- Opowiadanie: Adek_W - Polowanie

Polowanie

Lek­kie, jak mi się wy­da­je, opo­wia­da­nie z ga­tun­ku fan­ta­sy, a za­ra­zem mój de­biut w tym miej­scu. Za wszel­kiem ko­men­ta­rze, uwagi  i kon­struk­tyw­ną kry­ty­kę będę bar­dzo wdzięcz­ny. Przy­jem­nej (mam na­dzie­ję) lek­tu­ry. :)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Irka_Luz

Oceny

Polowanie

Skrzą­cy w słoń­cu śnieg po­kry­wa­ły krwa­we de­se­nie. Wśród zasp bia­łe­go puchu wa­la­ły się po­ła­cie strze­chy, bele drew­na, ka­mien­ne bloki. I ciała. Zmiaż­dżo­ne, z po­wy­krę­ca­ny­mi dzi­wacz­nie koń­czy­na­mi, nie­kie­dy ro­ze­rwa­ne i po­rzu­co­ne, niby szma­cia­ne lalki.

Osadę wznie­sio­no na nie­wiel­kim wzgó­rzu, z po­szar­pa­ny­mi szczy­ta­mi ska­li­stych gór w tle. Wśród zruj­no­wa­nej za­bu­do­wy krę­ci­li się miesz­kań­cy, pró­bu­jąc omi­jać co ob­szer­niej­sze plamy krwi i od­ci­śnię­te w śnie­gu ślady stóp. Te były wiel­kie. W za­głę­bie­niu spo­koj­nie mógł uło­żyć się rosły męż­czy­zna i jesz­cze zo­sta­ło­by miej­sce. Tak wzdłuż, jak i wszerz. Tropy mie­sza­ły się i na­kła­da­ły na sie­bie na całym wznie­sie­niu.

Ve­gard pod­je­chał na skraj wio­ski, za­trzy­mu­jąc się obok męż­czy­zny w po­de­szłym wieku. Sta­ru­szek pró­bo­wał uło­żyć na płót­nie ma­ka­brycz­nie spłasz­czo­ne od pasa w dół ciało ja­sno­wło­se­go mło­dzień­ca.

– Co tu się stało?

Sta­rzec wy­pro­sto­wał się z bo­le­snym stęk­nię­ciem.

– Co się stało? Czy bo­go­wie po­ską­pi­li wam oczu, panie? Troll! Zla­zło bydle z gór i roz­nio­sło wieś! To się stało!

– Nie krzycz, dziad­ku. Słuch aku­rat mam nie­zły. Dawno?

– Nad ranem, le­d­wie słoń­ce wsta­ło. Wi­dzi­ta, że do­pie­ro sprzą­ta­my.

– Kto tu rzą­dzi?

– Nikt, tak po praw­dzie. Ale tam – wska­zał mię­dzy cha­łu­py – znaj­dzie­cie Ro­mu­sa. On tu, chwi­lo­wo, spra­wu­je pie­czę.

Ve­gard po­dzię­ko­wał i ru­szył po zbo­czu w górę.

Więk­szo­ści bu­dyn­ków bra­ko­wa­ło mniej­szych lub więk­szych frag­men­tów ścian oraz da­chów. Dwa zmio­tło z po­wierzch­ni ziemi do­szczęt­nie, zo­sta­ły po nich tylko ciem­ne plamy kle­pi­ska. Miesz­kań­cy ścią­ga­li trupy na plac w cen­trum osady, ukła­da­jąc je w rzę­dach. Sto­ją­cy nad zwło­ka­mi męż­czy­zna ubra­ny był w ku­brak pod­bi­ty ba­ra­nim fu­trem. Włosy miał siwe, twarz po­ora­ną bruz­da­mi zmarsz­czek i blizn. Za pas za­tknął zbój­nic­ko wy­glą­da­ją­cy nóż. Choć siła wieku przy­gar­bi­ła go nieco, wciąż po­zo­sta­wał mocny w ba­rach. Żoł­nierz, praw­do­po­dob­nie.

– Romus?

– Kto pyta? – głos miał za­chryp­nię­ty, szorst­ki.

– Ve­gard Ro­thern, straż­nik go­ściń­ca.

Męż­czy­zna pod­niósł na niego piwne oczy, przez chwi­lę z uwagą mie­rzy­li go wzro­kiem.

– To ja. Jeśli szu­ka­cie trol­la, to spóź­ni­li­ście się. Już tu był.

– Nie da się ukryć. – Ve­gard ze­sko­czył z sio­dła, brzę­cząc sprzącz­ka­mi pan­ce­rza i oku­cia­mi pasa. – Zda­rza­ło się to wcze­śniej?

– Nigdy. Ale jak chce­cie gadać, to chodź­cie do halli. Albo tego, co z niej zo­sta­ło.

Usły­sze­li tę­tent kopyt i do osady jak burza wpa­dło grupa jeźdź­ców. Ja­dą­cy na czele miał na sobie burą tu­ni­kę z wy­szy­tym na pier­si niedź­wie­dziem, pod którą nosił kol­czu­gę. Głowę za­krył szy­sza­kiem, do rzędu przy­to­czył tar­czę, do pasa przy­piął miecz, w dłoni trzy­mał po­sta­wio­ną na sztorc włócz­nię. Su­mia­ste wąsy po­dry­gi­wa­ły w rytm kro­ków wierz­chow­ca, mar­so­we spoj­rze­nie ob­da­rza­ło dez­apro­ba­tą wszyst­kich po równo. Za nim po­dą­ża­ło dzie­się­ciu nie­mal iden­tycz­nych męż­czyzn. Róż­ni­li się tylko mniej oka­za­ły­mi wą­sa­mi i bied­niej­szym zdob­nic­twem pasa, po­chew na miecz czy hełmu.

Ko­lum­nę za­my­ka­ła ko­bie­ta. Opa­tu­lo­na w fu­trza­ny płaszcz, z kap­tu­rem na gło­wie. Gdy na­kry­cie spa­dło, na jej ra­mio­na roz­la­ły się fa­lo­wa­ne rude włosy, z wple­cio­nym w nie ja­strzę­bim piór­kiem. Mogła mieć ja­kieś dwa­dzie­ścia lat. Ru­mia­ne od wia­tru po­licz­ki mocno kon­tra­sto­wa­ły z zim­ny­mi, in­ten­syw­nie błysz­czą­cy­mi ocza­mi w ko­lo­rze lodu. Na jej nad­garst­kach kle­ko­ta­ły drew­nia­ne bran­so­le­ty.

– Kto tu do­wo­dzi? – za­py­tał ry­cerz wład­czym gło­sem.

– Mi wy­pa­dło, panie. Romus me imię – głos osad­ni­ka spo­kor­niał wy­raź­nie w kon­tak­cie z przed­sta­wi­cie­lem wyż­sze­go stanu.

– A wy­ście?

– Ve­gard Ro­thern – po­wtó­rzył męż­czy­zna. – Straż­nik go­ściń­ca.

– Ha! Wę­drow­ny obroń­ca ludu Dro­me­rii! Svaj­ros jest z nami, przy­słał nam kom­pa­na do po­mo­cy. Do­brze. Zwę się Ro­land z Du­ran­dal, sługa wła­da­ją­ce­go tymi zie­mia­mi ba­ro­na Egha­ra z Bia­ło­rze­ki. To zaś moja dru­ży­na, a z nią panna Ke­itha z Gór­skie­go Ludu, z ple­mie­nia Ja­strzę­bia. Uzdro­wi­ciel­ka na dwo­rze na­sze­go pana.

Ve­gard spoj­rzał na dziew­czy­nę uważ­niej. Gór­ski Lud, zwany też po pro­stu gó­rza­na­mi, żył na tych te­re­nach od stu­le­ci. Trzy­ma­li się na ubo­czu, stro­ni­li od kon­tak­tów z ob­cy­mi i rzad­ko wy­ściu­bia­li nos poza góry. Zwłasz­cza, by słu­żyć moż­nym panom w ich ka­mien­nych for­te­cach. Choć uzna­wa­li zwierzch­ność króla Dro­me­rii, to po­li­ty­ka wiel­kie­go świa­ta nie­spe­cjal­nie ich in­te­re­so­wa­ła, dla­te­go cie­szy­li sto­sun­ko­wo dużą swo­bo­dą. Trak­to­wa­no ich z dy­stan­sem, jak dzi­wac­two i re­likt prze­szło­ści, po­zwa­la­jąc im żyć we­dług swo­ich pra­daw­nych tra­dy­cji wśród mroź­nych wier­chów.

Dziew­czy­na od­po­wie­działa spoj­rze­niem rów­nie uważ­nym, nie spusz­cza­jąc wzro­ku.

– Je­dzie­my śla­dem trol­la, który ponoć gra­su­je w tych oko­li­cach. Dawno tu był?

– Nie­daw­no, panie. Ale widzę, że­ście zzięb­nię­ci i stru­dze­ni, a my wła­śnie szli­śmy do halli, aby po­mó­wić na spo­koj­nie. Za­pra­szam, znaj­dzie się jadło i na­pi­tek. Chodź­cie i wy, pani. Ran­nych tam żeśmy znie­śli.

Halla była naj­więk­szym bu­dyn­kiem we wsi, nawet po­mi­mo faktu, że teraz bra­ko­wa­ło jej po­ło­wy wschod­niej ścia­ny, a strze­cha czę­ścio­wo za­pa­dła się do środ­ka. Jako jedna z nie­wie­lu bu­dow­li w osa­dzie zo­sta­ła wznie­sio­na z nie­ocio­sa­nych ka­mie­ni. Roz­war­te na oścież drzwi pro­wa­dzi­ły do ob­szer­nej kom­na­ty, gdzie usta­wio­no długi stół. W pa­le­ni­sku trza­skał ogień, nad któ­rym wi­siał mo­sięż­ny ko­cioł. Po­szko­do­wa­nych, na wzór zmar­łych, kła­dzio­no rzę­da­mi. Jedni ję­cze­li z bólu, inni le­że­li bez ducha, jesz­cze inni tępo wpa­try­wa­li się przed sie­bie. Szczę­ście w nie­szczę­ściu, nie było ich zbyt wielu. Ke­itha na­tych­miast się­gnę­ła do juków po skó­rza­na torbę i ru­szy­ła do oglę­dzin. Ve­gard, Ro­land, Romus i resz­ta usie­dli przy krań­cu z stołu. Po­da­no piwo w dzba­nie, chleb i ser. Krę­cą­ca się wokół służ­ka za­po­wie­dzia­ła, że wnet doj­dzie po­lew­ka w garze. Nie wy­glą­da­ła na za­do­wo­lo­ną z kil­ku­na­stu do­dat­ko­wych gęb do wy­kar­mie­nia.

– Opo­wia­daj­cie – roz­ka­zał ry­cerz, w prze­ci­wień­stwie do swo­ich ludzi od­ry­wa­jąc tylko tro­chę chle­ba i kro­jąc ka­wa­łek ser – jak to było?

– Usły­sze­li­śmy go, le­d­wie kur za­piał o po­ran­ku. Nie było czasu nic zro­bić, ni uciec, ni wal­czyć, bo i jak wal­czyć z takim by­dla­kiem? Wpadł do osady i za­czął walić łap­ska­mi we wszyst­ko i wszyst­kich. Kto mógł, ucie­kał, ale sami wi­dzie­li­ście, że wielu się nie udało. Sza­lał jakiś czas, a potem wziął w łapska kilku zabitych i wró­cił, skąd przy­szedł.

– Tak po pro­stu? – za­py­tał Ve­gard.

– Tak.

– Mie­wa­li­ście tu już pro­ble­my z trol­la­mi? – spy­tał ry­cerz.

– Wi­dy­wa­ło się je w gó­rach, to praw­da. Ale nigdy nie scho­dzi­ły tak nisko, panie.

– Czemu więc tym razem któ­ryś zszedł i za­ata­ko­wał? – za­sta­no­wił się gło­śno jeden z dru­żyn­ni­ków.

– To dzika be­stia! – par­sk­nął inny. – Od kiedy to po­trze­ba im po­wo­du, żeby ata­ko­wać ludzi?

Py­ta­ją­cy wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Wi­dzie­li­ście, w któ­rym kie­run­ku od­szedł po­twór po ataku? – Ro­lan­da naj­wy­raź­niej nie in­te­re­so­wa­ły mo­ty­wy trol­la. 

– Na pół­noc, panie. Ku górom.

– Myślę tedy, że trze­ba zaraz ru­szać jego tro­pem. Nie ma czasu do stra­ce­nia.

– Wol­ne­go, panie ry­ce­rzu – wtrą­cił spo­koj­nie Ve­gard. – Wi­dzie­li­ście kie­dyś trol­la?

– Nie, nie mia­łem ta­kiej po­trze­by. Cóż może być w nich war­te­go oglą­da­nia?

– To nie wście­kły ogr, żeby dało się go od tak po­chla­stać. I nie banda roz­wrzesz­cza­nych go­bli­nów. Stra­ceń­cza szar­ża z imie­niem Svaj­ro­sa na ustach zda się na nic. Przyj­rzyj­cie się śla­dom stóp. Albo, le­piej, całej osa­dzie. I tym, co na placu leżą. Mamy do czy­nie­nia z wy­jąt­ko­wo ro­słym osob­ni­kiem. To nie bę­dzie łatwe po­lo­wa­nie.

– Tchórz przez was prze­ma­wia, straż­ni­ku? A mó­wio­no mi, że stró­że go­ściń­ca nie znają stra­chu i nie ucie­ka­ją przed żad­nym za­gro­że­niem.

– Kto tak mówił, kła­mał. Czyli poeci, jak znam życie. Nie, tu trze­ba po­my­słu.

– Co więc pro­po­nu­je­cie?

Ve­gard od­wró­cił głowę, za­milkł. Ke­itha ku­ca­ła nad męż­czy­zną, który dy­szał cięż­ko bez przy­tom­no­ści. Lewą dło­nią ba­da­ła jego tors, jakby szu­ka­ła ura­zów, prawą za­kry­wa­ła oczy ran­ne­go. Na jej twa­rzy od­ma­lo­wy­wa­ło się sku­pie­nie i tro­ska. Nie zwra­ca­ła uwagi na po­pla­mio­ne krwią dło­nie, ani odór śmier­ci, który nie­przy­jem­nie wi­siał w po­wie­trzu.

– Po­szu­ka­my jego leża i za­sadź­my się na niego. Jeśli nam się po­szczę­ści, nie zdą­żył tam wró­cić. Wy­cho­dzą­ce na żer trol­le zwy­kle spę­dza­ją poza le­go­wi­skiem kilka dni. Za­sko­czy­my po­two­ra.

– A jeśli zdą­żył? – za­py­tał któ­ryś z wo­ja­ków z krań­ca stołu, prze­żu­wa­jąc pajdę chle­ba.

– To i tak nie bę­dzie się nas spo­dzie­wał. Bę­dzie­my mieli prze­wa­gę.

Ro­land my­ślał nad sło­wa­mi Ve­gar­da przez jakiś czas, pod­krę­ca­jąc wąsa. Jego lu­dzie ob­ser­wo­wa­li go z wy­cze­ki­wa­niem, za­py­cha­jąc usta ko­lej­ny­mi por­cja­mi je­dze­nia, jakby wy­szli z za­ło­że­nia, że tego, co zdążą prze­łknąć, nikt im nie od­bie­rze.

– Zga­dzam się ze straż­ni­kiem – po­wie­dział Ke­itha, pod­cho­dząc do nich po cichu. Uba­bra­ne krwią dło­nie wy­cie­ra­ła w lnia­ną szmat­kę. Naj­wi­docz­niej nie mogła zbyt wiele pomóc po­szko­do­wa­nym, skoro do­łą­czy­ła do nich tak szyb­ko. – Ale bę­dzie­my mu­sie­li pójść pie­szo. Trol­le zwy­kle za­kła­da­ją le­go­wi­ska w do­li­nach lub sze­ro­kich wą­wo­zach w wyż­szych par­tiach gór. Konie mogą po­ła­mać nogi lub utrud­niać wę­drów­kę. Do tego do­cho­dzi śnieg, któ­re­go tam, wy­so­ko, wciąż bę­dzie dużo, jak to w kwiet­niu. Jeśli jed­nak do­trze­my tam pierw­si, rze­czy­wi­ście mamy szan­sę za­sko­czyć be­stię.

– My? – zdzi­wił się Ve­gard.

– Wy­cho­wa­łam się wśród tych gór. Znam je le­piej, niż kto­kol­wiek z was – gó­rzan­ka mó­wi­ła bar­dzo spo­koj­nie, w jej gło­sie brzmia­ła pew­ność sie­bie. – Zda­rza­ło mi się rów­nież od­wie­dzać le­go­wi­ska trol­li. Wiem, jak je zna­leźć.

– Po co kto­kol­wiek miał­by wcho­dzić do le­go­wi­ska trol­la? – za­py­tał po raz ko­lej­ny ten sam cie­kaw­ski wo­jow­nik.

– Kru­szew­nik. Bar­dzo rzad­kie ziele lecz­ni­cze. Naj­czę­ściej ro­śnie na od­cho­dach trol­li.

Męż­czy­zna skrzy­wił się z obrzy­dze­niem. Ale nad­gry­zio­ne­go sera z rąk nie wy­pu­ścił.

– Ile czasu zaj­mie nam po­dróż w głąb gór? – Ro­land naj­wy­raź­niej wciąż się wahał.

– Około pół dnia, jeśli na­rzu­ci­my dobre tempo. Przyj­dzie nam tam za­no­co­wać, to pewne. Ale leże nie może być bar­dzo da­le­ko, trol­le nie­chęt­nie od­da­la­ją się od swo­ich sie­dzib.

Ry­cerz po­wo­li ski­nął głową.

– Niech tak bę­dzie. Roz­kul­ba­czyć konie – roz­ka­zał swoim pod­wład­nym. – Wy­brać naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy, bez zbęd­ne­go ba­la­stu. Idzie­my po tego po­two­ra.

– I tyle z cie­płej po­lew­ki – mruk­nął pod nosem jeden z żoł­nie­rzy.

 

***

Wąwóz sta­no­wił wą­skie wcię­cie w wa­pien­nych ska­łach, z dnem wy­peł­nio­nym drob­ny­mi ka­mie­nia­mi i opa­dły­mi ga­łąz­ka­mi ko­so­drze­wi­ny. Brał swój po­czą­tek w po­ło­żo­nej wy­so­ko wśród ska­li­stych szczy­tów do­li­nie i cią­gnął się na prze­strze­ni kilku staj. Ke­itha, ba­da­jąc odra­pa­ne skały i nie­rów­ne pod­ło­że, oznaj­mi­ła, że są bli­sko, co dru­ży­na Ro­lan­da przy­ję­ła z wy­raź­ną ulgą. Ob­cią­że­ni bro­nią, kol­czu­ga­mi i ekwi­pun­kiem wo­jow­ni­cy przez całą drogę po­zo­sta­wa­li nieco w tyle, nie na­dą­ża­jąc za na­rzu­ca­ją­cą mor­der­cze tempo gó­rzan­ką, która, mimo nie­wiel­kiej po­stu­ry, spraw­nie prze­bie­ra­ła drob­ny­mi nóż­ka­mi wśród śnież­nych zasp.

Jar koń­czył się roz­le­głą, ja­ło­wą po­la­ną, za­mknię­tą nie­mal ze wszyst­kich stron ka­mien­ny­mi ścia­na­mi. Wśród gła­zów wa­la­ły się reszt­ki zwie­rzę­cych kości, w po­wie­trzu wi­siał nie­zna­ny Ve­gar­do­wi za­pach, cięż­ki i draż­nią­cy nos.

– To tu – oznaj­mi­ła nagle Ke­itha. – Smro­du od­cho­dów trol­la nie da się po­my­lić.

– Od­po­czy­nek – za­rzą­dził Ro­land. – Ale w go­to­wo­ści. Straż przy wyj­ściu z wą­wo­zu, na­słu­chi­wać, czy be­stia nie wraca. Resz­ta roz­kła­da obóz. Nie­wiel­kie ogni­ska i cisza. Bez zbęd­nych roz­mów.

Wśród ka­mie­ni coś się po­ru­szy­ło. Gó­rzan­ka za­uwa­ży­ła to pierw­sza, zwra­ca­jąc się w tam­tym kie­run­ku, a Ve­gard tuż po niej, do­by­wa­jąc broni. Zza po­tęż­nych blo­ków skal­nych wyj­rza­ła po­czwa­ra wiel­ko­ści do­ro­słe­go męż­czy­zny o sza­rej, gru­zo­ło­wa­tej skó­rze, łysej gło­wie, bez­no­sej twa­rzy i tępym spoj­rze­niu. Stwór wy­chy­lał się cie­kaw­sko, ostroż­nie sta­wia­jąc kroki.

– Młody troll – wy­szep­ta­ła Ke­itha.

– O kurwa – wy­ję­czał któ­ryś z wo­jow­ni­ków Ro­lan­da.

– Oto przy­czy­na ataku – do­my­ślił się straż­nik. – Sa­mi­ca wy­szła na żer, ale w górach wciąż jest pełno śniegu, a mało zwierzyny. Za mało, żeby wykarmić ją i potomka. Dlatego zeszła z gór. I po napaści zabrała ze sobą trupy.

– Broń! – za­ko­men­de­ro­wał ry­cerz, przerywając trwającą chwilę konsternację. – Broń w go­to­wo­ści!

– Nie za­bi­jaj­cie go! – Gó­rzan­ka sta­nę­ła tyłem do be­stii, wy­cią­ga­jąc przed sie­bie ręce.

– A co niby mamy z nim zro­bić? – od­po­wie­dział ze zło­ścią Ro­land.

Młody troll ryk­nął coś po swo­je­mu, nie­pew­ny, z kim ma do czy­nie­nia.

– Poj­mie­my go – po­wie­dział Ve­gard. – Może jego płacz szyb­ciej spro­wa­dzi tu matkę.

– Jaką w ogóle mamy pew­ność, że to matka za­ata­ko­wa­ła wio­skę? To tylko do­my­sły!

– Sa­mi­ce wy­cho­wu­ją młode w sa­mot­no­ści – wtrą­ci­ła uzdro­wi­ciel­ka. – A leże jest zbyt bli­sko osady, by mógł to być inny osob­nik. Straż­nik ma rację, żywy bar­dziej nam po­mo­że.

Ry­cerz za­klął z cicha, ale nie opo­no­wał.

– Sły­sze­li­ście, chłop­cy. Bić, aby nie ubić. Duży nie jest, li­na­mi go ob­rzu­cić, po­wa­lić i zwią­zać.

Troll naj­wi­docz­niej uznał ich za nie­bez­pie­czeń­stwo. Lub po­si­łek. Pu­ścił się krzy­wym bie­giem w kie­run­ku dru­ży­ny, wy­cią­ga­jąc przed sie­bie łap­ska. Wo­jow­ni­cy, trze­ba im oddać spra­wie­dli­wość, spraw­nie ze­bra­li się do dzia­ła­nia. Pół­okrę­giem wy­szli w kie­run­ku po­twor­ka, pię­ciu z go­to­wy­mi włócz­nia­mi, po­zo­sta­li zaś z gru­by­mi zwo­ja­mi lin w dło­niach, które za­bra­li na wy­pa­dek ko­niecz­ność wspi­nacz­ki. Naraz któ­ryś ci­snął włócz­nią, tra­fia­jąc trol­la w ramię. Stwo­rze­nie tar­gnę­ło się i zwol­ni­ło, jakby za­sko­czo­ne takim ob­ro­tem spra­wy.

– Nie za­bi­jać! Ostroż­nie!

Dru­żyn­ni­cy rzu­ci­li się na­przód, po­wro­zy opadł na szyję i tors be­stii, która mio­ta­ła się i wy­ry­wa­ła. Ci, któ­rzy trzy­ma­li liny, pró­bo­wa­li do­ci­snąć stwo­ra do ziemi, po­zo­sta­li ob­rzu­ci­li go gra­dem cio­sów, ude­rza­jąc tę­py­mi koń­ca­mi drzew­ców. Stwo­rze­nie było silne, ale z dzie­się­cio­ma ro­sły­mi chło­pa­mi nie miało szans, więc w pew­nym mo­men­cie po pro­stu sku­li­ło się, ry­cząc ża­ło­śnie, pod­czas gdy wo­ja­cy krę­po­wa­li go sznu­ra­mi.

Troll wił się w pę­tach, ję­cząc przej­mu­ją­co. Z miejsc, gdzie tra­fi­ła go włócz­nia, są­czy­ła się krew, nie była to jed­nak śmier­tel­na rana. Nawet młode osob­ni­ki miały grubą, twar­dą skórę. Usa­tys­fak­cjo­no­wa­ni wo­jow­ni­cy śmia­li się do sie­bie i dla za­ba­wy dźga­li stwo­rze­nie.

– Łatwo po­szło – po­wie­dział Ro­land, pa­trząc na stwo­ra z nie­sma­kiem.

– Matka bę­dzie kil­ku­krot­nie więk­sza – za­uwa­żył Ve­gard. – Nie pad­nie od dwóch ude­rzeń włócz­nią.

We­so­łość dru­ży­ny przy­ga­sła rap­tow­nie.

– A więc cze­ka­my?

– Cze­ka­my – po­twier­dzi­ła Ke­itha.

•••

W nocy nie­mal nie zmru­ży­li oczu. Troll bez prze­rwy skom­lał, ję­czał i wył na­prze­mien­nie, a jego głos od­bi­jał się echem od ka­mien­nych ścian. Ile­kroć Ve­gard przy­snął, ze snu wy­ry­wa­ło go roz­brzmie­wa­ją­ce od czasu do czasu gło­śniej­sze niż nor­mal­nie ryki.

O wscho­dzie słoń­ca, zzięb­nię­ty i ze­sztyw­nia­ły, przy­siadł przy nie­wiel­kim ogni­sku, jed­nym z pię­ciu, które roz­pa­li­li w róż­nych miej­scach nie­wiel­kie­go ka­nio­nu. Ke­itha nie wy­glą­da­ła na zmę­czo­ną. Wpa­try­wa­ła się w pło­mie­nie, ob­ra­ca­jąc w dło­niach ga­łąz­kę ko­so­drze­wi­ny. Dwóch żoł­nie­rzy po noc­nej war­cie spało tuż obok, po­chra­pu­jąc cicho. Albo hałas nie robił na nich wra­że­nia, albo byli na­praw­dę zmę­cze­ni.

– Czemu gó­rzan­ka opusz­cza swój lud i scho­dzi na ni­zi­ny? – za­gad­nął ją Ve­gard.

Wiel­kie, nie­bie­skie oczy spoj­rza­ły na niego z za­sko­cze­niem, jakby do­pie­ro teraz uświa­do­mi­ła sobie jego obec­ność.

– Po­dej­rze­wam, że z tego sa­me­go po­wo­du, dla któ­re­go straż­nik go­ściń­ca włó­czy się po dro­gach kró­le­stwa. Żeby słu­żyć lu­dziom.

– Gór­ski Lud nie po­trze­bu­je uzdro­wi­cie­lek?

– Ma ich wy­star­cza­ją­co wiele. Jedna mniej nie zrobi im róż­ni­cy. Skąd wia­do­mo, że straż­nik go­ściń­ca jest tym, za kogo się po­da­je? – od­wdzię­czy­ła się py­ta­niem. – Czemu nie no­si­cie zna­ków czy mun­du­rów?

– Kiedy po­lu­jesz na ban­dy­tę, nie chcesz mu z da­le­ka oznaj­mić, że zbli­ża się nie­bez­pie­czeń­stwo – oznaj­mił Ve­gard wy­su­płu­jąc z sa­kiew­ki przy pasie nie­wiel­ką od­zna­kę, przed­sta­wia­ją­cą ośmio­ra­mien­ną różę wia­trów, w którą wpi­sa­no miecz. Dziew­czy­na się­gnę­ła po em­ble­mat i przyj­rza­ła mu się uważ­nie.

– Czyli, jeśli ktoś wy­ku­je sobie po­dob­ną bły­skot­kę, może ucho­dzić za jed­ne­go z was, zga­dza się?

– Może pró­bo­wać – przy­znał Ve­gard, się­ga­jąc po miecz przy pasie. Skie­ro­wał go rę­ko­je­ścią w stro­nę dziew­czy­ny. Na po­sre­brza­nym jelcu drob­ny­mi ru­na­mi wy­ku­to in­skryp­cję. Słu­żyć i chro­nić. – Tym bar­dziej, jeśli uda mu się zdo­być taką broń. Ale w przy­pad­ku spo­tka­nia praw­dzi­we­go straż­ni­ka, los oszu­sta jest marny.

– Śmierć?

– Na­ka­za­na kró­lew­skim edyk­tem – przy­tak­nął. – Wielu było ta­kich, któ­rzy pró­bo­wa­li się pod­szy­wać pod człon­ków mo­je­go brac­twa. Ale nie­wie­lu udało się umknąć karze.

Ski­nę­ła głową i od­da­ła mu od­zna­kę.

– Nie zro­zum mnie źle. To z pew­no­ścią szla­chet­na służ­ba. Ale i krwa­wa. Po­tra­fię zro­zu­mieć wo­jow­ni­ków, któ­rzy bro­nią gra­nic, wło­ści swo­je­go pana i jego pod­da­nych. Nie ro­zu­miem jed­nak, czemu ktoś miał­by do­bro­wol­nie pod­jąć się życia w cią­głej tu­łacz­ce, po­lo­wa­nia na ban­dy­tów i po­two­ry, zma­ga­nia się z opi­nią nie­bez­piecz­ne­go włó­czę­gi i awan­tur­ni­ka, a wszyst­ko to dla idei i mar­nej za­pła­ty z kró­lew­skie­go skarb­ca.

– Ktoś musi się tym zaj­mo­wać. Ktoś musi ubru­dzić ręce, żeby inni nie mu­sie­li tego robić. Za­wsze tak było.

– Ktoś musi. Ale czemu ty się na to zde­cy­do­wa­łeś?

Ve­gard mil­czał jakiś czas. Teraz to on wpa­try­wał się w trza­ska­ją­ce pło­mie­nie.

– Na to py­ta­nie nie ma pro­stej od­po­wie­dzi.

Gwizd jed­ne­go z wo­ja­ków po­sta­wił ich na nogi. Czu­wa­ją­cy żoł­nie­rze bu­dzi­li śpią­cych to­wa­rzy­szy, bły­snę­ła uno­szo­na broń, dep­ta­no, przy­kry­wa­no lub za­le­wa­no roz­pusz­czo­nym wcze­śniej śnie­giem ogni­ska. Nad­cho­dził troll.

Naj­pierw usły­sze­li kroki. Cięż­kie, z każdą chwi­lą coraz gło­śniej­sze. Skal­ne okru­chy po­dry­gi­wa­ły lekko po każ­dym z nich. Czte­rech żoł­nie­rzy ła­do­wa­ło wiel­kie kusze bo­jo­we. Po­zo­sta­li cza­ili się za gła­za­mi, trzy­ma­jąc w po­go­to­wiu włócz­nie.

Po­twór po­ja­wił się w wej­ściu do ka­nio­nu. Na oko mie­rzył około pięt­na­stu stóp. Be­stia miała dłu­gie, mu­sku­lar­ne ra­mio­na, małe oczka i uszy oraz nos w po­sta­ci wą­skich szpa­rek. Z dol­nej szczę­ki, wy­su­nię­tej do przo­du, wy­ra­sta­ły ku górze dwa dłu­gie kły. Nawet w mdłym świe­tle bu­dzą­ce­go się do życia po­ran­ka jej chro­po­wa­ta, po­kry­ta gu­za­mi skóra wy­glą­da­ła na twar­dą, przy­po­mi­na­jąc gór­ską ścia­nę.

Sa­mi­ca pod­bie­gła do mło­de­go i bez zbyt­niej de­li­kat­no­ści ob­ró­ci­ła mi­nia­tu­ro­wą wer­sję sie­bie na plecy, wyjąc coś we wła­snym ję­zy­ku. Nie­zgrab­ny­mi pal­ca­mi za­czę­ła szar­pać pęta, ale nie mogła do­brze zła­pać za liny. Malec roz­wył się na nowo, z jesz­cze więk­szą mocą.

– Strze­lać! – Głos Ro­lan­da odbił się echem od ka­mien­nych ścian.

Ukry­ci naj­bli­żej mło­de­go trol­la kusz­ni­cy wy­chy­li­li się zza ukry­wa­ją­cych ich ka­mie­ni i pu­ści­li w kie­run­ku matki salwę cięż­kich beł­tów. Po­ci­ski z do­no­śnym świ­stem prze­cię­ły po­wie­trze i ude­rzy­ły w twarz po­chy­lo­ną nad dziec­kiem po­czwa­rę. Be­stia ryk­nę­ła i prze­su­nę­ła ręką po pysku, wbi­ja­jąc tylko głę­biej bełty. Włócz­ni­cy, z Ro­lan­dem na czele, rzu­ci­li się do ataku, flan­ku­jąc po­two­ra z obu stro­na. Wy­ko­rzy­stu­jąc jego kon­ster­na­cję ude­rzy­li gro­ta­mi włócz­ni w łydki i pod ko­la­na, aby, zgod­nie z su­ge­stią Ve­gar­da, spró­bo­wać oba­lić stwo­ra. Oka­za­ło się, iż nie jest to takie pro­ste.

Cho­ciaż któ­ryś ze strzel­ców szczę­śli­wie tra­fił trol­li­cę w jedno z ma­łych oczu, be­stia bar­dzo szyb­ko od­zy­ska­ła rezon i mach­nę­ła cięż­kim łap­skiem, ła­miąc z trza­skiem dwie go­dzą­ce w nią włócz­nie. Od razu od­wró­ci­ła się w prze­ciw­nym kie­run­ku, czu­jąc napór rów­nież z dru­giej stro­ny, i ude­rza­jąc po­now­nie, tym razem bez­po­śred­nio w jed­ne­go z żoł­nie­rzy, który z krzy­kiem prze­le­ciał nad Ve­gar­dem i Ke­ithą, za­trzy­mu­jąc się do­pie­ro na ścia­nie ka­nio­nu. Uzdro­wi­ciel­ka na­tych­miast do­sko­czy­ła do ran­ne­go.

Be­stia mio­ta­ła się wo­ko­ło, po­tęż­ny­mi ude­rze­nia­mi pię­ści pró­bu­jąc zmiaż­dżyć tań­czą­cych wokół niej żoł­nie­rzy. Ve­gard wy­sko­czył zza ka­mie­nia i zła­pał za na­le­żą­cą do ran­ne­go włócz­nię. Kusz­ni­cy, któ­rzy rów­nież wy­szli ze swo­je­go ukry­cia, oto­czy­li stwo­ra pół­ko­lem i pu­ści­li ko­lej­ną salwę. Mniej spek­ta­ku­lar­ną, ale wy­star­cza­ją­cą, by na chwi­lę od­wró­cić uwagę po­two­ra. Straż­nik zde­cy­do­wał, że lep­szej oka­zji może nie mieć. Pu­ścił się bie­giem, wy­mi­nął trzy­ma­ją­cych dy­stans żoł­nie­rzy, któ­rzy nie chcie­li pod­cho­dzić do ma­cha­ją­ce­go na oślep ła­pa­mi stwo­rze­nia, po czym z im­pe­tem za­to­pił długi grot w pod­brzu­szu po­czwa­ry, czu­jąc, jak że­la­zo z opo­rem prze­bi­ja twar­dą skórę i za­głę­bia się w ciel­sku. Czar­na krew try­snę­ła ob­fi­cie. Tak jak po­dej­rze­wał straż­nik, tkan­ka w tym miej­scu była nieco słab­sza.

Mon­strum wrza­snę­ło, aż śnieg po­sy­pał się ze skal­nych półek. Ve­gard na­tych­miast od­sko­czył, wy­pusz­cza­jąc broń z rąk. O kilka cali unik­nął zdep­ta­nia, ale nie zdo­łał cał­ko­wi­cie unik­nąć na­stę­pu­ją­ce­go po nim ude­rze­nia. Pró­bu­ją­ca po­chwy­cić straż­ni­ka trol­li­ca le­d­wie szturch­nę­ła go pal­ca­mi, ale to wy­star­czy­ło, by męż­czy­zna za­wi­ro­wał w po­wie­trzu i łup­nął cięż­ko na zie­mię, czu­jąc roz­cho­dzą­ce się po ple­cach bły­ska­wi­ce bólu. Wście­kły po­twór ru­szył na Ve­gar­da z wy­cią­gnię­ty­mi do przo­du ła­pa­mi, nio­sąc przed sobą włócz­nię. Wo­jow­nik pod­no­sił się zbyt wolno, nie miał szans na uciecz­kę.

Z imie­niem Svaj­ro­sa na ustach Ro­land wy­biegł mię­dzy be­stię a straż­ni­ka i pchnął drzew­cem tuż obok miej­sca, gdzie tra­fił Ve­gard. Choć że­la­zo po­now­nie prze­bi­ło skórę, to tym razem trol­li­ca za­re­ago­wa­ła szyb­ciej. Od razu zła­pa­ła do­wód­cę dru­ży­ny w dłoń, z try­um­fal­nym ry­kiem unio­sła w górę i z mocą ci­snę­ła przez całą dłu­gość ka­nio­nu. Ry­cerz, wzo­rem swo­je­go pod­wład­ne­go, z trza­skiem ude­rzył w ścia­nę i znik­nął wśród ka­mie­ni.

Kusz­ni­cy strze­li­li po­now­nie. Wi­dzą­cy po­raż­kę swo­je­go do­wód­cy żoł­nie­rze ata­ko­wa­li z wa­ha­niem i więk­szą ostroż­no­ścią. Ci, któ­rzy stra­ci­li włócz­nie, pró­bo­wa­li ude­rzać mie­cza­mi i to­po­ra­mi, za­da­jąc drob­ne rany. Po­so­ka try­ska­ła coraz gę­ściej, zna­cząc pod­ło­że i śnieg ciem­ny­mi pla­ma­mi. Wy­da­wa­ło się, że be­stia osła­bła nieco. Okrę­ca­ła się wol­niej, ry­cza­ła jakby ci­szej.

Ve­gard wstał, krzy­wiąc się z bólu, dobył miecz i sko­czył na pomoc żoł­nie­rzom. Wy­ko­rzy­stu­jąc mo­ment, w któ­rym po­twór zwró­co­ny był do niego tyłem, z za­ma­chem ciął po łyd­kach. Od razu za­wi­ro­wał po­mię­dzy no­ga­mi mon­stra i chla­snął po twar­dych jak skały go­le­niach. Gdy zo­ba­czył się­ga­ją­cą ku niemu rękę, rzu­cił się prze­wro­tem w przód, uska­ku­jąc poza jej za­sięg, by zaraz znów do­sko­czyć. Stal świsz­cza­ła w bły­ska­wicz­nych ata­kach. Być może za­chę­ce­ni jego przy­kła­dem dru­żyn­ni­cy ze zdwo­jo­ną mocą ru­szy­li do walki, dźga­jąc i sie­kąc z ro­sną­cą za­wzię­to­ścią, przy wtó­rze prze­kleństw i wrza­sków, jakby słowa rów­nież mogły zra­nić be­stię. Po raz ko­lej­ny świ­snę­ły po­ci­ski z kusz.

Po nie­dłu­giej, ale za­żar­tej walce trol­li­ca za­chwia­ła się. Już nie ata­ko­wa­ła, pró­bo­wa­ła je­dy­nie utrzy­mać rów­no­wa­gę, nie­pew­nie prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę. Po­sta­wi­ła krok w kie­run­ku wyj­ścia z ko­tli­ny. Potem na­stęp­ny. A potem upa­dła z ło­sko­tem na pysk. Wi­dząc to wo­jow­ni­cy Ro­lan­da rzu­ci­li się jak stado wy­głod­nia­łych wil­ków, by ją dobić. Broń raz za razem wzno­si­ła się i opa­da­ła, uwal­nia­jąc spod twar­dej skóry małe fon­tan­ny juchy.

Straż­nik po­truch­tał w prze­ciw­nym kie­run­ku. Tam, gdzie wi­dział zni­ka­ją­ce ciało ry­ce­rza. Spo­mię­dzy skał do­strze­gał szopę ru­dych wło­sów. I słabe, białe świa­tło.

Ke­itha klę­cza­ła nad Ro­lan­dem, szep­cząc coś po cichu. Łzy żło­bi­ły ślady na jej po­licz­kach. Drob­na dłoń, otu­lo­na nie­na­tu­ral­nym bla­skiem, wę­dro­wa­ła po tor­sie nie­wąt­pli­wie mar­twe­go już męż­czy­zny. Nagle stało się jasne, czemu ry­cerz z dru­ży­ną cią­gnął na tak nie­bez­piecz­ną wy­pra­wę drob­ną uzdro­wi­ciel­kę.

– To na nic – po­wie­dział cicho Ve­gard. – Nawet magia nie po­mo­że umar­łe­mu.

Gó­rzan­ka za­ci­snę­ła pięść, blask znik­nął na­tych­mia­sto­wo. Dziew­czy­na wsta­ła nie­spiesz­nie, otar­ła oczy i wes­tchnę­ła.

– Chyba masz rację – po­wie­dzia­ła chra­pli­wie. – Co teraz?

Ve­gard spoj­rzał w jej za­czer­wie­nio­ne oczy. Minę, mimo wszyst­ko, miała za­wzię­tą. Wie­dział, o co pyta.

Magia w kró­le­stwie Dro­me­rii była ści­śle kon­tro­lo­wa­na. Poza Krę­giem Magów nikt nie mógł upra­wiać cza­rów. Wiedź­my, zna­chor­ki, dru­idów i wszel­kiej maści dzi­kich cza­row­ni­ków ści­ga­no dla, jak wieść nio­sła, ich wła­sne­go bez­pie­czeń­stwa. Nie­zdy­scy­pli­no­wa­ny i nie­wy­szko­lo­ny pra­wi­dło­wo cza­ro­dziej był groź­ny za­rów­no dla sie­bie, jak i dla oto­cze­nia. Po­dob­no. Za ukry­wa­nie ta­ko­wych gro­zi­ła naj­wyż­sza kara.

– Byłem za­ję­ty walką – od­parł straż­nik. – Wi­dzia­łem tylko uzdro­wi­ciel­kę, która pró­bo­wa­ła pomóc ran­ne­mu. To wszyst­ko.

Od­wró­cił się do niej ple­ca­mi, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź. Żoł­nie­rze, upo­raw­szy się z trol­li­cą, kil­ko­ma spraw­ny­mi cio­sa­mi za­bi­li rów­nież mło­de­go. Na­le­ża­ło prze­ka­zać im przy­kre wie­ści.

•••

Zamek Bia­ło­rze­ka wzno­sił się na skar­pie, w za­ko­lu wą­skiej, mie­nią­cej się w pro­mie­niach słoń­ca rze­czuł­ki. Trak­tem ku murom cią­gnę­li żoł­nie­rze, wio­ząc na pro­wi­zo­rycz­nie skle­co­nych no­szach swo­je­go do­wód­cę i jed­ne­go z kom­pa­nów. Pierw­szy nie żył, drugi był po­ła­ma­ny w kilku miej­scach, ale Ke­itha twier­dzi­ła, że wy­ży­je. Nie wsią­dzie na koń i ra­czej nie pod­nie­sie broni. Ale zo­sta­nie wśród ży­wych.

Wo­ja­cy po­że­gna­li się ze straż­ni­kiem z sza­cun­kiem, moc­ny­mi uści­ska­mi dłoni i krót­ki­mi po­dzię­ko­wa­nia­mi za pomoc. Gó­rzan­ka zo­sta­ła jesz­cze chwi­lę przy nim.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dzia­ła nagle.

– Wszy­scy wie­dzie­li, praw­da?

– Wszy­scy – przy­tak­nę­ła. – Baron Eghar także wie. Po ką­tach szep­cze o tym rów­nież służ­ba, ale im zo­sta­ją je­dy­nie do­my­sły.

– Więc nie masz za co mi dzię­ko­wać. Byłem to winny Ro­lan­do­wi. Gdyby nie on, to ja był­bym teraz tru­pem. Cie­kaw je­stem jed­nak, co by zro­bił, gdy­bym wcze­śniej od­krył, że je­steś… – straż­nik szu­kał chwi­lę od­po­wied­nie­go słowa.

– Że param się magią? – do­koń­czy­ła za niego. – Nie wiem. Py­ta­łam go o to, gdy zde­cy­do­wał się wziąć cię do kom­pa­ni. Od­po­wia­dał tylko, że jakoś sobie po­ra­dzi. Ale był zde­cy­do­wa­ny na wszyst­ko, żeby strzec ta­jem­ni­cy i ho­no­ru swo­je­go pana.

Ve­gard po­ki­wał głową ze zro­zu­mie­niem. Być może ry­cerz pró­bo­wał­by go zabić. Osta­tecz­nie jed­nak ura­to­wał mu życie i tylko to się li­czy­ło.

– Jak to się stało, że szlach­cic przy­jął pod swój dach szep­tun­kę? Bo chyba tak na was wo­ła­ją, praw­da?

– Nie­któ­rzy tak mówią, zga­dza się. Cóż, chyba nie ma sensu tego ukry­wać. Tak na­praw­dę nie po­win­nam o sobie mówić, że je­stem z ple­mie­nia Ja­strzę­bia. Wszy­scy na dwo­rze tak mnie na­zy­wa­ją, aby za­cho­wy­wać po­zo­ry. Wy­gna­no mnie jed­nak z domu. O po­wo­dy nie pytaj. Scho­dząc z gór zna­la­złam go w lesie. Pod­czas po­lo­wa­nia baron od­da­lił się od swo­ich ludzi i sa­mot­nie za­ata­ko­wał niedź­wie­dzia. Choć zwy­cię­żył, do­stał pa­skud­ną ranę. Ule­czy­łam go, a on mnie przy­gar­nął, przy­rze­ka­jąc za­cho­wać w ta­jem­ni­cy to, kim je­stem.

Ve­gard po­now­nie po­ki­wał głową. Mil­czał.

– Czy jeśli jesz­cze kie­dyś się spo­tka­my – za­py­ta­ła gó­rzan­ka, nie do­cze­kaw­szy się od­po­wie­dzi – po­win­nam być ostroż­na?

Straż­nik od­wró­cił się ku niej. Spoj­rze­li sobie w oczy.

– Nie ma sensu roz­wa­żać na próż­no. Kto wie, jaki czeka nas los?

Tym razem to ona nie od­po­wie­dzia­ła.

– Czas na mnie. Bywaj w zdro­wiu, Ke­itho z Gór­skie­go Ludu.

Za­wró­cił klacz i ru­szył trak­tem na po­łu­dnie.

– Uwa­żaj na sie­bie, straż­ni­ku go­ściń­ca – po­wie­dzia­ła cicho dziew­czy­na.

Koniec

Komentarze

Wiem, że czasy dziwne na tyle, że człek niczemu dziwić się nie powinien, ale:

 

Adek_W

kobieta | 25.01.21, g. 14:16 | znaki: 25838

Za wszelkiem komentarze, uwagi i konstruktywną krytykę będę bardzo wdzięczny.

 

I człek nie wie, jak się zwracać, żeby nie urazić ;P

Zupełnie nie wiem, jak to się stało, ale już poprawione. Żeby nie było niedomówień. :D Dzięki za pierwszą uwagę ;D

Każdy Troll dupa, kiedy wrogów kupa. :)

 

Bardzo fajny tekst, jakby wycinek czegoś większego. Przeczytałem jednym tchem. Co do interpunkcji nic nie pomogę, bo to moja przywara, ale za to mam kilka sugestii. 

 

– Kto pyta? – głos miał chrapliwy i szorstki.

 

– Mi wypadło, panie. Romus me imię – głos osadnika spokorniał wyraźnie w kontakcie z przedstawicielem wyższego stanu.

 

– Miewaliście tu już problemy z trollami? – spytał rycerz.

 

Czarna krew trysnęła obficie. z rany

 

Pozdrawiam i gratuluję debiutu według mnie bardzo dobry.

Cześć, Adek!

Całkiem zgrabnie napisane! Historia prosta, ale poprawnie zrealizowana. Czytałem z zaciekawieniem, chciałem się dowiedzieć, co skłoniło trolla do zmiany przyzwyczajeń i dokonanie masakry w osadzie? A w tekście nie dopatrzyłem się żadnej informacji na ten temat. Bardzo zwracałeś na ten fakt uwagę czytelnika (no, przynajmniej moją), a potem nagle okazało się, że scenariusz skręcił na tajny związek Rolanda i Keithy. Może warto byłoby jakoś przedstawić motywy monstera? ;) 

 

Parę drobiazgów:

 

mógł ułożyć się rosły mężczyzna i jeszcze zostałoby miejsca

miejsce

 

Poszkodowanych, na zwór zmarłych, kładziono rzędami.

Na wzór

 

 

puścili w kierunku matki salwę z ciężkich bełtów

puścili salwę z kusz, a nie z bełtów – wyrzuciłbym "z"

 

 

Tak jak podejrzewał strażnik, tkanka w tym miejscu była nieco słabsza, bardziej rozlazła, elastyczna.

 

Sporo przymiotników, może wystarczy informacja, że była słabsza?

 

 

Rycerz, przykrym wzorem swojego podwładnego

Dziwnie brzmi!

 

 

twierdziła, że wyżyje. Nie wsiądzie na koń i raczej nie podniesie broni. Ale wyżyje.

 

Powtórzenie, może użyjesz jakiejś innej formy?

 

Gratuluję niezłego debiutu!

Pozdrowienia

K.

 

P.S.

Kogo masz w avatarce? To jakiś maltański rycerz?

www.popetersburgu.pl

Panowie,

Dzięki za spostrzeżenia! 

…co skłoniło trolla do zmiany przyzwyczajeń i dokonanie masakry w osadzie? A w tekście nie dopatrzyłem się żadnej informacji na ten temat. Bardzo zwracałeś na ten fakt uwagę czytelnika (no, przynajmniej moją), a potem nagle okazało się, że scenariusz skręcił na tajny związek Rolanda i Keithy. Może warto byłoby jakoś przedstawić motywy monstera? ;)

Zamierzałem zrobić krótkie, choćby jednozdaniowe wyjaśnienie, że chodziło właśnie o obecność młodego osobnika. Sam nie wiem, czemu z zamierzeń nic nie wyszło. Masz rację, warto to jednak zmienić.

Nieodmiennie zdumiewają mnie literówki. Te podłe dranie potrafią prześlizgnąć się nawet do wielokrotnie czytanego na głos tekstu. ;)

Kogo masz w avatarce? To jakiś maltański rycerz?

Tak, jest to niejaki Gérard Tonque, założyciel zakonu szpitalników, którzy później podzielili się na zakony świętego Jana i świętego Łazarza. :)

 

Jeszcze raz dziękuję za Wasze opinie!

Okej, też tak pomyślałem, że chodzi o młodego, ale on spokojnie siedzi sobie w górach, “madka” schodzi do osady, robi masakre i wraca. Samo istnienie młodego osobnika nie wyjaśnia motywów. Rozumiem, gdyby:

- Matka zabrała ze sobą łup w postaci kilku trupów dla wyżywienia trollęcia (trollątka?). O ile oni jedzą mięso, nie znam się na zwyczajach kulinarnych trolli :(

– wcześniej młody zapędził się w pobliże wioski i miejscowa dziatwa obrzuciła go kamieniami (i inwektywami!). Chociaż ta opcja mało mi pasuje, wioska leży daleko, raczej poza zasięgiem młodego trolla. Ale mógł na niego napaść miejscowy myśliwy polujący w górach. Madka mogłaby pójść po jego śladach do wioski i wyładować na niej swój gniew.

Albo coś w ten deseń. Nie sądzisz?

 

 

 

www.popetersburgu.pl

Albo coś w ten deseń. Nie sądzisz?

Sądzę, sądzę. Wstawiłem zdanie wyjaśniające:

– Oto przyczyna ataku – domyślił się strażnik. – Samica wyszła na żer i uznała osadę za niebezpieczeństwo, leżące w granicach jej terytorium. Musiała mieć już styczność z niezbyt przyjaźnie nastawionymi ludźmi.

Sensowne? Brzmi lepiej?

Trochę, ale chyba jeszcze nie do końca, wybacz ;)

 

– Widywało się je w górach, to prawda. Ale nigdy nie schodziły tak nisko, panie.

 

Znaczy się wyszła na żer, znalazła wioskę przypadkiem (nigdy nie schodziła tak nisko), uznała za zagrożenie. Czyli młodego wogóle mogłoby nie być, a wcześniej mówiłeś, że chodzi o niego ;) Ja sądzę, choć to tylko moje zdanie i zrób z nim co zechcesz, że młody to super powód napaść na wioskę :) Ale powinien być jakos w to zaangażowany, być przez kogoś z wioski napadnięty na przykład.

 

www.popetersburgu.pl

Nie ma czego wybaczać, to bardzo pomocne. :D 

Do dialogu, w którym zarządca osady wyjaśnia, co się stało, dodałem wzmiankę o zabranych ciałach. Wygląda to teraz następująco:

– Usłyszeliśmy go, ledwie kur zapiał o poranku. Nie było czasu nic zrobić, ni uciec, ni walczyć, bo i jak walczyć z takim bydlakiem? Wpadł do osady i zaczął walić łapskami we wszystko i wszystkich. Kto mógł, uciekał, ale sami widzieliście, że wielu się nie udało. Szalał jakiś czas, a potem wziął w łapska kilku zabitych i wrócił, skąd przyszedł.

Rozbudowałem też wyjaśnienia strażnika:

– Oto przyczyna ataku – domyślił się strażnik. – Samica wyszła na żer, ale w górach wciąż jest pełno śniegu, a mało zwierzyny. Za mało, żeby wykarmić ją i potomka. Dlatego zeszła z gór. I po napaści zabrała ze sobą trupy.

Pomysł zaatakowania młodego trolla kłóci mi się trochę z pierwotnym zamysłem, który wyglądał tak, że jest on zwyczajnie zbyt młody, by wychodzić samotnie poza legowisko. Co prawda przyszła mi myśl, że to któryś z wieśniaków mógł wyjść w góry i trafić na legowisko, ale po mojemu, to oni by od razu, jak to się mówi, dali w długą. :D Jak sądzisz, jak teraz to wygląda?

 

Zdecydowanie lepiej! Cieszę się, że sugestię uznałeś za pomocną :)

Pozdrowienia! 

K.

www.popetersburgu.pl

Dobrze napisane, chociaż osobiście odradzałabym użycie tego jako np. pierwszego rozdziału w Twoje powieści, jeśli taką planujesz. A takie mam wrażenie, bo świat, który przedstawiasz, wydaje się znacznie większy. Na początku jest dość nudnawo i tak, wiem, że jest polowanie na trola, ale moim zdaniem nie jest to ‘selling point’ Twojego opowiadania. Główny twist, jaki zostawiłeś na sam koniec, to to, że Keitha jest czarownicą, a uprawianie magii bez licencji (czy jak to inaczej nazwać) jest zabronione. I pytanie, co z tym zrobi praworządny strażnik? Tylko że wcześniej w ogóle nic o tej magii nie mówisz. Gdyby trola np. napuścił jakiś nielicencjonowany mag to byśmy od razu mieli sygnał, że w tych stronach magii się nie lubi i faktycznie czuli problem, jak dochodzi do demaskacji Kaithy. A tak to ten trol zajmuje prawie ¾ fabuły, ale nie jest historią samą w sobie. Ja radziłabym jakoś bardziej uwypuklić problem magii.

Pozdrawiam 

Danka

Cześć, Danka, dzięki za przeczytanie i opinię. :) Masz rację, że nie zaznaczyłem wcześniej niczego o magii. Mało tego, to zdanie wyjaśniające o Kręgu Magów też dodałem przed samą publikacją. Wiąże się to z tym, iż nie jest to pierwsze opowiadanie z tego "uniwersum", które stworzyłem, tylko któreś z kolei. W innych poruszałem ten temat i tutaj postanowiłem nie rozpisywać się za bardzo, tylko skupić na samym polowaniu. Zgodzę się, że dogłębne poruszenie tego wątku mogłoby podnieść walory fabularne opowieści, to bardzo słuszna uwaga. Być może w przyszłości trafi tu pierwszy napisany przeze mnie tekst, który kręci się wokół magii i praw do jej używania, niemniej wymaga on sporo dopracowania. Co do dołączenia opowiadania do powieści, to nie, nie miałem takiego planu. Choć ogólny pomysł na powieść jest. Ale to daleka przyszłość. Jeszcze raz dziękuję za Twoją opinię. :)

W tym miejscu masz literówkę:

Dziewczyna odpowiedział spojrzeniem równie uważnym, nie spuszczając wzroku.

Żal mi się zrobiło trollicy i jej młodego…

Jakoś nie polubiłam bohaterów i trudno było im kibicować. Przydałyby się cechy, ktre wzbudziłyby więcej sympatii do nich, zwłaszcza kobieta z gór ma potencjał na ciekawą postać. Gdyby stanęła po stronie potwora, wyszedłby z tego ciekawy twist. ;)

Ogólnie, sprawnie napisane opowiadanie z plastycznymi opisami. Widać, że kreujesz większy świat niż pokazujesz.

Ando, dzięki za wyłapanie literówki i opinię. :) 

Coż, w tym świecie trolle są bestiami, które nie koegzystują pokojowo z ludźmi. Dla mieszkańców wioski i bohaterów zabicie trollicy i młodego było nie tylko aktem zemsty za atak na wieś, ale i prewencyjnym działaniem na przyszłość. Jedna bestia mniej, cytując klasyka gier komputerowych. ;)

Co do bohaterów – przykro mi, że nie zdołałaś ich polubić. Pomyślę, co można zrobić, żeby jednak dali się lubić, choć akurat ta uwaga pada po raz pierwszy.

Przyzwoicie napisane, gdzieś mi tam mignęło coś do poprawienia, ale teraz nie umiem znaleźć. Uniwersum przedstawione w sam raz, nie gubiłam się w nim, choć chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej, i tak powinno być ;)

Z czepialstwa: trochę za mało historii w Twojej opowieści. Spotkali się, poszli na trolla, zabili trolla, rozeszli się, a strażnik gościńca okazał się przyzwoitym człowiekiem. Czekam na dalsze przygody bohaterów.

A na razie klik, trochę na zachętę ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko,

 

Dziękuję za czas poświęcony lekturze, uwagi i klik na zachętę. :)

Cieszę się, że podołałem zadaniu subtelnego i zachęcającego przedstawienia uniwersum. Opowiadanie z założenia miało być czymś lekkim i przygodowym zarazem. Czyli właśnie poszli, zabili, rozeszli się. Niewykluczone, że przesadziłem z prostotą. :D W następnych tekstach postaram się o więcej złożoności i warstwy fabularnej. :)

 

Pozdrawiam!

Cześć!

Przyjemna klasyczna historia. Strażnik, rycerz oraz uzdrowicielka, zawiązują sojusz by dopaść maszkarę co prosty lud uciska. Stopniowo wprowadzasz czytelnika w świat, pokazując rządzące nim prawa. Bohaterowie zarysowani wystarczająco, choć zabrakło mi trochę interakcji między nimi, po przeczytaniu całości trudno mi ich sobie zwizualizować.

Poza tym, zabrakło trochę napięcia, gdy czekali na potwora, zbudowania nastroju. I ten sen, ja bym tam chyba nie zasnął – te jęki i ten smród…

Poprawnie napisane, bez większych zgrzytów, choć te dwie rzeczy rzuciły mi się w oczy:

Choć uznawali zwierzchność króla Dromerii, to polityka wielkiego świata niespecjalnie ich interesowała, dlatego cieszyli stosunkowo dużą swobodą.

Tu chyba brakuje “się”

– Zgadzam się ze strażnikiem – powiedział Keitha, podchodząc do nich po cichu.

Keitha to on czy on?

 

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć, Krarze!

 

Dzięki za czas poświęcony na lekturę i uwagi. :) 

Keitha to ona, uciekła mi literka. Co do snu Vegarda – były to raczej próby zaśnięcia, niż normalny sen. A że próbowali zasnąć (co ani strażnikowi, ani żołnierzom nie wyszło), wynikało z chęci regeneracji sił przed walką. Więc, wydaje mi się, musieli spróbować się zdrzemnąć. :)

 

Pozdrawiam!

No cóż, opowieść sprowadza się do wytropienia, a potem zbiorowego zabicia trollicy i jej dzieciaka. Nie wiem nawet, czy to można nazwać polowaniem, czy raczej było to wykonanie wyroku za zniszczenie ludzkiej osady. Może dlatego opowieść nie zdołała mnie porwać.

Tak jak rozumiem, że Vegard, patrolując drogi, mógł akurat trafić do właśnie zrujnowanej osady, tak nie pojmuję, skąd wzięła się tam drużyna Rolanda – kto ich zawiadomił i kiedy? A może coś przeoczyłam…

Wykonanie, co stwierdzam z ogromnym smutkiem, pozostawia bardzo wiele do życzenia. Jednakowoż, Adku, pozostaję z nadzieją, że Twoje przyszłe opowiadania będą ciekawe i znacznie lepiej napisane.

 

Wśród zasp bia­łe­go puchu wa­la­ły się po­ła­cie strze­chy… ―> Czy to na pewno były połacie?

Proponuję: Wśród zasp bia­łe­go puchu wa­la­ły się płachcie strze­chy

 

pró­bu­jąc omi­jać co ob­szer­niej­sze plamy krwi… ―> Obszerny może być dom lub ubiór, ale nie plama.

Proponuję: …pró­bu­jąc omi­jać co większe/ rozleglejsze plamy krwi

 

Ve­gard pod­je­chał na skraj wio­ski, za­trzy­mu­jąc się… ―> Czy dobrze rozumiem, że jednocześnie podjeżdżał i zatrzymywał się?

Proponuję: Ve­gard pod­je­chał na skraj wio­ski i za­trzy­mał się

 

Więk­szo­ści bu­dyn­ków bra­ko­wa­ło mniej­szych lub więk­szych frag­men­tów ścian oraz da­chów. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Wielu budynkom  bra­ko­wa­ło mniej­szych lub więk­szych frag­men­tów ścian oraz da­chów.

 

Za pas za­tknął zbój­nic­ko wy­glą­da­ją­cy nóż. ―> A cóż takiego zbójnickiego było w nożu?

Proponuję: Za pas za­tknął nóż, wyglądający na zbójnicki.

 

do osady jak burza wpa­dło grupa jeźdź­ców. ―> Czy dobrze rozumiem, że osada była jak burza? A może miało być: …do osady, jak burza, wpa­dła grupa jeźdź­ców.

 

do rzędu przy­to­czył tar­czę… ―> Czy tarcza była na kółkach?

 Chyba że miało być: …do rzędu przy­tro­czył tar­czę

 

Różnili się tylko mniej okazałymi wąsami i bied­niej­szym zdob­nic­twem pasa, po­chew na miecz czy hełmu. ―> Jednego pasa? Czy mieli wiele pochew na jeden miecz i tylko jeden hełm? Biedniejsze zdobnictwo, moim zdaniem, nie brzmi najlepiej.

Proponuję: Różnili się tylko mniej okazałymi wąsami i skromniejszymi zdobieniami pasów, pochew na mieczehełmów.

 

Mi wy­pa­dło, panie. ―> – Mnie wy­pa­dło, panie.

Choć rozumiem, że Romus nie musi wyrażać się poprawnie.

 

dla­te­go cie­szy­li sto­sun­ko­wo dużą swo­bo­dą. ―> Tu chyba miało być: …dla­te­go cie­szy­li się sto­sun­ko­wo dużą swo­bo­dą.

 

drzwi pro­wa­dzi­ły do ob­szer­nej kom­na­ty… ―> Skoro to wiejska budowla, to raczej: …drzwi pro­wa­dzi­ły do ob­szer­nej izby

Za SJP PWN: komnata «pokój mieszkalny lub sala reprezentacyjna w dawnych rezydencjach, pałacach i zamkach»

 

jesz­cze inni tępo wpa­try­wa­li się przed sie­bie. ―> …jesz­cze inni tępo patrzyli przed sie­bie.

Wpatrujemy się w coś, zatrzymujemy wzrok na kimś/ na czymś.

 

usie­dli przy krań­cu z stołu. ―> A może: …usiedli przy jednym krańcu stołu.

 

od­ry­wa­jąc tylko tro­chę chle­ba i kro­jąc ka­wa­łek ser – jak to było? ―> Literówka.

 

żeby dało się go od tak po­chla­stać. ―> …żeby dało się go, ot tak, po­chla­stać.

 

– Zga­dzam się ze straż­ni­kiem – po­wie­dział Ke­itha… ―> Literówka.

 

spraw­nie ze­bra­li się do dzia­ła­nia. ―> Literówka.

 

Z miejsc, gdzie tra­fi­ła go włócz­nia… ―> Włócznia trafiła go raz, więc: Z miejsca, gdzie tra­fi­ła go włócz­nia

 

ze snu wy­ry­wa­ło go roz­brzmie­wa­ją­ce od czasu do czasu gło­śniej­sze niż nor­mal­nie ryki. ―> Skoro ryki są w liczbie mnogiej, to: …ze snu wy­ry­wa­ły go

 

nie mogła do­brze zła­pać za liny. ―> …nie mogła do­brze zła­pać liny.

 

– Strze­lać! – Głos Ro­lan­da odbił się echem od ka­mien­nych ścian. ―> – Strze­lać! – głos Ro­lan­da odbił się echem od ka­mien­nych ścian.

 

Ukry­ci naj­bli­żej mło­de­go trol­la kusz­ni­cy wy­chy­li­li się zza ukry­wa­ją­cych ich ka­mie­ni… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Kusznicy, ukry­ci naj­bli­żej mło­de­go trol­la, wy­chy­li­li się zza ka­mie­ni

 

pu­ści­li w kie­run­ku matki salwę cięż­kich beł­tów. ―> Obawiam się, że salwa z kuszy jest niemożliwa.

Proponuję: …pu­ści­li w kie­run­ku matki grad cięż­kich beł­tów.

Za SJP PWN: salwa 1. «jednoczesny wystrzał na komendę z wielu karabinów lub armat»

 

i zła­pał za na­le­żą­cą do ran­ne­go włócz­nię. ―> …i zła­pał na­le­żą­cą do ran­ne­go włócz­nię.

 

Kusz­ni­cy, któ­rzy rów­nież wy­szli ze swo­je­go ukry­cia, oto­czy­li stwo­ra pół­ko­lem i pu­ści­li ko­lej­ną salwę. ―> To nie była salwa.

Może …i pu­ści­li ko­lej­ne bełty.

 

Ry­cerz, wzo­rem swo­je­go pod­wład­ne­go… ―> Mam uzasadnione podejrzenia, że rycerz nie wzorował się na podwładnym.

Proponuje: Ry­cerz, tak jak przed chwilą jego podwładny

 

Po­so­ka try­ska­ła coraz gę­ściej… ―> Raczej: Po­so­ka try­ska­ła coraz obficiej

 

Spo­mię­dzy skał do­strze­gał szopę ru­dych wło­sów. ―> Czy dobrze rozumiem, że strażnik patrzył spomiędzy skał?

A może miało być: Pomiędzy skałami dostrzegł szopę ru­dych wło­sów.

 

blask znik­nął na­tych­mia­sto­wo. ―> …blask znik­nął na­tych­mia­st.

 

– Więc nie masz za co mi dzię­ko­wać. Byłem to winny Ro­lan­do­wi. Gdyby nie on, to ja był­bym teraz tru­pem. Cie­kaw je­stem jed­nak, co by zro­bił, gdy­bym wcze­śniej od­krył, że je­steś… – straż­nik szu­kał chwi­lę od­po­wied­nie­go słowa. ―> …gdy­bym wcze­śniej od­krył, że je­steś… – Straż­nik szu­kał chwi­lę od­po­wied­nie­go słowa.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, Reg!

 

Dziękuję za uwagi, poprawki naniosę w najbliższym czasie. Cóż, samodzielne pisanie, brak bety i świeżego spojrzenia innych użytkowników, to wychodzą takie babole. Niemniej ja również żywię nadzieję, że następne opowiadania będę lepsze. Lub, w ostateczności, zostanę przy krótszych formach, które chyba wychodzą mi lepiej. :)

 

Tak jak rozumiem, że Vegard, patrolując drogi, mógł akurat trafić do właśnie zrujnowanej osady, tak nie pojmuję, skąd wzięła się tam drużyna Rolanda – kto ich zawiadomił i kiedy? A może coś przeoczyłam…

Założenie było takie, że po ataku wysłali jednego zmyślnego, co by powiadomił właściciela wioski o zdarzeniu. Na założeniu się skończyło, bo zapomniałem o tym napisać. Wyciągnę wnioski i postaram się poprawić. :)

 

Pozdrawiam!

Adku, miło mi, że uznałeś uwagi za przydatne. A jeśli łapanka przyczyni się to tego, że Twoje przyszłe opowiadania będą coraz lepsze, miło mi w dwójnasób. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka