- Opowiadanie: bruce - Pierwszy dzień wiosny

Pierwszy dzień wiosny

Chciałabym podzielić się z Wami moim opowiadaniem sprzed wielu lat. Proszę o szczere oceny i zasłużoną, twórczą krytykę. Pozdrawiam.  :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Pierwszy dzień wiosny

Kaśka segregowała kolejne paczki. Wyjmowała z zakurzonych pudełek stare fotografie, zeszyty i notesy. Od dłuższego czasu bała się tam zaglądać: każda kartka to przecież miliony wspomnień, twarzy, spojrzeń, emocji, uczuć. Nie była gotowa, aby na nowo przeżywać to wszystko kolejny raz. Ilekroć nabierała odwagi i zaczynała przeglądać jakieś szpargały, tonęła we wspomnieniach, od razu przed oczami pojawiały się ściany szkolnych budynków, koleżanki i koledzy z klasy, twarze nauczycieli, zajęcia, odpytywania, wspólne wycieczki, śpiewy przy ognisku, roraty z lampionami i spotkania przed balem szkolnym – wszystko znowu stawało się tak rzeczywiste, jakby wydarzyło się zaledwie wczoraj. A taki dzień wspomnień kończył się zazwyczaj u Kasi rzewnym płaczem, migreną i napuchniętymi oczami.

Tym razem miało być inaczej: kobieta twardo zdecydowała, że nie da się wciągnąć w rozpamiętywanie tego, co odeszło i bezpowrotnie minęło, szybko posegreguje ostatnie pudła i nareszcie spali niepotrzebne śmieci. Miała zawsze zwyczaj chomikowania szpargałów, z którymi była związana emocjonalnie i za żadne skarby świata nie chciała się z nimi rozstawać. Jednak ostatnie wydarzenia rozchwiały ją do tego stopnia, że postanowiła błyskawicznie zniszczyć wszystkie papierkowe wspomnienia i więcej do nich nie wracać.

A zatem przeglądała pospiesznie stare zeszyty z ostatnich lat podstawówki. Mimowolnie przypomniała sobie klasowe zdjęcia, siebie z modną blond grzywką i swoją pierwszą szkolną miłość – wyższego od niej o głowę, wysportowanego Zbyszka, stojącego w drugim rzędzie na fotografii, zrobionej na szkolnym boisku w ósmej klasie. Zaczęła nerwowo układać wyjmowane zeszyty na stosie, na podłodze. Coraz trudniej jej było zebrać myśli, łzy napłynęły błyskawicznie do oczu.

„Kurczę, znowu mnie bierze!” – pomyślała zrozpaczona. „Zaczynam znowu grzęznąć…”

Bezradnie opadła na podłogę. Z jednego z zeszytów wypadła mała karteczka z serduszkiem, naszkicowanym niemrawo podczas lekcji. „Kocham Cię!”. Rozryczała się, jak bóbr.

Pamiętała oczywiście tę karteczkę. To od Zbyszka. Podał jej ten liścik na lekcji fizyki, za co surowy nauczyciel w ogromnych okularach na nosie ukarał go pozostaniem po lekcjach. Jednak chłopak nic sobie z tego nie robił, posłał jej całusa i roześmiany poszedł potulnie „do kozy”. Uwielbiała tę jego spontaniczność, śmiech, radość życia. Zawsze od roześmianych błękitnych oczu, z długimi jak u dziewczyny rzęsami, zaczynała przypominanie sobie całej tej pięknej twarzy.

Przed oczami stanął jej od razu tamten tragiczny dzień. Był marzec, deszcz siąpił nieprzyjemnie. Kasia właśnie zdała kolejne egzaminy w zimowej sesji studenckiej i od kilku tygodni co weekend odpoczywała w domu, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Otwarła. W progu stały dwie koleżanki z jej byłej klasy w szkole podstawowej. Nie widziały się już dobrych kilka lat.

– Cześć, Kaśka! Przyszłyśmy w takiej przykrej sprawie… – zaczęła Grażyna, ale głos jej dziwnie się załamał.

Kasia spojrzała uważniej na ich dziwnie poszarzałe twarze: były mocno spłakane.

– Co się stało?

– Zbyszek i Andrzej… oni… wiesz… oni… mieli wypadek – powiedziała Basia i zaczęła płakać.

– Wy… wypadek? – z trudem wykrztusiła Kasia. Nie widziała chłopaków od kilku lat, po szkole ich drogi rozdzieliły się, a dziewczyna wyjechała na studia do innego miasta, ale na wakacje zawsze przyjeżdżała do rodzinnego domu i wtedy czasami spotykała znajomych ze szkoły. – Jaki? Co im jest? Wejdźcie, proszę…

Wpuściła przerażona koleżanki do mieszkania.

– W którym są szpitalu? Pójdę do nich w odwiedziny.

– Nie, nie, nie o to chodzi… – odparła słabym głosem Grażyna. – Nie wiemy, jak ci to powiedzieć… Wiesz… my zbieramy pieniądze na… na… wieńce. Dla nich, od całej naszej klasy. Składamy się po dwadzieścia złotych. Pojutrze jest ich pogrzeb. Będziesz tu jeszcze, czy wyjeżdżasz dalej na studia?

Kasia nie bardzo pamiętała to, co stało się z nią po tych słowach. Podobno zemdlała, a matka z trudem docuciła ją i zapłaciła koleżankom składkę na wieńce, a one szybko wyszły. Była w szoku. Kochała kiedyś Zbyszka całym sercem, ale nie było im pisane być razem i oboje to wiedzieli. Kiedy zdała egzaminy na studia, wyjechała z ulgą z miasta już na zawsze. Do domu wpadała tylko podczas weekendów. Nie chciała rozpamiętywać tego, co było, bo zawsze nadmiernie histeryzowała, wolała spalić za sobą mosty i zacząć życie od nowa. Kilka lat jej się to udawało, a tu nagle taki szok…

Pogrzeb był przygnębiający i tragiczny, opowiadano, jak obaj młodzi mężczyźni po wyjściu z wojska oblewali radośnie to wydarzenie i z baru nietrzeźwi jechali motocyklem Zbyszka. Niestety, jechali zbyt szybko. Uderzyli w słup przy drodze, zginęli na miejscu. Kasia była zrozpaczona, długo nie mogła dojść do siebie.

W kolejnym roku zmarła na raka jej koleżanka, która powiadomiła o pogrzebie kolegów – śliczna, czarnooka Basia. Kaśka jednak nie zdołała przyjechać na uroczystość, znalazła grób Basi dopiero kilka dni po pogrzebie. Przyglądała się jej uśmiechniętej twarzy na nagrobnym portrecie i płakała rzewnymi łzami.

Siedząc teraz nad pudłami, ukryła twarz w dłoniach. Jakże bardzo bała się tych bolesnych wspomnień! Nie potrafiła, nie umiała ich za sobą pozostawić! Płakała tak kilka minut, przeglądając stare notatki. Jej uwagę zwrócił nagle pożółkły, cienki zeszyt w poobdzieranej okładce. Zajrzała zaciekawiona do środka. Znieruchomiała z przestrachem, bo przeczytała zadanie klasowe jednej z lekcji: „Sprawdzian pisemny na temat: Jak spędziłem dzień 21 marca 1979 roku?”. Oczywiście wiedziała, co kryło się pod tą feralną datą. Tego dnia nie zapomni do końca życia.

Ranek był wtedy suchy, ale dość chłodny. Na szczęście nie było już żadnych śladów po zimie. Decyzje zapadały rano, przed zajęciami, w szatni chłopaków; była to właściwie tylko formalność, bo pomysł na ucieczkę całej klasy z lekcji w słynnym dniu wagarowicza powstał dużo wcześniej. Teraz trwała tam zażarta dyskusja co do szczegółów, nastroje wzmagały się w miarę mijania kolejnych minut przed pierwszym lekcyjnym dzwonkiem.

– Idziemy pieszo, przez pola! – wołał mały Kuba z rozczochraną wiecznie czupryną.

– Macie coś do żarcia? Zmarzniemy tam, trzeba wziąć prowiant! – doradzał Andrzej, gorączkowo spoglądając na szkolny zegar na korytarzu, wiszący na ścianie przy wejściu głównym.

– Ja mam dwie oranżady, kanapki z domu i trochę orzechów od dziadka – dopowiadał Jacek.

– Eee… Musi być coś ciepłego w termosie! Inaczej ja nie idę! – Gruby Michał założył ręce i stanął w rozkroku, tarasując drzwi szatni.

– Baba! – śmiał się Romek, a inni zaczęli mu wtórować, wyjąc, jak małpy w zoo.

– Ciiii! Ciszej, wariaci! – skarcił chłopaków Mariusz. – Bo ktoś nas usłyszy i z ucieczki nici! Jedzenie kupimy po drodze.

– A dziewczyny? Co z nimi? Idą z nami, czy nie? – Mirek zerknął niepewnie w stronę sąsiedniej szatni.

– Jasne, już z nimi rozmawiałem! – Zbyszek pewnym tonem uspokoił kolegów. – Idą wszystkie, tylko nie wiemy, czy czekać jeszcze na Beatę i Mariolkę, bo jak wiecie, panowie one wiecznie się spóźniają.

– Poczekajmy jeszcze trochę, nie możemy się rozdzielać! – Grzegorz usiadł na ławeczce pod wieszakami. – Co to będzie, jak my zwiejemy, a one same pójdą na chemię?

– He-he, będą żałowały, to pewne!

– Nie, nie możemy czekać, to zbyt ryzykowne, dochodzi ósma, szatnię zaraz zamkną, szkołę też. Pójdziemy drogą przez park, wtedy je spotkamy i zgarniemy do paczki! – zdecydował Jacek.

– A jeśli nie zechcą z nami pójść? – Adam powątpiewająco spojrzał na kumpli.

– Z całą klasą? Niemożliwe! Ustalaliśmy to już od kilku dni. Muszą iść! – zawyrokował Andrzej i pierwszy ruszył w stronę szatni dziewczyn. Inni za nim. Biegli pospiesznie, dziewczyny dołączyły błyskawicznie i odtąd poruszali się już razem, ostrożnie, przebiegli gęsiego przez boczne drzwi, najpierw pod murami szkolnymi, potem przez podwórko pobliskiego przedszkola, aż do ogrodzenia z siatki, wybiegli na rozległe pola. Kasia pamiętała, jak zimno było jej w dłonie. Pomimo dodatniej temperatury i marcowego słońca, nadal czuło się przeszywający chłód, szczególnie że silnie wiał lodowaty wiatr.

Gnali jak szaleni, szczęśliwi, wolni, beztroscy. Po drodze istotnie dołączyły do nich dwie spóźnialskie koleżanki i całą klasą, już w komplecie, dotarli dość szybko do położonego jakieś dwa kilometry od szkoły, na obrzeżach miasta, rozległego, starego parku z ruinami dawnych osiedli robotniczych. Park był piękny, cichy i spokojny o tej porze roku. Zimno dawało im się już porządnie we znaki. Dziewczyny skulone siedziały na polance, z dala od rozwrzeszczanych chłopaków, rozmawiając półszeptem. Nagle usłyszały znajomy odgłos trzaskających drewienek.

– Zwariowaliście?! Jesteśmy w parku! W leśnym parku, tu wszędzie są drzewa! – krzyczała karcąco Wanda, ale mało kto zwracał na nią uwagę, szybko cała grupa chętnie rozsiadła się dookoła ogniska, rozpalonego pospiesznie przez chłopaków. Sucha ściółka doskonale się paliła.

Po jakichś piętnastu minutach grupa znowu rozeszła się po okolicznych polankach. Rozmawiali o codziennych sprawach, umawiali się na polekcyjne spotkania w kolejnych dniach. Przy ognisku zostali tylko chłopcy. Minęło może najwyżej pół godziny. Nie wiadomo, kto pierwszy z nich zaczął nagle rozpaczliwie wołać „Pali się, pali się!”. Dziewczyny przerażone gnały do nich, ale nagle stanęły, jak wryte, bo oto ich oczom ukazał się przerażający widok: wszystko wokół polanki, na której rozpalono ognisko, zajęte było przez ogromne płomienie: drzewa, krzaki, cała ściółka płonęła, jak pochodnia. Wiatr błyskawicznie popędził dalej wielkie ogniste jęzory, zajmując kolejne połacie wysuszonego po zimie parku.

Młodzież rozpierzchła się w popłochu po okolicznych polankach, zdejmowali w pośpiechu kurtki, grzebali dłońmi zmarzniętą ziemię, próbując wydobyć jej jak najwięcej, aby przysypać ogień. Na próżno: żywioł był zbyt silny, w czym pomagał mu porywisty wiatr. Wrzeszczeli rozpaczliwie, rzucali na płomienie polane wodą i oranżadą swetry i szaliki, ale nie mogli pokonać pożaru. Po mniej więcej dwudziestu minutach walki z żywiołem, który trawił wszystko mimo zmarznięcia, zrozumieli, że nie dadzą rady. Zaczęli gnać przed siebie, na oślep, byle dalej stąd. W histerycznym obłędzie krzyczeli, wzywali pomocy, wiedząc doskonale, że w tej głuszy nikt ich nie usłyszy, nikt nie uratuje. Pędzili przez park na przełaj, całkowicie zdezorientowani, szukając w kłębach dymu swych niewyraźnych sylwetek. Dostrzegli jakąś wąską dróżkę i biegli nią, jedni za drugimi, ubrudzeni ziemią, opaleni przez płomienie, a za nimi pędził oszalały żywioł, trzebiąc piękny, stary park.

Kasia opadła zmęczona na kolana. Kartki wypadły z jej dłoni. Nie miała siły znowu tego przeżywać. Jednak nie potrafiła zwalczyć nawału wspomnień. Ponownie zobaczyła przed załzawionymi oczami swoją dawną klasę szkolną.

Stali skruszeni przed dyrekcją szkoły. Był 28 marca, siąpił lodowaty deszcz, a oni, zszokowani ostatnimi wydarzeniami, w czarnych strojach, opłakiwali właśnie kolegę. Od tamtego feralnego pierwszego dnia wiosny minął tydzień, ale nadal grzmiały na jego temat media, mówili oburzeni mieszkańcy miasteczka, opowiadały zatrwożone dzieci. W ruinach starych baraków w spalonym parku strażacy znaleźli zwęglone kości starego, bezdomnego kloszarda, zaś w drugiej części młodego lasku, przy leśnej dróżce, spłonęły żywcem zwierzęta, umieszczone tam w klatkach, atrakcja miejscowego parku, takie „mini ZOO”, dziki, kozy, sarny, trochę muflonów i pawi… Doglądano je tam i karmiono dość rzadko (stąd przybywające tam często masy szczurów, plaga opisywana już nawet w mediach, problem roztrząsany przez Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami, skutkujący zbyt późno wydanym nakazem likwidacji klatek), ale miejscowe dzieci lubiły się czasami przyglądać tym zwierzętom i rzucać im obierki albo trawę. Teraz całe miasto było wstrząśnięte potwornym zdarzeniem.

A winowajcy tej tragedii pozostawali nadal bezkarni. Klasa umówiła się po powrocie do domów, że niczego nie widzieli i że odtąd mają zawsze kłamać, że byli wtedy na wagarach na placu zabaw pod zamkniętym przedszkolem, w drugiej części miasta i tylko potem słyszeli syreny strażackie i widzieli z oddali dym. Przestraszeni, w przekonaniu, że ktoś może ich nakryć, mieli biec do domów, upadając przy tym i niszcząc sobie ubrania oraz brudząc twarze i dłonie. Nie ponieśli zatem nigdy kary ani oni, ani ich rodzice. Czuli się podle i wiedzieli podświadomie, że ta historia będzie jeszcze mieć swój dalszy ciąg. Jednak to nie było dla nich największą tragedią.

Kiedy wówczas, 21 marca, wrócili do domów, zaczęli z niepokojem nawzajem wypytywać siebie o to, czy wszyscy są cali i zdrowi. Biegali od domu do domu, ale niestety nie zastali całej swej paczki. Strażak z ochotniczego zastępu miejskiego, syn miejscowego komendanta straży, świetnie zbudowany i wysportowany Romek, przepadł bez śladu. Dopiero wieczorem całe miasteczko obiegła przerażająca wieść: podczas gaszenia pożaru znaleziono jego zwęglone zwłoki przy polance z ogniskiem. Klasa była wstrząśnięta: przecież mogliby przysiąc, że wtedy, kiedy tak spanikowali i zaczęli uciekać, wszyscy wybiegli z tej części parku i pędzili przed siebie.

Każdy próbował przypomnieć sobie, czy widział wśród uciekających obok siebie Romka, ale nikt go nie pamiętał, byli zresztą tak potwornie przerażeni, że nie potrafili przypomnieć sobie zbyt dużo. Śmierć kolegi wstrząsnęła całą klasą, ten pogrzeb uświadomił im po raz pierwszy, co tak naprawdę zrobili. Nauczyciele widzieli ich szczerą boleść, kary za wagarowanie nie były więc zbyt surowe, ale to im nie zwróciło kolegi ani spokoju sumienia. Milicja wszczęła szczegółowe dochodzenie i w ramach zbierania dowodów i zeznań nakazała polonistce podyktowanie im klasówki na temat spędzenia tego dnia, aby poznać jak najwięcej szczegółów, ale oni, przerażeni tym, co się stało, dalej uparcie pisali wymyślone historie o rzekomym wagarowaniu przy przedszkolnych huśtawkach. Zbyszek wpadł na pomysł, aby powtarzać również kłamstwo o tajemniczym zniknięciu Romka i to zaraz po klasowej ucieczce. Ostatecznie uznano więc, że to młody strażak wzniecił pożar, którego padł ofiarą, próbując gasić szalejący żywioł. 

Kaśka przeglądała z niepokojem kolejne papiery, jakie wpadły w jej ręce. Nekrolog Mariusza był zaraz po nekrologu Romana. Rok po feralnym dniu wagarowicza i po pogrzebie Romka-Strażaka, ich klasowy miłośnik wschodnich sztuk walki, marzący zawsze o wyjeździe do Hongkongu, ojczyzny Bruce'a Lee i zbierający każdy grosz na tę nierealną w owych czasach podróż, nieoczekiwanie powiesił się w swoim pokoju. Kasia nigdy nie zapomni widoku jego sinych rąk i sczerniałych paznokci, kiedy leżał w trumnie, całkiem niepodobny do siebie.

Kiedy Mariusz zmarł, byli już w innych klasach i w innych szkołach. Mimo to wszyscy solidarnie przyjechali na pogrzeb, szczególnie że przypadała też rocznica śmierci Romka. Zauważyli z daleka jego przybitych, posiwiałych rodziców – przez ten rok, najtrudniejszy w ich życiu, przybyło im chyba ze dwadzieścia lat. Młodzi nie śmieli nawet podejść do nich, kiedy płakali nad grobem Romana. Dopiero po ich odejściu odważyli się tam przyjść. Wtedy po raz pierwszy rudowłosa Agata powiedziała półszeptem:

– Romek był pierwszy, teraz Mariusz jest kolejny. Wszystkich nas to czeka, śmierć! Zwierzęta mszczą się na swoich oprawcach!

– Aga, zamknij ryja, jesteś naćpana, czy jak?! – Wkurzona Jolka naskoczyła na nią. – Więcej szacunku dla zmarłych, chora wariatko!

– Wspomnisz jeszcze moje słowa, zobaczysz, wszyscy wkrótce zginiemy, skonamy w męczarniach, jak oni! – zasyczała złowrogo Agata i odeszła.

Klasa była pogrążona w odrętwieniu i dziwnym smutku. Faktycznie dwie śmierci tak szybko następujące po sobie młodych ludzi mogły przestraszyć, ale wtedy jeszcze nie myśleli o tym w ten sposób. Ot, wypadki, jakich wszędzie pełno. Wrócili do siebie całkiem przybici nie tyle ich niepewnym losem, ile tragiczną śmiercią wspaniałego kumpla. Kasia potem wyjechała do liceum do sąsiedniego województwa, zrywając kontakty prawie ze wszystkimi znajomymi z dawnej podstawówki i tylko od mamy słyszała o kolejnych tajemniczych zgonach: Adam został śmiertelnie ukąszony podczas grzybobrania w lesie przez zygzakowatą żmiję – jak na wytrawnego grzybiarza było to dość niezwykłe, zwłaszcza, że… stało się to w marcu! Kilka miesięcy później Grzegorz, po użądleniu przez pszczołę podczas wycieczki, zapadł w śpiączkę i leżał nieprzytomny kilka tygodni, po czym zmarł… 22 marca.

Kasia uniosła brwi ze zdumienia i zaczęła nerwowo przeglądać zgromadzone papiery, które wysypywały się lawinowo z wielkiego tekturowego pudła. Zapiski, notatki, kartki z kalendarzy, wreszcie, same nekrologi. Jej koledzy i koleżanki z byłej klasy stawali się ofiarami dziwnych przypadków i tragicznych wydarzeń, ale wszyscy umierali w okolicach 21 marca, czyli w kolejne rocznice owego nieszczęsnego, pierwszego dnia wiosny! Gorączkowo zaczęła liczyć na palcach, ile to już lat minęło. Wypadło jej 29. Policzyła zapiski o pogrzebach swoich znajomych z klas. Było ich równo trzydziestu, razem z pogrzebem Romka w samym roku tragedii!

– Ile nas wtedy było? Ile nas było w tamtej klasie w czasie dnia wagarowicza? – Myślała i trzęsącymi się rękami poszukiwała zapisków o stanie liczebnym klasy sprzed trzydziestu lat. Nie znalazła go jednak, więc zaczęła układać zgromadzone na podłodze zapiski o pochowanych na cmentarzu kolegach i koleżankach alfabetycznie, według ich nazwisk sprzed lat, jednak na próżno, nie mogła sobie niestety dokładnie odtworzyć w pamięci całej listy, wyczytywanej wówczas codziennie z dziennika szkolnego, bo część dziewczyn zmieniła nazwiska. Załamana przypomniała sobie złowieszcze słowa Agaty, wygłoszone tyle lat temu nad grobami Mariusza i Romka.

– A… jeśli pozostałam już tylko ja jedna?… 21 marca jest zaledwie za kilka dni. Co ja mam robić? Czy faktycznie nad naszą klasą zawisło jakieś fatum? Czy to w ogóle jest możliwe? Czy zwierzęta mogą tak okrutnie mścić się po latach na swych oprawcach? Przecież to czysta bzdura! Z drugiej jednak strony, czy to normalne, aby w ciągu trzydziestu lat zmarła prawie cała klasa z jednego tylko rocznika? Nie, to nie może być przypadek.

Kobieta nerwowo przeczesywała znowu papiery sprzed dziesięcioleci w nadziei, że coś tam znajdzie. Szczegółowe informacje o śmierci kolegów i koleżanek jeszcze spotęgowały jej przerażenie. Ania zmarła na wczasach za granicą, pogryziona przez zarażone jakimś tajemniczym wirusem komary tropikalne. Grażyna wypiła nasłoneczniony sok ze sfermentowanych wskutek wyjątkowego upału owoców z zanurzonymi weń, skuszonymi słodką wonią, żądlącymi owadami i w męczarniach skonała na oczach swych dzieci we własnym ogrodzie, nieopodal domu. Beata zginęła pod kołami tira tuż przed swoją willą, zszokowany kierowca podobno zauważył dziwaczną i wyjątkowo dużą ćmę na przedniej szybie swego wozu, zapatrzył się na tego owada i niespodziewanie uderzył w przechodzącą przed jego wozem dziewczynę.

Mariolka przedawkowała leki uspokajające, znalezioną ją całą napuchniętą, Michał dostał ataku serca po powikłaniach pogrypowych, zaś Kuba wpadł w chorobę alkoholową, zostawił rodzinę, żonę, dzieci i z nowotworem żołądka męczył się jeszcze kilka lat, umierając w samotności w opustoszałym domu. Zmarł 24 marca, czyli w rocznicę tamtych wydarzeń, jak i pozostali. Wanda najdłużej utrzymywała kontakt korespondencyjny z Kasią, ale i ona nieoczekiwanie zamilkła kilka lat temu. Mama Kasi powiadomiła ją, że koleżanka utonęła w pobliskim jeziorze, nieopodal starego parku, który tak doszczętnie niegdyś zniszczyli. Mirek też opuścił ten świat tragicznie, podobno popadł w tarapaty finansowe, żona go opuściła i uciekła z kochankiem, szukał jej długo, wreszcie skłonił do powrotu, ale tamten facet, zazdrosny o kobietę, odnalazł ich, napadł Mirka ze swoją bandą zwyrodnialców na ulicy wieczorem, pobili go do nieprzytomności i powiesili rozkrzyżowanego na okratowanych drzwiach w zapomnianym i dawno już zamkniętym sklepie spożywczym, położonym na skraju parku. Znaleziono jego skostniałe z zimna i pokąsane przez szczury ciało dopiero nazajutrz, a było to 20 marca.

Kasia opadła bezsilna na podłogę, położyła się na niej i zaczęła cicho łkać.

– Co myśmy zrobili? Co myśmy zrobili? – Powtarzała z przerażeniem, jakby dopiero teraz uświadomiła sobie ogrom zniszczeń i nieszczęść, jakie wtedy, przez ich szczeniackie zachowanie, spadły na odżywający z wolna po zimie, piękny stary park. Myślała o zwęglonych zwierzętach, drzewach, krzewach, małych owadach i spalonych doszczętnie zagajnikach, o zwierzętach zamkniętych w klatkach, bezskutecznie próbujących się uwolnić, wreszcie o spalonym kloszardzie i Romku.

Zasnęła znużona na podłodze, wśród sterty niepoukładanych nadal papierów. Nazajutrz miały przyjechać dzieci z Jarkiem i wszyscy, całą rodziną, planowali wymarzony wakacyjny wyjazd nad morze. Czekali nań od dawna, cały program wypadu zapowiadał się wspaniale. Śpiąc, kobieta nie zdawała sobie sprawy, że znalezione wczoraj na podłodze poddasza trzy olbrzymie, martwe szerszenie nie wpadły (jak przypuszczała) przez otwarte okno z pobliskiego sadu, a nad jej głową, ponad sufitem, już jesienią ubiegłego roku, w ocieplającej poddasze wacie izolacyjnej powstało ogromne gniazdo wielkiego roju szerszeni. Owady po przezimowaniu tylko czekały na sposobny moment, aby móc się wydostać do pachnących owocami i kwiatami doniczkowymi pomieszczeń dzieci i ich rodziców.

Kasia spała, a przez wygryzione otwory wokół lampek w podwieszanym suficie szerszenie wydostawały się na zewnątrz, do pokoju, krążąc złowrogo nad nią. Było ich coraz więcej. Siadały na ciele, wchodziły we włosy. Pierwszy dzień wiosny zbliżał się nieuchronnie…

Koniec

Komentarze

Hej! 

Na wstępie uprzedzam przed nie obawianiem się długich uwag – to normalne tutaj!

 

Zawsze od jego roześmianych błękitnych oczu, z długimi jak u dziewczyny rzęsami, zaczynała przypominanie sobie całej jego pięknej twarzy.

→ W tekście jest trochę zaimków, nieco zbyt blisko umiejscowionych blisko siebie, konkretnie w jednym zdaniu. 

 

– Wy…wypadek? –trudem wykrztusiła Kasia.

Z trudem wykrztusiła Kasia.

 

– Nie, nie, nie o to chodzi… – szybko odparła słabym głosem Grażyna.

Szybko odparła słabym głosem Grażyna, bądź po prostu:

→ odparła słabym głosem Grażyna – to wydaje mi się lepszą opcją. 

 

Dla nich, od całej naszej klasy. Składamy się po 20 złotych.

→ A cyferki to słownie w tekście – dwadzieścia. 

 

Podobno zemdlała, matka z trudem docuciła ją i zapłaciła koleżankom składkę na wieńce, a one szybko wyszły.

→ W opowiadaniu czasami odczuwałem, że zamiast przecinka, powinna być kropka. 

 

Z przecinkiem, widziałbym coś w stylu: 

Podobno zemdlała, a matka z trudem docuciła ją…. 

 

W kolejnym roku mama wysłała do niej telegram, że zmarła na raka jej koleżanka, która powiadomiła o pogrzebie kolegów – śliczna, czarnooka Basia.

→ Początkowo odczytałem to jako, że to zmarła matka wysyła telegram, dopóki końca zdania nie doczytałem. Lepiej brzmiałoby to, gdyby przestawić szyk na:

…że jej koleżanka zmarła na raka… 

 

Siedząc teraz nad pudłami, ukryła w dłoniach.

→ Ale tajemniczo coś… chodziło o ukryła twarz w dłoniach ;)? 

 

Oczywiście wiedziała, co kryło się pod tą feralna datą.

→ literówka, “ą”. 

 

– Eee…, musi być coś ciepłego w termosie! – inaczej ja nie idę! – gruby Michał założył ręce i stanął w rozkroku, tarasując drzwi szatni.

→ Pomarudziłbym też na nadużywanie tych myślników – niezbyt wiem dlaczego taka forma. Bez myślników lepiej, zwłaszcza w dialogach. 

 

 

– Jasne, już z nimi rozmawiałem! – Zbyszek pewnym tonem uspokoił kolegów. – Idą wszystkie, tylko nie wiemy, czy czekać jeszcze na Beatę i Mariolkę, bo – jak wiecie, panowie – one wiecznie się spóźniają.

-> Tu tak samo. 

 

– Wspomnisz jeszcze moje słowa, zobaczysz – wszyscy wkrótce zginiemy, skonamy w męczarniach, jak oni! – zasyczała złowrogo Agata i odeszła.

 

→ Zdecydowanie myślnik lepiej wywalić i zastąpić go wykrzyknikiem. 

 

Faktycznie dwie śmierci tak szybko następujące po sobie tak młodych ludzi mogły przestraszyć, ale wtedy jeszcze o tym tak nie myśleli.

→ Powtórzenia. Pierwsze tak można zostawić, bo akcentuje to sytuację, ale drugie do wywalenia, a trzeci do zastąpienia:

… ale wtedy jeszcze nie myśleli o tym w ten sposób.

Chociażby… 

 

Adam został śmiertelnie ukąszony podczas grzybobrania w lesie przez zygzakowatą żmiję – jak na wytrawnego grzybiarza było to dość niezwykłe, zwłaszcza, że…. stało się w marcu!

 

 

 

→ Czegoś brakuje:

Stało się to w marcu!

 

Śpiąc(,+) kobieta nie zdawała sobie sprawy, że znalezione wczoraj na podłodze poddasza trzy olbrzymie, martwe szerszenie nie wpadły.

→ Przecineczek. 

 

Kasia spała na razie, a przez wygryzione otwory wokół lampek w podwieszanym suficie szerszenie wydostawały się na zewnątrz, do pokoju, krążąc złowrogo nad nią.

→ Wywaliłbym zdecydowanie. 

 

 

No trochę długaśny komentarz mi coś wyszedł. 

Ale nie będę wiecznie marudzić! Zamykając temat technikaliów – dialogi dla mnie są do podszlifowania. Momentami piszesz je dobrze, momentami coś szwankuje. 

Co do fabuły – tak nostalgicznie z początku. Wspominki szkolnej miłości, zdjęcia itd. Tak myślałem, że to na tym się skończy, ale jednak fabuła pchnęła do przodu. Ten motyw z mordowaniem znajomych bardzo skojarzył mi się z filmem – Oszukać przeznaczenie, jeśli już mowa o filmowych horrorach ;) W sumie ten tytuł też by tu pasował, choć zakończenie niezbyt optymistyczne. Druga połowa opowiadania więc bardziej przypadła mi do gustu. Motyw kary za nieprzyznanie się do winy nawet niezły, chociaż jaką moc mają duchy zwierząt na taki los tych ludzi? Nie mam pojęcia, bohaterowie też nie wiedzieli :p Może i lepiej nie wiedzieć. 

Strach się bać teraz, bo wagary lekko mówiąc nie były mi obce, a w połączeniu z moim nickiem… ło matko! Zwiewam ;p 

 

 

 

 

 

 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O - Chada

wink NearDeath, super, wielkie dzięki, że poświęciłeś czas, faktycznie mam pewne “odchyły” co do długości zdań i masy myślników. 

Cieszy mnie takie drobiazgowe “rozbicie na czynniki pierwsze”, bo daje sporo do myślenia. :)

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Cześć!

Co się stało!? Klikam, a tu nie ma!? ND, to Twoja sprawka…? ;-)

bruce, jeżeli wprowadzasz zmiany, to napisz, czy kolejkować (i kiedy wrócić?).

Pozdrawiam!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Krar85, witaj i dziękuję, trochę się zagalopowałam z tymi zamieszczeniami, zamiast najpierw na spokojnie zaznajomić się z Portalem i Regulaminem dla nowicjuszy. 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Dołączam się do pytania krara. Czy coś tu się jeszcze pojawi? Akurat wrzuciłaś, bruce, opowiadanie w dzień mojego i krara dyżuru, więc jesteśmy zwarci i gotowi do lektury. :)

Silva, dziękuję, ja wiem, trochę się pospieszyłam, a tak nie powinnam; urzeczona tym Portalem chłonęłam go zbyt szybko. :)

Poczytam wstęp dla nowicjuszy, aby wiedzieć, “co-jak-(i)-gdzie?” i wstawię znowu. :)

Pozdrawiam serdecznie. 

Edit:

NearDeath, raz jeszcze bardzo dziękuję za komentarze i bardzo życzliwe uwagi, wszystkie wzięłam sobie poważne do serca, jeszcze postaram się to lepiej ogarnąć, przepraszam za tak późne poprawienie wedle Twoich wskazówek, lecz nie miałam pojęcia, że mogę. 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Hej Bruce!

 

Widzę, że masz problem z justowaniem tekstu.

Spróbuj to poprawić – kilka kliknięć powinno załatwić sprawę, a to nieźle wpływa na estetykę / odbiór :)

 

– Idziemy pieszo, przez pola, tak będzie najszybciej!- Wołał mały Kuba z rozczochraną wiecznie czupryną.

– Baba! – Wrzasnął Romek, a inni zaczęli się śmiać, wyjąc, jak małpy w zoo.

– Zwariowaliście?! Jesteśmy w parku! W leśnym parku, tu wszędzie są drzewa!- Wrzasnęła karcąco Wanda,

Gdzieniegdzie nieco leży zapis dialogów.

 

Eee…, musi być coś ciepłego w termosie! Inaczej ja nie idę! – gruby Michał założył ręce i stanął w rozkroku, tarasując drzwi szatni.

Gdzieniegdzie interpunkcja (oraz zapis dialogów również).

 

 

Na próżno: żywioł był zbyt silny, w czym pomagał mu porywisty wiatr. Wrzeszczeli rozpaczliwie, rzucali na płomienie polane wodą i oranżadą swetry i szaliki, ale nie mogli pokonać pożaru. Po jakiejś godzinie walki z żywiołem zrozumieli, że nie dadzą rady.

Ok. Przy porywistym wietrze i warunkach pożarowych po 10 minutach nie byłoby co zbierać, a Ty piszesz o godzinnej walce dzieciaków. Wg mnie taka godzina to zdecydowanie zbyt wiele jak na możliwości “nie-fachowców”.

 

 

Kasia uniosła brwi ze zdumienia i zaczęła nerwowo przeglądać zgromadzone papiery, które wysypywały się lawinowo z wielkiego tekturowego pudła. Zapiski, notatki, kartki z kalendarzy, wreszcie, same nekrologi. Jej koledzy i koleżanki z byłej klasy stawali się ofiarami dziwnych przypadków i tragicznych wydarzeń, ale wszyscy umierali w okolicach 21 marca, czyli w kolejne rocznice owego nieszczęsnego, pierwszego dnia wiosny!

Z drugiej jednak strony, czy to normalne, aby w ciągu 30 lat zmarła prawie cała klasa z jednego tylko rocznika? Nie, to nie może być przypadek.

Zmarł też 21 marca, jak i pozostali.

To również ciężko mi kupić, że dopiero teraz – po tylu latach i tylu ofiarach – zwróciła na to uwagę. I ona, i całe otoczenie tej klasy. Takiego “przypadku” nie sposób zignorować.

 

 

Ale do rzeczy.

Co ciekawa, wbrew powyższym uwagom, opowiadanie mi się podobało :)

Co prawda pozmieniałbym to nieco (zwłaszcza ten nieszczęsny 21 marca, co roku, od 30 lat i nikogo to nie zastanowiło).

Niemniej jednak sam łapię się na tym, że nostalgicznie wspominam stare, dobre czasy (haa! gdy jeszcze zespół Bastion (dzięki Steefanie K.) trząsł wrocławskimi klubami, jak Łykend, itd :D).

Nie, żebym miał jakiekolwiek powody do narzekań obecnie, ale te wspominki mnie kupiły :)

Kojarzą mi się ze mną ;)

 

Silvan, dziękuję bardzo, oczywiście, masz rację.

Czytając Wasze teksty, jestem pod wielkim wrażeniem, zdając sobie doskonale sprawę z wielu moich niedociągnięć.

Dziękuję, pozdrawiam Cię serdecznie, miłego dnia. :)

 

Pecunia non olet

Cieszę się, że uznałaś moje uwagi (początkującego) za przydatne :) Niedociągnięcia mają wszyscy, bez wyjątku. A to fajne, wiesz? Bo pokazuje, że: 1. Wszyscy jesteśmy ludźmi i każdy z nas może się mylić. 2. Każdy z nas może jednak osiągnąć poziom, gdzie tych niedociągnięć jest niewiele. Pzdr :)

Silvan:

Cieszę się, że uznałaś moje uwagi (początkującego) za przydatne :) Niedociągnięcia mają wszyscy, bez wyjątku. A to fajne, wiesz? Bo pokazuje, że: 1. Wszyscy jesteśmy ludźmi i każdy z nas może się mylić. 2. Każdy z nas może jednak osiągnąć poziom, gdzie tych niedociągnięć jest niewiele. Pzdr :)

Hej.

Raz jeszcze za wszystkie uwagi dziękuję. Ważne jest dla mnie, aby tekst trafił do Czytelnika, a nie – w próżnię, dlatego z pokorą przyjmuję każdą korektę i jestem za nią wdzięczna. :)

Zgadzam się z Tobą całkowicie. Errare humanum est, każdy z nas jest tylko człowiekiem, zatem pomyłki, to ludzka rzecz, jasne. :)

Nauka zawsze jest podstawą, nie ma ludzi wszystko wiedzących. :)

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Skoro opko się już pojawiło, to zjawiam się z dyżurną lekturą i komentarzem. :)

Podobał mi się cały zamysł i faktycznie, trochę to wszystko przypomina “Oszukać przeznaczenie”. Jednak nie ujmuje to opowiadaniu, bo tutaj przynajmniej jest jakiś logiczna przyczyna śmierci (domniemana zemsta duchów zwierząt) niż banalne “los tak chciał”. Dobry jest też zabieg z pozornie niewinnym, nostalgicznym rozpoczęciem opowieści, by potem robiło się coraz bardziej niepokojąco i dramatycznie, choć moim zdaniem, ten efekt można było jeszcze bardziej podkręcić – bo obecnie jest zauważalny, ale nie daje “po głowie” aż tak, jak by mógł.

Osobiście też uważam – zaznaczam, że to tylko moje odczucia, nie żadna wyrocznia :) – że zakończenie byłoby mocniejsze, gdyby to już był feralny dzień, a bohaterka ze zgrozą uświadomiłaby sobie, że coś się zaczyna dziać.

Warsztatowo jest całkiem ładnie, choć nie ukrywam, że dość często potykałam się na różnych drobiazgach. I to dość nietypowych – czasem stosujesz określenia niezbyt pasujące do kontekstu, albo stosujesz zabiegi fabularne, które trochę ciężko przełknąć. Dodatkowo często kuleje zapis myśli i dialogów, gdzieś był poradnik do tego, jak znajdę, to podlinkuję.

Nie jestem w stanie kupić faktu, że nikt nie powiązał wagarowiczów z pożarem. Wskazuje na nich wszystko: bliskość spalonego parku względem szkoły, ich nieobecność na zajęciach tego dnia, a w końcu fakt, że jeden z klasowiczów padł ofiarą pożaru, i to zaraz przy ognisku będącym zaczątkiem pożaru! Zamiast zabrać ich na przesłuchanie, policja (czy właściwie milicja) każe nauczycielce, aby poleciła im pisać sprawozdanie?? Wiem, że opisywane czasy są niedzisiejsze, ale nie jestem w stanie w to uwierzyć.

Trochę też mi zgrzytnęło, że narracja przedstawia wydarzenia jako wspomnienia bohaterki, gdy tak naprawdę w opisie dnia pożaru mamy do czynienia z narratorem wszechwiedzącym (opis zdarzeń w szatni chłopców).

Miała zawsze makabryczny zwyczaj chomikowania szpargałów, z którymi była związana emocjonalnie

Przykład niepasujących określeń, o których wspominałam. “Makabryczne” mogłoby być kolekcjonowanie np. odciętych palców, ale nie zwykłych papierów.

z którymi była związana emocjonalnie i za żadne skarby świata nie chciała się z nimi rozstawać. Jednak ostatnie wydarzenia rozchwiały ją emocjonalnie do tego stopnia

Powtórzonko.

A zatem przeglądała, pospiesznie przerzucając, stare zeszyty z ostatnich lat podstawówki.

Coś mi tu nie gra, mam wrażenie, że trochę masło maślane – przeglądać i przerzucać.

świetnie wysportowanego Zbyszka

A czy można być kiepsko wysportowanym? “Świetnie” tutaj niepotrzebne.

stojącego w drugim rzędzie na fotografii, zrobionej – jak zawsze – na szkolnym boisku w ósmej klasie.

Rozumiem, że “jak zawsze” odnosi się do miejsca wykonania fotografii, aczkolwiek tak to brzmi, jakby zawsze robili sobie zdjęcie w ósmej klasie.

kiedy rozległ się przeraźliwy dzwonek do drzwi.

Czemu przeraźliwy? To był dzwonek do domu, i o ile nie był zawsze przeraźliwy, to trochę dziwne, aby jego dźwięk zależał od poziomu powagi sytuacji, z jaką przychodzą goście.

Na szczęście nie było już żadnych śladów po zimie, która odeszła bezpowrotnie.

Osobliwie sformułowanie biorąc pod uwagę fakt, że zima wraca co roku.

„mini ZOO”, dziki, kozy, sarny, trochę muflonów i pawi… Doglądano ich tam i karmiono dość rzadko

Jak można “dość rzadko” doglądać zwierząt w ZOO?? Nie było tam żadnego dozorcy, opiekuna, nikogo?

Grażyna wypiła sok z trucizną ze sfermentowanych owoców i w męczarniach skonała

Dezorientuje mnie to zdanie. Od wypicia soku z zepsutych owoców nikt by chyba nie umarł (poza tym zorientowałby się, że były zepsute). Co innego, gdyby w soku znalazły się “przypadkiem” trujące owoce (zebrane nieopatrznie wilcze jagódki, na przykład?).

Witaj, Silvo. :)

Bardzo mi miło, że odwiedziłaś moje skromne progi. :)

Serdeczne dzięki za sugestie oraz przemyślenia, pochylę się nad nimi z pokorą i należną uwagą.

Pozdrawiam ciepło. :)

Pecunia non olet

Cieszę się, że moje uwagi mogą się przydać. :)

O, tak, Silvo, są bardzo przydatne; poznając Wasz Portal uczę się z przyjemnością wielu rzeczy, poznaję tajniki pisania i unikania kardynalnych błędów, jakich popełniam mnóstwo. :)

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Bruce, dostrzegam tu pomysł, jednakowoż mam wrażenie, że nie został zaprezentowany zbyt wiarygodnie. Trudno pogodzić mi się z Twoją sugestią, że to zemsta duchów zwierząt, bo jeszcze trudniej uwierzyć mi w to, że w parku istniało takie barbarzyńskie ZOO – to jego twórcy powinni być ukarani.

Nie wierzę, że nikt nie skojarzył pożaru z wagarującymi nastolatkami – przecież oni wrócili do domu brudni, osmaleni, a ich garderoba była albo zdekompletowana, albo zniszczona w stopniu pozwalającym łatwo się domyślić powodu zniszczenia.

Nad Pierwszym dniem wiosny unosi się lekka aura niepokojącej, tajemniczej i trudnej do wytłumaczenia serii zgonów, ale nie dostrzegłam w opowiadaniu choćby odrobiny czegoś, o czym można by powiedzieć, że to science fiction.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

sie­bie z sza­lo­ną blond grzyw­ką na czole… ―> Zbędne dopowiedzenie – czy można mieć grzywkę w innym miejscu? Na czym polegało szaleństwo grzywki?

 

swoją pierw­szą szkol­ną mi­łość – wy­so­kie­go od niej o głowę… –> Chyba miało być: …swoją pierw­szą szkol­ną mi­łość – wyższego od niej o głowę

 

 – Zby­szek i An­drzej … oni… wiesz… oni… mieli wy­pa­dek… ―> Zbędna spacja przed pierwszym wielokropkiem.

 

– Wy…wy­pa­dek? –> Brak spacji po wielokropku.

 

Wiesz… my zbie­ra­my pie­nią­dze na … na… wień­ce. ―> Zbędna spacja przed drugim wielokropkiem.

 

– Idzie­my pie­szo, przez pola!- wołał mały Kuba… ―> Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

 

do­cho­dzi ósma, szat­nie zaraz za­mkną… ―> Literówka.

 

Gnali jak sza­le­ni przed sie­bie… ―> Zbędne dopowiedzenie – czy istniała możliwość, aby gnali za siebie?

 

tu wszę­dzie są drze­wa!- krzy­cza­ła… ―> Brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

 

Mi­nę­ło może naj­wy­żej z pół go­dzi­ny. ―> Albo: Mi­nę­ło może pół go­dzi­ny. Albo: Minęło najwyżej pół godziny.

 

za­ję­te było przez ogrom­ne pło­mie­nie ognia… ―> Masło maślane – płomienie to ogień.

Wystarczy: …zajęte było przez ogromne płonienie

 

takie „mini ZOO”, dziki, kozy, sarny, trochę muflonów i pawi… Doglądano ich tam i karmiono dość rzadko… ―> Doglądano je tam i karmiono dość rzadko

Nie mogę w to uwierzyć – jak można zamknąć zwierzęta w klatkach i nie doglądać ich, nie karmić… Nie wierzę, aby komukolwiek sprawiało przyjemność oglądanie uwięzionych, zmaltretowanych i głodnych zwierząt! I co na to Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami – czy nikt ich nie zawiadomił, że w parku dokonuje się przestępstwo?!

 

było to dość nie­zwy­kłe, zwłasz­cza, że…. ―> Zbędna czwarta kropka – wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

Go­rącz­ko­wo za­czę­ła li­czyć na dło­niach… ―> Liczyła na dłoniach, czy może raczej: Za­czę­ła gorączkowo li­czyć na palcach

 

Było ich równo 30… ―> Było ich równo trzydzieści

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Ilu nas wtedy było? Ilu nas było w tam­tej kla­sie w cza­sie dnia wa­ga­ro­wi­cza? ―> Masło maślane – dzień to czas. Piszesz o klasie koedukacyjnej, więc: Ile nas wtedy było? Ile nas było w tam­tej kla­sie w dniu wa­ga­ro­wi­cza?

 

 …o sta­nie li­czeb­nym klasy sprzed 30 lat. ―> …o sta­nie li­czeb­nym klasy sprzed trzydziestu lat.

 

aby w ciągu 30 lat… ―> …aby w ciągu trzydziestu lat

 

Gra­ży­na wy­pi­ła sok ze sfer­men­to­wa­nych owo­ców… ―> Czy dobrze rozumiem, że Grażyna wypiła wino owocowe? Bo nie wydaje mi się, aby ktoś pił zepsuty sok.

 

Po­wta­rza­ła sobie z prze­ra­że­niem, jakby do­pie­ro teraz uświa­do­mi­ła sobie ogrom… ―> Czy pierwszy zaimek jest niezbędny?

 

spa­lo­nych do­szczęt­nie mło­dych za­gaj­ni­kach… ―> Masło maślane – zagajnik jest młody z definicji.

 

Owady po prze­zi­mo­wa­niu tylko cze­ka­ły na spo­sob­ny mo­ment, aby móc się wy­do­stać do po­miesz­czeń dzie­ci i ich ro­dzi­ców. ―> A skąd owady wiedziały, które pomieszczenia do kogo należą i czy nie bardziej im zależało aby wylecieć na poszukiwanie pokarmu?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj, @Regulatorzy, serdecznie dziękuję za odwiedziny oraz wskazówki, poświęcenie czasu oraz wszelkie uwagi, nad którymi oczywiście z pokorą się pochylę. 

Pozdrawiam serdecznie. 

Pecunia non olet

Bardzo proszę, Bruce. Miło mi, że mogłam się przydać. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Raz jeszcze bardzo dziękuję. :) :roza: 

Rzeczywiście, poznając Wasz Portal oraz zamieszczane na nim teksty, dostrzegam, ile błędów sama popełniam (wstyd) i mozolnie uczę się, jak powinnam pisać poprawnie. 

 

Co do samego “mini ZOO”, również ze wstydem przyznaję, że znałam takie miejsce, sprzed wielu lat; na szczęście pożar i śmierć zwierząt są przeze mnie wymyślone (na potrzeby tego tekstu), lecz jego zaniedbanie i zaszczurzenie to autentyczne fakty. Przez szereg lat, mimo protestów radnych i rodziców dzieci, odwiedzających ten park, nie pomagano tym zwierzakom i nie przenoszono ich nigdzie. Teraz miejsce jest puste, zalesione, klatek nie ma od ok. 15 lat.

Pozdrawiam serdecznie. 

Pecunia non olet

Rzeczywiście, poznając Wasz Portal oraz zamieszczane na nim teksty…

Bruce, zważ, proszę, że teraz to jest także Twój portal. ;)

 

I cieszę się, że pseudozoo zniknęło, szkoda tylko, że tak późno.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bruce, zważ, proszę, że teraz to jest także Twój portal. ;)

Wiem, wiem, rozumiem, jest mi niezwykle miło, ale nadal uważam, że zamieszczanie tutaj tekstów, czy – tym bardziej – zgłaszanie ich do bety, powinno było w moim przypadku nastąpić znacznie później… Cóż, zagalopowałam się. :) Festina lente to nie jest niestety moje życiowe motto. :)

 

I cieszę się, że pseudozoo zniknęło, szkoda tylko, że tak późno.

Zdecydowanie. :)

 

Pozdrawiam serdecznie, Regulatorzy. :)

Pecunia non olet

nadal uważam, że zamieszczanie tutaj tekstów, czy – tym bardziej – zgłaszanie ich do bety, powinno było w moim przypadku nastąpić znacznie później…

Bruce, wobec użytkowników tej strony nie stosuje się vacatio legis.

 

Dziękuję, i ode mnie serdeczności. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

:) Dziękuję. :)

Pecunia non olet

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bruce, podobało mi się :D

Na początku jest spokojnie, nostalgicznie – jeśli mogę – w tej tęsknocie za szkolnymi latami wyczułem jakby nutę Twojej tęsknoty? ;)

Sam czasem tęsknie za beztroskimi szkolnymi latami, gdzie człowiek nie musiał przejmować się pracą, szukaniem własnego mieszkania, studiami itp. Napisałaś to na tyle umiejętnie, że wyczułem tutaj kawałek Twojej duszy, choć mogę się mylić.

Emocjonalnie, przyjemnie, choć temat trudny.

Moim zdaniem umiejętnie opisałaś historię, niefortunne spalenie oraz uczucia (głównie poczucie winy) bohaterki. Jest to zdecydowanie plus opowiadania.

Niby ‘oszukać przeznaczenie’ jednak tchnęłaś w to coś ciekawszego, zemstę duchów zwierząt, które nie dostały sprawiedliwości.

Ogólnie – podobało mi się ;D Czekam na kolejne Twoje historie i komentarze, bo zawsze sprawiają mi radość, gdy widzę je pod swoimi wypocinami :)

Pozdrawiam serdecznie!

,,Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami,, ~ Patrick Süskind

Witaj, Danielu, ogromnie mi miło, dziękuję za tyle miłych słów oraz odwiedziny. :)

Tekst jest poprawiany po wielu mądrych radach oraz wskazówkach Forumowiczów, za które najserdeczniej raz jeszcze dziękuję heart i wiem, że jeszcze długa droga przede mną, aby nauczyć się pisać choć w kilku procentach tak świetnie, jak Wy. :)

Na razie uczę się nadal, chłonąc z przejęciem i niekłamanym podziwem Wasze teksty. :) :brawo: 

Pozdrawiam serdecznie. :)

 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka