- Opowiadanie: Ober - O czym marzy diabeł

O czym marzy diabeł

Opowiadanie przygotowałem w ramach wstępu do dłuższej formy literackiej. Z góry dziękuję wszystkim, którzy przeczytają. Liczę także na krytykę i uwagi edytorskie.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Zanais, Finkla

Oceny

O czym marzy diabeł

W dolinie żył lud dobry, spokojny i pokorny. Z gór płynęła woda, grunt był płodny, a w cerkwi mieszkał opiekuńczy Kryst. Czas płynął wraz z obłokami leniwie przetaczającymi się po niebie. W tym miejscu, niedługo przed żniwami, a w dzień święta rachmańskiego, na świat przyszedł maluch, któremu na cześć przyjaznego gminu dano imię Ludo.

Kto wie czy sami święci chcieli wystawić społeczność na próbę, czy może boginie losu coś pokręciły, ale chłopak od małego, jedyne co robił, to jadł, psocił i grał na fujarce. Przy czym psoty czynił wyjątkowo niemiłe, a dźwięki bolesne dla ucha. Jakby na złość chciał każdemu zrobić. Im starszy, tym bardziej krnąbrny.

Z urodzenia silniejszy oraz bardziej postawny niż inne dzieci, więc dużo przewin uchodziło mu na sucho. Wzrost i krzepę odziedziczył po ojcu, który niestety zmarł wcześnie na miotaczkę. Brzdąc niewiele sobie z tego dramatu zrobił. Po ceremonii czyszczenia ciała zatruł studnię martwą wodą, uznając to za świetny żart. Ta pół roku stała potem nieużywana.

Na tym się nie skończyło. Tu bisurman pociął nici na płótna, tam pogubił owce. Wreszcie, gdy wysypał wigilijną kutię, to go rodzicielka z domu pogoniła. Obrażony długo nie chciał wrócić, a potem już nie było do kogo. Matka ponoć ze smutku zmysły pogubiła i poszła w jezioro.

Szukał Ludo pracy, ale do żadnej się nie nadawał. Jak za ciężka, to sam rzucał, jak za trudna, to się migał, narzekał i jego wyrzucali. A przy tym wszystkim, co by nie robił, to mącił, kłamstwem ludzi przeciwko sobie nastawiał. Szkodliwy i próżny był. Przy tym zawsze jadł ponad miarę.

Kiedy dorósł, to bałamucił dziewki, podkradał warzywa z pola, ludzi często na drodze zaczepiał, a że postawą budził postrach, to zawsze coś mu oddawali. Jednak przy którymś przestępku miara się przebrała, skrzyknęli się chłopi i z siekierami pogonili delikwenta w dzicz.

– Idź kałmuku w góry i bór, gdzie nikomu zła nie uczynisz – krzyczeli – na tej ziemi więcej stopy nie postaw, bo już nie odpuścimy.

 

Odchodząc, Ludo splunął za siebie i dumnie zagrzmiał:

– Dom mój tam, gdzie ja sam!

Szedł tak długo, aż ziemia przestała śmierdzieć gnojem, a jęła pachnieć wonnymi malinami oraz świeżym mchem. Znalazł polanę ze strumieniem płynącym pomiędzy kamieniami. Jednak wyżej niż trzeba się nie zapuszczał. Góry te stare, posępne, a na szczytach kłębiły się mgły i chowali tołhaje sławni z rozbójnictwa.

 

-x-

 

Tak skończył w szałasie z dala od ludzi. Dopóki było ciepło, to pił z brzóz i żarł z ziemi, ale przyszła zima i coraz bardziej doskwierał mu głód. Rośliny pochowały się pod śniegiem, zwierząt nie umiał szukać. Do tego zawczasu nie zasiał, a gorzałka i piszczałka to jedyne, co ze sobą zabrał. Odpoczywał i upijał się. Gdy poszła cała okowita, to spijał sok ze sfermentowanych owoców.

Jak już zużył i te zapasy, to zaczął pod nosem wyklinać. Wpierw ludzi, co urok musieli jaki rzucić, potem naturę, co jej było wszystko jedno, a potem Boga, który o niego nie dbał. Przełknął ostatni łyk wina, wstał i zakrzyczał ku górze:

– Mówili, że dałeś pod panowanie zwierzynę, że wszystko jest moje – wymachiwał pięściami ku chmurom – ptactwo, bydło, to co pełza i to co chodzi. Czemu mnie nie słucha? Chcę skór, mięsa, soczystych owoców, słoniny oraz kaszy, wódki i ciepłych naparów!

Było zimno. Mokre drewno nie dawało się podpalić iskrą krzesiwa. Drobny śnieg prószył przez dziurawy dach, poza tym niebo milczało. Wiatr ucichł i słychać było tylko pierwotną ciszę.

 – Tyś jest niczym! Skoro nie masz tu władzy, to wyrzekam się ciebie. Odrzucam wszelkie ustawy i chrzty, gardzę ślubami, co nie mogą mnie nakarmić – wściekły rzucił bukłakiem w ciemność.

Pusty dźwięk rozległ się po okolicy. Z mroku, gdzie poleciał przedmiot, wyłonił się bies. Stał na koźlich nogach, miał kudły czarne jak bitum, długi ogon z kitą i łeb potrójnie rogaty.

– Dość tych krzyków, bo wszystkie żaby pobudzisz. Zaklinasz i wydziwiasz. Czego chcesz? – zapytał charczącym głosem.

– Chcę więcej, chcę tego, co mi się należy. Jakem pan! – odrzekł człek – a ty coś za licho?

Czort podrapał się po brodzie.

– Jestem sługą zwierząt, a ty chcesz żyć jak one. Mogę dać ci słuch, byś słyszał wiatr, język, byś gadał z kamieniami, zapach, byś stał się częścią nas.

Człowiek na głos kalkulował:

– Na co mi to?

– Będziesz wiedział gdzie znaleźć jedzenie, ziemia da ci jagody i obdarzy grzybami. Nie będziesz już głodny. Znajdziesz ciepłe źródła, nory i pieczary, więc nie będzie ci już zimno. Staniesz się częścią góry i lasu. Zgadzasz się?

– Tak, biorę wszystko! – zagrzmiał chłop.

Bies zrobił obrót wokół siebie, a w jego rękach pojawiła się misa pełna cieczy.

– To wieczna woda, która otacza wszystkie ziemie – powiedział – to woda z pierwotnego morza, którym przypłynęli tutaj pradawni bogowie.

Następnie postawił naczynie na ziemi, wyjął zza pasa knyp i przeciął nim swoją dłoń. Oleista krew spłynęła do środka łącząc się z wodą. Sypnął do środka ametystowy pył, pstryknął palcami, a zawartość buchnęła niczym bengalski ogień i od razu zgasła. Podsunął swojemu rozmówcy, nakazał wypić. Człowiek robiąc to zdziwił się jednocześnie jak dobrze mikstura gasi pragnienie.

– Sięgniesz po mięso tylko wtedy, kiedy samo padnie lub je dogonisz, bo takie jest prawo tego lasu, nie będziesz brał tego, co nie twoje, bo takie jest prawo otaczających nas gór i będziesz się ze mną dzielił tym, co znajdziesz, bo taka jest moja cena. Zgoda?

– Niech tak będzie – potwierdził Ludo.

Rogaty kudłacz chwycił go za dłoń, przeciął nożykiem, napluł na swoja łapę i podał na gest zgody. Zjednali się w mocnym uścisku.

– Związała nas krew, związały się dusze. Clara pacta claros faciunt amicos – umowa stoi!

Zaśmierdziało siarką, na niebie nienaturalnie przesunęły się gwiazdy. Kałmuk miał wir w głowie, konstelacje spłynęły wąskim lejem w oczodoły i padł od ciężkiego snu.

Rano wstał rześki jak nigdy. Ciało miał zdrowe, czyste i pozbawione ran. Gdyby nie miska na ziemi, to przysiągłby, że poprzednia noc była tylko pijackim snem. Jednak nie miał kaca, a w ciele czuł ognistego ducha. Wyskoczył z szałasu i pobiegł przed siebie, przez zielone wrota dziczy.

Nie wiedział czy to wieczna woda, czy krew diabła tak w nim buzowała, ale podobało mu się uczucie lekkości, siły i sprawczości. Widział teraz w cieplikowych barwach, które falowały w rytm oddechu głębokiego lasu. Orientował się gdzie są ciepłe obszary, a gdzie w zimnym mroku kryją się strachy. Słyszał jak wiatr szeptał o sekretach kniei. Trafił na ośnieżoną łąkę. Przyłożył ucho do kamieni wystających ponad puchową czapkę. Swoim monotonnym głosem wskazały mu gdzie znajdzie soczyste korzenie i jadalne cebulki. Rozgrzebał darń, wykopał, zjadł i pozostawił po sobie zbuchtowaną ziemię.

– Mało!

Krzyknął uradowany i pobiegł dalej w bór. Las przemierzał niemal bezszelestnie. Nadstawił ucho chwytając delikatne wibracje. Zaszumiało, fale chłodu przeszyły policzki, nastroszyły się włosy na ciele. Nagle wyłapał swój cel. Chwilę obchodził teren, szukał zawietrznej flanki, nawet jak nie posiadał już ludzkiego zapachu. Pomimo prószącego śniegu wypatrzył ślady. Kilka cichych susów i zobaczył sporego dzika męczącego się we wnykach. Zwierzę walczyło, ale powoli traciło siły. Ludo nie miał zamiaru czekać ani dawać szans na wyzwolenie. Wezwał gwizdem podziemne głazy, które wytoczyły się na powierzchnię. Złapał jeden i rzucił, potem kolejny i kolejny. Tyle razy, aż kaban zalał się krwią i opadł z sił. Doskoczył, odgryzł kawał barku, urwał kły, a potem złapał za chyb i pazurami rozdarł w miejscu największej rany. Oskórował na żywca i zawył zwycięsko.

Zdjął koszulę, skórę przywdział, żeby nie czuć więcej chłodu; szczecina zrosła się z jego ciałem. Uradowany włożył do szczęki kły, by stały się jego kłami. Nie patrząc za siebie odszedł zostawiając konającego zwierza.

Na miejsce rzezi, zza drzew, wszedł chwiejnym krokiem bies. Spojrzał na umierającego dzika i oczy mu zaszkliły od łez.

– Nie tak powinieneś odchodzić przyjacielu…

Mówiąc to pogłaskał zwierzę i ucałował wielki łeb, na który nałożył znak tajemny. Oddech mu się uspokoił, a chwilę później ustał. Oczy zabieliło i zimowe słońce zaszło wcześniej niż zawsze.

 

-x-

 

Ludo wypełniała siła, zwierzęcy zew. Wciąż chciał więcej. Przeskakiwał zalewiska, skakał po zwalonych pniach starych drzew, tańczył w śnieżnych zaspach. Robiło się ciemno, ale widział zarysy kształtów. Mieszające się żywe barwy tętniły wraz z każdym uderzeniem serca, a biło szybciej i dziwniej niż zwykle. Skierował się ku górom. Magiczne kolory prowadziły go pomiędzy spadającymi wieczornymi zasłonami. Wszedł na wysokość, z której widać było dolinę, trakt, rzekę i odległe ludzkie osady. Chwilę obserwował z pogardą, po czym odwrócił się do zaśnieżonych szczytów.

Doszedł do niego mocny zapach połączony z rytmem ciężkiego, głębokiego oddechu. Mieszanka unosiła się z ukrytej jaskini, ku której powoli stąpał po skałach. Ostrożnie zdejmował pajęczyny i zeschnięte porosty. Trafił do gawry; legowiska, w którym spał niedźwiedź przywalony kilkoma warstwami zimowego snu. Poza nim, były tu tylko resztki zachodzącego słońca.

Zaszedł śpiącego od tyłu i począł szybko dźgać kłami. Zrobił kilka pokaźnych dziur, z których lała się jucha. Zwierz nie miał szans. Nawet nie do końca się rozbudził, kiedy całkowicie opadł z sił. Ludo dobił go kamieniem, tak że polała się cerebryna lepiąc sierść na karku.

Poczekał, aby ustały wszelkie ruchy i nie drgały nerwy. Kłami przebił futro na brzuchu i odgryzł kawał wątroby.

– Twoja siła będzie moją siłą – zawyrokował chłop.

Ucztował jeszcze chwilę, aż żar uderzył z jego wnętrza. Ogień wypełnił żyły. Spojrzał jak ręce pokrywa sierść, jak z palców wyrastają czarne pazury. Dumny jak król po wygranej bitwie wyszedł na zewnątrz. Na czterech łapach zbiegł z góry w kierunku swojego schronienia.

Zaraz po tym grotę wypełnił cień, a z cienia wychylił się piekielny rogacz. Pogłaskał misia troskliwie po głowie. Przytulił truchło, poczuł cichutkie, słabnące uderzenia serca i wsłuchał się w ostatnią wolę umierającego zwierzęcia.

– Wiem mój drogi, to nie był jeszcze czas na ciebie – drżącym głosem szepnął bies. Naślinionym palcem wyrysował wzór na futrze jakby dawał ostatnie namaszczenie. Smolisty całun zasłonił jaskinię i wszelki dźwięk w niej ustał.

 

-x-

 

Zbój był pełen energii i czuł się jak dziecko, które zamiast spać, woli się bawić dalej. Przebiegł u podnóża gór, zbiegł do jaru, wystraszył myszy oraz maleńkie licha leśne, potem przeskoczył stare olchy, wbiegł na ludzką ścieżkę i niedaleko wsi pogonił chłopów wracających z wieczornej libacji.

– Leszy, potwór, syn czartowski! – wykrzykiwali przerażeni i panicznie modlili się do Ojczenaszego i Zdrowaśmaryji (błogosławionaś między niewiastami) by mieli ich w opiece.

Nieswojo ukłuło to w uszy Ludo, ale i tak był z siebie zadowolony. Ryknął jeszcze za nimi i wreszcie skierował się ku własnej polanie.

Wszedł do szałasu, wykopał z niego pustą miskę, która stała na drodze i w końcu oddał się błogiemu spoczynkowi. Jego sny pachniały namiętnością i szaleństwem, miał w nich skrzydła i tańczył z chmurnikami. Słowa zastępował gęsty dym, kiedy kopulował z niezrozumiałymi kształtami. Wszystko w nim się mieszało, był jak żywioł, jak wodospad, który nie ma końca.

Spał długo. Obudziło go słabe, południowe słońce. Zasłaniały je dodatkowo świerki, a mimo to mocno raziło w oczy. Unikając światła wyszedł przed barłóg, podrapał się po futrzastym cielsku i rechocząc nasikał do diabelskiej misy.

– Harrr, znowu pora zacząć polowanie – czy tak pomyślał? Czy może to instynkt podpowiadał?

Strumień myśli w jego głowie coraz mniej przypominał ludzki:

– Sam, sam stanę się bestią, hrrrrr, potłoooreeem tak jak mnie nazywali. Jeszcze urosnę w siłę, jeszcze wrócę, zniszczę domy, zjem dzieci, zawładnę doliną, i górą, i laaseem!

W amoku zbiegł tam, gdzie wibrującym buczeniem prowadził wiatr, gdzie kryształy lodu na słońcu mieniły się fantastycznymi kolorami.

Przy zamarzniętym jeziorze dostrzegł polanę, od której bił specyficzny żar. Ciepło wyciągało do niego swe wici. Zwolnił, stanął za sosną i jął bacznie wpatrywać się w stado jeleni. W lato miejsce mogło być ich kąpielowym babrzyskiem. Teraz zwierzęta spokojnie obgryzały zeschnięte trawy wystające ponad śnieg i pędy młodych drzew. Było tam kilka siwo-brunatnych łań. Było też sporo samców, które dopiero za kilka tygodni zaczną gubić poroża. Póki co starsze z nich dumnie eksponowały swoje korony, a młode pokornie nosiły mniejsze widlice.

Ludo zaszedł je tak, aby zagonić przynajmniej jednego na zamarzniętą taflę jeziora. Wyjął zza pazuchy fujarkę, wsunął między kły, nabrał powietrza w płuca i zafałszował tak okrutnie, jak tylko on potrafił. Jelenie wpadły w panikę, zerwały się do ucieczki. Jeden starszy pognał w drugą stronę, gdzie akurat krył się Ludo. Ten wyskoczył z rykiem i machając łapami zapędził zwierzaka w stronę jeziora. Dwa, trzy susy po tafli i zarwał się lód. Uwięziony zastygł w przerażeniu, zresztą niewiele mógł zrobić stojąc prawie po szyję w lodowatej wodzie.

Uderzeniem przetrącił mu kręgosłup. Rozgałęziony ósmak wystawał ponad poziom kry. Mocno go chwycił, wyciągnął z wody jeszcze żywą istotę, która w duchu pogodziła się z losem. Szarpnięciem wyrwał rogi, ostatnie trofeum, którego zapragnął. Przyłożył je do głowy i stały się jego. Wrócił na brzeg, spojrzał na swoje odbicie, zawył tak głośno, że cała zmarzlina pękła na jeziorze, ptaki podniosły się nad drzewa, a każdy kto usłyszał zamarł i długo bał się poruszyć.

Przerzucił jelenia przez bark, na trzech łapach ruszył do szałasu. Kiedy tam dotarł, czerwone oblicze Chorsa zanikało za horyzontem, nakładając bajkową zasłonę na wszystko, co widoczne. Przyzwał duży kamień, który leniwie wtoczył się na łąkę. Rzucił na niego dogorywające zwierzę, a sam poszedł obmyć się w strumieniu.

Powietrze zaczęło drgać. Miał uczucie jakby ktoś położył mu dłoń na ramieniu. Włosy stanęły na ciele. Wiedział, że coś się zmieniło, ale nadal czuł za sobą, na łące, tylko jedną istotę.

Odwrócił się powoli. Nie było jelenia, za to na kamiennym stole stał diaboł. Ciemny, smolisty, taki jakim go wcześniej widział.

Kałmuk rzucił w jego stronę głazikiem. Piekielny pokrak niezgrabnie się uchylił.

– Haaar, już cię nie potrze-eebuję – krzyknął Ludo.

Bies odparł ze spokojem:

– Przyszedłem po to, co moje – i wskazał na miskę – coś mi obiecałeś, a przy tym złamałeś wszystkie prawa jakie nas wiążą. Oddaj lub ratuj się ucieczką, bo to jedno ci pozostało.

– Tyś pies, nie bies – zadrwił zbir – mam teraz rogi i kły większe niż twoje, mam siłę niedźwiedzia i płynie we mnie diabelska krew. Tym swoim ogonem możesz mi co najwyżej podwórko pozamiatać. Sam nie dasz mi rady!

Rzucił kolejnym głazem, tym razem większym. Diabeł uniknął, ale przy tym osunął się z kamienia i upadł na plecy. To dodało chłopu odwagi, obudziło instynkty, napełniło żyły ogniem. Zaparł się jak byk po czym zaszarżował na wroga.

– Tylko, że my nie jesteśmy sami – powiedział cicho bies.

Zza stołu wynurzył się ogromny stwór przypominający niedźwiedzia, ale cały jego kształt był ruchomym, gęstym mrokiem otulającym dwa żółte ślepia. To wytrąciło Ludo, który na chwilę się zachwiał. W tym momencie, zza szałasu wybiegło coś przypominające jelenia, ale tak samo smoliste i wirujące w swym wnętrzu, do tego bez żywego zapachu i oddechu. Istota uderzyła drania w bok i go powaliła. Trzeci stwór, któremu nie zdołał się przyjrzeć, wskoczył na jego brzuch i chwycił paszczą za szyję. Uścisk był paraliżujący.

Piekielnik stanął nad przerażonym chłopem.

– Nie uciekłeś, bo gardzisz prawem lasu. Teraz zabiorę to, co nasze i to, co twoje.

Ludo próbował wykrztusić modlitwę, ale nie szło słowa z siebie wydać, tylko warkot nierozumny. Drżącym głosem wycedził:

– Hrrr, na miłość boskk… – słowo nie chciało przejść przez gardło, a wszystkie imiona święte zapomniał – ddusz-szy mi nie zabieerzesz, nie na-aleeży do ciebie.

Rogacz wsunął mu pazury do ust i wyrwał język. Piskliwy krzyk przerodził się w bulgot.

– Nie, nie należy do mnie – powiedział spokojnie bies.

 

-x-

 

Okolica pokryła się szronem, a las ucichł. Przez bramę nocy przeszła starsza kobieta o oczach mroźnych, błękitnych długich włosach pozwijanych jak styczniowe sople i ustach zaciśniętych do białości. Otoczona była siną poświatą. Miała białą suknię, wiśniowe korale, pleciony kosz oraz wianek z zeschniętych kwiatów. Kobieta piękna i straszna zarazem, od której biła moc; czyniąca słabym i głupim każdego, kto próbował choć na nią spojrzeć. Stwory skierowały ku niej oczy, a diabeł nisko się ukłonił. Patrzyła na niego bez odrywania wzroku.

– Złożyłeś ofiarę z umiłowanych ci istot, ale zrobiłeś to podstępnie rękoma człowieka. To nędznik i jego dusza jest nędzna. Weles nawet takich nie bierze – jej głos dochodził z otchłani, dudnił jak z najgłębszej studni, był spokojny, wzniosły i przeszywał każdy zakamarek ciała.

– Marzanno, królowo. Bądź chwalona, ty i twoje córki. Świetlane wasze życie, kojąca obecność. Jam twój sługa uniżony. Przyprowadziłem najparszywszą duszę tej doliny. Podszeptem sprowadziłem go ku moim bliskim, aby wypełnić umowę. Pokornie proszę byś zmieniła mnie w wolne zwierzę. Bym mógł odejść do Wyraju.

– Nigdy nie spotkałam diabła, który podpisałby cyrograf na siebie. Zgoda, przyjmuję twoją ofiarę, ale nie będziesz wolny. Zdradziłeś najbliższych i jeszcze kontrolujesz ich ciała. Toć piekielna nekromancyja, ale urok zaraz minie. Nigdy ci tego nie wybaczą, nawet po śmierci. Sam będziesz żył jeszcze długo, a w tym czasie nie zaznasz spokoju.

Przełknął ślinę, ale znał cenę.

– A zwierzę? Czym mogę się stać?

– Oczywiście najgorszym ze zwierząt! – zaśmiała się.

Dookoła diabła usypała krąg z nasion jabłek i uschniętego wrotyczu. Barwnikami zapisywała symbole, z gliny nakładała pieczęcie. Kiedy zakończyła odprawiać rytuał i łamać sigile, bies zastygł. Jego ciało zamarzło i na chwilę pokryło się lodem. Pękło, a z wnętrza wyszedł młody, zziębnięty człowiek, o lodowych oczach i jasnych włosach.

– Uciekaj – poleciła – obyśmy się więcej nie spotkali.

Nowonarodzony złapał jakąś szmatę z szałasu i pobiegł w ciemność bez oglądania się za siebie.

Zaczarowane stwory nagle opadły z sił, kończyny im się kołatały. Ludo mógłby się wyzwolić, ale zanikły w nim wszystkie siły piekielne. Był też przerażony i nie śmiał się ruszyć. Trząsł się jak słabe, płaczące dziecko.

Marzanna podniosła jego język spośród bryłek lodu pozostałych po diable. Zaczęła nucić pozaziemską melodię, prastary czar. Wzięła z ziemi czarcią miskę, obróciła wokół siebie, a naczynie napełniło się wodą. Paznokciem wyryła znak magiczny, podzieliła organ na trzy części, zamoczyła i poczęstowała ożywione zwierzęta. Słaniając się, podeszły, zjadły z jej ręki. Smoła z nich spłynęła i wróciły do przedśmiertnego stanu.

– Wasza jest ofiara, której nie chciałyście złożyć i o którą nie prosiłyście. Te z was, które pragną odpocząć, zaprowadzę do Nawii, te które chcą pozostać, będą mogły zabrać skórę nędznika – wskazała na Ludo – zjadłyście symboliczny członek, posiadłyście człowieczy aspekt. Możecie mówić i myśleć jako i on mógł.

– Co do ciebie – odezwała się do niepokornego chłopa – twoja dusza będzie mi służyć ad infinitum. Przygotuję dla niej pięknego chochoła.

Marzanna wyjęła z koszyka złote jabłko i słomę, po czym zaczęła pleść kukłę, a zwierzęta rozpoczęły bielenie oraz wiwisekcję ludzkiego ciała.

 

 

Koniec

Komentarze

Autorze, niespecjalnie odpowiada mi maniera stylistyczna, którą obrałeś. To bardzo subiektywna sprawa, bo ktoś może powiedzieć, że właśnie tak jest super – i ok, chwała mu za to. 

Mimo to przeczytałem to opowiadanie bez większego dyskomfortu. Jest całkiem oryginalna historyjka, coś się dzieje. Trochę nie załapałem końcowej przemiany – bies sam zmienił się w Ludo i jest to rodzaj jakiejś pętli czasowej? Uciekł do lasu? Zmienił się w chochoła?.. Odrobinę nieczytelnie to przedstawiłeś. Może nie jestem zbyt lotny, ale i tacy czytelnicy będą czasem czytać Twoje opowiadania :) 

Podsumowując – głowy nie urywa, ale nawet fajne :) Czekam na kolejne.

Silver_advent, dzięki za komentarz! Maniera nie jest przypadkowa, całość ma być opowiadaniem, które chcę w przyszłości wykorzystać do większego dzieła.

 

Spoiler alert: bies został przemieniony w człowieka i zbiegł do lasu, upiór misiowy szuka go pośród ludzi, to on opowiada historię przy ognisku. Na tym etapie nie wiadomo co się stało z duszą Ludo.

 

Nie podjąłem jeszcze decyzji, czy zostawię końcówkę w tej formie, czy coś zmienię. Może kto inny będzie opowiadał historię, w zupełnie innych okolicznościach. 

 

Raz jeszcze dzięki za poświęcony czas na lekturę i komentarz : )

 

 

█▓▒░ Służę Przemocą ░▒▓█

Nie przepadam za gawędami snutymi przy ognisku, ale też muszę powiedzieć, że mają one swój urok, zwłaszcza gdy słuchaczami jest dzieciarnia zgromadzona przy biwakowym ognisku, lub, jak w Twoim przypadku, wiejska ludność spragniona wszelkich wieści, wdzięcznie przyjmująca każdą opowieść o sprawach niepojętych.

Twoją historię czyta się całkiem nieźle, zwłaszcza że znalazłam tu mnóstwo słów, przydających jej autentyczności i należytego klimatu.

Sugeruję, abyś przestudiował poradnik zapisywania dialogów, bo masz z nimi pewien kłopot i nie zawsze są zapisane poprawnie.

Życzę, Oberze, aby prace nad wspomnianą dłuższą wersją przyniosły Ci wiele satysfakcji i zaowocowały zajmującym tekstem. :)

 

Ludo od­cho­dząc splu­nął za sie­bie i dum­nie za­grzmiał – dom mój tam, gdzie ja sam! Szedł tak długo, aż ziemia przestała śmierdzieć gnojem… → Wypowiedź dialogową zapisujemy w nowym wierszu. Winno być:

Od­cho­dząc, Ludo splu­nął za sie­bie i dum­nie za­grzmiał:

Dom mój tam, gdzie ja sam!

Szedł tak długo, aż ziemia przestała śmierdzieć gnojem

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

Zna­lazł dziką po­la­nę ze stru­mie­niem pły­ną­cym po­mię­dzy ka­mie­nia­mi. → Czy bywały też polany oswojone?

 

rzu­cił pu­stym bu­kła­kiem w ciem­ność. Pusty dźwięk roz­legł się po oko­li­cy. Z mroku, gdzie po­le­cia­ła ma­nier­ka… → Czy to celowe powtórzenie? Bukłak i manierka, choć mają to samo przeznaczenie, nie są synonimami.

 

Tra­fił do gawru… → Tra­fił do gawry

Gawra jest rodzaju żeńskiego.

 

szyb­ki­mi ru­cha­mi po­czął dźgać swo­imi kłami. → Czy to celowy rym?

Zbędny zaimek – czy dźgałby cudzymi kłami?

 

W amoku zbiegł w dół… → Masło maślane – czy można zbiec w górę?

 

oraz wi­wi­sek­cję ludz­kie­go ciała.” → …oraz wi­wi­sek­cję ludz­kie­go ciała”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rzeczywiście format zapisu dialogu jest jeszcze u mnie do poprawy, tym bardziej dziękuję za uwagi! Poprawiłem dialogi i zastosowałem poprawki. Masz 

 

Dziękuję również za miłe słowa i postaram się nie zwieść przy kolejnym opowiadaniu lub dłuższej formie literackiej :)

 

Pozdrawiam!

█▓▒░ Służę Przemocą ░▒▓█

Oberze, bardzo mi miło, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Usunąłem jednak oprawę związaną z biesiadą. Dla opowiadania nie jest to wymagane, a tylko wprowadza zamieszanie. Jak kiedyś będę chciał wykorzystać ten tekst do większego materiału, to sobie rozwinę i będzie większy kontekst. 

█▓▒░ Służę Przemocą ░▒▓█

Hej, hej

Podobało mi się. Rozumiem silver_adventa w sprawie stylu, ale ja właśnie taki lubię, więc u mnie subiektywnie się sprawdziło. Przypomina mi baśnie i legendy polskie o chłopach paktujących z diabłami, które czytałem za młodu. Twoja wersja jest nieco bardziej mroczna i widać to też w zakończeniu – przewidywalnym, ale czy Ludo mógł skończyć inaczej?

Widać tu miejsca do cięć, niektóre zdania/sceny wiele by nie straciły na małym odchudzeniu, ale skoro ma to być część dłuższej opowieści to rozumiem skąd taka, a nie inna forma.

Nie wiem, czy tekst do Biblioteki wejdzie, ale mój głos z pewnością masz.

Klikam i pozdrawiam

Dziękuję ślicznie Zanais, to bardzo miły komentarz.

 

Ludo pewnie jeszcze nie skończył :) Jeśli będę kontynuował historię, to na pewno dostanie sporo czasu antenowego :D

 

Pozdrawiam!

█▓▒░ Służę Przemocą ░▒▓█

Cześć!

 

Niestety, zupełnie mnie ta historia nie wciągnęła, ale ja zdecydowanie nie lubię takich opowieści, więc trudno mi to jakoś obiektywnie ocenić. Bohater jest odpychający, a jego historia to kolejna opowieść o pakcie z diabłem. Opisy biegania po lesie niesamowicie mi się dłużyły. Początek jest zbyt absurdalny, na przykład to zatruwanie wody i wypędzenie z domu, po którym matka się zabiła ze smutku. Technicznie jest dość dobrze napisane.

– Jestem sługą zwierząt, a ty chcesz żyć jak one. Mogę dać ci słuch – byś słyszał wiatr, język – byś gadał z kamieniami, zapach – byś stał się częścią nas.

Ten zapis z myślnikami w wypowiedzi nie jest błędem, ale utrudnia lekturę, lepiej tego unikać.

 

Powodzenia w dalszym pisaniu.

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Dzięki Alicella za komentarz. Miło, że komentujesz merytorycznie, pomimo nie trafienia w gust. Poprawiłem myślniki, też mnie to trochę gryzło. 

 

Pozdrawiam!

 

█▓▒░ Służę Przemocą ░▒▓█

– Wasza jest ofiara, której nie chcieliście złożyć i o którą nie prosiłyście.

Po pierwsze jest tu niezgodność rodzaju chcieliście – prosiłyście. Po drugie, czemu zwierzęta miały składać ofiarę, czy raczej nie chcieć złożyć. Przecież to od biesa Marzanna oczekiwała ofiary. Całe zdanie kupy się nie trzyma.

 

Samo opko niezłe :) Trochę się zdziwiłam, że to akurat bies jest reprezentantem zwierząt, potem okazało się, że on je, brzydko mówiąc, wystawił do odstrzału i to dla własnych korzyści. Jednocześnie było mu ich żal i chyba był to prawdziwy żal, bo Marzanna mówi:

– Złożyłeś ofiarę z umiłowanych ci istot

A to czyni biesa postacią nieco niespójną. Myślę, że przydałoby się tu coś, co by tę postać nieco uwiarygodniło.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Rzeczywiście, był brak spójności w zdaniu. Już to poprawiłem. 

 

Zwierzęta nie miały składać ofiary, ale stały się ofiarą złożoną przez biesa. A bies do tego wysłużył się Ludo, aby mieć czyste ręce. Bogini uznała, że przyjmuje ofiarę jednocześnie od diabła i od zwierząt, skoro straciły życie dla cudzego zysku.

 

Bies, jakby nie było, jest diabłem. Kocha swoich przyjaciół, opiekuje się nimi, ale ostatecznie wychodzi, że robił to dla własnego interesu. Nawet jeśli pielęgnował w sobie prawdziwe uczucie, to od początku miał w tym swój cel – to niemalże psychopatyczne sterowanie własnymi emocjami dla osiągnięcia celu.

 

Dziękuję Irka_Luz za komentarz. Jeśli będę dalej pisał, to wezmę pod uwagę wszystko to co piszecie :)

 

Pozdrawiam,

– Ober

█▓▒░ Służę Przemocą ░▒▓█

Przeczytałem. Styl mi nie przeszkadzał, ale koniec nie współgra.

Dzięki za poświęcony czas Koala75. Czy możesz rozwinąć kwestię zakończenia? Na pewno nie jest idealne, ale miałem swój powód, by w tym kierunku poprowadzić historię, jednak chętnie poczytam opinie.

 

Pozdrawiam,

– Ober

█▓▒░ Służę Przemocą ░▒▓█

Interesująca historia. Jak na pakty z diabłem, raczej nietypowa, bo ani diabeł nie przegrywa, ani druga strona nie traci duszy. Do tego jeszcze nie wzbudza sympatii.

Podobało mi się również przejmowanie atrybutów wykorzystanych zwierząt.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka