- Opowiadanie: Bellatrix - Misja ocalenia człowieka

Misja ocalenia człowieka

Testuję sobie jak wygląda wrzucanie starych opowiadań na nową stronę ;P

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Misja ocalenia człowieka

 

"Misja ocalenia człowieka"

 

Wszystko, jak okiem sięgnąć, pokrywał lód. Po wysokości budynków domyślał się, że dotarli wreszcie do zamrożonej Warszawy. W promieniu setek kilometrów ani jednej, żywej duszy. Tylko ich dwoje i on, szalony twórca tej lodowej pustyni, ukryty podobno w centrum miasta. Niesamowite, że jeden człowiek był w stanie wymrozić taki obszar. Greg, gdyby nie widział tego na własne oczy a mróz od dwóch tygodni nie przenikał go na wskroś, nigdy by nie uwierzył. Przylecieli do Drezna, samochodem dotarli do Wrocławia, ale już za Oleśnicą zaczynała się strefa zero. Teraz pewnie lód ogarniał i stolicę Dolnego Śląska.

 

Z całej ekipy przeżył tylko on. Pięć dni temu dowlókł się do obozu niedobitków ekipy Rose. Miał szczęście. Śliczna, naiwna blondyneczka, nie rozstawała się z niewielką walizką. Pomogła mu. Na początku uważał ją za strasznie głupią. Bez żadnych pytań podzieliła się własnymi zapasami, wmasowała w obolałe stopy maść na odmrożenia, zaopiekowała się nim jakby był co najmniej dawno niewidzianym krewnym. Zastanawiał się, jak mogła przeżyć, nawet nie tę samobójczą misję, ale w ogóle, w cynicznym świecie roku 2012, będąc tak nieskończenie naiwną i dobrą. Powątpiewał także w zdrowie psychiczne tego, który wysłał ją na szalonego profesorka, ale teraz już miał pewność że, o dziwo, nadawała się. I to znacznie lepiej, niż ktokolwiek z jego poprzedniej ekipy, czy jej towarzyszy, z których ostatni wczoraj skończył jako bryła lodu. Miała intuicję i niesamowitego farta. Umiała też dostrzegać rzeczy, które jemu, doświadczonemu gliniarzowi, umykały. Musiał przyznać przed sobą, że gdyby nie ona, już dawno zakończyłby żywot w lodowej trumnie. Szkoda, że poznali się dopiero te kilka dni temu i to w dość kiepskich okolicznościach. W sumie, podobała mu się i chętnie by z nią… no, ale na pewno nie tutaj, nie na tym lodowym pustkowiu. Miał już pewność, że to Warszawa, w oddali majaczył charakterystyczny kształt Pałacu Kultury. Powoli powłócząc nogami dotarli do nieczynnej stacji metra. Pod warstwą lodu dał się odczytać napis "Marymont". Ostrożnie weszli do środka, przyświecając latarkami. Lód chrzęścił pod nogami, ale zdawało się, że im dalej, tym go coraz mniej. Zeszli po schodach, nagle ciszę przeciął krzyk Rose. Greg poczuł silne pchnięcie, snop latarki zatańczył po lśniącej jak tafla posadzce peronu. Tak znajomy świst wraz z towarzyszącą falą nagłego zimna przeciął powietrze.

 

– Rose? – zapytał, czując dławienie w gardle.

 

– W porządku – wykrztusiła. Po chwili zobaczył w słabym snopie światła, jak podnosi walizeczkę. Zdrowa i cała.

 

Westchnął z ulgą. Nie zawiodła nawet teraz. Przewidziała, gdzie będzie pułapka, zdążyli uskoczyć, zanim poraziła ich lodowatym zimnem. Ogromna bryła lodu potrzaskała posadzkę parę metrów dalej. Zrobiło mu się gorąco na myśl, że gdyby nie Rose, to zostałaby z niego miazga a w najlepszym razie lodowy posąg. Widział po drodze setki takowych i nie palił się do powiększenia kolekcji. Zresztą, zbyt dobrze pamiętał, jak skończyli jego współpracownicy. Oparł się plecami o lodowatą ścianę i zamknął oczy. Szlag! Że też zachciało mu się ratować świat.

 

„Król Lodu! Genialny naukowiec oszalał po śmierci żony!" – krzyczały tytuły gazet. Wzruszyłby ramionami, przeczytał i zapomniał, gdyby nie fakt, iż stary nie dość, że zwariował to postanowił eksterminować pół globu a być może, docelowo i cały. Opracował technologię pozwalającą w prosty sposób na wielką skalę resublimować azot znajdujący się w powietrzu, po czym konsekwentnie zaczął wymrażać otoczenie. Udało mu się z niemal całą Polską i nie sprawiał wrażenia, jakby zamierzał na tym poprzestać. Ani perswazje ani groźby nie poskutkowały. Liczne próby pacyfikacji spełzały na niczym, lodowe imperium rozrastało się z każdym dniem. Nawet zbombardować się go nie dało, lokalizował bomby i zanim ta trafiła w cel, zestalony wokół azot nie dopuszczał do wybuchu. Trzeba więc było dziada „przekonać" osobiście i w tym celu przebyć rozrastającą się lodową pustynię a następnie labirynt pułapek jakim się stała Warszawa i jej okolice. Do tej pory wysłano około setki uzbrojonych ekip a dobrnąć aż dotąd udało się tylko jemu i Rose.

 

Miał dość. Chciał być jak najdalej stąd, w ciepłym mieszkanku, we własnym łóżku. Najchętniej z tą śliczną i naiwną blondyneczką.

 

– Greg, nie poddawaj się – powiedziała, łamiącym się głosem, przyciskając do piersi walizeczkę.

 

W odpowiedzi objął ją i zbliżył twarz tak, że zetknęli się czołami.

 

– Nie poddam się. Dopóki jesteś ze mną, mam pewność, że nic mi się nie stanie.

 

– Bo to prawda. Nie pozwolę, żeby stało ci się coś złego, Greg.

 

Pocałował ją, czując, że zlodowaciała krew w tętnicach wreszcie zaczyna krążyć jak powinna.

 

– Myślisz, że dobrym pomysłem jest przenocować tutaj? – szepnął jeszcze w przerwach między pocałunkami. Nie odpowiedziała, tylko przytuliła się mocniej.

 

Spali długo, grzejąc się nawzajem w jednym śpiworze. Gdy opuścili stację, Słońce znajdowało się już wysoko, chociaż mimo lata nie było w stanie uwolnić Warszawy spod warstwy lodu.Greg próbował wymyśleć, jak to jest możliwe, czemu zmrożony azot nie sublimuje z powrotem, ale nie potrafił.

 

– Facet naprawdę musiał być geniuszem – mruknął.

 

– Myślę, że jest nim nadal.

 

– Byłaś tu kiedyś?

 

– Tak, w połowie jestem Polką. Mama pochodziła z Czech, ale urodziłam się tu, w Warszawie.

 

– Czemu w ogóle podjęłaś się tej wyprawy? Tylu ludzi straciło życie, zostało lodowymi posągami, nikomu się nie udało. Myślisz, że uda się tobie?

 

– A ty?

 

Greg roześmiał się głośno. No tak, punkt dla niej.

 

– Nie mam nic do stracenia. Praca mnie znudziła, rodziny nie mam. Poza tym, świetnie płacą.

 

– W zasadzie… już chyba też nie mam rodziny. – Uśmiechnęła się smutno. Jakoś instynktownie poczuł, że lepiej nie drążyć tematu. Szli dłuższy kawałek w milczeniu, podziwiając lśniąco białe i czyste jak nigdy przedtem miasto. Co jakiś czas mijali kolejne stacje metra.

 

– Jesteśmy już blisko. – Rose przystanęła pod potrzaskaną wiatą dawnego przystanku autobusowego, z zatartym, długim napisem "Po…ika"

 

– I całe szczęście. Nie mogę się doczekać, aż wpakuję mu kulkę w łeb – odparł kwaśno.

 

Popatrzyła uważnie.W błękitnych oczach była powaga i smutek.

 

– On jest dobrym człowiekiem i wspaniałym naukowcem. Pogubił się pod wpływem cierpienia. Nie możemy go tak po prostu zabić. On potrzebuje pomocy.

 

Westchnął ciężko. No tak, zgodził się w chwili słabości, że najpierw wypróbują pokojowe metody. Oj, ślicznotko z misją zbawiania świata, obyś nie zapłaciła za ideały zbyt drogo.

 

Ogromny budynek Politechniki miał mnóstwo zakamarków, ale „Król Lodu" najwyraźniej nie zamierzał się kryć. Greg omal nie zwymiotował na widok ni to człowieka, ni zwierza, z siną, dwukrotnie większą niż normalnie twarzą o groteskowym wyrazie i wybałuszonych oczach. Do napuchniętego, czerwonosinego nosa podłączone miał dwie, kontrastowo zielone rurki. Rose, nie oglądając się, podbiegła pierwsza. Otworzyła walizeczkę i wyjęła z niej zwiędły bukiet pąsowych róż.

 

– Wariatka! – jęknął pod nosem Greg, obserwując scenę. Lecz wyłupiaste oczy szaleńca nabrały wyrazu smutku i tęsknoty. Chciał chyba coś powiedzieć, ale nie był zdolny wyartykułować słów. Za to doskonale słychać było drżący głos Rose.

 

– Poznajesz? – Dotknęła róż. – To z grobu mamy, zasadziłeś je własną dłonią. Tęsknimy za tobą, tato.

 

Naukowiec wyciągnął niepewnie ręce w jej kierunku, jakby wahał się, czy przytulić. Powiało przejmującym chłodem i Greg ujrzał, jak ciało Rose otacza tak znajoma, gruba na pół metra, przezroczysta trumna. Róże upadły na marmurową posadzkę i rozbiły się, niczym szkło.

 

– Giń, skurwysynu! – wrzasnął. To było na tyle, jeśli chodzi o pokojowe metody Rose.Wymierzył pistolet i nacisnął spust. I drugi raz.

 

Cisza.

 

Glock wypadł z dłoni i roztrzaskał się, zupełnie jak przed chwilą róże. Stary wariat wyciągął ręce, do nadgarstków miał przymocowany resublimator. Greg zrozumiał, że przegrał i za chwilę podzieli los Rose.Ale pojął też, że bez niej wcale nie chciał wracać.

 

***

 

Profesor popatrzył na dwa, zamrożone ciała. Żałował, że stracił głos. Może zdołałby wyjaśnić ukochanej córce i jej chłopakowi, że za parę miesięcy nastąpi kataklizm i jako jedni z nielicznych przetrwają zahibernowani nadchodzącą epokę lodowcową.

 

No nic, wytłumaczy im za kilkanaście tysięcy lat.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Witam wszystkich, to pierwsza rzecz jaką umieściłam na tym portalu. Opowiadanie pierwotnie powstało jako miniatura na konkurs, ale przedstawiam je tu w nowej, rozbudowanej wersji. I proszę o rzeczowe komentarze - mogą być ostre - nie obrażam się :)

Opowiadanie całkiem dobre, jak na mój gust. Fajną postacią jest ów Profesor.Nie będę się rozpisywał, bo i po co? Powiem jeszcze tylko, że gdybym mógł, dałbym 5/6.

Pozdrawiam

Przyznaję, przyjemnie się czytało. Ciekawa historia, tylko ta końcówka taka krótka. I wiesz...tak się zastanawiam czy powinnaś dopowiadać aż tak wyraźnie, że przetrwają jako jedyni. Może lepiej było tylko zasygnalizować niech czytelnik sam sie pogłówkuje co Profesor miał na myśli? Jak uważasz?
Generalnie opowiadanie fajne! Takie... inne i za to ogromnny plus ode mnie - zwykłego, szarego czytelnika :)
Pzdr

Opowiadanie widziałem na stronie już dawno, ale nie wchodziłęm - szczerze mówiąc, tytuł nie zachęcał. Wszedłem przypadkiem, przeczytałem, nie żałuję. Całkiem, całkiem.

Koniec mnie zaskoczył. Podobało mi się.

wysłał ją na szalonego profesorka  --> do szalonego :)

postanowił eksterminować pół globu a być może, docelowo i cały. --> postanowił eksterminować pół globu, a byż może - docelowo - cały. Tak wydaje się logiczniej. Zamiast "-" możnaby dać zwykłe przecinki. Ale to taka kosmetyka, co kto lubi.

I trochę przecinków brakło.

Kobieto, sto razy lepiej radzisz sobie z wielkimi motywami, takimi jak zamrożona Warszawa. Tak, lepiej się to czyta, kiedy nie chodzi o pojedyncza, małą sprawę jak w twoich masakrach. I podobały mi się te postaci, zanim nie zaczęły się całować, tulić, okazywać uczuć. Zwyczajnie nie lubie tego, więc to nie jest zarzut, może większość czytelników lubi, kiedy bohaterowi się całuja po kilku akapitach, ja nie.
Ogólnie, myślę, ze też lepiejbyś sobie poradziła z bohateramni, którzy są w wieku +30. Nie wiem skąd to wiem, zwyczjanie tak obstawiam.

A i amerykandżańskie imiona mi się nie podobają, ale to też moje własne małe zboczenie.

Żal troszkę, ze tak szybko się kończy, ale końcówka zaskakująca :)


Pozdrawiam
A

Dzięki za komentarz, cieszę się, że Ci się podobało :) Postaram się umieścić niedługo jeszcze coś z bohaterami dorosłymi.

"do kogoś" zakłada chyba jakiś kontakt z tym "kimś", a bohater wtedy jeszcze nie wiedział i myślał, że jej celem jest powstrzymanie/zlikwidowanie go, stąd "na". Tak jak "na polowanie/na ryby/na grzyby" itd. :)

Z przecinkami to wiem, że miewam problemy. Czasem stawiam za mało, a czasem za dużo ;)

Ogromny plus za zakończenie. Wcześniej jest gorzej. Bohaterowie idą sobie przez skutą lodem Warszawę. Później spada na nich kawałek lodu. Ot, nic się nie dzieje. Może dlatego zakończenie jest zaskakujące. Z powodu tego zakończenia wystawiam 5.

Za ogólne wrażenie. To ono się liczy a nie średnia arytmetyczna ;)

Jestem sygnaturką i czuję się niepotrzebna.

Bardzo dobra koncepcja, zakończenie zaskakujące. Brakuje jednak trochę akcji w tym jak docierają do Profesora, trochę rwana akcja: leżą na stacji, już niemal w następnym zdaniu widzą Profesora.

Uważam, że te amerykańskie imiona dla pół Polki, pół Czeszki i Polaka (?) są niepotrzebne, ale cóż. Wizja autorki.

Ogólnie całkiem niezłe opowiadanie.

Odkładam lekturę tego tekstu i odkładałem i teraz żałuję, że wcześniej się z niego nie zabrałem. Bardzo dobra rzecz. Pomysł przypadł mi do gustu.
Jedyny minus wskazał Michał Strogow - podzielam zdanie, że mogłoby być więcej akcji przed dotarciem do celu, ta część mogłaby być bardziej rozbudowana.

Zakończenie - super. Już od dawna końcówka mnie tak nie zaskoczyła.
Piąteczka.

Pozdrawiam.

bardzo fajne chociaż podobnie jak zauważył Michał Strogow w pewnych momentach brakowało mi rozwinięcia, ale ogólnie bardzo fajne, i udało ci się zaskoczyć mnie zakończeniem
pozdrawiam serdecznie

Fajne opowiadanko, zaskakujące zakończenie. Dlaczego zestalony azot ma sublimować, a nie zwyczajnie się stopić?

Możesz usunąć tytuł i zbędne odstępy. :-)

Babska logika rządzi!

Całkiem niezły pomysł, wykonanie mogłoby być lepsze, ale biorąc pod uwagę, że to Twój debiut, to był on bardzo udany. Przeczytałam z przyjemnością, choć kiedy wyobraziłam sobie te zamarznięte połacie, skute kodem miasto… brrr!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja chyba tylko napiszę, że tu byłem i przeczytałem :D

:) a ja zbiorczo podziękuję wszystkim, którzy zajrzeli i przeczytali :)

Wow, pomysł ciekawy i sprawnie przedstawiony na tych kilku tysiącach znaków. Zakończenie robi wrażenie, choć przez większość czasu szort zdał mi się jednak zbyt skrótowy i pobieżny.

Niemniej, przedstawienie skutej lodem Warszawy i twist sprawiają, że warto było przeczytać :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

A to jeszcze starszy staroć :) Dzięki za przeczytanie i komentarz i tu :)

Nowa Fantastyka