- Opowiadanie: chalbarczyk - Pałac Gubernialny

Pałac Gubernialny

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Pałac Gubernialny

– Zobacz!

Olga pokazała termometr. Na wyświetlaczu widniały groźne czerwone cyfry: 31,5.

– Wiem, że jest gorąco – mruknęła Michalina.

– A więc?

– Co więc?

– Nie idźmy nigdzie. Posiedźmy w cieniu. Zjedzmy lody. Zimne.

Michalina odwróciła się do Olgi, zmarszczywszy brwi.

– Nie zamierzam zmarnować wakacji. Wakacje są naprawdę nieczęsto. Wakacje to wreszcie nasza szansa na przygodę przez wielkie pe!

– Nie wiem, po co ci to astrodermium.

– Astrolabium.

Olga wzruszyła ramionami.

– Wszystko jedno. Przecież można zainstalować jakąś apkę.

Przyjaciółka czasami ją rozczarowywała. Michalina westchnęła i spojrzała w górę. Stały przed Pałacem Gubernialnym.

– Co teraz?

Nagrzane powietrze drgało i rozżarzało czerwony tynk elewacji, gzymsy i kolumny. Budynek lekko falował.

– Wchodzimy – zakomenderowała Michalina, potrząsając głową, aby odgonić fatamorganę.

W wysokim holu, wyłożonym chłodnymi marmurami, było przestronnie i cicho. Szerokie, fantazyjne schody prowadziły na piętro, a nad schodami wisiały sczerniałe portrety niezbyt urodziwych dam i brzuchatych sarmatów. Portiera za kontuarem nie było.

Michalina zerknęła na mapę pałacu i pokazała ręką.

– Tędy.

Przeszły przez wąski i niski korytarz, który poprowadził je najpierw do piwnic, a potem na tyły budynku, gdzie znajdowało się dodatkowe wyjście.

Zabiły południowe dzwony i Słońce weszło w znak Raka.

Teraz – pomyślała Michalina i pchnęła ciężkie drzwi.

 

Na Radziwiłłowskiej stały zaprzężone dorożki jedna za drugą.

– O! – zdziwiła się Olga – a cóż to za zjazd?

Konie bezmyślnie żuły obrok, a dorożkarze chronili się od słońca w cieniu budynku. Nagle spośród koni wypadło dwóch chłopców, którzy puścili się biegiem w stronę drzwi, przed którymi ciągle stały Michalina z Olgą.

– Ach, nicponie! Ja wam dam!

Za chłopcami ciężko toczył się starszawy mężczyzna, pomstując i wygrażając im batem.

– W nogi! – wysapał jeden z chłopaków, wpadłszy na dziewczyny i ciągnąc je za sobą. Otworzył drzwi i wepchnął wszystkich do środka.

Stracili na chwilę wzrok, bo otoczyły ich ciemność i chłód. Za ich plecami było słychać, jak dorożkarz walił pięścią i szarpał klamkę.

– Zaraz tu będzie!

– Co robimy?

Nikt nie miał odwagi się odezwać. Wreszcie Michalina ruszyła przodem.

– Chodźcie za mną.

Przeprowadziła ich przez piwnice i po chwili wszyscy byli znów w holu. Tym razem zjawił się portier, który taszczył jakieś torby i ciężko sapał. Starając się nie zrobić hałasu, przebiegli na palcach i schowali się za wielkim kaflowym piecem.

– Auć! – szeptem krzyknął jeden z chłopców, bo uderzył się boleśnie o żeliwne pokrętło drzwiczek.

– Ciii…

Michalina się przestraszyła, że zostaną odkryci, ale wtedy dały się słyszeć liczne głosy. Ktoś schodził z góry.

– Lodziu! Ach, Lodziu! Czy Lodzia wszystko wzięła?

– Niech pani gubernatorowa się nie martwi, dwa kufry, neseser podróżny, klatka z pticą – wszystko je.

– A kosz z owocami?

– Och, ja nierozgarnięta! Zara przyniosę.

Bożeż moj! Nigdy się nie wybierzemy…

Wyjrzeli ostrożnie zza pieca. Starszy pan w jasnym garniturze, z sumiastym wąsem i bokobrodami dyrygował wynoszeniem bagaży.

Wasze błagorodie, powóz już czeka. – Portier, w liberii zapiętej pod szyję, otwierał główne drzwi, z szacunkiem nieco się schylając.

Choroszo. Zostajecie tu sami, w kancelarii tylko Sokołow, ale wy już mu głowy nie zawracajcie. Jak skończy, to jutro do nas dojedzie. I jemu jakieś kanikuły się należą.

– Papciu – młoda dziewczyna wzięła gubernatora pod rękę – a nie będzie tam nudno? Ja nie lubię jeździć do wód na Sławinek, tam tylko starsze państwo…

– Córuś, znajdziesz sobie towarzystwo. Przecież jeśli zostaniemy w mieście choć jeszcze jeden dzień, to wszystkim to gorąco coś zrobi na głowę!

– Niech Anton już pakuje bagaże – rozkazała gubernatorowa zmęczonym głosem. – Jak tylko pomyślę, ile nas wytrzęsie na drogach… Och, Petersburg, gdzie jest mój Petersburg? Na tej prowincji całkiem schamiejemy… Co za duchota!

Gubernatorowa zaczęła się wachlować, ale to nie pomogło. Córka próbowała ją rozchmurzyć.

– Bo też mama ma złe podejście. W stolicy też pewnie upał i kurz. A my odetchniemy u wód, a tam na pewno są już wszystkie damy z towarzystwa.

– Sonieczko, najbardziej o ciebie się martwię, że ty wsiąkniesz w ten Lublin i jego prostackie rozrywki.

Dziewczyna roześmiała się szczerze.

Po chwili trzasnęły drzwi i wszystko ucichło. Nie było nikogo prócz portiera, który rozpiąwszy kołnierzyk pod szyją, otarł czoło chusteczką.

– Co za upał! – wyjęczał i opadł na krzesło.

 

***

Siedzieli przy stole w suterenie, która pełniła funkcję kuchni. Wszystko tonęło w półcieniu i było przyjemnie chłodno, a słoneczne refleksy wpadały jedynie przez wysoko umieszczone małe okienka. Olga sprawdziła telefon.

– Nie działa – mruknęła rozczarowana – bateria padła?

Chłopak, ten starszy, wstał i nieco zbyt poważnie powiedział:

– Zacznijmy od przedstawienia się. Nie wiem, co koleżanki tu robią, ale to nie jest miejsce dla byle kogo. Odprowadzimy koleżanki do domu, bo tu może być niebezpiecznie.

– Jeśli jest tak niebezpiecznie, to w takim razie, co koledzy tu robią, hę?

– My to co innego – młodszy chłopak wydął policzki – my jesteśmy eks-pro-la-to-ra-mi!

– Chyba: eksploratorami… – Michalina odruchowo poprawiła.

Starszy chrząknął, żeby dodać sobie odwagi.

– Jestem Anatol, ale wszyscy mówią mi Tolek, a to mój brat Michaś.

Obaj mieli jasne czupryny, białe koszule z krochmalonymi kołnierzykami i krótkie spodenki na szelkach. Starszy miał wypchaną torbę na skórzanym pasku. Michalina pomyślała, że wyglądają trochę jak statyści z filmu o latach dwudziestych.

– No dobrze – zaczął Tolek, gdy wszyscy już się przedstawili – niech koleżanki powiedzą, co tu robią.

– Najpierw wy.

– My szukamy pewnej tajemniczej rzeczy, a gdy ją znajdziemy…

Tolek zakrył usta bratu, niezadowolony, że się tamten wygadał.

– A cóż to takiego koledzy szukają? Bo tak się składa, że my szukamy czegoś bardzo ważnego, co się nazywa astro… astronomo…

– Astrolabium?

– Właśnie!

– Hmm, i my tego szukamy – powiedział Tolek bez sympatii.

– W takim razie będzie fajnie, jeśli zorganizujemy wspólną wyprawę. – Olga zdawała się nie dostrzegać napięcia, które nad nimi wszystkimi zawisło.

– Ale tylko pod warunkiem, że to ja dowodzę – powiedziała Michalina twardo.

– Jesteście tylko dziewczynami – Tolek zadarł nosa – to my z Michasiem powinniśmy przewodzić wyprawie.

– Ale to ja mam mapę.

Rozłożyła dużą płachtę grubego papieru, na której wyrysowane były plany Pałacu Gubernialnego.

– Jest na niej miejsce ukrycia astrolabium?

Pokazała w kółku czerwoną literkę „A”.

– Phi, zapamiętamy, gdzie to jest i nie będziemy potrzebować waszej mapy!

– Nie traficie bez mapy. Nie tylko jest pokazane g d z i e jest astrolabium, ale też j a k do niego trafić. To jak będzie? – Michalina oczywiście nie zamierzała ustąpić.

Tolek z Michasiem coś poszeptali między sobą i starszy z braci powiedział:

– Dobrze, ale odkrywać skarb będziemy razem.

Gdy doszli do takiego porozumienia, zaczęli rozglądać się po suterenie. Była tu i węglowa kuchnia z fajerkami, i kredens, i szafki z rondlami, i półki biegnące wzdłuż ścian. Na półkach równo w rządku stały przetwory w dużych słojach z naklejonymi ozdobnymi etykietami.

– Jak myślicie, możemy się jednym słojem poczęstować?

– No nie wiem, jak nas złapią, to będzie kęsim!

– Mam parę groszy – Tolek wysypał monety na stół – możemy je zostawić w zamian.

Dziewczyny skwapliwie przytaknęły i wybrały słoik z napisem „Sucha konfitura”, w którym były owoce w cukrze.

– Gdy znajdziemy nasz skarb – Michaś podkreślił słowo ‘nasz’, równocześnie zajadając się morelą – to czyj on będzie?

– Niczyj. Astrolabium działa tylko dziś. Posłuchaj tego.

Tolek wyjął z torby staroświecki notatnik w zniszczonej oprawie i zaczął czytać:

 

Z tego tytułu, że liczba jest zasadą rzeczy, i że liczba jest racjonalnością i miarą – wszystko można ująć w miary ilościowe. Nie tylko rzeczy świata podksiężycowego zbudowanego z elementów i sprawiających powstawanie i ginięcie, ale również rzeczy świata nadksiężycowego, które trwają, poruszając się jednostajnym ruchem kołowym. Bieg gwiazd i planet wzdłuż swoich sfer musi wykonywać kosmiczną muzykę, którą można usłyszeć jedynie mając specjalną do tego machinerię…

 

– Nic z tego nie rozumiem – jęknęła Olga.

– Po prostu, jak znajdziemy aster… aspor…

– Astrumentum – podpowiedziała Michasiowi Olga.

– Właśnie, astrumentum, to usłyszymy, jak gwiazdy śpiewają.

– Phi, a cóż może być w tym ciekawego?

– Gwiazdy mogą wyszeptać do ucha swoją tajemnicę tylko wybranym i wyjątkowym odkrywcom. Czyli mnie i bratu.

– Wielkie mi mecyje! – Olga wydęła usta i udawała, że gadanie Michasia ją nie interesuje, ale w duchu zastanawiała się, czy naprawdę tylko chłopaki będą słyszeć ten szept gwiazd.

Wtedy od strony schodów, które tu prowadziły z holu, dobiegło szuranie.

– Schowajcie się!

Wszyscy się rozbiegli po kuchni i przycupnęli za szafkami. Michalina pokazywała na migi, żeby byli cicho.

– Przynajmniej w piwnicy nieco chłodniej. Nie ma to jak stare, grube mury…

Tolek wyjrzał ostrożnie.

To był portier, ale teraz już bez liberii i jakby trochę starszy.

– Gdzie ja im teraz zawór znajdę – portier nawykły do samotności mówił do siebie.

Po chwili dobiegło ich jego utyskiwanie, jakieś stukanie i rumor. Nie zabawił jednak długo i nie zainteresowawszy się pustym słojem na stole, poczłapał z powrotem na górę.

 

***

Stali pod drzwiami, na których widniała tabliczka z napisem „Канцелярия".

– Kan-ce-la-ria – przeczytał Michaś.

– Umiesz czytać po rusku? – zdziwiła się Olga.

– Ech – westchnął na to Tolek i machnął ręką. – Takiego belfra mamy, że zaraz sami moskalami zostaniemy. Tu ma być astrolabium?

– Nie – Michalina odpowiedziała szeptem – przejdziemy tylko przez kancelarię na drugą stronę, a tam albo strychem przejdziemy nad biblioteką i salą kominkową, albo całkiem naokoło.

– A nie możemy dołem, bez szwendania się po strychach?

Michalina potrząsnęła głową.

– Na mapie nie ma przejścia ani dla nas, ani dla nich – spojrzała na chłopców.

– Ech, ta twoja mapa. – Olga wolałaby, żeby ich wyprawa po skarb była trochę mniej męcząca.

Michalina nacisnęła ostrożnie klamkę i uchyliła drzwi. W środku, za biurkiem zawalonym teczkami i papierami siedział mężczyzna, zapewne Sokołow, i pracował. Pisał, podkreślał i przekładał. Co jakiś czas nalewał do kieliszka rubinowego płynu i wychylał duszkiem.

Da, mnie nada niemnożko… szczo to ja… mnie iszczeznut tuda…

Kancelista bełkotał coś już zamroczony alkoholem.

– Czy aby na pewno tędy? – szepnął Tolek.

Michalina postukała palcem w mapę.

– Przecież mówię.

Pchnęła drzwi, które otworzyły się z jękiem, ale chłopak przytrzymał ją za ramię.

– A jeśli nas złapie?

– Tchórz – popatrzyła na niego z lekką pogardą.

Wślizgnęli się do środka, wstrzymując oddech. Wszędzie było pełno regałów, ustawionych w ciasnych rzędach, a dokumenty, formularze i księgi leżały na podłodze, tworząc papierowe piramidy. Kryjąc się za meblami, zaczęli się posuwać w stronę przeciwległej ściany. Urzędnik nie zwracał na nich uwagi, chyba nie wiedział, co się wokół niego dzieje. Nagle Michaś się potknął, próbował złapać półki, ale tylko ściągnął na siebie stojące tam książki. Pijany Sokołow wzdrygnął się i wstając strącił karafkę, która rozprysła się na podłodze.

Job twoju mać!

Zataczając się, podszedł i chwycił Michasia za kołnierz.

A ty kto? Wor jakij? Nu, ja tiebia… w tiurmu…

Michaś zaczął żałośnie płakać. Próbował się wyrwać, ale kancelista trzymał mocno.

Ty polskaja swołocz, ty…!

Sokołow wpadał w szał, na ustach miał pianę, a z przepicia na policzki wypełzły mu rumieńce. Złapał chłopca za gardło i zaczął dusić. Tolek patrzył na to szeroko otwartymi oczami i nie mógł się ruszyć ani wydać żadnego dźwięku. Przerażenie go sparaliżowało. Michaś rozpaczliwie próbował łapać powietrze. Nagle Tolek poczuł, że ktoś go pchnął na ścianę. Michalina doskoczyła do biurka, chwyciła kałamarz i z całej siły rozbiła na głowie Sokołowa. Atrament zmieszał się z krwią, a kancelista chwyciwszy się za skronie, puścił Michasia.

– Biegiem!

Przebiegli między półkami do tylnego wyjścia, wypadli na korytarz, a drewniane klepki zadudniły. Korytarz skręcił. Po prawej i lewej stronie umieszczonych było kilkoro drzwi, które Tolek próbował otworzyć.

Zamknięte. Te też zamknięte.

Wreszcie udało mu się i wepchnął wszystkich do jednego z pokoi. Zamknął szybko drzwi i przyłożył ucho, niespokojnie nasłuchując. Pałac tonął jednak w ciszy i chyba nikt ich nie gonił. Spojrzał na brata. Michaś połykał łzy. Michalina bluzkę miała poplamioną atramentem. Stała pod ścianą i nerwowo obgryzała paznokcie. Zagotował się w nim gniew.

– Nie chcę z tobą mieć nic wspólnego! – krzyczał, a wściekłość zasłaniała mu oczy mgłą. – Wiedziałem, że dziewczyny się do niczego nie nadają! Jeśli… jeśli Michasiowi coś by się stało…

– Ale przecież wszystko dobrze się skończyło – Olga nieśmiało próbowała załagodzić sytuację.

– Nie miałam pojęcia… – zaczęła niepewnie Michalina, ale Tolek nie miał zamiaru jej słuchać.

– Nigdy już się nie odezwę do nikogo tak zarozumiałego jak ty!

– Ale to Michalina mnie uratowała, zobacz, jeszcze mam ślad na szyi – Michaś pokazywał bratu czerwone plamy.

Tolek przypomniał sobie, jak nie mógł się ruszyć. Jak zostawił brata na pastwę rosyjskiego urzędnika. Fala gorąca boleśnie go uderzyła, aż chwycił się za serce i zgiął wpół.

– Ja też nie chcę cię znać! Zobaczysz, będziecie się kręcić w kółko! Nie znajdziecie ani skarbu, ani wyjścia! Utkniecie w pałacu już na zawsze!

Odwróciła się ze złością i razem z Olgą uciekły. Chłopcy zostali sami.

– Nienawidzę cię! – Michaś rzucił się na brata z pięściami. – A jak stąd nigdy nie wyjdziemy? A jak nie znajdziemy naszego skarbu? Dlaczego zawsze musisz wszystko zepsuć?!

Po policzkach ciekły mu brudne łzy. Tolek zagryzł wargę.

Co za głupiec ze mnie! Ten mój niewyparzony język!

– Już dobrze – uspokajająco klepał go po plecach – już nie rycz. Obiecuję, że znajdziemy dziewczyny i razem znajdziemy skarb.

– Przyrzekasz?

– Chodź, dogonimy je.

Tolek puścił się biegiem korytarzem, którym przed chwilą poszły Michalina z Olgą. Z lewej wysokie okna otwierały się na plac przed pałacem. Po prawej we wnękach stały na półkolumnach rzeźby antycznych bogiń i herosów o pustym i kamiennym wzroku. Wydawało mu się, że korytarz powinien kończyć się schodami, prowadzącymi na piętro, ale schodów nie było. Tolek patrzył zdziwiony na ślepą ścianę, która przed nim wyrosła nie wiedzieć skąd.

Zawrócił, biorąc brata za rękę.

– Tu nie ma przejścia.

A jeśli… a jeśli pałac połyka intruzów? Jeśli przestawia ściany i schody, abyśmy nigdy się nie znaleźli?

Zadrżał.

– Widziałem na mapie, że aby dostać się do wyjścia, trzeba przejść przez bawialnię i oranżerię. Chodźmy w tę stronę.

Arkadowy pasaż poprowadził ich do oranżerii o szklanym dachu. Chłopców otoczył ogród pełen róż, egzotycznych kwiatów i małych drzewek z rajskimi jabłuszkami i cytrusami. Nad nimi rozpościerały się wachlarze palm, które majestatycznie wyrastały z ogromnych donic. Starożytna bogini z alabastru spoglądała znad liści lauru.

– A co z opowieściami gwiazd? Czy nie mówiłeś, że można je usłyszeć tylko dziś?

Przygotowywali się do swojej wyprawy od dłuższego czasu. Tolek sprawdzał mapy nieba i skrupulatnie studiował notatki, starając się ustalić, gdzie w pałacu znajduje się astrolabium. Oczywiście, że będzie zawiedziony, jeśli się poddadzą, ale nigdy, przenigdy nie narazi Michasia jeszcze raz na niebezpieczeństwo.

– Hmm. Może uda nam się posłuchać gwiazd kiedy indziej.

Z oranżerii przeszli do bawialni. Wysokie okna wpuszczały zbyt dużo słońca, które rozszczepiało się na jednotaflowych lustrach, złotych ramach i srebrnych kandelabrach. Głuchy odgłos ich kroków niósł się pod sufit, na którym wymalowano idylliczne pasterskie sceny, oszukując widza iluzją obłoków i podmuchów wiatru. W bawialni było kilkoro drzwi. Tolek wybrał te najdalsze i znaleźli się w okazałej sali z kominkiem, którego strzegły dwa marmurowe lwy. Na środku stały szezlong i okrągła kanapa, obita czerwonym pluszem. Cztery wyjścia prowadziły we wszystkich kierunkach.

– Może tędy – mruknął do siebie.

– O! – zdziwił się Michaś – jeszcze jedna oranżeria?

Ale Tolek wiedział, że to nie jest inna oranżeria.

Zniknęły donice z różami, drzewka pomarańczowe i cytrynowe. Palmy były niższe, teraz ustawione wśród fikusów i skręconych paproci. Jedynie posąg Afrodyty, wstydliwie schowany wśród liści, był taki sam, jak przedtem.

Zawrócili do sali z lwami.

– Poczekaj tu na mnie, coś sprawdzę.

Wyjął manierkę z wodą i cebularza i podał Michasiowi, posadziwszy go na kanapie. Sam przeszedł na drugą stronę i stanął w progu. Następnym pomieszczeniem była bawialnia, ale ze ścian zniknęły lustra, za to pośrodku stał fortepian i rzędy krzeseł. Tolek cofnął się przestraszony, ale Michaś spokojnie jadł cebularza, machając nogami w powietrzu. Siadł obok brata.

– Słuchaj, myślę, że możemy tu odpocząć zanim upał nie zelżeje.

Starał się, aby zabrzmiało to jak najbardziej beznamiętnie.

 

***

– Nie wiem, czemu jesteś taka uparta. To twoje poszukiwanie przygody przestało być fajne. – Olga obrażona poszła przodem.

Michalina obejrzała się i zobaczyła, jak Tolek został uwięziony po drugiej stronie ściany, na której wisiało teraz wielkie, kryształowe zwierciadło. Patrzył z drugiej strony lustra wprost na Michalinę, ale jej nie dostrzegał. Próbował znaleźć jakiś wyłom w murze po swojej stronie, lecz przejście dla niego było zamknięte. Widziała, jak wziął Michasia za rękę i zawrócili.

Zacisnęła zęby.

Dobrze mu tak. Nawet jeśli będą się błąkać po pałacu całą noc – nie zamierzam ich żałować!

Dogoniła Olgę.

– Same znajdziemy astrolabium. Nie są nam oni do niczego potrzebni!

Ale gdy po długiej wędrówce dotarły do wschodniego skrzydła, stanęły przed tabliczką „Przejścia nie ma”. Wszędzie były porozkładane narzędzia, taczki, worki z cementem i wiadra z farbą. Pozostawione przez robotników radio skrzeczało niezrozumiale.

– Och, nie! Musimy jakoś to obejść!

Jednak przejście było zamurowane. Olga siadła na podłodze rozczarowana.

– Wiesz – zaczęła – myślę, że byłoby fajnie, gdybyśmy ten skarb odkryli wspólnie. Przecież może się tak zdarzyć, że faktycznie tylko chłopaki usłyszą opowieści gwiazd. Jeśli są prawdziwymi odkrywcami, oczywiście. Skoro tak naprawdę to nasza wyprawa, to nie możemy im oddać całej przyjemności z przygody. Tak myślę.

– Jak tak bardzo chcesz – powiedziała Michalina sztucznie obojętnym głosem – to mogę ich znaleźć. Przecież mam mapę.

– A cóż mapa nam pomoże?

– Mapa ma warstwy – rozkładała arkusz na podłodze, wygładzając go ręką – jeśli znajdę izometryczne punkty wszystkich warstw, przeszłości i przyszłości, to mogę wyznaczyć wspólny, nieruchomy punkt, wokół którego wszystko się kręci, zresztą tak jak wokół Gwiazdy Polarnej. Jeśli gdzieś chłopaki mogą być – to tylko tam.

– Jeśli tak mówisz…

Michalina za pomocą ołówka zabrała się do wyznaczania środka mapy, a Olga przyglądała się temu trochę znudzona. Wreszcie Michalina postawiła krzyżyk w jednym z pomieszczeń.

– Tutaj.

Biegła tak szybko, jakby chciała oszukać geometrię pałacu. Stanęła przed drzwiami sali kominkowej. Olga dotarła po chwili zdyszana. Michalina położyła rękę na klamce.

Jeśli ich nie będzie, to chyba na dobre się zgubili.

Ale byli.

Tolek i Michalina stanęli naprzeciw. Spojrzeli na siebie niepewnie, ale zaraz spuścili wzrok speszeni. Niezręczna cisza się przedłużała, więc oboje w tym samym czasie postanowili coś powiedzieć.

– Przepraszam.

– To już zgoda będzie? Zgoda? – Michaś podskakiwał dokoła nich podekscytowany.

Michalina odetchnęła z ulgą.

– Może być zgoda.

 

***

Szli przez amfiladę pokoi, otwierając następne i następne drzwi. Wszędzie było pusto, tylko ciepły wiatr podnosił tiulowe firanki i kręcił nimi bezgłośnie. Słońce wybielało kwiatowy deseń tapet na ścianach i odbijało się w serwantkach i kryształowych wazonach. Znaleźli się wreszcie w ostatnim pokoju, pełnym zakurzonych mebli, książek i wypłowiałych dywanów. Michalina rozejrzała się niepewnie.

– Nie wiem, co dalej. Coś tu się nie zgadza z mapą.

– Tu ma być ukryte to coś, ten nasz skarb? – Olga otrzepała ręce z kurzu. – Twoja mapa może być przestarzała, zobacz, wszędzie góry staroci. Musimy tu poszukać tajemnego przejścia.

– Takiego zamurowanego? – dopytywał się Michaś.

– Może być zamurowane, a może być tylko zastawione szafą. Najpierw ta. – Olga pokazała dwudrzwiowy, ciężki mebel.

Zabrali się do przesuwania bieliźniarki, a gdy odsunęli ją nieco, zaczęli opukiwać ścianę. Rozległ się pusty odgłos.

– Ach! Tutaj rzeczywiście może być tajemny pokój!

Tolek wyjął nożyk i odciął tapetę na wysokości ukrytej framugi. Zdarli papier i odsłoniły się przed nimi zniszczone drzwi. Podważył zamek i drzwi ustąpiły.

– Otwarte.

Przecisnęli się przez wąskie przejście do pomieszczenia pełnego światła. Wzbijali obłoki kurzu, który wirował w smugach słońca, wpadającego przez wykuszowe okna. Musiał to być kiedyś gabinet, bo na środku stało duże biurko, z przyborami do pisania, teraz pokrytymi grubą warstwą białego pyłu. Pod ścianami na półkach stały globusy, modele słoneczne i mapy gwiazd, zakurzone i bez życia. Podeszli bliżej. Tolek wyciągnął z kieszeni chustkę i ostrożnie zaczął odkurzać to, co leżało na biurku.

– Co to?

– To jest właśnie astrolabium.

Astrolabium było miedzianą tarczą o wielu wskazówkach i pierścieniach, na których wyryte zostały podziałki i cyfry.

– I to jest nasz skarb? – Michaś był rozczarowany.

– Skarb nie musi być ze złota. – Tolek skarcił brata. – Kiedy astrolabium zostanie uruchomione podczas przesilenia letniego, same ciała niebieskie nastawią miary astrolabium na odpowiednie wartości i wtedy usłyszymy nieznaną mowę i muzykę gwiazd. Cóż może być ciekawszego!

Michaś nie wyglądał na przekonanego, ale pogodnie powiedział:

– Jak chcesz. Może to być nasz skarb.

 

***

Ogromny Księżyc zawisł nad nimi tak nisko, że gdyby tylko wspięli się na palce, to mogliby go dotknąć. Świecił pomarańczowym, ciepłym blaskiem, kładąc złoty pocałunek na dachach i placach miasta, gładząc ich po włosach. Firmament rozżarzył się błękitnymi gwiazdami, a nieznane konstelacje zaczęły żeglować po czerwcowym niebie. Mgławice i komety, planety i ich księżyce, meteory i okruchy skalne – wszystko zaczęło się powoli obracać.

Tolek włożył kluczyk w zamek i przekręcił, a astrolabium cicho zabrzęczało, uruchamiając miedziane pierścienie. Położyli się na ciepłej ziemi i spojrzeli na niebo. Powoli do ich uszu zaczęła docierać muzyka gwiazd. Planety trącały niewidzialne struny orbit, błękitne karły dźwięczały radosnymi wysokimi tonami. Mgławice nurkowały w głęboką studnię kosmosu, wydobywając zeń echa dzwonów i dzwonków, czerwone olbrzymy brzmiały ciepło i słodko. Galaktyka Andromedy śpiewała jakąś pieśń bez słów, pełną pogodnych brzmień i skocznych melodii.

Jakie to piękne – pomyślała Olga.

– Niebo opowiada mi cudowną bajkę – szepnął Michaś.

– A o czym? – Tolek był tak samo zachwycony.

– O skrzydlatych smokach, które płyną od gwiazdy do gwiazdy, szukając czarodziejskiego kryształu. Kiedy go znajdą, rzucą go w nasze Słońce, a wtedy ono wytryśnie zielonym promieniem i stworzy im zielony świat, w którym będą mogły zamieszkać.

Obłok Magellana jak efemeryczny woal niespiesznie dryfował za horyzont, zostawiając za sobą spokojne i coraz cichsze brzmienia.

Michaś i Olga zmęczeni zasnęli.

Może śni im się, że żeglują po strunach wszechświata?

Michalina spojrzała na Tolka.

– Przepraszam za Michasia – powiedziała cicho – nie wiedziałam, że jest tak niebezpiecznie w waszym czas… – ugryzła się w język.

Chłopak jednak nie wyglądał na zdziwionego.

– Już wiesz, że nie jesteśmy z tego samego czasu.

Skinął głową.

– Domyśliłem się.

– Skąd wiedziałeś, że przyjdziemy po was do sali z kominkiem?

– Tak naprawdę nie wiedziałem. Bałem się, że nagadałem ci okropnych rzeczy i nie będziesz chciała wrócić. Miałem tylko nadzieję, że skoro tamto miejsce nie przechodzi z przeszłości w przyszłość, to jest szansa, że się odnajdziemy.

– Myślisz… myślisz, że jeszcze się spotkamy? – Michalina spytała niepewnie.

– Wasz czas może biec liniowo, po naszym, ale może też biec równolegle. Któż to wie, ile jest światów?

Przez chwilę milczeli.

Tolek się uśmiechnął.

– Przynajmniej mamy co napisać w rozprawce „Wakacyjna przygoda”!

 

Muzyka sfer ucichła. Księżyc się oddalił, przybrawszy na powrót normalne rozmiary, a zmęczone upałem gwiazdy zamrugały i chłopcy zniknęli. Zniknęło też astrolabium. Olga przecierała oczy rozespana.

– Tolek z Michasiem poszli już?

– Uhum. Wrócili do domu. I na nas już czas.

W tej chwili plac Litewski zapełnił się ludźmi, rozbrzmiała taneczna nuta i większość mieszkańców puściła się w tany wśród lampionów i girland świateł, aby uczcić początek lata.

Koniec

Komentarze

chalbarczyk przeczytałem. Muszę powiedzieć, że opowiadanie przypadło mi do gustu. Akcja jest wartka. Interesująca. Przyjemnie się czytało.

 

Pozdrawiam!

Jestem niepełnosprawny...

Dobry wieczór, Chalbarczyku!

Jakże miło, że dołączyłaś do nas ze swoim opowiadaniem. 

Przeczytałem opowiadanie o pałacu i od razu wiem, co Chalbarczyk lubi najbardziej: imiesłowy przysłówkowe uprzednie, przygody i historie o Panu Samochodziku. Wszystkiego jest tu po trochę i przyznać muszę, że wciągnęła mnie Twoja historia. Byłem wraz z Tobą w pałacu, łaziłem z Tobą po strychu, co oznacza, że zabrałaś mnie w napisaną przez siebie podróż. Porwałaś mnie do swojego świata. Ładnie napisane i fajne. 

Pewnym zwyczajem jest wskazywanie potknięć. Tylko że ja na własnych błędach się nie znam, jakież mam prawo wyszukiwać potknięcia u innych. Ale:

 Nagrzane powietrze drgało i rozżarzało do czerwoności gzymsy

Naprawdę uważasz, że gzyms może być rozżarzony do czerwoności?

 

Nie wiem, co koleżanki tu robią, ale to nie jest miejsce dla byle kogo.

Powiedzieć nowym koleżankom, że są byle kim – to jednak trochę niegrzeczne. 

 

Była tu i węglowa kuchnia z fajerkami, i kredens, i szafki z rondlami

Wydaje mi się, że kredens w dziewiętnastym wieku był osobnym pomieszczeniem.

 

Chłopców otoczył ogród pełen róż

Nie jestem pewien, czy ogród może kogokolwiek otoczyć. Wokół chłopców mógł roztaczać się ogród pełen róż. 

 

schodami, schodzącymi na piętro

Chyba schodami prowadzącymi na piętro

 

Cztery wyjścia prowadziły we wszystkich kierunkach.

Myślę sobie, że cztery wyjścia mogą co najwyżej prowadzić na cztery strony świata. We wszystkich kierunkach można się udać, wychodząc z altanki pozbawionej ścian. 

 

Wyjął manierkę z wodą i cebularza

Chyba wyjął cebularz.

 

Mapa ma warstwy

Wydaje mi się, że na mapie wyrysowane (naniesione) są warstwy. Gdy przeczytałem to zdanie, pomyślałem, że chodzi o wielowarstwowy papier. 

 

Michalina postawiła krzyżyk w jednym z pomieszczeń pałacu.

Prawdopodobnie postawiła krzyżyk na mapie w miejscu, gdzie znajdowało się jedno z pomieszczeń. 

 

globusy, modele słoneczne i mapy gwiazd, zakurzone i bez życia.

Mojego czepialstwa ciąg dalszy. Czy widziałaś, Chalbarczyku, żyjące globusy i mapy gwiazd?

 

Słońce wybielało kwiatowy deseń tapet na ścianach

Nie znam się na kolorach, ale Słońce wybielające deseń to już zupełnie dla mnie nie do pojęcia. 

 

Planety trącały niewidzialne struny orbit

Próbowałem sobie wyobrazić to trącanie strun, ale ni hu-hu.

 

Obłok Magellana jak efemeryczny woal niespiesznie dryfował za horyzon

Zaiste piękny musiał to być widok. Tylko że: obłok Magellana widoczny jest jedynie dla mieszkańca południowej półkuli. 

 

może biec liniowo, po naszym, ale może też biec równolegle

Według mnie równolegle również oznacza liniowo, tylko że po nieco innym torze. 

 

 

ostrożnie zaczął ściągać kurz z czegoś,

Nie jestem pewien, ale kurz chyba się ściera.

 

 

Przede wszystkim jednak opisana przez Ciebie historia jest ciekawa, z wieloma przygodami i miło się ją czyta. A o to chyba chodzi. 

 

Dobrej nocy:)

Cornelius

co Chalbarczyk lubi najbardziej: imiesłowy przysłówkowe uprzednie,

smiley Dzięki!!! To szczera prawda!

Co do uwag, nie ze wszystkimi się zgadzam, albowiem:

 

Wydaje mi się, że kredens w dziewiętnastym wieku był osobnym pomieszczeniem

Owszem, lecz to również mebel, zresztą akcja dzieje się już w dwudziestym wieku.

 

Powiedzieć nowym koleżankom, że są byle kim – to jednak trochę niegrzeczne.

No tak, ale nie chodzi o to, aby być grzecznym, ale aby osadzić w tekście późniejszy konflikt :)

wyjął cebularza

kolokwializm, utrwalony w języku

Nie znam się na kolorach, ale Słońce wybielające deseń to już zupełnie dla mnie nie do pojęcia.

Kolory płowieją pod wpływem słońca aż do białości (zależy od czasu), więc wszystkie ściany, tapety, tapiserie robią się coraz bledsze.

 

Próbowałem sobie wyobrazić to trącanie strun, ale ni hu-hu.

Pitagorejska muzyka sfer właśnie na tym polega, że orbity planet, ze względu na matematyczne proporcje, wydają dźwięki – muzykę, która bezpośrednio nie jest przez nas słyszana, ale tylko wyliczona.

No i Obłok Magellana, tak, na potrzeby muzyki sfer przydryfował na naszą półkulę, ale zauważ, że zaraz odpłynął ;)

 

Niektóre z wyrażeń wypunktowanych przez Ciebie traktuję jako metafory, mające oddać (gorący) klimat, a niektóre jako niezręczności, z którymi nie wiedziałam, co zrobić.

 

Dzięki za przeczytanie i uwagi. Pozdrawiam!

 

dawidiq

Cieszę się, że się spodobało. Pozdrawiam!

Ładna, baśniowa opowieść. Przyjemnie się czytało i pomysł nietuzinkowy. Nie trzeba od razu ratować świat, czasem wystarczy poszukać przygody.

Nie jestem pewna, czy muzyka sfer wystarczy do spełnienia warunków konkursu, ale niech się tym jurki martwią.

Jak na mój gust, dzieci się odrobinę zbyt łatwo pożarły między sobą, ale niech Ci będzie.

Babska logika rządzi!

Finkla

Ja również rozstrzygnięcie, czy opowiadanie mieści się w formacie zostawiam jurorom :)

Fajnie, że okazało się przyjemną lekturą.

Pozdrawiam!

Opowieść zajęła mnie w stopniu umiarkowanym, albowiem, jak wnoszę z treści i zachowania bohaterów, jest przeznaczona raczej dla młodzieży. Jednakowoż czytało się nieźle, choć usterki nieco przeszkadzały.

 

Olga po­ka­za­ła na ter­mo­metr. ―> Olga po­ka­za­ła ter­mo­metr.

Chcąc komuś coś pokazać, pokazujemy to, nie na to.

 

Nagrzane powietrze drgało i rozżarzało do czerwoności gzymsy, ko­lum­ny i tynk ele­wa­cji. ―> To się wymyka mojej zdolności pojmowania, nawet jeśli założę, że to fantastyka.

 

Nagle spo­śród koni wy­pa­dło dwóch chłop­ców… ―> Wcześniej napisałaś: Na Ra­dzi­wił­łow­skiej stały za­przę­żo­ne do­roż­ki jedna za drugą. ―> Jak chłopcy mogli wypaść spośród koni, skoro te stały w rządku, oddzielone powozami?

 

Stra­ci­li na chwi­lę wzrok, bo oto­czy­ły ich ciem­ność i chłód. ―> Czy to znaczy, że chłód ma zdolność odbierania wzroku?

 

Prze­pro­wa­dzi­ła ich przez przez piw­ni­ce… ―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

– Auć! – szep­tem krzyk­nął jeden z chłop­ców… ―> Czy aby na pewno? Nie wydaje mi się to możliwe, gdyż szept jest cichy z definicji, a krzyk z definicji głośny.

 

I jemu ja­kieś ka­ni­ku­ły się na­le­żą. ―> Ile kanikuł należy się Sokołowowi?

 

tam tylko star­sze pań­stwo… ―> …tam tylko star­si pań­stwo

 

przej­dzie­my tylko przez kan­ce­la­rię na drugą stro­nę, a tam albo stry­chem przej­dzie­my nad… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

Ty pol­ska­ja swo­łocz, ty…! ―> Kwestię dialogową otwiera półpauza, nie dywiz.

 

Słoń­ce wy­bie­la­ło kwia­to­wy deseń tapet na ścia­nach… ―> Tapeta od słońca nie wybieli się, co najwyżej spłowieje, stanie się bledsza. Czy słońce powodowało płowienie tylko desenia, a tła już nie?

 

i ostroż­nie za­czął ścią­gać kurz z cze­goś, co le­ża­ło na biur­ku. ―> Ściągać to można (choć nie należy) na klasówce, a tu proponuję: …i ostroż­nie za­czął odkurzać coś, co le­ża­ło na biur­ku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć!

 

Opowiadanie bardzo mi się podobało. Jest nastrojowe i idealne, że się tak wyrażę, na mój przeciążony obecnie procesor. Przywodzi na myśl książki czytane w dzieciństwie. ;-) Brakowało mi jedynie jakiegoś nietuzinkowego spojrzenia na temat synestezji, a tak właściwie to synestezji jako takiej. ;-) Lektura była jednak przyjemna, bo całość jest napisana bardzo ładnym językiem, z odpowiednią dawką stylizacji.

 

Olga zdawała się nie dostrzegać napięcia, które nad nimi wszystkimi zawisło.

– przyznam, że jestem w tym razem z Olgą. ;-)

 

Pozdrawiam!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Reg

Tak myślałam, że będzie trochę stylistycznych zgrzytów. Dzięki za uwagi, mam wrażenie, że poprawki techniczne można wciąż nanosić, więc poprawię. W dialogach kolokwializmy, zruszczenia, skróty myślowe celowo zostawiam. Przyznam, że dostosowanie języka do opisu akcji w jednym miejscu – tutaj pałacu – to było dla mnie wyzwanie. Powtórzenia śniły mi się po nocach :)

 

To się wymyka mojej zdolności pojmowania, nawet jeśli założę, że to fantastyka.

No nie, a dla mnie to najrzeczywistsza rzeczywistość, bo Pałac Gubenialny w Lublinie ma pomarańczowy tynk, więc w gorącym słońcu naprawdę robi się czerwony, jakby płonął :)

 

Pozdrawiam i jeszcze raz dzięki!

 

FilipWij

Miała to być lekka, optymistyczna wakacyjna lektura – więc jeśli Ci się spodobało, to uważam, że cel został osiągnięty :)

Co do synestezji, zastanawiając się nad tym, co chciałabym napisać, zobaczyłam, że synestezja jest strasznie wąskim tematem. Postanowiłam więc poszerzyć definicję o słyszenie muzyki, która jest tak naprawdę tylko liczbami. No, ale o tym zdecydują jurorzy, czy im się taka wersja spodoba.

Dzięki za odwiedziny i pozdrawiam!

 

Cześć!

Całkiem miło czasem przeczytać dobrze skrojoną młodzieżówkę. Nie będę się skupiać na łapankach, bo to już było w wielu poprzednich w wpisach. Co do motywów konkursowych pojawiały się one gdzieś tam w tle, ale nie mogę powiedzieć, żeby akurat zapadały w pamięć. Niemniej, przygoda i świat przedstawiony bardzo mi się spodobały. Może postawiłabym na jakieś mocniejsze zakończenie, aczkolwiek w wakacyjnych lekturach chodzi chyba o przyjemność i lekkość, a tu dostałam tego dokładnie tyle, ile trzeba. 

Dzięki za przyjemną lekturę i polecam do biblioteki!

Bardzo proszę, Chalbarczyk, i miło mi, ze mogłam się przydać. ;)

 

Pałac Gubenialny w Lublinie ma pomarańczowy tynk, więc w gorącym słońcu naprawdę robi się czerwony, jakby płonął :)

Rozumiem, ale o tym wiedzą tylko ci, którzy rzeczony pałac widzieli. Ja nie wiedziałam, więc trudno mi sobie imaginować budynek rozżarzony do czerwoności. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

oidrin

Ach, jakże się cieszę! Fajnie, że mój ulubiony gatunek wakacyjny też się komuś spodobał :)

Po komentarzach rozumiem, że mój pomysł na muzykę sfer niebieskich jakoś się nie kojarzy z synestezją. No cóż, trudno, nie można mieć wszystkiego w jednym opowiadaniu…

Dzięki za odwiedziny i pozdrawiam!

Been here. devil

Cześć!

Opowiadanie ma fajny klimat, takiej szalonej przygody dzieciaków. Momentami opis wędrówki po pałacu trochę mi się dłużył, ale dialogi wyszły naturalnie. Pomysł na muzykę sfer uważam za ciekawy.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Ale fajna przygodówka, aż przypomniały mi się lektury z dzieciństwa ;)

Bardzo fajnie nakreśliłaś wschodni klimat.

Fajny opis samego pałacu, trochę poczułem się jak na “literackiej” wycieczce.

Przyznam, że nie było “wow”, ale czytało się naprawdę przyjemnie. Taka letnia lektura :)

 

Alicella

Momentami opis wędrówki po pałacu trochę mi się dłużył

Nie dziwię się, to był również dla mnie zaskakująco rozległy pałac :)

 

Pan Domingo

Cieszę się, że wakacyjność przypadła do gustu.

 

Dziękuję wszystkim za odwiedziny i pozdrawiam!

 

Przeczytane.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Trochę już wyrosłam z młodzieżowych przygodówek i momentami mi się opowieść dłużyła. Ale pomysł fajny :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Doceniam przede wszystkim za pomysł :) A poza tym lekko i przyjemnie, mimo, że nie do końca jestem grupą docelową tego typu opowiadań, się czytało.

Klikam bibliotekę i życzę powodzenia w konkursie :)

Nadrabiam zaległe komentarze:

Irka

Katia

W zamyśle miała to być wakacyjna przygodówka, a najlepiej do tej roli pasują nastoletni bohaterowie – stąd taki wybór. Cieszę się, że lektura była przyjemna, dzięki za odwiedziny i pozdrawiam!

Bardzo mi się smiley. Począwszy od pomysłu poprzez bohaterów, opisy pałacu, stylizacje i historyczną atmosferę, kończąc na przygodzie. Zwłaszcza te przenikanie czasu fajnie wymyśliłaś. Jedynie czego mi brak to jakiegoś nawiązania na końcu do ich spotkania. Miałam nadzieje, że ich drogi jakoś się zetknął, choćby przez jakąś pocztówkę napisaną przez niego dla niej z przyszłości (wiem, ponosi mnie wyobraźnia :) ).

Daję klika i mam nadzieję, że ktoś doklika laugh.

 

PS Nie spodziewałam się, że ktoś będzie miał moją inspirację :).

Cześć Monique!

Dziękuję za miłe słowa i życzliwą lekturę. Może nie jest to opowiadanie najwyższych lotów, ale chciałam uczcić wakacje jakąś historią z przygodą wewnątrz dla wszystkich.

Muzyka naprawdę zainspirowała do oglądania gwiazd w letnią noc.

Pozdrawiam!

Hej,

Super opowiadanie, czytało się niezwykle miło i lekko jak to opowiadanie wakacyjne. Przypominają się opowiadania dzikiej mrówki i inne. Bardzo fajnie wybrzmiała przygodowa część, fajnie też poetycko wybrzmiała tajemnica i swoista nagroda. Przyziemność “stawki” opowiadania mającego wagę cudu dla jakichś dzieciaków też super. Jedyne co mi średnio wybrzmiało to konflikt dzieci, miałem wrażenie, że jeszcze zanim zdążyły się zezłościć już chciały się godzić. Późniejsze retrospekcje nieco jednak załagodziły to wrażenie więc dobra robota. Osobiście też bardzo chętnie zobaczyłbym nieco więcej tego odkrywania się nawzajem, ale rozumiem, że to mogłoby niepotrzebnie wydłużyć opowiadanie.

Podsumowując nie każde opowiadanie musi ważyć losy świata czy ostateczne odpowiedzi na sens istnienia. Młodzieżowe opowieści, lekki opowiadania też są super i Tobie wyszło to całkiem zgrabnie.

Pozdrawiam Serdecznie

Dragonin

Cześć Dragoninie!

Dzięki za przeczytanie i komentarz. Cieszę się, że się spodobała historia.

Pozdrawiam!

Bardzo przyjemnie się czytało. Ostatnie przed snem więc może sny będą też przyjemne i podobnie ciekawe. Chętnie kliknąłbym do biblioteki ale nie umiem jeszcze :) . Uzasadnienie byłoby , że bez krwi i przemocy, bez apokalipsy.

Koala! Jakże mi miło! Cieszę się, że w lekturze nic się nie utraciło z pogodnego nastroju!

Technicznie: nie obyło się bez drobniejszych błędów i wpadek, udało się za to uniknąć tych poważnych, więc nie ma źle. ;)

Interpretacja tematu: trochę licha. Dostajemy właściwie tylko taki stempel na końcu, żeby było widać, że jakieś nawiązanie jest. Można je odnotować, natomiast trudno powiedzieć, żeby temat konkursu załapał się na jakąś poważniejszą rolę w opowiadaniu.

Fabuła i bohaterowie: tu już jest lepiej. Dostajemy kawałek całkiem przyjemnej opowiastki z dziećmi w roli głównej. Trzeba też nadmienić, że w pewnym momencie ta formuła czy potencjał Twojej koncepcji na tekst zaczynał się wyczerpywać. Pojawiło się wrażenie lekkiego przeciągnięcia opowiadania, jakby tekst zmierzał do finału nieco wolniej niż było to potrzebne.

Dziękuję za udział w konkursie.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Nowa Fantastyka