- Opowiadanie: Gekikara - Siła niewiary

Siła niewiary

Syn­drom uza­leż­nie­nia kon­kur­so­we­go dał o sobie znać w za­sa­dzie do­pie­ro trzy dni temu, a nowe po­my­sły nie przy­cho­dzi­ły (a przy­naj­mniej nie takie, które można by wy­ko­rzy­stać przy tej oka­zji) i je­dy­nym ra­tun­kiem była prze­past­na szu­fla­da.

Od­grze­ba­łem więc stary po­mysł, zdmuch­ną­łem z niego war­stwę kurzu, za­czą­łem naj­pierw pisać cał­kiem od po­cząt­ku – a potem sam byłem za­sko­czo­ny, jak po­dob­nych re­kwi­zy­tów uży­łem co za pierw­szym razem. Wy­ko­rzy­stu­jąc ele­men­ty nowe i stare, prze­pi­sa­ne po no­we­mu, udało mi się wy­pro­du­ko­wać coś, co nada­wa­ło­by się na Ta­jem­ni­ce.

Jest to więc tekst mło­de­go Ge­kie­go – ale i sta­re­go Ge­kie­go. Choć, wy­da­je mi się, że bar­dziej tego pierw­sze­go z po­praw­ka­mi tego dru­gie­go.

 

Mamy tutaj ty­po­wą przy­go­dów­kę fan­ta­sy, więc jeśli ktoś przy­szedł z in­ny­mi ocze­ki­wa­nia­mi... niech zmie­ni ocze­ki­wa­nia. :P

 

Wszyst­kich ura­żo­nych nie­po­praw­ny­mi po­li­tycz­nie ele­men­ta­mi z góry prze­pra­szam.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Siła niewiary

Roz­bi­li obóz na nie­wiel­kiej po­la­nie w środ­ku lasu, pod ogrom­nym gła­zem wy­sta­ją­cym z ziemi ni­czym po­je­dyn­czy smo­czy ząb. A może to był smo­czy ząb? Jork nie miał pew­no­ści, jesz­cze nigdy nie wi­dział ży­we­go smoka, znał je tylko z opo­wie­ści że­gla­rzy, któ­rzy przy­pły­wa­li na Starą Ys, by sprze­dać swoje zna­le­zi­ska.

W ich hi­sto­riach smoki były po­tęż­ne, tak wiel­kie, że mogły swoim cia­łem owi­nąć pla­ne­tę, a w py­skach zmie­ścić księ­życ. Jork uwiel­biał o tym słu­chać. Wy­obra­żał sobie wtedy, że jest od­kryw­cą i po­szu­ki­wa­czem przy­gód.

Teraz mógł­by po­wie­dzieć, że ma­rze­nia się speł­nia­ją.

Jed­nak nie za­wsze tak, jak byśmy tego chcie­li.

Na pewno nie wy­ma­rzył sobie mar­szu przez dżun­glę, watah ko­ma­rów i go­rą­ce­go po­wie­trza tak gę­ste­go od wil­go­ci, że ubra­nia le­pi­ły się do ciała.

– Ple­cak – syk­nął ktoś ze szczy­tu skały. – Ej, młody, ple­cak!

– To chyba do cie­bie – szep­nę­ła odzia­na w czer­wień ko­bie­ta sie­dzą­ca obok Jorka.

Chło­pak ze­rwał się z miej­sca, chwy­cił spusz­czo­ną ze szczy­tu linę z ha­kiem i przy­piął do niej bla­sza­ną skrzyn­kę na­pręd­ce wy­grze­ba­ną z ple­ca­ka.

– Już! – od­po­wie­dział, roz­glą­da­jąc się za ka­pi­ta­nem. Ten, na szczę­ście, był dobre pięt­na­ście kro­ków od nich i wy­pa­try­wał cze­goś po­śród drzew. Ostat­ni czło­nek wy­pra­wy, wiel­ki ni­czym ol­brzym pół­krwi Ysa­nin z Czer­wo­nej Ys, sie­dział w cie­niu głazu opo­dal Jorka i ostrzył rów­nie wielki topór.

Męż­czy­zna o sta­lo­wym ra­mie­niu, który sie­dział na szczy­cie skały, wcią­gnął skrzyn­kę, otwo­rzył ją i roz­ło­żył apa­ra­tu­rę. Spo­rych roz­mia­rów ta­lerz ob­ra­cał się na masz­cie, son­du­jąc oko­li­cę. Jork wi­dział już po­dob­ne urzą­dze­nia w Uni­wer­sy­te­cie, zanim go wy­rzu­ci­li.

– Szy­kuj­cie się! – za­wo­łał ka­pi­tan i wy­cią­gnął z kabur dwa re­wol­we­ry. Ol­brzym wstał, jedną ręką pod­niósł topór. Męż­czy­zna o sta­lo­wym ra­mie­niu zje­chał po linie i sta­nął przed Jor­kiem oraz ko­bie­tą w czer­wie­ni.

– Chroń ka­płan­kę – po­le­cił. – W ple­ca­ku jest kusza.

Jork drżą­cy­mi dłoń­mi wy­do­był broń z ple­ca­ka i rzu­cił ko­bie­cie nie­pew­ne spoj­rze­nie.

Coś się zbli­ża­ło. Teraz już wszy­scy sły­sze­li cichy, nie­re­gu­lar­ny sze­lest liści, jakby po­ru­sza­nych tchnie­niem wia­tru. Tyle, że po­wie­trze stało w miej­scu, nie­zmą­co­ne choć­by naj­lżej­szym po­wie­wem. Zaraz potem do­strze­gli cie­nie krą­żą­ce w gę­stwi­nie na skra­ju lasu.

– Są duże – ostrze­gał ka­pi­tan, po­wo­li co­fa­jąc się w stro­nę głazu. – I mądre. Pró­bu­ją nas oto­czyć.

Wy­pa­dły z lasu we trzy, wszyst­kie w tym samym mo­men­cie.

Dra­pież­ni­ki po­dob­ne do orek, ale smu­klej­sze, po­ru­sza­ją­ce się na czte­rech pa­ty­ko­wa­tych, wil­czych no­gach z nad­zwy­czaj­ną lek­ko­ścią, którą po czę­ści za­wdzię­cza­ły ni­skiej gra­wi­ta­cji. Pa­zu­ry wiel­ko­ści ludz­kiej dłoni, szczę­ki go­to­we prze­gryźć czło­wie­ka na pół. Jork po­bladł. W jed­nej chwi­li za­czął ża­ło­wać wszyst­kie­go, co przy­da­rzy­ło się fe­ral­ne­go dnia, gdy upił się w por­to­wej obe­rży i przy­jął ofer­tę do­łą­cze­nia do za­ło­gi.

Ża­ło­wał tego już nie po raz pierw­szy, cóż jed­nak po żalu, skoro obu­dził się do­pie­ro, gdy byli już pół­to­ra par­se­ka od Sta­rej Ys.

Jedna z be­stii sko­czy­ła pro­sto na ka­pi­ta­na, druga bie­gła w stro­nę dzier­żą­ce­go topór, trze­cia pę­dzi­ła w kie­run­ku Jorka i ka­płan­ki, osła­nia­nych przez sta­lo­wo­rę­kie­go. To był prze­my­śla­ny ruch, świad­czą­cy o in­te­li­gen­cji tych zwie­rząt – jed­no­cze­sny atak z róż­nych kie­run­ków unie­moż­li­wiał ofia­rom wspie­ra­nie się w walce, a na pierw­szy rzut oka prze­wa­ga dra­pież­ni­ków była ogrom­na.

Ale nie za­wsze pierw­szy rzut oka wy­star­cza, by na­le­ży­cie ro­ze­znać się w sy­tu­acji, o czym Jork wie­dział do­sko­na­le, wszak trzy razy oblał eg­za­min z lo­gi­ki.

Nim be­stia za­koń­czy­ła lot, któ­re­go zwień­cze­niem miało być od­gry­zie­nie ka­pi­tań­skiej głowy, osiem po­ci­sków utkwi­ło we łbie zwie­rzę­cia. Trzy z nich wle­cia­ły przez pasz­czę, która za­mknę­ła się tuż przed lufą re­wol­we­ru.

Zwie­rzę szar­żu­ją­ce na męż­czy­znę z me­cha­nicz­nym ra­mie­niem przy­ję­ło inną tak­ty­kę, pró­bu­jąc go stra­to­wać. Bie­gło coraz szyb­ciej, trzy­ma­jąc pysk nisko przy ziemi. Męż­czy­zna jed­nak nie ucie­kał, wy­cią­gnął do przo­du sztucz­ną rękę, ob­ró­cił po­krę­tłem wy­sta­ją­cym z ra­mie­nia i za­ter­ko­tał sil­nik, a me­ta­lo­wa koń­czy­na roz­iskrzy­ła się elek­trycz­ny­mi wy­ła­do­wa­nia­mi. Ciel­sko po­two­ra ude­rzy­ło w otwar­tą, me­ta­lo­wą dłoń. Me­cha­nizm za­trzesz­czał, ale nie ustą­pił. Za to be­stia, prze­jąw­szy impet ude­rze­nia, wy­strze­li­ła w po­wie­trze – znacz­nie wyżej, niż mógł po­dej­rze­wać Jork przy­wy­kły do więk­sze­go przy­cią­ga­nia – prze­krę­ci­ła się w locie i zwin­nie wy­lą­do­wa­ła na czte­rech ła­pach o kilka kro­ków od ko­bie­ty w czer­wie­ni i mło­de­go tra­ga­rza.

Jork pod­niósł kuszę i wy­strze­lił. Nie tra­fił.

Dra­pież­nik sko­czył, roz­dzia­wił pasz­czę pełną zębów wiel­kich i ostrych jak szty­le­ty, wy­cią­gnął ku niemu i kapłance parę pa­zu­rza­stych łapsk, kiedy mon­stru­al­ne ostrze spa­dło pro­sto na jego grzbiet i roz­rą­ba­ło krę­go­słup.

Zaskoczony obrotem sprawy Jork spoj­rzał na to­por­ni­ka, który wy­szarp­nął oręż z ciała po­two­ra i za­czął z pie­czo­ło­wi­to­ścią czy­ścić ostrze z juchy. Trze­ci dra­pież­nik leżał nie­da­le­ko, za­bi­ty w po­dob­ny spo­sób.

Uprzy­tom­niw­szy sobie, że za­gro­że­nie już mi­nę­ło, chłopak przy­kuc­nął i z za­in­te­re­so­wa­niem, a nawet odro­bi­ną eks­cy­ta­cji, za­czął stu­dio­wać ana­to­mię mar­twej isto­ty, o wiele ciekawszej niż wszystkie okazy, których sekcję przeprowadzał na zajęciach z biologii.

– Nie­sa­mo­wi­te – stwier­dził, są­dząc, że mówi w my­ślach. – Do­sko­na­ły przy­kład dwu­krot­ne­go po­now­ne­go przy­sto­so­wa­nia. Da­le­ki pra­przo­dek mu­siał opu­ścić wody i wy­ewo­lu­ować do ssa­ków, póź­niej wró­cić do śro­do­wi­ska wod­ne­go i sto­sun­ko­wo nie­daw­no w ewo­lu­cyj­nej skali, wyjść na ląd, być może na sku­tek zmniej­sza­nia się po­wierzch­ni oce­anów…

– Na­zy­wa­ją się akh­lut – we­szła mu w słowo ka­płan­ka. – Świę­te straż­nicz­ki na­szej pani. To znak, że je­ste­śmy bli­sko.

– Znak – prych­nął sta­lo­wo­rę­ki, krę­cąc młyn­ka me­cha­nicz­nym ra­mie­niem, które zgrzy­ta­ło na znak pro­te­stu. – Prze­każ swo­jej pani, by na­stęp­nym razem po pro­stu wy­sła­ła go­łę­bia z wia­do­mo­ścią.

 Ka­płan­ka nie od­po­wie­dzia­ła, po­sła­ła mu tylko chłod­ne, pełne wyż­szo­ści spoj­rze­nie.

– Rącz­ka, nie draż­nij sza­now­nej zle­ce­nio­daw­czy­ni. – Ka­pi­tan po­ja­wił się nie­spo­dzie­wa­nie. Stą­pał bez­sze­lest­nie, jak każdy, w kim da­wa­ła o sobie znać krew sta­rych rodów. W tym po­dob­ny był do ka­płan­ki, choć, rzecz jasna, w od­róż­nie­niu od niej nie miał szpi­cza­stych uszu. – Pa­mię­taj, po co tu je­ste­śmy. I kto nam płaci.

– Się ro­zu­mie, ka­pi­ta­nie – od­po­wie­dział tam­ten.

– Jak wy­glą­da sy­tu­acja? Ile esen­cji ci po­zo­sta­ło?

– Radar wska­zu­je, że je­ste­śmy nie­da­le­ko. Od­czy­ty fal są wy­raź­ne, zresz­tą nie po­trze­ba mi do tego ra­da­ru, czuję w tej kupie złomu – uniósł me­cha­nicz­ną koń­czy­nę – że to już bli­sko. Mu­si­my iść na wschód. Esen­cji… – od­chy­li klap­kę za­mon­to­wa­ną w sta­lo­wym przed­ra­mie­niu – mam nie­wie­le. Ale wy­star­czy, jak bę­dzie trze­ba coś wy­sa­dzić raz czy dwa.

Ka­pi­tan wy­słu­chał go, za­my­ślił się przez chwi­lę, pa­trząc w kie­run­ku czer­wo­ne­go słoń­ca. Było już w trzech czwar­tych drogi i wła­śnie mi­ja­ło ga­le­rę, którą ka­pi­tan zacumował na ni­skiej or­bi­cie.

– Ru­sza­my! – wydał roz­kaz. – Chcę być na miej­scu nim się ściem­ni.

 

*

 

Cięż­kie od wil­go­ci po­wie­trze. Upał. Pną­cza opa­da­ją­ce z ro­sicz­ko­wa­tych drzew, pró­bu­ją­ce owi­nąć się wokół nie­ostroż­nych po­dróż­ni­ków i za­cią­gnąć ich do jam tra­wien­nych. Plu­ją­ce pa­ra­li­żu­ją­cym pył­kiem pa­pro­cie. Sra­ją­ce ła­wi­ce la­ta­ją­cych ryb, które krą­ży­ły nad gło­wa­mi. Sze­lest. Nie­ustan­ny ruch wokół, cie­nie prze­my­ka­ją­ce po­śród zie­le­ni, które mogły być czym­kol­wiek – choć­by ko­lej­ną akhlut. I ro­ba­le. Cała masa ro­ba­li. Ro­ba­le pod no­ga­mi, ro­ba­le na drze­wach, ro­ba­le w po­wie­trzu.

Nic dziw­ne­go, że gdy dżun­gla skoń­czy­ła się, ustę­pu­jąc pola cią­gną­cym się po ho­ry­zont po­ła­ciom wy­so­kiej, mię­si­stej trawy, ka­płan­ka zło­ży­ła dło­nie i skie­ro­wa­ła dzięk­czyn­ną mo­dli­twę do swo­jej bo­gi­ni.

Nikt do niej nie do­łą­czył.

Jork, będąc – nie­chcia­nym i przed­wcze­śnie wy­rzu­co­nym z gniaz­da, ale jed­nak – dziec­kiem Uni­wer­sy­te­tu, za­de­kla­ro­wał swój ate­izm. Po­zo­sta­li mieli wła­sne po­wo­dy.

– Ty­po­we dla męż­czyzn. My­śli­cie, że nie ma ni­ko­go, kto byłby lep­szy od was i ni­cze­go, co nie da­wa­ło­by się ogar­nąć wa­szym ro­zu­mem – prze­mó­wi­ła ka­płan­ka za­koń­czyw­szy modły.

– Mo­głeś nie wie­dzieć, że nasza szla­chet­na do­bro­dziej­ka jest naj­wyż­szą ka­płan­ką Famni – wtrą­cił Rącz­ka, nie prze­pusz­cza­jąc oka­zji mimo ka­pi­tań­skiej prze­stro­gi.

Famni. Jork sły­szał o tym kul­cie. Ma­triar­chal­ny sys­tem re­li­gij­ny zbu­do­wa­ny wokół ar­che­ty­po­wej bo­gi­ni-mat­ki, z któ­rej wód rod­nych i ło­ży­ska miał po­wstać cały wszech­świat. Z tego co pa­mię­tał, fam­ni­ski uwa­ża­ły męż­czyzn za nic wię­cej niż zło ko­niecz­ne.

– Bo­go­wie są da­le­ko – wtrą­cił ol­brzym z to­po­rem. – Ci, co prze­ży­li. Resz­ta to kości. Far­r­ten’ah modlą się tylko do Śmier­ci.

Jork, który szedł za nim, miał oka­zję do­brze przyj­rzeć się broni. Topór wy­ko­na­no z jed­ne­go ka­wał­ka mi­ne­ra­łu w ko­lo­rze głę­bo­kiej czer­ni. Nie­re­gu­lar­ne po­dwój­ne ostrze i po­wy­krę­ca­ny trzo­nek po­tę­go­wa­ły upior­ne wra­że­nie.

Jork był pra­wie pe­wien, że sły­szał o po­dob­nej broni. Może na jed­nym z wy­kła­dów z hi­sto­rii sta­ro­żyt­nej? A może czy­tał w któ­rejś z nud­nych ksiąg opo­wia­da­ją­cych o dawno mi­nio­nych woj­nach i na poły le­gen­dar­nym Zmierz­chu Bogów? Nie mógł teraz sobie przy­po­mnieć, nie był pa­sjo­na­tem hi­sto­rii.

Za­wsze bar­dziej in­te­re­so­wa­ło go to, co nie­sie ze sobą przy­szłość.

– Nauka i po­stęp to je­dy­ne, w co wie­rzę – za­de­kla­ro­wał, po­pra­wia­jąc ramię ple­ca­ka, które zsu­nę­ło się na skraj barku. – W cza­sach tak zwa­nych bogów, nie do po­my­śle­nia było, by zwy­kli lu­dzie mogli prze­mie­rzać pust­kę. Do­pie­ro gdy cech eks­trak­to­rów po­znał me­to­dę po­zy­ski­wa­nia esen­cji, uwa­ża­na za boską moc za­czę­ła otwie­rać umy­sły na nowe moż­li­wo­ści. To zdu­mie­wa­ją­ce, jak wiele lu­dzie do­ko­na­li w tak krót­kim…

– A wie­cie, co mnie zdu­mie­wa? – prze­rwał mu Rącz­ka. – Że na tak wiel­kiej prze­strze­ni nie widać żad­ne­go du­że­go zwie­rzę­cia.

– Jakby o tym po­my­śleć – pod­jął temat Jork – akh­lut nie wy­glą­da­ły na przy­sto­so­wa­ne do życia w gę­stym lesie. Bar­dziej praw­do­po­dob­ne, że ich na­tu­ral­nym śro­do­wi­skiem jest otwar­ta, za­ro­śnię­ta wy­so­ką trawą prze­strzeń i coś mu­sia­ło je wy­pło­szyć. Coś du­że­go…

– Smok! – za­wo­łał ka­pi­tan. – Pad­nij!

Nim Jork zo­rien­to­wał się co i jak, leżał już w gli­nia­stej ziemi, po­śród – żadne za­sko­cze­nie – ro­ba­li przy­po­mi­na­ją­cych po­tom­stwo kre­wet­ki i żuka gno­jo­we­go, ścią­gnię­ty na dół przez sta­lo­we ramię męż­czy­zny zwa­ne­go Rącz­ką. Zdą­żył pod­nieść ubło­co­ną twarz, kiedy wiel­ki cień prze­śli­znął się po rów­ni­nie.

Jork prze­krę­cił się na bok, za­war­tość ple­ca­ka za­grze­cho­ta­ła, wszy­scy – z ka­pi­ta­nem łącz­nie – spio­ru­no­wa­li go spoj­rze­niem. Spoj­rzał w górę. Na tle fio­le­to­we­go nieba krą­żył z grub­sza trój­kąt­ny, przy­po­mi­na­ją­cy la­ta­wiec kształt.

– My­śla­łem, że są więk­sze – wy­po­wie­dział Jork, znów za­po­mi­na­jąc, że mówi na głos.

– Ten jest młody. Pew­nie wy­kluł się rok, może dwa lata temu – wy­szep­tał Rącz­ka, który leżał naj­bli­żej. – Gdy­by­śmy przy­le­cie­li de­ka­dę póź­niej, mógł­by spra­wić pro­blem na­szej ga­le­rze, ale nie in­te­re­so­wa­ła­by go taka mała zdo­bycz jak my. Za ja­kieś dwa­dzie­ścia lat, kiedy prze­obra­zi się w do­ro­słe­go osob­ni­ka, już go tu nie bę­dzie. Za­cznie prze­mie­rzać pust­kę i żywić się ener­gią gwiazd, ale teraz… mamy ku­rew­skie­go pecha.

– Wy­pa­trzy nas? – za­py­tał z obawą Jork, który naraz stra­cił zapał do ob­ser­wa­cji i dałby wszyst­ko, by znów być we­wnątrz dusz­nych ko­ry­ta­rzy Uni­wer­sy­te­tu i prze­sia­dy­wać na nud­nych wy­kła­dach pro­fe­so­rów rów­nie sta­rych, co sama Stara Ys.

– Już wy­pa­trzył – od­parł ol­brzym, się­ga­jąc po topór. – Teraz oce­nia.

– Nie wal­czy­my – zde­cy­do­wał ka­pi­tan. – To mło­dzik, prze­mia­na jesz­cze się nie roz­po­czę­ła. Sta­wiam Ysara, że nawet nie zio­nie. Zna­czy że bez­war­to­ścio­wy, ani kro­pli esen­cji do wy­cią­gnię­cia. Rącz­ka, gdzie naj­bliż­sza kry­jów­ka?

Męż­czy­zna z me­cha­nicz­nym ra­mie­niem ob­ró­cił po­krę­tło, a gdy po­ja­wi­ły się pierw­sze wy­ła­do­wa­nia, się­gnął do oka i wy­cią­gnął je z oczo­do­łu, po czym rzu­cił w górę, nie zwa­ża­jąc na to, że smok może to za­uwa­żyć. Gdy spa­da­ło, zła­pał je w locie i umie­ścił w gło­wie.

– Roz­pa­dli­na ja­kieś trzy­sta me­trów na po­łu­dnio­wy wschód – oznaj­mił. – Mo­że­my się pod­kraść…

– Od­le­ciał – Jork wszedł mu w słowo. – Nie widać go.

Ka­pi­tan wstał ostroż­nie, nad­sta­wił uszu i wy­tę­żył wzrok, a wie­dzieć trze­ba, że dzię­ki krwi sta­rych rodów i po­dwój­nym źre­ni­com, nie miał w tym sobie rów­nych. Z tych sa­mych po­wo­dów nie­wie­lu po­tra­fi­ło pa­trzeć mu w oczy.

– Ucie­kać!

Nie wie­dzieć kiedy re­wol­we­ry po­ja­wi­ły się w jego dło­niach i już strze­lał, mie­rząc tuż nad po­zio­mem traw. Gdy wszy­scy, łącz­nie z Jor­kiem dźwi­ga­ją­cym ple­cak, pu­ści­li się bie­giem w kie­run­ku roz­pa­dli­ny, a smok le­cą­cy tak nisko, że pa­zu­ra­mi nie­mal mu­skał naj­wyż­sze źdźbła, był coraz bli­żej, męż­czy­zna za­prze­stał ostrza­łu i rzu­cił się do uciecz­ki.

Smok, pewny, że po­chwy­ci zdo­bycz, wy­cią­gnął tylne łapy i uda­ło­by mu się zła­pać re­wol­we­row­ca, gdyby nie świe­tli­sta kula, która ude­rzy­ła w jedno z jego skrzy­deł.

– Rącz­ka! Nie mar­nuj gra­na­tów! – krzyk­nął ka­pi­tan, choć dzię­ki temu uszedł z objęć śmier­ci.

Smok mu­siał po­now­nie wzbić się w po­wie­trze, wy­ko­nał becz­kę i już zni­żał lot, by spró­bo­wać po­now­nie. Ryk wście­kło­ści ni­czym grzmot roz­szedł się po rów­ni­nie, pło­sząc stada la­ta­ją­cych ryb.

– Już bli­sko! – za­wo­łał Rącz­ka, który oka­zał się być nader spraw­nym bie­ga­czem.

Tuż za nim była ka­płan­ka, dalej ka­pi­tan i ol­brzym z to­po­rem. Jork z ple­ca­kiem biegł na końcu, a dy­stans mię­dzy po­zo­sta­łą czwór­ką rósł z se­kun­dy na se­kun­dę. Wi­dział, jak Rącz­ka znika w roz­pa­dli­nie, za nim ka­płan­ka, a potem… coś szarp­nę­ło i Jork za­czął się wzno­sić.

Tru­pio­bla­dy, wal­cząc ze stra­chem, który spa­ra­li­żo­wał ciało, za­darł do góry głowę, by zo­ba­czyć dwa rzędy ogrom­nych zębów zbli­ża­ją­ce się do niego.

To był ko­niec.

Jork, sta­nąw­szy w ob­li­czu ry­chłej śmier­ci, nie mógł już nic zro­bić. Lu­dzie z dołu coś krzy­cze­li, ko­lej­na kula świa­tła ude­rzy­ła w smo­czy bok, zwie­rzę cof­nę­ło pasz­czę lecz nie pu­ści­ło zdo­by­czy, za­czę­ło wzbi­jać się wyżej i wyżej – a wszyst­ko w okrop­nie wol­nym tem­pie, jakby czas chciał roz­ko­szo­wać się chwi­lą kaźni przy­pad­ko­we­go tra­ga­rza, nie­do­szłe­go ab­sol­wen­ta Uni­wer­sy­te­tu, za­ka­ły jed­nej z naj­bar­dziej sza­no­wa­nych in­te­li­genc­kich ro­dzin ze Sta­rej Ys.

Za­wi­ro­wa­ło mu w gło­wie i po­ciem­nia­ło przed ocza­mi, objął go nagły przy­pływ nie­mo­cy, mię­śnie roz­luź­ni­ły się i po­czuł – choć jesz­cze sobie tego nie uświa­do­mił – że za­czął spa­dać.

Smok za­ry­czał po­now­nie i zmiaż­dżył w szczę­kach ple­cak, a Jork tym­cza­sem od­zy­skał przy­tom­ność umy­słu. Dość wcze­śnie, by zdać sobie spra­wę, że cze­ka­ło go zaraz spo­tka­nie z zie­mią.

Trawa zła­go­dzi­ła upa­dek i gdyby wie­rzył w opatrz­ność, wła­śnie jej by mógł dzię­ko­wać. Nie szczę­dząc chwi­li, po­pę­dził w kie­run­ku roz­pa­dli­ny i nie zwa­ża­jąc na to, co go czeka na dole, sko­czył, o włos wy­prze­dza­jąc smo­cze pa­zu­ry, które wbiły się w twardą zie­mię. Jork prze­tur­lał się, tro­chę po­obi­jał, roz­ciął przy tym po­li­czek i skręcił kost­kę, aż do­tarł na dno prze­pa­ści, gdzie ze­bra­li się po­zo­sta­li.

Ranny smok ude­rzył z im­pe­tem o zie­mię. Kła­pał py­skiem, wsu­wał w szcze­li­nę łapy, jed­nak ta oka­za­ła się zbyt głę­bo­ka, by do­się­gnął utra­co­nej zdo­by­czy i zbyt wąska, by mógł w nią wejść.

– Mamy szczę­ście, że jesz­cze nie zieje. Gdyby roz­po­czę­ła się prze­mia­na i w jego trze­wiach za­cho­dzi­ły ener­go­twór­cze re­ak­cje… – ode­zwał się Rącz­ka, zer­ka­jąc ku górze, a zaraz potem wy­krzy­wił twarz w gry­ma­sie bólu i ści­snął me­cha­nicz­ne ramię. – Je­ste­śmy bar­dzo bli­sko. I bez sprzę­tu mogę to stwier­dzić.

– Młody, wszyst­ko w po­rząd­ku? – spy­tał ka­pi­tan, a Jork kiw­nął głową, ma­su­jąc obo­la­łą kost­kę i nie pod­no­sząc wzro­ku, by nie pa­trzeć w nie­ludz­kie oczy re­wol­we­row­ca.

– Do­brze zro­bi­łeś. Ple­cak nie był do ura­to­wa­nia – dodał Rącz­ka. – Sprzęt od­pra­cu­jesz. – Klep­nął chło­pa­ka po ra­mie­niu, po przy­ja­ciel­sku, lecz tro­chę zbyt mocno. Jork jęk­nął. Sam nie wie­dział czy z bólu, czy na myśl o ko­lej­nej wy­pra­wie.

Ru­szy­li dnem roz­pa­dli­ny na po­łu­dnio­wy wschód i dalej w głąb ziemi, tam, gdzie pro­wa­dził ich szó­sty zmysł Rącz­ki, od­czu­wa­ją­ce­go ener­gię wy­pły­wa­ją­cą z bo­skich szcząt­ków jako ból pro­mie­niu­ją­cy od me­cha­nicz­nej koń­czy­ny.

Nie­kie­dy mu­sie­li prze­ci­skać się przez prze­wę­że­nia, innym razem ostroż­nie stą­pać nad prze­pa­ścią, kro­cząc w coraz więk­szej ciem­no­ści ogar­nia­ją­cej wnę­trze szcze­li­ny. Wą­skie pasmo z rzad­ka roz­sia­nych gwiazd nie da­wa­ło wiele świa­tła. Bliź­nia­cze księ­ży­ce skry­wa­ły się gdzieś za polem wi­dze­nia.

– La­tar­ki? – za­py­tał ka­pi­tan.

– Były w ple­ca­ku – od­po­wie­dział Rącz­ka ze zre­zy­gno­wa­ną miną. – Świe­ce też – dodał, a Jork dzię­ko­wał w duchu, że ciem­ność skry­wa­ła jego twarz.

– Co mamy?

– Gra­na­ty. Esen­cji na jeden – za­ra­por­to­wał Rącz­ka, spraw­dziw­szy za­war­tość po­jem­ni­ka na me­cha­nicz­nym przed­ra­mie­niu.

– Sta­je­my – ka­pi­tan wydał roz­kaz, po czym wbił spoj­rze­nie w Jorka, który czuł je na sobie nawet mimo pa­nu­ją­ce­go mroku. – Młody, bie­rzesz pierw­szą wartę.

 

 

*

 

Po­le­ce­nie było pro­ste. Od­cze­kać dwie go­dzi­ny i obu­dzić na­stęp­ne­go, a je­że­li w tym cza­sie sta­nie co­kol­wiek nie­po­ko­ją­ce­go – od razu obu­dzić wszyst­kich. Cze­kał więc, wal­cząc ze zmę­cze­niem ciała i umy­słu. Ob­ra­cał w pa­mię­ci wspo­mnie­nia wy­da­rzeń z mi­nio­ne­go dnia i pla­no­wał, jak je opi­sze – rzecz jasna uwy­pu­kla­jąc swoją rolę w wy­da­rze­niach – kiedy wróci już na Starą Ys.

Nic się nie dzia­ło.

Ka­płan­ka spała sama z dala od męż­czyzn, któ­rzy sku­pi­li się przy sobie, by za­cho­wać cie­pło. Ka­pi­tan obej­mo­wał Rącz­kę, Rącz­ka obej­mo­wał ka­pi­ta­na. Ol­brzym z Czer­wo­nej Ys przy­warł do niego ple­ca­mi, obej­mo­wał swój topór. Jork opar­ty o ścia­nę roz­pa­dli­ny wal­czył z cię­ża­rem po­wiek, które opa­da­ły coraz czę­ściej i coraz moc­niej opie­ra­ły się jego woli.

Nic się nie dzia­ło.

Ka­pi­tan obej­mo­wał Rącz­kę, Rącz­ka obej­mo­wał Ka­pi­ta­na. Ol­brzym z Czer­wo­nej Ys przy­warł do niego ple­ca­mi, obej­mo­wał swój topór. Ka­płan­ka… Ka­płan­ka… Co z nią? Jork bez skut­ku pró­bo­wał wy­pa­trzeć jej syl­wet­kę w ciem­no­ści.

– Nie ma jej – szep­nął do sie­bie, za­my­ka­jąc oczy.

Gdy tylko zro­zu­miał zna­cze­nie swo­ich słów, ze­rwał się z miej­sca.

Za­sta­na­wiał się, czy obu­dzić ka­pi­ta­na, ale nogi same po­nio­sły go dalej w głąb roz­pa­dli­ny, nim uznał, że to cał­kiem zły po­mysł. Na­tra­fił na roz­wi­dle­nie i wy­brał drogę, sam nie wie­dząc, czym wła­ści­wie się kie­ro­wał. Czuł się jak we śnie, wy­ty­cza­jąc trasę na ślepo – o dziw­o ani razu nie po­tknął się ani nie prze­wró­cił. Stą­pał lekko, bez­dź­więcz­nie, a cza­sem miał wra­że­nie, że nie idzie, tylko unosi się nad zie­mią ni­czym duch.

Czyż­by znowu… nie do­koń­czył myśli, bo tunel skoń­czył się i Jork tra­fił do prze­past­nej ja­ski­ni, wy­peł­nio­nej bla­skiem księ­ży­ców wpa­da­ją­cym przez pęk­nię­cie w skle­pie­niu. Srebr­ne świa­tło od­bi­ja­ło się od tafli ogrom­ne­go je­zio­ra, któ­re­go drugi kra­niec nik­nął w ciem­no­ści.

Kilka kro­ków od brze­gu stała ka­płan­ka. Była kom­plet­nie naga. W jed­nym ręku trzy­ma­ła ka­mien­ny nóż, w dru­giej frag­ment czasz­ki. Szep­ta­ła w ję­zy­ku, któ­re­go Jork nie znał, ale z ja­kie­goś po­wo­du nie prze­szka­dza­ło mu to w zro­zu­mie­niu każ­de­go słowa.

– Stara matko, dobra matko, usłysz me bła­ga­nie. Silna matko, miła matko, ucisz serca łka­nie. – Dźwię­ki ukła­da­ły się w pro­stą me­lo­dię, tak starą, że wręcz pier­wot­ną, bu­dzą­cą w nie­świa­do­mo­ści uśpio­ne in­stynk­ty, odzie­dzi­czo­ne po da­le­kich przod­kach, któ­rzy pio­ru­nom bili po­kło­ny i kła­dli się w bło­cie, by być bli­żej Matki Ziemi.

– Stara matko, dobra matko, wsłu­chaj się w wo­ła­nie. Sroga matko, mrocz­na matko… dzie­cię w prze­bła­ga­nie! – Ka­płan­ka wbiła nóż we wła­sne ciało i jed­nym moc­nym ru­chem roz­pru­ła pod­brzu­sze. Krew wy­la­ła się stru­mie­niem, ob­my­ła nogi i złą­czy­ła z wo­da­mi je­zio­ra. Ko­bie­ta za­nu­rzy­ła dło­nie w swo­ich trze­wiach i po kilku chwi­lach wy­cią­gnę­ła z nich dziec­ko. Za­pła­ka­ło, kiedy uło­ży­ła je w czasz­ce. Mimo upły­wu krwi, ka­płan­ka pew­nie stała na no­gach.

– Stara matko, dobra matko, przyjdź na me we­zwa­nie! – Pod­nio­sła nóż, by zadać ko­lej­ny cios.

 

 

*

 

 

Jork zbu­dził się z krzy­kiem, ale zimna stal za­sło­ni­ła mu usta i stłu­mi­ła dźwięk. To Rącz­ka przy­kła­dał mu me­cha­nicz­ną dłoń do twa­rzy.

– Cicho! Bo się zo­rien­tu­je – wy­po­wie­dział, pa­trząc z bli­ska w oczy tra­ga­rza, po czym zwol­nił uścisk i pod­niósł rękę.

Jork za­mru­gał. Do­pie­ro teraz za­uwa­żył plamę żół­te­go świa­tła na ścia­nie roz­pa­dli­ny. To ka­pi­tan trzy­mał la­tar­kę. Obok niego stal pół­krwi Ysa­nin, oby­dwaj go­to­wi do drogi.

– Co się… O co… Dla­cze­go… – Jork pró­bo­wał sfor­mu­ło­wać ja­kieś sen­sow­ne py­ta­nie, ale nic, kom­plet­nie nic, nie skła­da­ło mu się w lo­gicz­ną ca­łość.

– Wi­dzia­łeś ją? – spy­tał ka­pi­tan. – We śnie. Czy wi­dzia­łeś, gdzie po­szła?

– Tak. Skąd pan…

– My­ślisz, że przy­pad­kiem spo­tka­li­śmy się w tam­tej karcz­mie? Że z do­bro­ci serca po­sta­wi­łem ko­lej­kę go­ło­wą­so­wi bez gro­sza? Przed każdą po­tycz­ką trze­ba być do­brze przy­go­to­wa­nym.

– Pan wie! – Olśnie­nie przy­szło nagle. – Pan wie, dla­cze­go wy­rzu­ci­li mnie z Uni­wer­sy­te­tu.

– Wy­ko­rzy­sty­wa­nie po­dró­ży astral­nych, by po­znać py­ta­nia przed eg­za­mi­na­mi – wy­re­cy­to­wał ka­pi­tan. – Plot­ki roz­cho­dzą się szyb­ko. To jak, wi­dzia­łeś?

Jork kiw­nął głową.

– Więc pro­wadź – po­le­cił ka­pi­tan, a Rącz­ka po­cią­gnął Jorka za rękę, zmu­sza­jąc do tego, by wstał i po­now­nie ru­szył drogą ku ja­ski­ni. Tym razem nie szło tak łatwo. Skały były ostre i śli­skie od wil­go­ci.

– Mu­si­cie wie­dzieć, co ona tam robi! Wy­da­je mi się, że…

– Przy­zy­wa bo­gi­nię, wiemy o tym – do­koń­czył za niego ka­pi­tan. – Nie tylko cie­bie spraw­dzi­li­śmy. Zbyt długo pra­cu­ję w tym biz­ne­sie, by tak hojna ofer­ta z za­strze­że­niem, że trze­ba za­brać ze sobą pa­sa­że­ra, nie wzbu­dzi­ła moich wąt­pli­wo­ści. Lu­dzie cią­gle grze­bią w sta­rych lub cał­kiem świe­żych pro­roc­twach, an­tycz­nych ma­pach pust­ki, bi­tew­nych kro­ni­kach i po­wta­rza­nych z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie baj­kach, ale zwy­kle wy­sy­ła­ją nas nie wia­do­mo gdzie, byśmy wal­czy­li z nie wia­do­mo czym i przy­wieź­li im tą czy ową re­li­kwię. Jak do­brze płacą, to nawet im ją sprze­da­je­my. Jak nie, to za­wsze można li­czyć na eks­trak­to­rów. Ale nigdy nikt nie chce z wła­snej woli wpa­ko­wać się w wie­lo­mie­sięcz­ną że­glu­gę przez pust­kę, aż po same Ru­bie­że, a potem jesz­cze zma­gać się z bo­go­wie wie­dzą czym na jed­nej z dzi­kich pla­net. Od razu wie­dzia­łem, że ka­płan­ka bę­dzie pró­bo­wa­ła nas wy­ro­lo­wać.

– I po­sta­no­wi­li­śmy, że to my wy­ro­lu­je­my ją – dodał Rącz­ka, a ol­brzym z to­po­rem uśmiech­nął się i sap­nął.

– Ona po­świę­ci­ła wła­sne dziec­ko. Roz­cię­ła brzuch i…

– Była w ciąży? – ka­pi­tan tylko wzru­szył ra­mio­na­mi. – Po tych ze sta­rych rodów trud­no po­znać.

– To pa­su­je do bogów – wtrą­cił Rącz­ka. – Niby każdy inny, a jak przy­cho­dzi co do czego, to wszy­scy oka­zu­ją się być sa­dy­sta­mi z upodo­ba­niem do krwi nie­mow­ląt, pier­wo­rod­nych synów albo nie­ska­la­nych dzie­wic.

Gdy byli już bli­sko, Jork dał znak, by zga­sić la­tar­kę, więc ostat­nią część drogi po­ko­na­li w mroku, ostroż­nie sta­wia­jąc każdy krok, by nie zdra­dzić swo­jej obec­no­ści.

Chło­pak miał w gło­wie wiele pytań, z któ­rych naj­waż­niej­szym było: co u licha pla­nu­je zro­bić ka­pi­tan, kiedy sta­nie przed in­kar­na­cją jed­nej z pra­daw­nych istot, po­spo­li­cie na­zy­wa­nych bo­ga­mi?

Jork nie wie­rzył w całą re­li­gij­no-mi­stycz­ną otocz­kę, jed­nak nie był igno­ran­tem i zda­wał sobie spra­wę, że tak zwani bo­go­wie są ist­ny­mi zbior­ni­ka­mi ko­smicz­nej ener­gii. Uni­wer­sy­tet po­sia­dał całą ka­te­drę zaj­mu­ją­cą się ba­da­nia­mi nad tym, jak przod­ko­wie bogów zdo­ła­li wy­ewo­lu­ować do na poły nie­ma­te­rial­nych bytów, mo­gą­cych prze­żyć bez ciała i po­tra­fią­cych ko­rzy­stać z ener­gii bez ja­kich­kol­wiek urzą­dzeń. Na tę chwi­lę ba­da­nia nie przy­nio­sły sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cych od­po­wie­dzi – a przy­naj­mniej nie było ich w mo­men­cie, kiedy Jorka wy­rzu­ca­no za uczel­nia­ne mury.

– To tutaj – oznaj­mił, gdy sta­nę­li u wej­ścia do ja­ski­ni.

– Ni­ko­go tu nie ma – za­uwa­żył Rącz­ka z po­wąt­pie­wa­niem. – Po­my­li­łeś drogę, ta­kich ja­skiń może być tu mnó­stwo.

– Nie, to tutaj, na pewno.

– Może to nie była żadna wizja. Wie­dzia­łem, że le­piej było po­słać za nią oko.

– Nie wy­star­czy­ło­by ci esen­cji – uciął temat ka­pi­tan. – I ka­płan­ka mo­gła­by coś za­uwa­żyć.

Coś wzbu­rzy­ło gład­ką do­tych­czas taflę je­zio­ra. Ruch pod wodą, bli­sko po­wierzch­ni. Umil­kli, za­pa­trze­ni w owal­ny, ciem­ny obiekt wy­nu­rza­ją­cy się z toni. Zbli­żał się do nich i po chwi­li było już jasne, że to czu­bek głowy ka­płan­ki. Wkrót­ce uka­za­ła się twarz, barki, pier­si, brzuch, który szpe­ci­ła pa­skud­na bli­zna.

– Wi­taj­cie, grzesz­ni – prze­mó­wi­ła ko­bie­ta wy­cho­dząc na brzeg, a jej głos brzmiał ina­czej niż do­tych­czas. – Ukorz­cie się i złóż­cie mi po­kłon, a może zmażę z was pięt­no i przyj­mę na swe łono jako moje sługi.

– O szla­chet­na bo­gi­ni – od­parł ka­pi­tan, po­nie­waż za­wsze wie­dział co po­wie­dzieć, co sta­no­wi­ło jeden z kilku po­wo­dów, że to wła­śnie on był ka­pi­ta­nem. – Nie w na­szym za­mia­rze po­zo­sta­wa­ło bu­rzyć twój spo­kój. Za­wę­dro­wa­li­śmy tu, nie wie­dząc, kogo spo­tka­my, zmar­twie­ni na­głym znik­nię­ciem ko­bie­ty, któ­rej ciało…

– Wy­star­czy! – prze­rwa­ła mu bo­gi­ni. – Po­wtó­rzę pro­po­zy­cję. Zre­zy­gnuj­cie ze swo­jej mę­sko­ści i ca­łe­go zła, jakie nie­sie ze sobą, przyj­mij­cie za­szczyt słu­że­nia mi jako świta bło­go­sła­wio­nych eu­nu­chów, a prze­ży­je­cie.

– Wy­bacz nam o… – roz­po­czął ka­pi­tan, gra­jąc na czas. Jork, sto­jąc z tyłu, wi­dział jak me­cha­nicz­ne ramię Rącz­ki wę­dru­je za plecy, jak ob­ra­ca w pal­cach gra­nat i z wolna, by nie zdra­dzić się na­głym roz­bły­skiem świa­tła, na­peł­nia go ener­gią.

– Ależ tu nie ma nic do wy­ba­cze­nia. – Tym razem mó­wi­ła cie­pło i do­bro­tli­wie, a każdy z nich mógł­by przy­siąc, że uj­rzał w niej ob­li­cze swej matki. – Ostat­ni raz dam wam szan­sę przy­jąć moją łaskę. Wy­zbądź­cie się ze­psu­tej mę­sko­ści i wróć­cie na łono Bo­gi­ni Matki, a do­ży­je­cie swo­ich dni w spo­ko­ju i szczę­ściu. Uj­rzy­cie jak na świat przy­cho­dzi mój syn, który da po­czą­tek no­we­mu ro­dza­jo­wi mę­skie­mu i wraz z moimi słu­żeb­ni­ca­mi za­lud­ni świa­ty. Albo od­mów­cie i zgiń­cie.

– Teraz! – Wy­krzyk­nął ka­pi­tan i wy­do­był broń ru­chem tak szyb­kim, że Jork nie był w sta­nie tego do­strzec. Para re­wol­we­rów wy­plu­wa­ła po­cisk za po­ci­skiem. Ol­brzym zdjął z ple­ców topór i pę­dził w stro­nę opę­ta­nej przez bo­gi­nię ka­płan­ki. Rącz­ka był już gotów do rzutu, kiedy wszyst­ko się spie­przy­ło.

Nie­wi­dzial­na siła po­de­rwa­ła męż­czyzn w po­wie­trze i ci­snę­ła nimi o ścia­ny ja­ski­ni z takim im­pe­tem, że część sta­laktytów ode­rwa­ła się od skle­pie­nia i z plu­skiem wpa­dła do wody. Choć ka­pi­tan nigdy nie chy­biał, żaden po­cisk nie do­biegł celu. Za­koń­czy­ły lot kilka stóp przed cia­łem ka­płan­ki.

Bo­gi­ni wy­buch­nę­ła śmie­chem.

– Wy? Wy chce­cie zabić mnie? Choć wy­szli­ście z lę­dź­wi moich córek, nie na­le­ży się wam li­tość! Nie, warci je­ste­ście je­dy­nie śmier­ci. Widzę wasze czar­ne dusze, widzę każdy po­je­dyn­czy grzech. Wszy­scy lu­bu­je­cie się w za­bi­ja­niu, a kie­ru­je wami chci­wość. Wszy­scy… – Bo­gi­ni zmru­ży­ła oczy i Jork mógł­by po­sta­wić swą duszę na to, że przy­pa­try­wa­ła się jego my­ślom. – Wszy­scy, poza tobą. – Ta sama siła, która wcze­śniej przy­gwoź­dzi­ła Jorka do ścia­ny, nio­sła go teraz w kie­run­ku Famni. – Ty je­steś go­dzien przy­jąć bło­go­sła­wień­stwo. Po­dejdź do brze­gu i za­nurz się w wo­dzie, ona cię oczy­ści.

Cie­pły, pełen tro­ski, mat­czy­ny ton roz­le­wał się po umy­śle i otu­ma­niał. Nim Jork spo­strzegł, co się dzie­je, woda ob­my­wa­ła mu kost­ki, a on ścią­gał brud­ną od ziemi, kurzu i potu ko­szu­lę. Bo­gi­ni zło­ży­ła rękę na jego ra­mie­niu i za­chę­ca­ła go swoim sy­re­nim, me­lo­dyj­nym gło­sem.

Stał w wo­dzie, kar­mi­no­we fale ob­my­wa­ły mu łydki, ści­skał w dło­niach zdję­tą ko­szu­lę, a jego ciało dzia­ła­ło samo.

– Nim wej­dziesz w świę­te wody, wy­znaj grze­chy matce. Nie wie­rzy­łeś w bogów, tak? Nie szko­dzi. Bo­go­wie męż­czyzn nie są warci nawet odro­bi­ny wiary.

– Jeśli cho­dzi o ści­słość…

– Tak? Mów, mój drogi.

– To nie tak, że ne­gu­ję waszą obec­ność samą w sobie, to byłby ab­surd. Jed­nak nie wie­rzę… co do za­ło­że­nia…

– Mów, mów, matka ci po­zwa­la.

– …w samą ideę… w samą kon­cep­cję bo­sko­ści. – Na­brał po­wie­trza, wy­pu­ścił je z wolna. Słowo po sło­wie na­bie­rał pew­no­ści, wra­ca­ła czy­stość myśli i wolna wola. – Je­ste­ście szcze­gól­ne­go ro­dza­ju isto­ta­mi, po­sia­da­cie pewne fi­zy­kal­ne wła­ści­wo­ści, któ­rych nauka jesz­cze do końca nie roz­szy­fro­wa­ła, ale czy to czyni z was wy­kład­nię mo­ral­no­ści i daje prawo do de­cy­do­wa­nia o ludz­kim losie? Czy po­wo­du­je, że je­ste­śmy winni temu, albo in­ne­mu z was ab­so­lut­ne po­słu­szeń­stwo? Czy nie po­win­ni­śmy sami de­cy­do­wać o…

Bo­gi­ni słu­cha­ła, acz­kol­wiek już bez przy­jem­no­ści. Wody je­zio­ra za­bul­go­ta­ły.

– Od­waż­ne słowa wobec stwo­rzy­ciel­ki.

– Jeśli mam dalej mówić, to… Wielu bogów de­kla­ru­je po­dob­ne za­słu­gi wzglę­dem ludz­ko­ści. Są też tacy, któ­rzy uwa­ża­ją się za je­dy­nych i ab­so­lut­nych wład­ców wszech­rze­czy.

Aka­de­mic­ka na­tu­ra do­szła do głosu i Jork za­po­mniał już o stra­chu, bo teraz li­czy­ło się tylko przed­sta­wie­nie swo­ich racji. Je­że­li było coś, co sta­no­wi­ło od­skocz­nię od nudy Uni­wer­sy­te­tu, to wła­śnie kłót­nie pod płasz­czy­kiem kul­tu­ral­nych dys­ku­sji, które można było to­czyć go­dzi­na­mi.

– Skoro może być kilku rów­nie praw­dzi­wych panów tego sa­me­go – kon­ty­nu­ował – to ozna­cza, że ich bo­skość nie ist­nie­je sama z sie­bie, ale jest wa­run­ko­wa­na przez wiarę wy­znaw­ców. Nie bez po­wo­du bo­go­wie ob­ja­wia­ją się za­wsze w to­wa­rzy­stwie swo­ich wier­nych i…

– Dość! – syk­nę­ła bo­gi­ni, a woda w je­zio­rze za­wrza­ła.

Huk wy­strza­łu wy­peł­nił grotę, za­głu­sza­jąc ostat­nie słowa.

Ogni­sty po­cisk, ostat­ni z ma­ga­zyn­ku, tra­fił pro­sto w po­ty­li­cę prze­ję­te­go przez Famni ciała, tył głowy eks­plo­do­wał, roz­rzu­ca­jąc wo­ko­ło strzęp­ki czasz­ki i frag­men­ty mózgu. Nogi bo­gi­ni ugię­ły się w ko­la­nach, ale zaraz od­zy­ska­ła rów­no­wa­gę i wście­kła od­wró­ci­ła twarz w stro­nę ka­pi­ta­na.

W tym samym mo­men­cie gra­nat tra­fił ją mię­dzy oczy i ja­ski­nia wy­peł­ni­ła się świa­tłem. Gdy Jork od­zy­skał wzrok, uj­rzał Famni – całą, jakby przed chwi­lą nie za­da­no jej rany – uno­szą­cą dło­nie. Na prze­ciw­le­głym końcu ja­ski­ni dwóch męż­czyzn zwi­ja­ło się w kon­wul­sjach.

– Co że­ście my­śle­li?! Że zdo­ła­cie coś zdzia­łać w chwi­lę mej nie­uwa­gi? Jam jest…

Famni nie dane było do­koń­czyć zda­nia. Czar­ne ostrze świ­snę­ło w po­wie­trzu, głowa od­dzie­li­ła się od ciała nie­gdyś na­le­żą­ce­go do ka­płan­ki i po­to­czy­ła się do je­zio­ra.

Jork, za­la­ny stru­mie­niem po­so­ki, wpa­try­wał się nic nie ro­zu­mie­ją­cy­mi ocza­mi w ol­brzy­mie­go pół­krwi Ysa­ni­na, który po raz ko­lej­ny po­ja­wił się nie wia­do­mo skąd.

– Mała gra­wi­ta­cja – po­wie­dział, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Można ska­kać wy­so­ko i łatwo się wspi­nać – dodał, po czym bez­ce­re­mo­nial­nie wy­tarł ostrze uko­cha­ne­go to­po­ra o po­ślad­ki mar­twej ko­bie­ty.

Wtedy Jork uprzy­tom­nił sobie, gdzie wi­dział taką broń i sły­szał nazwę Far­r­ten’ah. Trzy lata temu, dusz­na sala w piw­ni­cach Uni­wer­sy­te­tu, za­ję­cia z ar­che­olo­gii bli­skich świa­tów, pulch­ny sta­ru­szek pre­zen­tu­ją­cy ma­lo­wi­dła z czasu Zmierz­chu Bogów. Po­sęp­ne twa­rze i czar­ne pan­ce­rze.

Far­r­ten’ah to nie była nazwa ludu ani rasy. Tym sło­wem w sta­roy­sań­skim okre­śla­no bo­go­bój­ców.

 

 

*

 

 

Ysa­nie znali trzy ro­dza­je istot po­tra­fią­cych wy­ko­rzy­sty­wać ko­smicz­ną ener­gię. Pierw­szy to wiel­kie i po­tęż­ne smoki, które z sobie zna­nych po­bu­dek stro­ni­ły od cy­wi­li­zo­wa­nych świa­tów. Drugi – bo­go­wie. Z wia­do­mych wzglę­dów trud­no było się z nimi do­ga­dać. Na szczę­ście były też cho­chli­ki.

Wy­glą­da­ły jak ma­leń­kie słoń­ca nie więk­sze od dłoni, ale ka­pi­tan cenił je by­naj­mniej nie za ich fi­zjo­no­mię. Trud­no było je spo­tkać, a jesz­cze trud­niej zła­pać, jed­nak wy­siłek się opła­cał – cho­chli­ki roz­kła­da­ły szcząt­ki bogów i smo­ków, wy­dzie­la­jąc przy tym na­tu­ral­ną, nie­opo­dat­ko­wa­ną przez eks­trak­to­rów, esen­cję.

Były też nie­zgor­szym źró­dłem świa­tła, skon­sta­to­wał Jork, pa­trząc na małą świe­tli­stą sferę krą­żą­cą tuż nad sto­łem, na któ­rym stała be­czuł­ka bim­bru i czte­ry szkla­ni­ce.

Gdy już za­pa­ko­wa­li do ła­dow­ni na­pro­mie­nio­wa­ne boską mocą ciało ka­płan­ki i opu­ści­li or­bi­tę pla­ne­ty, ob­raw­szy kurs na Do­mi­nium Ys, ka­pi­tan uznał, że przy­szedł czas świętować. 

– Na Zło­tej Ys płacą dzie­sięć ysa­rów od grama bo­skich kości. Rącz­ka, jak są­dzisz, ile dadzą za ca­łe­go? – za­gad­nął, po­le­wa­jąc każ­de­mu dużą por­cję trun­ku.

– Ob­ło­wi­my się, ka­pi­ta­nie. Jesz­cze nam się nie tra­fił taki łup. Wszyst­ko dzię­ki na­sze­mu tra­ga­rzo­wi! – Rącz­ka wzniósł szkla­ni­cę i klep­nął Jorka w ramię. Ko­lej­ny raz zbyt mocno. – Zdro­wie! – za­krzyk­nął, a inni od­po­wie­dzie­li. Nawet za­zwy­czaj po­wścią­gli­wy w oka­zy­wa­niu emo­cji bo­go­bój­ca.

– Pod­szko­li­my cię tro­chę i będą z cie­bie kor­sa­rze – dodał Rącz­ka.

Jork nic nie mówił, wpa­try­wał się w al­ko­hol, któ­re­go po­wierzch­nia przy­po­mi­na­ła taflę je­zio­ra. Nie pod­no­sił wzro­ku, bo czuł, że nie­ludz­kie oczy o po­dwój­nych źre­ni­cach sku­pi­ły się wła­śnie na nim.

– Ja… Chyba wrócę na Uni­wer­sy­tet. Może mnie przyj­mą, za swoją część opła­cę cze­sne.

Za­pa­dła cisza. Na wpół opóź­nio­ne szkla­ni­ce ude­rzy­ły o blat, nie pod­no­sząc się z po­wro­tem do ust. Ka­pi­tan wstał, spoj­rzał przez bulaj na pust­kę ko­smo­su.

– Niech i tak bę­dzie – od­po­wie­dział wresz­cie. – Ale mam prze­czu­cie, że opatrz­ność jesz­cze skrzy­żu­je nasze losy.

– Wiesz, ka­pi­ta­nie, że nie wie­rzę w takie rze­czy jak opatrz­ność. 

Ka­pi­tan wziął do ręki szkla­ni­cę, opróż­nił ją i uśmiech­nął się nie­znacz­nie. 

– Nie szko­dzi – od­parł, po raz wtóry wy­peł­nia­jąc na­czy­nie al­ko­ho­lem. – Ważne, że ona w cie­bie wie­rzy.

Koniec

Komentarze

Bardzo fajne opowiadanie. Super światy!

Cieszę się, że opatrzność ma plany wobec bohaterów.

 

Znalazłam błąd.

Na pewno nie wymarzył sobie marszu przez dżunglę, watah komarów i gorącego powietrza tak gęstego od wilgoci, że można ubrania lepiły się do ciała.

 

Można do wywalenia.

 

Poza tym w tym miejscu, można by pozbyć się imienia, bo nie ma wątpliwości o kogo chodzi.

Jorkowi zawirowało w głowie i pociemniało przed oczami, objął go nagły przypływ niemocy, mięśnie rozluźniły się i poczuł – choć jeszcze sobie tego nie uświadomił – że zaczął spadać.

 

Ambushu, dzięki za komentarz, cieszy mnie twoja opinia, bo przygodowe fantazy to zdecydowanie nie jest coś, w czym czuję się najpewniej. 

Uwagi wprowadzone. :) 

Cześć :)

 

Na wstępnie kilka rzeczy, które rzuciły mi się w oczy.

Większość z nich to raczej pytania :P Przede mną wiele nauki, więc wiesz… Liczę, że dzięki Twoim odpowiedziom wiele się nauczę :)

Bierz grube poprawki ;)

 

Teraz mógłby powiedzieć, że marzenia się spełniają.

Jednak nie zawsze tak, jak byśmy tego chcieli.

Najpierw piszesz o nim, a później o wszystkich.

Czy w tym przypadku nie brzmiałoby lepiej:

 

Teraz mógłby powiedzieć, że marzenia się spełniają.

Jednak nie zawsze tak, jak by tego chciał.

 

Na pewno nie wymarzył sobie marszu przez dżunglę, watah komarów i gorącego powietrza tak gęstego od wilgoci, że ubrania lepiły się do ciała.

Czy to zdanie nie sugeruje: marszu przez dżunglę i “przez watah komarów” i “przez gorącego powietrza”?

Jakoś tak je najpierw odebrałem.

 

Ostatni członek wyprawy, wielki niczym olbrzym półkrwi Ysanin z Czerwonej Ys, siedział w cieniu głazu opodal Jorka i ostrzył równie olbrzymi topór.

Może:

Ostatni członek wyprawy, ogromny niczym olbrzym półkrwi Ysanin z Czerwonej Ys, siedział w cieniu głazu opodal Jorka i ostrzył równie wielki topór.

 

Mężczyzna o stalowym ramieniu…

Haaa, od razu przypomniał mi się “Ściągany” :D

https://zobacz-film.pl/wp-content/uploads/2019/03/sciagany_1998_leslie_nielsen_5.jpg

Leslie – i jego okrzyk (Uwaga! On ma nogę!) :D

Albo ewentualnie Shaolin Soccer :)

 

Walki :D To lubię :D

 

Drapieżniki podobne do orek, ale smuklejsze, poruszające się na czterech chudych, patykowatych, wilczych nogach z nadzwyczajną lekkością, którą po części zawdzięczały niskiej grawitacji.

Patykowatych, więc może “chudych” jest zbędne? Ewentualnie po “patykowatych dodać “wręcz” aby wzmocnić “chudych”?

 

Ale nie zawsze pierwszy rzut oka wystarcza, by należycie rozeznać się w sytuacji, o czym Jork wiedział doskonale, wszak trzy razy oblał egzamin z logiki.

Dobre :) W sensie – mądre.

 

Nim bestia zakończyła lot, którego zwieńczeniem miało być odgryzienie kapitańskiej głowy, osiem pocisków utkwiło w głowie zwierzęcia.

Może drugą głowę zamienić na “łeb”? Ewentualnie wyrzuć wcześniejsze wtrącenie.

 

Drapieżnik skoczył, rozdziawił paszczę pełną zębów wielkich i ostrych jak sztylety, wyciągnął ku nim przednią parę pazurzastych łapsk, kiedy monstrualne ostrze spadło prosto na jego grzbiet i rozrąbało kręgosłup.

Zwierzę z toporem wbitym tuż za czaszką padło na trawę opodal Jorka. Chłopak spojrzał na topornika, który wyszarpnął oręż z ciała potwora i zaczął z pieczołowitością czyścić ostrze z juchy.

Skoczył, rozdziawił, wyciągnął. Może:

“skoczył z rozdziawioną paszczą, pełną wielkich…”

Pisze też, że wyciągnął ku NIM, choć wcześniej pisałeś o Jorku (podniósł kuszę). Nie powinno być “ku niemu”?

Wydaje mi się także, że przekreślone “przednią” i “Zwierzę…” niewiele wnosi.

 

Uprzytomniwszy sobie, że zagrożenie już minęło, Jork przykucnął i z zainteresowaniem, a nawet odrobiną ekscytacji, zaczął studiować anatomię martwej istoty.

Jak często Jork bywał świadkiem / uczestnikiem takich starć? Najpierw (gdy pobladł na początku) odniosłem wrażenie, że to pierwszy raz. Po walce zachowuje się jednak jak weteran. Nawet mu serce nie przyspieszyło, adrenalina nie podarowała drżenia nóg, nie wzięło go na wymioty, itd. ;)

Podsumowując to starcie – było całkiem niezłe. Może zbyt po kolei wszystko się działo, ale – wybroniłeś się tym, że ostatni zwierzak był już trupem (czyli jednak coś się działo jednocześnie).

 

 

– Radar wskazuje, że jesteśmy niedaleko. Odczyty fal są wyraźne, zresztą nie potrzeba mi do tego radaru, czuję w tej kupie złomu

Niezły mix :) Rewolwery, topory, szpiczaste uszy, stalowe protezy kończyn i radary :) I galera na orbicie :D

Podoba mi się :)

 

Srające ławice latających ryb, które krążyły nad głowami.

Jestem przekonany, że tym przypadku Twoją muzą były po prostu gołębie :D

 

Nic dziwnego, że gdy dżungla się skończyła się, ustępując pola ciągnącym się po horyzont połaciom wysokiej, mięsistej trawy, kapłanka złożyła dłonie i skierowała dziękczynną modlitwę do swojej bogini.

Czyżby znowu… nie dokończył myśli, bo tunel się skończył się i Jork trafił do przepastnej jaskini

Ktoś mi kiedyś rzekł, żeby nie zostawiać “się” na końcach zdań / zwrotów zawsze, gdy to możliwe. Przyznaję, że nie do końca jeszcze poznałem / zrozumiałem tę zasadę. Czy w tych przypadkach taka zmiana byłaby ok?

 

– Jakby o tym pomyśleć – podjął temat Jork – akhlut, nie wyglądały na przystosowane do życia w gęstym lesie.

Hm. Jak z odmianą akhlut? Jak brzmi mianownik liczby pojedynczej? To w ogóle “odmienialny” wyraz?

 

– Odleciał – Jork wszedł mu w słowo. – Nie widać go.

Czy po “Odleciał” nie powinno być kropki? Wejść komuś w słowo = przerwać komuś. To chyba nie jest czynność gębowa?

 

Nie szczędząc chwili, popędził w kierunku rozpadliny i nie zważając na to, co go czeka na dole, skoczył, o włos wyprzedzając smocze pazury, które wbiły się w twarda ziemię.

Ogonek się zjadł :)

 

Kapłanka spała sama z dala od mężczyzn, którzy skupili się przy sobie, by zachować ciepło.

Brawa za realizm. Ja takie wzmianki bardzo cenię.

 

Czul się jak we śnie, wytyczając trasę na ślepo – o dziwno ani razu nie potknął się ani nie przewrócił

Kropka się zjadła :) Oraz “ł”.

 

Scena z kapłanką nad jeziorem, którą podglądał Jork – mega. Nadało to Twojemu opowiadaniu – do tej pory raczej żartobliwemu, mimo walk, mimo smoka – powagi, mroku i ciężaru. W tym miejscu moje wkręcenie przestało być pobieżne, a osiągnęło zenit.

 

– Cicho! Bo się zorientuje – wypowiedział, patrząc z bliska w oczy tragarza, powoli zwolnił uścisk i podniósł rękę.

Czy w takich przypadkach nie jest ładniej, gdy to “powoli zwolnił…” zaczyna się jako nowe zdanie – lub zamiast przecinka pojawia się spójnik – np. “i”?

 

– Witajcie, grzeszni. – Przemówiła kobieta wychodząc na brzeg, a jej głos brzmiał inaczej niż dotychczas.

A tu chyba mogłaby być mała litera i bez kropki po “grzeszni”.

 

– O szlachetna bogini – odparł kapitan, ponieważ on jeden zawsze wiedział co powiedzieć, co stanowiło jeden z kilku powodów, że to właśnie on był kapitanem.

Powtórzenia.

 

Rączka był już gotów do rzutu, kiedy wszystko nagle się spieprzyło.

Cała ta akcja jest szybka / nagła / dynamiczna, więc być może jest to zbędne?

 

Niewidzialna siła poderwała mężczyzn w powietrze i cisnęła nimi o ściany jaskini z takim impetem, że część stalagmitów oderwała się od sklepienia i z pluskiem wpadła do wody.

Stalagmity to są te nacieki na dnach jaskiń. Na sklepieniach masz stalaktyty.

 

Choć wyszliście z lędźwi moich córek, ale nie należy się wam litość!

To ale tyci kłóci mi się z początkowym “Choć”.

 

Trudno było je spotkać, a jeszcze trudniej złapać, jednak wysyłek się opłacał – chochliki rozkładały szczątki bogów i smoków, wydzielając przy tym naturalną, nieopodatkowaną przez ekstraktorów, esencję.

 

Literówka.

 

Bardzo udane opowiadanie.

Przemyciłeś wieloświaty, wrzuciłeś zajawkę, zbudowałeś historię, mitologię.

Dałeś nam ciekawe postaci, trochę humoru i nieco mroku.

Znalazły się nawet walki – jak dla mnie (a jestem tu mega wybredny) niczego sobie :)

 

To ma mega możliwości i – jak dla mnie – z wielką chęcią przeczytałbym cykl lub nawet coś większego. Całkiem w moim guście :)

Klik i powodzenia w konkursie :)

 

 

Najpierw piszesz o nim, a później o wszystkich.

Czy w tym przypadku nie brzmiałoby lepiej:

Jork stosuje tutaj myślenie indukcyjne i na podstawie doświadczeń formuje ogólne wnioski. 

Myślę, że zdecydowanie obecna forma ma lepszy wydźwięk. 

 

Czy to zdanie nie sugeruje: marszu przez dżunglę i “przez watah komarów” i “przez gorącego powietrza”?

Jakoś tak je najpierw odebrałem

Hmm… Nie wymarzył sobie (czego?): a) marszu przez dżunglę, b) watah komarów, c) gorącego… 

Forma watah w dopełniaczu sugeruje, że jest to uzupełnienie informacji, czego sobie nie wymarzył. 

Gdyby było "watahy komarów" (marszu przez (co?)) to by było tak, jak mowisz. 

 

Ktoś mi kiedyś rzekł, żeby nie zostawiać “się” na końcach zdań / zwrotów zawsze, gdy to możliwe. Przyznaję, że nie do końca jeszcze poznałem / zrozumiałem tę zasadę. Czy w tych przypadkach taka zmiana byłaby ok?

Zaleca się stawianie się przed czasownikiem (bo nieakcentowane), jednak postępuje w takich sytuacjach intuicyjnie, czyli "jak mi lepiej brzmi". 

 

Jak z odmianą akhlut? Jak brzmi mianownik liczby pojedynczej? To w ogóle “odmienialny” wyraz?

Raczej nieodmienny (ale, swoją drogą, istniejący) ;) 

 

Wejść komuś w słowo = przerwać komuś. To chyba nie jest czynność gębowa?

O ile nie wchodził mu w to słowo nogami, to chyba gębowa. :P

 

Resztę uwag wprowadzam do tekstu. ;) 

 

Pozdrowionka 

Dzięki za wskazówki. No i fakt, że piórkowy uznaje moje uwagi za zasadne, to dla mnie dużo :)

Widać, że to tekst młodego Gekiego, bo fabuła i drużyna na pierwszy rzut oka trochę “growa”, z grupą bohaterów o dość przewidywalnych cechach. Ale tekst nadrabia klimatem, pomysłami światotwórczymi i zwłaszcza tym, jak pomysłowo mieszasz konwencje fantasy i space opery. Czytałam z dużą przyjemnością.

Dobra, poprawki wprowadzone, więc mogę teraz, Silvanie, odpowiedzieć na pozostałą część twojego komentarza. 

 

 

Niezły mix :) Rewolwery, topory, szpiczaste uszy, stalowe protezy kończyn i radary :) I galera na orbicie :D

Podoba mi się :)

Panie, czego tam jeszcze nie da się wrzucić, ten świat jest niesłychanie pojemy. :P

 

Scena z kapłanką nad jeziorem, którą podglądał Jork – mega. Nadało to Twojemu opowiadaniu – do tej pory raczej żartobliwemu, mimo walk, mimo smoka – powagi, mroku i ciężaru. W tym miejscu moje wkręcenie przestało być pobieżne, a osiągnęło zenit.

Ogólnie to opowiadanie jest dość lekkie w odbiorze, więc suoer, że ten fragment zadziałał. 

…oczywiście pojawia się motyw martwego/umierającego dziecka. Muszę policzyć w ilu moich opowiadaniach dzieci giną, bo coś mi się wydaje, że już sporo ich uśmierciłem. 

 

Haaa, od razu przypomniał mi się “Ściągany” :D

Boże, ile lat jaa tego filmu nie widziałem! xD

 

Przemyciłeś wieloświaty, wrzuciłeś zajawkę, zbudowałeś historię, mitologię. 

Pierwotnie – jak patrzę na stara wersję tekstu – to tej mitologii było jeszcze więcej, bo Uniwersum Ysan, którzy każdą zajętą planetę zwykli nazywać Ys, miałem w głowie dość rozbudowane. 

 

Znalazły się nawet walki – jak dla mnie (a jestem tu mega wybredny) niczego sobie :)

Kiedyś uwielbiałem opisywać walki – to takie zwichniecie z czasów pisania fanfikow o pewnej wiosce ninja, gdzie opis starcia potrafił zajmować większość opowoadania. Obecnie piszę zupełnie odwrotnie, to jest wielkie rozbudowane opisy walk to traktuję jako zapychacze, całkiem nieistotne z punktu fabuły… ale czasem dobrze trochę pobawić się w akcję. 

 

To ma mega możliwości i – jak dla mnie – z wielką chęcią przeczytałbym cykl lub nawet coś większego. Całkiem w moim guście :) 

Szczerze mówiąc, to dalszy ciąg miałem kiedyś jako-tako obmyślany i można byłoby traktować to opowiadanie jako fragment. 

Ale to było w czasach, kiedy człowiek marzył o byciu drugim Sapkowskim albo chociaż Grzędowiczem. Potem uznałem, że jeden Sapkowski to aż nadto, a i Grzędowiczów nie brakuje. 

 

Hej, Ninedin! Przede wszystkim miło cię widzieć, bo autentycznie martwiłem się, czy aby coś się złego u ciebie nie dzieje. 

 

Widać, że to tekst młodego Gekiego, bo fabuła i drużyna na pierwszy rzut oka trochę “growa”, z grupą bohaterów o dość przewidywalnych cechach

Przyznaję bez bicia, że takie założenie miał młody Geki i nie udało mi się mu tego wyperswadować. 

Chociaż może nie chodziło o growe skojarzenia, tylko takie pulpowofantastyczne. 

 

Ale tekst nadrabia klimatem, pomysłami światotwórczymi i zwłaszcza tym, jak pomysłowo mieszasz konwencje fantasy i space opery.

Dlatego właśnie pomyślałem, że tekst można zreanimować przy okazji Tajemnic. :) 

 

Cześć,

 

Ależ miałem skojarzenia z Planetą Skarbów. :D Raz, że mix broni z różnych epok. Dwa, że klimaty żeglarsko-pirackie umiejscowione w podróżach międzyplanetarnych. Trzy, że taką wielofunkcyjną rękę miał właśnie kapitan statku z tej animowanej produkcji. :D Nie wiem, na ile było to świadome działanie, a na ile odwoływałeś to się innych, podobnych dzieł (choć może do niczego się nie odwoływałeś). Ale to zagranie na sentymentalnych nutach młodości totalnie mnie kupiło.

Na szczęście nie tylko sentyment zagrał. Światotwórczo bardzo fajnie uzupełniasz elementy znane mi z wyżej wymienionego filmu o garść motywów fantastycznych i mitologicznych. Nie ma dłużyzn, akcję prowadzisz wartko. Od razu widać dobry warsztat.

Fabuła przypomina mi trochę skrót sesji RPG. Jest quest, bohaterowie wyruszają na wyprawę, twist ze zleceniodawcą na końcu. I nie czepiam się tego, bo oprawiłeś to w tak ładną ramkę z klimatu, języka i świata przedstawionego, że czyta się to z przyjemnością.

Śmigam z polecajką do biblioteki.

 

Pozdrawiam. :)

Ha, Geki, przynajmniej masz za sobą chęc bycia Sapkiem :D Daj znać, jeśli kiedyś wypuścisz z tego świata :)

Ależ miałem skojarzenia z Planetą Skarbów. :D Raz, że mix broni z różnych epok. Dwa, że klimaty żeglarsko-pirackie umiejscowione w podróżach międzyplanetarnych. Trzy, że taką wielofunkcyjną rękę miał właśnie kapitan statku z tej animowanej produkcji. :D Nie wiem, na ile było to świadome działanie, a na ile odwoływałeś to się innych, podobnych dzieł (choć może do niczego się nie odwoływałeś). Ale to zagranie na sentymentalnych nutach młodości totalnie mnie kupiło.

Prawie całkiem o tym filmie zapomniałem, ale widać, że co zobaczone, to gdzieś w głowie zostaje. :) 

 

Fabuła przypomina mi trochę skrót sesji RPG. Jest quest, bohaterowie wyruszają na wyprawę, twist ze zleceniodawcą na końcu. I nie czepiam się tego, bo oprawiłeś to w tak ładną ramkę z klimatu, języka i świata przedstawionego, że czyta się to z przyjemnością.

No, bo w sumie gros przygodowych fantasy właśnie takie skojarzenia budzi.

…dobra, to budujemy cały system pod to, zobaczymy jak się będzie grało. XD

 

Daj znać, jeśli kiedyś wypuścisz z tego świata :)

Oj, znając mnie, to światy umierają tak szybko, jak się rodzą, więc długo mogę się nie odezwać. :P

HAHAHAHAHAHAHA!!! Bogini feministek! HAHAHAHA!!! Dokładnie tak śmieszna i absurdalna, jak jej sobie niewyobrażałem.

Ale do rzeczy. Świat jest i jest ciekawy. Ale u ciebie są światy, planety czy jak? 

Na teraz wyobrażam to sobie jako jeden świat, którego mieszkańcy są świadomi istnienia czegoś poza tym co widzą. Bogowie to jedno – w wielu rodzajach fikcji i mitologii można by ich lepić, i działać będą na różnych zasadach. Na mnie jakoś twoja koncepcja nie robi dużego wrażenia. Chochliki – taka wstawka, ciekawostka i pewne uzupełnienie eterycznego łańcucha pokarmowego. 

Smoki – niby nic nowego, ale podczas czytania wyobrażałem sobie giganty, mknące przez pustkę i kosmos. Jeśli nie wykazywały zainteresowania ludźmi ani sprawami przyziemnymi, to może oznaczać iż posiadają głębszą wiedzę/rozumienie. Niby też się gdzieś zdarzyło, ale widok, czy nawet wyobrażenie istoty tak ogromnej jak żadna inna budzi pewien… zachwyt, może respekt. Więc to mnie zainteresowało z tej trójki.

Postacie faktycznie przypominają drużynę z rpga, ale dajesz im cechy charakterystyczne. I w tym trochę problem, bo w tym opowiadaniu wszystko czym są, jacy są sprowadza się do tychże cech charakterystycznych. Tzn. członkowie tej drużyny w zasadzie nie posiadają wyraźnych osobowości. Można by ich teoretycznie pozamieniać i wyszłoby na to samo. Oprócz Jorka, on ma wyraźny charakter i dobrze, że to on prowadzi czytelnika przez opowiadanie. Co więcej, jest to postać którą da się lubić – kolejny plus dla opowiadania. Szczególnie podobało mi się jego wystąpienie teologiczne. Moje pierwsze myśli “Wreszcie ktoś tu gada z sensem”(a propos bogini).

Podsumowując, czytało się całkiem przyjemnie, gdzieniegdzie zaciekawiło, gdzieniegdzie rozśmieszyło i się przy tym nie dłużyło.

 

Spodobało mi się to opowiadanie dwoistego Gekiego. Miłe światotwórstwo, fabuła może trochę sztampowa, ale bez przesady – silenie się na oryginalność nieraz kończy się gorzej niż sięganie po sprawdzone wzorce.

Szczególnie: dobra kreacja smoków – stworzenia zbliżone ewolucyjnie do bogów, płynące przez pustkę i żerujące na energii gwiazd – jak najbardziej! Główny bohater, z którym można względnie łatwo się identyfikować, kierujący się w miarę zrozumiałą motywacją i nieprzesadnie bohaterski. Udało Ci się w miarę wiarygodnie pokazać jego procesy wewnętrzne podczas rozmowy z boginią, na tym opowiadanie – moim zdaniem – wiele zyskuje, że widzimy, jak włącza mu się akademicki nałóg debaty i niejako niechcący przestaje zważać na zagrożenie.

Zaciekawił mnie też motyw klanu bogobójców, wydaje mi się, że ten wątek w przypadku rozwinięcia miałby w sobie duży potencjał; chodzi mi zresztą po głowie coś podobnego, chociaż w zupełnie innym środowisku i z innego punktu wyjściowego.

 

Szczegóły i drobiazgi…

Nieustanny ruch wokół, cienie przemykające pośród zieleni, które mogły być czymkolwiek – choćby kolejną Ahklut.

Akhlut to nazwa gatunku, więc tutaj małą literą.

– Jakby o tym pomyśleć – podjął temat Jork – akhlut, nie wyglądały na przystosowane do życia w gęstym lesie.

Niepotrzebne oddzielenie przecinkiem podmiotu od grupy orzeczenia.

Jork przeturlał się, trochę poobijał, rozciął przy tym policzek i zwichnął kostkę

To już nigdzie dalej nie pójdzie. Po usztywnieniu może ewentualnie niezgrabnie podskakiwać wsparty na towarzyszu. Albo lepiej na dwóch. Eksploracja jaskini nie bardzo wchodzi w rachubę. Może miałeś na myśli skręcenie?

– To pasuje do bogów – wtrącił Rączka. – Niby każdy inny, a jak przychodzi co do czego, to wszyscy okazują się być sadystami z upodobaniem do krwi niemowląt, pierworodnych synów albo nieskalanych dziewic.

A to akurat zrozumiałe. Jeżeli jesteś bogiem, wszystko musisz czynić na skalę epicką, aby nie utracić reputacji. Niegodziwości też. Zwłaszcza w sytuacji politeistycznej, z dużą konkurencją. Czymś trzeba imponować śmiertelnym. Recytacja poezji zwykle nie wystarcza.

wielkie i potężne smoki, które z sobie znanych pobudek stroniły od cywilizowanych światów.

Mniej więcej domyślam się tych pobudek.

 

Całościowo – dziękuję za miłą, wciągającą lekturę i pozdrawiam!

Konradzie, dzięki za wizytę – Twój śmiech przyjmę za dobrą monetę. ;) 

 

Ale do rzeczy. Świat jest i jest ciekawy. Ale u ciebie są światy, planety czy jak? 

Zdecydowanie planety, nawet to określenie wprost pada w tekście. 

 

Na mnie jakoś twoja koncepcja nie robi dużego wrażenia.

W zasadzie o samych bogach to napisałem niewiele. 

 

Chochliki – taka wstawka, ciekawostka i nijakie uzupełnienie eterycznego łańcucha pokarmowego.

Bo to jest ciekawostka, uzupełnienie o esencji, która jest wielokrotnie wspomniana, ale żeby od razu nijaka? Rozumiem, że wielkich emocji nie budzi, ale – w moim odczuciu – pewne światotwórcze elementy dopina. 

 

Smoki – niby nic nowego

Smoki mają to do siebie, że są klasyką. :P

 

Tzn. członkowie tej drużyny w zasadzie nie posiadają wyraźnych osobowości. Można by ich teoretycznie pozamieniać i wyszłoby na to samo

Z jednej strony tak, z drugiej – taki mruk jak bogobójca raczej nie nadawałby się na kapitana. Rączka za to lubi gadać, jest trochę uszczypliwy względem kapłanki. A kapitan? Ot, jest kapitanem. :) 

 

 

Saro, jaki ładny obrazek! 

 

 

Czołem, ślimaku! 

 

Miłe światotwórstwo, fabuła może trochę sztampowa, ale bez przesady – silenie się na oryginalność nieraz kończy się gorzej niż sięganie po sprawdzone wzorce.

Wiem, aż chciałoby się pokombinować i – gdybym pisał tekst oparty na tym pomyśle obecnie – to na pewno nie byłoby tak sztampowo. Ale czy to znaczy, że byłoby lepiej? Proste historie czasem najlepiej prosto opowiedzieć. 

 

Zaciekawił mnie też motyw klanu bogobójców, wydaje mi się, że ten wątek w przypadku rozwinięcia miałby w sobie duży potencjał; chodzi mi zresztą po głowie coś podobnego, chociaż w zupełnie innym środowisku i z innego punktu wyjściowego.

To brzmi jak zaczątek pojedynku, ale nie zwykłem się pojedynkować. :P

 

Dzięki za uwagi, poprawiłem w tekście. :) 

 

+Gekikara

Bo to jest ciekawostka, uzupełnienie o esencji, która jest wielokrotnie wspomniana, ale żeby od razu nijaka?

Wybacz, literówka. Miało być „niejaką”, w sensie „pewna/pewnego rodzaju”. Już poprawiam.

W zasadzie o samych bogach to napisałem niewiele. 

Ja bym tak tego nie ujął. Spróbuję wyjaśnić czym są bogowie w oparciu o twoje opowiadanie.

Bogowie są tworami z czystej esencji które zyskały świadomość. Kreuje je wiara wyznawców – cechy, wygląd, charakter. Jest tylu bogów, ile jest wyznań, a ponieważ najwyraźniej pewna część z nich uważa się za stwórcę wszelkiego życia, to prawdopodobnie każdy z nich kłamie, albo nawet sam jest o tym przekonany, niezależnie od prawdy. Co za tym idzie, najpierw byli wyznawcy, potem bogowie. 

Zatem, bogowie u ciebie to jak zbiorowy myślobraz, napędzany esencją.

Napisz proszę, jeśli się w czymś mylę. 

Ano znowu fantasy. Oby tylko były przygody, jak zapowiadasz, bo znaków natrzepane sporo. ;-)

 

O, a tu uprzedzasz, podobnie jak w poprzednik w swoim opowiadaniu. Dlaczego rozbijasz symboliczną czwartą ścianę, zdradzając czytelnikowi, co będzie?

Teraz mógłby powiedzieć, że marzenia się spełniają.

Jednak nie zawsze tak, jak byśmy tego chcieli.

 

Bardzo męcząca narracja – nieprzygodowa, rodem z gry z przypisami o zasadach tego świata. Tu jest bardzo statycznie i bohatera nie mamy. Co się z nim dzieje, jak on przeżywa te przygody? Jako czytelnik chcę przeżywać je razem z bohaterem, a nie z oddali.  

Najpierw mamy długą sekwencję z plecakiem, nie wiedzieć po co; potem walkę, właściwie też nie mającą znaczenia dla przebiegu historii; następnie rozkminki o akholucie (znaczy, że kształcony był z niego chłopak, choć wyskakuje z tym słownictwem jak filip z konopi); potem mamy rozważania o religii i postępie (też nie wiedzieć, po co) i dalej nic się nie dzieje; już ucieszyłam się, że pojawił się smok, ale nadzieja była płonna, bo znowu towarzystwo popadło w gadulstwo; o wreszcie jest coś – lot wraz ze smokiem, dobre i to, choć krótki fragmencik i zaraz wylądował na ziemi i znowu gadali; a dalej jest już ok, lecz też z przerwami na rozważania religijne.

Podsumowując, pierwsza część – męcząca narracja, nieprzygodowa, druga część zdecydowanie lepsza, idąca w kierunku mrocznej, lecz bardziej jakby z gry przez urywane głowy i posokę niż narrację. Dobrze by było też wiedzieć od początku, że wyprawa się rozpoczyna i z kim idzie, jeśli przygodówka! Napisane sprawnie, pomysł z uniwersytetu i snem – fajne.

 

Sprawdzę, czy brakuje Ci jeszcze klików, jeśli – tak, poskarżę, za drugą część. :-)

 

'…kobieta siedząca obok Jorka.

Chłopak zerwał się z miejsca,

Jork to ten chłopak? Hmm, niezgrabne. Prowadzisz narrację z punktu widzenia Jorka, więcwydaje mi się, że lepsze byłoby "obok niego" i potem użycie imienia Jork.

,bezdźwięcznie

Może bezszelestnie?

,stanie przed inkarnacją jednaj z pradawnych istot, p

Literówka

,wszystko się spieprzyło

Przekleństwo raczej nie uzasadnione. Nie pasuje do tego chłopaka.

 

Powodzenia w konkursie!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

O, a tu uprzedzasz, podobnie jak w poprzednik w swoim opowiadaniu. Dlaczego rozbijasz symboliczną czwartą ścianę, zdradzając czytelnikowi, co będzie?

Gdzie tu rozbijam czwarta ścianę? Tym bardziej gdzie mówię, co będzie?

Jork zestawia swoje marzenia z rzeczywistością i tego dotyczy ten wniosek. Nigdzie nie odnosi się tu do czytelnika – tym bardziej nie spoileruje zakończenia.

 

Bardzo męcząca narracja – nieprzygodowa […] Co się z nim dzieje, jak on przeżywa te przygody? Jako czytelnik chcę przeżywać je razem z bohaterem, a nie z oddali.  

Cóż, pozostaje mi przyjąć twoja opinię i przejść z nią do porządku dziennego, bo wydaje mi się, że o tym co się dzieje z bohaterem napisane jest sporo, a elementów takie jak zacytowany wyżej – o spostrzeżeniach Jorka – zajmuje niewiele miejsca.

 

Zwykle pozostawiam bez komentarza opinie o bezcelowości tego, czy owego elementu, bo rozumiem prawo czytelnika do opinii czytelnika, wszak autor w buty czytelnika wejśc nie może, więc musi sie wsłuchac w czytelniczy głos, ale tym razem zrobie wyjątek.

Najpierw mamy długą sekwencję z plecakiem, nie wiedzieć po co;

Poznajemy głównego bohatera? Przechodzimy do umiejscowienia akcji?

800znaków – a poznajemy w tym czasie wszystkich bohaterów – w porównaniu do 32tys znaków… ok, rozumiem, że definicje długości mogą być różne.

 

potem walkę, właściwie też nie mającą znaczenia dla przebiegu historii

Hmm… ok. Poznajemy możliwości poszczególnych bohaterów, dowiadujemy się więcej o świecie przedstawionym, uwaga pada też na postać, która w samej końcówce będzie miała role zasadniczą – czyli miała okazje spiąć się klamrą z ta sceną.

Już nie mówiąc o tym, ze dowiadujemy się trochę o tym, czemu w ogóle bohaterowie się tam znaleźli.

 

następnie rozkminki o akholucie (znaczy, że kształcony był z niego chłopak, choć wyskakuje z tym słownictwem jak filip z konopi)

W tym momencie zaczynam odnosić wrażenie, Asylum, że przeczytalaś ten tekst z zamiarem napisania określonego komentarza. Jork używa słowa, które chwile wcześniej usłyszał od kapłanki. Plus to, że jest “uczony” tak wiele razy było podkreślone w tekście, że chyba nie musze tego jeszcze podkreślać w komentarzu, tak mi sie wydaje.

 

potem mamy rozważania o religii i postępie (też nie wiedzieć, po co) i dalej nic się nie dzieje

Mówisz o tych kilku zdaniach, które zaczynają wątek postawy światopoglądowej bohatera, która okaże się bardzo istotna dla całej fabuły?

 

Dobrze by było też wiedzieć od początku, że wyprawa się rozpoczyna i z kim idzie, jeśli przygodówka!

To by własnie była narracja wyjęta z gry przygodowej, gdyby na wstępie opisać bohaterów i ich motywacje. Mamy chyba w tym względzie zupełnie różne zdania.

 

Jork to ten chłopak? Hmm, niezgrabne. Prowadzisz narrację z punktu widzenia Jorka, więcwydaje mi się, że lepsze byłoby "obok niego" i potem użycie imienia Jork.

Bzdura. Gdybym napisał w tym miejscu “obok niego” podmiot domyślny sugerowałby, że kobieta siedzi obok mężczyzny na szczycie skały.

Co jest niezgrabne w określeniu “chłopak”? Jork jest dość młody, nie skończył nawet studiów, bo go w trakcie wywalili.

Narracja jest trzecioosobowa – narrator skupia się na Jorku i opisuje jego świat przeżyć, ale to nie czyni z niego narratora pierwszoosobowego, nawet nie są to wspomnienia Jorka, by się w tej narracji “zbliżyć” do tego bohatera. Oczywiście, mógłbym tę narrację przebudować i przyjmuję do wiadomości, że preferowałabyś inną.

 

Przekleństwo raczej nie uzasadnione. Nie pasuje do tego chłopaka.

Dlaczego nieuzasadnione, skoro wymownie określa rozwój sytuacji. Czemu miałoby nie pasować do wyrzuconego ze studiów chłopaka, który spędzał czas w portowych knajpach?

 

Eh, niepotrzebnie podzieliłam się swoją opinią. Wyjaśnię zatem tylko mój punkt widzenia, lecz więcej już tego robić nie będę. Raczej nie jestem uprzedzona, każde opowiadanie traktuję tak samo, co najwyżej przy młodych użytkownikach ważę słowa i nie piszę o takich subtelnościach. Może te subtelności są kwestią gustu, może tak o tym pomyśl.

 

A teraz wyjaśnienia:

Gdzie tu rozbijam czwarta ścianę?

Mamy myśli bohatera. Zakładamy, że jest na początku swojej ukochanej przygody, podekscytowany przedziwnym towarzystwem i planetą smoków. Zgoda, jest mu niewygodnie, niekomfortowo, nie tak jak sobie wyobrażał, ale na boga tylko o rycerskich czynach słyszał i zero okropności widział, jeśli szlajał się w różnych podrzędnych lokalach na swojej rodzinnej planecie? I teraz zerknij na to, co myśli. To jego POV, choć w narracji trzeciosobowej:

"Teraz mógłby powiedzieć, że marzenia się spełniają.

Jednak nie zawsze tak, jak byśmy tego chcieli."

Uprzedzasz fakty w drugim zdaniu, bo jego marzenie się spełnia, i czy rzeczywiście mu tak bardzo te komary przeszkadzają na początku wielkiej przygody, zresztą piszesz o tym dopiero za chwilę, a ten dwuwers jest podsumowaniem wcześniejszych marzeń, tak to zbudowałeś. A gdy czytelnik doczyta do końca, pomyśli sobie, no faktycznie zblazowany chłopczyna, wybrał się na przygodę i narzekał od początku. Czy kreujesz go o na smerfa marudę? Nie wydaje mi się, a przynajmniej potem nic już o tym nie ma. Dodatkowo streszczasz całą opowieść i to staje się klamrą. Nie zawsze są nimi te z samego końca. ;-)

 

o tym co się dzieje z bohaterem napisane jest sporo, a elementów takie jak zacytowany wyżej – o spostrzeżeniach Jorka – zajmuje niewiele miejsca 

O tym, co się dzieje – tak, ale nie o tym, jak on w to wchodzi, walczy, przeżywa. Czułam się przed ekranem, szybą. Właściwie nie używasz POV bohatera, chociaż nim właśnie słusznie zacząłeś, lecz dalej dystansujesz: rozkładasz na wszystkich, i opisami. Tworzy się ściana pomiędzy czytelnikiem i słowem. Choć, tu znowu powtórzę, może tylko ja tak mam, bo mam zdanie odmienne od większości przedpiśców. Może wię lepiej kieruj się ich zdaniem, a nie moim odrębnym.

A spostrzeżeń lub widzenia z POV Jorka, chciałabym więcej. dokładnie o to chodzi, aby on widział, słyszał, czuł, oceniał, sytuację, z rzadka oddając głos wszechwiedzącemu narratorowi.

 

Poznajemy głównego bohatera? Przechodzimy do umiejscowienia akcji?

800 znaków

Tak za dużo, bo ani miejsca nie poznajemy, ani bohatera, ani w gruncie rzeczy porządnie kompanów. Znaków ze spacjami mamy 6753 (na portalowym ciut więcej). Nie możesz traktować jak ekspozycji fragmentu sceny, bo jest nią od gwiazdki do gwiazdki, i to ona ma mieć początek rozwinięcie i zakończenie. Jasne, mogą być też wewnętrzne kumulacje, ale tutaj tego nie ma.

Generalnie jest ok, ale nie ma budowania napięcia czy dylematu, kulminacji i rozwiązania sceny ( nie wiem, jak to się porządnie po literacku nazywa – ciagle zapominam, ale mogę sprawdzić, jeśli chcesz i podać przykłady scen, bardziej już na priv. gdyż nie chcę zaśmiecać Ci wątku swoimi komentami).

Początek jest słaby, nie budujesz akcji, nie zaciekawiasz, raczej prowokujesz do konstatacji –  to już było.

 

Poznajemy możliwości poszczególnych bohaterów, dowiadujemy się więcej o świecie przedstawionym, uwaga pada też na postać, która w samej końcówce będzie miała role zasadniczą – czyli miała okazje spiąć się klamrą z ta sceną.

Dla mnie nie. Po tym fragmencie (całym) nie wiedziałam, ilu ich jest w drużynie i jacy są, dokąd podążają i jakie nadzieje z tym wiążą. Co do miejsca akcji – podobnie. Przedstawiasz typową scenerię (orki) z dystansu (nasz bohater jest zaskoczony, duma sobie o trzykrotnym zdawaniu egzaminu z logiki…). Kapłanka się pojawia, owszem, ale jest równie ważna co Kapitan i Rączka. właściwie moją uwagę najbardziej przyciągnął Rączka, bo był najbardziej żywym i charakterystycznym z tym mechanicznym ramieniem.  Pozostało tak do końca. ;-)

 

Jork używa słowa, które chwile wcześniej usłyszał od kapłanki.

Napisałam rozkminki o akholucie, do słowa się nie czepiałam, sam zobacz, jaki wykład daje:

‘…Doskonały przykład dwukrotnego ponownego przystosowania. Daleki praprzodek musiał opuścić wody i wyewoluować do ssaków, później wrócić do środowiska wodnego i stosunkowo niedawno w ewolucyjnej skali, wyjść na ląd, być może na skutek zmniejszania się powierzchni oceanów…’

Słowa ‘akholut’ – używa kapłanka po jego wypowiedzi, on nie.

Dobrze, teraz sobie imaginuj: zblazowany chłopak, inteligentny, wyrzucony ze studiów wałęsający się po tawernach, ląduje na planecie smoków z niewybrednym towarzystwem (od Annasza do Kajfasza). Maminsynek, więc marudzi. Bierze udział w pierwszej akcji i tuż po niej zaczyna się wymądrzać, zero emocji tuż po tym jak o mało nie zginął, przestrzelił, jego umiejętności są nic nie warte w tym świecie. Jakaś gra. Nieprawdziwe.

Mówisz o tych kilku zdaniach, które zaczynają wątek postawy światopoglądowej bohatera, która okaże się bardzo istotna dla całej fabuły?

Mówię o 850 znakach ze spacjami. Wątek jest dla mnie sztuczny, powierzchownie potraktowany i nijak nie wiąże się z głównym. Ateizm tak, choć nie do końca, bo zdaje mi się raczej deklarowanym słowem/pojęciem; feminizm zaś zupełnie nie ma nic do rzeczy (nie dostrzegam), bo choć na końcu kapłanka tak mówi do bohatera, ten bóg (siła przedwieczna) nie ma płci. 

Na marginesach mankietów:

'… famniski uważały mężczyzn…'  ---> celowe czy literówka?

 

Mamy chyba w tym względzie zupełnie różne zdania.

Tu zgoda – mamy różne zdania. Ja lubię wiedzieć, kto bierze udział, o co chodzi i czym dysponujemy. :-)

 

Bzdura. Gdybym napisał w tym miejscu “obok niego” podmiot domyślny sugerowałby, że kobieta siedzi obok mężczyzny na szczycie skały.

Dobrze, zatem po kolei. Najpierw będzie fragment w kontekście

‘….Na pewno nie wymarzył sobie marszu przez dżunglę, watah komarów i gorącego powietrza tak gęstego od wilgoci, że ubrania lepiły się do ciała.

– Plecak – syknął ktoś ze szczytu skały. – Ej, młody, plecak!

– To chyba do ciebie – szepnęła odziana w czerwień kobieta siedząca obok Jorka.

Chłopak zerwał się z miejsca’

 

Nie znamy jeszcze osób biorących udział w tej przygodzie (bo to początek, więc jasne). Ja, jako czytelnik, nie wiem jeszcze, kto jest młody, stary, głupi, mądry, żółty, niebieski. 

Co wiemy – tylko że jest jakiś Jork, którego uwiodły smoki z opowieści o Ys. I czytamy, że: ktoś syka (pewnie ważny) do młodego, jest jakaś kobieta zwracająca uwagę Jorkowi, że może to do niego i chłopak, który zerwał się z miejsca. Cztery osoby. Używasz zamienników na głównego bohatera i innych. Nie raziłoby mnie, gdybyś użył przed zastosowaniem narracji z POV Jorka i jego konkretnego imienia. Kolejna subtelność.

Gdy teraz patrzę, to z powodzeniem mógłbyś tego "Chłopaka" – usunąć. Pasowałoby do wsześniejszej narracji.

Dlaczego nieuzasadnione, skoro wymownie określa rozwój sytuacji

Rozwój sytuacji określa, lecz do tej pory wyrażał się "uczenie" i w myślach, i w realu opka. 

 

Dzięki za uwagę, sorry, za krytyczny komentarz, ale Sara i CM oraz inni nie wezmą go pod uwagę. Przykrości też nie chciałam sprawić. Za dużo jej jest wokoło.

 

Pozdrowienia!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Lubię takie opowieści :). Trochę tęsknię za sesjami i wielotomowymi sagami fantasy, a takie teksty trochę mi to uzupełniają. 

Dobrze napisane, ciekawie, bohaterowie są jacyś – zwłaszcza główny bohater oraz Kapitan. Podobało mi się, że końcówka trochę zaskoczyła. Bardzo spodobał mi się pomysł z esencją, jej źródłami i wykorzystaniem technologii oraz podejście do boskości– ogólnie wykreowany świat.

Żeby nie było za różowo mam również ale, lecz bardziej wynikające z mojej wrażliwości: otóż makabryczny pomysł z dzieckiem (choć bardzo trafnie ująłeś, że niezależnie jakie bóstwa, to zawsze mają jakieś makabryczne upodobania). No i druga sprawa – jak zwykle zła kobieta i marnie skończyła ;). No i trochę za często powtarzasz, że został wyrzucony z tej uczelni.

Nie wiem czy jeszcze się przyda, ale idę kliknąć.

 

Powodzenia w konkursie :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Takie dwa drobiazgi rzuciły mi się w oczy:

 

Było już w trzech czwartych drogi i właśnie mijało galerę, którą kapitan zacumowali na niskiej orbicie.

 

Trawa złagodziła upadek i gdyby wierzył w opatrzność, właśnie by jej by mógł dziękować.

 

Co do opinii o tekście… Fajnym zaskoczeniem było, że Jork nie został wyrzucony z uczelni za zwykłe nieuctwo, tylko za podróże astralne – bardzo dobry wątek. Samej ekipy nie nazwałabym dosłownie “zwykłym fantasy”, ale nasunęło mi się skojarzenie z Planetą Skarbów Disneya, choć po zastanowieniu, niewiele tu punktów wspólnych, poza ekipą kosmicznych korsarzy. Wątek energii pozyskiwanej z ciał bóstw ciekawy, a i fajnie tu rozegrany. Wynurzenia o boskości jako takiej dodały klimatu. Podsumowując, generalnie mi się podobało. :D

Zostaw ten żyrandol.

Witaj.

Tak… Dzicz bywa przerażająca. :)

Opowiadanie na wskroś fantastyczne, mnóstwo w nim światów, stworów, wierzeń, mitów oraz zdumiewających postaci i zjawisk. Stworzyłeś postaci wyjątkowo charakterystyczne, świetnie działają na wyobraźnię ich opisy. ;)

Od początku zaciekawił mnie ten topór z czarnego minerału, bo i umiejętnie podkreśliłeś jego tajemnicę. :)

Niełatwo być młodym. Ten miał wyjątkowego pecha. :)

Wyjmowane oko – niczym u Dziadka Jacka Marii Poszepszyńskiego (w tej roli – Kobuszewski) z kultowej serii radiowej. :)

A cytat: Rączka pociągnął Jorka za rękę – genialny! :D

 

Dostrzegłam z technicznych:

właśnie by jej by mógł

o dziwno ani razu

wszyscy lubujecie w zabijaniu

nasz losy

 

Pozdrawiam. :)

 

Pecunia non olet

 

Hej, Monique! 

 

Lubię takie opowieści :). Trochę tęsknię za sesjami i wielotomowymi sagami fantasy, a takie teksty trochę mi to uzupełniają. 

 

Z jednej strony to taki tekst średniak… z drugiej to miałem tyle samo zabawy z pisania go, co ty z czytania. I niby od czasów Gry o Tron nie sięgnąłem po żadną taką serię (a i tam nie doczytana druga część Tańca Smoków). 

 

Dobrze napisane, ciekawie, bohaterowie są jacyś

Trochę płascy, ale miło słyszeć. :) 

 

No i druga sprawa – jak zwykle zła kobieta i marnie skończyła ;)

Dzieci często usmiercam, ale jak tak o tym myślę, to kobiety też nie kończą za dobrze. :P

 

Cześć, Verus!

 

Fajnym zaskoczeniem było, że Jork nie został wyrzucony z uczelni za zwykłe nieuctwo, tylko za podróże astralne – bardzo dobry wątek. 

Ten pomysł przyszedł do mnie w ostatnim momencie, nie byłem pewien jak połączy się z resztą, ale na szczęście połączył się dość dobrze – no i Jork też się do czegoś przydaje. :) 

 

Witaj, bruce! 

 

Opowiadanie na wskroś fantastyczne, mnóstwo w nim światów, stworów, wierzeń, mitów oraz zdumiewających postaci i zjawisk

Pisanie takiej fantastyki jest świetną zabawą, trochę graniczącą z pewną guilty pleasure. Ma pewno wielkich owacji nie zgarnie, ale przyjemnie czasem coś takiego napisać. 

W kolejnym tekście już zamierzam wrócić na swoje poletko i zmierzyć się ze złolem w mniej klasycznofantastycznoprzygodowy sposób. :) 

 

 

A cytat: Rączka pociągnął Jorka za rękę – genialny! :D

Wyrwane z kontekstu! xD

 

Verus, bruce, dzięki za uwagi! :) 

 

 

 

 

heart

Pecunia non olet

Generalnie mi się podobało :) faktycznie dość mocno przypomina sesję RPG i brakło mi trochę głębi u bohaterów, a także przyznaję, w pewnym momencie zaczął mnie trochę męczyć “śmieszkowy” klimat.

Zaskoczył mnie pozytywnie wątek z zabójcą bogów, zupełnie się tego nie spodziewałam. Główny bohater lekka fajtłapa, filozof, troszkę zbyt sztampowy ale mimo wszystko da się go polubić. Dodałabym do niego jednak coś mniej klasycznego, aby był bardziej oryginalny.

Zaskoczony obrotem sprawy Jork spojrzał na topornika, który wyszarpnął oręż z ciała potwora i zaczął z pieczołowitością czyścić ostrze z juchy. Trzeci drapieżnik leżał niedaleko, zabity w podobny sposób.

Tutaj mam zastrzeżenie, że skoro zaatakowały ich jednocześnie, to trochę nie kupuje mnie to, że topornik zabiłby już jedną i dobił drugą, zanim faktycznie ta ostatnia dobiegłaby do kapłanki i Jorka.

 

Fajny klimat i ciekawe połączenie fantasty i sci-fi. 

Co do Famni – od razu powiem, że jestem zatwardziałą feministką, ale potrafię śmiać się z takich rzeczy i nie oburzam się na tego typu teksty. Mam tutaj jednak trochę problem z czernią i bielą. Kapłanka i bogini źli, ekipa dobra. Generalnie nie lubię takiego podziału, uważam to za zbytnie upraszczanie. Zakładam, że to celowy zabieg, ale jednak można było się domyślić plus minus takiego obrotu spraw, więc uważam, że wprowadzenie trochę szarości zadziałałoby tu na plus (i to nie koniecznie po stronie boginki/kapłanki).

 

Gdyby dać odcienie szarości to wypłukano by jungizm z tego opowiadania. Bo "czarna i zła" Matka z jakiś powodów jest otwarta dla fajtłapy, a tymczasem on jest zawzięty ze swoim gadulstwem. Takie jej złowieszcze przedstawienie powinno symbolizować negatywny archetyp oceniający, który spotyka się w trakcie przygody w świecie na zewnątrz od fortecy wiedzy. Czyli jakąś meduzę na kiju – a tymczasem wlasnie u Gekiego nastepuje śmieszny zabieg, w którym owa zła Macocha jest na fajtłapę otwarta. Ocenia go pozytywnie. Gdyby dał się uwieść przez nikczemną kobietę, być może byłoby to głupie, ale zyskał by przez to doświadczenie bohatera. "Fabuła i narracja" takoż jest więc mozliwa do kontynuowania, gdy nastąpi "irracjonalne poddanie się" – a tak to Jork wrócił na uniwerek zabijać czas, zanim się jego historia w świecie zaczęła.

Czym innym jest ciekawość i spryt Parmenidesa, które umożliwiły mu spotkanie z boginią w Hadesie. Parmenides nie odznaczał się ideałem kontemplacynym. Był niczym inni Fokajczycy, którzy osiedlili się w Jonii po przepędzeniu z Azji. Było to dziwne greckie plemię kochające morze i niedogodności. Jeden z Fokajczyķów dopłynął ponoć na "koniec świata", do biegunu północnego. Parmenides zaś odbył podobną podróż, ale w zaświatach. Jego kategorie "byt jest, niebytu nie ma" i pozornie koślawy poemat, dały zaczątek zachodniej filozofii. Tymczasem bogini nie pozwoliła Parmenidesowi nawet na dyskusję, miał zapamiętać wszystko co do joty. Jak się jawi w tym ciemnym świetle rzekoma autonomia Jorka? Czy reprezentuje on krańcową formę filozofii "światła" (Platon, sredniowiecze, światlo rozumu oświeceniowe)? A może faktycznie Parmenides pottzebował zstąpić w ciemności raz tylko, a Jork mając na tyle światła "niewiary" powinien zachować się inaczej? Czemu wierzy tylko w swoje słowa, może nie wierzy w nie i także w sam uniwersytet i rozum? może jego opór warunkuje to w jaki sposób jawi mu się świat-matka?

Hej, Geki

Bardzo fajna przygodówka. Nie nazwałbym ją rpgową (może grałem w inne systemy), po prostu realia kosmicznych wypraw same z siebie zachęcają do tworzenia drużyn. A Twoja jest całkiem ciekawa – szczególnie Rączka. Trochę wyszedł s-f, trochę fantasy, lekko poleciałeś horrorem, a nawet ślady steampunka by się znalazło. Dla mnie mieszanka udana. Nie zauważyłem dłużyzn, co zawsze w tym gatunku zabija frajdę z czytania.

Postacie są dość archetypiczne, ale jednocześnie na tyle różne, że nie zlewają się ze sobą.

Jedno, co mnie zastanowiło: czy drużyna czekała, aż bóstwo posiądzie ciało kapłanki? Jeśli tak, to nie powinni się nieco lepiej przygotować? Bo walka trochę wyglądała na opartą o łut szczęścia.

Dobra, przyjemna lektura.

Pozdrawiam

Podobało mi się, fajnie, że w prostych przygodówkach też czujesz się dobrze. Bo mam nadzieję, że nadal się tak czujesz i liczę na kolejne przygody Jorka :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Bogobójstwo? No, ładnie, ładnie. Faktycznie, mocno przypomina przygodę RPG, ale przeciwnik zacny i chyba nadaje trochę oryginalności.

Czytało się przyjemnie.

gdy byli już półtorej parseka od Starej Ys.

Ojjj, Geki, parsek jest rodzaju męskiego.

Babska logika rządzi!

Cześć!

 

Świetna przygodówka, tony światotwórstwa i taki specyficzny humor. Siła niewiary. Dysputa akademicka i wycieranie topora w… :D Drużyna superwojowników i bohater z gatunku “szara myszka” zagubieni gdzieś w pustce. Tylko po co im tam tragarz, jak grawitacja niska?

Fantastyczna koncepcja smoków, dużo akcji i brak nudy. Sprawnie wprowadzasz bohatera we wszystkie te cudowności. Kurcze, ja to jakoś lubię te twoje opowiadania.

 

Pozdrawiam i powodzenia w konkursie!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

No i jak Wy piszecie takie rzeczy? No jak?! Serce mnie boli no. Kolejny świat z rozmachem, przepraszam, że porównuję “Wartownika” silvana, ale tutaj historia jest dokończona. Jejku, jak ja bym to czytał. To jest trochę smutne, że największy mój żal do opowiadanie polega na tym, że się kończy i nie ma nic więcej. Ehh, to akurat takie czytanki, które lubię i widziałbym je na papierze.

I nic więcej nie mogę zrobić, poza poproszeniem cię o jakieś kolejne ich przygody XDD

Gdy byli już blisko, Jork dał znak, by zgasić latarkę

Latarki nie zostały w plecaku?

Akademicka natura doszła do głosu i Jork zapomniał już o strachu, bo teraz liczyło się tylko przedstawienie swoich racji.

Kocham XD

Powodzenia w konkursie. :)

Najlepsze opowiadanie z takich akcji przygodowych do tej pory. :P

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Shanti

 

Generalnie mi się podobało :) faktycznie dość mocno przypomina sesję RPG i brakło mi trochę głębi u bohaterów, a także przyznaję, w pewnym momencie zaczął mnie trochę męczyć “śmieszkowy” klimat.

Śmieszkowy klimat musi być, jak się ma takie fantasy w głowie jak Xanth. :P

 

Główny bohater lekka fajtłapa, filozof, troszkę zbyt sztampowy ale mimo wszystko da się go polubić. Dodałabym do niego jednak coś mniej klasycznego, aby był bardziej oryginalny.

No… podróżuje astralnie, więc na coś się przydaje. :) 

 

Tutaj mam zastrzeżenie, że skoro zaatakowały ich jednocześnie, to trochę nie kupuje mnie to, że topornik zabiłby już jedną i dobił drugą, zanim faktycznie ta ostatnia dobiegłaby do kapłanki i Jorka.

Przecież ona najpierw starła się z Rączką, a przy Jorku chwilę przystanęła. Tyle wystarczyło dla wprawnego zabijaki. 

 

Kapłanka i bogini źli, ekipa dobra. Generalnie nie lubię takiego podziału, uważam to za zbytnie upraszczanie. 

Toż to prosta historia! Poza tym tp żadnego podziału na dobro-zło tu nie ma. Załoga chce zarobić, nic innego ich nie motywuje. 

 

Dzięki za wizytę. 

 

Rebus, więcej wyciągnąłeś z tego opowiadania, niż w nim rzeczywiście było. :P

 

Zanais

 

Bardzo fajna przygodówka. Nie nazwałbym ją rpgową (może grałem w inne systemy), po prostu realia kosmicznych wypraw same z siebie zachęcają do tworzenia drużyn. A Twoja jest całkiem ciekawa – szczególnie Rączka. Trochę wyszedł s-f, trochę fantasy, lekko poleciałeś horrorem, a nawet ślady steampunka by się znalazło. Dla mnie mieszanka udana. Nie zauważyłem dłużyzn, co zawsze w tym gatunku zabija frajdę z czytania.

I przy każdej drużynie się ten zarzut pojawia, aczkolwiek wcale mi on przy tego typu tekście nie przeszkadza. :) 

Zmieszane juest tu wszystko, szczęściem nie wyszedł groch z kapustą. 

 

Jedno, co mnie zastanowiło: czy drużyna czekała, aż bóstwo posiądzie ciało kapłanki? Jeśli tak, to nie powinni się nieco lepiej przygotować? Bo walka trochę wyglądała na opartą o łut szczęścia.

Drużyna spodziewała się, że bogini będzie łatwiejsza do zabicia. Wspominają pod koniec, że to była pierwsza ich wyprawa na boga, więc trochę źle oszacowali siły. 

 

Irka

 

Podobało mi się, fajnie, że w prostych przygodówkach też czujesz się dobrze. Bo mam nadzieję, że nadal się tak czujesz i liczę na kolejne przygody Jorka :) 

Czy dobrze… to takie guilty pleasure, bo w to miejsce mógłbym potrudzic się nad jakimś ambitnym tekstem. Ale widzę, że postacie spodobały się kilku osobom, to może zdecyduję się na kontynuację. Kiedyś. :P

 

Dzięki, Finklo, i cieszę się, że tekst był dla ciebie przyjemny. A parseka poprawiłem. :) 

 

Krar

 

Świetna przygodówka, tony światotwórstwa i taki specyficzny humor. Siła niewiary. Dysputa akademicka i wycieranie topora w… :D Drużyna superwojowników i bohater z gatunku “szara myszka” zagubieni gdzieś w pustce. Tylko po co im tam tragarz, jak grawitacja niska? 

Super, że ci się podobało i nawet humor trafił. 

A co do tragarza, to przede wszystk zabrali go ze względu na inne umiejętności, ale skoro był już z nimi, to mógł się na coś przydać. :) 

 

MaScrollu

 

No i jak Wy piszecie takie rzeczy? No jak?! Serce mnie boli no. Kolejny świat z rozmachem, przepraszam

Widziałes memy o tym jak powstają napisy na koszulkach? Mniej więcej tak to działa. :P

 

porównuję “Wartownika” silvana

Będę musiał przeczytać. :) 

 

Ehh, to akurat takie czytanki, które lubię i widziałbym je na papierze.

I nic więcej nie mogę zrobić, poza poproszeniem cię o jakieś kolejne ich przygody XDD

Widzę, że Jork i spółka zdobyli fanów. :P

No nuc, trzeba będzie pomyśleć, bo już tam coś planowałem na ich dalsze losy, może warto przelać to na wirtualny papier. 

 

Latarki nie zostały w plecaku?

Kapitan miał własną. Zostało im i trochę esencji i mieli latarkę – to był taki teatrzyk przed kapłanką, by ją skłonić do nocnych poszukiwań. 

 

Najlepsze opowiadanie z takich akcji przygodowych do tej pory. :P

Nie no, w konkursie się sporo fajnych przygodowek pojawiło. 

Rebus, więcej wyciągnąłeś z tego opowiadania, niż w nim rzeczywiście było. :P

Opowiadanie przygodowe, jeżeli dobre, osadzone jest na archetypach, symbolach, antynomiach, dychotomiach. Stąd, chcąc ukazać Shanti czemu “poszarzanie” postaci nie jest kierunkiem przyszłościowym oraz pozorującym złożoność bohaterów (zanim zdąży się ona wykluć), to musiałem wskazać jak dalece w przód można konstruować historię w oparciu o obecne już w opowiadaniu dychotomie (wiara vs niewiara), sprzeczności w charakterze bohatera wyrażającej się w postawie wobec świata (pasywna postawa Jorka i zabijanie czasu vs jego nieustraszoność w momencie, gdy przemawia z pozycji uczonego, choć wywalonego z uczelni). Na wyróżnionych przeze mnie parametrach można budować dalej, można w innych opowiadaniach wypróbowywać różne kombinacje postaw/światopoglądów/charakterów. 

Sformułowanie “wyciągać z opowiadania” jest w tym wypadku niefortunne (nie mówię jeszcze, że nieprawidłowe, ale warto mu się bliżej przyjrzeć) – to bardziej tak, iż opowiadanie powstaje na fundamencie archetypów i symboli, to one “wciągają” opowiadanie, jeżeli się na nie dłużej i wnikliwiej spojrzeć. Nawet, jeżeli opowiadanie jest krótkie i skończone oraz nie pozostawia czytelnikowi dużego pola do interpretacji, to można sobie pomyśleć: “co by było gdyby, co na bazie tego, co przeczytałem, prosi się o dopowiedzenie, kontynuację”. 

W dodatku nie jest powiedziane, że z jednego opowiadania rozrywkowego nie może powstać poważniejsze, i na odwrót. Więc te konteksty parmenidesowe mogą się kiedyś przydać.

Jeżeli przy opowiadaniu samym zostaniemy, wedle uczniowskiej interpretacji, to: zabawa opozycją Bóstwo-matka matriarchalna oraz Jork niewierzący w nią (który mimo swej upartości jest przez nią aprobowany do momenty, gdy ta ma dość jego argumentacji) już sama w sobie działa. Ale gdybać i wskazywać drogi rozwoju jest przyjemnie. 

Mógłbym powiedzieć, że są trzy rodzaje podejścia kwestii interpretacji/gdybania/nadinterpretacji: a) interpretacja bliska dzieła, “śmieszne jest to, że chłopak jest wyrywany przez Boginię, choć jest taki uparty” b) interpretacja poprzez dzieło zanurzająca się w czymś głębszym od siebie, na czym to dzieło jest postawione; lub inaczej: uważne wsłuchiwanie się w źródłowość dzieła c) klucz interpretacyjny spoza dzieła, np. tak jak część gnostyków wypowiadała się o Lucyferze dobrze, bo posiadała “klucz interpretacyjny”. Tak samo tutaj można powiedzieć: ta postać, która jest “zła” w tym opowiadaniu jest tak naprawdę dobra, a ta co zła jest dobra. Innym jej rodzajem jest psychoanaliza w swojej groteskowej formie – jeżeli bohater widział x we śnie, to widział… no wiemy, co widział. ;)

Teraz ktoś mógłby argumentować, że psychoanaliza z punktu c) nie różni się od punktu b), bo zalatuje psychoanalizą jungowską. O ile już w tym punkcie polemizować mógłbym, to przecież jeszcze teoria Campbella zwraca uwagę na strukturę mitów, czyli opowieści przygodowych. Narzędzia interpretacyjne Campbella są więc bliskie dzieła i jego źródłowości pośrednio poprzez bliskość monomitu

A inne gatunki

O ile twarde rysy charakterologiczne są zrozumiałe w opowiadaniach przygodowych, to co w takim razie z resztą opowiadań? Ciężko odnieść rysy Herkulesa do rysów dajmy na to Bena Gona. Lecz monomit znajduje się głębiej w źródle dzieła sztuki. Stąd płynie wniosek, że o ile budowanie postaci w ramach struktury innej niż bohatersko-mityczna jest inne, to nadal niezrozumiałą jest porada “poszarzania” bohaterów. Owszem, trzeba robić to innymi środkami, można np. bardziej minimalistyczne wskazywać na zmiany w zachowaniu bohatera. Załóżmy, że bohater je codziennie chleb i wychodzi z domu, a któregoś dnia spogląda się na chleb i wychodzi z domu bez jedzenia. Być może jego dotychczasowy rytuał zdegenerował się w nawyk, aż wreszcie umarł, tak jak cząstka przywiązania bohatera do śniadań z niedawno umarłą żoną, no i z czasem bohater siebie zaniedbuje i robi złe rzeczy. 

Nawet w tym przypadku nie kierujemy się stronę poszarzenia bohatera, ale zróżnicowania jego zachowania, minimalistycznie, ale jednak. Jeden czytelnik stwierdzi, że z bohaterem jest coś nie halo wcześniej, inny później. “Poszarzanie” pojawia się jako interpretacja u widza, jeden Waltera z Breaking Bad oceni źle wcześniej, inny później, a inny będzie raz miał takie odczucia, raz inne. Dobry aktor skupia się tymczasem na zróżnicowaniu postaci odpowiednio do swojej wizji. Aby postać była “niejednoznaczna”, potrzeba ją budować z kontrastujących elementów. Nie musi to być od razu manichejskie dobro i zło absolutne niczym w micie (lub opowiadaniu mityczno-przygodowym komediowym, gdzie Jork nieodpowiednio do powagi, do kontekstu woli i czynów zaczyna rzucać argumentami rozumowymi), ale małe zło kontra małe dobro bohaterów jak w komedii lub obyczajowej opowieści gdzie małe występki muszą być oznaczone na czarno jako sytuacje, scenografia/tło, myśli bohatera.

 

Rebus, więcej wyciągnąłeś z tego opowiadania, niż w nim rzeczywiście było. :P

 

Pominę to, że pewnie napisałeś mi tak z czystej skromności. ;D

Nowa Fantastyka