- Opowiadanie: danka - Wydział IV

Wydział IV

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Wydział IV

Słowa, jak z głębokiej wody, dotarły do niej po czasie. Ktoś tarmosił ją za lewe ramię. Otworzyła oczy. Zamrugała. Samochód stał zaparkowany przed zniszczonym domem. Po betonowej ścianie sięgającej drugiego piętra piął się winobluszcz, o tej porze roku zupełnie nagi. W niektórych oknach brakowało szyb, a zimna wilgoć czarnymi śladami wdzierała się do środka. Z dachu wystawała okrągła wieża, dodająca budynkowi jeszcze jedno piętro. Wokół gęstniał późnojesienny las.

Ktoś znowu nią potrząsnął. Skrzywiła się i spojrzała w bok.

– Zenka, budzimy się!

Krzysiek, ich kierownik, gładził jej zmięty materiał płaszcza. Dopiero jak pokiwała energicznie głową dał jej spokój. Zerknął na tylne siedzenie.

– Koniec spania! Wysiadać i do roboty!

Zenia pochyliła się do przodu i spojrzała uważnie na dom. Nie chciała tu być. Ostatnio miała swoje problemy, którymi z nikim się nie podzieliła. Dopiero wróciła z długiego L4. Czekała ją poważna rozmowa z Krzyśkiem. Ale on upierał się, że ma z nimi jechać. Pogadają później.

Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. Wolałaby siedzieć w ciepłym biurze, z kawą w ręku i kojącym światłem monitora oświetlającym jej bladą twarz. I słuchawkach na uszach, by nikt nic do niej nie mówił. Tymczasem wylądowała na tym bezludziu. Dom stał pusty od wielu lat, a najbliższy sąsiad znajdował się dwadzieścia minut drogi samochodem stąd. Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach.

Poszukała ręką klamki. Wysiadła i potknęła się o wystający konar. Suche, brązowe liście leżały jak gruby koc na ziemi. Brodziła w nich po same kostki. Szkoda, że nie złamała nogi.

Drobne palce dotknęły ją powyżej łokcia. Odwróciła się.

– Pani Zeniu, jest auto do wypakowania – powiedziała niska kobieta.

Pani Henryka była najstarszą z ich ekipy i miała jeszcze dawne maniery. Jako jedyna przychodziła do biura w garsonkach i zawsze wyglądała, jakby za chwilę miał do nich wpaść minister. Nigdy nie jadła przy biurku, po posiłku myła zęby. Zenia dziwiła się, że to nie ona została dyrektorką, tylko młodszy i mniej doświadczony Krzysiek. Ale cóż, taka polityka. On należał do partii, która w zeszłym roku wygrała wybory, a Henryka zaczęła pracę przed ’89.

Podeszły do białej skody. Przez tylne drzwi gramoliła się Wicia. Szeroko otwarte skrzydło zaginało litery IPN w logo instytutu, którym wyklejony był bok samochodu. Cokolwiek nie mówić o Krzyśku, przynajmniej umiał załatwić wiele rzeczy. Gdyby to pani Henryka rządziła, pewnie na miejsce przyjechaliby pociągiem.

Teraz Krzysiek żywo gestykulował w stronę Wici, która powoli wychodziła z auta. Siedziała po jego stronie, a że był to wysoki mężczyzna, musiała wcisnąć się w tę resztkę miejsca, jaki zostawił dla niej po odsunięciu fotelu.

Wicia wypchnęła się na zewnątrz. Złożyła dłonie w koszyk i potężnie kichnęła. Chłód ciągnący od ziemi musiało ziębić jej krótkie, pulchne nogi, na których miała trampki odsłaniające nagie kostki i legginsy.

Od drugiej strony wyszedł Zygmuś. Zdjął bezprzewodowe słuchawki i przeczesał ręką włosy. Nawet nie spojrzał na dom. Od razu wyjął komórkę i zaczął w nią stukać. Zenia obserwowała go bez słowa. Podziwiała, jak potrafił odciąć się od zespołu. Nikt nigdy nie zawracał mu głowy, chociaż jego biurko stało pierwsze od wejścia. Będzie musiała się tego od niego nauczyć.

Nie odkładając komórki podszedł do bagażnika. Poczekał, aż Krzysiek otworzy klapę. Wciąż trzymając telefon wyciągnął puste pudło. Odszedł w stronę budynku cały czas patrząc na ekran. Zenia odprowadziła go wzrokiem.

Ruch od strony samochody na powrót odwrócił jej uwagę.

– Kobiety, ruchy ruchy! – Krzysiek wymachiwał rękami.

Ceniła go za tę jego ekspresję. Wiele to ułatwiało.

– Pani Zeniu, proszę wziąć moje zeszyty. – Starsza pani poprawiła okulary w złoconych oprawkach.

Zenia wsadziła głowę do bagażnika. W firmowych pudłach znajdowało się mnóstwo pustych teczek i skoroszytów gotowych do wypełnienia. Było też parę aparatów wysokiej jakości oraz jeden przenośny skaner.

Zenia wzięła lekkie pudło podpisane z boku inicjałami H.P. Tuż za nią Wicia pakowała na siebie cały drogi sprzęt. Nikt jej nie pomógł. Szef pobiegł do frontowych drzwi i wielkim kluczem otworzył pordzewiały zamek, który i tak wyglądał na dawno wyrwany.

Razem z panią Henią przekroczyły próg zrujnowanego domu. Starsza pani chyba coś do niej powiedziała, ale Zenia nie zwróciła uwagi. Rozejrzała się. Stała w podłużnym holu dawnego pensjonatu. Spojrzała przed siebie, na kontuar recepcji z nielakierowanej sklejki, na którym Zygmuś postawił swoje pudło. Stół wyglądał, jakby zaraz miał się przewrócić i aż dziwne, że wytrzymał w tym miejscu tyle lat. Na zaśmieconym zeschłymi liśćmi blacie stał stary telefon typu aster z tarczą do wykręcania numerów. Jego kolor dawno uległ zapomnieniu.

Za recepcją wisiała przekrzywiona szafka na klucze. Krzysiek przeglądał pozostawione klucze. Stare, podarte papiery szeleściły pod jego stopami.

Nagle odwrócił się i zmarszczył brwi. Zamachał w stronę wejścia, gdzie stała Zenia. Kobieta otworzyła szeroko oczy.

– Nie siadamy na meblach! – mówił. – Nic nie niszczymy!

Zenia spojrzała za siebie. Wicia poderwała się z zarwanego fotela. Chwilę wcześniej musiała na nim przysiąść, wymęczona targaniem sprzętu. Aparaty i skaner walały się pod jej nogami.

– Czy to był hotel dla agentów? – Zenia weszła w linię wzroku Krzyśka.

– Nie, pensjonat to tylko przykrywka. – Krzysiek spojrzał na nią.

Jego wzrok złagodniał.

– Tak naprawdę to była siedziba SB. – Prychnął. – Zbierano haki i podsłuchy, a niektórych zamykano na długie miesiące i nie wypuszczano.

– Chyba wolałabym siedzieć tutaj niż w jakimś okropnym, zimnym areszcie. – Zenia patrzyła uważnie na szefa. – Musiało tu być całkiem miło te trzydzieści lat temu.

– Nie, nie wolałabyś. – Skrzywił się. – Tutaj działał departament IV

– Ten od kościoła?

– Najgorszy z nich wszystkich. – Oparł ręce na biodrach i rozejrzał się. –  Z moim źródeł wynika, że mieścił się tu wydział e.

– Nie słyszałam o takim

– Ja też nie. – Przejechał ręką po brodzie.

Czekała. Może doda coś więcej o tajemniczym wydziale, ale on znowu zaczął wykrzykiwać rozkazy. Wicia uwijała się wokół niego rozstawiając pudła i wyjmując jakieś zeszyty i teczki. Zygmuś założył bezprzewodowe słuchawki i zaczął klikać na telefonie. W pewnej chwili cała trójka podniosła głowy i spojrzała wyczekująco na Zenię. Kobieta zmarszczyła brwi. Co się znowu stało?

– Zenka, nie słyszysz, Henia cię woła. – Krzysiek skinął palcem.

Odwróciła się. Pani Henryka trzymała w ramionach górę skoroszytów.

– Pani Zeniu, proszę mi pomóc. – Wskazała podbródkiem na drzwi z dykty.

Po środku widniała dziura, przez którą widać było przygnębiające pozostałości komunistycznej stołówki.

Zenia wzięła część skoroszytów. Weszły do zniszczonego pomieszczenia. Jego środek zdobiła czarna dziura po improwizowanym palenisku. Wiatr hulający przez wybite okna rozrzucił sadzę na resztki plastikowych blatów i ściany w żółtawym kolorze wymiocin. Wszystkie drewniane sprzęty zniknęły. Pewnie spłonęły w tym ognisku na środku.

Zenia była przekonana, że stołówka musiała wyglądać równie smętnie te parędziesiąt lat temu. Jadłodajnie w PRLu zawsze wyglądały okropnie. Pamiętała z dzieciństwa.

– Bezdomni. – Pani Henryka uniosła wargę.

Kazała ustawić jedyny stół na środku, tuż nad paleniskiem. Zenia przyniosła jej składane krzesło z oparciem. Ustawiła lampkę, która podłączyła do przedłużacza pociągniętego z holu, gdzie Wicia rozstawiła generator.

Pani Henryka przetarła blat i siedzenie chusteczkami. Na krzesło narzuciła dodatkową szmatkę, na plastikowym stole położyła ceratę.

– Brudno tu – powiedziała. – To skandal, że pan Krzysztof mnie z wami przywiózł!

Zerknęła na Zenię.

– Przekaże mu pani, że będę siedzieć tutaj. Niech najmłodsi przyniosą mi znalezione papiery. Chodzenie po tym domu to nie jest zajęcie dla starszych osób jak ja.

Zenia wróciła do holu. Wicia i Zygmuś gdzieś zniknęli. Pewnie Krzysiek wysłał ich na rekonesans. Dla nich urbex w takim pustostanie to była nie lada gratka. Oboje mieli niewiele ponad dwadzieścia lat, wychowali się w wolnej Polsce, a pozostałości po dawnym ustroju traktowali jak ciekawe znaleziska archeologiczne niż ślady bolesnej i nie tak dawnej historii.

Szef kiwnął na nią.

– Dla ciebie mam coś specjalnego. – Mrugnął. – Idziemy do piwnicy.

Zaprowadził ją w głąb korytarza za recepcją. Otworzył znalezionymi kluczami solidne drzwi, odpalił latarkę i wszedł na schody w dół. Zenia podążyła za nim.

Stąpała ostrożnie, depcząc po wklepanym w stopnie brudzie. Nad jej głową wisiały pajęczyny. Bała się dotknąć ścian, aby nie pobrudzić rąk. Zeszli do hotelowej piwnicy. Uderzył ich zaduch i smród ludzkich fekaliów. Pewnie ci sami bezdomni, co ogrzewali się meblami w jadalni, w piwnicy urządzili sobie toaletę. Może nawet któryś z nich tu zmarł, kto wie. Wzdrygnęła się na samą myśl o odkryciu zwłok. Była historyczką, tylko czytała o trupach. Nigdy żadnego nie widziała.

Sprawdziła włączniki prądu. Iskry przeskoczyły pod przyciskiem, ale poza tym nic się nie stało. Wyciągnęła z kieszeni telefon i oświetliła sufit. Gwinty na żarówki były puste.

Szła za Krzyśkiem w milczeniu, uważnie go obserwując. Starała się dostrzec jakiś ruch, ale on chyba też się nie odzywał. Oświetlał mijane komórki, sprawdzał klamki, zaglądał do środka i szedł dalej. Chyba czegoś szukał.

Zardzewiałym kluczem otworzył kolejne drzwi. Za nimi znajdowało się duże pomieszczenie. Pojedyncze promienie światła przedostawały się przez dziury w suficie. Zenia podejrzewała, że znajdują się pod stołówką. Kurz sypał się przez otwory za każdym razem, gdy pani Henryka zaszurała nogami. Część sadzy ze spalonych mebli przedostała się tutaj i osiadła na podłodze.

Krzysiek pokiwał głową i wszedł do środka. W centralnym miejscu stał drewniany stół ze magnetofonem unitra. Obok leżało przewrócone krzesło. Na jednej z drewnianych nóg wisiały wielkie słuchawki. Nad sprzętem, z niskiego sufitu zwisała pojedyncza żarówka.

Zenia sprawdziła włącznik przy drzwiach. Duszny pokój wypełniło żółtawe światło. Szef odwrócił się w jej stronę. Mrugał oczami, bo zdążył się przyzwyczaić do ciemności. Coś powiedział, ale go nie zrozumiała. Jej wzrok przykuły szafki pod ścianą. Wysypywały się z nich małe kasety. Podeszła bliżej. Przyklękła i wzięła do ręki jedną z nich. Na zakurzonej powierzchni nie było żadnych napisów.

Krzysiek drgnął. Majstrował przy wielkim odtwarzaczu.

– Działa – powiedział.

Zerknął na nią.

– Oto twoje specjalne zadanie. – Uśmiechnął się. – Nie mówiłem tego nikomu, ale podobno tutaj przesłuchiwano członków chrześcijańskiej sekty. Wiele materiałów zaginęło, ale jeśli uda nam się coś odnaleźć, to będzie prawdziwy sukces! Zajmiesz się tym, prawda?

Pokiwała powoli głową. Zgarnęła leżące kasety i ostrożnie podeszła do biurka.

– Co to może być? – zapytała.

– Nie wiem. – Pokręcił głową. – Ale liczę na ciebie. Przejrzyj kasety, zanim zabierzemy je do instytutu. Chcę mieć już coś w raporcie na ich temat, zanim góra zwęszy temat i nam to zabierze.

Pokiwała ze zrozumieniem. Walka o najlepsze projekty to był priorytet dla każdego szefa grupy robiczej.

– Mogę cię tu zostawić? Nie będziesz się bała?

– Czego? – Zmarszczyła brwi.

– Będziesz sama w piwnicy. Niektóre kobiety mogłyby być przerażone.

– Nie ja. – Potrząsnęła głową.

Wyciągnął rękę i poklepał jej ramię.

– Cieszę się, że wróciłaś – powiedział. – Tęskniłem za tobą. Z Heńką nie da rady się dogadać, a młodzi są… no cóż, za młodzi… brakowało mi ciebie…

Znowu kiwnęła, że rozumie. Uśmiechnęła się do niego. Ścisnął ją lekko. Wyminął i poszedł do drzwi.

– Jakby były problemy to wołaj! – odwrócił się w progu.

Wyszedł. Zenia odetchnęła. Podniosła rękę i potarła oczy. Odwróciła się i przyjrzała się biurku z magnetofonem. Diody mrugały dając znać, że wszystko działa. Westchnęła. Odłożyła brudne kasety i sięgnęła po komórkę. Poszukała dyktafonu. Podniosła krzesło, słuchawki położyła na blacie. Usiadła i chwilę przeglądała przyniesione kasety. Wszystkie wyglądały tak samo. Kupione pewnie hurtem, miały czerwone nalepki z informacją, że trwają 60 minut i zostały wyprodukowane w Szczecinie. Żadna nie była podpisana.

Wsadziła pierwszą do czarnego odtwarzacza. Wcisnęła do dołu wystający jak ząb duży przycisk „start”. Komórkę położyła pomiędzy słuchawki. Cienkie jak rzęsy patyczki poruszyły się po wyrysowanych wskaźnikach wysterowania. Rozkręciła dźwięk do oporu. Odwróciła się i zaczęła chodzić po pomieszczeniu. Poza kasetami, na podłodze walał się wielki mikrofon. Ciekawe, jak bardzo był czuły? Pochyliła się i popukała siatkowate wybrzuszenie. Pod paznokciami został brud. Z obrzydzeniem otarła rękę w spodnie. Wstała i dalej krążyła po pokoju.

Podeszła do gołych ścian z brunatnej cegły. Przyjrzała się idącym w górę kablom. Pewnie w ten sposób podsłuchiwano gości pensjonatu. Zenia wykręcała głowę, by przez dziury w suficie zobaczyć panią Henrykę. W jednym z otworów widziała jej sylwetkę. Mogłaby spróbować ją nastraszyć, coś wsadzić w dziurę, czymś zastukać. Albo krzyknąć, ale to pewnie było bezcelowe.

Wróciła do biurka. Ułożyła kasety w chybotliwy wieżę. Swoista zabawa w jengę pochłonęła ją całkowicie, że nie zauważyła, że przestała być w pokoju sama. Podskoczyła, a kasety rozsypały się na podłogę, kiedy wyrósł przed nią Krzysiek.

– Co robisz? – zapytał.

– Przepraszam, ja… – Schyliła się po kasety jednocześnie sięgając po telefon.

Szef na nią nie patrzył. Miał nieobecny wzrok. Ręce wsparł na biodrach i zastygł w bezruchu. Słuchał nagrania.

– Słyszysz to? – Wskazał na magnetofon.

– T–tak. – Ukradkiem wyłączyła dyktafon.

Wciąż stał nad nią, ale nie poruszał się. Wyglądał jak w transie. Powoli podniosła się z krzesła.

– Krzysiek? – Wyciągnęła rękę.

– Ja się tym zajmę – Odparł wreszcie.

Obszedł stół i usiadł na jej miejscu. Ani na chwilę nie spuścił wzroku z magnetofonu. Pokręcił głośność i założył słuchawki na uszy.

Był zbyt zajęty, by zwrócić na cokolwiek innego uwagę. Zenia wzruszyła ramionami i wyszła. Była nawet zadowolona. Wróciła na parter. W holu, na ladzie leżał skaner. Wokół niego przygotowano jakieś papiery. Pewnie Zygmuś i Wicia znosili swoje znaleziska. Aparaty fotograficzne zniknęły. Mogła tylko przypuszczać, że młodzi gdzieś je zabrali. Zenia mogłaby zacząć skanować, ale po prawie godzinnym siedzeniu w lochu miała ochotę się przejść.

Podeszła do drzwi frontowych i wyjrzała na podwórze. Nad lasem zapadł już zmrok. Ich samochód był ledwo widoczny. Żałowała, że nie wzięła latarki czołowej. W ostatnich dniach miała dużo ważniejszych problemów niż takie zakupy.

Odwróciła się i poszła do stołówki. Może ona i pani Henryka chwilę porozmawiają, Zenia dowie się, co straciła z pracy biura wtedy, kiedy jej nie było. Starsza pani na pewno zechce udzielić jej paru porad. Otworzyła zniszczone drzwi z dykty.

– Dobry wieczór, przyszłam zapytać…

Zatrzymała się w pół zdania.

Ciało starszej pani leżało bezwładnie na krześle, z głową odrzuconą do tyłu. Szkliste spojrzenie skierowane było do sufitu. Z nosa szła struga skrzepłej już krwi, a z ust: szara piana. Ręce zwisały wzdłuż tułowia. Resztki papierów, nad którymi pracowała, leżały porozrzucane wokół niej na podłodze. Część z nich miała na sobie krew.

Zenia zaczęła krzyczeć.

Czyjeś dłonie zacisnęły się wokół niej. Ktoś wyciągnął ją z pokoju i obrócił ku sobie. Zobaczyła twarz Zygmusia.

– Zenka, co się stało? – zapytał.

Mocno nią potrząsnął, bo chyba wciąż krzyczała. Wybełkotała coś i podniosła rękę za siebie. Wicia, która właśnie przybiegła, minęła ją i zajrzała do pokoju. Szybko cofnęła się. Oparła ręce na udach, pochyliła głowę i zwymiotowała.

Pod Zenią ugięły się kolana. Usiadła na podłodze i zakryła twarz rękoma. Czuła, jak wokół niej krąży Zygmuś, próbując jednocześnie uspokoić ją i Wicię. Miała nadzieję, że przynajmniej on nie wejdzie do stołówki. To puste spojrzenie, ta szara piana… potrząsnęła głową. Mocno zacisnęła powieki. Poczuła, że ktoś ją dotyka. To Wicia przyczołgała się do niej po podłodze. Zygmuś klęczał koło nich, wielkie ze strachu oczy wlepiał w twarz starszej koleżanki.

– Wiesz, co się stało? – zapytała dziewczyna.

Zenia potrząsnęła głową. Potarła ręką powieki.

– Czy to wylew? – Wicia miała łzy w oczach. – Albo zawał? Pani Henryka na coś chorowała?

– N-nie wiem – Zenia gwałtownie kręciła głową.

Głęboko oddychała, by się uspokoić. Takie rzeczy mogą się zdarzyć, jak jest się starszym. Może Henryka nie wzięła leków. Może w domu był grzyb, który jej zaszkodził. Może jeszcze żyje, tylko straciła przytomność. Trzeba natychmiast sprowadzić pomoc! Wyciągnęła rękę i opierając się na Zygmusiu wstała.

– Musimy powiedzieć Krzyśkowi – powiedziała. – Jest w piwnicy.

Młodzi posłusznie zebrali się z podłogi i podążyli za nią. Zenia wolałaby nie iść pierwsza, ale tamci kulili się za nią jak przerażone szczeniaki.

Znowu znalazła się w piwnicy. Otoczył ich ponury zaduch i przykry zapach. Jedyne światło padało przez półprzymknięte drzwi do sali przesłuchań, gdzie siedział Krzysiek. Zenia szybko przebiegła korytarz. Otworzyła drzwi na oścież. Serce w niej zamarło.

Krzysiek leżał twarzą na blacie. Oczy miał cały czas otwarte, szkliste i niewidzące. Słuchawki wciąż miał na głowie, ale od uszu przez policzki szła strużka krwi. Z ust wypływała szara piana.

Doskoczyła do niego. Potrząsnęła bezwładne ramiona. Zdjęła z uszu słuchawki, ciało odchyliła do tyłu. Mężczyzna nie reagował. Cały czas powtarzała jego imię. Wyślizgnął się i upadł na podłogę. Ułożyła na boku. Łzy cisnęły jej się do oczu. Nie wiedziała, czy coś jej mówi, ale jego usta nie poruszały się. Dotykała palcami jego szyi, ale nie wyczuwała pulsu.

Podniosła głowę. Zobaczyła, jak Zygmuś podniósł słuchawki i przyłożył do nich ucho. Zmarszczył brwi. Pojedyncza strużka krwi pojawiła się w kąciku jego nosa i zaczęła spływać w dół. Zenia krzyknęła i rzuciła się na niego. Pociągnęła za kabel. Zerwała mu słuchawki, ale jednocześnie wyrwała z gniazdka magnetofonu. Młody mężczyzna zamrugał oczami.

– C-co to? – wybełkotał.

Poczuł krew na wargach. Podniósł rękę i ze zdziwieniem dotknął ust.

– Nie słuchaj tego!

Zenia drżącymi palcami waliła w przzyciski. Wyszarpnęła kasetę z kieszeni i rzuciła ją w kąt pokoju.

Zygmuś zachwiał się. Oparł się ciężko o biurko. Jego oczy zaszły mgłą.

– Musimy go wyprowadzić! – Zenia poszukała wzrokiem Wici, która stała w progu.

Chwyciły mężczyznę pod ramiona i wywlekły z piwnicy. Był ciężki i kiedy dotarły do schodów, zaczął się trząść. Położyły go przy recepcji.

– O co chodzi? – Wicia płakała. – To nagranie… ten głos… o mój Boże!

Ukucnęła przy Zygmusiu, który zaniósł się kaszlem.

– Czy to… to jakiś rytuał? – pytała łykając łzy.

– Nie wiem! – Zenia kręciła głową.

Drżącą ręką sięgnęła do kieszeni po komórkę. Śliskimi od zimnego potu dłońmi wystukała kod. Zobaczyła interfejs dyktafonu. Telefon wysunął się z ręki.

Wicia skuliła się.

– To jest to! – krzyknęła wskazując palcem na komórkę. – To ten sam głos! Jezus Maria, co to jest?!

Mężczyzną targnęły konwulsje. Pluł i wykasływał szarą pianę, która na podłodze mieszała się z jego krwią. Zenia dopadła Wici.

– Nie słuchaj tego! – zakryła jej uszy.

– Nie słuchaj! Nie słuchaj! Nie słuchaj! – Wciąż powtarzała, ciągnąc dziewczynę w stronę wyjścia.

Wicia była zdezorientowana, ale szła za nią. Wyszły przed budynek. Dopiero wtedy Zenia ją puściła. Pobiegły do samochodu. Kobieta oparła się o dach i odetchnęła. Rozkaszlała się. Wicia tarmosiła ją za ramię.

– Co to było?

Zenia pokręciła głową.

– Musimy wezwać pomoc – powiedziała. – Masz komórkę?

– Została w mojej torebce na górze.

– Kurde! – Zenia uderzyła pięścią w blaszany dach. – Kluczyki do wozu pewnie ma Krzysiek.

– Oni… oni… – Wicia osunęła się na ziemię.

Ukryła twarz w dłoniach i się rozpłakała. Zenia spojrzała na dom. Nie ma rady, musi tam wrócić. Po swój telefon i klucze.

– Nie ruszaj się! – rzuciła i poszła w stronę pensjonatu.

Zygmuś wciąż leżał na podłodze. Nie sprawdziła, czy żyje. Przestąpiła nad ciałem i pobiegła do piwnicy. Co chwila oglądała się za siebie. Drżącymi rękami wyciągnęła pęk kluczy wystających z płaszcza Krzyśka. Pospiesznie wróciła na górę. Koło kolegi leżał jej telefon. Podniosła go z ziemi. Dyktafon wciąż działał. Wyłączyła go. Wybrała numer alarmowy i wysłała wiadomość. Podniosła głowę.

Na progu domu leżała Wicia. Twarz miała zwróconą w stronę recepcji. Pewnie poszła po Zenię. Nie zdążyła przejść przez hol. Padła koło fotela, na którym parę godzin wcześniej próbowała odpoczywać.

Telefon zawibrował. Zenia wyłączyła rozmowę. Wybrała smsa.

– Jestem głucha – odpisała. 

Koniec

Komentarze

Cześć, Danko!

 

Muszę przyznać, że ten tekst kupił mnie umiejętnie budowaną atmosferą tajemnicy i bardzo fajnym oddaniem klimatu miejsca z poprzedniej epoki. Dynamika między bohaterami też super się klei jak na tak krótką formę, więc brawa za to.

Z drugiej strony mam tu parę rzeczy, które mnie mi nie do końca grały, chociaż na dłuższą metę nie zepsuły ogólnie dobrego wrażenia. Na przykład motyw tajemniczych taśm, hm, mrozi krew w żyłach, ale jednak chciałoby się wiedzieć, co tam tak naprawdę jest albo dostać jakąś wskazówkę, która jeszcze bardziej wytrąci czytelnika z równowagi.

Ale podsumowując, bo nie mam czasu się bardziej rozwodzić, nie widzę tu większych zgrzytów językowych i czytało się przyjemnie, więc idę do klikarni.

Pozdrawiam

 

Owww, Oidrin, nie mogę przestać się czerwienić blush

Danka

Hej,

 

tekst niewątpliwie z potencjałem, gdyby nad nim jeszcze popracować ;) Ja miałem kilka problemów, o czym poniżej.

 

Twist na końcu fajny, aczkolwiek kłóci się dla mnie bardzo z pierwszym zdaniem – no bo jak słowa docierały poprzez to “akwarium” skoro nie docierały… W ogóle mam sporo problemów z logiką działania bohaterów.

 

Generalnie mi się podoba, motyw kasety, znany, ale jednak fajnie zaprezentowany, kolejna kaseta w Twojej twórczości zresztą :)

 

Jeszcze kilka uwag:

 

Słowa, jak z głębokiego akwarium, dotarły do niej po czasie.

 

Hmmm, hmmm, hmmm…. Czu akwarium może być głębokie, czy raczej pojemne, duże? Nigdy nie miałem rybek. No i nie wiem, jak głos rozchodzi się w akwarium…

 

Samochód stał zaparkowany przed ruinami wysokiego domu.

Ruina, to wg mnie zbyt mocne słowo. Poszedłbym w stronę “zniszczonego domu”, “zaniedbanego domu”.

W niektórych oknach brakowało szyb, a zimna wilgoć czarnymi śladami wdzierała się do środka.

Aż się prosi o jakieś zgrabne porównanie, np. “zimna wilgoć czarnymi śladami odmrożeń znaczyła ściany pokoi”.

 

Na parterze były kraty w stylu tych stosowanych w szkołach w latach osiemdziesiątych. 

Po co były kraty w oknach szkół w latach 80? Masz jakieś źródła? Z doświadczenia wiem, że montowano kraty w oknach szkół w latach 90 w salach informatycznych, żeby nie kradli komputerów ;)

 

Wokół gęstniał bezlistny las.

Dlaczego las był bezlistny? Czy był to las choinek? Jak las mógł gęstnieć bez liści, igieł? Same łyse kikuty raczej nie powodowałyby wrażenia gęstnienia. Czy las oznacza pustkowie, głuszę? W kontekście końcówki warto byłoby takie info dodać.

Brakuje mi także info, co to była za akcja – jak rozumiem działania w terenie, ale ja przez sporą część tekstu myślałem, że się przeprowadzają do nowej siedziby :D

 

z kawą w ręką i kojącym światłem monitora opalającym jej bladą twarz.

“ręku”.

Czy światło monitora opala? Raczej rzuca poświatę…

 

przykrywały ukryte pułapki.

Przykrywać, ukrywać – sama rozumiesz ;)

 

Jako jedyna przychodziła do biura w garsonkach

No dobra, a reszta jak przychodziła? W dżinsach? Garsonka czy garnitur wydają mi się okej (tak, może jestem lekko staroświecki).

 

 

Zimno ciągnące od ziemi musiało podwiewać jej krótkie, pulchne nogi, na których miała trampki odsłaniające nagie kostki i legginsy. 

Jeżeli coś podwiewa to raczej zimny wiatr nie samo zimno. No i pierwsze słyszę, żeby podwiewać nogi, raczej sukienkę, płaszcz, kurtkę. Znaczenie słowa podwiać.

No i jak ona do pracy przyszła ubrana, jestem w szoku :)

 

 

Zdjął bezprzewodowe słuchawki i przeczesał grzebykiem włosy. Nawet nie rzucił okiem na dom. Od razu wyjął komórkę i zaczął w nią stukać.

Grzebyka nie wyjął, a komórkę wyjął – czyli chodzi z grzebieniem przyklejonym do łapy, a komórkę od czasu do czasu wyjmuje? ;) Chyba raczej odwrotnie.

 

– Kobiety, ruchy ruchy! – poganiał Krzysiek wymachując rękami.

Ceniła go za tę jego ekspresję. Wiele to ułatwiało. 

Tak szowinistycznie trochę…

 

Nagle odwrócił się i zmarszczył groźnie brwi. Zaczął machać w stronę wejścia, gdzie stała Zenia. Kobieta otworzyła szeroko oczy. 

– Nie siadamy na meblach! – mówił. – Nic nie niszczymy! 

Zenia spojrzała za siebie. Wicia poderwała się z zarwanego fotela. Chwilę wcześniej musiała na nim przysiąść, wymęczona targaniem sprzętu. Aparaty i skaner walały się pod jej nogami. 

 

Wg mnie huk zarwania fotela, plas Wici spadającej na podłogę + upadek aparatów i skanerów, zwróciłyby uwagę wszystkich bardziej nim machanie rękami Krzyśka i jego sucha uwaga o nieniszczeniu “mebelków”. Jeżeli Zenia nie słyszała tego, powinno być to podkreślone w tekście, wg mnie. Okej, końcówka nieco wyjaśnia, kłóci się jednak dla mnie z pierwszym zdaniem z akwarium.

 

– Dla ciebie mam coś specjalnego. – Mrugnął. – Zejdziesz ze mną do piwnicy.

Uuuu, 50 shades of Grey? ;)

 

Podobne do tych, które stosują pracownicy głośnych zakładów.

Niezręczne wg mnie to sformułowanie.

 

Wysypywały się z nich małe kasety. Podeszła bliżej, przyklękła i wzięła do ręki jedną z nich

Kaseta! Dankowy motyw :)

 

Nie mówiłem tego nikomu, ale podobno tutaj przesłuchiwano członków katolickiej sekty

Katolicka sekta? Wierzą w Jezusa, mają księży i papieża w Rzymie? :D

A tak serio, może lepiej, żeby to była inna niż katolicka ta sekta, no i przydałyby się dwa słowa, co to była za sekta.

 

– Będziesz sama w piwnicy. Niektóre kobiety mogłyby być przerażone. 

Szowinista!

 

– Jakby były problemy to wołaj! – odwrócił się w progu. 

Niepaszczowe opisy w dialogach z dużej litery, poradnik dialogowy.

 

Pochyliła się i popukała siatkowate wybrzuszenie. Pod paznokciami został brud. Z obrzydzeniem otarła rękę w spodnie.

Fajne to z tym brudem :)

 

Szklane oczy skierowane były do sufitu.

Raczej: “Szkliste spojrzenie skierowane było na sufit”.

 

– Musimy powiedzieć Krzyśkowi – oznajmiła. – Jest w piwnicy. 

Dzwonić na 112 od razu, po co do Krzyśka lecieć? Przecież młody ma komórkę przyklejoną do łapy…

 

Zenia drżącymi palcami waliła w zębowe przyciski.

Zębowe? Aż się prosi o rozwinięcie tego porównania, bo wychodzi dla mnie dość topornie.

 

Zenia spojrzała na dom. Nie ma rady, musi tam wrócić. Po swój telefon i klucze. 

Dom był na odludziu? W puszczy, na pustyni? Oddalony o dziesiątki kilometrów od cywilizacji? Ja wiem, że las gęstniał, ale brak mi takiego info. Czeeeeepiam się :P

 

Pozdrawiam!

 

Martwe liście i brudna ziemia

Cześć, Danko!

Koncept bardzo dobry, suspens za słaby, fantastyki (horroru) troszkę. Brawa za wybór bohatera, ale nad nim trzeba byłoby jeszcze popracować, spróbuję trochę napisać o tym pod koniec, tak aby coś napisać i nic nie napisać, bo sama wiesz dlaczego. ;-)

Mam marudzenia do opowiadania:

*realizm czasów, które opisujesz. Jaki mamy rok akcji (lekkie telefony, słuchawki bezprzewodowe, przenośny skaner, pani w IPN z ubiegłej epoki, wspomnienie że kierownik nim został, ponieważ zapisał się do partii. Sprawdź, kiedy IPN został nazwany IPNem oraz jakie ma oficjalne logo – zaginająca się literka I.

*Brak realności kłania się, również w innych aspektach. Niestety, dużo tego.

*opisywanie z detalami czynności/zachowań, które niewiele, choć z pewnymi wyjątkami, wnoszą do historii.

*zdecydowanie ograniczyłabym liczbę używanych przysłówków i przymiotników. Nie bardzo wiem, dlaczego zapychasz nimi tekst.

Słowa, jak z głębokiego akwarium, dotarły do niej po czasie.

Z akwarium nic by nie doszło, poza tym słowa.

Po betonowej ścianie sięgającej drugiego piętra piął się bluszcz, o tej porze roku zupełnie nagi. 

Bluszcz w odróżnieniu od winobluszczu jest zimozielony. Pewnie myślałaś o winobluszczu, trzy lub pięciolistkowym. Jeśli chodzi o bluszcz tylko młode pędy mogą przemarzać. Jeśli drugie piętro to raczej nie jednoroczny pęd, gdyż przyrasta max do dwóch metrów.

W niektórych oknach brakowało szyb, a zimna wilgoć czarnymi śladami wdzierała się do środka.

Wilgoć, czarnymi śladami się wdzierała? O czym myślałaś, pleśń, grzyb?

Z dachu wystawała okrągła wieża, dodająca budynkowi jeszcze jedno piętro. Na parterze były kraty w stylu tych stosowanych w szkołach w latach osiemdziesiątych. Drzwi wejściowe również okratowano, ale pręty wyginały się na wszystkie strony, a części nawet brakowało. Wokół gęstniał bezlistny las.

Okna były zakratowane?

Co to znaczy w stylu lat osiemdziesiątych? Prętów wyginających się na wszystkie strony też nie rozumiem. Dziewczyny i chłopaki mogą wyginać swoje ciała w różne strony, a pręty? Słowem opis so-so.

Skreślenia – imho, do rozważenia do usunięcia.

Jak to gęstniał, jeśli był bez liści?

Krzysiek, ich kierownik, wygładził jej zmięty materiał płaszcza. Dopiero jak pokiwała energicznie głową dał jej spokój. 

Gładził, dałaś czynność skończoną(?), a on przestał to robić dopiero, gdy pokiwała głową.

Wolałaby siedzieć w ciepłym biurze, z kawą w ręką i kojącym światłem monitora opalającym jej bladą twarz. I słuchawkach na uszach, by nikt do niej nic nie mówił. 

Literówka.

Podkreślenie – ciut niezgrabne. Może, ale to na szybko: "przed monitorem, którego światło dosięgało jej twarzy i w słuchawkach, aby nikt do niej nie mówił". 

Suche, pozbawione koloru liście leżały jak gruby koc na ziemi i przykrywały ukryte pułapki. 

Suche liście mają barwę.

– Pani Zeniu, jest auto do wypakowania – powiedziała niska, starsza pani. 

Pani Henryka była najstarszą z ich ekipy i miała jeszcze stare maniery. Jako jedyna przychodziła do biura w garsonkach i zawsze wyglądała, jakby za chwilę miał do nich wpaść minister. Nigdy nie jadła przy biurku, a po każdym posiłku myła zęby. Zenia dziwiła się, że to nie ona została dyrektorką, tylko młodszy i mniej doświadczony Krzysiek. Ale cóż, taka polityka. On należał do partii, która w zeszłym roku wygrała wybory, a Henryka zaczęła pracę przed ’89. 

 

Przedstawiasz nową postać. Spróbuj to skondensować i podać to, co jest konieczne, nie wszystko na raz, nie powielać.

Powtórzenia. 

Szeroko otwarte skrzydło zaginało literę I w napisie IPN, którym wyklejony był bok samochodu.

Hmm, jak to możliwe, widziałaś logo?

Biedaczka siedziała po jego stronie, a że był to wysoki mężczyzna, musiała wcisnąć się w tę resztkę miejsca, jaki zostawił dla niej po odsunięciu fotelu do tyłu. 

Jak rozumiem, siedziała za nim. Dwie rzeczy: nie podkreślałabym, że biedaczka, musiała się wcisnąć, resztka; krócej, bardziej w punkt.

Wicia wypchnęła się na zewnątrz. Wyszarpnęła i poprawiła zmięty płaszcz. 

Powtarzasz info i znowu zmięty płaszcz.

Zimno ciągnące od ziemi musiało podwiewać jej krótkie, pulchne nogi, na których miała trampki odsłaniające nagie kostki i legginsy. 

Samo zimno nie podwiewa. xd

Zdjął bezprzewodowe słuchawki

Jaki jest czas akcji, bo jeśli to lata dziewięćdziesiąte to…

Od razu wyjął komórkę i zaczął w nią stukać.

Jw.

Podziwiała, jak potrafił odciąć się od społeczeństwa. Nikt nigdy nie zawracał mu głowy, chociaż jego biurko stało pierwsze od wejścia. 

Dlaczego od społeczeństwa? Chyba od zespołu, ludzi z nim pracujących. Poza tym ona była w tym lepsza.

,Wciąż trzymając telefon wyciągnął puste pudło. Odszedł w stronę budynku cały czas patrząc na ekran.

I dalej, jakie to czasy – ciężar telefonu.

Wyciągnął (?), za co „ciągnął” pudełko? może wyjął.

oraz jeden przenośny skaner.

jw, czas akcji.

Tuż za nią Wicia pakowała na siebie cały drogi sprzęt. Nikt jej nie pomógł. Szef pobiegł do frontowych drzwi i wielkim kluczem otworzył pordzewiały zamek, który i tak wyglądał na dawno wyrwany. 

Jak to na siebie?

Drugie podkreślenie – jeśli zamek był wyrwany, po co klucz?

Spojrzała przed siebie, na długą ladę z nielakierowanej sklejki, na której Zygmuś postawił swoje pudło. Biurko wyglądało, jakby zaraz się miało przewrócić i aż dziwne, że wytrzymało w tym miejscu tyle lat. 

Hola, albo lada, albo biurko. A jeśli chodzi o nielakierowaną sklejkę, no weź! ;-)

Za ladą, trzymająca się na ostatnim haku i przechylona w bok, wisiała szafka z mnóstwem maleńkich przegródek. W niektórych z nich leżały jeszcze pordzewiałe klucze.

Przedłużasz, hotelu nie widziała, czy co?

Aparaty i skaner walały się pod jej nogami. 

Veto, widziałaś kiedyś fotografa, który kładzie swoje aparaty na brudnej, zaśmieconej podłodze i one się „walają”?

Niech da chwilę odpocząć Wici, i tak musiała wygnieść się w samochodzie, wciśnięta między fotel a dwójkę pozostałych pasażerów.

Po pierwsze Wicia już się zerwała, jak napisałaś; po drugie powtarzasz informację o siedzeniu Wici za mocno cofniętym fotelem. Czytelnik jest uważny i śledzi akcję. 

– Tutaj działał departament IV 

Hmm, w pensjonacie? Może Samodzielna Grupa Operacyjna „D”, przekształcona później w Wydział VI. Znowu kłania się czas akcji. Sprawdź. 

– Ja też nie. – Przejechał ręką po brodzie. – Dlatego tu jesteśmy. 

Gest niezrozumiały.

Patrzyła się na niego jakąś chwilę. Może coś jeszcze powie o tym tajemniczym wydziale, o którym nikt nic nie wiedział. Ale on znowu zaczął wykrzykiwać rozkazy do Wici. 

Propozycja: "Czekała. Może doda coś więcej, o tajemniczym wydziale, ale…

Wydaje mi się, że to ona mogła wiedzieć więcej i była głodna dodatkowych ustaleń.

Dziewczyna uwijała się wokół niego(+,) rozstawiając pudła i wyjmując z nich jakieś zeszyty i teczki.

Kto przyniósł te pudła? Przy czym się Wicia uwijała?

W pewnej chwili cała trójka podniosła głowy i spojrzała wyczekująco na Zenię. Kobieta zmarszczyła brwi. Co się stało? 

Zenia to ta kobieta? Niejasne, bo zamiennik, w dodatku prowadzisz narrację z jej (Zeni) punktu widzenia non stop.

Wskazała podbródkiem na drzwi z dykty za sobą

Po środku nich widniała dziura, przez którą widać było przygnębiające pozostałości komunistycznej stołówki.

Drzwi z dykty, kontuar ze sklejki. Widziałaś jakieś lokum SB?

Pośrodku – razem; raczej ich stołówki nie wyglądały „komunistycznie”.

Wszystko, co było drewniane, zostało wyrwane i spalone na improwizowanym palenisku na środku.

Jadłodajnie w PRLu zawsze wyglądały okropnie. Pamiętała to z dzieciństwa.

Jesteś pewna. ;-)

Zenia nie wróżyła im powodzenia, bo chłopak miał na sobie drogi płaszcz, a dziewczyna legginsy. 

Co mają legginsy i drogi płaszcz do powodzenia? Oto jest pytanie. :DDD

a pozostałości po dawnym ustroju traktowali bardziej jak ciekawe znaleziska archeologiczne  

Stąpała ostrożnie, depcząc po wklepanym w stopnie brudzie.

Ryzykowne porównanie. A schody z czego były i jak się ten brud objawiał?

Szła za Krzyśkiem w milczeniu, uważnie go obserwując. Starała się dostrzec jakiś ruch na jego twarzy, ale on chyba też się nie odzywał.

Hmm, szła za Krzyśkiem i obserwowała jego twarz? Tyłem szła, czy co? xd 

Zardzewiałym kluczem otworzył kolejne drzwi. 

Spory komplecik zardzewiałych kluczy miał, a nie mogli ich wcześniej oczyścić, przecież to standard, jeśli akcja była przygotowana, a na taką wyglądała. Oczyszczone klucze byłyby łatwiejsze do użycia. ;-)

Pojedyncze promienie światła przedostawały się przez dziury w suficie. Zenia średnio orientowała się w architekturze

Tu mnie rozbawiłaś: dziury w suficie, pojedyncze promienie, sypie się gruz, a oni sobie chodzą. Ciekawe, jaki tam był strop i konstrukcja, że im na głowy nie spadła. Musiałam wrócić do początku opowiadania i sprawdzić tagi, gdyż wydawało mi się, że miał być horror, a nie humor i pastisz na IPN. 

Chyba przestrzeni? 

Część sadzy ze spalonych mebli przedostała się też tutaj i zasiadła na podłodze i meblach. 

Osiadła?

W centralnym miejscu stał drewniany stół ze skomplikowaną aparaturą magnetofonową.

W kontekście tego, o czym piszesz później, nie wygląda na złożony "dzynks".

Nad sprzętem, z niskiego sufitu zwisała pojedyncza żarówka. Z niewiadomego

Powód niewykręcenia żarówki jest jasny – drzwi były zamknięte.

Mrugał oczami, bo zdążył już się przyzwyczaić do ciemności.

Wysypywały się z nich małe kasety.

Czas, czy w tym momencie się wysypywały z szafek, ciurkiem jak woda z zepsutego kranu?

Na mocno zakurzonej powierzchni nie było żadnych napisów. 

Dwie rzeczy: jeden przymiotnik do usunięcia i niemożliwość – jakieś oznaczenie musiało być, nie „ogarnęliby się” przy tej liczbie kaset.

Kątem oka zobaczyła, jak Krzysiek nagle drgnął. Zerknęła w jego stronę. Właśnie majstrował przy wielkim odtwarzaczu.

Zwracaj uwagę na kolejność zdarzeń. Zobaczyła, że drgnął, zerknęła w jego stronę. majstrował

– Ale liczę na to, że ty to odgadniesz. Mogę cię tu zostawić? Nie będziesz się bała? 

Dlaczego musiała odtwarzać kasety w piwnicy na niepewnym brudnym sprzęcie? Krzysiek chciał, aby zniszczyła nagrania? Rozsądniejsze byłoby zebranie i kaset i sprzętu do ich siedziby.

Wsadziła pierwszą do czarnego odtwarzacza Unitra.

To jest ten złożony magnetofonowy sprzęt?

Zenia dowie się, co straciła z pracy biura wtedy, kiedy jej nie było

Szklane oczy skierowane były do sufitu.

Słabo brzmi, jakby pani Henia miała oczy ze szkła.

Te puste spojrzenie, ta szara piana… potrząsnęła głową. 

Literówka – "to", lecz możesz usunąć bez szkody.

Takie rzeczy mogą się zdarzyć jak jest się starszym. Może Henryka nie wzięła leków. Może w domu jest grzyb, który jej zaszkodził. Może jeszcze żyje, tylko straciła przytomność. 

Nierealne rozważania, jest historykiem, pracuje w IPN od lat.

 

Podsumowując: pomysł na bohatera dobry, taki z Hitchcocka; lecz historia niewyjaśniona, więc horror – niekoniecznie. Warsztatowo – dużo powtórzeń i jednak trzeba zadbać o realia. I powracam do bohaterki: za dużo wzroku w tym tekście, a za mało innych zmysłów z różnych względów (poczytaj mity "o"), a z innych polecam film "Doczekać zmroku" (Young) z Audrey Hepburn i opowiadania Boguszewskiej. 

pzd srd :-)

niedzielne, choć do piątkowych tekstów, komenty, a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej BasementKey :) Tak, kasety są straszne, zwłaszcza jak się wkręcały w magnetofon albo jak w walkmanie padała bateria i dźwięk zwalniał. Creepy. 

 

Dzięki za uwagi. Tak się skupiłam na opisie domu że zapomniałam opisać otoczenia XD Dziękuję że to wytknąłeś, zaraz poprawię.

 

Co do ubrań do biura to przyznam się, że w IPNie nigdy nie byłam więc nie wiem, jak tam wyglądają szeregowi pracownicy. Natomiast w korporacjach obecnie (tzn przed pandemią) na ogół panuje luźny dress code i w sumie dziewczyny w legginsach też się zdarzają. Tam gdzie ja pracuję człowieka w garniturze by wyśmiano. Ale to właśnie kwestia pokoleniowa. Moja matka nie wyobrażała sobie nie iść do pracy w schludnym kostiumie marynarka + spódnica, chociaż pracowała w aptece więc i tak na to zarzucała fartuch.

Danka

Hej Asylum, dzięki za takie dokładne przejrzenie tekstu i wypisanie wszystkich uwag :) Bardzo mi to pomoże.

 

Co do czasów to są to lata dwutysięczne, tak po 2010. Wspomnienie o pani Henryce ma oznaczać, że ona była aktywna zawodowo przed ‘89, a nie że pracowała w IPN. A przynależność do wygranej partii jest ważna na państwowych stanowiskach nawet dzisiaj, nie oszukujmy się :D Stąd uwaga o Krzyśku. Jeśli masz jeszcze jakieś uwagi o IPN to bardzo chętnie posłucham, bo przyznam, że w reaserchu bardziej skupiałam się na SB i ich taśmach. Omówionych swoją drogą na yt IPN co jest super sprawą! Wyobrażam sobie, że pracownicy IPNu nie ruszają w teren jak Indiana Jones, no ale prawdziwi archeolodzy nie są jak on więc tutaj musisz mi wybaczyć brak realizmu.

 

 

Danka

Dzięki, Danko, za odpowiedź!

Jeśli w 2010, w takim razie ze skanerem i telefonami jest ok. Co do przynależności do partii, raczej stereotyp, bo zależy która i jak bardzo. Risercz nt. IPN – wydaje mi się konieczny, tym przypadku. Taśmy SB są cholernie prymitywne, albo tylko zapiski: wymyślanki na bazie strachu przesłuchującego lub przesłuchiwanego. 

Fenomen przez Ciebie opisany, przywołany jest troszkę znikąd. Brakuje umocowania.

A poza tym nie ma nic do wybaczania! :-) Pisz!

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hmm, skoro szef kazał jej się zająć kasetmi, to nie wiedział o jej głuchocie. Jak to możliwe? Domyślam się, że czytała z ruchu ust, ale kiedy Krzysiek ją budził, coś tam jednak usłyszała. Dalej, na ich miejscu pewnie wpadłabym tam, zgarnęła, co było do zgarnięcia i wracała. Po takim czasie, w takich warunkach dokumenty, a już w szczególności kasety mogą wymagać specjalistycznej obróbki.

Pomysł fajny, ale IMO wymaga dopracowania.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Hej Irka, dzięki za komentarz.

 

Co do szefa, że nie wiedział o głuchocie to dlatego, że właśnie wróciła z L4 i była przed rozmową:

Ostatnio miała swoje problemy, którymi z nikim się nie podzieliła. Dopiero wróciła z długiego L4. Czekała ją poważna rozmowa z Krzyśkiem. Ale on upierał się, że ma z nimi jechać. Pogadają później.

Rozumiem, że kolejnym zarzutem jest to, czemu nie zebrali ze sobą rzeczy i nie spadali, tylko zostali i badali na miejscu.

 

Jakie jeszcze wg Ciebie rzeczy wymagają dopracowania? :) Chętnie się nad tym pochylę.

 

Pozdrawiam

Danka

“Z archiwum X” wersja polska? Czemu nie? :)

Tak więc koncept masz, bardzo zresztą fajny. Rozpiskę na to, co się dzieje także oraz końcowy twist także. To fajne pomysły, wymagają jednak w samym tekście doszlifowania.

Najbardziej rzuca się w oczy twist, który parę razy jest sugerowany w tekście, ale zarazem zdarzają się zdania, po których można wnioskować coś przeciwnego (jak np. to przebudzenie przy Krzyśku).

Podobnie jest z tempem. Z jednej strony horror to nieśpieszny gatunek, bazujący na klimatycznych opisach. Z drugiej – przeciągnij akcję zbyt wielką ich ilością, a zabijesz napięcie, tak nieodzowne w tym gatunku. U Ciebie mam wrażenie przesytu, zwłaszcza na początku, gdy drobiazgowo opisujesz mi każdego członka ekipy w każdym szczególe. Z tego zapamiętałem, że Henryka to starsza pani, Krzysiek to szef z kontaktami w odpowiedniej partii, a sama bohaterka była na L4. Reszta informacji uciekła niestety. Stąd lepiej podawać kolejne dane po kolei, stopniowo, by był czas je przyswoić. A inne wyciąć, bo może nie są potrzebne dla samego tekstu.

W samym opowiadaniu czasami coś mi chrobotało od strony technicznej, ale czytało się nieźle.

Tak więc taki to koncert fajerwerków: fajny pomysł wyjściowy, ale wykonanie wymaga dopracowania.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Hej NoWhereMan dzięki za komentarz :) Masz rację z tym horrorem, to trudny gatunek pod względem pacingu. Samej mi się zdarzało przewijać początki niektórych horrorów żeby wreszcie zaczęło się coś dziać :) W takim razie spojrzę jeszcze raz na początek i powycinam zbędne ozdabiacze.

I dzięki za to “Z archiwum X” właśnie taki efekt chciałam uzyskać <3

Danka

Słowa, jak z głębokiej wody, dotarły do niej po czasie. Ktoś tarmosił ją za lewe ramię. Otworzyła oczy. Zamrugała. Samochód stał zaparkowany przed zniszczonym domem. Po betonowej ścianie sięgającej drugiego piętra piął się winobluszcz, o tej porze roku zupełnie nagi.

Dlaczego z głębokiej wody? Do czego to się odnosi? Porównania powinny mieć odbicie w tekście. O narratorze będzie niżej, ale już tu sygnalizuję: jeśli narrator wszechwiedzący, to wie, kto tarmosił. Jeśli patrzy oczyma bohatera, to te są zamknięte. Zenka mogła czuć.

Otworzyła oczy. Zamrugała. Potem samochód. Za duży przeskok. Jako czytelnik domyślam się, że skoro otworzyła oczy, to widziała samochód. A tu nie. Ona spała w samochodzie. Więc: otworzyła oczy. Przez szybę samochodu zobaczyła zniszczony dom.

 

Ktoś znowu nią potrząsnął. Skrzywiła się i spojrzała w bok.

Określ jasno narratora. Tutaj narrator nie wie kim jest potrząsający, a za chwilę oznajmia, że to Krzysiek. Z kolei, jeśli narrator prowadzi fabułę z perspektywy bohaterki, to po pierwsze albo widziała „ktosia” (wówczas od razu by go rozpoznała), albo czuła szarpanie.

 

Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach.

Czy to powtórzenie jest celowe?

 

wystający konar

Chyba korzeń. :-)

 

leżały jak gruby koc na ziemi.

Leżały na ziemi jak koc na ziemi. (A przynajmniej tak mi się wydaje. :-))

 

Drobne palce dotknęły ją powyżej łokcia.

Dalej mam problem z narratorem. Teraz jest to wszechwiedzący, bo przecież gdyby opisywał świat z perspektywy bohaterki, musiałaby patrzeć w miejsce dotknięcia, by stwierdzić, że palce są drobne.

Nie będę już wspominał o narratorze. :-)

 

po posiłku myła zęby.

To czepialstwo, ale czy to oznaka starych manier?

 

została dyrektorką, tylko młodszy i mniej doświadczony Krzysiek.

Dyrektor, czy kierownik? Wcześniej piszesz, że Krzysiek jest kierownikiem.

 

’89.

Słownie.

 

Wici, która powoli wychodziła z auta. Siedziała po jego stronie,

Wychodziła a potem siedziała. Niby można się domyślić o co biega, ale trochę niezręcznie IMO. Proponuję w ten sposób. Spojrzał w stronę Wici, która gramoliła się na tylnym siedzeniu. Zajmowała miejsce za fotelem kierowcy, itd.

 

Ruch od strony samochody u

 

Ceniła go za tę jego ekspresję

„Nielegalne” zgromadzenie zaimków.

 

Za recepcją wisiała przekrzywiona szafka na klucze. Krzysiek przeglądał pozostawione klucze.

Za blisko.

że mieścił się tu wydział e.

Po pierwsze „E”. Mała litera sugeruje, że to literówka. Po drugie Departamenty miały piony, a wydziały znajdowały się w Komendach Wojewódzkich Urzędu Spraw Wewnętrznych.

 

 wyjmując jakieś zeszyty i teczki.

I też będzie dobrze. :-)

 

Teraz lekki zarzut do fabuły. Chodzą, noszą teczki, chodzą, siedzą. Jakaś akcja już by się przydała.

 

gdzie Wicia rozstawiła generator.

Ciekawe kto przytaszczył generator. Skupiłaś się na teczkach, pustych pudłach, a to był największy klamor. Do tego paliwo w bańkach. IMO, fajny motyw do podbicia przy początkowym opisie.

 

– Brudno tu – powiedziała. – To skandal, że pan Krzysztof mnie z wami przywiózł!

Nie rozumiem motywacji bohaterki do takiego wybuchu.

 

Oboje mieli niewiele ponad dwadzieścia lat,

Tacy młodzi śledczy IPN. Niewiele ponad dwadzieścia lat, toż to jeszcze studenci.

 

odpalił latarkę

Raczej włączył, chyba że miała silnik spalinowy.

 

depcząc po wklepanym w stopnie brudzie

Klepać można dłonią. Raczej wtartym.

 

Iskry przeskoczyły pod przyciskiem

Oprawki żarówek były puste. Skąd iskry, skoro obwód się nie zamknął?

 

drewniany stół ze magnetofonem unitra.

 

szefa grupy robiczej.

Coś tu zjadło.

 

trwają 60 minut

Krótki ten ich żywot. A serio. Informacja, że na taśmie można zapisać sześćdziesiąt minut dźwięku.

 

zostały wyprodukowane w Szczecinie.

Wiskord kasety produkował od 76. To oczywiście detal, ale osobiście bardziej obstawiałbym Stilon z Gorzowa, który był głównym producentem kaset i właściwie jest najlepiej rozpoznawalny. Stilon był też producentem taśm szpulowych używanych przed kasetami.

 

gości pensjonatu

Siedziba jakiegoś pionu SB. Jeśli działał normalnie, to chciałbym wiedzieć jaki był mechanizm działania, który powodował, że goście byli tu kierowani według jakiegoś klucza.

 

W jednym z otworów widziała jej sylwetkę.

Z jakiego materiału był wykonany strop? Jeśli beton, to trzeba się natrudzić, by wybić dziury. Jeśli drewno, to żaden z tego pokój przesłuchań.

 

Podskoczyła, a kasety rozsypały się na podłogę,

Wyjątkowo nieprofesjonalne zachowanie zważywszy na wagę materiału dowodowego.

Obszedł stół i usiadł na jej miejscu.

W takim razie uczynił to dwukrotnie. Wcześniej stał nad nią.

 

Czyjeś dłonie zacisnęły się wokół niej. Ktoś wyciągnął ją z pokoju i obrócił ku sobie. Zobaczyła twarz Zygmusia.

Ponawiam apel o określenie jednej, spójnej roli narratora.

 

Oczy miał cały czas otwarte

 

Ułożyła na boku.

Co ułożyła.

 

Nie wiedziała, czy coś jej mówi, ale jego usta nie poruszały się.

Nie rozumiem.

 

Podniosła głowę. Zobaczyła, jak Zygmuś podniósł słuchawki i przyłożył do nich ucho.

 

Wicia była zdezorientowana, ale szła za nią. Wyszły przed budynek. Dopiero wtedy Zenia ją puściła. Pobiegły do samochodu. Kobieta oparła się o dach i odetchnęła. Rozkaszlała się. Wicia tarmosiła ją za ramię.

IMO, bałagan się zrobił.

 

– Została w mojej torebce na górze.

Tak od razu to stwierdziła? Ja bym poszukał po kieszeniach.

 

Drżącymi rękami wyciągnęła pęk kluczy wystających z płaszcza Krzyśka.

Jeśli to był samochód służbowy to raczej jeden kluczyk.

 

– Jestem głucha – odpisała. 

Kiedy ogłuchła?

 

Podsumowując. Bardzo polecam betowanie tekstu przed publikacją.

Głowa do góry. Nie męczyło mnie czytanie, nic a nic.

Hej ManeTekelFares dzięki za obszerne sprawdzenie tekstu.

 

Co do kaset to ja miałam przed oczyma te takie czerwone produkowane przez Wiskord. Nie wiem, czy jest potrzeba zmiany na Stilon, ale dzięki za podzielenie się tym szczegółem :) Jak będę chciała akcję umieścić przez ‘76 wezmę to pod uwagę.

 

Po drugie Departamenty miały piony, a wydziały znajdowały się w Komendach Wojewódzkich Urzędu Spraw Wewnętrznych.

Co do tego to posługiwałam się wikipedią do ustalenia, kto komu podlegał. Z tego zrozumiałam, że departament był podzielony na wydziały. A wydziały jeszcze dzieliły się na piony, tak? Działanie Służb Bezpieczeństwa bardzo mnie interesuje więc jeśli masz literaturę do plecenia, to bardzo chętnie zajrzę (no bo ile razy można oglądać “Psy” ;) )

 

Pozdrawiam

Danka

Literatury nie polecę. Też korzystałem z ogólnodostępnych źródeł. Światełko mi się zapaliło, bo pamiętam reformę policji po ‘98 i wtedy wydziały w komendach powiatowych zamieniono na sekcje (wydziały wciąż w tradycji “przysługiwały” województwom). Zatem, przyjmuję z dużą dozą prawdopodobieństwa: departament -pion, a wydział departamentu – pion.

 

Cześć, danka!

Dobre opowiadanie, na początku akcja płynie, później wszystko strzela jak z bicza, aż by się chciało czytać dalej. I tego dalej mi tutaj troszkę zabrakło. Jak nie do końca wyjaśniona zagadka w powieści detektywistycznej – z drugiej strony łatwo by było przesadzić gdyby pomysł eksplorować za bardzo, a sam pomysł wydał mi się ciekawy. Porządny twist na końcu fajnie zamyka całość.

Pozdrowienia!

No cóż, przykro mi to mówić, ale lektury Wydziału IV nie mogę uznać za satysfakcjonującą.

Nic mi się w tym opowiadaniu kupy nie trzyma. Nie wiem dlaczego ekipa pojechała do budynku opuszczonego od ponad dwudziestu lat, zrujnowanego i splądrowanego. Co miała nadzieję tam znaleźć? Co chciała fotografować? Co skanować?

Nie wierzę, że w budynku ostały się jakieś taśmy i sprawny sprzęt do ich odtwarzania – ci którzy zdemolowali wnętrza z łatwością  uporaliby się z drzwiami z dykty i wynieśli wszystko, co dałoby się wynieść.

Brakuje mi jakiegokolwiek wytłumaczenia, co tam się stało, dlaczego doszło do śmierci Henryki i Krzysztofa?

Horroru tu tyle, co kot napłakał – zniszczony budynek, brudny i zapuszczony mógłby stać się niezłą sceną dla niecodziennych i przerażających wydarzeń, ale same opisy zmarłych bohaterów nie zrobiły na mnie szczególnego wrażenia. Nie zauważyłam też, aby była tu choćby odrobina fantastyki.

Irytujące jest, moim zdaniem, pisanie o dorosłych ludziach tak, jakby byli dziećmi – Zenia, Henia, Wicia, Zygmuś.

Wykonanie, co stwierdzam z ogromnym smutkiem, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

Sa­mo­chód stał za­par­ko­wa­ny przed znisz­czo­nym domem. ―> Skoro był zaparkowany, to chyba zrozumiałe, że stał.

 

Wokół gęst­niał póź­no­je­sien­ny las. ―> Co sprawiało, że las gęstniał i jak to się odbywało?

 

Krzy­siek, ich kie­row­nik, gła­dził jej zmię­ty ma­te­riał płasz­cza. ―> Proponuje zwyczajnie: Krzy­siek, ich kie­row­nik, gła­dził jej zmię­ty płasz­cz.

 

i ko­ją­cym świa­tłem mo­ni­to­ra oświe­tla­ją­cym jej bladą twarz. ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Zimny dreszcz prze­biegł jej po ple­cach. ―> Drugi dreszcz? Bo trzy zdania wcześniej masz identyczne zdanie.

 

Jako je­dy­na przy­cho­dzi­ła do biura w gar­son­kach… ―> Jako je­dy­na przy­cho­dzi­ła do biura w gar­son­ce

Chyba że miała na sobie kilka garsonek.

 

Teraz Krzy­siek żywo ge­sty­ku­lo­wał w stro­nę Wici… ―> Na czym polega gestykulowanie w czyjąś stronę?

 

mu­sia­ła wci­snąć się w tę reszt­kę miej­sca, jaki zo­sta­wił… ―> Literówka.

 

pulch­ne nogi, na któ­rych miała tramp­ki od­sła­nia­ją­ce nagie kost­ki i leg­gin­sy. ―> Czy bywają trampki zasłaniające legginsy?

 

na kon­tu­ar re­cep­cji z nie­la­kie­ro­wa­nej sklej­ki, na któ­rym Zyg­muś po­sta­wił swoje pudło. Stół wy­glą­dał, jakby zaraz miał się prze­wró­cić… ―> Kontuar nie jest stołem.

 

Za re­cep­cją wi­sia­ła prze­krzy­wio­na szaf­ka na klu­cze. ―> Jestem pewna, że szafka na klucze wisiała w recepcji, nie za nią.

 

– Tak na­praw­dę to była sie­dzi­ba SB.Prych­nął. ―> – Tak na­praw­dę to była sie­dzi­ba SB – prych­nął.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

Po środ­ku wid­nia­ła dziu­ra… ―> Pośrod­ku wid­nia­ła dziu­ra

 

Ja­dło­daj­nie w PRLu za­wsze… ―> Ja­dło­daj­nie w PRL-u za­wsze

 

Ka­za­ła usta­wić je­dy­ny stół na środ­ku, tuż nad pa­le­ni­skiem. ―> Nie wierzę, aby w dość dużym pomieszczeniu, zamiast w miejscu, gdzie podłoga nie jest zniszczona, ktoś ustawił stołówkowy stolik nad dziurą w podłodze i zasiadł przy nim do pracy – to jest wbrew zdrowemu rozsądkowi, a pani Henryka na głupią nie wygląda.

 

po­zo­sta­ło­ści po daw­nym ustro­ju trak­to­wa­li jak cie­ka­we zna­le­zi­ska ar­che­olo­gicz­ne niż ślady bo­le­snej i nie tak daw­nej hi­sto­rii. ―> Tu chyba miało być: …po­zo­sta­ło­ści po daw­nym ustro­ju trak­to­wa­li bardziej/ raczej jak cie­ka­we zna­le­zi­ska ar­che­olo­gicz­ne, niż ślady bo­le­snej i nie tak daw­nej hi­sto­rii.

 

Otwo­rzył zna­le­zio­ny­mi klu­cza­mi so­lid­ne drzwi… ―> Nie wierzę, że w tym budynku były jakiekolwiek drzwi zamknięte na klucz. Nie wierzę, że bezdomni ich nie otworzyli/ wyłamali.

 

od­pa­lił la­tar­kę i wszedł… ―> …zapa­lił/ włączył la­tar­kę i wszedł

 

dep­cząc po wkle­pa­nym w stop­nie bru­dzie. ―> Kto wklepywał brud w stopnie?

 

Pew­nie ci sami bez­dom­ni, co ogrze­wa­li się… ―> Pew­nie ci sami bez­dom­ni, którzy ogrze­wa­li się

 

Sta­ra­ła się do­strzec jakiś ruch, ale on chyba też się nie od­zy­wał. ―> Czy dobrze rozumiem, że ruch prawdopodobnie milczał?

 

stał drew­nia­ny stół ze ma­gne­to­fo­nem uni­tra. ―> …stał drew­nia­ny stół z ma­gne­to­fo­nem Uni­tra.

 

z ni­skie­go su­fi­tu zwi­sa­ła po­je­dyn­cza ża­rów­ka. Zenia spraw­dzi­ła włącz­nik przy drzwiach. Dusz­ny pokój wy­peł­ni­ło żół­ta­we świa­tło. ―> Kto przez te dziesiątki lat płacił za prąd doprowadzany do zrujnowanego budynku?

 

to był prio­ry­tet dla każ­de­go szefa grupy ro­bi­czej. ―> Literówka.

 

Od­wró­ci­ła się i przyj­rza­ła się biur­ku… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

z in­for­ma­cją, że trwa­ją 60 minut… ―> …z in­for­ma­cją, że trwa­ją sześćdziesiąt minut

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Uło­ży­ła ka­se­ty w chy­bo­tli­wy wieżę. ―> Literówka.

 

Swo­ista za­ba­wa w jengę po­chło­nę­ła ją cał­ko­wi­cie, że nie za­uwa­ży­ła… ―> Swo­ista za­ba­wa w jengę po­chło­nę­ła ją cał­ko­wi­cie i nie za­uwa­ży­ła… Lub: Swo­ista za­ba­wa w jengę po­chło­nę­ła ją tak bardzo, że nie za­uwa­ży­ła

 

T–tak. ―> T-tak.

W tego typu zapisie używamy dywizu, nie półpauzy.

 

– Ja się tym zajmę – Od­parł wresz­cie. ―> – Ja się tym zajmę – od­parł wresz­cie.

 

Po­krę­cił gło­śność i za­ło­żył słu­chaw­ki na uszy. ―> Literówka.

 

Szkli­ste spoj­rze­nie skie­ro­wa­ne było do su­fi­tu. ―> Szkli­ste spoj­rze­nie skie­ro­wa­ne było na sufit/ ku sufitowi.

 

Z nosa szła stru­ga skrze­płej już krwi… ―> Skoro krew skrzepła to chyba już nie szła.

 

To Wicia przy­czoł­ga­ła się do niej po pod­ło­dze. ―> Zbędne dopowiedzenie – czy Wicia mogła przyczołgać się inaczej, nie po podłodze?

 

Krzy­siek leżał twa­rzą na bla­cie. Oczy miał cały czas otwar­te, szkli­ste i nie­wi­dzą­ce. ―> Skoro leżał twarzą na blacie, to oczy nie powinny być widoczne.

 

Z ust wy­pły­wa­ła szara piana. ―> Ust też nie powinno być widać.

 

Po­je­dyn­cza struż­ka krwi po­ja­wi­ła się w ką­ci­ku jego nosa i za­czę­ła spły­wać w dół. ―> Masło maślane – czy coś może spływać w górę?

Gdzie znajduje się kącik nosa?

 

Zenia drżą­cy­mi pal­ca­mi wa­li­ła w przzy­ci­ski. ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jest jakiś pomysł na horror, ale szczegóły do mnie nie przemówiły.

Na przykład nie wierzę, że szef nie ma pojęcia o głuchocie podwładnej. OK, niby była na L4, ale o takich rzeczach w każdej firmie się plotkuje, aż trzeszczy. A poza tym spędzili drogę w jednym samochodzie, była scena, jak to bohaterka nie usłyszała, że Henryka ją woła… Po tym wszystkim zlecenie niesłyszącej osobie odsłuchania nieopisanych taśm wydaje się strasznie naciągane. Ale niechby. Dlaczego Zenia nie zaprotestowała?

a najbliższy sąsiad znajdował się dwadzieścia minut drogi samochodem stąd.

To by było co najmniej dwadzieścia kilometrów. Gdzie w Polsce jest tak doskonale izolowane miejsce?

 

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka