wyrażę w odpowiednim wątku.

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie życzę!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Cześć!

 

Dziękuję za uważną lekturę i cenne spostrzeżenia. Miło mi, że w jakimś stopniu Ci się spodobało. Dobrze, że piszesz o męczącym początku – muszę na to uważać, w warunkach dostępu do ogromnej liczby tekstów jest bardzo ważne, aby zawiązanie akcji mogło pochłonąć czytelnika.

Na plus imię bohatera.

Staromodne, soczyste, intrygujące. Dziecka by się tak nie nazwało, ale postać literacka… Niemniej jest jasne, że wybrałem go nie ze względu na imię, tylko na życiorys.

nie ma się co rozpędzać, a tu nagle wyskakuje pewna przykrość. Przyznam, że to mnie wybiło z płynnego czytania.

Rzeczywiście mogło mi tu trochę zabraknąć koncepcji – jak oddać to, że dostał kamulcem w hełm i mogło się to źle skończyć, ale w sumie nic poważnego się nie stało.

Wiedza historyczna na pewno bardzo pomaga. Zrobiłem pobieżne rozeznanie i widać, że nie bierzesz nas na tak zwane sanki.

Nie da się ukryć, że obrawszy lokalizację akcji, dodatkowo przygotowałem się merytorycznie, aby w miarę możliwości nie pomieszać szczegółów.

Tu przykładowo warto by pokazać to wrażenie. Kronikarska koncepcja na tekst pozwala oczywiście na przyjęcie takiej narracji, ale tu aż się prosi, aby sieknąć zjadliwym dialogiem.

To prawda, z manierą kronikarską trzeba uważać. Przypuszczam, że przez pójście w tę stronę tekst wyszedł dużo mniej plastycznie i porywająco, aniżeli mogłoby to się udać.

Wiem, że to nie powtórzenie, ale to wyrazy bardzo specyficzne (trudne) i podobnie brzmiące, więc poddaję pod rozwagę.

W zasadzie było to ratowanie się przed powtórzeniem (do pewnego momentu chyba miałem podwójną gęstwę).

Zabrakło mi położenia większego nacisku na osobę Ścibora. Moim zdaniem to bohater z dużym potencjałem. Jego przemiana w smoka była zaskakująca i mogło być go nieco więcej w takiej postaci.

Starałem się, aby była zaskakująca, ale choć trochę uzasadniona fabularnie (zamieścić wcześniej przesłanki sugerujące, że nie jest to zwykły człowiek). Inaczej wyszłoby z tego źle zaplanowane narzędzie narracyjne, jak gdyby dla wybrnięcia z beznadziejnej sytuacji. Co do potencjału bohatera, z pewnością się zgadzam – brał udział w fascynujących wydarzeniach jako rycerz i jako dyplomata. Starczyłoby materiału jeszcze co najmniej na kilka opowiadań o nim, ale musiałbym być pewien, że okażą się lepsze niż to tutaj.

Co powiesz na przecinek w tym miejscu?

Powiem “nie” (https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zamiast;13171.html).

Tu wydaje mi się, że nie mamy paszczowego, więc wielka litera.

A tu tak. Niestety nie poprawię, z uwagi na regulamin konkursu. Nie mogę zrozumieć, dlaczego z taką trudnością przychodzi mi stosowanie się do tej reguły (którą przecież od dawna znam i pojmuję). Może dlatego, że dopiero niedawno zacząłem rzeczywiście opisywać zachowania bohaterów (korzystny wpływ NF), wcześniej miałem tylko bez przerwy “powiedział”, “rzekł”, “zapytał”. Przy następnym tekście na pewno przyłożę do tego dużo więcej staranności.

Dziękuję za ostatni punkcik i pozdrawiam!

Dzięki za wyjaśnienie z przecinkiem. Kojarzę, że jesteś w tym dobry, stąd zadałem pytanie. ;-)

 

Niestety nie poprawię, z uwagi na regulamin konkursu.

Regulamin konkursu nie zabraniał czynić takich drobnych poprawek technicznych. Gdybyś zmienił coś w fabule czy stylu, to może byłoby to niewłaściwe. No chyba że wewnętrzny kodeks samuraja Ci nie pozwala. ;-)

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Dziękuję za zachętę, ale dla mnie “błąd techniczny” jest wtedy, gdy jakąś część tekstu omyłkowo pogrubię lub zapiszę kursywą, ewentualnie coś mi połknie akapity przy kopiowaniu. To, o czym mówimy, to raczej (drobny wprawdzie) błąd ortograficzny. Poprawić – poprawię, ale po ogłoszeniu wyników.

Witam Świetlistego Jurora!

Cześć,

Komentarz ten został napisany jeszcze przed wstawieniem komentarza z jurorskim obrazkiem, zatem do tego momentu w tekście mogły zajść zmiany, których już nie śledziłem.

No i mamy kolejny tekst o smoku, a ja smoki lubię. Im większy, tym lepszy, ale smok, nawet duży to jeszcze nie wszystko. Zatem trochę pomarudzę i trochę pochwalę.

Świat zarysowany jest chyba aż nazbyt szczegółowo. Niby mamy ciekawe smaczki historyczne (albo przynajmniej ja uwierzyłem, że takie były), mamy o francuzach i nie tylko z przymrużeniem oka, obnażasz te i inne wady poszczególnych krzyżowców, ale… no w tym wszystkim rozmywa się to co najważniejsze – historia i emocje. O głównym bohaterze w sumie wiem chyba tyle co trzeba, ale też nie potrafię się z nim jakoś zżyć, bo nic do niego nie czuję. Jest za dużo opisu, a za mało działania.

Fabuła jest ograniczona… w sumie to nie tyle tekst o głównym bohaterze, co o bitwie. Przygotowują się do walki, walczą, uciekają, koniec. Twistem jest to, że bohater jest smokiem, ale był nim przecież już wcześniej.

Motyw konkursowy też się tu trochę rozmywa, a wręcz powiedziałbym, że gdybyś nie wcisnął, chyba jednak na siłę, tureckiej dziewczyny, to stwierdziłbym jednoznacznie, że księżniczką był oddział Ścibora, i że może to nie powala, ale jednak jest ok. A tak znów się trochę rozmyło. Pierwszoplanowa księżniczka jest jasna, ale wlepiona, więc mam wrażenie, że ta druga to już taka moja nadinterpretacja.

No i dochodzimy do wykonania technicznego. I tu już nie będę marudził, choć nie obędzie się bez uwag. Technicznie to naprawdę kawał dobrego tekstu. Bardzo podobał mi się język, chociaż sprawia on, że tekst trzeba czytać w wielkim skupieniu. To nie jest opko do czytania po ciężkim dniu, a raczej na rześkie przedpołudnie. Mimo to – chylę czoła!

Piszesz w przedmowie, że jesteś otwarty na dyskusje, zwłaszcza o warstwie językowej. Z pewnością da się to jeszcze u Ciebie wyszlifować, czy może już wypolerować. Podziwiam za pasję, ale to opko wygląda trochę jak gość z siłowni, który ostatnie kilka lat spędził na ćwiczeniu bicepsów, a zaniedbał klatę, brzuch i nogi. Ostatecznie ten tekst się broni, dla mnie jest całkiem ok, choć w ocenie konkursowej wypada u mnie trochę poniżej średniej. Ech, cyferki, cyferki…

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć, Ślimaku Zagłady! Bardzo Ci dziękuję za udział w konkursie.

 

Opowiadanie bardzo kojarzy mi się z dziewiętnastowiecznymi powieściami, w których nacisk był kładziony na zupełnie inne elementy niż obecnie. Zaczynasz od narady, czego nie można zaliczyć do scen pasjonujących, ale urozmaiciłeś to poprzez ciekawe cechy postaci. Retrospekcja dotycząca przeszłości Ścibora, moim zdaniem, nie została dobrze wkomponowana w tekst. Opis samej bitwy był już niestety męczący i momentami traciłam zainteresowanie fabułą. Ostatecznie całość zakończyła się bohaterskim zwycięstwem Ścibora, które zawdzięczał swoje smoczej naturze. Myślę, że za mało było tu innych wydarzeń niż samo starcie. Nie do końca też wybrzmiała mi ta przyjaźń między królem a Ściborem.

Temat konkursowy zrealizowałeś bardzo ciekawie, bo finalnie księżniczką okazała się ktoś inny niż podejrzewałam na początku.

 

Wyróżnienie Alicelli

Opowiadanie zdecydowanie się wyróżnia klimatem, nieśpieszną narracją i dbałością o historyczną stylizację.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Bardzo dziękuję za cenne komentarze jurorskie!

 

Krokusie, ciekawe uwagi i obserwacje. Odnosząc się szczegółowo…

zatem od tego momentu w tekście mogły zajść zmiany, których już nie śledziłem.

Zgodnie z regulaminem konkursu, nie wprowadzałem dalszych zmian. Może teraz, skoro już zapadły rozstrzygnięcia, poprawię kilka zauważonych wcześniej błędów.

Im większy, tym lepszy, ale smok, nawet duży to jeszcze nie wszystko. Zatem trochę pomarudzę i trochę pochwalę.

Ogromnie mi się podoba takie podejście!

Niby mamy ciekawe smaczki historyczne (albo przynajmniej ja uwierzyłem, że takie były)

Postarałem się rzetelnie przygotować i opisać dynamikę zdarzeń w obozie krzyżowców zgodnie z wiedzą historyczną.

nic do niego nie czuję. Jest za dużo opisu, a za mało działania.

Zwrócili już na to uwagę liczni poprzedni komentujący i musiałem przyznać, że – owszem – jest to słabość tego opowiadania, zbytnie zapędy kronikarskie, za mało emocji i postaci ukazywanych w akcji zamiast w opisie. Na pewno zapamiętam to sobie na przyszłość.

Twistem jest to, że bohater jest smokiem, ale był nim przecież już wcześniej.

W kryminałach morderca też był mordercą już wcześniej, a wykrywają go dopiero na końcu.

stwierdziłbym jednoznacznie, że księżniczką był oddział Ścibora, i że może to nie powala, ale jednak jest ok. A tak znów się trochę rozmyło.

Oddział Ścibora niezupełnie, bo Ścibor jechał w królewskiej chorągwi, ale w sumie celny trop. Król Zygmunt – owszem, uratowany, nagradza (tworzy Zakon Smoka na pamiątkę). Może i się rozmyło: myślałem, że dodanie dwóch bardziej klasycznych księżniczek będzie ciekawym zwielokrotnieniem głównego wątku, ale już dawno nie mam przekonania, czy w praktyce wyszło to dobrze.

Technicznie to naprawdę kawał dobrego tekstu. Bardzo podobał mi się język

Naprawdę mi miło, zależy mi na tym aspekcie!

Podziwiam za pasję, ale to opko wygląda trochę jak gość z siłowni, który ostatnie kilka lat spędził na ćwiczeniu bicepsów, a zaniedbał klatę, brzuch i nogi.

Coś w tym jest, chociaż – skoro już wzmiankujesz ten wątek – osobiście wyglądam bardziej jak ten, który ostatnie kilka lat spędził na ćwiczeniu nóg, a zaniedbał klatę, brzuch i bicepsy. Ślimak musi mieć pokaźną nogę, w poezji występują stopy metryczne, tak że wszystko się zgadza.

Ostatecznie ten tekst się broni, dla mnie jest całkiem ok, choć w ocenie konkursowej wypada u mnie trochę poniżej średniej. Ech, cyferki, cyferki…

Trochę poniżej średniej, czy raczej trochę poniżej mediany, cyferkowiczu? To znacząca różnica…

 

Cześć, Alicello! Tobie nawzajem dziękuję za opracowanie konkursu.

Opowiadanie bardzo kojarzy mi się z dziewiętnastowiecznymi powieściami, w których nacisk był kładziony na zupełnie inne elementy niż obecnie.

Czyżby aż tak dobrze było widać, że kontakt z powieścią współczesną miewam minimalny? Chyba muszę trochę się rozwinąć w tym kierunku.

Zaczynasz od narady, czego nie można zaliczyć do scen pasjonujących, ale urozmaiciłeś to poprzez ciekawe cechy postaci.

Możliwe, że urozmaiciłem, ale zamierzam się jednak odzwyczajać od statycznego wprowadzania mnogości postaci.

Retrospekcja dotycząca przeszłości Ścibora, moim zdaniem, nie została dobrze wkomponowana w tekst.

Gdybyś znalazła czas, chętnie dowiedziałbym się dokładniej, co zgrzytnęło Ci w jej kompozycji i nauczył się, jak mogę to zrobić lepiej w przyszłości.

Ostatecznie całość zakończyła się bohaterskim zwycięstwem Ścibora, które zawdzięczał swojej smoczej naturze.

Zwycięstwo to duże słowo, ale powiedzmy, że bohaterskim uniknięciem kompletnej porażki.

Temat konkursowy zrealizowałeś bardzo ciekawie, bo finalnie księżniczką okazał się ktoś inny niż podejrzewałam na początku.

Jeżeli słusznie przez to rozumiem, że zorientowałaś się, iż rzeczywistą księżniczką spełniającą wymogi konkursu jest król Zygmunt, a pozostałe księżniczki są zmyłkami, to duże gratulacje – chyba niewielu spośród czytelników się to udało. Myślałem, że będzie to ciekawa koncepcja fabularna, ale w rezultacie okazała się najwyraźniej zbyt zamaskowana i nieczytelna.

Wyróżnienie Alicelli

Opowiadanie zdecydowanie się wyróżnia klimatem, nieśpieszną narracją i dbałością o historyczną stylizację.

Przyjmuję wyróżnienie ze znacznym zadowoleniem, a następnym razem na pewno będę pamiętał o zauważonych niedociągnięciach.

 

Jeszcze raz bardzo dziękuję Wam obojgu za zaangażowanie i pouczające komentarze!

 W teorii jest tu wszystko, co powinno sprawić, że tekst przypadnie mi do gustu, ponieważ lubię sceny batalistyczne oraz imponuje mi, gdy autor dba o silne umocowanie historyczne, ale mimo wszystko opowiadanie wydało mi się strasznie suche. Mam tu na myśli szczątkowość fabuły, obcość głównego bohatera, którego przynajmniej ja nie zdołałem polubić, a przede wszystkim takie bezemocjonalne, w mojej opinii, zdawanie relacji. Temat konkursowy jest, solidny warsztat również, tylko mam wrażenie, że tak bardzo skoncentrowałeś się na zapewnieniu zgodności historycznej i na mało istotnych detalach przedstawionego świata, że zapomniałeś o tym, co faktycznie czyni opowiadanie atrakcyjnym. Odbiło się to na satysfakcji z lektury, niestety.

Na dodatek uważam, że fantastyka pełni tutaj taką rolę, jak „a, to jeszcze tamtej szyneczki 15 deko poproszę” pod koniec zakupów w sklepie mięsnym.

Potencjał jest ogromny, tylko moim zdaniem nie do końca wykorzystany.

Dzięki za udział w konkursie, pozdrawiam gorąco ;)

Ślimaku

Twistem jest to, że bohater jest smokiem, ale był nim przecież już wcześniej.

 

W kryminałach morderca też był mordercą już wcześniej, a wykrywają go dopiero na końcu.

Wydaje mi się, że pisząc to miałem jakąś głębszą myśl, ale się zamotałem, albo to co napisałem jest w istocie równie idiotyczne na jakie wygląda – możesz spokojnie zignorować tę uwagę XD

 

Trochę poniżej średniej, czy raczej trochę poniżej mediany, cyferkowiczu? To znacząca różnica…

Owszem, znacząca :D Nieważne jak było w istocie – pointa jest taka, że w ocenie wg. kryteriów konkursowych (kreacja świata i bohaterów, fabuła, motyw konkursowy i wykonanie techniczne) tekst wypada znacznie gorzej niż w subiektywnym odczuciu wrażeń po przeczytaniu ;)

Coś w tym jest, chociaż – skoro już wzmiankujesz ten wątek – osobiście wyglądam bardziej jak ten, który ostatnie kilka lat spędził na ćwiczeniu nóg, a zaniedbał klatę, brzuch i bicepsy. Ślimak musi mieć pokaźną nogę, w poezji występują stopy metryczne, tak że wszystko się zgadza.

Niech tak będzie Ślimaku Koksonogi!

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Gdybyś znalazła czas, chętnie dowiedziałbym się dokładniej, co zgrzytnęło Ci w jej kompozycji i nauczył się, jak mogę to zrobić lepiej w przyszłości.

 

Ślimaku, mogę wyjaśnić dlaczego mi ta retrospekcja zgrzyta, ale na pewno nie traktuj tego, jak prawdy absolutnej ;). 

Pierwsza rzecz to brak płynnego przejścia w retrospekcję i nawet przy tym stylu narracji to trudno się wciągnąć w ten fragment. Przed samą retrospekcją podajesz też wniosek jaki z niej wynika. Druga kwestia, to fakt, że opisane przeżycie okazuje się nie tym, o czym myśli bohater i o ile rozumiem, w jakim celu jest ta retrospekcja, to jednak z informacji, że Ścibor myślał o czymś innym, bym zrezygnowała. Moim zdaniem ta retrospekcja powinna też być krótsza, bo sporo w niej opisu. Dobrze by był wyciągnąć z niej to, co najważniejsze i na tym się skupić albo ją podzielić i nieco przeplatać z wydarzeniami aktualnymi.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

AmonieRa, Tobie również bardzo dziękuję za wartościowy komentarz jurorski.

Temat konkursowy jest, solidny warsztat również, tylko mam wrażenie, że tak bardzo skoncentrowałeś się na zapewnieniu zgodności historycznej i na mało istotnych detalach przedstawionego świata, że zapomniałeś o tym, co faktycznie czyni opowiadanie atrakcyjnym. Odbiło się to na satysfakcji z lektury, niestety.

Wydaje mi się, że dokonałeś tutaj zupełnie celnej diagnozy. Wielu komentatorów pisało zresztą podobnie, ale rzeczywiście utrafiłeś w ten wątek: kiedy już zacząłem odzwierciedlać realia historyczne, trudno było zatrzymać się zawczasu i mogły na tym znacznie ucierpieć inne aspekty, jak na przykład pogłębienie charakterów postaci i umożliwienie czytelnikom odczucia więzi z nimi.

fantastyka pełni tutaj taką rolę, jak „a, to jeszcze tamtej szyneczki 15 deko poproszę” pod koniec zakupów w sklepie mięsnym.

Jak wyżej – wyobrażałem sobie szerzej zakrojoną opowieść o smoku, który wiąże swoje losy z danym państwem czy dynastią, wpływa na jego rozkwit i sam się przy tym zmienia, ale raczej nie da się odczuć tego wstępnego zamysłu podczas lektury.

Potencjał jest ogromny, tylko moim zdaniem nie do końca wykorzystany.

Niezupełnie wykluczam powrót do tego uniwersum.

Dzięki za udział w konkursie, pozdrawiam gorąco

Pozdrawiam nawzajem!

 

Krokusie, teraz rozumiem i dziękuję za doprecyzowanie – nie wiedziałem czy może nie pamiętałem, że oceniasz opowiadania według jakiejś systematycznej metody punktowej. Przyznaję, że gdybym utworzył konkurs, zapewne próbowałbym tak samo, aby zachować możliwie wysoką obiektywność.

 

Alicello, na pewno nie potraktuję tego jako prawdy absolutnej, ale zapamiętam i w jakimś stopniu wezmę w przyszłości pod uwagę. Przy takim ujęciu rzeczywiście muszę się zgodzić, że trudno, aby tak przedstawiona retrospekcja pochłonęła czytelnika i wydała mu się warta uwagi. Co do informacji, że Ścibor myślał o czymś innym, jest to potencjalna zanęta do innego opowiadania o nim, jeżeli oczywiście kiedyś znajdę wenę.

Nowa Fantastyka