- Opowiadanie: Jan Grądkowski - Łowca opowiadanie nr.4: Chłopcy z Dusselbrechtu

Łowca opowiadanie nr.4: Chłopcy z Dusselbrechtu

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Łowca opowiadanie nr.4: Chłopcy z Dusselbrechtu

Już od miesiąca przesiaduje w Dusselbrechcie, i szczerze powiedziawszy nigdzie się nie wybieram.

Przez dzień chronię zakład kowalski mego przyjaciela Durina.

Na wieczór idziemy się upić.

Tak w skrócie wygląda dzień łowcy Rodericka.

Ale cholera, lubię takie życie, spokojne i beztroskie.

Niestety każdy łowca prędzej czy później wpadnie w tarapaty, i niestety czuje, że to powiedzonko i mnie nie ominie.

 

ll

-Polej panie karczmarzu! – powiedział łowca.

Chwile później piwo było już w ustach łowcy Rodericka oraz krasnoluda Durina.

-Powiem ci Rodericku, że uwielbiam Dusselbrecht! – Mówiąc to sięgną po kufel w połowie już opróżniony.

-Jak tu nie uwielbiać tego miasta! -odpowiedział łowca z wyraźnym uśmiechem na twarzy.

I właśnie w tym momencie do karczmy weszło czterech ludzi.

-Uważajcie mości łowco i krasnoludzie -szepną – to chłopcy z Dusselbrechtu.

-No przecie, że z Dusselbrechtu, a skąd niby by mieli być? -odpowiedział mu krasnolud.

-Durin! Ogarnij się, ty Roderick też. Wiecie jacy oni są, nie warto.

W tym momencie do stolika, przy którym siedzą Roderick i Durin podeszło czterech bandytów, wszyscy ubrani jednakowo.

Proste spodnie, tania kurtka oraz żelazny miecz.

-Pan Durin czyż nie?

 

 

 

-Nie, ciotka Erna!

mówiąc to krasnolud zaczął się śmiać prosto w twarz zbira.

-Ernst, oni przecie pijani są. I to jak stodoła! -rzekł drugi bandyta.

-Jutro cię odwiedzimy krasnoludzie, bądź gotów -powiedział tym razem pierwszy zbir.

-Macie przejebane… -dodał po cichu karczmarz.

Ale łowca oraz kowal nie myśleli o tym.

Chcieli po prostu dobrze wypić, a to, trzeba przyznać że im się udało.

lll

Roderick wstał o siódmej, a raczej został wygoniony z karczmy, tak działo się prawie co dzień.

Udał się do zakładu Durina.

Pomimo że zaczęło się lato temperatura nie była przyjemna.

Słońce też za bardzo nie świeciło. Zakład Durina mieści się w centrum, łowca ma zatem do przebycia niecałe dziesięć może piętnaście minut.

Ludzie także powoli zaczynają wstawiać. O tej porze nie ma ich wprawdzie za wiele, jak na te miasto oczywiście. Bo trzeba wiedzieć, że Dusselbrecht to jedno z większych miast kontynentu. Według spisów ludności prowadzonych w mieście kilka miesięcy temu mieszka tu bagatela dwieście tysięcy ludzi, elfów oraz krasnoludów.

Nasz łowca w końcu dotarł do niedużego, jedno piętrowego budynku z napisem „zelastwo krasnoludzkie”.

Roderick czym prędzej otworzył skrzypiące, drewniane drzwi.

Za ladą stał dumny krasnolud z jego sporym brzuchem oraz długami, rudymi włosami.

Zaś za nim wisiały miecze, włócznie i co tylko wojak mógłby sobie wyobrazić.

-Już otworzyłeś sklep? -spytał łowca.

-Nie, ale cholera… Pamiętasz co wczoraj się stało?

-Ty też nie? -powiedział łowca w prześmiewczym tonie.

-Ja na serio -odrzekł krasnolud. -Słuchaj, wczoraj naraziliśmy się chłopcom z Dusselbrechtu. A wiesz, jak kończą ludziska którzy im się sprzeciwiają? W grobie albo jeszcze gorzej, bo pogrzeb się nie odbędzie, bo ciała nawet nie znajdą -kontynuował z narastającym niepokojem.

-A wiesz może czego chcą?

-Jak to czego? Pieniędzy chcą, jestem jedynym kowalem, który im jeszcze nie płaci haraczy.

-Przystaniesz na ich propozycje?

-Powaliło cię? Ach wy ludzie… Przysięgam na Baldakira, że nie.

-To co zrobimy? Sami trzydziestu chłopa zabijemy?

-Właśnie o tym myślałem, tak.

Nastąpiła chwila milczenia, została ona jednak przerwana.

Do zakładu wkroczył sam Gisselbrecht, książę chłopców z Dusselbrechtu, najbardziej poszukiwany człowiek w obrębie kilku dni drogi. Gdybyście zobaczyli go na ulicy nie powiedzielibyście, że to ktoś ważny. Bo tania zbroja, miecz oraz spodnie i buty nie wyglądają majestatycznie. Sam wygląd też nie powala, Gisselbrecht ma sporo blizn, rozczochrane włosy oraz czuć, że nie mył się już jakiś czas.

Za nim stoi jeszcze trzech przestępców.

-Proszę, proszę, kogo my tu mamy. Durin! Jak miło cię widzieć

 -powiedział to tak sarkastycznie jak tylko się dało. -Chyba wiesz po co tu przyszedłem?

-Oświeć mnie -odrzekł równie sarkastycznie Durin.

-Nie pogarszajcie swojej sytuacji -powiedział tym razem całkiem poważnie książę chłopców z Dusselbrechtu. -Wczoraj znieważyłeś moich ludzi, i nie obchodzi mnie żeś był pijany. Tak się składa, że jesteś ostatnim kowalem, którego nie „chronię”. A przecież tak by ci się to przydało, czyż nie? Ostatnie dwa słowa wypowiedział bardzo powoli i wyraźnie. 

-Wiesz co? Czuje się bardzo bezpieczny z Rodrickiem.

-Nie chcesz po dobroci co?

Łowca widząc co się dzieje zareagował od razu.

 

Wyjął sztylet, który zawsze nosi w prawej kieszonce spodni.

I rzucił idealnie pomiędzy oczodoły Gisselbrechta, na moment czas się zatrzymał dla wszystkich. Natomiast „książę” upadł ciężko na drewnianą podłogę z hukiem

-Coś ty kurwa zrobił? -spytał ostro wkurzony bandyta, który dotychczas stał za Gisselbrechtem.

-To co było trzeba. A teraz wracajcie do domów i skończcie z tym waszym wygłupianiem się, dla własnego dobra. Znajdźcie normalny zawód, nikt nie powiedział, że musicie rezygnować z walczenia żelastwem. Jest wojna z Elbionem, może ją wygrywacie, ale się jeszcze nie skończyła. Dwóch z trzech posłuchało, bo dla nich to logiczne, że nikt im teraz nie zapłaci za bycie tym kim dotychczas byli. Trzeci także poszedł, ale dodał:

-Wrócimy tu z chłopcami, pożałujecie!

-Szacuje, że teraz tak z… trzy czwarte ich dotychczasowej „armii” właśnie zrezygnowała, więc nie będziemy mieli problemu -rzekł łowca do krasnoluda.

-Tak, też tak myślę mój przyjacielu, trzeba się jednak przygotować.

Wynajmij z pięciu porządnych wojaków -mówiąc to, rzucił Roderickowi sakiewkę wypełnioną złotymi monetami.

Roderick wiedział, że nie ma czasu do stracenia, ruszył na miasto szukać najemników.

Po kilkunastu minutach szwendania się w końcu coś znalazł.

Przy pobliskim drzewie siedziało sześciu gości okutych w proste, lecz wytrzymałe zbroje. Widać, że nie są w najlepszym humorze.

-I co teraz zrobimy, co? -zapytał wkurzony najemnik drugiego.

-Skąd mam wiedzieć? Co za psi syn z tego Von Lausserlossa.

-Mogę przerwać? -spytał łowca.

-Skoro musisz -odpowiedział mu jeden z najemników.

-Kto tu jest szefem?

-Ja -odrzekł jeszcze inny najemnik. -Nazywam się Ginter. A to są moi bracia. Czego chcecie panie?

-Z tego co słyszę to zlecenie nie wszyło, ale nie martwcie się.

Mam dla was robotę, mogę każdemu dać po 30 złotych marek, jeśliście nie stąd to powiem, że to z -mówiąc to zawahał się na moment. – …Z 100 koron dla każdego.

-Myśmy z Beneluxu są -odpowiedział Ginter po czym zatrzymał swoje zdanie, kontynuował dopiero po chwili. -Co to za robota?

-Chcecie skróconą wersje czy… -Ginter przerwał mu.

-Pełną, z wszystkimi szczegółami, jeśli łaska.

-A więc, od czego by tu zacząć… Mam przyjaciela, który jest kowalem, był ostatnim którego chłopcy z Dusselbrechtu nie kontrolowali, pewnie wiecie o jakie organizacji mówię? -Przytaknęli po czym kontynuował swój wywód. -No dobra, przyszyli więc razem z swoim szefem, Gisselbrechtem, i cóż… Zabiłem go. Większość bandytów se poszła, ale wciąż z kilkunastu chłopa zostało więc trza im wbić do głowy, rozumiecie wbić… Nie ważne, trzeba ich po prostu zabić.

-Czy twój przyjaciel umie walczyć? -zapytał Ginter.

-I to jak! To krasnolud panie. Uprzedzając twoje pytanie, nie ma innych oprócz mnie i mego przyjaciela.

-Cóż, nie takie bitwy się wygrywało, wchodzimy w to. -Roderick rzucił sakiewkę w ręce Gintera, sakiewka była dość ciężka przez co można było usłyszeć wyraźny brzdęk złotych monet.

-Prowadź do krasnoluda.

 

lV

Roderick i jego sześciu sprzymierzeńców dotarło w końcu do zakładu Durina. W czas.

-Witaj Rodericku! Widzę, że przyprowadziłeś znajomych?

-Ta…

-Dobra koniec gadania, wyjdźmy przed sklep i czekajmy na nich! -zakrzyczał Ginter. Jego wypowiedzi towarzyszyły przyznające mu racje okrzyki jego braci.

 

-Podoba mi się ten gość! -powiedział z uśmiechem Durin. -Niech więc tak będzie. Wychodzimy na zewnątrz!

Pamiętacie, jak mówiłem, że przyszli w czas? No właśnie, kiedy nasza ósemka wyszła na dwór zobaczyła nadchodzącą grupę dwudziestu kilku najlepszych chłopców z Dusselbrechtu. Szli w rzędzie. Z mieczami w dłoniach, ludzie uciekli z tej podłużnej brukowanej ulicy do swoich domów. Przez moment na ulicy usłyszeć było można tylko lekki szum porannego wiatru. W końcu odezwał się żelazny człowiek z Beneluxu, Ginter.

-Bracia…-przez moment zbierał siły, aby wykrzyczeć najgłośniejsze zdanie w jego życiu. -Do ataku!! -jego krzyk był słyszalny w całym mieście, no może nie aż tak daleko, ale można być pewnym tego, że usłyszało go wielu mieszkańców Dusselbrechtu. Wracając do bitwy.

Cała ósemka szybko wyciągnęła broń i rzuciła się do ataków.

Roderick od razu odciął głowę jednemu, w tym samym czasie Durin rozpoczął walkę z krasnoludem, który był po drugiej stronie barykady. Jego topór odbił się jednak od okrągłej tarczy przeciwnika, tarcza jednak tego nie przetrwała. Z jednego prostego powodu, była to drewniana tarcza. Durin został jednak zaskoczony, jego przeciwnik także nie próżnował i pchną Durina swoim mieczem. Ten jednak w ostatniej chwili odskoczył w bok i podniósł swój topór do góry i jak najsilniej walną nim w wrogiego krasnoluda. Ten jednak nie był głupi, spróbował uniku. Nie udało mu się to do końca, gdyż topór Durina odrąbał mu kciuka i palca wskazującego w prawie ręce. Krasnoludy to wytrzymała rasa, ale nawet tamten krasnolud nie wytrzymał bólu. Na moment popadł w nieruch i jedynie krzyczał z bólu. Durin wykorzystał moment bezruchu przeciwnika i potężnym ciosem odrąbał mu tym razem całą prawą rękę. Tego już nie przeżył. W tym samym czasie Ginter i jego bracia nie próżnowali, zabili już trzech przeciwników. Lecz sielanka nie mogła trwać bez końca. Pierwszy padł Otto, bliski przyjaciel Gintera. Potem poszło już szybko, drugi, trzeci i czwarty. Czwartemu udało się przed śmiercią zadać jeszcze jeden śmiertelny cios.

Dotychczasowy bilans: sześć do czterech dla Durina i Rodericka.

Roderick w tym czasie podbiegł do przeciwnika, który stał najbliżej, pierwszy cios chybił, ale dwa kolejne były już bezbłędne, padł na ziemie martwy, to samo stało się z trzema kolejnymi dosłownie chwile potem. Durin tym czasem walczył z prawie dwumetrowym „potworem”. Olbrzym odbijał kolejne ciosy bez większego problemu, sam kontratakując.

-Skąd się tacy biorą! krzyknął sfrustrowany krasnolud.

Cios za ciosem, cały czas tylko dźwięk spotykających się broni.

W końcu jednak coś się stało. Po kolejnym ataku Durina, olbrzym po raz kolejny skontrował. Durin po raz kolejny uskoczył w bok, ale tym razem wielka broń olbrzyma lekko, ale, trafiła durina w nogę.

Durin jednak nie przejął się i zrobił coś czego olbrzym spodziewał się najmniej. Rzucił swoim toporem w olbrzyma. Trafił prosto w głowę. Wielkolud padł i to była ostatnia rzecz jaką zrobił w swym życiu.

Ginter i jego jedyny przy życiu towarzysz bardzo się wkurzyli po tym jak zabito ich braci. Pomimo że było ich o wiele mniej to dzielnie stawiali opór i zabili kilku kolejnych, aż wreszcie padł kolejny towarzysz Gintera, jednak dla przebiegu bitwy nie miało to już dużego znaczenia, gdyż wrogów zostało zaledwie ośmiu. Tych najmniej doświadczonych. Już po minucie na ziemie padł ostatni.

Ginter od razu sprawdził czy któryś z jego braci przeżył. Nikt nie przeżył.

-Nieeee! Kurwa mać! Czemu do jasnej cholery!

Durin i Roderick dali mu się wykrzyczeć, sami nie wiedzieli co teraz powiedzieć.

Po kilku minutach Ginter w końcu przestał.

-Słuchajcie, -zaczął Ginter. -nie mam, gdzie się udać a walczyć umiecie, to widać. Czy mogę się do was dołączyć?

-Tak, przyda się nam ktoś taki -odpowiedział Durin.

-Durin, ja też mam sprawę -powiedział łowca. -Ja…wyjeżdżam.

-A czemu? -spytał lekko zirytowany Durin.

-Siedzenie tak długo w jednym miejscu nie służy mi, ale odwiedzę cię za rok, co o tym sądzisz?

Durin przez moment milczał, ciężko było mu to przyjąć do wiadomości, ale w końcu coś powiedział.

-Jasne przyjacielu -Durin potrząsnął głową w geście zrozumienia. -Zobaczymy się za rok.

Durin i Roderick przytulili się tak jak robią to przyjaciele.

-Chodź Ginter -powiedział Durin. -Trzeba znaleźć kogoś kto posprząta tą rzeź.

Roderick stał przez chwile i patrzył jak Ginter oraz Durin odchodzą.

Po chwili ruszył po swoje rzeczy i konia.

-To, gdzie teraz koniku? Co tam mówisz? Bractwo pustynne? Tam mnie jeszcze nie było, dobry pomysł -Łowca pogłaskał swojego konia po czym ruszył na południe, ku pustyni.

Koniec

Komentarze

Janie,

 

Będę szczery – opowiadanie nie nadaje się do publikacji. Nie da się tego czytać, nie dotrwałem do końca. To Twój czwarty tekst na portalu, ale widzę, że nie bierzesz pod uwagę komentarzy użytkowników, którzy przecież chcą Ci pomóc, wskazując błędny i potknięcia. Nie nanosisz poprawek, nie wykazujesz żadnej aktywności. Dojdzie do tego, że nikomu nie zechce się zerkać w to, co będziesz tu wrzucał.

Tekst jest zupełnie niesformatowany. Dialogi zapisujesz nieprawidłowo. Akapity pojawiają się w miejscach, w których nikt by się ich nie spodziewał. Z kolei przecinki zazwyczaj nie pojawiają się tam, gdzie mogłyby to zrobić. Raz silisz się na patos, raz kombinujesz z archaizmami, raz piszesz zupełnie współcześnie. Do tego dochodzi plaga powtórzeń.

Nie ma sensu iść tą drogą. Popełnianie tych samych błędów niczego Cię nie nauczy. Opinie innych piszących są cenne i warto je sobie brać do serca.

 

Pozdrawiam.

Janie, od­no­szę wra­że­nie, że uwagi ko­men­tu­ją­cych nic dla Cie­bie nie zna­czą, że lek­ce­wa­żysz je z pełną świa­do­mo­ścią. To Twój czwar­ty za­miesz­czo­ny tu tekst i tak jak po­przed­nie, stwier­dzam to z praw­dzi­wą przy­kro­ścią, na­pi­sa­ny bar­dzo źle. Widzę tu błędy na które już zwra­ca­no Ci uwagę, ale widać na nic to się nie zdało.

Oba­wiam się, że do­pó­ki nie bę­dziesz cenił czasu i pracy in­nych, mało kto ze­chce po­chy­lić się nad Two­imi tek­sta­mi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Panie kochany, drogi autorze, po co wrzucać teksty, jeżeli nie reaguje się na uwagi czytelników?

 

Polecam lekturę portalowego poradnika.

Martwe liście i brudna ziemia

Nowa Fantastyka