- Opowiadanie: bjkpsrz - Serce z Metalu

Serce z Metalu

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Finkla, Użytkownicy V

Oceny

Serce z Metalu

Podłoga była śliska od krwi. Prezydencka platforma, która niedawno stanowiła główną ozdobę parady z okazji rocznicy otwarcia miasta, stała się miejscem zbrodni.

Sheran pobrał próbki i zaczął szukać kolejnych śladów, stawiając ostrożnie kroki. Liczył, że znajdzie cokolwiek, co mogłoby go naprowadzić na właściwy trop. Jeden ze śledczych podszedł do niego i wręczył tablet z odtworzoną cyfrowo trajektorią lotu pocisku. Obraz na ekranie wskazywał jednoznacznie miejsce, z którego oddany został strzał.

Pora zdać raport, pomyślał Sheran. Opuścił miejsce zdarzenia i odnalazł swój samochód.

 

***

 

Kition był ogromnym państwem-miastem dryfującym swobodnie w przestrzeni kosmicznej. Jednym z wielu w Układzie Słonecznym, lecz wyróżniającym się pod względem liczby mieszkańców. Miejsce było przeludnione, a rząd nie przychylał się do próśb o przeniesienie części mieszkańców do innych placówek.

Po długich postojach w korkach i szybkiej przejażdżce superautostradą autonomiczny samochód zatrzymał się przed największym budynkiem w całej metropolii. Sheran użył karty dostępu, aby dostać się do środka. Wsiadł do windy – siedziba prezydenta znajdowała się na samej górze.

Został zaanonsowany przez cybernetyczną sekretarkę. Drzwi otworzyły się, ukazując wielkie pomieszczenie, ozdobione licznymi, drogimi płótnami i złotymi posągami. Na końcu stało zdobione biurko, a siedział przy nim średniego wzrostu mężczyzna z przysłaniającą część twarzy gęstą, czarną grzywką, spod której błyskało czerwonym światłem cybernetyczne oko – ekstrawagancja, na jaką mogli sobie pozwolić jedynie nieliczni.

– Masz coś dla mnie? – spytał, gdy tylko Sheran wyłonił się z windy.

– Mam, panie prezydencie – odpowiedział. – Najpierw jednak chciałbym złożyć najszczersze kondolencje. Współczuję panu straty…

– Straty? – przerwał mu poirytowanym głosem. – To była moja trzecia żona. Jej śmierć utorowała drogę czwartej, młodszej i ładniejszej, więc mam to w dupie. Chodzi o to, że ktoś próbował zabić mnie! Gdybym akurat się nie schylił, to moją krew teraz zmywaliby z tamtej platformy. Jakiś skurwysyn ośmielił się wystąpić przeciwko swojemu panu, więc nie marnuj mojego czasu i mów, z czym przyszedłeś.

Crane Goodguy rządził Kitionem już piątą kadencję, co oczywiście było niezgodne z prawem, ale dzięki odpowiednim kontaktom, serii zastraszeń, niewyjaśnionych zaginięć i innym sprzyjającym warunkom udawało mu się wygrywać wybory regularnie od niemal trzech dekad. Sheran był dowódcą służb porządkowych, lecz ku swojemu zaskoczeniu został ogłoszony wiceprezydentem, gdy Crane’a wybrano po raz piąty, czyli blisko rok wcześniej. Początkowo uznał to za pomyłkę, ponieważ na obecnym stanowisku miał już dużo na głowie. O żadnej pomyłce nie było jednak mowy.

Przez te kilkanaście miesięcy zastępca prezydenta był świadkiem wielu jego niemoralnych posunięć, poznał go jako człowieka bezwzględnego, pozbawionego empatii, a być może uczuć w ogóle. Liczba jego wrogów rosła proporcjonalnie do stażu na urzędzie, choć oficjalnie nikt nie odważył się wystąpić przeciwko niemu. Do teraz.

Sheran miał ochotę wykrzyczeć mu to wszystko w twarz, opluć i wyjść, ale wiedział, że nie może tego zrobić. Pamiętał, jak skończył poprzedni zastępca i nie zamierzał narażać na podobny los swojej rodziny.

– Wiemy skąd strzelano – powiedział beznamiętnie. – Mieszkańcy tego bloku zostali przeniesieni do sektora E, ponieważ budynek wymagał generalnego remontu. Śledczy potwierdzili, że na miejscu przebywali jedynie członkowie ekipy remontowej. Przesłuchaliśmy ich już i twierdzą, że byli zajęci robotą i nikt nie zauważył nic podejrzanego.

– Rozstrzelamy wszystkich – rzekł prezydent.

– Co? – Sheran był wściekły. – Nie możemy tego zrobić, to niezgodne z prawem!

– Moje słowo jest prawem! – ryknął Crane.

– Panie prezydencie, jako dowódcy sił porządkowych i pańskiemu zastępcy zależy mi na znalezieniu zamachowca.

– Mnie również – odpowiedział – za wszelką cenę. Nie powstrzymałbym się nawet gdybym musiał rozstrzelać twoją córkę.

Sheranowi mimowolnie przebiegł przez głowę obraz podziurawionego od pocisków z blasterów ciałka sześcioletniej dziewczynki. Włożył ogromny wysiłek w stłumienie tej wizji.

– Proszę o czas. Sam jeszcze raz przesłucham tych robotników, może uda mi się czegoś dowiedzieć.

– Niech będzie – rzucił prezydent po chwili zastanowienia. – Ale jeśli twoja metoda zawiedzie, to rozwiążemy sprawę moją.

 

***

 

Pierwszy robotnik, który wszedł do sali przesłuchań, był wciąż ubrany w jaskrawopomarańczowy strój wymagany podczas wykonywania prac remontowych. Nie dali im się przebrać, więc jeść też pewnie nie dostali, pomyślał Sheran. Polecił swojej asystentce, aby każdemu przesłuchiwanemu zapewniła szklankę wody i coś do zjedzenia. Wśród nich najprawdopodobniej znajdował się morderca, jednak większość była niewinna i nie zasługiwała na złe traktowanie.

Każde przesłuchanie zaczynał od swobodnej rozmowy, a potem przechodził do pytań:

– Panie Doyle, czy dnia trzynastego czerwca bieżącego roku w godzinach wieczornych przebywał pan we wskazanym budynku?

– Panie Downey, czy tego dnia wszyscy pańscy współpracownicy byli obecni w pracy?

– Panie Law, czy w budynku poza waszą ekipą remontową przebywał ktoś jeszcze?

– Panie Strong, co pan robił, gdy platformy z parady przelatywały w pobliżu budynku?

– Panie Adams, zauważył pan w tym czasie coś nietypowego?

– Panie Matheson, proszę się uspokoić i skupić. Czy któryś z pana kolegów zachowywał się tego dnia inaczej niż zwykle?

– Panie Strong, my już chyba rozmawialiśmy. Bliźniak? Nie mam pana na liście. O, pojawił się pan po odświeżeniu. No dobrze, zacznijmy więc…

– Panie Maillet, czy do tego zlecenia przygotowywaliście się w inny sposób? Szefostwo przekazywało jakieś polecenia, których zwykle nie słyszeliście?

Trzydzieści jeden sesji przesłuchań. Po zakończeniu Sheran był wyczerpany i marzył o spaniu, kawie i powrocie do rodziny.

Najgorsze jednak nie było zmęczenie, a kompletny brak efektów. Wszyscy przesłuchiwani usłyszeli bardzo podobnie brzmiące pytania. Odpowiedzi również były, poza pewnymi szczegółami, zgodne – ekipa zajęta była pracą i nikt nie zauważył niczego nietypowego. Sheran wsłuchiwał się w ton głosu i obserwował emocje, lecz nie był w stanie wyczuć nieszczerości żadnego ze świadków. Zdecydowanie musiał zmienić otoczenie, żeby przemyśleć następny krok.

 

***

 

Autonomiczny samochód zatrzymał się w jednej ze spokojniejszych dzielnic miasta, wypełnionej zielenią i życzliwością. To było środowisko, w którym Sheran czuł się najswobodniej.

Wysiadł z auta i ruszył w stronę niewielkiego, parterowego domu. Drzwi otworzyły się, nim zdążył do nich podejść. Wybiegła z nich dziewczynka i z radosnym okrzykiem rzuciła mu się na szyję. Wziął ją na barana i weszli do środka.

Jego żona siedziała na kanapie, pochłonięta lekturą. Nie trzymała jednak tabletu, a klasyczną książkę, której kartki co chwilę przerzucała. To był jeden z powodów, dla których ją uwielbiał. Nie odwróciła oczu od tekstu nawet na moment, jakby w ogóle nie zauważyła jego przybycia.

Sheran chciał sobie zrobić kawę, ale skończyło się na uderzeniu z irytacją w niedziałający ekspres. To też twoja wina, pomyślał. Obarczanie Crane’a odpowiedzialnością za wady sprzętu mogło się zdawać przesadzone, lecz właściwie było uzasadnione.

Od momentu opracowania przez ziemskich naukowców technologii dryfujących miast rozwój technologiczny posunął się niebywale do przodu. Inne metropolie wypełnione były robotami, nowoczesną bronią, rozwiniętą opieką medyczną, gdzieniegdzie pojawiały się nawet mechaniczne wszczepy. Prezydent Kitionu dbał natomiast, aby wszelkie nowinki przybywające do miasta bądź wynalezione na miejscu nie opuszczały jego twierdzy w centrum. Osłabiał w ten sposób społeczeństwo, umacniając jednocześnie swoją władzę.

Co jakiś czas, dla zachowania pozorów, udostępniał niektóre wynalazki obywatelom. Mimo to życie w Kitionie wyglądało niemalże tak, jak życie na Ziemi około pół wieku temu. Co prawda Sheran preferował klasyczne rozwiązania i nie był fanem tego technologicznego wyścigu zbrojeń, ale trzymanie w ukryciu przed ludźmi leków na raka i polio było jego zdaniem czystym skurwysyństwem.

– Ginnie, kochanie, idź pobawić się w ogrodzie – odezwała się żona, wyrywając Sherana z zamyślenia.

Dziewczynka natychmiast z radosnym piskiem pobiegła ku wyjściu na taras, pozostawiając rodziców samych sobie.

– Co się dzieje? – spytała.

– Mamy śledztwo – odpowiedział z udawaną obojętnością – nic nadzwyczajnego.

– Przecież znam cię od piętnastu lat. Widzę doskonale, że coś cię gnębi.

Sheran milczał.

– Współpraca z tym człowiekiem źle na ciebie wpływa. Tak się cieszyłeś, gdy zostałeś szefem służb, było w tobie tyle życia. Odkąd wybrali cię na wiceprezydenta jesteś coraz bardziej nieobecny, jakbyś próbował się odciąć od świata zewnętrznego. Zobojętnieć.

– Kate…

– Sheran, proszę cię. – Odłożyła książkę i podeszła do niego. – Zostaw to w cholerę, wyjedźmy z tego miasta. Jest tyle pięknych miejsc w tym układzie.

– Nie mogę. Jeszcze nie.

Rozmowę przerwał dzwonek do drzwi. Sprawdził na ekranie, że stoi przed nimi jego asystentka, Tara.

– Prezydent Goodguy chce się z panem widzieć – oznajmiła, gdy tylko otworzył drzwi.

Już? Crane’owi było wyraźnie spieszno do ukarania winnego. Sheran jednak nie był jeszcze gotowy.

– Jestem w trakcie śledztwa, przyjadę jak tylko skończę.

– Przysłał mnie po pana. Oczekuje spotkania w trybie natychmiastowym.

– Cholera – zaklął i ruszył w stronę wyjścia.

 

***

 

Luksusowy pojazd prezydenta nie zabrał Sherana do oficjalnej siedziby w centrum miasta, a do willi na przedmieściach. Stąd niedaleko było do granicy metropolii i przestrzeń kosmiczna rozciągająca się poza kopułą była doskonale widoczna przez cały dzień.

Robot-lokaj przeprowadził go przez liczący około dziesięciu tysięcy metrów kwadratowych dom i wskazał przeszklone drzwi prowadzące na kilkuhektarowe podwórze znajdujące się za nim. Na hamaku przy jednym z basenów leżał mężczyzna, zaś obok niego siedziała kobieta i czule głaskała go po twarzy.

Sheran rozpoznał w chłopaku Asha, pierworodnego syna głowy państwa. Chłopak został spłodzony w trakcie pierwszej kadencji Crane’a, z pierwszą żoną, którą prezydent ponoć nawet poślubił z miłości. Po jej tragicznej śmierci młodzieniec stał się jedyną osobą, której losem ten człowiek bez serca się przejmował. Być może nawet go kochał, na swój wypaczony sposób. Oczywiście tych ukrytych pokładów dobra nie starczyło dla kilkorga pozostałych dzieci, dlatego Ash wśród rodzeństwa miał opinię pupilka.

Kobietę zaś Sheran uznał za partnerkę chłopaka, lecz z błędu wyprowadziło go przybycie prezydenta. Dziewczyna od razu odsunęła się od syna i podeszła do ojca. Ten klepnął ją w tyłek i szepnął coś do ucha, na co zareagowała śmiechem i udała się do wnętrza willi. Nowa narzeczona, pomyślał Sheran, mimowolnie oglądając się za jej kształtnymi pośladkami.

Młodziutka Tatiana przybyła do Kitionu rok temu i od razu wpadła w oko prezydentowi miasta. Do tego stopnia, że nawiązał z nią romans i przyjął do swojej willi pomimo trwającego małżeństwa. W normalnych okolicznościach wywołałoby to skandal, jednak Crane Goodguy podporządkował sobie metropolię do tego stopnia, że nikt nawet na ten temat nie pisnął.

– To jest właśnie ta czwarta – rzekł prezydent tonem sugerującym, że jego zastępca powinien mu zazdrościć.

Sheran nigdy nie marzył o bogactwie, sławie i kobietach. Rodzinne życie, jakie prowadził, w zupełności mu wystarczyło.

– Ale przejdźmy do rzeczy.  Dowiedziałeś się czegoś?

Dowódca służb ochrony milczał.

– A więc – powiedział z uśmiechem prezydent – mój pomysł okazał się lepszy. Jutro będziemy mieli spektakularną egzekucję, każę przygotować miejsce na głównym placu…

– Poczekaj – wszedł mu w słowo Sheran.

– Czekam, ale twój czas się kończy – odrzekł poirytowany Crane, gdy jego zastępca znów zaczął milczeć.

– Wiem, kto to był. Na sali nie chciał się przyznać, ale specjalnie wpuszczałem ich do kibla dwójkami i trójkami. Podsłuchałem, jak jeden się wysypuje przed kolegami.

– Który?

– Strong. Ten starszy, Patrick.

– Czyli dobrze wnioskuję, że nie masz na to dowodów?

– W kiblu nie ma kamer ani rejestratorów dźwięku. Niedopatrzenie. Mogę ci dać słowo.

Prezydent zastanawiał się chwilę, patrząc Sheranowi w oczy. Próbował stłamsić go spojrzeniem.

– Powiedzmy, że twoje słowo mi wystarczy – stwierdził w końcu. – A więc jutro będzie tylko jedna egzekucja.

 

***

 

Jedną z wielu zalet posiadania ludzkiej asystentki była możliwość wygadania się i spotkania ze zrozumieniem drugiej strony.

– Powiedziałem mu, że to Patrick Strong oddał strzał. – Tara słuchała w milczeniu. – Cholera, co miałem zrobić? Zginęłoby trzydziestu niewinnych mężczyzn i jeden przestępca. Oczywiście jeśli śledczy się nie pomylili i rzeczywiście nikogo poza robotnikami nie było w budynku. W ten sposób zginie tylko jeden. Może akurat trafiłem? – Sam w to nie wierzył, choć istniały małe szanse.

– A jeśli nie trafiłeś? Co z prawdziwym zamachowcem?

– Kazałem obserwować całodobowo każdego z nich. Być może w końcu któryś da nam dowody.

Tara wyciągnęła z prywatnej szafki przy swoim biurku flaszkę i kieliszki. Sheran chwycił jeden i oboje zaczęli powoli opróżniać butelkę.

– Wiesz, że to nie twoja wina. Goodguy… – Przerwała, ponieważ zadzwonił służbowy telefon. Odebrała. Po chwili zwróciła się do Sherana:

– Jeden z wypuszczonych robotników chce się z tobą widzieć.

Mężczyzna od razu zerwał się na równe nogi. Jeśli ktoś teraz przyznałby się albo wyjawił informację umożliwiającą identyfikację winnego, wszystko dałoby się jeszcze odkręcić. Zapewne Sheran oberwałby za zmienianie wersji, może nawet nadszedłby czas pożegnania ze stanowiskiem, ale mało go to obchodziło. Sprawa zostałaby ostatecznie rozwiązana, a on mógłby wrócić do rodziny.

Spotkali się przed wejściem do aresztu. Pozostali robotnicy rozeszli się już, każdy w swoją stronę.

– Co się teraz stanie z Patrickiem? – spytał facet w pomarańczowej kamizelce, gdy Sheran podszedł do niego.

– Domyśl się – odparł poirytowany. Już wiedział, że ta rozmowa nie przyniesie mu oczekiwanych informacji.

– Ach, szkoda go. Ja chciałem tylko powiedzieć, że w sumie dobrze pan wybrał. On jako jedyny nie miał dzieci, z żoną też się rozstał. Ale i tak szkoda, dobry chłopak był.

– Wiem, że nie miał. A jego brat? Jak to znosi?

– Brat? – Na twarzy robotnika pojawiła się konsternacja. – Z tego co wiem miał tylko dwie siostry. Starsze, zdaje się.

– Niemożliwe. Prześwietliliśmy każdego z was do dwóch pokoleń wstecz. Brat bliźniak, Robert, przecież z wami… Kurwa.

Sheran zaczął biec w kierunku samochodu. Zadzwonił do patrolu, który miał zająć się obserwacją Roberta Stronga. Auto ruszyło na jego polecenie. Pędził na sygnałach z prędkością zdecydowanie przekraczającą maksymalną dozwoloną.

W końcu dotarł do wskazanej lokalizacji i zajechał drogę małemu, czarnemu samochodowi. Z tyłu słyszał syreny nadjeżdżających posiłków.

Z pojazdu wysiadł Robert Strong. Sheran był gotowy na pościg bądź bójkę, jednak do niczego takiego nie doszło. Robotnik stanął na wprost niego, w odległości około dwóch metrów. Uśmiechnął się, jakby widok szefa służb porządkowych go ucieszył.

Nagle zaczął się zmieniać. Jego twarz, choć poprawnym określeniem byłoby twarz Patricka Stronga, przekształciła się w inną. Miał teraz srebrne, zaczesane do tyłu włosy, lekki zarost tego samego koloru i ciemną karnację. Stał się też wyższy i nieco chudszy niż przed chwilą. Miał na sobie czarną bluzę, spodnie i sportowe buty. Był Sheranem.

Dwóch policjantów dotarło na miejsce i wysiadło z radiowozu. Gdy podeszli do nich, sobowtór odwrócił się i krzyknął:

– To złodziej tożsamości, próbuje się pode mnie podszyć! Zatrzymajcie go.

W pierwszym odruchu funkcjonariusze chcieli wykonać polecenie, lecz zawahali się.

– Nie poznajecie swojego przełożonego? – Sheran mimowolnie się zaśmiał.

– Yyy, centrala, potrzebujemy wsparcia – powiedział jeden z nich przez komunikator. Obaj wyciągnęli blastery i wycelowali w dwóch identycznych mężczyzn.

– Przepraszam, szefie. Którykolwiek z was to ty – rzekł ten drugi.

Po kilku minutach nadjechał kolejny radiowóz, z którego wyłoniła się Tara. Kobieta spojrzała na dwóch Sheranów i zaklęła. Przyglądała się im chwilę, lecz nie była w stanie wskazać sobowtóra.

Nagle jeden z mężczyzn sięgnął do pasa po swój blaster. Szybkim ruchem uniósł go i spróbował oddać strzał w drugiego, lecz celujący w niego policjant był szybszy. Pocisk trafił Sherana w pierś, powalając go.

– Więc sprawa chyba się wyjaśniła – rzucił drugi Sheran. Dał funkcjonariuszom znak do zabrania nieprzytomnego sobowtóra.

– Tak – powiedziała z uśmiechem Tara – wyjaśniła się.

Kobieta błyskawicznie wyjęła swój blaster i wystrzeliła prosto w kolano Sherana. Mężczyzna upadł i krzyknął z bólu. Po chwili zaczął się zmieniać.

– Taka już natura zmiennokształtnych – stwierdziła Tara. – Nagły stres albo ból i wracają do swojej pierwotnej postaci. Tylko żeby wam się nie pomyliło po drodze na komisariat – rzuciła do swoich kolegów. – Pomalujcie mu twarz farbą, czy coś. A, no i zajmijcie się szefem, póki jest do odratowania.

 

***

 

Sheran siedział, a właściwie półleżał, na krześle w swoim gabinecie. Wciąż dochodził do siebie po postrzale – na całe szczęście funkcjonariusz zachował trzeźwość myślenia i użył amunicji ogłuszającej. W przeciwieństwie do Tary, której strzał z pewnością zamknął zmiennokształtnemu drogę do kariery biegacza czy poszukiwacza przygód.

Teraz jego asystentka przesłuchiwała ujętego złodzieja tożsamości, a Sheran niecierpliwie oczekiwał na wieści.

– Sukinkot próbował się we mnie zmienić i oszukać strażników – oznajmiła wchodząc.

– Powiedział coś?

– Okazał się orzechem niezbyt trudnym do zgryzienia. Po pierwszym kopniaku w jaja zaczął śpiewać jak na operze. Nie dziwne, że tak mało tych zmiennokształtnych zostało, jak się wszystkiego boją. W każdym razie znamy już jego wersję zdarzeń. Dostał się do ekipy remontowej podszywając się pod jej różnych członków. Dopiero jak ich zwinęliśmy zaczęła się bajka ze Strongiem bliźniakiem, wcześniej zmieniał tożsamość wedle potrzeby. Tego dnia wszyscy byli tak zajęci robotą, że nie zauważyli jak jeden z nich idzie na górę z wielką walizą, z której potem wyjmuje snajperkę i oddaje strzał w kierunku parady. Potwierdził, że głównym celem był Goodguy, ale gdyby okoliczności na to pozwoliły, to żona też miała zginąć.

– Powiedział, od kogo miał zlecenie?

– Tego nie chciał wyjawić. Na szczęście z pomocą przyszła nam technologia. Sprawdziliśmy wszystkie jego rzeczy i znaleźliśmy odciski palców.

– Rozumiem, że chodzi o kogoś z naszej bazy danych. Członek któregoś z gangów?

– Gorzej.

 

***

 

Wyjście na jaw afery korupcyjnej sprzed blisko trzech dekad wywołało w Kitionie duże zmiany. To wtedy ówczesny prezydent podał się do dymisji, a niedługo potem do władzy doszedł Goodguy. Drugą istotną innowacją było nowe prawo stanowiące, że każdy polityk wraz z rodziną i przyjaciółmi muszą podać wszystkie swoje dane, mogące pomóc służbom w ich identyfikacji. Miało to na celu usprawnienie procesu wykrywania łapówkarzy i im podobnych. Jedną z informacji na temat ludzi blisko powiązanych ze światem politycznym, jakie trafiły wtedy do bazy danych, były odciski palców.

Sheran przedzierał się właśnie przez tłum. Cała rzesza ludzi przyszła zobaczyć egzekucję i poruszanie się było utrudnione, mimo iż przechodził mniej zapełnionym sektorem dla VIP-ów. Jeśli przeżyję, pomyślał, rzucam wszystko i wyjeżdżam z dziewczynami. Daleko. Ból po postrzale nadal dawał mu się we znaki.

Pluton egzekucyjny stał już na swoim miejscu, a lada moment miano wprowadzić skazanego. Prezydent wraz z narzeczoną i najstarszym synem oraz kilkoma członkami rządu stał na ogromnej scenie i przygotowywał się do wygłoszenia mowy.

Zbliżenie się do niego zajęło wiceprezydentowi nieprzyzwoicie dużo czasu ze względu na konieczność lawirowania pomiędzy ludźmi. Crane Goodguy podszedł już do mównicy, a Patrick Strong został wprowadzony na plac i ustawiony na wprost plutonu, plecami do niego. Jakże filmowo, pomyślał Sheran i wbiegł na scenę, wywołując poruszenie wśród wszystkich zebranych.

– Są nowe dowody w sprawie – krzyknął możliwie najgłośniej.

– Nowe dowody? – Prezydent był zdziwiony i wyraźne zdenerwowany.

– Zaszła pomyłka, ten mężczyzna jest niewinny. Znamy już prawdziwego sprawcę.

– Wiesz, że ta pomyłka będzie cię drogo kosztować?

– Wiem – odpowiedział zdecydowanym tonem. – Teraz chciałbym jednak porozmawiać z panem na osobności, to nie jest temat…

– Nie mam przed obywatelami Kitionu żadnych tajemnic – skłamał Crane. – Możesz mówić, niech dowiedzą się, kto usiłował pozbawić życia ich prezydenta.

– Pańska narzeczona, Tatiana.

Wśród zebranego tłumu oraz ludzi na scenie zapanowało poruszenie. Wskazana przez Sherana kobieta zaczęła protestować, lżyć go.

– Zdajesz sobie sprawę – zwrócił się do niego Crane – że to są cholernie poważne oskarżenia? Jeśli śmiesz rzucać je wobec mojej narzeczonej, nie mając do tego solidnych podstaw…

– Doskonale zdaję sobie sprawę. Pozwoli więc pan, że opowiem o wszystkim. Na ubraniach zamachowca odnaleźliśmy odciski palców pasujące do tych należących do pańskiej narzeczonej. Postanowiliśmy przyjrzeć się jej osobie dokładniej. Otóż pani Tatiana przybyła do Kitionu w połowie ubiegłego roku. Moja asystentka, Tara, użyła wszystkich swoich kontaktów i prześledziła dokładnie jej historię. Okazało się, iż jeszcze kilka tygodni wcześniej mieszkała w Seyw, mieście najemników, gdzie znana była jako Yelena i podejmowała się różnych szemranych zleceń do spółki ze swoim kolegą, Zamirem, sławnym w tamtych kręgach złodziejem tożsamości.

Tatiana-Yelena stała jak wmurowana, nie mogąc wydobyć z siebie słowa. W jej obronie stanął Ash Goodguy:

– Tato, daj spokój. Sheran jest niekompetentny albo kłamie. Może będzie chciał na następną narzeczoną podsunąć swoją córeczkę?

– Ciekawe, że akurat ty stajesz w jej obronie – zwrócił się do chłopaka Sheran – ponieważ Yelena i Zamir nie przybyli do Kitionu przypadkiem. Podjęli współpracę z jakąś ważną personą z naszego miasta, a dziwnym trafem młody Ash odwiedził w tym czasie Seyw i zabawił tam przez kilka dni. Ponoć rekreacyjnie, pomimo iż zbyt wielu atrakcji dla syna prezydenta tam nie ma.

– Ojcze, ten człowiek postradał zmysły. Nie wiem, co planujesz – zwrócił się do Sherana – ale jesteś głupcem jeśli uważasz, że twoje machinacje się powiodą. Pożałujesz nie tylko ty, ale też twoja puszczalska żona i żałosna córeczka!

– Podsumowując. – Sheran nie dał się zbić z tropu nawet odrobinę. Ci wszyscy ludzie i ich słowa byli mu coraz bardziej obojętni. – Ash Goodguy spotkał się w mieście najemników z Yeleną, gdzie pomiędzy tych dwojgiem wywiązał się romans. Wspólnie uknuli plan przejęcia władzy poprzez zabójstwo prezydenta i późniejsze wykorzystanie jego kontaktów do objęcia funkcji przez syna. Gdyby zamach nie powiódł się, celem zabójców miała stać się żona pana Crane’a, której miejsce zajęłaby najemniczka i po pewnym czasie pozbyłaby się męża, prawdopodobnie z pomocą trucizny, w ten sposób torując drogę do przejęcia władzy swojemu prawdziwemu kochankowi.

Crane Goodguy słuchał uważnie, wpatrując się beznamiętnie w syna i narzeczoną. Skończywszy swój wywód, Sheran wręczył mu dysk z dowodami. Prezydent odtworzył go z pomocą swojego cybernetycznego oka i pokiwał głową. Tłum wył.

Zdemaskowana Yelena uderzyła nagle jednego ze stojących obok mężczyzn i ruszyła biegiem w stronę schodów prowadzących do wyjścia ze sceny. Nie udało się jej jednak zbiec, ponieważ została tam zatrzymana przez dwóch rosłych ochroniarzy.

– Zabierzcie stąd tę kurwę – nakazał Crane.

Sheran spojrzał na drugiego zdemaskowanego spiskowca. Chcesz dopaść winnego za wszelką cenę, co? Zebrani pod sceną ludzie oczekiwali na osąd prezydenta. Ash Goodguy stał jak wryty, wpatrzony w ojca.

 

***

 

Sheran został zdegradowany z pozycji wiceprezydenta. Był kolejnym zastępcą prezydenta Kitionu, który popadł w niełaskę i niebawem miał zostać zastąpiony kimś innym, z pewnością znacznie bardziej skorumpowanym i podporządkowanym. Z funkcji dowódcy służb ochrony zrezygnował sam, pozostawiając ją Tarze, która jego zdaniem pasowała do niej dużo lepiej.

Teraz, już jako szary, niewiele znaczący obywatel, stał na lądowisku. U boku miał żonę i sześcioletnią córeczkę. Czekali na statek. Lada moment mieli zostawić Kition za sobą i odnaleźć sobie nowe, lepsze miejsce do życia.

 

***

 

Prezydent stanął na scenie i wygłosił mowę. Tłum wiwatował na jego cześć. Prawie udało mu się zapomnieć, że wczorajsza farsa w ogóle miała miejsce. Jeden z jego ludzi oznajmił, że wszystko zostało już przygotowane. Głowa państwa dała znak i pluton egzekucyjny pojawił się na placu, a chwilę po nim wprowadzono skazanych.

W reakcji na kolejny gest żołnierze wycelowali blastery. Trzeci, ostatni, był sygnałem do oddania strzałów. Dwoje ludzi, zwróconych plecami do katów i tłumu, w mgnieniu oka straciło życie. Z trzeciego może jeszcze być jakiś pożytek, pomyślał prezydent Kitionu.

Crane Goodguy uśmiechnął się, gdy ciała jego byłej narzeczonej i pierworodnego syna upadły bez życia na ziemię. Wyeliminował wszystkich, którzy próbowali się mu przeciwstawić. Jego władzy nic już nie zagrażało.

 

***

 

Zamir siedział w celi. Kolano pulsowało bólem.

– Boli jak cholera, Larry – oznajmił.

Jego towarzysz nie odpowiedział. Nie był zbyt rozmowny, ale lubił słuchać. Zamir bardzo tę cechę doceniał, ponieważ rzadko kiedy miał okazję się wygadać.

– Powiem ci, przyjacielu, że doszedłem do ciekawej konkluzji. Możesz mieć wiele. Dostęp do władzy, pieniędzy i kontaktów, plan dopracowywany miesiącami, pieprzony arsenał na podorędziu. Ale wszystko to nie znaczy nic w porównaniu z doświadczeniem. Taak, starszy wiedział wszystko od początku.

Spojrzał na Larry’ego, żeby upewnić się, że słucha i się nie pogubił.

– Starszy Goodguy robi w szemranych interesach od jakichś trzydziestu lat, mało kto zna się na tym fachu tak dobrze jak on. Młodszy natomiast dopiero branżę poznawał. Miał ambicje, owszem, ale wydawało mu się, że jest kimś więcej niż w rzeczywistości. – Zamir zaśmiał się. – Crane znał każdy ruch syna maksymalnie trzy minuty po fakcie. Wiedział dokładnie, co Ash robił na Seyw, co planował i z kim. Szpiedzy prezydenta zwinęli mnie jeszcze tego samego dnia, kiedy przybyliśmy do Kitionu.

Po ponownym upewnieniu się, że Larry słucha, Zamir kontynuował:

– Starszy zaproponował mi układ. Miałem udawać, że plan pozostaje bez zmian i dalej trzymam stronę Yeleny i młodego, a jednocześnie realizowałem nową koncepcję.

Zmiennokształtny zmodulował głos, aby brzmieć jak prezydent Kitionu. To był jedyny sposób, w jaki mógł się do niego upodobnić – nie wiedzieć czemu nie był w stanie przemienić się całkowicie.

– Dobrze wiem – mówił głosem Crane’a Goodguya – co planują mój syn i ta kurewka. Może cię to zaskoczy, ale dam im szansę. W końcu to mój pierworodny. Jeśli się spisze, mianuję go wiceprezydentem albo jakimś ministrem. Jeśli nie… cóż, trudno. Dam im możliwość wdrożenia tego planu. Przyjmę dziunię pod swój dach, może przy okazji trochę z niej pokorzystam.

Powrócił do swojego głosu:

– No więc przyjął ją i zaczął korzystać, udając przy okazji, że nie widzi chemii pomiędzy nią i swoim synem, a ja donosiłem mu o ich kolejnych planowanych posunięciach. Na początku nawet ich chwalił. Gdy nadszedł odpowiedni moment, nakazał remont tamtego budynku. Tak naprawdę w dupie go miał, stał zrujnowany od paru ładnych lat, a mieszkańcy bali się to w ogóle zgłaszać. Młodszy Goodguy wykorzystał okazję i ułatwił mi wmieszanie się w ekipę, która miała te prace remontowe wykonać. Ale to do starszego należał ten wieczór. Wyobraź sobie, że stał sobie na platformie, a w tym samym czasie połączył się swoim cybernetycznym okiem ze snajperką, którą przemyciłem. To on celował, rozumiesz? Ha! Zastrzelił własną żonę, a przecież mógł strzelić w kogokolwiek innego z tej platformy i wyszłaby podobna awantura.

Larry wciąż uważnie słuchał, więc Zamir kontynuował opowieść:

– Potem do sprawy włączył się siwy z tą swoją cholerną asystentką. – Splunął w wyrazie odrazy. – Jego udział też zresztą nie był przypadkowy. Był szefem jakichś tam służb i Crane zamierzał się go pozbyć, bo wykonywał swoją robotę zbyt sumiennie. Pomyślał jednak, że taki rycerzyk-tradycjonalista może mu się przydać, więc zrobił go swoim zastępcą. Pozwolił mu poznać Asha i Yelenę, przygotował grunt pod śledztwo. Dał młodym szansę, ale nie zamierzał niczego ułatwiać. I to ich przerosło, bo od tego momentu zaczęli popełniać coraz większe błędy.

Przez chwilę miał wrażenie, że Larry nie słucha, ale jednak słuchał.

– To Crane dodał mnie na listę przesłuchiwanych i wcisnął do danych o rodzinie Strongów. Jego czerwone oczko ma jak na swój rozmiar ogromne możliwości. Skurczybyk zrobił to, nie odchodząc nawet od biurka. To był jednak punkt krytyczny. Zadzwonił do mnie, powiedział, że tamci nie przeszli próby i kazał dać się złapać. Przez chwilę było mi ich żal i nawet odegrałem tam mały teatrzyk, ale to się źle dla mnie skończyło. – Znowu splunął i spojrzał na owiniętą opatrunkiem nogę.

– Resztę historii już pewnie znasz, bo pokazywali w telewizji na wszystkich kanałach, tak żeby nikt przypadkiem nie ominął wielkiej egzekucji zdrajców. Zastanawiasz się jednak pewnie, dlaczego po tylu latach współpracy z Yeleną postanowiłem zmienić drużynę? Po pierwsze, starszy Goodguy od początku wydawał mi się dużo konkretniejszym facetem niż syn. To jest taki typ człowieka, że jeśli chcesz być po stronie zwycięzców, to stajesz za nim. Chyba nie tylko oko ma metalowe. Po drugie, cóż. Chodziło o władzę i pieniądze.

Drzwi celi otworzyły się i do środka weszło dwóch mężczyzn. Jeden z nich, ubrany w garnitur, rozejrzał się po celi i zmarszczył nos.

– Zabierz stąd to wiadro, bo cuchnie – nakazał drugiemu.

Gdy tamten wyniósł Larry’ego, pierwszy zwrócił się do Zamira:

– Musi się pan wykąpać i przebrać, prezydent Goodguy już czeka w swoim gabinecie. Proszę za mną, panie wiceprezydencie.

Koniec

Komentarze

 

Jak na razie nie mam się do czego przyczepić, choć w paru miejscach troszkę się pogubiłem.

Opowiadanie jednak bardzo mi się podobało.

 

Czy rozwalenie kolana jako koniec podróży itd było zainspirowane strzałą w kolanie ze Skyrima ? :D

Master of masters : J.R.R.Tolkien

mortecius, witam jurora.

 

Iluvathar, sam strzał w kolano nie był zamierzonym nawiązaniem, bo jest to dość oklepany już motyw, ale nie mogłem się powstrzymać przed wzmianką na ten temat, więc napisałem o “zakończeniu kariery poszukiwacza przygód”, co już było świadome i celowe.

A gubiłeś się przez fabułę czy przez sposób konstruowania tekstu? Jakbyś przytoczył jakiś przykład budzącego wątpliwości fragmentu, to wiedziałbym dokładniej gdzie leży problem ;)

Co mi w tekście zgrzyta:

 

Liczba jego wrogów rosła proporcjonalnie ze stażem na urzędzie, choć oficjalnie nikt nie odważył się wystąpić przeciwko niemu. – „ze stażem na urzędzie” nie brzmi dobrze. Poza tym użyłbym zwrotu “proporcjonalnie do”.

 

Po zakończeniu Sheran był wyczerpany i marzył o spaniu, kawie i powrocie do rodziny. Najlepiej wszystkie trzy opcje jednocześnie. – to bym przeredagował. Nie pasują mi tu szczególnie te opcje.

 

Od momentu opracowania przez ziemskich naukowców technologii dryfujących miast rozwój technologiczny posunął się niebywale do przodu. – powtórzenie.

 

Co do fabuły:

 

Rozumiem, że prezydent to trochę przywódca takiej kosmicznej Korei Północnej. Problem polega na tym, że nie czuć atmosfery totalitaryzmu. Goodguy to tyran, uzurpator, prawdziwe monstrum (kitra dostępny gdzie indziej lek na raka, zapowiada zbiorowe egzekucje, zastrasza opozycję). Jednak z jego miasta można sobie spokojnie wyjechać, a także się tu osiedlić. Pytaniem pozostaje, po jaką cholerę ktoś miałby przenosić się w takie miejsce lub w nim dobrowolnie pozostawać. ;-)  

 

Nie trafia do mnie również motywacja robotnika co do spotkania z Sheranem (przyszedł sobie na luzie powiedzieć, że w sumie to dobrze, że władza tego Stronga odstrzeli, chociaż to dobry chłopak był i mało pił), które oczywiście popycha fabułę do przodu, ale wypada w moim odczuciu sztucznie.

 

Czytało się jednak całkiem przyjemnie. Życzę również powodzenia w konkursie!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogonie." T. Rałowski

Próbowałem coś znaleźć, ale to daremny trud. Wyrzuciłbym może tylko, albo zastąpił innym, pierwsze słowo w zdaniu:

Autonomiczny samochód zatrzymał się w jednej ze spokojniejszych dzielnic miasta.

Na początku opowieści otrzymaliśmy informację, że Sheran korzysta z autonomicznego samochodu, więc tym razem można by już o tym nie pisać.

 

Czytało mi się z przyjemnością. Dobra robota!

“Kiedy ludzie mówią ci, że coś jest nie tak albo im się nie podoba, prawie zawsze mają rację. Kiedy mówią ci, co dokładnie według nich jest źle i jak to naprawić, prawie zawsze się mylą”. Neil Gaiman

FilipWij, dzięki za komentarz, już spieszę z wyjaśnieniami.

 

Rozumiem, że prezydent to trochę przywódca takiej kosmicznej Korei Północnej. Problem polega na tym, że nie czuć atmosfery totalitaryzmu. Goodguy to tyran, uzurpator, prawdziwe monstrum (kitra dostępny gdzie indziej lek na raka, zapowiada zbiorowe egzekucje, zastrasza opozycję). Jednak z jego miasta można sobie spokojnie wyjechać, a także się tu osiedlić. Pytaniem pozostaje, po jaką cholerę ktoś miałby przenosić się w takie miejsce lub w nim dobrowolnie pozostawać. ;-)

Mój zamysł odnośnie miasta był taki, że Goodguy rządzi tak, aby żyło się jak najlepiej jemu, a społeczeństwo ma być na tyle bogate, żeby nie umrzeć z głodu i na tyle biedne, żeby być uzależnionym od władzy. Przeciętny obywatel Kitionu nie zdaje sobie nawet sprawy, jak wygląda życie w innych miastach, bo propaganda załatwia sprawę. Nie chciałem tworzyć takiego na wskroś totalitarnego świata z godzinami policyjnymi itd.

Jeśli natomiast chodzi o przyjazd/wyjazd. Cóż, przyjeżdżać pewnie rzeczywiście mało kto by chciał, zwłaszcza że miasto jest przeludnione. Z wyjazdem natomiast sprawa jest taka, że wielu by chciało, ale to po prostu kosztowne przedsięwzięcie. Jakby nie patrzeć jest to jednak podróż kosmiczna. Sheranowi udaje się, bo przez parę ładnych lat pełnił ważne funkcje, co pozwoliło mu odłożyć trochę grosza i zdobyć kontakty. Crane pozwolił mu wyjechać, bo w zasadzie Sheran odegrał już swoją rolę w jego planie, choć rzeczywiście darowanie mu życia może być jak na prezydenta niezwykle łaskawym gestem.

 

Nie trafia do mnie również motywacja robotnika co do spotkania z Sheranem

Właściwie to robotnik przyszedł zapytać, co się teraz stanie z jego kolegą z pracy. Sheran traktował ich dobrze, więc ufali mu i liczyli, że może załatwi jakąś lżejszą karę. Rozmowa zeszła jednak dość szybko na inne tory.

W pełni rozumiem, że w ostatecznym rozrachunku mogło to wyjść nieco nienaturalnie.

 

Andyql, dzięki za odwiedziny i komentarz, cieszę się, że ci się podobało.

 

Za wszystkie uwagi techniczne oczywiście również dziękuję i postaram się w wolnej chwili coś ze wskazanymi miejscami zrobić.

Witaj

 

SF się rozpasało i bardzo ładnie.

Prezydent Goodguy jest obrzydliwy.

No i zło zwycięża.

Ambush, dzięki za opinie – zarówno teraz, jak i podczas bety.

Złol wyszedł Ci trochę przerysowany, IMO. Tak, jakbyś zastanawiał się, co jeszcze może zrobić zły człowiek i czym prędzej dopisywał rezultaty na konto prezydenta.

Na przykład ten ekspres do kawy. Chowanie nowych technologii to jedna sprawa, ale czemu nie można go naprawić? To przecież nie wymaga przełomowych wynalazków, co najwyżej części zamiennych.

Ale historia ciekawa.

Chętnie dowiedziałabym się więcej o zmiennokształtności w wersji SF.

Babska logika rządzi!

Cześć, Finklo, dzięki za odwiedziny i komentarz.

 

Na przykład ten ekspres do kawy.

Akurat w tym wypadku miałem nieco inną intencję. Nie chodziło o to, że nie da się go naprawić, tylko że dostępne są jedynie przestarzałe sprzęty, które ogólnie dość często ulegają awariom, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, iż nie jest to oczywiste w samym tekście.

Chętnie dowiedziałabym się więcej o zmiennokształtności w wersji SF.

Oj tak, temat zdecydowanie do rozwinięcia :)

Cześć!

 

Ponieważ podczas bety głównie narzekałam, to teraz dla odmiany napiszę o tym, co mi się podobało. Opowiadanie łączy sci-fi, fantasy i kryminał, co jest niemałym wyzwaniem. Uważam, że udało Ci się złożyć wszystko w zgrabną całość. Zaintrygował mnie motyw miast-państw dryfujących w przestrzeni kosmicznej i z chęcią poznałabym ciąg wydarzeń, który doprowadziły do takiego stanu rzeczy. Sherana przedstawiasz jako dobrego człowieka, bo próbuje uratować życie robotnikom i finalnie odchodzi od złego prezydenta, ale jednak długo dla niego pracował i to już czyni z niego postać dwuznaczną. 

Bardzo podobała mi się ostatnia scena. Udało Ci się w lekki sposób wyjaśnić wątek zmiennokształtnego i jego rolę w całym spisku.

 

 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

Hej, Bjkpsrz!

 

Został zaanonsowany przez cybernetyczną sekretarkę. Drzwi otworzyły się, ukazując wielkie pomieszczenie, ozdobione licznymi(+,) drogimi płótnami i złotymi posągami. Na końcu stało zdobione biurko, a siedział przy nim średniego wzrostu mężczyzna z przysłaniającą część twarzy gęstą(+,) czarną grzywką, spod której błyskało czerwonym światłem cybernetyczne oko – ekstrawagancja, na jaką mogli sobie pozwolić jedynie nieliczni.

Tyle udało mi się wychwycić, bo co tu dużo mówić – przeczytałem szybko i z wielką przyjemnością. Świetny tekst.

 

Natomiast w całym rozrachunku kłuje mnie brak, albo ukryty przez Ciebie, ruch oporu. Społeczeństwo nie będzie aż tak potulne, jakie się wydawało w opowieści. Propaganda propagandą, ale nie da się tego zrobić na taką skalę w momencie, gdy jest kontakt z innymi cywilizacjami (bo można tam polecieć). A co z połączeniem hmm… satelitarnym? Nie wierzę, że w tej wersji przyszłości Marek Cukiergóra odpuścił i ludzie nie wstawiają fotek swoich kaszojadów do neta. Media społecznościowe były przed utworzeniem dryfujących miast, zatem ludzie o nich wiedzieli i masowo korzystali. Potem porozlatywali się po galaktyce, ale podstawową technologią, niezbyt skomplikowaną zresztą, będzie na pewno kontakt z innymi miastami i planetami. Marek na pewno zwietrzył interes i fejsbunio, czy tam insta, hulają międzyplanetarnie – nie da się po dojściu do władzy nagle odciąć ludzi od czegoś co dla niektórych jest jedynym sensem życia i nie wzniecić ognisk rewolucji. A jak nie odetniesz, to ludzie będą wiedzieć o technologii w innych miastach.

Poza tym jest przeludnione miasto-państwo, a szefuncio siedzi w willi z kilkuhektarowym podwórzem. Ludzie mają oczy, to zrodziłoby konkretne napięcia.

Także El Presidente albo musi być Kimem na co najmniej 100%, albo mu się to nie sklei.

Aczkolwiek podkreślę, że przy czytaniu mi to nie przeszkadzało. Może gdyby tekst był dłuższy, to zacząłbym trochę kręcić nosem, ale przy tak sprawnie napisanym opku przeszedłem nad tym bez bólu, a chwyciłem za to dopiero przy analizie.

 

Pozdrawiam!

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Cześć, Alicella. Dzięki za pozytywny komentarz i za wcześniejsze narzekanie także. Wasze uwagi dużo dały temu opowiadaniu.

 

Krokus, cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu.

Co do ruchu oporu – to opowiadanie koncentrowało się na zamachu i swego rodzaju “starciu” pomiędzy Crane’em i Sheranem. Limit znaków w konkursie nie pozwalał mi na poruszenie pewnych kwestii i te, które uznałem za mniej istotne dla fabuły po prostu pomijałem bądź ograniczałem. Są jednak w tekście fragmenty sugerujące obecność jakiejś opozycji – wspominam o wrogach prezydenta oraz że oficjalnie nikt przeciwko niemu nie występuje.

Muszę natomiast przyznać, że mam w głowie pewien koncept takiego ruchu oporu i nawet raczkujące sylwetki jego przedstawicieli. Nie wiem czy powstanie kolejne opowiadanie osadzone w tym świecie, ale jeśli miałoby powstać, to właśnie kwestia ruchu oporu czy rozwinięcie wątku Zamira grałoby w nim pierwsze skrzypce

nawet raczkujące sylwetki jego przedstawicieli.

Wyobraziłam sobie tych uzbrojonych po pierwsze zęby w grzechotki terrorystów… ;-)

Babska logika rządzi!

Finkla, zrobiłaś mi dzień tą wizją :), dobre.

 

Bjkpsrz, nie ma za co :). Betujący zawsze starają się pomóc, ale to już zasługa autora jeśli potrafi uwagi wykorzystać i nie boi się tej ciężkiej pracy, jaką jest poprawianie opowiadania. 

„Nic wędruje wszędzie, zawsze wyprzedzając coś, a w wielkim obłoku nieświadomości pragnie stać się czymś". T. Pratchett

uzbrojonych po pierwsze zęby w grzechotki terrorystów… ;-)

Finkla, ja bym się nie śmiał. ;)

 

Alicella, coś w tym na pewno jest, ale to Wy wytyczyłyście mi swoimi wskazówkami szlak, a ja nim jedynie podreptałem :)

 

 

 

 

Faktycznie, poważna sprawa. ;-)

Babska logika rządzi!

Bjkpsrz,

A to w takim razie gdzie wykupuje się subskrypcję? ;)

 

Finkla, grzechotki to tam kij… te grające, chińskie zabaweczki z festynów, w których nie da się wyłączyć dźwięku. Dźwięku rozrywającego błony bębenkowe i dusze. 

Nie zabijamy piesków w opowiadaniach. Nigdy.

Przed tym prezydent, cwaniak jeden, się zabezpieczył, ograniczając napływ technologii i badziewia z chińskich baz. ;-)

Babska logika rządzi!

Krokus, o subskrypcję na razie się nie martw. Póki co jest bezterminowy darmowy okres próbny, więc bez stresu ;)

Siema :)

 

Kurde, powiem Ci, że szybko się ten tekst czytało. W pracy byłem rano, dyro gdzieś polazł na chwilę i wykorzystałem szansę w sposób niecny i zły, bo poświęciłem nieco czasu pracy na lekturę Twojego opowiadania. I nie żałuję, choć kilka uwag też się znajdzie.

Przede wszystkim lubię taki klimat, który stworzyłeś. Niby wszystko jak u nas, śledztwo w zasadzie dwudziestowieczne, ale dodajesz do tego otoczkę sf. Ta fantastyka niby fabularnie robi za sztafaż, nie licząc istotnego czynnika w postaci zmiennokształtności, jednak dodaje smaku. Momentami mi się flashbacki z “Różańca” Kosika włączały, bo i u niego były kosmiczne miasta, w których życie toczyło się podobnie do tego, jakie znamy z tu i teraz. Niektóre stare filmy sf miały taki klimat, życie na innych planetach, czy na ogromnych stacjach kosmicznych, a wszystko takie jak u nas, tylko podkolorowane, udziwnione nieznacznie w pewnych sferach, w innych nie udziwniane wcale. Mam ogromny sentyment do tamtych obrazów, nierzadko napakowanych anachronizmami, rzeczami, które wydają się zbyt toporne i współczesne jak na rozwiniętą przyszłość. I tak ten ekspres do kawy zamiast wydumanego cosia, to, że masz tam samochody a nie systemy bliższe kolejkom podziemnym w wersji hard, że są ekipy budowlane zamiast automatycznych robotów naprawczych, te wszystkie rzeczy konfrontujesz z hardkorową ingerencją w geny (bo chyba takim zmodyfikowanym jest zmiennokształtny), z całym, ogromnym miastem dryfującym w przestrzeni i to u mnie bangla, bo pozwala na większą immersję. Pod tym względem jest super.

Fabularnie jest ciekawie, bez szaleństw, ale na tyle dobrze, że czytałem, bo chciałem się dowiedzieć, jaki będzie wynik śledztwa protagonisty. Od momentu w którym ujawniłeś, że to nowa laseczka Goodguya chciała go zlikwidować, wiedziałem już, że i synalek nie jest bez winy i poczułem się ustaysfakcjonowany, kiedy okazało się, że to on był zleceniodawcą.

Co mi nie grało? Trzy rzeczy.

Pierwsza: dialog z żoną jest IMO nienaturalny. Gdyby go podrasować, dodać mu emocji, wtedy byłby lepszy.

Druga: zachowanie Sherana podczas konfrontacji ze zmiennokształtnym, który zamienił się w niego. Po jaką cholerę on wyjmował ten blaster? Przecież był szefem służb, powinien wiedzieć, że wystarczy, że funkcjonariusze zgarną ich obu i na komendzie zapytają o cokolwiek, na przykład o imię córki, żony, jaką kawę zrobił mu któryś ze współpracowników dziś rano, w pracy. A on się wyrywa i ryzykuje śmierć. Logicznie się to nie klei w ogóle. Zawsze, kiedy w filmach zostaje wyciągnięty taki motyw, że ktoś musi wybrać pomiędzy prawdziwym a fałszywym kimś, oczekuję czegoś niesztampowego, ciekawego, albo zaskakującego. Zazwyczaj dostaję te same motywy. U Ciebie dostałem nieco inny, tyle, że nie jestem z niego zadowolony, bo to co ma miejsce, pokazuje Sherana jako nieogarniętego, a takim go wcześniej nie pokazywałeś.

Trzecia: cały ten monolog na końcu, ten z Larrym, który okazuje się finalnie wiadrem z… kupą? To jest jeden wielki infodump, taki zabieg, który ma mi na końcu wyjaśnić, o co chodziło, dlaczego stało się tak a nie inaczej. To jest zabieg, którym dodajesz tła, pewnej głębi; którym rozbudowujesz zamysł o kolejną warstwę. Ale robisz to w sposób, który mi nie odpowiada. Chcesz czytelnika w ten sposób pozbawić broni, która mogłaby przyjąc postać pewnych nieścisłości, jakie mogłyby być zarzucone Twojemu opowiadaniu. I w tej części wyjaśniasz na przykład coś, o co miałem się przykleić – dlaczego bazy danych policji były tak niedokładne, że pierwotnie przeoczono brata bliźniaka jednego z podejrzanych. I przyczepiłbym się, ale nie mogę, bo zastosowałeś uderzenie wyprzedzające. Jaki jest konkretnie zarzut? Niektóre z tych rzeczy mogłeś gdzieś po drodze rozrzucić, wpleść w dialogi, albo pokazać jakąś scenę, a poszedłes na łatwiznę w postaci monologu z wiadrem.

I serio, jeśli to wiadro z odchodami, to już za bardzo pojechałeś z tymi anachronizmami, bo takie rzeczy współczesnie nie przechodzą w więzieniach, a co dopiero w przyszłości. IMHO of kors.

 

Reasumując: podobał się klimat, fabuła jest wporzo, ale bez szaleństw, jednak ekspozycja wydarzeń, istotnych dla logicznego spięcia całości kuleje.

Ale, żeby nie było, jest napisane sprawnie i wciągnęło, więc do biblioteki polecę :)

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Siemka, Outta!

Przed wszystkim dzięki za rozbudowany, konstruktywny komentarz, a także za czas poświęcony na lekturę. Cieszę się, że wypadło pozytywnie.

 

Przede wszystkim lubię taki klimat, który stworzyłeś.

Fajnie, że przypadło Ci to do gustu. Sci-fi to nie jest do końca moja bajka, bo nie tylko nie piszę, ale też prawie nie czytam. Siedziałem dotychczas głównie w fantasy, dlatego tutaj wyszło tak “soft”. Może w przyszłości spojrzę bardziej przychylnym okiem na ten gatunek.

 

Pierwsza: dialog z żoną jest IMO nienaturalny.

Kurczę, zgadzam się. Wyszedł trochę inaczej niż chciałem. Pokonał mnie limit znaków, bo to była scena powstająca jako ostatnia. Żadne to usprawiedliwienie ofc, ale tak to wyglądało.

 

Druga: zachowanie Sherana podczas konfrontacji ze zmiennokształtnym, który zamienił się w niego.

A kto wie co by się stało podczas drogi na komisariat? Może to nie była najmądrzejsza decyzja, ale imo względnie bezpieczna. Policjanci nie mieli powodu korzystać z amunicji innej niż ogłuszająca, a na miejscu pojawiła się Tara, której Sheran ufał i liczył, że ona ogarnie o co biega, kiedy on zostanie powalony i nie przemieni się. Nie jest w zasadzie doprecyzowane, czy zmiennokształtni przejmują też myśli/wspomnienia, więc gdyby chcieli Zamira zgarnąć przytomnego, to mógłby się zrobić większy bałagan. Tak to wygląda z mojej perspektywy, ale Twoją też w pełni rozumiem.

 

Trzecia: cały ten monolog na końcu, ten z Larrym

Akurat taki był mój zamysł. Mogłem inaczej zbudować epilog, rozbudować sceny egzekucji i odlotu Sherana, dodać kilka mniejszych, ale wybrałem obecną wersję świadomie i nie na zasadzie “tak będzie łatwiej”. Miałem w głowie kilka utworów, w których takie infodumpy na końcu występują – gdzie ktoś wyjaśnia rzeczywisty plan złego i wszystko ostatecznie składa się do kupy. Docierają do mnie twoje argumenty, jednak taki kształt zakończenia był przemyślaną decyzją i satysfakcjonuje mnie efekt, więc będę tego bronił ;)

Kurczę, zgadzam się. Wyszedł trochę inaczej niż chciałem.

Limit to… wiadomo. Ale mimo wszystko mogłeś dać tam więcej uczuć, jakieś wtulenie się w męża, urwane zdanie, coś co sugerowałoby emocje, których tam ewidentnie brakuje.

 

Policjanci nie mieli powodu korzystać z amunicji innej niż ogłuszająca, a na miejscu pojawiła się Tara, której Sheran ufał i liczył, że ona ogarnie o co biega, kiedy on zostanie powalony i nie przemieni się.

Wiesz, dlaczego mi to zgrzytło? Bo piszesz o opresyjnym systemie, o skorumpowanej władzy i oligarsze, który bez mrugnięcia okiem chce rozstrzelać kilkudziesięciu robotników. Myślałem, że w takim systemie służby się nie certolą i używanie stunerów to rzadkość, lepiej strzelać ostrą amunicją a potem pytać. Ale w sumie, ten czep taki s, więc powiedzmy, że się wybroniłeś :)

 

Miałem w głowie kilka utworów, w których takie infodumpy na końcu występują – gdzie ktoś wyjaśnia rzeczywisty plan złego i wszystko ostatecznie składa się do kupy.

To rzadko wychodzi na dobre utworowi, jeśli ta narracja pojawia się na końcu, a wcześniej jej nie było. “Skazani na Shawshank” na przykład ma ten typ zakończenia, ale narracja Reda pojawia się wcześniej. No, ale to Twój tekst, więc jest tak jak chciałeś. Mnie to nieco uwiera, ale w sumie nie psuje mi wrażenia z lektury.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Dużo zła pokazałeś, Bjkpsrzu, i było to zło w bardzo dobrym gatunku. A będący u władzy prezydent okazał się złem największym, choć o innych postaciach też można powiedzieć wiele niedobrego. Wplecenie wątku kryminalnego należycie urozmaiciło historię, a końcowe efekty śledztwa wykazały, że zła było tu więcej niż się mogło początkowo zdawać.

Czytało się całkiem nieźle, ale wykonanie mogłoby być nieco lepsze. Mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym móc zgłosić opowiadanie do Biblioteki.

 

pod wzglę­dem licz­by lud­no­ści. Miej­sce było prze­lud­nio­ne… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może w pierwszym zdaniu: …pod wzglę­dem licz­by mieszkańców.

 

Drzwi otwo­rzy­ły się, nim zdą­żył się do nich zbli­żyć. ―> Jak wyżej.

Proponuję: Drzwi otwo­rzy­ły się, nim do nich podszedł.

 

Wziął ją na ba­ra­na i wspól­nie we­szli do środ­ka. ―> Zbędne dopowiedzenie. Czy, skoro wziął córkę na barana, mogli wejść oddzielnie?

 

po­kła­dów dobra nie star­czy­ło dla kil­ko­ro po­zo­sta­łych dzie­ci… ―> …po­kła­dów dobra nie star­czy­ło dla kilkorga po­zo­sta­łych dzie­ci

 

Jutro bę­dzie­my mieli po­kaź­ną eg­ze­ku­cję… ―> SJP PWN mówi, że pokaźna to tyle, co dość duża, spora, znaczna. Nie wydaje mi się, aby którymś z tych słów można określić egzekucję.

Może: Jutro będziemy mieli spektakularną egzekucję

 

Do­pie­ro jak ich za­wi­nę­li­śmy za­czę­ła się bajka… ―> W co ich zawinęli?

A może miało być: Do­pie­ro jak ich zwi­nę­li­śmy, za­czę­ła się bajka

 

Cała rze­sza ludzi przy­szła zo­ba­czyć nad­cho­dzą­cą eg­ze­ku­cję… ―> Raczej: Cała rze­sza ludzi przy­szła zo­ba­czyć eg­ze­ku­cję

Nie wydaje mi się, aby egzekucja mogła nadchodzić.

 

Pre­zy­dent wraz z na­rze­czo­ną i naj­star­szym synem oraz kil­ko­ma in­ny­mi człon­ka­mi rządu… ―> Czy dobrze rozumiem, że syn i narzeczona byli członkami rządu?

 

ko­bie­ta za­czę­ła pro­te­sto­wać, lżyć na niego. ―>> Lżyć można kogoś, nie na kogoś, więc: …ko­bie­ta za­czę­ła pro­te­sto­wać, lżyć go.

 

– Ash Go­od­guy spo­tkał się w mie­ście na­jem­ni­ków z Yele­ną, gdzie po­mię­dzy dwój­ką wy­wią­zał się ro­mans. ―> Raczej: – Ash Go­od­guy spo­tkał się w mie­ście na­jem­ni­ków z Yele­ną, gdzie po­mię­dzy nimi/ tych dwojgiem wy­wią­zał się ro­mans.

 

Szpie­dzy pre­zy­den­ta za­wi­nę­li mnie… ―> Szpie­dzy pre­zy­den­ta zwi­nę­li mnie

 

Zmien­no­kształt­ny zmo­du­lo­wał swój głos… ―> Zbędny zaimek – czy modulowałby cudzy głos?

 

może przyk oka­zji tro­chę z niej po­ko­rzy­stam. ―> Literówka.

 

że nie widzi che­mii po­mię­dzy nią i jego synem… ―> …że nie widzi che­mii po­mię­dzy nią i swoim synem

 

a w tym samym cza­sie po­łą­czył się tym swoim okiem… ―> Czy to celowe powtórzenie?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dzięki za opinię. Cieszę się, że dobrze udało mi się pokazać całe zło w tym opowiadaniu.

Wielkie dzięki także za wskazanie usterek – wszystkie już poprawione :)

W takim razie, Bjkpsrzu, udaję się do klikarni, ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka