- Opowiadanie: Gekikara - Wszystko przez pluszowego misia

Wszystko przez pluszowego misia

Hi­sto­ria po­wsta­wa­nia tego tek­stu jest tak długa i za­wi­ła, że można by­ło­by na­pi­sać o niej ko­lej­ne opo­wia­da­nie. Pierw­sza wer­sja – na któ­rej w głów­nej czę­ści opie­ra­ły się wszyst­kie ko­lej­ne – po­wsta­ła szmat czasu temu, bo pra­wie pół­to­ra roku.

Póź­niej była wie­lo­krot­nie wy­dłu­ża­na, skra­ca­na i po­pra­wia­na, mię­dzy in­ny­mi dzię­ki be­tu­ją­cym tekst (w tym mie­sią­cu chciał­bym bar­dzo po­dzię­ko­wać Si­lvie, Bol­ly­emu i kam_mod za wszel­kie uwagi i nie jedno, nie dwa ale chyba ze trzy czy­ta­nia – jak nie wię­cej). Dzię­ki nim tekst jest znacz­nie lep­szy niż był na po­cząt­ku.

Od tam­tej pory mi­nę­ła kupa czasu, opo­wia­da­nie wy­sła­ne było w kilka miejsc, jed­nak – do­mnie­my­wam – jego kli­mat (dość mroczny i nostalgiczny) jest nie­sprzy­ja­ją­cy pu­bli­ka­cjom tam, gdzie cię­żar uwagi kon­cen­tru­je się wokół młod­sze­go czy­tel­ni­ka. 

I, tak mi się wy­da­je, chyba to ro­zu­miem.

...bo to w za­sa­dzie nie jest tekst dla dzie­ci. Na pewno nie tylko dla dzie­ci. To tekst o dzie­ciach dla ro­dzi­ców. Albo o nas, dla nas; że­by­śmy mogli na chwi­lę stać się dziec­kiem – w końcu kto z nas nie lubi oglą­dać fil­mów, które wy­da­ją się być ad­re­so­wa­ne dla dzie­ci? Kto nie był na pre­mie­rze Psie­go Pa­tro­lu w ki­nach? No do­brze, może tro­chę prze­sa­dzi­łem.

Choć punkt wyj­ścia hi­sto­rii jest tra­gicz­ny, to potem... może o tym nie będę.

Po­wiem jesz­cze tylko, że wiem, że dłu­gość od­stra­sza, ale co ma się tekst ku­rzyć w szu­fla­dzie? Teraz może bym nie­któ­re frag­men­ty na­pi­sał ina­czej (co nie zna­czy, że le­piej), ale nadal je­stem za­do­wo­lo­ny z ca­ło­kształ­tu.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Wszystko przez pluszowego misia

A tak na­praw­dę, to przez Mar­ce­li­nę. Naj­pierw za­ję­ła pół po­ko­ju Ada­sia i przy­wle­kła za sobą dziew­czyń­skie za­baw­ki, które co rusz tra­fia­ły na jego teren, mię­dzy cię­ża­rów­ki i wozy po­li­cyj­ne, kloc­ki Lego, puz­zle i książ­ki, które kie­dyś mama czy­ta­ła mu co noc na do­bra­noc, a teraz tylko raz, może dwa razy w ty­go­dniu.

Jakby tego było mało, trzy dni temu, kiedy wró­cił ze szko­ły, jego miś leżał nie tam, gdzie po­wi­nien, przy po­dusz­ce na jego łóżku, tylko mię­dzy przy­tu­lan­ka­mi Mar­ce­li­ny!

– Adam, zo­staw sio­strę w spo­ko­ju – zga­ni­ła go wtedy mama. – Mar­cy­sia jest młod­sza od cie­bie. Masz już osiem lat, takie drob­nost­ki, jak po­ży­czo­ny miś, nie są po­wo­dem do awan­tur.

Tylko że to nie była jego sio­stra, a miś to nie był zwy­kły miś.

Dla tego misia Adaś był gotów wejść w za­le­ga­ją­cą pod łóż­kiem ciem­ność, bo ten miś to ostat­nia rzecz, jaką do­stał od taty. Praw­dzi­we­go taty. Nie tego, który przy­szedł razem z Mar­ce­li­ną i zajął miej­sce w sy­pial­ni ro­dzi­ców.

Gdyby nie on, Adaś już dawno po­biegł­by tam, obu­dził mamę i po­wie­dział jej, że Mar­ce­la ukra­dła misia, we­szła pod łóżko i była tam od… Adaś jesz­cze nie opa­no­wał ze­gar­ka, ale wi­dział, że Mar­ce­li nie ma już bar­dzo, bar­dzo długo.

Oba­wiał się, że to stwo­ry spod łóżka ją po­rwa­ły, a skoro nie mógł po­pro­sić o pomoc ni­ko­go do­ro­słe­go, mu­siał sam ru­szyć na ra­tu­nek. Mi­sio­wi na ra­tu­nek, rzecz jasna. Mar­ce­li­na niech sobie radzi.

 

*

 

Adaś sta­ran­nie przy­go­to­wał się do tej wy­pra­wy. Pi­ża­mę zmie­nił na pod­ko­szu­lek i ulu­bio­ne krót­kie spoden­ki, stopy wsu­nął w wy­god­ne tramp­ki, a kiedy wczoł­gi­wał się pod łóżko Mar­ce­li­ny, miał już ze sobą za­baw­ko­wy pi­sto­let, który nie strze­lał, ale za to świe­cił i wy­da­wał dźwię­ki przy na­ci­śnię­ciu spu­stu. To była naj­lep­sza obro­na przed po­two­ra­mi, jaką zna­lazł. Mógł, co praw­da, włą­czyć świa­tło, ale bał się, że wtedy ciem­ność pod łóż­kiem znik­nie – a wraz z nią i miś.

Na nie­któ­re za­gi­nio­ne skar­by tra­fił już na po­cząt­ku wy­pra­wy, le­d­wie wci­snąw­szy głowę pod cięż­ką drew­nia­ną ramę ró­żo­we­go (ten kolor! i to w jego po­ko­ju!) łóżka. Na­tra­fił na trzy kloc­ki i zie­lo­ną pla­sti­ko­wą fi­gur­kę żoł­nie­rza. Po Mar­ce­li­nie nie było jed­nak ani śladu. Po misiu też nie, więc po­sta­no­wił wczoł­gać się głę­biej.

Lamp­ka za­mon­to­wa­na u wy­lo­tu lufy nie zda­wa­ła się na wiele. Wi­dział w jej świe­tle pi­sto­let i swoją dłoń, ale nic wię­cej, a me­lo­dia z gło­śnicz­ka nad rę­ko­je­ścią pły­nę­ła coraz wol­niej i brzmia­ła coraz ci­szej, aż w końcu ba­te­rie cał­kiem się roz­ła­do­wa­ły.

Zimny strach zdjął chłop­ca i ten byłby się roz­pła­kał, gdyby nie fakt, że od ponad dwóch lat już tego nie robił. Przy­wo­łał w my­ślach wspo­mnie­nie tam­tej chwi­li.

– Mu­sisz być dziel­ny – po­wie­dzia­ła wów­czas mama, wy­cie­ra­jąc jego nos w chu­s­tecz­kę – bo teraz mu­si­my dać sobie radę sami. Bę­dziesz dziel­ny? – za­py­ta­ła, a gdy kiw­nął głową, do­da­ła jesz­cze: – Mój bo­ha­ter. – I przy­tu­li­ła go mocno.

Nie chciał zła­mać da­ne­go słowa, cho­ciaż mama go okła­ma­ła. Wcale nie zo­sta­li sami na za­wsze. Mie­siąc temu wszyst­ko się zmie­ni­ło. Adaś za­sta­na­wiał się dla­cze­go, prze­cież ni­cze­go im nie bra­ko­wa­ło…

Po ja­kimś cza­sie zdał sobie spra­wę, że już nie mu­siał się czoł­gać. Nic nie ocie­ra­ło się o jego plecy, kiedy za bar­dzo się pod­no­sił, nie czuł bli­sko­ści ogra­ni­cza­ją­ce­go jego ruchy dna łóżka. Wstał ostroż­nie, ma­ca­jąc prze­strzeń nad sobą. Był w sta­nie się wy­pro­sto­wać, wy­cią­gnąć ręce wy­so­ko, pod­sko­czyć. Rzu­cił pi­sto­le­ci­kiem, mając na­dzie­ję, że trafi w sufit. Za­baw­ka wykonała łuk w powietrzu i ude­rzy­ła o zie­mię. Nad sobą miał tylko jedno wiel­kie, czar­ne nic.

To samo było przed nim, po lewej stro­nie i po pra­wej. A nawet za ple­ca­mi.

Było tu strasz­nie.

Pra­wie tak strasz­nie, jak pierw­sze­go dnia, kiedy za­bra­kło taty.

Adaś bar­dzo chciał być dziel­ny, sta­rał się ze wszyst­kich sił, ale to sta­ra­nie go zmę­czy­ło, więc przy­siadł na ziemi, pod­cią­gnął nogi do pier­si, scho­wał głowę mie­dzy ko­la­na i za­mknął oczy, by już nie wi­dzieć tej całej ciem­no­ści.

Nie było nikogo, kto zapytałby, co się stało, kiedy za­czął pła­kać.

 

*

 

Obu­dzi­ło go cie­pło na po­licz­ku i lichy po­blask żół­ta­we­go świa­tła wpa­da­ją­cy przez szcze­li­ny przy­mknię­tych po­wiek.

Adaś, do tej pory zwi­nię­ty w kulkę, usiadł, roz­cią­gnął się i ziew­nął.

Przez mo­ment, ale taki krót­ki, trwa­ją­cy może ze dwie chwil­ki, nie pa­mię­tał o tym, gdzie jest. Nie pa­mię­tał nawet Mar­ce­li­ny, misia oraz tego, co się wy­da­rzy­ło przed dwoma laty.

– Tata? – za­py­tał, prze­cie­ra­jąc opuch­nię­te oczy. We śnie byli razem, szczę­śli­wi. Mama, tata i on. Wszyst­ko było tak, jak po­win­no. Jed­nak kiedy spoj­rzał w świa­tło, pa­mięć wró­ci­ła.

Przy ogrom­nej ża­rów­ce, przy­łą­czo­nej do dwóch wy­cho­dzą­cych spod ziemi kabli, sie­dział ry­cerz. Wy­cią­gał dło­nie w kie­run­ku go­rą­cej szkla­nej bańki.

Nie wy­glą­dał zwy­czaj­nie.

Błę­kit­na zbro­ja wy­sa­dza­na była lamp­ka­mi mi­go­czą­cy­mi w róż­nych ko­lo­rach, upo­dab­nia­jąc ry­ce­rza do bo­żo­na­ro­dze­nio­we­go drzew­ka. Na ple­cach niósł łuk i koł­czan wy­peł­nio­ny świe­tlów­ka­mi, a u pasa – poza mie­czem, re­wol­we­rem i sakwą o nie­okre­ślo­nej za­war­to­ści – kom­bi­ner­ki, wkrę­tak i inne na­rzę­dzia. Naj­dziw­niej­szy był jed­nak hełm… choć Adaś nie był pe­wien, czy to w ogóle hełm, czy przy­pad­kiem ry­cerz za­miast głowy nie miał ża­rów­ki z mlecz­ne­go szkła.

– Kim je­steś? – To było pierw­sze, co przy­szło chłop­cu na myśl.

– To ja po­wi­nie­nem o to za­py­tać – od­parł Ża­rów­ko­wy Ry­cerz. – Nie­czę­sto wi­du­je się tu dzie­ci. Praw­dę mó­wiąc, bar­dzo rzad­ko. A przy­naj­mniej nie takie, które sa­mot­nie spa­ce­ru­ją przez wiel­ki mrok i śpią gdzie po­pad­nie. Gdy­byś nie mówił przez sen, to bym cię omi­nął i nawet się nie zo­rien­to­wał.

– Prze­pra­szam – wy­du­kał Adaś, marsz­cząc pod­bró­dek. Kiedy zro­zu­miał, że nie wie, gdzie jest i co gor­sza nie wie, jak wró­cić, oczy znów za­szły mu łzami.

Ry­cerz prze­krę­cił ża­rów­ko­wy hełm, chyba po to, by le­piej wi­dzieć chłop­ca. Nie spo­sób było stwier­dzić z pew­no­ścią, bo twarz po­zo­sta­wa­ła nie­wi­docz­na, a w heł­mie nie było żad­ne­go otwo­ru.

– Cii… stój nie­ru­cho­mo. – Ry­cerz pod­niósł się w jed­nej chwi­li i się­gnął po re­wol­wer. – Masz na sobie roz­pa­cza­ka.

Adaś po­czuł, że coś po­ru­sza się na jego pra­wym ra­mie­niu. Włosy zje­ży­ły się mu na karku, kiedy po­wo­li prze­krę­cił głowę, by spraw­dzić co to. Przy­po­mi­na­ło wielkiego pa­ją­ka, któ­re­go wi­dział w ZOO, kiedy był tam z tatą. Chło­piec pi­snął, gdy świe­tli­sta smuga zmio­tła stwo­ra. Znik­nął jak cień oświe­tlo­ny la­tar­ką.

– Spo­koj­nie, już po nim. – Ry­cerz po­now­nie klap­nął w po­bli­żu wiel­kiej ża­rów­ki. – Usiądź tro­chę bli­żej, roz­pa­cza­ki ucie­ka­ją od świa­tła, przy­cią­ga je brak na­dziei i smu­tek w sercu. Na pust­ko­wiu jest ich pełno. Mia­łeś szczę­ście, że zna­lazł cię tylko jeden.

Adaś aż się wzdry­gnął i w pod­sko­kach do­padł do ża­rów­ki.

Szkla­na bańka roz­ta­cza­ła wokół żar ni­czym ogni­sko w pierw­szy dzień lata.

– Tu za­wsze jest tak ciem­no? – za­py­tał, ko­lej­ny raz ro­zej­rzaw­szy się do­ko­ła. Świa­tło się­ga­ło le­d­wie kil­ka­na­ście me­trów w głąb mroku, uka­zu­jąc skra­wek ja­ło­wej ziemi.

– Tak, już od dawna. – Ża­ró­wia­sty hełm nieco przy­gasł. – Ale nie za­wsze tak było. Kie­dyś to miej­sce wy­peł­nia­ły ko­lo­ry i życie… inne życie, niż te wy­lę­ga­ją­ce się w cie­niu szka­ra­dy. Wciąż pa­mię­tam, jak było tu pięk­nie…

– Dla­cze­go teraz jest… – Adaś omiótł ge­stem oko­li­cę – …tak?

– Teraz rzą­dzi Smut­na Pani… – Hełm świe­cił coraz sła­biej, aż w końcu ry­cerz po­de­rwał się na równe nogi i po­krę­cił głową, jakby chciał coś z sie­bie zrzu­cić. – Wy­star­czy tego ma­ru­dze­nia. Nie jest prze­cież aż tak źle, na świe­cie nadal dobre rze­czy przy­tra­fia­ją się do­brym lu­dziom.

– Na­praw­dę? – wąt­pił chło­piec, bo jego krót­kie do­świad­cze­nie pod­po­wia­da­ło mu coś cał­kiem od­wrot­ne­go.

– Prze­cież od­na­la­złem cie­bie, a chyba ani ty, ani ja nie je­ste­śmy źli? – Choć twarz Ża­rów­ko­we­go Ry­ce­rza po­zo­sta­wa­ła ukry­ta, Adaś był pe­wien, że ten wła­śnie się do niego uśmie­cha. – Cza­sem nie wszyst­ko ukła­da się tak, jak­by­śmy chcie­li, ale los w końcu przy­nie­sie coś do­bre­go. Po każ­dej nocy za­wsze wsta­je słoń­ce.

Chło­piec zro­bił skwa­szo­ną minę.

– Coś mi się zdaje, że nie za­wsze – po­wie­dział i znów za­chcia­ło mu się pła­kać, bo przy­po­mniał sobie o tacie.

To było naj­gor­sze, to przy­po­mi­na­nie. Gdyby cią­gle pa­mię­tał, że taty już nie ma, to może smu­tek roz­cią­gnął­by się na cały ten czas i czuł­by go za­wsze, ale tylko tro­chę. Były jed­nak takie chwi­le – kiedy coś go roz­ba­wi­ło, za­chwy­ci­ło, albo za­sko­czy­ło i prze­ra­zi­ło, jak teraz – że za­po­mi­nał… a potem smu­tek na­bie­rał sił i znów gniótł go w środ­ku jak po­łknię­ty ka­mień.

– Nie wolno ci tak my­śleć, chłop­cze, to tylko we­pchnie cię w ob­ję­cia Smut­nej Pani. – Ry­cerz się­gnął po la­tar­kę i do­kład­nie, ka­wa­łek po ka­wał­ku, na­świe­tlał Ada­sia. – Nie je­steś stąd, praw­da? Z pew­no­ścią nie stąd… Co cię tu spro­wa­dza?

Ry­cerz scho­wał la­tar­kę, wy­cią­gnął z sakwy su­cha­ra i podał go chłop­cu, twier­dząc przy tym, że głód jest dobry, bo ozna­cza, że nadal cze­goś pra­gnie­my. Adaś nic a nic z tego nie ro­zu­miał, ale po­ki­wał głową.

Prze­łknąw­szy kilka gry­zów, opo­wie­dział, jak tutaj tra­fił.

– Czyli szu­kasz sio­stry – pod­su­mo­wał opo­wieść Ża­rów­ko­wy Ry­cerz.

– Nie, to wcale nie tak! Nic mnie nie ob­cho­dzi ta cała Mar­ce­li­na i wcale nie jest moją sio­strą – burk­nął Adaś. – Szu­kam misia, bo do­sta­łem go od taty nim… nim… nim…

Chło­piec za­ciął się w pół zda­nia i nie był w sta­nie wy­du­sić wię­cej. Po­bla­dły, sła­niał się na no­gach i byłby się prze­wró­cił na roz­grza­ną bańkę ża­rów­ki, gdyby ry­cerz nie sko­czył w porę i go nie zła­pał.

– Hej, mały, co się dzie­je? – Adaś le­d­wie go usły­szał, jakby głos do­cho­dził z od­da­li, albo on sam znaj­do­wał się pod wodą.

Pró­bo­wał od­po­wie­dzieć, ale nie wie­dział, co się stało.

A potem znów była tylko ciem­ność i cisza.

 

*

 

Dziś była so­bo­ta i miał w końcu od­wie­dzić lu­na­park, który kilka dni temu roz­sta­wił się na placu tuż za oknem po­ko­ju Ada­sia.

– Synku… Synku, obudź się. Sły­szysz?

– Mama… – wy­szep­tał za­spa­ny chło­piec. – Dziś idzie­my z tatą do we­so­łe­go mia­stecz­ka?

Ktoś nim po­trzą­sał, by­naj­mniej nie z wy­czu­ciem, aż chło­piec otwo­rzył oczy i zęby mu za­dźwię­cza­ły.

Uj­rzał nie twarz mamy, nawet nie wy­ko­na­ny z mlecz­ne­go szkła hełm Ża­rów­ko­we­go Ry­ce­rza, a ob­li­cze sta­rusz­ki. Nie­na­tu­ral­nie długi nos ko­bie­ty pra­wie do­ty­kał jego policzka. W ogóle wszyst­ko w jej twa­rzy było nie­na­tu­ral­nie duże, nie­na­tu­ral­nie małe, albo po pro­stu nie­na­tu­ral­ne. 

– Ode­zwij się, synku, no… – ochry­pły, skrze­czą­cy głos nie usta­wał. – Wi­dzisz mnie? Ile po­ka­zu­ję pal­ców?

– Zero – od­parł Adaś, bo przed sobą miał tylko po­marsz­czo­ną twarz.

– Do­brze. – Ko­bie­ta pu­ści­ła go i opadł w mięk­ki puch po­du­szek o fan­ta­zyj­nych wzo­rach.

Sta­rusz­ka za­bra­ła się do ucie­ra­nia w moź­dzie­rzu ziół, które do­da­wa­ła do zie­lo­nej mazi, a tym­cza­sem Adaś miał oka­zję się ro­zej­rzeć.

W po­miesz­cze­niu nie było okien. Ścia­ny, sufit i pod­ło­ga wy­ko­na­ne zo­sta­ły z drew­na, tak samo jak wy­po­sa­że­nie, na które skła­da­ło się za­ję­te przez chłop­ca łóżko, stół sta­no­wią­cy miej­sce pracy sta­rusz­ki, wy­sta­ją­ce z jed­nej ze ścian półki za­sta­wio­ne przed­mio­ta­mi ze szkła i me­ta­lu o nie­zna­nym chłop­cu prze­zna­cze­niu, oraz regał ze sło­ja­mi róż­ne­go roz­mia­ru i kształ­tu, wy­peł­nio­ny­mi błysz­czą­cy­mi sub­stan­cja­mi we wszyst­kich moż­li­wych ko­lo­rach.

Adaś w życiu nie wi­dział cze­goś rów­nie pięk­ne­go, no, może prócz po­ka­zu w pla­ne­ta­rium, gdzie był z mamą w ostat­nie uro­dzi­ny. Pa­mię­tał swój za­chwyt na widok wę­dru­ją­cych po nie­bie gwiazd i pla­net. Ża­ło­wał wtedy, że tata nie zdą­żył tego zo­ba­czyć…

– Pro­szę, wypij. – Sta­rusz­ka po­da­ła mu szklan­kę zie­lo­nej mazi.

Chłopiec skrzy­wił się i od­su­nął.

– Pij, synku, tylko tak można zneu­tra­li­zo­wać jad roz­pa­cza­ka – na­le­ga­ła. – Ode­ssa­łam, co mo­głam, ale część nadal krąży w two­ich ży­łach i wę­dru­je do serca, a jeśli tam trafi… Pij.

Adaś przy­po­mniał sobie pa­ją­ka i do­tknął pra­we­go ra­mie­nia, które miał za­ban­da­żo­wa­ne.

– Nie znaj­dziesz rany, synku. – Sta­rusz­ka chyba czy­ta­ła mu w my­ślach. – Roz­pa­cza­ki gryzą bez­bo­le­śnie, rana jest le­d­wie wi­docz­na, a jad sączy się po­wo­li. – Pod­su­nę­ła szklan­kę bli­żej. – Pij.

– Gdzie jest pan Ża­rów­ka? – za­py­tał chło­piec, po­sy­ła­jąc ko­bie­cie nie­uf­ne spoj­rze­nie. – Kim pani jest? Gdzie ja je­stem? Chcę do domu! – zawył i pra­wie się roz­kle­ił, ale w tej samej chwi­li do środ­ka wpa­dła mała, ja­sno­wło­sa dziew­czyn­ka. – Mar­ce­la! – Ten widok dodał mu otu­chy, bo… wła­ści­wie nie wie­dział dla­cze­go, chyba po pro­stu miło jest spo­tkać kogoś zna­jo­me­go w cał­kiem nie­zna­nym miej­scu, nawet je­śli­by miała to być nie-sio­stra, która uprzy­krza­ła mu życie.

Ale to nie była Mar­ce­li­na.

– Bab­cia ma pa­cjen­ta. Nie­dłu­go się po­ba­wi­cie – oznaj­mi­ła sta­rusz­ka, wy­pro­wa­dza­jąc dziew­czyn­kę na ko­ry­tarz. – No, wypij to, ko­cha­nień­ki. – Znów pod­su­nę­ła chłop­cu szklan­kę. – Nie za­szko­dzi ci. Prze­cież Ża­rów­ko­wy Ry­cerz nie przy­niósł­by cię do mnie, gdyby coś miało ci tu gro­zić, praw­da?

Chło­piec kiw­nął głową po za­sta­no­wie­niu i się­gnął po szklan­kę.

– Co to? – za­py­tał, już pra­wie przy­tknąw­szy kra­wędź na­czy­nia do warg.

– Na­dzie­ja, synku. Oczy­wi­ście roz­cień­czo­na. A zioła dla smaku, bo czy­sta na­dzie­ja po­tra­fi być bar­dzo cierp­ka. Lep­sza by­ła­by z odro­bi­ną szczę­ścia, ale tego już, nie­ste­ty, bar­dzo mało zo­sta­ło – wska­za­ła na pra­wie opróż­nio­ny słój z ra­do­śnie żół­tym pły­nem – a będę go po­trze­bo­wać.

Oka­za­ło się, że na­dzie­ja sma­ko­wa­ła okrop­nie, ale kiedy już ją prze­łknął, zro­bi­ło mu się lżej na sercu.

– Dziel­ny chło­piec. – Sta­rusz­ka ob­da­ro­wa­ła go sze­ro­kim, szczer­ba­tym uśmie­chem.

– Pani jest le­ka­rzem?

– Och, nie! – ro­ze­śmia­ła się w głos, a Adaś po­my­ślał, że sam już bar­dzo dawno się tak nie śmiał, ale teraz czuł, że może kie­dyś jesz­cze bę­dzie. Sta­rusz­ka tym­cza­sem prze­ję­ła opróż­nio­ną szklan­kę, wy­tar­ła ją i od­sta­wi­ła na stół. – Je­stem tylko starą zbie­racz­ką. Ko­lek­cjo­nu­ję ko­lo­ry, żeby zo­sta­ło ich tro­chę na świe­cie, kiedy Smut­na Pani w końcu odej­dzie… Ko­niec tych po­ga­du­szek – oznaj­mi­ła, pod­cho­dząc do drzwi – masz prze­cież gości! – Nie­spo­dzie­wa­nie po­cią­gnę­ła klam­kę i do po­ko­ju wpa­dła gro­mad­ka pod­słu­chu­ją­cych dzie­cia­ków, a wśród nich dziew­czyn­ka sprzed chwi­li, ta, która przy­po­mi­na­ła Mar­ce­li­nę.

Na okrą­głą buzię kil­ku­lat­ki wstą­pił ru­mie­niec.

– Zaj­mij­cie się na­szym go­ściem – po­pro­si­ła sta­rusz­ka, zbie­ra­jąc na­czy­nia ze stołu. – Za­ba­wa to coś, czego teraz po­trze­bu­je. Stara babka za to po­trze­bu­je od­po­cząć.

 

*

 

Adaś do­wie­dział się, że to nie była praw­dzi­wa bab­cia.

Dzie­cia­ki, trój­ka chłop­ców i dwie dziew­czyn­ki, po­zo­sta­wa­ły tylko pod jej opie­ką. Nie były też praw­dzi­wym ro­dzeń­stwem, bo każde miało in­nych ro­dzi­ców. Miało – kie­dyś. Na swój spo­sób były po­dob­ne do niego i Mar­ce­li­ny… cho­ciaż nie. Ada­sio­wi zo­sta­ła jesz­cze mama, a Mar­ce­la miała tatę. Tym dzie­cia­kom nie zo­stał nikt, więc po­win­ny być po­dwój­nie smut­ne.

Mimo to wy­glą­da­ły na szczę­śli­we. A przy­naj­mniej na nie­przy­gnę­bio­ne.

– Wszy­scy tę­sk­ni­my za ro­dzi­ca­mi, ale to nic nie zmie­ni – od­po­wie­dział Chyży, który był naj­star­szy i pra­wie do­ro­sły, bo miał już trzy­na­ście lat, więc w na­tu­ral­ny spo­sób zo­stał przy­wód­cą.

Zer­k­nął na naj­młod­szą z nich, cie­kaw­ską i nie­śmia­łą Pyzę (to ją pierw­szą spo­tkał Adaś) i do­po­wie­dział jesz­cze:

– Może kiedy Smut­na Pani znik­nie, nasi ro­dzi­ce wrócą i…

– Oni już nie wrócą – za­opo­no­wał Mała Stopa. – Smut­na Pani ich za­bra­ła.

– Och, przy­cisz się – syk­nę­ła Klara, przy­tu­la­jąc Pyzę, by ta nie za­czę­ła pła­kać. – Na pewno gdzieś tam są, mar­twią się o nas i wrócą, kiedy zo­sta­nie po­ko­na­na.

– Do tej pory mu­si­my trzy­mać się razem – pod­su­mo­wał Chyży. – Może mamy in­nych ro­dzi­ców, ale… je­ste­śmy w tym razem. Jak ro­dzi­na.

Adaś po­ki­wał głową na znak, że ro­zu­mie, cho­ciaż nie ro­zu­miał do końca. Mar­ce­li­na… nigdy nie my­ślał o niej jak o sio­strze. A ona, za­sta­na­wiał się, po raz pierw­szy na­praw­dę się nad tym za­sta­na­wiał, jak o nim my­śla­ła?

Kiedy mó­wi­ła do niego „bra­cisz­ku”, wpa­dał w złość.

– Po­każ­my mu to – za­pro­po­no­wał Ta­dzio. – Po­każ­my mu skrzyn­kę.

Chyży zer­k­nął na Małą Stopę, Mała Stopa na Klarę, Klara na Pyzę, a ta na Ada­sia, który nie miał po­ję­cia, co to za skrzyn­ka i czemu po­wi­nien ją zo­ba­czyć. Wo­lał­by od­na­leźć sta­rusz­kę, za­py­tać ją o Ża­rów­ko­we­go Ry­ce­rza, albo o radę, co robić, jak od­na­leźć Mar­ce­li­nę i misia, któ­re­go za­bra­ła, ale nim zdą­żył coś po­wie­dzieć, dłoń Ta­dzia za­ci­snę­ła się na jego ra­mie­niu, by po­cią­gnąć go w stro­nę drzwi.

Wy­pa­dli na po­zba­wio­ny okien ko­ry­tarz, oświe­tlo­ny z rzad­ka roz­sia­ny­mi lam­pa­mi, które wy­peł­nio­ne były ko­lo­ro­wym pły­nem. Skrę­ci­li w lewo, potem w prawo, a potem jesz­cze raz w prawo. W końcu sta­nę­li przed drzwia­mi mniej­szy­mi niż po­zo­sta­łe.

Ścia­ny po­miesz­cze­nia ob­ło­żo­ne były gliną, nie drew­nem jak wszę­dzie in­dziej, a pod­ło­gę sta­no­wi­ły stare, znisz­czo­ne deski, sta­no­wią­ce prze­ci­wień­stwo za­dba­ne­go par­kie­tu ko­ry­ta­rza. To miej­sce wy­glą­da­ło na opusz­czo­ne i to jesz­cze przed jego ukoń­cze­niem.

Usie­dli po tu­rec­ku przy ścia­nach. Cała szóst­ka z le­d­wo­ścią się tu mie­ści­ła, a to i tak tylko dla­te­go, że Pyza spo­czę­ła na ko­la­nach Klary. Chyży wy­brał jedną z desek na pod­ło­dze i od­su­nął ją, a ich oczom uka­za­ła się skry­ta w dziu­rze po­rdze­wia­ła skrzyn­ka.

– Co jest w środ­ku? – za­py­tał Adaś, zer­ka­jąc po­dejrz­li­wie na po­zba­wio­ny kłód­ki sko­bel.

– Zna­leź­li­śmy ją na po­wierzch­ni – opo­wia­dał Chyży, trzy­ma­jąc szta­bę zamka. – Bab­cia nie po­zwa­la nam wy­cho­dzić, bo tam jest ciem­no i są roz­pa­cza­ki, i cie­nio­stwo­ry, i smu­ta­sy… i Smut­na Pani, więc nie mo­żesz jej o tym po­wie­dzieć, jasne? To ta­jem­ni­ca.

– Do­brze.

– Przy­się­gnij. – Mała Stopa po­słał mu pełne po­wa­gi spoj­rze­nie.

– Przy­się­gam – od­po­wie­dział Adaś, bo wcale nie miał za­mia­ru zdra­dzać ich se­kre­tu.

Dzie­cia­ki jesz­cze raz spoj­rza­ły po sobie, Chyży po­ki­wał głową i wresz­cie otwo­rzył skrzyn­kę.

– W środ­ku są ma­rze­nia – wy­ja­śnił, pre­zen­tu­jąc stos na wpół wy­bla­kłych fo­to­gra­fii. Na nie­któ­rych były tylko miej­sca, na in­nych dzie­ci lub do­ro­śli, ale wszy­scy zbyt nie­wy­raź­ni, by dało się ich roz­po­znać. Nikłe, brud­no­fio­le­to­we świa­tło też nie po­ma­ga­ło.

– Ma­rze­nia? To są zdję­cia – za­uwa­żył Adaś z nutą roz­cza­ro­wa­nia w gło­sie.

Klara tylko się uśmiech­nę­ła.

– Weź jedno.

– Które?

– Obo­jęt­nie.

Więc Adaś się­gnął po pierw­szy z brze­gu pro­sto­kąt­ny ka­wa­łek pa­pie­ru i…

Niebo.

Jasne, pra­wie bez­chmur­ne, spo­koj­ne i po­god­ne. Wy­so­ko na nim słoń­ce, które grze­je w plecy. Da­le­ko w dole pę­dzi­ły góry, rzeki, zie­lo­ne ni­zi­ny, mia­sta, morza.

Krzyk­nął… a potem do­tarło do niego, że nie spada, tylko unosi się w po­wie­trzu.

– Fajne, co? – Tuż obok, do­słow­nie zni­kąd, po­ja­wi­ła się Klara. – To wła­śnie jest ma­rze­nie. Ktoś zgu­bił całą skrzyn­kę! Le­ża­ła, po­rzu­co­na na pust­ko­wiu, ob­la­zły ją już cie­nie, kiedy ją zna­leź­li­śmy, więc mu­sia­ła leżeć tam bar­dzo długo. Gdyby ten ktoś miał ją zna­leźć, to już dawno by to zro­bił, więc… wzię­li­śmy ją. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Albo ją wy­rzu­cił – dodał Adaś po na­my­śle.

– Kto by chciał wy­rzu­cić ma­rze­nia?

Adaś wzru­szył ra­mio­na­mi. Sam nie pa­mię­tał, kiedy ostat­nio ma­rzył.

– Są też inne, bar­dziej… Mu­sisz zo­ba­czyć. – Dziew­czyn­ka znik­nę­ła i zaraz po­ja­wi­ła się po­now­nie. – Puść zdję­cie.

Chło­piec spo­strzegł, że nadal ści­skał w pal­cach spło­wia­łą fo­to­gra­fię, która ło­po­ta­ła na wie­trze. Zwol­nił uścisk i… znów był w tchną­cej wil­go­cią kry­jów­ce.

– Spró­buj – za­chę­ca­ła go Klara, wska­zu­jąc na jedną z fo­to­gra­fii. Mała Pyza na jej ko­la­nach wciąż przy­pa­try­wa­ła się chłop­cu, przy­po­mi­na­jąc mu o Mar­ce­li­nie.

Dotyk jed­ne­go palca wy­star­czył, by Adaś prze­niósł się z domu star­szej pani wprost do – ro­zej­rzał się po do­brze zna­nym miej­scu, nie było mowy o po­mył­ce – wła­sne­go po­ko­ju!

Roz­po­zna­wał swoje łóżko i kufer na kloc­ki, i pudła na za­baw­ki, i regał z książ­ka­mi. Wszyst­ko stało na swoim miej­scu. Pra­wie wszyst­ko. Bra­ko­wa­ło łóżka Mar­ce­li­ny. Czyż­by…

Wy­biegł z po­ko­ju, w trzech kro­kach po­ko­nał nie­wiel­ki ko­ry­tarz i wpadł do sy­pial­ni ro­dzi­ców. Był tam, był tam! Obok mamy, uko­cha­na twarz, któ­rej nie wi­dział tak dawno. Miał ocho­tę sko­czyć pro­sto na tatę, przy­tu­lić go i nigdy, ale to nigdy nie pusz­czać.

Drgnię­cie dłoni ze­rwa­ło po­łą­cze­nie, palec od­su­nął się od pa­pie­ru. Chło­piec szkli­sty­mi ocza­mi spoj­rzał na Klarę. Chciał chwy­cić fo­to­gra­fię, ści­snąć ją i za­gar­nąć dla sie­bie, ale dziew­czy­na mu nie po­zwo­li­ła.

– Razem – po­wie­dzia­ła, a on przy­tak­nął. Co za róż­ni­ca, czy one tam będą, skoro znów zo­ba­czy ro­dzi­ców?

We troje we­szli w ma­rze­nie.

Nie był w domu, choć to miej­sce rów­nież roz­po­zna­wał. Park miej­ski. Na zie­lo­nej tra­wie roz­sta­wio­ne były drew­nia­ne stoły z prze­ką­ska­mi, opo­dal nich roz­ło­żo­no ko­lo­ro­we koce pełne pik­ni­ko­wych koszy i za­ba­wek. Dalej, na po­la­nie, trwa­ła za­ba­wa.

– Adam, nie ocią­gaj się! – Kiedy usły­szał ten głos, coś ści­snę­ło go w sercu.

– Tata! – za­wo­łał i po­biegł pro­sto tam, skąd do­bie­ga­ło wo­ła­nie.

W tłu­mie do­ro­słych zna­lazł swo­ich ro­dzi­ców. Ści­snął nogę taty i wtu­lił się mocno. Zaraz oj­cow­skie ręce pod­nio­sły go i w jed­nej chwi­li sie­dział u taty na ba­ra­na. Pra­wie za­po­mniał, że to tylko ma­rze­nie, wszyst­ko było takie praw­dzi­we!

Rzu­cił okiem na ludzi wokół. Tam, po pra­wej, czy to Mar­ce­li­na?! Wi­dząc ją, nawet tro­chę się ucie­szył, ale zaraz przy­po­mniał sobie, że prze­cież Pyza jest tu z nimi. Męż­czy­zna, na któ­re­go kolanach siedziała dziew­czyn­ka, wcale nie przy­po­mi­nał ojca Mar­ce­li.

Do­strzegł też Klarę. Le­ża­ła na jed­nym z koców z dwój­ką do­ro­słych i grała w karty. Wszy­scy byli tacy ra­do­śni – i on też. Każdą czę­ścią swo­je­go ciała od­czu­wał tę ra­dość. Wy­peł­nia­ła go po brze­gi, od pal­ców stóp aż po ko­niu­szek głowy.

Dla­cze­go więc gdzieś głę­bo­ko w środ­ku czuł, że cze­goś mu tutaj bra­ko­wa­ło?

 

*

 

– Nie po­win­ni ci tego po­ka­zy­wać, synku. – Star­sza pani, którą dzie­cia­ki na­zy­wa­ły bab­cią, zro­bi­ła za­tro­ska­ną minę. – Sami też nie po­win­ni się tym bawić. Ma­rze­nia są pięk­ne, ale żyć w ma­rze­niu… – Po­ło­ży­ła ak­cent na ostat­nie trzy słowa, by dać wyraz tego, że to się jej nie mie­ści w gło­wie. – Nie można za­po­mi­nać, co jest praw­dą, a co snem, ina­czej po­zo­sta­nie tylko go­rycz w sercu.

Słu­chał ze skru­szo­ną miną.

Do­wie­dział się wcze­śniej, że przy­nie­śli go tutaj, bo nie chciał pu­ścić zdję­cia. Tak mocno za­ci­snął na nim palce, że nie mogli go wy­cią­gnąć, a bali się je uszko­dzić. Nie wie­dzie­li prze­cież, co wtedy może się stać. Je­dy­nym wyj­ściem było po­wie­dzieć o wszyst­kim babci. Sta­rusz­ka za­bra­ła skrzyn­kę, a więk­szość dzie­cia­ków przy­ję­ła to z żalem, ale bez gnie­wu. Tylko Mała Stopa pa­trzył teraz wrogo na spraw­cę za­mie­sza­nia.

Adaś znów tra­fił do po­ko­ju ze sło­ja­mi. I znów mu­siał wypić jakąś dziw­ną mik­stu­rę. Była zie­lo­na, ale nie żywo zie­lo­na jak ostat­nio, miała ciem­ny od­cień.

– Tu zioła już nie po­mo­gą – uspra­wie­dli­wia­ła się sta­rusz­ka, pod­su­wa­jąc mu kie­li­szek. – Ak­cep­ta­cja jest mdła, żadne do­dat­ki tego nie zmie­nią. Wcią­gnij ją dusz­kiem. To nie­wiel­ka dawka, ale po­win­na wy­star­czyć. Wolę nie prze­sa­dzić, bo zro­bisz mi się tutaj zo­bo­jęt­nia­ły i po­zba­wio­ny wła­sne­go zda­nia – wes­tchnę­ła. – Tak się urzą­dzić… Gdyby Ża­rów­ko­wy Ry­cerz wcze­śniej wró­cił, to co ja bym mu po­wie­dzia­ła? Uwa­żaj na sie­bie, synku, są osoby, któ­rym na tobie za­le­ży.

Chło­piec prze­chy­lił kie­li­szek i po­łknął płyn na raz. Napój był tak mdły, że aż zro­bi­ło mu się nie­do­brze w żo­łąd­ku. Ale za to le­piej zro­bi­ło mu się na sercu.

– Pan Ża­rów­ka? To on po mnie przyj­dzie?

– To jasne, że przyj­dzie! – żach­nę­ła się bab­cia. – Nigdy nie zo­sta­wia tych, któ­rym coś obie­cał. A tobie coś obie­cał, praw­da? A nawet jeśli nie, to na pewno obie­cał coś sa­me­mu sobie, on już taki jest. Kiedy się uprze, to nic go nie po­ko­na.

– Nawet Smut­na Pani?

– Zwłasz­cza Smut­na Pani! Jego jed­ne­go nigdy nie bę­dzie miała w swo­jej mocy.

Adaś za­czy­nał już się przy­zwy­cza­jać do tego, że nie ro­zu­miał nic a nic z od­po­wie­dzi miesz­kań­ców ciem­nej kra­iny.

– Nie prze­grał­by ze Smut­ną Panią? To czemu po­zwa­la jej rzą­dzić?

Ko­bie­ta ro­ze­śmia­ła się w głos.

– Och, synku, on prze­gry­wa z nią raz za razem! Pew­nie nawet teraz gdzieś tam prze­gry­wa! Ale to nie zna­czy, że zo­stał po­ko­na­ny.

– Prze­pra­szam… mogę wejść? – W uchy­lo­nych drzwiach po­ja­wi­ła się twarz Klary. Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, dziew­czyn­ka wy­śli­zgnę­ła się do środ­ka, de­li­kat­nie za­trza­sku­jąc drzwi.

– Tak, dzie­ci­no? – Sta­rusz­ka sta­ra­ła się brzmieć sta­now­czo.

– Ja chcia­łam… To wszyst­ko przeze mnie. To ja ka­za­łam wziąć Ada­sio­wi to zdję­cie…

– Nie! – wtrą­cił się Adaś. – To ja nie chcia­łem wró­cić z ma­rze­nia i w końcu cał­kiem się za­gu­bi­łem!

– Wszy­scy za­cho­wa­li­ście się nie­roz­sąd­nie – od­par­ła sta­rusz­ka. – Mam na­dzie­ję, że zro­zu­mie­li­ście swój błąd.

Klara zwie­si­ła głowę, jej po­licz­ki oblał ru­mie­niec.

– Czy Ada­sio­wi nic nie bę­dzie?

– Na szczę­ście po­wia­do­mi­li­ście mnie w porę.

W dło­niach dziew­czyn­ki po­ja­wi­ła się zło­żo­na na czte­ry kart­ka pa­pie­ru.

– To od Pyzy – wy­zna­ła Klara, wrę­cza­jąc ją chłop­cu. Kiedy roz­ło­żył pa­pier, zo­ba­czył pro­sty, tro­chę nie­zgrab­ny ry­su­nek na­ma­lo­wa­ny wszyst­ki­mi ko­lo­ra­mi tęczy, na któ­rym roz­po­znał Ża­rów­ko­we­go Ry­ce­rza, sta­rusz­kę, dzie­cia­ki i sie­bie.

– Przy­po­mi­nasz jej brata – wtrą­ci­ła zbie­racz­ka ko­lo­rów. – Tobie ona też kogoś przy­po­mi­na.

– Nie je­stem jej bra­tem – od­parł chło­piec. Sam nie wie­dział, czy mówił o Pyzie, czy o Mar­ce­li­nie i po­czuł się nagle bar­dzo źle, że to po­wie­dział.

– Ależ ona o tym wie – sta­rusz­ka uśmiech­nę­ła się ze zro­zu­mie­niem, a jej twarz nie zdra­dza­ła ni­cze­go prócz życz­li­wo­ści – Stra­ci­ła go jesz­cze przed tym, gdy na­de­szła ciem­ność. Nikt nie za­stą­pi jej brata. Ale to nie zna­czy, że nikt nie może stać się jej bli­ski jak brat.

Nigdy nie miał ro­dzeń­stwa, więc Mar­ce­la nie miała kogo Ada­sio­wi za­stą­pić, ale czy mogła być dla niego jak sio­stra? A jej oj­ciec? Adaś nie wy­obra­żał sobie, by ktoś inny mógł być dla niego kie­dyś jak tata…

Coś za­dud­ni­ło i za­ło­mo­ta­ło.

Dzie­ci wzdry­gnę­ły się. Klara chwy­ci­ła Ada­sia za rękę.

Od­głos cięż­kich kro­ków do­bie­gał z ko­ry­ta­rza. Drzwi nie­opo­dal po­ko­ju ze sło­ika­mi otwo­rzy­ły się z ło­sko­tem. Potem ko­lej­ne. I ko­lej­ne.

Sta­rusz­ka ze­rwa­ła się po­spiesz­nie i otwo­rzy­ła drzwi, nim to coś zdą­ży­ło nimi trza­snąć i po­strą­cać cenne słoje na pod­ło­gę.

– Uwa­żał­byś tro­chę! – syk­nę­ła. – Moje zbio­ry są de­li­kat­ne!

W progu stał Ża­rów­ko­wy Ry­cerz.

– Ty nadal w łóżku?! Wsta­waj, nie ma czasu do stra­ce­nia! Zaraz ru­sza­my.

Adaś zrzu­cił z sie­bie pie­rzy­nę, jedną nogę wy­sta­wił za kra­wędź łóżka, ale zbyt za­sko­czo­ny, by dzia­łać zde­cy­do­wa­nie. Cie­szył się, że Klara była obok i jesz­cze nie pu­ści­ła jego dłoni.

– Gdzie? – za­py­tał, bo to py­ta­nie pierw­sze wpa­dło mu do głowy.

Hełm Ża­rów­ko­we­go Ry­ce­rza bły­snął ni­czym mor­ska la­tar­nia. Choć nie dało się tego po­znać po gło­sie, szyb­ki ruch klat­ki pier­sio­wej wska­zy­wał, że ry­cerz bar­dzo się spie­szył, by tu do­trzeć.

– Nie gdzie, tylko po kogo! Po twoją sio­strę, rzecz jasna!

 

*

 

Oka­za­ło się, że przez cały ten czas, kiedy Adaś do­cho­dził do sie­bie w domu ko­lek­cjo­ner­ki ko­lo­rów, Ża­rów­ko­wy Ry­cerz pra­co­wał nad wy­peł­nie­niem zło­żo­nej obiet­ni­cy. Nie była to obiet­ni­ca wy­po­wie­dzia­na – nie zdą­żył tego zro­bić, nim chło­piec stra­cił przy­tom­ność przez jad roz­pa­cza­ka – ale ry­cerz już wcze­śniej obie­cał sobie pomóc chłop­cu, a słowa do­trzy­my­wał za­wsze.

Szyb­ko jak hu­ra­gan po­ko­nał pust­ko­wie, do­tarł do gór na chy­ba-pół­no­cy i do oce­anu na daj­my-na-to-za­cho­dzie, a wszę­dzie, gdzie spo­tkał jakąś dobrą duszę od­da­ną słusz­nej spra­wie, wy­py­ty­wał o małą dziew­czyn­kę i plu­szo­we­go misia.

Do­wie­dział się od ho­dow­cy świe­tli­ków, że grupa smu­ta­sów pro­wa­dzi­ła łka­ją­cą dziew­czyn­kę do ich sie­dzi­by w Miej­scu La­men­tów. Dziew­czyn­ka ta miała nieść plu­szo­wą ma­skot­kę i wołać po­przez płacz swo­je­go brata i ojca, cho­ciaż o mamie nie wspo­mi­na­ła. Ry­cerz nie miał wąt­pli­wo­ści, że to mu­sia­ła być Mar­ce­li­na, bo za­gu­bio­ne dzie­ci z plu­szo­wy­mi mi­sia­mi rzad­ko po­ja­wia­ły się zni­kąd na pust­ko­wiu. W ogóle na pust­ko­wiu rzad­ko po­ja­wia­ło się co­kol­wiek – dla­te­go było pust­ko­wiem.

Wró­cił więc po chłop­ca, w na­dziei, że ten już wy­li­zał się z ran.

Nie tra­ci­li czasu na dłu­gie po­że­gna­nia, obie­cu­jąc sobie, że jesz­cze tu wrócą, razem, we trój­kę.

Mała Pyza ze smut­ną miną, po­cią­ga­jąc nosem, ma­cha­ła im na po­że­gna­nie, ale, rzecz jasna, nie mogli tego zo­ba­czyć.

Pę­dzi­li na nie­wi­dzial­nym, nie­wy­da­ją­cym dźwię­ku, niemającym za­pa­chu ru­ma­ku, któ­re­go Ża­rów­ko­wy Ry­cerz zwał Wiarą. Co jakiś czas Ry­cerz ścią­gał z ple­ców łuk i wy­pusz­czał w dal świe­tlów­ko­wą strza­łę, by oświe­tlić drogę i obrać kie­ru­nek. Zbro­ja pro­mie­nio­wa­ła cie­płem. Roz­my­te ogni­ki świa­te­łek tań­czy­ły w jed­nym ryt­mie, a Wiara ko­ły­sa­ła cia­łem Ada­sia mia­ro­wo i przy­jem­nie. Omal nie spadł, kiedy ry­cerz wstrzy­mał konia.

– Czas na po­stój – oznaj­mił męż­czy­zna, zesko­czyw­szy z sio­dła, i po­mógł chłop­cu zejść z grzbie­tu nie­wi­dzial­ne­go ru­ma­ka.

– Czemu sta­je­eemy­yy? – ziew­nął chło­piec i prze­tarł piąst­ka­mi oczy.

– Przy­da nam się chwi­la od­po­czyn­ku, ina­czej ktoś tu zaraz spad­nie z konia – stwier­dził Ża­rów­ko­wy Ry­cerz, zdej­mu­jąc rę­ka­wi­cę, i przy­jaź­nie po­tar­gał dzie­cię­cą czu­pry­nę. – A to chyba naj­lep­sze miej­sce na po­stój – stwier­dził Ry­cerz za­gad­ko­wo i po­szedł głę­biej w ciem­ność, oświe­tla­jąc ko­lej­ne skraw­ki pu­stej prze­strze­ni, aż na­tra­fił na ścia­nę. Tam, po kilku kro­kach w prawo, od­na­lazł me­cha­nizm z wiel­ką dźwi­gnią. Wy­cią­gnął z sakwy dwa białe, wal­co­wa­te przed­mio­ty, wci­snął je w dziu­ry mię­dzy ka­bla­mi i po­cią­gnął rącz­kę dźwi­gni w dół.

Coś za­bu­cza­ło, za­zgrzy­ta­ło i ob­le­pio­ne ku­rzem lampy roz­bły­sły. W świe­tle Adaś zo­ba­czył stare cyr­ko­we na­mio­ty, dawno opusz­czo­ne ga­bi­ne­ty lu­ster i za­rdze­wia­łe ka­ru­ze­le. Na dru­gim końcu we­so­łe­go mia­stecz­ka za­mi­go­tał na wpół za­wa­lo­ny dia­bel­ski młyn.

Adaś, już jedną nogą w kra­inie snu, roz­bu­dził się, wstał i cie­szył oczy wi­do­kiem ko­lo­ro­wych świa­teł, pa­trzył na fi­gu­ry jed­no­roż­ców, gry­fów i słoni, z wolna ob­ra­ca­ją­ce się na ka­ru­ze­li, na ta­bli­ce za­chę­ca­ją­ce do obej­rze­nia tre­so­wa­nych lwów i uczest­nic­twa w po­ka­zach magii.

Lu­na­park był tak duży jak ten, który miał od­wie­dzić razem z tatą.

– Wy­bierz­my jeden z na­mio­tów – Ry­cerz chwy­cił cugle i skie­ro­wał się w głąb ruin we­so­łe­go mia­stecz­ka.

Sio­dło i uprząż pły­nę­ły za nim w po­wie­trzu. Adaś za­rzu­cił ple­cak na ramiona, wci­snął pod pachę zwi­nię­ty pled i ru­szył za nimi. Naj­mniej znisz­czo­ny oka­zał się na­miot wróż­ki. W cen­trum po­miesz­cze­nia stały dwa krze­sła i okrą­gły stół, któ­re­go blat przy­kry­wa­ła wy­brzu­szo­na na środ­ku płach­ta ma­te­ria­łu.

– Tu bę­dzie do­brze. Mo­żesz roz­ło­żyć się na po­dusz­kach. – Wska­zał kąt, w któ­rym leżał stos za­ku­rzo­nych po­duch.

– A ty? – za­py­tał Adaś.

– Nie martw się o mnie. Wezmę pierw­szą wartę.

Chło­piec po­ło­żył się z po­czu­ciem winy. Za­ci­snął po­wie­ki i okrył się ple­dem. Leżał, krę­cił się w miej­scu, szu­ka­jąc do­god­nej po­zy­cji, kilka razy my­ślał nawet, że ją zna­lazł, ale nie mógł za­snąć. Pró­bo­wał li­czyć ba­ra­ny, ale bez­sku­tecz­nie – cały czas na­cho­dzi­ły go myśli.

My­ślał o tym, że tę­sk­ni do mamy, że chciał­by być już z po­wro­tem w domu, że nie­po­trzeb­nie do­ku­czał Mar­ce­li­nie, że mógł po­zwo­lić jej ten jeden raz spać z jego mi­siem, cho­ciaż był jego, a ona miała wła­sne za­baw­ki. My­ślał o tym, co teraz się z nimi, to zna­czy z mi­siem i Mar­ce­li­ną, dzie­je i tro­chę się o nich mar­twił, a im dłu­żej się mar­twił, tym wię­cej my­ślał o Mar­ce­li. Jemu się po­szczę­ści­ło, spo­tkał Pana Ża­rów­kę i dzie­cia­ki, i ich bab­cię za­stęp­czą, a Mar­ce­li­na? Co jej się przy­tra­fi­ło? Nadal miała misia? Nie zgu­bi­ła go?

Roz­my­ślał i coraz bar­dziej się za­mar­twiał, aż miał wra­że­nie, że stał się bar­dzo mały, że zmniej­szył się do roz­mia­ru pyłku i zdany jest na los, a sam nic, ale to nic nie może zro­bić, nie może nawet za­snąć, cho­ciaż przed chwi­lą był taki zmę­czo­ny – i drę­czył­by się tak dalej, gdyby nie świa­tło.

– Moja kolej? – za­py­tał, pod­no­sząc się z po­duch, szary od kurzu tak jak one, ale w na­mio­cie nie było Ża­rów­ko­we­go Ry­ce­rza. Adaś pod­szedł do sto­li­ka, wszedł na krze­sło i sta­nął na nim. Po­cią­gnął ma­te­riał i od­sło­nił szkla­ną kulę.

Szkla­na kula po­win­na po­ka­zy­wać przy­szłość, więc Adaś przy­mknął po­wie­ki, zbli­żył twarz do kuli, po­stu­kał pal­cem w szkla­ną po­wierzch­nię, ale nic się nie…

Stra­cił rów­no­wa­gę, krze­seł­ko za­chwia­ło się i prze­wró­ci­ło, a chło­piec upadł na dywan, ścią­ga­jąc ze sobą na­kry­cie stołu. Kula stur­la­ła się z blatu, po­to­czy­ła do wyj­ścia z na­mio­tu i znik­nę­ła. Z ze­wnątrz do­bie­ga­ła mu­zy­ka i szmer gło­sów. Adaś wstał, po­ma­so­wał obo­la­łe ramię i ostroż­nie wy­szedł z na­mio­tu, by się ro­zej­rzeć.

We­so­łe mia­stecz­ko tęt­ni­ło ży­ciem.

Lu­dzie zni­ka­li i zaraz po­ja­wia­li się w in­nych miej­scach, to sta­wa­li się prze­zro­czy­ści, to znów cał­kiem praw­dzi­wi. Wokół wszyst­kich uno­si­ła się żół­topo­ma­rań­czo­wa po­świa­ta.

Ża­rów­ko­wy Ry­cerz za­trzy­mał butem kulę i z jedną ręką na rę­ko­je­ści mie­cza, a drugą w po­bli­żu re­wol­we­ru, w sku­pie­niu ob­ser­wo­wał zjawy.

– Co się dzie­je? – za­py­tał Adaś, sta­nąw­szy bar­dzo bli­sko ry­ce­rza, roz­glą­da­jąc się wokół sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. – Czy to…

– To nie duchy – od­parł ry­cerz. – Kiedy ktoś od­cho­dzi, nie może już wró­cić, nawet jako duch. To ka­wał­ki wspo­mnień. Nasza wi­zy­ta mu­sia­ła je obu­dzić.

Chło­piec przyj­rzał się zja­wom do­kład­niej. Rze­czy­wi­ście, każda z nich po­ja­wia­ła się, ro­bi­ła za każ­dym razem to samo, a potem zni­ka­ła i znów po­ja­wia­ła się tam, gdzie na po­cząt­ku.

– Wspo­mnie­nia? Czyli nic nam nie grozi?

– Wspo­mnie­nia po­tra­fią być nie­bez­piecz­ne. Mogą cię wcią­gnąć, a cza­sem nawet zra­nić. Le­piej bądź­my ostroż­ni… Po­ja­wia się ich coraz wię­cej. To frag­men­ty ra­do­snych chwil, więc moja broń nie zda się na nic.

Po­sta­ci było coraz wię­cej, jedne szły ku nim, inne po­ja­wia­ły się obok cał­kiem bez ostrze­że­nia. Ry­cerz chwy­cił rękę Ada­sia. Twa­rze i ciała lu­dzi-zjaw, do­ro­słych i dzie­ci, po­ja­wia­ły się tuż przed jego ocza­mi, tak, że nie mógł nawet od­gad­nąć, kogo, ko­bie­tę, męż­czy­znę, na­sto­lat­ka, czy sta­rusz­ka, wła­ści­wie widzi. Cał­kiem przy­sła­nia­ły mu Ża­rów­ko­we­go Ry­ce­rza i tylko uścisk dłoni przy­po­mi­nał o tym, że nadal są razem.

– Trzy­maj się mocno! – krzyk ry­ce­rza prze­bił się przez plą­ta­ni­nę roz­mów. – Prze­trzy­ma­my ude­rze­nie fali, a potem znaj­dzie­my Wiarę i…

Wię­cej Adaś nie usły­szał, słowa zlały się z gwa­rem tłumu, który na­tarł na nich z całą swoją siłą, a im bar­dziej wspo­mnie­nia były wy­raź­ne, tym moc­niej chło­piec od­czu­wał ich napór, ale Ża­rów­ko­wy Ry­cerz trzy­mał go mocno. Fala wspo­mnień przy­kry­ła na­miot wróż­ki, do­tar­ła do gra­nic we­so­łe­go mia­stecz­ka, a potem za­czę­ła się cofać, aż wresz­cie ry­cerz i chło­piec mogli się zo­ba­czyć. Mogli ru­szyć tam, gdzie przy­wią­za­li konia, o ile po­chód du­chów prze­szło­ści nie spło­szył Wiary i nie ucie­kła w ciem­ność, gdzie trud­no by­ło­by ją od­na­leźć.

Wtedy nadal spo­czy­wa­ją­ca u ich stóp szkla­na kula wy­bu­chła, uwal­nia­jąc świa­tło, błysz­czą­cy pył i wi­cher, który uniósł Adasia i porwał w nieznane.

 

*

 

Wy­so­ko nad głową chłop­ca wi­sia­ły chmu­ry, nie­ru­cho­me na błę­kit­nym tle, przy­po­mi­na­ją­ce roz­rzu­co­ne kłęb­ki waty. Prze­bi­ja­ło mię­dzy nimi świa­tło słoń­ca, które za­trzy­ma­ło się w po­ło­wie drogi po nie­bie. Stę­chłe po­wie­trze draż­ni­ło nos.

– Auu – pi­snął, do­tknąw­szy głowy. Spa­da­jąc, nabił sobie guza.

Tylko gdzie on tra­fił?

Nad głową miał niebo, ale to niebo wy­da­wa­ło mu się dziw­ne, choć nie po­tra­fił po­wie­dzieć dla­cze­go. Leżał po­śród trawy, ale ta też nie była zwy­czaj­na. Twar­de źdźbła draż­ni­ły skórę, za­miast ukła­dać się pod nim jak mięk­kie po­sła­nie. Zaraz jed­nak prze­stał się nad tym za­sta­na­wiać, bo do jego nosa do­tarł sma­ko­wi­ty, do­brze znany za­pach. Na­le­śni­ki z sy­ro­pem klo­no­wym. Na samą myśl ob­li­zał wargi.

Sta­nął chwiej­nie i ro­zej­rzał się za źró­dłem ape­tycz­nej woni. Nie­opo­dal, tuż obok stru­my­ka, stała drew­nia­na chat­ka. Chło­piec pod­kradł się tam ostroż­nie, zer­k­nął do środ­ka, ale zaraz czmych­nął pod wąski pa­ra­pet i przy­warł ple­ca­mi do ścia­ny,

– Spo­koj­nie, nie mu­sisz się bać. – Po­stać, która wy­chy­li­ła się z okna, od razu go do­strze­gła. Kiedy Adaś spoj­rzał w górę, przy­wi­tał go przy­ja­zny uśmiech.

– Jak ci na imię? – za­py­ta­ła ko­bie­ta. Dźwięk jej głosu był jak grzan­ki po­sma­ro­wa­ne mio­dem.

Za­miast chłop­ca ode­zwał się jego brzuch.

– Nie roz­ma­wiasz z nie­zna­jo­my­mi? To bar­dzo mą­drze… ale sły­szę, że je­steś głod­ny. – Ko­bie­ta znik­nę­ła w środ­ku, by po chwi­li po­ja­wić się z ta­le­rzem na­le­śni­ków. Po­ło­ży­ła go na pa­ra­pe­cie.

Adaś nie na­my­ślał się długo, zaraz po­chło­nął pierw­sze­go na­le­śni­ka. Sma­ko­wał wy­bor­nie. Do­kład­nie takie ro­bi­ła jego mama. Czy ktoś, kto sma­żył tak dobre na­le­śni­ki, mógł­by mieć złe za­mia­ry? Na pewno nie.

– Gdzie ja je­stem? – za­py­tał, ob­li­zu­jąc palce z sy­ro­pu. – Muszę od­na­leźć Pana Ża­rów­kę.

– Zgu­bi­łeś się?

Po­ki­wał głową, a ko­bie­ta znów znik­nę­ła na mo­ment, a kiedy po­now­nie sta­nę­ła w oknie, miała ze sobą spodek z ka­wał­kiem babki cy­try­no­wej i szklan­kę kakao. Nie po­sta­wi­ła ich jed­nak na pa­ra­pe­cie. 

– Może wej­dziesz? Kiedy ktoś cię szuka, naj­le­piej zo­stać w jed­nym miej­scu. W innym wy­pad­ku bę­dzie­cie oby­dwaj pró­bo­wa­li się na­wza­jem od­na­leźć i tylko się mi­nie­cie.

To mu­sia­ła być praw­da, mama po­wie­dzia­ła mu kie­dyś coś po­dob­ne­go. Ale Adaś czuł, że musi stąd ru­szać… tylko za bar­dzo nie wie­dział dokąd.

– To jak, po­cze­ka­my razem na Pana Ża­rów­kę? – do­py­ty­wa­ła ko­bie­ta, prze­wra­ca­jąc na pa­tel­ni ko­lej­ne­go na­le­śni­ka.

 

*

 

– To po­twor­ne! – Błę­kit­ne oczy ko­bie­ty za­szkli­ły się. – Taki młody chłop­czyk, a prze­żył już tak wiele!

Adaś koń­czył wła­śnie babkę i po­pi­jał kakao. Opo­wie­dział już o wszyst­kim, co go spo­tka­ło. W wiel­kim skró­cie, oczy­wi­ście. Ale za to za­czął od sa­me­go po­cząt­ku.

– Prze­cież mi­nę­ły do­pie­ro dwa lata! Masz prawo tę­sk­nić za tatą. – Miesz­kan­ka chat­ki sta­nę­ła za krze­słem, na któ­rym sie­dział, i przy­tu­li­ła jego głowę do pier­si. – To nor­mal­ne, że nadal od­czu­wasz smu­tek. Twój miś jest dla cie­bie bar­dzo ważny. – Adaś przy­tak­nął, a ko­bie­ta po­gła­dzi­ła jego włosy. – Mama nie po­win­na po­zwa­lać na to, żeby obca dziew­czyn­ka ro­bi­ła ci na złość.

– Mar­ce­la… ona… chyba nie chcia­ła nic złego… Jej bra­ku­je mamy, a mój miś… wi­dzia­ła, że po­ma­gał mi za­snąć… Teraz muszę ich ura­to­wać.

– Je­steś bar­dzo dziel­ny, ale na małym chłop­cu nie po­win­na spo­czy­wać tak wiel­ka od­po­wie­dzial­ność. Ten cały Ża­rów­ka…

– Tak na­praw­dę to ry­cerz. Ża­rów­ko­wy Ry­cerz. Po­ma­ga mi.

– Nie po­ra­dził­by sobie sam? – po­wąt­pie­wa­ła ko­bie­ta.

– Nie ro­zu­mie pani! Je­ste­śmy dru­ży­ną, razem po­ko­na­my ciem­ną kra­inę… Dla­cze­go tu tak jest? – za­py­tał chło­piec, po­nie­waż wąt­pli­wo­ści wró­ci­ły. – Dla­cze­go tu jest jasno?

Ko­bie­ta pu­ści­ła go i po­de­szła do ku­chen­ki.

– Wiem, jak jest wszę­dzie in­dziej – po­wie­dzia­ła od­wró­co­na ple­ca­mi do Ada­sia. – To miej­sce może być ostat­nim, nad któ­rym nie pa­nu­je Smut­na Pani… ale nie myśl o tym teraz. Na pewno wszyst­ko się ułoży. – W jed­nej chwi­li prze­szła od za­du­my do bez­tro­skiej ra­do­ści. – A wiesz, co jest naj­lep­sze, by prze­stać choć na chwi­lę my­śleć o pro­ble­mach? Cie­płe kakao.

Na­la­ła ko­lej­ną szklan­kę i po­sta­wi­ła przed Ada­siem. Pa­ru­ją­cy napój za­chę­cał obiet­ni­cą sło­dy­czy.

– Chyba jedna szkla­necz­ka wię­cej nie za­szko­dzi? Hmm?

Chło­piec uznał, że fak­tycz­nie nie za­szko­dzi, jeśli wy­pi­je jesz­cze jedną por­cję. Opróż­nił szklan­kę za jed­nym razem, a kiedy ją od­sta­wił, ziew­nął prze­cią­gle i przy­po­mnia­ło mu się, że prze­cież nie zdą­żył się wy­spać.

– Przy­go­tu­ję ci łóżko – oznaj­mi­ła ko­bie­ta. – Prze­cież cze­ka­jąc na swo­je­go ry­ce­rza, mo­żesz się chwil­kę zdrzem­nąć, praw­da?

 

*

 

Kiedy wstał, było ciem­no. Spojrzał przez okno na roz­sia­ne po nie­bie kon­ste­la­cje gwiazd. Czuł, że po­wi­nien się spie­szyć. Zmie­nił pi­ża­mę na swoje dzien­ne ubra­nie, le­żą­ce na ko­mo­dzie nie­opo­dal łóżka, i na pal­cach prze­mknął przez przed­po­kój. Wzuł te­ni­sów­ki i otwo­rzył fron­to­we drzwi.

– Adaś, co się dzie­je? – za­py­ta­ła go, kiedy sta­nął w progu. Od­wró­cił się i zo­ba­czył jej syl­wet­kę w ni­kłym noc­nym świe­tle.

– Ja… – „muszę się spie­szyć”, chciał po­wie­dzieć, ale nie wie­dział, dla­cze­go.

– Wra­caj do łóżka.

Po­wie­trze było nie­ru­cho­me i pach­nia­ło stę­chli­zną. Jedna z gwiazd za­mi­go­ta­ła i zga­sła. Czuł, że po­wi­nien się spie­szyć, ale wśli­zgnął się pod koł­drę i za­padł w sen.

 

*

 

Wy­so­ko na nie­bie, nie­mal bez­po­śred­nio nad chat­ką, ni­czym gi­gan­tycz­na ża­rów­ka świe­ci­ło białe słoń­ce. Wy­glą­da­ło tak, jakby już było po­łu­dnie, a Adaś do­pie­ro za­bie­rał się do śnia­da­nia. Dziś były na­le­śni­ki z sy­ro­pem klo­no­wym i kakao. W mig opróż­nił ta­lerz i wstał od stołu.

Odkąd się obu­dził, nie mógł się uspo­ko­ić. Śnił o wie­trze w ciem­no­ści, o cho­in­ko­wych lamp­kach, o sło­jach wy­peł­nio­nych ko­lo­ra­mi tęczy, o po­go­ni za czymś i ten sen po­zo­sta­wił go z po­czu­ciem nie­do­koń­czo­nych spraw, ale chło­piec za nic nie mógł przy­po­mnieć sobie, co to były za spra­wy.

 

*

 

Słoń­ce zga­sło nagle, oznaj­mia­jąc tym samym ko­niec dnia wy­peł­nio­ne­go przy­jem­no­ścia­mi. Dziś nie było szko­ły i do wie­czo­ra grali w war­ca­by. Udało mu się wy­grać za każ­dym razem.

Noc była cie­pła i bez­wietrz­na. Umył zęby i, po­nie­waż dziś nie mu­siał się kąpać, leżał już pod koł­drą, wpa­tru­jąc w roz­gwież­dżo­ne niebo. Szu­kał gwiaz­do­zbio­rów, ale szło mu kiep­sko.

Ziew­nął.

To był świet­ny dzień, po­my­ślał, taki, który mógł­by trwać w nie­skoń­czo­ność.

Za­snął, gdy na nie­bie zga­sła ko­lej­na gwiaz­da.

 

 

*

 

– Idę na dwór! – za­wo­łał Adaś, kiedy tylko prze­łknął ostat­ni kęs na­le­śni­ka i dopił kakao. „Tylko się nie od­da­laj i nie pod­chodź do stru­mie­nia” usły­szał jesz­cze, nim wy­padł na ze­wnątrz i w parę kro­ków do­biegł do huś­taw­ki.

Był cie­pły, bez­wietrz­ny dzień, a w po­wie­trzu utrzy­my­wał się za­pach stę­chli­zny. Słoń­ce wi­sia­ło już wy­so­ko nad chat­ką, choć do­pie­ro co jedli śnia­da­nie.

Frag­ment ob­ło­ku ode­rwał się i opa­dał le­ni­wie w stro­nę po­la­ny, przy­ku­wa­jąc uwagę chłop­ca. Ten naj­pierw zer­k­nął w stro­nę chat­ki, a potem ze­sko­czył z huś­taw­ki i po­biegł w tam­tym kie­run­ku. Ostre źdźbła dra­pa­ły jego łydki. Czy trawa nie po­win­na być mięk­ka i miła w do­ty­ku?

Gdy był u celu, wło­żył rękę w śro­dek chmu­ry. Była w do­ty­ku jak wata, a po do­kład­niej­szych oglę­dzi­nach oka­za­ło się, że to jest wata. Naj­zwy­klej­sza wata pod słoń­cem. Czy chmu­ry po­win­ny być z waty?

Za­uwa­żył coś w tra­wie kil­ka­na­ście kro­ków od niego. Coś brą­zo­we­go, o nie­re­gu­lar­nym kształ­cie, może zwie­rzę, albo worek… albo mały ple­cak. Pod­szedł bli­żej, by le­piej przyj­rzeć się zna­le­zi­sku. Tak, to był ple­cak. Nie­zbyt duży. Pa­so­wał­by na niego. Ktoś mu­siał go zgu­bić. Tylko kto? Nie wi­dział tu ni­ko­go od… od… od… nie pa­mię­tał.

Z ple­ca­ka wy­sta­wał róg zło­żo­nej na czte­ry kart­ki. Adaś wy­cią­gnął ją ostroż­nie, jakby ple­cak miał naraz zmie­nić się w psa i go ugryźć. Kiedy roz­ło­żył pa­pier, oka­za­ło się, że to ry­su­nek. Osiem po­sta­ci na­kre­ślo­nych dło­nią dziec­ka – to zna­czy dziec­ka młod­sze­go od Ada­sia. Wszy­scy trzy­ma­li się za ręce.

Scho­wał kart­kę do kie­sze­ni, pod­niósł ple­cak i za­rzu­cił go na ra­mio­na.

– Chodź do domu, ko­cha­ny. Za chwi­lę się ściem­ni. – Ko­bie­ta przy­szła za nim, sta­nę­ła w po­ło­wie drogi do chat­ki.

Słoń­ce nadal było w tym samym miej­scu, ale zaraz mogło zga­snąć.

Tylko, że słoń­ce po­win­no wscho­dzić i za­cho­dzić, nie za­pa­lać się i ga­snąć jak ża­rów­ka. Tak samo jak trawa nie po­win­na być szorst­ka i twar­da, chmu­ry nie po­win­ny być z waty, oko­li­ca w od­da­li nie po­win­na wy­glą­dać jak roz­my­ty akwa­re­lo­wy ob­ra­zek, po­wie­trze nie po­win­no za­wsze mieć stę­chłe­go za­pa­chu, a na śnia­da­nie nie po­wi­nien co dzień jeść na­le­śni­ków z sy­ro­pem klo­no­wym.

– To wszyst­ko jest sztucz­ne!

– Nie miej mi za złe. Ja tylko chcia­łam ulżyć ci w cier­pie­niach – pró­bo­wa­ła się wy­tłu­ma­czyć ko­bie­ta z chat­ki, wi­dząc jego minę. – Je­steś od­waż­nym i do­brym chłop­cem, ale prze­cież tylko dziec­kiem, a dzie­ci po­win­ny mieć czas na bez­tro­skę i za­ba­wę, na odro­bi­nę za­po­mnie­nia. Wy­pra­wa ra­tun­ko­wa to spra­wa dla do­ro­słych.

– Nie chcia­łam cię skrzyw­dzić – kon­ty­nu­owa­ła ko­bie­ta, a w jej gło­sie prze­bi­jał ton praw­dzi­we­go smut­ku. – Je­dy­nie ulżyć i… Po pro­stu razem nie by­li­śmy sa­mot­ni. Czy to źle? Sam po­wiedz, czy źle nam było? Wróć ze mną. Scho­wa­my ple­cak, szyb­ko o wszyst­kim za­po­mnisz i bę­dzie jak daw­niej.

 Adaś wy­cią­gnął z kie­sze­ni ry­su­nek, by przyj­rzeć się po­sta­ciom. Pyza, Ta­dzio, Mała Stopa, Klara, Chyży, sta­rusz­ka i Pan Ża­rów­ka. Jesz­cze raz spoj­rzał na chat­kę nad stru­my­kiem i na ko­bie­tę.

– To jak bę­dzie? Wró­ci­my razem? Za­po­mni­my o spra­wie? – Jej głos wpa­dał do głowy Ada­sia, roz­le­wał się w środ­ku jak go­rą­ca cze­ko­la­da, za­chę­cał, by wy­rzu­cił ple­cak i zo­stał tu już na za­wsze.

Chło­piec po­trzą­snął głową.

To z pew­no­ścią były czary.

Ale Adaś wie­dział już, że szczę­ście to nie na­le­śni­ki co­dzien­nie na śnia­da­nie, to nie brak szko­ły i za­ba­wa do wie­czo­ra, ani ulu­bio­ne kre­sków­ki bez ogra­ni­czeń, a na pewno szczę­ściem nie było to, że nie pa­mię­tał o Ża­rów­ko­wym Ry­ce­rzu, o dzie­cia­kach, o ich babci, ani o mamie i tacie – zwłasz­cza o tacie – a nawet o Mar­ce­li­nie i tacie Mar­ce­li­ny.

Szczę­ście to… nie wie­dział tego jesz­cze, ale na pewno coś in­ne­go.

– Prze­stań! – krzyk­nął, a ko­bie­ta za­mil­kła i od­wró­ci­ła wzrok od chłop­ca. Se­kun­dy mi­ja­ły, a oni sie­dzie­li we frag­men­cie uszko­dzo­nej atra­py chmu­ry, nie wie­dząc, co po­cząć.

Kiedy sło­necz­na ża­rów­ka zga­sła, a w jej miej­sce za­pa­li­ły się setki mniej­szych, bia­łych świa­te­łek imi­tu­ją­cych gwiaz­dy, ko­bie­ta pod­nio­sła się z puchu i otrze­pa­ła su­kien­kę ze strzęp­ków waty.

– Sam nie dasz rady. Po­mo­gę ci – za­de­kla­ro­wa­ła, a Adaś spoj­rzał na nią zza przy­mru­żo­nych po­wiek.

Błysz­czą­cy pył po­de­rwał chłop­ca z ziemi i rzu­cił w górę, jakby to była szma­cia­na lalka. Oto­czył go ze wszyst­kich stron, za­mknął w sobie i wi­ru­jąc z siłą trąby po­wietrz­nej pchał wyżej i wyżej, szar­piąc drob­nym ośmio­lat­kiem na boki.

Adaś wy­le­ciał na po­wierzch­nię, za­to­czył krąg w po­wie­trzu, a pył po­niósł go w bez­piecz­ne miej­sce mię­dzy ma­syw­ny­mi szpry­cha­mi i wzmoc­nie­nia­mi dia­bel­skie­go młyna.

– Do zo­ba­cze­nia – usły­szał cichy szept. – W snach mnie spo­tkasz, jeśli ze­chcesz…

Pył go otu­lił i chło­piec za­snął, sku­lo­ny mię­dzy po­rdze­wia­ły­mi frag­men­ta­mi wiel­kie­go koła. Śnił o zie­lo­nej po­la­nie, o smaku na­le­śni­ków z sy­ro­pem klo­no­wym, o chat­ce nad stru­my­kiem i uśmie­chał się przez sen.

Wtedy zna­lazł go Ża­rów­ko­wy Ry­cerz.

 

*

 

– To Pia­sko­wa Wróż­ka.

Tym razem mroku wszech­obec­nej nocy nie roz­świe­tla­ła ogrom­na ża­rów­ka ani tęcza za­mknię­ta w sło­ikach, ani gro­ma­dy lam­pek u szczy­tu ja­ski­ni czy neony lu­na­par­ko­wych atrak­cji, ale naj­zwy­klej­sze ogni­sko.

– Mu­sia­ła już wcze­śniej zwró­cić na cie­bie uwagę, może kiedy byłeś we­wnątrz ma­rze­nia o ro­dzi­nie – kon­ty­nu­ował Ża­rów­ko­wy Ry­cerz. – Ma­rze­nia to też jej do­me­na. Tak samo chwi­le, do któ­rych czę­sto wra­ca­my my­śla­mi. Mo­głem wpaść na to wcze­śniej.

– My­śla­łem, że jest Pia­sko­wy Dzia­dek, nie Wróż­ka. Mama czy­ta­ła mi o nim.

– To jedna z po­sta­ci tej samej isto­ty – od­parł ry­cerz, ale chło­piec nie zro­zu­miał z tego zbyt wiele. – Nie­któ­re rze­czy mogą mieć wiele nazw i kształ­tów, a po­zo­sta­wać tym samym.

– Jak woda?

– Tak, jak woda.

– Albo sen? Sny też mogą być różne – dodał Adaś, prze­żu­wa­jąc pierw­szy, nadal go­rą­cy kęs.

– Tak, masz rację. Po­dob­nie jest z uczu­cia­mi. Twój tata od­szedł, ale nadal go ko­chasz, praw­da? – Chło­piec kiw­nął głową. – Ale ko­chasz też mamę i mo­żesz ko­chać wię­cej osób, każdą ina­czej. Nie za­brak­nie dla nich miej­sca.

– Długo tu je­ste­śmy? – prze­rwał mu chło­piec i wstał od ogni­ska, pró­bu­jąc ukryć blask oczu, które zwil­got­nia­ły od łez.

– Nie stra­ci­li­śmy wiele czasu – uspo­ko­ił go Ża­rów­ko­wy Ry­cerz, ale wstał razem z nim i za­sy­pał ogni­sko pia­skiem. Teraz jego hełm i zbro­ja po­zo­sta­ły je­dy­ny­mi źró­dła­mi świa­tła, a Adaś przy­po­mniał sobie o ukry­wa­ją­cych się w ciem­no­ściach stwo­rze­niach i za­drżał.

– Byłem tam kilka dni – od­parł, z tru­dem prze­łknąw­szy ogrom­ną por­cję.

– To moc Pia­sko­wej Wróż­ki. Są sny, które zdają się trwać le­d­wie kilka minut, a kiedy otwie­rasz oczy, ze­ga­rek po­ka­zu­je, że mi­nę­ło już osiem go­dzin i pora wstać. Są też takie, w któ­rych spę­dzasz dni i ty­go­dnie, a oka­zu­ją się być krót­ką drzem­ką. – Ry­cerz po­pra­wił sio­dło na grzbie­cie Wiary. – Wska­kuj.

Podał chłop­cu dłoń, a ten z jego po­mo­cą wdra­pał się na sio­dło. Ry­cerz jed­nym płyn­nym ru­chem zajął swoje miej­sce. Sio­dło za­fa­lo­wa­ło – to zna­czy po­ru­szył się nie­do­strze­gal­ny zmy­sła­mi koń.

– Ona… nie była złą wiedź­mą – stwier­dził Adaś. – Była tylko sa­mot­na i nie­szczę­śli­wa.

– Nie my­li­ła się co do cie­bie – dodał ry­cerz.

– Nie?

– Je­steś wy­jąt­ko­wo od­waż­nym dzie­cia­kiem. A twoje uczu­cia… pa­mię­taj, że są twoje i to naj­waż­niej­sze. Nie mu­sisz się ich wsty­dzić ani uda­wać, że ich nie na. Ani zmie­niać, nawet jeśli mówią ci to do­ro­śli. Zwłasz­cza jeśli mówią to do­ro­śli. Oni cza­sem już nie pa­mię­ta­ją, jak to jest mieć osiem lat. Obie­cu­jesz? – po­waż­nym tonem za­py­tał Ża­rów­ko­wy Ry­cerz.

– Obie­cu­ję.

– Do­brze. A teraz się trzy­maj – po­le­cił ry­cerz i po­pu­ścił lejce, a Wiara po­nio­sła ich w ciem­ność, szyb­ka jak je­sien­ny wi­cher.

 

*

 

Ko­lej­ny po­stój zro­bi­li przed miej­scem zwa­nym Wiel­ką Roz­pa­dli­ną. Ry­cerz ko­niecz­nie chciał mu coś po­ka­zać, jed­nak Adaś wi­dział tylko czerń, czerń przed nimi i za nimi, i po bo­kach.

– Chodź, po­dejdź do kra­wę­dzi – na­ma­wiał go Ża­rów­ko­wy Ry­cerz, a sam usiadł na ziemi i zwie­sił nogi w prze­pa­ść, co chło­piec po­znał po tym, że nagle znik­nę­ły w ciem­no­ści.

Cho­ciaż tro­chę oba­wiał się wy­so­ko­ści, a zwłasz­cza prze­pa­ści, któ­rej nie widać, Adaś ufał ry­ce­rzo­wi. Sta­nął za jego ple­ca­mi i ostroż­nie wy­chy­lił się do przo­du.

Da­le­ko w dole tań­czy­ły gwiaz­dy.

Były inne, niż te, które chło­piec znał z noc­ne­go nieba, oczy­wi­ście poza tym, że się po­ru­sza­ły – nie świe­ci­ły chłod­ną bielą, tylko róż­ny­mi od­cie­nia­mi złota i zie­le­ni. Urzą­dza­ły go­ni­twy. Spię­trza­ły się jak fale pod­czas sztor­mu i opa­da­ły w har­mo­nij­nym tańcu. Two­rzy­ły gro­ma­dy, roz­pra­sza­ły się i znów zbi­ja­ły w zwar­tą masę.

Adaś wie­dział już, że nawet w tym ciem­nym świe­cie można było zna­leźć coś pięk­ne­go, jak tęcza za­mknię­ta w sło­ikach albo ma­rze­nia o la­ta­niu, ale to nie umniej­sza­ło jego za­chwy­tu.

Usiadł obok ry­ce­rza, obej­mu­jąc jego ramię dla ase­ku­ra­cji, i też zwie­sił nogi w głąb prze­pa­ści.

– To świe­tli­ki – wy­ja­śnił Ża­rów­ko­wy Ry­cerz. – Nie prze­szka­dza im życie w ciem­no­ści. Noszą świa­tło w sobie. 

– Tak jak ty – od­po­wie­dział chło­piec, a ry­cerz przy­tu­lił go do sie­bie.

– Wiesz, czemu świe­cą? – za­py­tał, a Adaś po­krę­cił głową. – Bo nie chcą być same. W taki spo­sób się znaj­du­ją. Po­je­dyn­czy świe­tlik jest pra­wie nie­zau­wa­żal­ny, ale razem po­tra­fią świe­cić tak jasno, jak gwiaz­dy. Ro­zu­miesz, co mam na myśli?

Tym razem chło­piec kiw­nął na tak.

– Nie­ba­wem bę­dzie­my na miej­scu – oznaj­mił ry­cerz. – Tam nie bę­dzie bez­piecz­nie. Wiele może się wy­da­rzyć, ale zro­bi­my wszyst­ko, by ura­to­wać twoją sio­strę. Jeśli się nie pod­da­my, musi nam się udać. – Kiedy skoń­czył mówić, od­po­wie­dzia­ła mu tylko cisza.

Sie­dzie­li tam jesz­cze przed kilka chwil, pa­trząc w mil­cze­niu, jak ty­sią­ce ma­łych świa­te­łek two­rzą żywe mo­zai­ki złota i zie­le­ni, a potem ru­szy­li w dal­szą drogę.

 

*

 

– Je­ste­śmy w po­bli­żu – wy­szep­tał Ża­rów­ko­wy Ry­cerz, kiedy wje­cha­li na wzgó­rze i zsie­dli z konia. Lamp­ki na zbroi i hełm przy­ga­sły. – Za­cho­waj ciszę. To teren smu­ta­sów. Spró­bu­je­my się pod­kraść, ale w ciem­no­ści je­stem wi­docz­ny jak cho­in­ka… Zwy­kle nie za­przą­tam sobie głowy ata­kiem z za­sko­cze­nia.

Adaś przy­po­mniał sobie, że sta­rusz­ka, którą sam już na­zy­wał w my­ślach bab­cią, dała mu ple­cak, do któ­re­go spa­ko­wa­ła wszyst­ko, co jej zda­niem mo­gło­by się przy­dać. Bab­cia była mądrą i prze­wi­du­ją­cą ko­bie­tą.

– Mam coś dla cie­bie! – oznaj­mił, ścią­ga­jąc ple­cak. Gme­rał w nim po omac­ku przez chwi­lę, aż wy­cią­gnął czar­ny płaszcz.

– Czar­na roz­pacz – po­wie­dział ry­cerz, ma­ca­jąc ma­te­riał. – Smut­na Pani ma takie samo odzie­nie. Szczwa­na sta­rusz­ka, dała ci to w se­kre­cie, bym nie miał oka­zji za­py­tać, skąd to wzię­ła.

– Ka­za­ła po­wie­dzieć, że zbie­ra wszyst­kie ko­lo­ry, nie tylko te we­so­łe.

Ry­cerz po­ki­wał głową i mruk­nął.

– Dalej idzie­my pie­szo. – Chwy­cił chłop­ca za rękę i ostroż­nie po­pro­wa­dził do tu­ne­lu na dole wznie­sie­nia.

Przej­ście było cia­sne, mu­sie­li kulić się, cza­sem nawet czoł­gać, aż chło­piec miał wra­że­nie, że znów jest pod łóż­kiem Mar­ce­li­ny i jesz­cze ka­wa­łek, a wyj­dzie spod niego i bę­dzie we wła­snym po­ko­ju… a bar­dzo nie chciał, by aku­rat teraz tak się stało. Tunel skoń­czył się nagle. Pierw­szy wy­szedł ry­cerz i kazał chłop­cu za­cze­kać, aż spraw­dzi, czy jest bez­piecz­nie.

Nie było.

Nim męż­czy­zna zdą­żył się ro­zej­rzeć, za­ata­ko­wa­ła go grupa smu­ta­sów.

Ry­cerz się­gnął po ża­rów­ko­wy miecz. Wy­ma­chi­wał nim, jakby to była za­baw­ka, krę­cił młyn­ki, ciął z góry, z dołu, z boku i tra­fiał za każ­dym razem. Tam, gdzie tra­fiał miecz, po­zo­sta­wa­ła jasna smuga, przez którą po ciele roz­cho­dzi­ło się świa­tło. Do­tknię­ci ostrzem wyli, ję­cze­li i ucie­ka­li w po­pło­chu, bo nic bar­dziej nie prze­ra­ża­ło smu­ta­sów, niż myśl, że mogą od­zy­skać ra­dość życia. Ale w miej­sce każ­de­go ra­nio­ne­go przy­by­wa­ło dwóch no­wych, a na zbroi pę­ka­ły ko­lej­ne lamp­ki. Ża­rów­ko­wy Ry­cerz przy­ga­sał i przy­ga­sał też jego miecz.

Coś mu­snę­ło ramię chłop­ca. Od­wró­cił głowę i zo­ba­czył roz­pa­cza­ka, go­tu­ją­ce­go się do ugry­zie­nia. Do tego cie­ni­sta macka owi­nę­ła się wokół jego kost­ki i wspi­na­ła po nodze.

– Łap! – Ża­rów­ko­wy Ry­cerz od­piął pas z re­wol­we­rem i rzu­cił go mło­de­mu kom­pa­no­wi. – Strze­la­łeś kie­dyś? – za­py­tał, od­pie­ra­jąc atak smu­ta­sów, któ­rzy prze­ję­li ini­cja­ty­wę, bo jeden cios już nie wy­star­czał, by ich wy­stra­szyć.

– Tylko na niby, kiedy ba­wi­łem się w In­dian i kow­bo­jów. – „Z tatą”, do­po­wie­dział Adaś w my­ślach, ale zaraz od­su­nął od sie­bie wspo­mnie­nia, po­nie­waż to nie był czas na me­lan­cho­lię.

– To wy­star­czy.

Adaś od­cią­gnął kurek. Za­uwa­żył, że bę­be­nek jest pusty, ale nie miał in­ne­go wyj­ścia, niż za­ufać Ża­rów­ko­we­mu Ry­ce­rzo­wi. Wy­ce­lo­wał w ciem­ność i na­ci­snął spust.

Stru­mień świa­tła wy­strze­lił z lufy, roz­pę­dza­jąc mrok tu­ne­lu. Mac­ko­cie­nie znik­nę­ły, cza­ją­cy się przy ścia­nie roz­pa­czak uciekł w głąb pod­ziem­ne­go przej­ścia, a chło­piec wy­sko­czył na otwar­tą prze­strzeń.

Smu­ta­sów wciąż przy­by­wa­ło.

– Bie­gnij do środ­ka! – roz­ka­zał ry­cerz, wska­zu­jąc wolną ręką na bu­dy­nek w od­da­li. – Znajdź sio­strę!

– A co z tobą?

– Nie martw się o mnie! Po­ra­dzę sobie! – krzyk­nął ry­cerz, chyba bar­dziej po to, by utwier­dzić się w prze­ko­na­niu. – Bie­gnij!

Adaś prze­mknął mię­dzy smu­ta­sa­mi, któ­rych uwagę przy­cią­gał blask ry­ce­rza, tań­czą­ce­go mię­dzy nimi, wy­wi­ja­ją­ce­go mie­czem i ro­bią­ce­go przy tym wiele ha­ła­su.

Bu­dy­nek znaj­do­wał się na gra­ni­cy za­się­gu świa­tła, które roz­ta­czał ry­cerz, ja­śnie­ją­cy teraz ze wszyst­kich sił. Chłop­cu wy­da­wa­ło się, że sły­szy dźwięk pę­ka­ją­cych lam­pek, w miarę jak coraz licz­niej­sza gro­ma­da smu­ta­sów na­pie­ra­ła na wo­jow­ni­ka. Chciał wró­cić, po­biec z po­mo­cą, ale wtedy wszyst­ko po­szło­by na marne. Ry­cerz obie­cał, że zrobi wszyst­ko i nawet teraz, nawet w ta­kiej chwi­li, sta­rał się pomóc chłop­cu.

Adaś biegł, ode­gnał wzru­sze­nie, bo ono nic by teraz mu nie po­mo­gło i pę­dził dalej – aż sta­nął przed bocz­nym wej­ściem Miej­sca La­men­tów.

Wi­dział już po­dob­ne bu­dow­le. Wy­so­kie, strze­li­ste dachy, wieże, ko­pu­ły, zdo­bie­nia ścian – wszyst­ko było mu znane. To zna­czy: pra­wie znane. Tutaj, po­śród cieni, każdy ka­mień, każdy załom i gzyms, każdy wi­traż w dłu­gich oknach i każde zdo­bie­nie wy­glą­da­ło dzi­wacz­nie i obco.

Zna­jo­me, a jed­no­cze­śnie obce – takie było to miej­sce.

Zdjął ple­cak. W środ­ku, poza su­char­ka­mi, kon­fi­tu­rą, zio­ło­wą pastą na rany i dużą ilo­ścią ban­da­ży, miał dwie fiol­ki, sta­ran­nie za­bez­pie­czo­ne w drew­nia­nych pu­deł­kach. Jedna za­wie­ra­ła ży­wo­zie­lo­ny płyn, druga – ja­skra­wo­żół­ty. Na­dzie­ja i szczę­ście, naj­cen­niej­sza sub­stan­cja na tym świe­cie. Na każ­dym świe­cie.

Wy­brał jedną, wypił za­war­tość i otwo­rzył drzwi.

 

*

 

Na po­cząt­ku sta­rał się skra­dać, nie­wy­ko­rzy­sta­ną fiol­kę uży­wa­jąc jako źró­dło świa­tła, do jego uszu do­tar­ło kwi­le­nie. Znał ten dźwięk. Wstyd było mu przy­znać, ale nie­raz sam sta­no­wił jego powód.

Wy­biegł z ko­ry­ta­rza i wpadł do prze­past­nej sali z rzę­da­mi ławek usta­wio­nych fron­tem w jed­nym kie­run­ku. Spoj­rzał tam, gdzie po­wi­nien być oł­tarz, ale za­miast niego, wśród nie­po­ko­ją­cych, po­wy­krę­ca­nych rzeźb, które sym­bo­li­zo­wa­ły spa­cze­nie tego miej­sca, znaj­do­wa­ło się przej­ście. Wy­so­ki, za­koń­czo­ny łu­kiem por­tal, w któ­rym wi­docz­ne były – tak! to mu­sia­ło być to! – gwiaz­dy i księ­życ.

Płacz do­cho­dził z innej stro­ny.

Pod jedną z ławek, sku­lo­na, tu­lą­ca brą­zo­we­go misia, ukry­wa­ła się mała dziew­czyn­ka.

– Mar­ce­li­na! – krzyk­nął i po­biegł do niej. Re­wol­wer i fiol­kę rzu­cił na sie­dze­nie, obie­ma dłoń­mi pod­niósł twarz dziew­czyn­ki, by się upew­nić, że to ona.

Wyraz zro­zu­mie­nia nie zdą­żył za­go­ścić na opuch­nię­tej od pła­czu twa­rzycz­ce, kiedy Adaś objął ją mocno i przy­ci­snął do swo­jej drob­nej pier­si.

– Bra­cisz­ku… – wy­szep­ta­ła Mar­ce­li­na i wy­buch­nę­ła gło­śnym szlo­chem, jakby naraz pękła tama w jej sercu i wszyst­kie emo­cje wy­la­ły się na wierzch. – Prze­pra­szam… To twój miś… od taty… nie po­win­nam… go za­bie­rać.

– Już do­brze, już do­brze… – po­cie­szał ją Adaś, głasz­cząc po głów­ce. Zaraz przy­po­mniał sobie o czymś i się­gnął po fiol­kę. – Masz, wypij to, od tego bę­dzie ci le­piej. To szczę­ście, wiesz? Czy­ste szczę­ście. Nie ma nic cen­niej­sze­go. Za­cho­wa­łem je dla cie­bie, żeby… no wiesz…

Dziew­czyn­ka wzię­ła na­czy­nie i bez pytań po­łknę­ła za­war­tość.

Jej twarz roz­pro­mie­ni­ła się, uśmiech starł smu­tek, a rękaw otarł łzy i już nie wy­glą­da­ła na zroz­pa­czo­ną ani prze­stra­szo­ną. Wy­glą­da­ła tak, jakby to był naj­lep­szy dzień jej krót­kie­go życia, a przy­naj­mniej naj­lep­szy dzień tego roku, lep­szy nawet niż uro­dzi­ny.

– Przy­sze­dłeś po mnie! – za­wo­ła­ła ra­do­śnie. – Cho­ciaż byłam okrop­na.

– Nie mo­głem cię prze­cież zo­sta­wić. Nie je­steś taka zła – zmierz­wił jej włosy. – To ja po­wi­nie­nem cię prze­pro­sić…

I nie tylko cie­bie, po­my­ślał.

Dla jej taty też nie był miły – teraz wie­dział, że cał­kiem bez po­wo­du. Prze­cież dzię­ki niemu mama wy­glą­da­ła na szczę­śli­wą… a przy­naj­mniej od kilku mie­się­cy znów uśmie­cha­ła się jak daw­niej. Adaś my­ślał… wła­ści­wie nie wie­dział już, co wtedy my­ślał. Że gdyby za­cho­wy­wał się ina­czej, to jakby zdra­dził tatę? Że ktoś pró­bu­je zająć jego miej­sce? Że w innym wy­pad­ku za­po­mni o tacie, a tego bar­dzo, bar­dzo nie chciał?

– Czemu tak na mnie pa­trzysz? – za­py­ta­ła Mar­ce­la, wy­ry­wa­jąc go z za­my­śle­nia.

– Co? Nie, nic… Teraz chodź­my – Adaś wska­zał na por­tal – tam chyba jest wyj­ście.

Po­cią­gnął ją za rękę, ale Mar­ce­li­na opie­ra­ła się.

– Nie mo­że­my tam iść – od­par­ła. – Tam jest… Ona tam jest, ukry­wa się i czeka na mnie… Boję się…

– Nie martw się, mam to – wy­szep­tał Adaś, pró­bu­jąc ukryć prze­ra­że­nie i po­ka­zał re­wol­wer, by dodać Mar­ce­li­nie otu­chy, cho­ciaż sam nie był pe­wien, czy broń zda się na co­kol­wiek. – Za­ufaj mi.

Smut­na Pani po­ja­wi­ła się, kiedy mi­nę­li ostat­ni rząd ławek i za­gro­dzi­ła im drogę.

Miała czar­ny płaszcz, blade ręce i ko­ści­ste dło­nie. Twarz ukry­wa­ła pod maską w kształ­cie czasz­ki, z dwoj­giem bia­łych oczu skie­ro­wa­nych pro­sto na nich.

– Odsuń się! – wrza­snął Adaś, bo na­uczył się od Ża­rów­ko­we­go Ry­ce­rza, że krzyk do­da­je od­wa­gi.

Smut­na Pani nawet nie drgnę­ła, więc chło­piec pod­niósł broń.

Pro­mień świa­tła ude­rzył pro­sto w ciemną syl­wet­kę Smut­nej Pani. Tam, gdzie tra­fił, pojawił się jasny ślad, ale zaraz znik­nął przykryty czernią. Adaś strze­lił jesz­cze raz. I jesz­cze. I jesz­cze. Strze­lał, aż za­bra­kło mu sił i opadł na ko­la­na.

Nic to nie dało.

Kiedy spoj­rzał na ści­ska­ją­cą misia Mar­ce­li­nę, łzy za­krę­ci­ły się w ką­ci­kach jego oczu, po­pły­nę­ły po po­licz­kach i skap­nę­ły na mo­zai­kę. Każda z nich nio­sła w sobie odro­bi­nę pur­pu­ro­we­go świa­tła, jakby ktoś ob­sy­pał je bro­ka­tem. To nie były łzy smut­ku – to były łzy zło­ści.

– Nie zga­dzam się! – krzyk­nął, ale nie mógł nic zro­bić.

Tak samo jak przed dwu laty, kiedy tata od­szedł, a szczę­śli­wy świat prze­stał ist­nieć i za­stą­pił go inny, prze­peł­nio­ny żalem, tę­sk­no­tą i smut­kiem. Po­zba­wio­ny ko­lo­rów i świa­tła. Ciem­ny. Żył w takim miej­scu na długo przed tym, nim wczoł­gał się pod łóżko Mar­ce­li­ny.

I miał tego dość.

Prze­grać to nie ozna­cza być po­ko­na­nym, po­wie­dział­by mu Ża­rów­ko­wy Ry­cerz, gdyby tu był. Być po­ko­na­nym to pod­dać się.

– Może nie tym razem, może nie dziś, ale wró­ci­my do domu! – krzyk­nął. – I będę szczę­śli­wy! Będę się śmiał i bawił, cza­sem może pła­kał i smu­cił, ale nigdy, nigdy nie prze­sta­nę pró­bo­wać! Nie dam ci znowu wy­grać, tak samo, jak Pan Ża­rów­ka!

Białe oczy wpa­try­wa­ły się w nich, po­zba­wio­ne wy­ra­zu, nie da­ją­ce po­znać, czy Smut­na Pani w ogóle go zro­zu­mia­ła. Jed­nak po chwi­li ze­szła im z drogi.

Adaś i Mar­ce­li­na spoj­rze­li po sobie i z wa­ha­niem ru­szy­li do przej­ścia. Krok za kro­kiem na­bie­ra­li pew­no­ści, że im się uda, że Smut­na Pani po­sta­no­wi­ła ich wy­pu­ścić, choć nie wie­dzie­li, dla­cze­go… ale gdy już byli o krok od celu, wy­cią­gnę­ła rękę w ich kie­run­ku. Nie wy­po­wie­dzia­ła ani słowa. Adaś wąt­pił, czy w ogóle miała usta. Za to w jego gło­wie roz­legł się głos.

Mu­sisz wy­brać, mówił do chłop­ca, a dłoń Smut­nej Pani unio­sła się, by wska­zać na misia. I na Mar­ce­li­nę.

 

 

*

 

Wszyst­ko przez plu­szo­we­go misia.

Dla tego misia Adaś był gotów wejść w za­le­ga­ją­cą pod łóż­kiem ciem­ność, bo ten miś to ostat­nia rzecz, jaką do­stał od taty.

Bę­dzie tę­sk­nić, ale tylko tro­chę.

– Chłod­no tu – po­skar­ży­ła się Mar­ce­li­na, wtu­la­jąc się w Ada­sia. Ten odło­żył za­baw­ko­wy pi­sto­let ze świa­teł­kiem u wy­lo­tu lufy, objął ją ra­mie­niem i jesz­cze przez chwi­lę pa­trzy­li w roz­gwież­dżo­ne niebo. Mnó­stwo było na nim czer­ni i gra­na­tu, ale były też jasne, błysz­czą­ce gwiaz­dy i księ­życ.

Oka­za­ło się, że wyj­ście z Miej­sca La­men­tów pro­wa­dzi­ło na bal­kon ich miesz­ka­nia. Na szczę­ście bal­ko­no­we drzwi były uchy­lo­ne.

Za to misia nie było ni­g­dzie. Adaś za­wsze bę­dzie pa­mię­tał o tacie, nikt mu go nie za­stą­pi i nigdy, ale to nigdy nie prze­sta­nie go ko­chać, ale miś nie był mu do tego po­trzeb­ny. Choć wy­jąt­ko­wy, po­zo­sta­wał tylko za­baw­ką. Za to Mar­ce­li­na – ona stała się czę­ścią jego ro­dzi­ny. Ko­niec koń­ców są teraz wszy­scy razem. Mama, Adaś, Mar­ce­li­na i jej tata. Już nigdy nie bę­dzie jak daw­niej, ale Adaś po­sta­no­wił dać im szan­sę. Za­wsze bę­dzie miał tatę głę­bo­ko w sercu, ale już nie oba­wiał się wpu­ścić tam kogoś no­we­go. Miej­sca nie za­brak­nie.

Prze­cież, nawet po naj­dłuż­szej nocy, w końcu za­wsze wsta­je słoń­ce.

Bę­dzie jesz­cze mu­siał ob­my­ślić z Mar­ce­li­ną jakąś wy­mów­kę, kiedy mama za­py­ta, gdzie po­dział się miś, nie mogli prze­cież wy­znać jej praw­dy.

To była ta­jem­ni­ca.

Mię­dzy bra­tem a sio­strą.

 

*

 

Ża­rów­ko­wy Ry­cerz przy­siadł w tra­wie na wznie­sie­niu, tuż poza gra­ni­cą cie­nia, jaki rzu­ca­ła wiel­ka, stara gru­sza, która mu­sia­ła tu ro­snąć chyba od po­cząt­ku świa­ta. Wresz­cie mógł ode­tchnąć i ścią­gnąć swój hełm.

Gdyby Adaś zo­ba­czył go teraz, przy­po­mi­nał­by mu utra­co­ne­go ojca ze szczę­śli­wych cza­sów, kiedy razem ko­pa­li w pia­sku, kiedy grali w cho­wa­ne­go, kiedy uczył go jeź­dzić na ro­we­rze. Ale Ada­sia tutaj nie było, wró­cił tam, gdzie po­wi­nien i był nie mniej szczę­śli­wy niż kie­dyś, a Ża­rów­ko­wy Ry­cerz wcale nie miał mu za złe, że coraz rza­dziej wra­cał wspo­mnie­nia­mi do sta­rych cza­sów.

– Nie są­dzisz, że tak wła­śnie po­win­no być, przy­ja­ciół­ko? – za­py­tał ko­bie­tę, która sie­dzia­ła nie­opo­dal, skry­ta w głę­bo­kim cie­niu rzu­ca­nym przez gęste li­sto­wie, chro­nią­ce ją przez żarem i świa­tłem let­nie­go słoń­ca, gó­ru­ją­ce­go nad zie­lo­ną do­li­ną nie­gdyś bę­dą­cą pust­ko­wiem.

Otu­lał ją czar­ny płaszcz, któ­re­go po­strzę­pio­ne frag­men­ty uno­si­ły się i opa­da­ły, jakby sma­ga­ne po­wie­wa­mi wia­tru. W dło­niach trzy­ma­ła plu­szo­we­go misia.

– Nic nie po­wiesz? – Ry­cerz się­gnął po grusz­kę, która wła­śnie spa­dła z ga­łę­zi i wgryzł się w słod­ki owoc. – Do­brze zro­bi­łaś, wy­pusz­cza­jąc go. I tak za­wsze bę­dzie­my razem, w końcu je­ste­śmy czę­ścią tego sa­me­go wspo­mnie­nia, jak dwie stro­ny mo­ne­ty.

W od­da­li, na po­la­nie, piąt­ka dzie­ci wi­ta­ła się wła­śnie z dawno nie­wi­dzia­ny­mi ro­dzi­ca­mi. Łzom szczę­ścia i ra­do­snym wo­ła­niom nie było końca. Za nimi, tuż na gra­ni­cy wid­no­krę­gu, le­d­wie do­strze­gal­na po­stać ma­lo­wa­ła na nie­bie pierw­szą od dawna tęczę.

Smut­na Pani nic nie po­wie­dzia­ła. Nie na­le­ża­ła do ga­da­tli­wych.

Zdję­ła tylko po­dob­ną do czasz­ki maskę i uka­za­ła swoją bladą, lecz pięk­ną twarz.

Wcale nie była taka smut­na.

Koniec

Komentarze

Czytało się bardzo fajnie, warstwa techniczna pozostała w trakcie lektury absolutnie neutralna, więc mogłem się skupić wyłączne na treści. Myślę, że o to chodzi. 

Sama treść:

…a jednak miałem nosa jako dziecko, że nie pchałem się w tę przerażającą czerń pod łóżeczkiem, z której czasem dochodziły ledwo słyszalne, lecz mrożące w żyłach dźwięki ;)

Postać Smutnej Pani natychmiast obudziła skojarzenie z “Naszą Panią Bolesną”, ale im głębiej w tekst, tym to wrażenie zanikało. Podróż bohatera taka… campbellowska, przynajmniej tak to odebrałem, ale to też dobrze, warto sięgać do sprawdzonych rozwiązań. 

Generalnie przemyślane opowiadanie i kawał dobrej roboty. 

+za klimat. Było czarno. Aż to sobie zwizualizowałem w trakcie lektury :o

Czyli jednak. Czyli ktoś przeczytał!

Bardzo to doceniam, zważywszy na to, że nie jest to popularna forma na NF’ie.

 

Czytało się bardzo fajnie, warstwa techniczna pozostała w trakcie lektury absolutnie neutralna, więc mogłem się skupić wyłączne na treści. Myślę, że o to chodzi.

Tak. Tekst w domyśle miał być prosto napisany. Nawet z początku był bardziej wymuskany pod wym względem, ale później – po uwagach Silvy i Bollyego – uproszczony.

 

…a jednak miałem nosa jako dziecko, że nie pchałem się w tę przerażającą czerń pod łóżeczkiem, z której czasem dochodziły ledwo słyszalne, lecz mrożące w żyłach dźwięki ;)

Już lepiej wejść do starej szafy. :P

 

Postać Smutnej Pani natychmiast obudziła skojarzenie z “Naszą Panią Bolesną”, ale im głębiej w tekst, tym to wrażenie zanikało.

W sensie tą z Lodowego Ogrodu?

 

Podróż bohatera taka… campbellowska, przynajmniej tak to odebrałem, ale to też dobrze, warto sięgać do sprawdzonych rozwiązań.

Taka w istocie jest. To opowiadanie to realizacja campbellowskiego monomitu.

 

+za klimat. Było czarno. Aż to sobie zwizualizowałem w trakcie lektury :o

I o to chodziło!

 

Jeszcze raz dzięki za opinię. :)

Ładny tekst, taka baśń dla dorosłych. Skojarzyło mi się trochę z takimi filmowymi baśniami niekoniecznie dla małych dzieci, które jako nastolatka oglądałam (jak na przykład ten film – https://pl.wikipedia.org/wiki/B%C5%82%C4%99kitny_ptak_(film_1976) ), ma podobny nostalgiczny klimat i mocno symboliczne postacie. Podobało się. 

Cześć, ninedin!

Dzięki za przeczytanie, klika i komentarz. :)

W taki własnie klimat celowałem. A przy okazji chciałbym trochę pomarudzić na to, jak zmieniła się narracja w dziełach kierowanych dla dzieci – teraz mamy taką głupkowato-cukierkową*.

Ja tymczasm do tej pory pamiętam, jak mi babcia czytała oryginalnego Kopciuszka z tymi fragmentami o krwi płynącej z trzewiczka. To tak mocno działało na wyobraźnię, że do dziś bez trudu przypominam sobie jej głos przy tych fragmentach.

 

*chociaż sam w trakcie którejś tam edycji wyciąłem z tekstu fragment ze wspomnieniem pogrzebu, oraz zmieniłem opisy niektórych sytuacji, by nie padały takie słowa jak “zabić”.

Rzeczywiście, miałem na myśli Passionarię Callo z “Pana Lodowego Ogrodu”. Luźne skojarzenie, rozwiewające się z każdą kolejną wzmianką o postaci.

Po przeczytaniu odbieram ją raczej jako personifikację Śmierci, a Rycerza jako ojca, który dąży do tego, by dziecko pogodziło się z nieodwołalną stratą i zaczęło “z żywymi naprzód iść”… 

Dobrze, że wyciąłeś fragment wspomnień pogrzebu, szczypta nieoczywistości dobrze robi tekstom :)

Hej!

 

Świetny tekst i moim zdaniem zdecydowanie nadaje się dla dzieci (tak samo oczywiście jak dla dorosłych, a najlepiej do wspólnego czytania) i spokojnie mógłby się znaleźć w zbiorze opowiadań dotyczących kwestii podobnych do tych, które poruszyłeś. Nie odczułem bowiem przesadnie tej mroczności, nostalgię jak najbardziej, ale nie wiem, dlaczego miałoby to stanowić jakąkolwiek wadę (chyba są jeszcze wydawnictwa, które nie poszukują wyłącznie cukierkowej konwencji, jeżeli chodzi o pozycje dla dzieci). Przyjemnie podróżowało się z bohaterem. Wszystko oddałeś bardzo sugestywnie.

Twoje opowiadania zawsze się dobrze czyta, więc i tym razem nie mogło być inaczej. Masz już tak wyrobione pióro, że jestem pełen podziwu dla częstotliwości publikowania dobrych, bardzo dobrych, a czasem i znakomitych tekstów.

Poniżej drobne sugestie.

 

Chciał chwycić fotografię, ścisnąć ją i zagarnąć dla siebie, ale dziewczyna mu nie pozwoliła.

Wciągnij ją jednym duszkiem.

 

Wciągnij (chyba nawet lepiej: Wypij) duszkiem. Albo: Wypij ją jednym tchem.

 

Mała Pyza ze smutną miną i pociągająca nosem machała im na pożegnanie, ale, rzecz jasna, nie mogli tego zobaczyć.

 

Zakładam, że literówka.

 

Nie postawiła ich jednak na parapecie.

 

Pozdrawiam!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Cześć. 

Nie pamiętał nawet Marceliny, misa oraz tego, co się wydarzyło przed dwoma laty.

Coś się urwało temu misiu.

 

Krzyknął… a potem doszło do niego, że nie spada, tylko unosi się w powietrzu.

Może “dotarło”?

 

Była zielona, ale nie żywo zielona jak ostatnio, posiadała ciemny odcień.

Imo brzmi dziwnie. “Miała”?

 

To wszystko przede mnie.

Przeze mnie.

 

Wrócił więc po chłopca, w nadziei, że ten wylizał już się z ran.

Zmieniłabym szyk. Wylizał się już?

 

Pędzili na niewidzialnym, niewydającym dźwięku, nieposiadającym zapachu rumaku

Same as before, nie wydaje mi się, żeby zapachy/kolory/smaki można było posiadać.

 

– Jak ci ja imię? – zapytała kobieta.

Na.

 

Kobieta zniknęła w środku, by po chwili pojawić się z talerzem naleśników i położyła talerz na parapecie.

Trochę kulawe, proponuję rozbić na dwa zdania. Albo: Kobieta zniknęła w środku, by po chwili pojawić się z talerzem naleśników, który położyła na parapecie.

 

Ładna bajka, ani zanadto cukierkowa, ani zbyt mroczna. Oczywiście nie jestem w stanie ocenić, czy dzieciom by się podobała, ale myślę, że tak.

Chociaż wydaje mi się, że historia skorzystałaby na skrótach tu i ówdzie. Sporą część opowiadania zajmują introspekcje Adasia, przez co momentami nieco mi się dłużyło. Postaram się wyjaśnić, co mi tu nie zagrało: styl dostosowałeś do potrzeb młodszych czytelników (to znaczy, że język jest mocno uproszczony, a przemyślenia momentami infantylne – to nie jest, brońcie bogi, zarzut, w końcu piszesz bajkę), ale historii brakuje dynamiki. Niby sporo się dzieje, a jednak na kolejne “sceny akcji” trzeba czekać czasami zbyt długo. Wydaje mi się, że spokojnie można by tekst odchudzić i podkręcić tempo.

Czytało się gładko, mimo pewnych drobnych potknięć, które wymieniłam na początku komentarza.

Jeśli chodzi o historię i świat przedstawiony: jest morał, chociaż zabrakło mi jakiejś przemiany Adasia, która byłaby widoczna, a nie tylko oznajmiona.

Dla jej taty też nie był miły – teraz wiedział, że całkiem bez powodu. Przecież dzięki niemu mama wyglądała na szczęśliwą… a przynajmniej od kilku miesięcy znów uśmiechała się jak dawniej. Adaś myślał… właściwie nie wiedział już, co wtedy myślał. Że gdyby zachowywał się inaczej, to jakby zdradził tatę? Że ktoś próbuje zająć jego miejsce? Że w innym wypadku zapomni o tacie, a tego bardzo, bardzo nie chciał?

To powinno być, moim zdaniem, pokazane na samym początku. Gdyby czytelnik widział, że Adaś czego się uczy, zmienia swoje podejście do nowego partnera mamy, cała historia wybrzmiałaby mocniej. Skoro bajka ma mieć walor edukacyjny, to czytelnik – zwłaszcza najmłodszy – powinien chyba wiedzieć, jakie zachowania są “niewłaściwe”, i dlaczego takie są. Ta krótka scena na samym początku opowiadania, moim zdaniem, jest niewystarczająca.

Postaci drugoplanowe – babcia, Rycerz – ciekawie zarysowane i budzące sympatię. Smutna Pani miała spory potencjał, chociaż ostatecznie była bardzo low-key, bardziej przemykając w tle niż rzeczywiście ingerując w historię. No i koniec końców pozostała enigmatyczna i zagadkowa. Chciałabym się dowiedzieć o niej więcej.

Świat przedstawiony: interesujący koncept na świat pogrążony w smutku. Pierwsze skojarzenie to “Lew, czarownica i stara szafa”, ze smutkiem i ciemnością zamiast zimy.

Ogółem: podobało mi się, klikami biblio, ale nie bez zastrzeżeń.

Strasznie chaotyczny ten komentarz, wybacz. Nie jestem dziś w stanie zmusić mózgu do współpracy, zgąbczył się, zmiękł i rozpaćkał, żegnaj elokwencjo.

 

Aha, jeszcze PS. Ilustracja zajebista.

Ładna bajka. Faktycznie, chyba nie całkiem dla dzieci. Sama nie wiem, dla kogo.

Bardzo fajny pomysł z Żarówkowym Rycerzem – niezła metoda na zwalczanie czających się w ciemnościach pod łóżkiem potworów.

Jakaś tam przemiana bohatera jest, skoro Adaś wpełza pod łóżko po misia, a wraca z Marceliną. Przemyślenia na temat szczęścia bardzo dojrzałe. Aż się zastanawiam, czy nie nazbyt jak na małego chłopca.

Fabuła daje radę, ciekawa byłam, jak się skończy.

Końcówka jak dla mnie zbyt mętna. Na potrzeby jednego widza tyle osób odgrywało taki cyrk? Hmmm.

Babska logika rządzi!

Cześć, Filip! Dzięki za wskazanie błędów – poprawiłem je w tekście. Cieszę się, że opowiadania się spodobało. :)

 

Cześć, gravel. Tobie równiez dziękuję za wskazanie błędów – te tez już poprawiłem. :)

 

Chociaż wydaje mi się, że historia skorzystałaby na skrótach tu i ówdzie.

Pierwsza wersja zajmowała jakieś 35tys znaków i była o wiele gorsza – mniej spójna i zbyt pospieszna. Później doszlismy nawet do ponad 90tys znaków, więc tutaj jest taki pewien kompromis. Pewnie masz rację, że można by jeszcze gdzies ściąć, pozostawić coś w domyśle, albo nie wspomnieć, ale nie wiem, czy odbiór tekstu by na tym nie ucierpiał.

 

 Niby sporo się dzieje, a jednak na kolejne “sceny akcji” trzeba czekać czasami zbyt długo. Wydaje mi się, że spokojnie można by tekst odchudzić i podkręcić tempo.

Z pewnością. Jednak to, co sie dzieje między akcjami, to podbudowa, bez której byłyby to tylko przygody dla przygód. Ale jasne, rozumiem, zresztą nie dziwię się, bo z natury lubie nieśpieszną narrację i już parę razy miałem to wytknięte. :)

 

To powinno być, moim zdaniem, pokazane na samym początku. Gdyby czytelnik widział, że Adaś czego się uczy, zmienia swoje podejście do nowego partnera mamy, cała historia wybrzmiałaby mocniej.

Tak naprawdę to podejście do ojczyma nie jest tu kluczowe – przemyślenie na ten temat zawarłem w tekście, ale tak przy okazji. Osią zmiany jest stosunek do Marceliny i to chciałem pokazać. Cała pierwsza scena skupia się wokół niej, wokół niechęci do niej, mamy opis sytuacji konfliktowej.

Celowo nie wprowadzam wtedy na scenę Marceliny – jej obecność, dialog, zachowanie sprawiłoby, że jej stosunek do Adasia i to jak jest uciążliwa nabrałby obiektywnego wymiaru. A tu chodziło o to, że to przede wszystkim Adaś tak ją odbiera.

 

Aha, jeszcze PS. Ilustracja zajebista.

W ogóle ta ilustracja to powstała lata przed tym, jak przyszedł pomysł na to opowiadanie. Można powiedzieć, że ono zostało do niej dopowiedziane. :P

 

Smutna Pani miała spory potencjał, chociaż ostatecznie była bardzo low-key, bardziej przemykając w tle niż rzeczywiście ingerując w historię. No i koniec końców pozostała enigmatyczna i zagadkowa. Chciałabym się dowiedzieć o niej więcej.

W wersji na 90tys znaków było o niej ciut więcej. O tym jak się pojawiła. O świecie przed nią.

Było tez o hodowcach świetlików i o pasterzy wielkich krabów, ale coś musiało wylecieć.

…mimo wszystko wydaje mi się, że łatwo ją zinterpretować, jak i domyślić się, czemu taki wybór stawia przed Adasiem.

 

Czołem, Finklo!

 

Bardzo fajny pomysł z Żarówkowym Rycerzem – niezła metoda na zwalczanie czających się w ciemnościach pod łóżkiem potworów.

Dzięki. Bardzo lubię tego bohatera. Jeden z moich ulubionych, jak nie ulubiony, spośród tych, których wymyśliłem.

 

Aż się zastanawiam, czy nie nazbyt jak na małego chłopca.

No właśnie… Z drugiej strony to chyba o to chodzi w lekturze tego typu, by przemycić w dziecięcym (czy będacym dla dziecka interesującym) bohaterze pewną mądrość.

 

Końcówka jak dla mnie zbyt mętna. Na potrzeby jednego widza tyle osób odgrywało taki cyrk?

Oni nic nie odgrywają, po prostu

[uwaga, spoiler interpretacyjny, nie czytaj, jak wolisz się podomyslać]

Dzieci wyobrażają sobie różne potwory w ciemności pod łóżkiem – i Adaś też to robi, o czym mówi pierwsza scena. Później mamy wskazówkę w postaci skrzynki marzeń – w jednym z nich jest ojciec Adasia, co sugeruje, że to jest skrzynka z marzeniami nikogo innego, jak Adasia. Mamy tez powiedziane wprost, że Adaś już od dawna – nawet przed wejściem pod łóżko – żyje w ciemnym świecie. Odwiedzamy też zniszczony lunapark. A wczesniej czytaliśmy, że wesołe miasteczko Adaś miał odwiedzić z tatą. Na końcu za to żarówkowy rycerz mówi o sobie i Smutnej pani jako o wspomnieniach… bo on, włażąc tam pod łóżko, to się dostał do własnego wewnętrznego świata.

[koniec spoilera]

 

Przeczytałam. Wciągnęło i musiałam ‘jednym tchem’ :) Wiem, że bajka dla dzieci, ale momentami miałam wrażenie nadmiernej łopatologii (to podkreślanie, że tata to i tamto, zwłaszcza na początku) a brakowało mi pokazania, co się stało, że jednak Adaś zmienił zdanie co do Marceliny. Bo przecież szedł po misia, a w końcówce nawet się nie zawahał ;) Za to bardzo mi się spodobała postać Żarówkowego Rycerza. Oryginalne i fajne. Smutna Pani za to zbyt enigmatyczna – nie zrozumiałam w końcu, kim była (bajkowa logika sugerowałaby, że mamą Marceliny, ale się nie zgadza fabularnie;)).

Z pewnością. Jednak to, co sie dzieje między akcjami, to podbudowa, bez której byłyby to tylko przygody dla przygód. Ale jasne, rozumiem, zresztą nie dziwię się, bo z natury lubie nieśpieszną narrację i już parę razy miałem to wytknięte. :)

Nie zamierzam Ci niczego wytykać, bo sama lubię nieśpieszną narrację ;) Jeśli świat i postaci mnie “chwycą”, to mogę czytać i całe księgi pozbawione fabuły i akcji.

Problem polega na tym, że dorosły czytelnik coś takiego przeboleje; machnie ręką na przygodę, jeśli autor zaoferuje mu coś w zamian: styl, przesłanie, świat przedstawiony, interesujące przemyślenia. Ale czytelnik młodszy… Tu już sprawa się komplikuje. Bo czym przykujesz uwagę dzieciaka, kiedy zacznie się nudzić podbudową? Książki dla dzieci nie bez powodu są zwykle znacznie mniejsze objętościowo niż książki dla dorosłych. Czy czytelnik w wieku, powiedzmy, 7-12 lat potrzebuje aż tyle podbudowy i budowania klimatu?

Ale to tylko takie luźne przemyślenia, które zresztą nie mają wpływu na mój odbiór tekstu. Po prostu rzucam je “do przemyślenia” ;)

 

Było tez o hodowcach świetlików i o pasterzy wielkich krabów, ale coś musiało wylecieć.

A to jest zwyczajnie oburzające. Mieć pasterzy wielkich krabów i wyrzucić ich z opowiadania…

Blocked.

Hej

Obiecałem, to przeczytałem, ale kliknąć już nie zdążę…

Bajka jest, ma naprawdę ciekawe momenty, ale bajką dla dzieci bym jej nie nazwał. Myślę, że to paradoksalnie wina Twojego pisania – za dobrze, za skomplikowanie, zbyt “dojrzale”, aby trafiło do dzieci. To mimo wszystko dość głęboki tekst, co rozumiem, bo takie lubisz i piszesz, ale jednak wielu spraw tu się trzeba domyślać i łączyć pewne sprawy. Szczególnie ostatni podrozdział dla dzieci wprowadzałby za duży chaos.

Ale nawet wykluczając dzieci, tekst sam się broni. Postacie są interesujące, szczególnie Żarówkowy Rycerz, sceneria i przygody Adasia nie nudziły, żadnych przestojów nie miałem. Widać, że przemyślałeś fabułę i przepuściłeś przez sito betareaderów.

Bardzo dobre opowiadanie.

Gekikaro, sporo mroku znalazłam w tej opowieści, ale chyba musiało tak być, skoro Adasia przepełniał smutek, a czasem także złość.

Nieźle pokazałeś wędrówkę chłopca, świetnie opisałeś przygody i napotkane postaci, dzięki którym ciemność została pokonana, a nastawienie Adasia do otaczającej go rzeczywistości zmieniło się, bo dzięki nim zdołał dostrzec sprawy, które były naprawdę ważne. To, moim zdaniem, bardzo mądra opowieść.

I ucieszyłam się, że Żarówkowy Rycerz i Smutna Pani doszli do porozumienia, a Smutna Pani nie była wcale taka smutna. ;)

 

stwo­ry spod łózka ją po­rwa­ły… → Literówka.

 

Chło­piec za­ciął się wpół zda­nia… → Chło­piec za­ciął się w pół zda­nia

 

Sta­rusz­ka za­bra­ła się za ucie­ra­nie… → Sta­rusz­ka za­bra­ła się do ucie­ra­nia…

 

– Och, nie! – Ro­ze­śmia­ła się w głos… → – Och, nie! – ro­ze­śmia­ła się w głos

Na końcu poradnika znajduje się lista czasowników dla didaskaliów dialogowych.

 

Niebo.

Jasne, pra­wie bez­chmur­ne, spo­koj­ne i po­god­ne. Wy­so­ko nad nim słoń­ce… → Czy słońce na pewno było nad niebem?

 

fo­to­gra­fię, która ło­po­ta­ła ma wie­trze. → Literówka.

 

Męż­czy­zna, u któ­re­go dziew­czyn­ka sie­dzia­ła na ko­la­nach… → Siada się na czyichś kolanach, nie u kogoś.

Proponuję: Męż­czy­zna, na któ­re­go kolanach siedziała dziew­czyn­ka

 

i po­zba­wio­ny wła­sne­go zda­nia. Wes­tchnę­ła. → …i po­zba­wio­ny wła­sne­go zda­nia – wes­tchnę­ła.

 

zro­bi­ło mu się nie­do­brze na żo­łąd­ku. → …zro­bi­ło mu się nie­do­brze w żo­łąd­ku.

 

oznaj­mił męż­czy­zna, wy­sko­czyw­szy z sio­dła… → Raczej: …oznaj­mił męż­czy­zna, ze­sko­czyw­szy z sio­dła

 

roz­bu­dził się na ten widok, wstał i cie­szył oczy wi­do­kiem ko­lo­ro­wych… → Nie brzmi to najlepiej.

 

na ta­bli­ce za­chę­ca­ją­cych do obej­rze­nia tre­so­wa­nych lwów… → …na ta­bli­ce za­chę­ca­ją­ce do obej­rze­nia tre­so­wa­nych lwów

 

Adaś za­rzu­cił ple­cak na plecy… → A może: Adaś za­rzu­cił ple­cak na ramiona/ na ramię

 

Po­cią­gnął za ma­te­riał i od­sło­nił szkla­ną kulę.Po­cią­gnął ma­te­riał i od­sło­nił szkla­ną kulę.

 

uno­si­ła się żół­to-po­ma­rań­czo­wa po­świa­ta. → …uno­si­ła się żół­topo­ma­rań­czo­wa po­świa­ta.

 

– Trzy­maj się mocno! – Krzyk ry­ce­rza prze­bił się przez plą­ta­ni­nę roz­mów.– Trzy­maj się mocno! – krzyk ry­ce­rza prze­bił się przez plą­ta­ni­nę roz­mów.

 

Twar­de źdźbła draż­ni­ły jego skórę… → Czy zaimek jest konieczny?

 

– Spo­koj­nie, nie mu­sisz się bać – Po­stać, która wy­chy­li­ła się… → Brak kropki po wypowiedzi.

 

Wyj­rzał przez okno i spoj­rzał na roz­sia­ne po nie­bie kon­ste­la­cje gwiazd. → Nie brzmi to najlepiej.

 

a Adaś do­pie­ro za­bie­rał się za śnia­da­nie. → …a Adaś do­pie­ro za­bie­rał się do śniadania.

 

pół po­niósł go w bez­piecz­ne miej­sce… → Literówka.

 

zwie­sił nogi w dół prze­pa­ści… → Masło maślane – czy można zwiesić coś w górę?

 

jakby na raz pękła tama w jej sercu… → …jakby naraz/ nagle pękła tama w jej sercu

 

– Nie martw się, mam to. – wy­szep­tał Adaś… → Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

krzyk­nął, ale nic nie mógł nic zro­bić. → Dwa grzybki w barszczyku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam. Wciągnęło i musiałam ‘jednym tchem’ :)

Miło. :) 

 

a brakowało mi pokazania, co się stało, że jednak Adaś zmienił zdanie co do Marceliny. Bo przecież szedł po misia, a w końcówce nawet się nie zawahał ;)

Jest kilka momentów rozmyślań Adaska, kiedy spotyka dzieciaki i potem w marzeniu. Momentem przełomu kest jego wizyta u Piaskowej Wróżki. 

 

Smutna Pani za to zbyt enigmatyczna – nie zrozumiałam w końcu, kim była (bajkowa logika sugerowałaby, że mamą Marceliny, ale się nie zgadza fabularnie;)).

Kirde, czyli wyszło mało zrozumiale… ten świat jest w całości odbiciem świata wewnętrznego Adasia. Dlatego dzieciaki mają skrzynkę z jego marzeniami, dlatego jest tam zrujnowany Lunapark a Smutna Pani mieszka w kościele (w sumie to ona nie tyle jest śmiercią, co żałobą-stratą). 

 

czytelnik w wieku, powiedzmy, 7-12 lat potrzebuje aż tyle podbudowy i budowania klimatu?

Pewnie nie przeboleje. :/

 

Myślę, że to paradoksalnie wina Twojego pisania – za dobrze, za skomplikowanie, zbyt “dojrzale”, aby trafiło do dzieci. To mimo wszystko dość głęboki tekst, co rozumiem, bo takie lubisz i piszesz, ale jednak wielu spraw tu się trzeba domyślać i łączyć pewne sprawy. Szczególnie ostatni podrozdział dla dzieci wprowadzałby za duży chaos.

 

Pisanie dla dzieci jest, kurcze, trudne. W sensie takie pisanie w stylu Michaela Ende, a nie jakieś infantylne opowiastki jakich pełno. 

 

Gekikaro, sporo mroku znalazłam w tej opowieści, ale chyba musiało tak być, skoro Adasia przepełniał smutek, a czasem także złość.

Ja się zastanawiam co przepełnia autira, że co chwila jakiś smutek, tragizm i żałość się pojawia. :P

 

Nieźle pokazałeś wędrówkę chłopca, świetnie opisałeś przygody i napotkane postaci, dzięki którym ciemność została pokonana, a nastawienie Adasia do otaczającej go rzeczywistości zmieniło się, bo dzięki nim zdołał dostrzec sprawy, które były naprawdę ważne. To, moim zdaniem, bardzo mądra opowieść.

Bardzo dziękuję i bardzo mi miło to słyszeć. 

Rzecz jasna, pokutę nadaną odprawiłem i wszystkie błędy wyłapane w tekście poprawiłem. :) 

 

Pozdrawiam! 

Bardzo proszę, Gekikaro. I miło mi, że mogłam się przydać. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak zawsze, niezmiernie. :) 

60tys znaków leży daleko poza granicami, w których potrafię jako tako zadbać o poprawność. Im dłuższy tekst, tym, kurczę, trudniej. 

Gekikaro, postaram się czuwać i trwać na posterunku. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Do bajki dla dzieci temu zdecydowanie daleko, nie tyle przez historię, co przez styl. To nie zarzut, bo styl jest dobry, trzyma się kupy, ale dla dzieci pewnie byłby zwyczajnie zbyt skomplikowany. Czytało się tę historię bardzo przyjemnie i mimo że wiedziałam, jak to się skończy – w końcu to bajka – to nadal z okruchem niepewności. Szczególnie spodobała mi się babcia trzymająca tęczę w słoikach i pojąca ludzi nadzieją i akceptacją.

Zostaw ten żyrandol.

Nowa Fantastyka