- Opowiadanie: AmonRa - Spotkanie na szczycie

Spotkanie na szczycie

Ahoj! :) Zamieszczam z drżącym sercem swoje pierwsze opowiadanie na tym portalu. Niestety, jest długie, ale głęboko ufam, że znajdzie się chociaż jedna osoba, która przebrnie przez te wypociny i da mi znać, czy nie są kompletną grafomanią. Będę nad wyraz wdzięczny za wszystkie krytyczne opinie, sugestie, propozycje poprawek, albo też wskazania, co się podobało, a co nie (może na przykład nic się nie podobało? ;)). Niech błogosławieństwo bogów będzie z Wami!

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Irka_Luz, Finkla, Użytkownicy

Oceny

Spotkanie na szczycie

Szczęściarz zawsze miał w życiu fart. W trakcie bitwy pod Seti Ranu, gdy nimo dostało się w pole rażenia sintrijskich łuczników, strzała ledwie musnęła mu ucho. Podczas większości odbywanych treningów zawsze następowało coś, co przesądzało o jego zwycięstwie: a to przeciwnik zaplątał się o własne nogi i stracił równowagę, a to słońce zaświeciło nadciągającemu oponentowi prosto w oczy, a to komuś pękła ćwiczebna tarcza w decydującym momencie. Gdy dostarczone z Lurencji mięso okazało się nieświeże i całe nimo przez dwa dni biegało po okolicznych krzakach z niestworzoną sraczką, układ trawienny chłopaka wykazał nadzwyczajną odporność. Generalnie Szczęściarz był największym szczęściarzem na świecie, przynajmniej do momentu, kiedy coś pozbawiło go życia, rozwlekło jego członki po całej izbie i zmieniło wnętrze w krwawą jatkę. 

Nimolid Swen przyglądał się makabrycznemu widokowi z ponurą miną. Górna połowa Szczęściarza dalej leżała na łóżku, ale resztę ciała młodzieńca rozsmarowano gdzie tylko było można. Jego prawa noga spoczywała pod nocną szafką, lewa stopa bez kilku palców została odnaleziona pod drzwiami, a fragmenty rozbabranej łydki nieopodal miednicy z wodą. Łóżko przesiąkło krwią. Mimo otwartego okna izbę wypełniał nieprzyjemny odór śmierci.

Starając się zepchnąć na dalszy plan sympatię do chłopaka oraz przykrość spowodowaną jego nader niespodziewanym odejściem z tego świata, Swen próbował odnotować w umyśle wszystkie szczegóły mogące pomóc w ustaleniu biegu wydarzeń. Okno już było otwarte, gdy tu wszedł. Ślady na szczątkach Szczęściarza nie pochodziły od żadnej broni, prędzej należało się spodziewać, że zostawił je jakiś wilk lub głodny niedźwiedź górski (jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało!). Z pokoju nie zniknęły żadne osobiste rzeczy żołnierza, nawet jego sakiewka. I wreszcie, mina młodzieńca była błoga i spokojna, zupełnie jakby spał.

To wszystko nie trzymało się kupy. Zbrodnię mogła popełnić jedynie kurtyzana, z którą Szczęściarz tu przyszedł, albo któryś z żołnierzy uczestniczących we wczorajszej zabawie. Nikt inny nie miał dostępu do budynku. Swen nie potrafił sobie wyobrazić, by którakolwiek z osób należących do tego kręgu była zdolna do spowodowania zastanej tu sytuacji.

Upewniwszy się, że nie pominął żadnego szczegółu i oglądnął wszystko przynajmniej trzykrotnie, nimolid opuścił pomieszczenie. Na straży, wiernie jak zwykle, stał Cegiełka.

– Nie wpuszczaj tutaj nikogo, oprócz mnie i Olego – zarządził Swen.

– Rozkaz! Cegiełka bronić pokoju i trupa za cenę życia! – odparł Cegiełka, prostując się jak struna.

Strażnik zapewne kiedyś miał jakieś imię, nadane mu przez matkę niedługo po urodzinach, ale stracił je w momencie opowiedzenia współtowarzyszom o tym, jak będąc małym w trakcie szczeniackiej zabawy został uderzony cegłą w głowę. Wydarzenie poskutkowało lekkim niedorozwojem umysłowym oraz upośledzeniem mowy, co zdiagnozował sam kapłan Urma, i Cegiełka nie mógł iść w ślady swoich nader utalentowanych braci, z których każdy, co do jednego, został cesarskim skrybą. Zamiast tego chłopaka wysłano do wojska i, trzeba przyznać, okazał się on jednym z lepszych żołnierzy w nimo Swena. Uspokojony jego deklaracją, dowódca ruszył na dół zamtuza.

Główna sala była tak samo brzydka, jak wczorajszego wieczoru. Wszędzie dało się dostrzec ślady zabawy: poprzewracane kufle, rozlane piwo, resztki jadła, stoły i ławy w nieładzie. Całego tego rozgardiaszu strzegli tarczownicy Swena. Przy jednym ze stołów siedziało lekko ponad tuzin Pereł Lurencji, wszystkie wyglądały na bardzo przestraszone i zmęczone. Nimolid odszukał wzrokiem Olego i gestem przyzwał go do siebie.

Dobrze zbudowany młody mężczyzna o ciemnych włosach i zwykle pogodnym spojrzeniu był prawą ręką Swena i jego najlepszym przyjacielem. Razem wychowywali się niemal od kołyski. Ole podszedł do swojego dowódcy i zasalutował.

– Rozmawiałeś z chłopcami? – zapytał kapitan.

– Tak, ale niewiele się dowiedziałem. Ze Szczęściarzem byli Dan i Ezo – odparł przepraszającym głosem Ole.

– Na pewno upili się jak zwykle. Czy powiedzieli coś o dziewczynie, z którą Szczęściarz poszedł na górę?

Chłopak rozłożył jedynie ręce w bezradnym geście.

– Mogła mieć jasne albo ciemne włosy, mogła być wysoka lub niska. Dan powiedział, że miała chyba krzywy nos, ale po ósmym kuflu zwykle nie pamięta dobrze takich szczegółów.

– Czy ktoś widział jeszcze Szczęściarza po tym, jak poszedł na górę? Może ktoś do niego zaglądał?

– Nie, nimolidzie. Obawiam się, że mieli inne rozrywki.

– Czyli nic, kurwa, nie wiemy – zirytował się Swen. – Dobra, trzeba porozmawiać z Perłami. Pójdziesz ze mną.

Obaj mężczyźni podeszli do stołu Pereł. Kapitan odnotował, że jedna z nich drgnęła niespokojnie na widok podchodzących żołnierzy. Z ławy powstała kobieta najstarsza i najbrzydsza. Wiek spowodował, że jej ciało rozlało się w każdym możliwym kierunku, biust obwisł, a oznak upływu czasu nie mogła ukryć nawet gruba warstwa pudru i nieładnych cieni na twarzy burdelmamy.

– Ty zarządzasz dziewczętami, czy tak? – zapytał surowym głosem dowódca.

– Tak. Pokornie błagam o wybaczenie, taka historia… wszystkie jesteśmy wstrząśnięte… – zagdakała kobieta, przywołując na twarz szczery żal i zawstydzenie. – Zupełnie nie rozumiem, co się stało.

– Jak ci na imię?

– Nazywam się Olga, a jakże. Od dwóch lat jestem opiekunką tych tutaj kwiatuszków. Znam je jak własne córki i nie chce mi się wierzyć, że któraś mogłaby z zimną krwią…

– Skoro tak dobrze je znasz – przerwał jej Swen – to na pewno będziesz umiała wskazać, która z nich była wczoraj z moim żołnierzem.

– Obawiam się, że nie ma jej z nami. – Olga posłała Swenowi zrozpaczone spojrzenie. – Dziewczyna ma na imię Teila. Nikt jej od wczoraj nie widział.

– Ciekawe. Skoro nie ma jej w pokoju na górze ani tutaj, musiała wyjść z zamtuza.

– Słowo daję, żadna z Pereł nie wychodziła! Prawda, rybeńki?

Kilka dziewcząt pokiwało potulnie głowami, potwierdzając słowa burdelmamy.

– Jest jeszcze okno – zasugerowała kobieta. – Może po prostu przez nie wyskoczyła.

– Nie wydaje mi się – zabrał głos Ole. – Za wysoko. Ktoś, kto opuściłby budynek tą drogą, musiałby się nieźle potłuc, a przynajmniej zostawić jakiś ślad w miejscu, w którym spadł. Tymczasem pod oknem nie widać nic.

– Czyli albo nasza słodka Teila umie wyhodować sobie skrzydła i odlecieć, albo ktoś tutaj kłamie – obwieścił złowieszczo Swen.

– Przysięgam, ja…

– Zamilcz, kobieto. Co możesz mi powiedzieć o tej dziewce? Jak wygląda, skąd jest?

– To piękna gołąbeczka z Brama Satru. Czarne włosy, zwykle zaplata je w warkocz. Niezbyt niska. Smukła jak łania. Na prawym policzku ma niewielką bliznę. Brązowe oczy. Ale nie wierzę, by mogła kogokolwiek zabić…

– Wiara nie ma tu nic do rzeczy. Czy dziewucha zachowywała się podejrzanie? Może inne kurtyzany jej nie lubiły? Odróżniała się jakoś od reszty?

– Bogowie brońcie! Zawsze potulna, grzeczna, kochali ją klienci i lubiły dziewczynki…

– Dlaczego kłamiesz, matko?! Powiedz im prawdę!

Te ostatnie słowa wykrzyczała drobna młoda kobieta, która zerwała się z ławy. Gdy zrozumiała, że wszyscy w pomieszczeniu popatrzyli na nią, wybuchnęła histerycznym szlochem. Ole i Swen wymienili się skonfundowanymi spojrzeniami.

– Kłamię, dziecinko? – zapytała Olga kamiennym głosem.

– Ja… przepraszam, matko… – zaczęła bełkotać dziewczyna, krztusząc się łzami. – Teila nie była z żadnego Brama Satru… nie była nawet Lurentyjką… ja… ona… ona przyszła do nas któregoś razu… Nie miała rodziców, jej narzeczony umarł… Zlitowałyśmy się nad nią i przyjęłyśmy…

Swen wysłuchał tego wyznania z coraz bardziej tężejącą twarzą.

– Czyli mnie okłamałaś, Olgo – wycedził, po czym podszedł do kobiety i wymierzył jej tak potężny cios, że burdelmama zwaliła się z okrzykiem bólu na ziemię. Dziewczęta siedzące najbliżej pisnęły i odsunęły się panicznie.

Minęła chwila, nim kobieta z jękiem podniosła zwaliste cielsko do pozycji klęczącej i, zasłaniając dłonią krwawiącą twarz, spojrzała żałośnie na Swena.

Nimolidzie, błagam… Mi zrobiło się jej szkoda… błagam… – załkała.

– Zostaniesz wydana gwardzistom Cesarskiego Ładu. Złamałaś prawo, przyjęłaś Sintrijkę pod swoje skrzydła i zataiłaś prawdę. Masz moje słowo, że pójdziesz pod sąd.

– Błagam, proszę… – kwiliła burdelmama, ale Swen już jej nie słuchał. Z odrazą wymalowaną na twarzy odszedł od zrozpaczonej Olgi, a Ole ruszył w jego ślady.

– Podsumowując, kurtyzana, którą miał grzmocić Szczęściarz, okazała się zdradziecką sintrijską żmiją, a zarazem ostatnią osobą, którą chłopak widział, zanim w kiepskim stylu stracił życie – obwieścił przyjacielowi wzburzony nimolid. – Trzeba natychmiast dać wszystkim patrolom znak, aby wypatrywali dziewczyny. Bogowie jedni wiedzą, jak dużo czasu upłynęło od morderstwa i jak daleko mogła zbiec Teila. Zadbasz, by sporządzono rysopis.

Ole przytaknął.

– Sprawą na pewno zainteresuje się gwardia, niech Wielki Ho ma nas w swojej opiece. Taki wstyd, taki precedens! Jeszcze żadnego lurentyjskiego żołnierza nie zamordowano w łóżku! I to w naszym nimo! Trzeba ustalić, co zaszło. Tarczownicy mają przepytać wszystkich w okolicy, przyprowadzić każdego, kto mógł coś zobaczyć, prosto do mnie – Swen zerknął na przyjaciela. – Dlaczego nic nie mówisz?

– Nie powinieneś był jej bić – szepnął po chwili zastanowienia Ole. – Wystarczyłoby, że oddałbyś ją gwardzistom. Poniosły cię nerwy.

– Na bogów, Ole! To ja jestem nimolidem czy ty? Na moich barkach spoczywa los oddziału, więc z łaski swojej przestań komentować to, co robię, a zajmij się pracą – warknął zirytowany dowódca. – Jeśli sprawa się szybko nie rozwiąże, wszyscy będziemy w poważnych tarapatach.

– Naprawdę uważasz, że drobna dziewczyna zrobiła to Szczęściarzowi? – zapytał z powątpiewaniem młodzieniec. – Swen, obaj widzieliśmy ciało. Tam stało się coś dziwnego.

– Nie wiem, co o tym sądzić, ale to pierwszy i jak na razie nasz jedyny trop. Może dziwka jest czarownicą, a może trucicielką i poćwiartowała go już po śmierci. Na pewno natomiast jest Sintrijką, i to Sintrijką będącą w miejscu, w którym nigdy nie powinna się znaleźć. Trzeba ją odszukać.

 

* * *

 

Kolejne dwa dni przypominały najprawdziwszy koszmar. Kilka godzin po rozmowie z burdelmamą w zamtuzie pojawiło się kilku gwardzistów Cesarskiego Ładu, którzy zabrali ciało Szczęściarza oraz niepokorną Olgę. Odziani w purpurowe płaszcze i pozłacane napierśniki żołnierze poinformowali, że sprawa dotyczy śmierci człowieka Swena i to właśnie on odpowiada za odnalezienie winnego. Co gorsza, według ich słów wieści o zabójstwie dotarły do uszu samego marszałka Belizariusza i arcyksięcia Cyrusa. Stwierdzili oni, że rychłe rozwiązanie zagadki leży w interesie całej lurentyjskiej armii. Na sam koniec jeden z purpurowych przypomniał (powodując u nimolida nieprzyjemny skurcz żołądka), że sytuacja stanowi precedens i jeszcze żaden spośród wojaków Słońca Lurencji, Jego Boskości Seleukosa, nie oddał w tym kraju życia poza polem bitwy, więc sprawnie przeprowadzone śledztwo ma pomóc w uspokojeniu nastrojów oraz utrzymaniu niezachwianej lurentyjskiej kontroli nad Sintrią.

Na drugi dzień Swena wezwał jego goralid i zwymyślał w najlepsze, zarzucając brak kontroli nad nimo. Niesprawiedliwość oskarżenia rozgniewała dowódcę do głębi. Niby to jego wina, że Szczęściarza zaswędział kutas i trafił na kurtyzanę, która najpewniej pozbawiła go życia, po czym czmychnęła bez śladu? Na jego miejscu mógł znaleźć się ktokolwiek inny. Od momentu rzucenia Sintrii na kolana przez niezwyciężone lurentyjskie zastępy minęło już kilka tygodni i garnizon Wardaru wciąż świętował. Całymi dniami składano ofiary bogom, na koszt arcyksięcia fundowano wystawne zabawy, jako nagrodę dla żołnierzy za poniesiony wojenny wysiłek. Pijany był chyba każdy lurentyjski mieszkaniec tego miasta, który akurat nie pełnił służby. Każdy chciał spłukać piwem wspomnienia trudów wojaczki, oddalić je przy pomocy dobrego jadła, muzyki i ciepłego łona kobiety.

Śledztwo musiało trwać, a Swen zgodnie z poleceniem prowadził je, do pomocy biorąc sobie Olego. Sytuacja ta wywołała w nim najprawdziwsze przygnębienie. Przez lata uczono nimolida walki włócznią, mieczem, tarczą, doprowadzono do perfekcji jego jazdę konną, przekazano mu nawet wiedzę dotyczącą czytania, pisania, arytmetyki, geografii i historii. Wpojono młodzieńcowi zasady dowodzenia jego nimo oraz dbania o własnych ludzi na polu bitwy, ale nikt nie przygotował mężczyzny do roli urzędnika śledczego. Swen nie miał pojęcia, od czego zacząć, ani na czym skończyć. Mimo to trzeciego dnia po wypadku Szczęściarza, wraz ze swoją prawą ręką, Ole, notującym skrzętnie wszystkie zeznania, siedział przy dębowym stole, wpatrując się w twarze przesłuchiwanych Sintrijczyków.

Po przepytaniu szesnastu potencjalnych świadków zwój pergaminu Olego pozostawał jednak prawie niezapisany. Swen żyjący nadzieją, że ktoś musiał coś widzieć, nakazał tarczownikom przyprowadzić przed swoje oblicze mieszkańców wszystkich domów w bliższym i dalszym sąsiedztwie zamtuza. Nieważne, w jaki sposób Teila opuściła budynek. Przemieszczając się szybkim tempem po ulicach Wardaru musiała zwrócić na siebie czyjąś uwagę, choćby nawet była ciemna noc. Mężczyźnie jednak przyszło przeżyć rozczarowanie. Wszyscy zarzekali się, że spali głębokim snem, nie dostrzegając nic podejrzanego. Dwóch świadków nimolid nakazał zamknąć na dwa tygodnie w lochu za bezczelność, a jednego nawet publicznie wychłostać. Prawdą było, że Sintrijczycy to wyjątkowo hardy i uparty lud.

– To bez sensu. Tracimy tylko czas – szepnął do niego Ole po wyprowadzeniu przez tarczownika imieniem Jort świadka numer siedemnaście.

– A masz jakiś lepszy pomysł? – zapytał zdenerwowany Swen na tyle cichym głosem, by nie posłyszał go żaden ze stojących w komnacie wartowników. Być może nimolid niewiele wiedział o prowadzeniu śledztwa, za to dostrzegał potrzebę stwarzania pozorów przed swoimi ludźmi, nawet jeśli nie do końca wiedział, co robi.

Wtem do komnaty wparował Cegiełka, prowadząc ze sobą stetryczałego starucha, poruszającego się o lasce i mającego przynajmniej dwieście lat. Swen wielokrotnie słyszał historie o odległych ludach, oczyszczających ciała swoich zmarłych ze wszystkich wnętrzności, a następnie wypychających je przeróżnymi materiałami i nacierających wonnymi olejkami zapobiegającymi rozkładowi. Tak specjalnie przygotowane trupy nazywano mumiami i chociaż nimolid nigdy żadnej mumii nie widział, staruch zdał się najbliższy jego dotychczasowemu wyobrażeniu tego zjawiska. Biała skóra nieznajomego była bardzo pomarszczona i niemal przezroczysta, z głowy mężczyzny wyrastały pojedyncze białe włoski. Dziad garbił się niemożebnie. Jego ręce i nogi drżały.

Nimolid, Cegiełka meldować, że odnaleźć świadka, tak jak kapitan kazać. Kapitan mówić, żeby przyprowadzać każdego, kto coś wiedzieć – oznajmił bardzo zadowolony z siebie żołnierz.

– Wyśmienicie. Kim jest ten człowiek?

– Sintrijski dziad mieszkać nieopodal stąd.

– I widział dziewuchę?

– Dziad nic nie widzieć ani nic nie słyszeć, ale prosić o rozmowę z nimolid. Mówić, że ma ważna informacja.

Swen całą siłą woli powstrzymał westchnienie irytacji, a Ole poruszył się w swoim krześle, nagle pobudzony i rozweselony. Po krótkim namyśle dowódca postanowił dać staruchowi przemówić i mieć rozmowę jak najszybciej za sobą.

– Dobrze, niech więc będzie. Kim jesteś, starcze? – zapytał z rezygnacją, przyglądając się wiekowemu mężczyźnie.

– Na imię mi Wutras, panie – głos dziada brzmiał tak, jakby jego właściciel miał za chwilę umrzeć. – A ty kim jesteś?

– Zdajesz sobie sprawę, gdzie trafiłeś? To ja tu zadaję pytania.

– Pytania, na które zapewne uzyskujesz wiele odpowiedzi. Zapytałem kim jesteś, bo przybyłeś tutaj z Lurencji. Jako zdobywca i okupant.

Swen zapragnął nagle przerwać rozmowę tu i teraz, wymierzając jeszcze jedną karę chłosty, lecz doszedł do wniosku, że skończyłaby się ona dla mężczyzny śmiercią.

– Uważaj na słowa. Możesz widzieć sprawy w ten sposób, ale przynieśliśmy waszemu nędznemu krajowi oświecone rządy cesarza, światło wiedzy, prawdy i bogów. Jeszcze jedno niewłaściwe słowo i nie będzie ci dane skorzystać z tych darów.

– Twoje groźby, wielki dowódco, nie robią na mnie wrażenia – odparł Wutras, przeciągając sylaby. – Niewiele znaczą dla uszu kogoś, kto żyje tak długo jak ja. A wasze oświecone rządy jak dotąd odebrały mi dwóch synów i pięciu wnuków.

– Jeśli polegli w honorowej walce, chwała im. Czasem nawet niewierni dostępują zaszczytu ucztowania z bogami, jeśli tylko wywarli wrażenie na panu wojny Arnumie.

– Powiedziałbym raczej, że dołączyli do czcigodnego grona swoich ojców, dziadów i pradziadów, płacząc z góry nad losem swojego kraju – odciął się dziad.

– Przyszedłeś tutaj ubliżać nowym panom Wardaru? Jeśli tak, to muszę cię rozczarować, bo nie mam czasu ani ochoty tego słuchać.

– Ach! Wy, młodzi, niecierpliwi. Wszystko chcecie mieć podane na tacy od razu – Wutras wytarł sobie nos ręką i uśmiechnął się pobłażliwie, jakby urządzał właśnie pogadankę małemu dziecku. – Ale dobrze, skoro tak ci spieszno, Lurentyjczyku, oto ci powiem: nie znajdziesz dziewczyny, za którą biegają twoi żołnierze, jak kot z chorym pęcherzem. Nie znajdziesz jej, póki sama tego nie zechce.

– A ty skąd możesz to wiedzieć? Znasz tę żmiję?

– Och, nie, ale słyszałem historie o takich jak ona. Kilka opowieści obiło się o uszy. Komuś tak oświeconemu, jak siedzący przede mną Lurentyjczyk, trudno byłoby uwierzyć chociaż w połowę z nich.

– Skoro już pokonałeś całą tę drogę, według słów mojego człowieka przynajmniej częściowo z własnej woli, może powinieneś ujawnić chociaż rąbek swej jakże istotnej wiedzy – stwierdził kąśliwie coraz bardziej zirytowany Swen. Ta rozmowa nie ma żadnego sensu, pomyślał, równocześnie mając zamiar udzielić Cegiełce reprymendy.

– Pochodzisz z kraju na północy i chlubisz się swoją wyższością nad mieszkańcami tej krainy, ale nie rozumiesz jej praw. Chcecie zostać nowymi panami Sintrii, lecz wasz plan się nie uda – oznajmił Wutras. – Ja za to dorastałem na tej ziemi i dane mi było przeżyć tutaj już osiemdziesiąt pięć zim. Dostatecznie długo, by nauczyć się szanować moce większe i silniejsze od wszystkich żyjących ludzi. Gdy byłem mały, opowiadano o niespokojnych duchach, ludziach umierających niesprawiedliwą i przedwczesną śmiercią, którzy przybywają na świat powtórnie, lecz nie do końca w ludzkiej formie. Przychodzą, by znaleźć ukojenie, a do tego wiedzie tylko jedna droga.

– Więc sugerujesz, że mojego żołnierza zamordował upiór zza grobu? Dlatego, że jest Lurentyjczykiem i, jak się wyraziłeś, jednym z okupantów? – zapytał z powątpiewaniem Swen, który nagle poczuł przemożną ochotę, by parsknąć śmiechem.

– Myślę, że jesteś dostatecznie bystry, żeby zrozumieć co powiedziałem.

– Dobra, dość już tego. Nie będę słuchał kogoś, komu starość zżera umysł. Cegiełka, wyprowadź tego starca i żebym go więcej nie widział! Nie mogę uwierzyć, że tracę cenny czas na tę rozmowę.

Wartownik natychmiast przystąpił do usuwania Wutrasa z pomieszczenia, ale zanim zdołał go wypchnąć za drzwi, dziad zakrzyknął jeszcze:

– Kurhany, Lurentyjczyku, kurhany! Miejsce święte za dnia staje się interesujące nocą i sądzę, że masz szansę odszukać tam część odpowiedzi na swoje pytania.

 

 

* * *

 

Czwartego dnia, kiedy Swen myślał, że nie może być już gorzej, do nimolida przybył posłaniec i oznajmił, że mistrz Romulus chce go widzieć. Po plecach młodzieńca przebiegł zimny dreszcz, poczuł też, jak kręci mu się w głowie. Jego żałosne śledztwo dalej stało w miejscu, nie przynosząc żadnych odpowiedzi. Romulus był wysokim kapłanem boga Urma, a zarazem przybocznym mistrzem samego arcyksięcia, Złotej Lancy Lurencji oraz wybitnym uczonym. Większość dni spędzał w odosobnieniu i na pewno nie marnował cennego czasu na rozmowy z kimś takim, jak Swen. Niewątpliwie chodziło o przeklętą historię ze Szczęściarzem. Kurwa, pomyślał dowódca, kurwa, kurwa, kurwa. Zakładając swój najlepszy mundur, oczami wyobraźni widział, jak wielki mistrz miesza go z błotem, nazywając nieudacznikiem i najgorszym nimolidem, jakiego kiedykolwiek wydała na świat Lurencja, po czym pozbawia Swena wszystkich stopni i wtrąca do lochu. Na nic innego nie zasłużył. Oglądając swoje odbicie w lustrze – młodą, przystojną twarz, jasne, krótko przystrzyżone włosy i osadzone głęboko niebieskie oczy, a także muskularną sylwetkę – żałował jedynie swoich dotychczasowych osiągnięć, którymi w obecnej chwili mógł się co najwyżej podetrzeć. Przypinając order Promienistego Słońca, który dostał za odwagę i wybitne osiągnięcia, z żałością pomyślał o tym, że jeszcze tydzień temu mówiło się o nim jako o jednym z najbardziej pewnych kandydatów na kolejnego goralida i, kto wie, może nawet członka Gwardii Cesarskiego Ładu.

Blady jak płótno, Swen opuścił prowizoryczną kwaterę swojego nimo i ruszył ulicami Wardaru w stronę centrum miasta. Chwilę przed wyjściem przyszedł do niego Ole i poklepał go zupełnie nieregulaminowo po plecach, lecz ten gest nie mógł usunąć palącego potwora z trzewi młodego mężczyzny. Przez chwilę zastanawiał się nad wejściem na wardaryjski mur i skoczeniem w dół, ale doszedł do wniosku, że nie przystoi to żołnierzowi o jego dokonaniach. Nieważne co się stanie, przyjmę to z godnością.

Nie znosił tego miasta. Był sierpień, ale jak zwykle w Sintrii panowała wietrzna, zimna i deszczowa pogoda. Wardaru otaczały trzy górskie masywy, przez co miasto niemal zawsze pozostawało w cieniu, nawet jeśli słońce zdecydowało się na chwilę wyjrzeć zza gęstych chmur. Zabudowa w niczym nie przypominała jego rodzinnych stron. Domy przywodziły na myśl bezkształtne, szare bryły kryte strzechą, zwykle tylko jednopoziomowe, bez żadnych urozmaicających je elementów. Ludzie tutaj nie cenili ani piękna, ani gustownej architektury. Dbali jedynie o swoją dumę, upór i przyrodzoną gburowatość. Swen miał wrażenie, że cech tych nie pozbawiła ich nawet sromotna klęska poniesiona przez sintrijskie wojska oraz publiczna egzekucja króla Reha, który odmówił wiernopoddańczego hołdu samemu Słońcu Lurencji. Wojsko arcyksięcia Cyrusa rządziło w mieście i całym kraju, ale wszędzie, gdzie się pojawiało, doświadczało gniewnych, zacietrzewionych spojrzeń mieszkańców i milczącego, biernego oporu. Głupcy z tych Sintrijczyków, pomyślał pogardliwie Swen, gdyby tylko wiedzieli, ile dobra przyniosły im cesarskie oddziały.

W zwycięstwie nad wrogiem, broniącym się zaciekle na górskich zboczach i przełęczach, pomógł osobisty wynalazek mistrza Romulusa, Trujący Oddech. Wściekle żółty proszek przy kontakcie z płomieniem wyzwalał gęste opary gryzącego, duszącego dymu, będącego w stanie ukatrupić każdego, kto wciągnie go w swoje nozdrza. Sintrijskie umocnienia i fortyfikacje na niewiele się zdawały, gdy w trakcie bitwy została użyta ta cudowna broń. Oczywiście mogła mieć charakter obosieczny i zmiana kierunku wiatru potrafiła spowodować, iż Trujący Oddech raził także Lurentyjczyków. Mimo to tylko głupiec nie doceniłby wspaniałości wynalazku Romulusa i na myśl o tym, jak znakomitą figurą jest wysoki kapłan, z którym Swen za chwilę się spotka, serce podeszło mu do gardła.

Nimolid w końcu dotarł na główny plac miasta, na którym zdążyły już zajść istotne zmiany. Miejsce niegdyś pozostawało największym targowiskiem w Sintrii, do którego przybywali kupcy z całego kraju, handlując swoimi towarami najróżniejszego pochodzenia. Arcyksiążę odciął plac od reszty miasta, wzbraniając zwykłym ludziom dostępu do tego miejsca. Obecnie dawne targowisko wyglądało jak wielki plac budowy. W samym jego centrum krzątały się dziesiątki niewolników, przygotowując ustawiony już cokół pod dalsze prace. Za kilka miesięcy stanie tutaj olbrzymi posąg cesarza Seleukosa i wojacy gadali, że miał być ze szczerego złota. Dawne koszary żołnierzy króla Reha zrównano już z ziemią. W ich miejscu w szybkim tempie rosła świątynia bogów.

Swen poszedł w kierunku niegdysiejszego królewskiego zamku i z bijącym sercem wspiął się po schodach. Zamek był równie szkaradny, jak znakomita większość zabudowy miasta, wyróżniał się jedynie masywnym rozmiarem. Nimolida przywitał ostrym wzrokiem jeden ze stojących na warcie gwardzistów.

– Cel wizyty? – burknął purpurowy, mierząc młodzieńca krytycznym spojrzeniem.

– Zostałem wezwany przez mistrza Romulusa – odparł Swen starając się, aby jego głos zabrzmiał mocno i pewnie.

Już po chwili prowadzony przez innego strażnika mężczyzna kroczył plątaniną zamkowych korytarzy. Wnętrza lurentyjskich budowli były przestronne, jasne i bogato urządzone, tutaj zaś Swen miał klaustrofobiczne poczucie zamknięcia i uwięzienia. Sklepienie osadzono nisko, okna niewielkich rozmiarów wpuszczały bardzo niewiele światła z zewnątrz i mimo grubych murów w środku odczuwało się nieprzyjemny chłód. Nimolidowi przebiegł po plecach dreszcz, nie wiedzieć czy od zimna, czy też od strachu przed spotkaniem z Romulusem.

Gdy dotarli na miejsce, czyli przed drzwi laboratorium wysokiego kapłana, strażnik wszedł do środka, każąc Swenowi czekać. Minuty ciągnęły się w nieskończoność i gdy w końcu gwardzista wyszedł, zapraszając go do środka, młodzieniec był jednym wielkim strzępkiem nerwów.

Pomieszczenie zdało się nimolidowi tak samo ciemne, jak reszta tego nieszczęsnego miejsca, lecz zarazem znacznie bardziej przestronne. Sklepienie zawieszono wyżej, pozostawiając przestrzeń wysokim dębowym regałom, na których obecnie stały setki (jeśli nie tysiące!) różnych słoików, fiolek i najróżniejszych przyrządów, o których zastosowaniu dowódca nie miał żadnego pojęcia. Laboratorium wypełniała jakaś intensywna, wręcz ostra ziołowa woń. Posadzkę zastawiono różnymi meblami i dziwacznymi konstrukcjami z drewna i jakiegoś metalu, tu i ówdzie leżały rozrzucone w nieładzie księgi. Z całego tego bajzlu wyłonił się niezbyt postawny człowiek o nieproporcjonalnie dużej głowie oraz niewiarygodnie małych oczach. Kapłani bogów zwykle ubierali się bardzo bogato i wytwornie, chcąc podkreślić swoją wyjątkową pozycję, jednak mistrz Romulus miał na sobie wyłącznie prostą szatę niemal pozbawioną ozdób i wyróżniających elementów. Na jego widok Swen pokłonił się usłużnie.

– Mistrzu, niech błogosławieństwo wszystkich bogów zawsze będzie z tobą – rzekł.

– I z tobą, nimolidzie, i z tobą – odparł wysoki kapłan, a dowódca z zaskoczeniem stwierdził, że nie wyczuwa w jego głosie gniewu czy nadchodzącej reprymendy.

– Wzywałeś mnie, więc przybyłem tak szybko jak mogłem. W czym mogę mistrzowi pomóc?

– Najlepiej będzie, jeśli zamiast strzępić język coś ci pokażę. Jak możesz się domyślić, chodzi o to przykre wydarzenie… i nieszczęśnika… chodź za mną.

Swen zdumiał się, z jak wielką sprawnością Romulus potrafi manewrować pomiędzy wszystkimi przedmiotami w laboratorium. Posłuszny jak pies, ruszył za kapłanem, uważając aby na nic nie wpaść ani niczego nie zniszczyć. Mistrz doprowadził go do jakiegoś stołu ogromnych rozmiarów, na którym leżało coś dużego, przykrytego płótnem.

– Kilka dni temu jeden z kapłanów przybył do mnie, opowiadając mi o tym strasznym wydarzeniu – co ciekawe, głos Romulusa nie wskazywał, jakby faktycznie uważał morderstwo Szczęściarza za straszne wydarzenie. Kapłan wysławiał się w sposób bezemocjonalny. – Jak na pewno wiesz, kapłańską powinnością jest przygotowanie odpowiedniego pożegnania każdego, kto wyznaje naszych wielkich, wspaniałych bogów. Ów mistrz, chcąc przed stosem pogrzebowym obmyć ciało nieszczęśnika, albo raczej to, co z niego pozostało, zdumiał się ogromnie na widok pewnych… nietypowości, że tak to ujmę. Niedostatki jego wiedzy nakazały mu przyjść do mnie i zasięgnąć porady. Obejrzałem zamordowanego, doszedłem do kilku konkluzji i zamierzam ci je przedstawić, bo głęboko ufam, że mogą pomóc w straceńczym zadaniu, jakie przed tobą postawiono.

Fala ulgi zalała Swena i młodzieniec poczuł nagle niebywałą lekkość ducha.

– Czyli… czyli mistrz nie wezwał mnie, bo jest na mnie zły? O morderstwie dalej nic nie wiadomo i obawiałem się…

– Zły? – zapytał zaskoczony Romulus. – Mój chłopcze, droga do prawdy zawsze wymaga, aby kroczący nią podróżnik dysponował sprawnym, tęgim umysłem, a ty jesteś tylko żołnierzem. Zdziwiłbym się, gdybyś cokolwiek odkrył. A zwłaszcza, jeśli mówimy o tej sprawie.

Nimolid nie był do końca pewny, czy mistrz przypadkiem go nie znieważył, ale nie miało to żadnego znaczenia. Zachciało mu się śmiać ze szczęścia. Potwór w jego trzewiach zniknął bez śladu, pozostawiając po sobie przyjemną, lekką pustkę.

– Ale do rzeczy, do rzeczy, bo tracimy czas na pogaduszki. Jak to mówią, mądrej głowie dość dwie słowie – obwieścił Romulus i ściągnął ze stołu płótno.

Leżał na nim oczywiście Szczęściarz i na jego widok zaskoczony Swen (widzący w życiu niejednego już przecież trupa) z trudem opanował odruch wymiotny. Rozkawałkowane jeszcze bardziej, niż w dniu morderstwa ciało jego towarzysza wszędzie miało powtykane jakieś dziwaczne szpilki, a skóra nieszczęśnika była fioletowo-zielona. Głowa żołnierza, względnie nienaruszona kilka dni temu, teraz wydawała się rozłupana, jak gdyby Romulus otworzył ją przy pomocy młotka i odsłonił jej zawartość.

– Jaka twoim zdaniem była przyczyna śmierci? – zapytał zszokowanego nimolida Romulus.

– E… rozszarpanie. Wykrwawienie – odparł niezbyt mądrze dowódca, nie mogąc oderwać wzroku od zmasakrowanego ciała Szczęściarza.

– Aha! Tak pomyślałby każdy, na pierwszy rzut oka. Jednak ja odkryłem, że chłopaka zabiła toksyna.

– Toksyna? – zdziwił się Swen.

– Widzisz, żołnierzu, w całym życiu poznałem setki, jeśli nie tysiące różnych trucizn, mieszanek ziół z rozmaitych części świata, wysuszonych i sproszkowanych grzybów, a nawet jad wydarty z gardzieli bestii wypełzających od czasu do czasu z Boru. Wiele z tych substancji stoi nawet na moich półkach. Ale czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałem. Substancja dostała się do mózgu twojego podwładnego i sprawiła, że ten po prostu zgnił. I to w szybkim tempie.

Nic z tego nie rozumiejąc, Swen popatrzył na Romulusa.

– Co to oznacza?

– Wszystko i nic. Nie będąc świadkiem zaaplikowania tej trucizny chłopakowi nie umiem dokładnie opisać, jak może działać. Nie wiem, co konkretnie stało się z mózgiem zmarłego ani co przeżywał chwilę przed śmiercią, albowiem, jak mawiali mędrcy dawniejszych czasów, ludzie prędzej nauczą się latać, niż odkryją tajemnice zawartości swoich czaszek. Być może chłopaka sparaliżowało, tak że nie mógł ruszyć nawet małym palcem. Wielce prawdopodobne, że jego ciało przeżyło coś na kształt szoku i po kolei przestawały pracować wszystkie jego organy. Zmarłego rozszarpano dopiero po śmierci, w bestialski sposób. Zdawałoby się, że nosi on ślady kłów. Niebywałe, doprawdy niebywałe.

Dowódca w żadnym razie nie podzielał zdania kapłana i wcale nie uważał tych rewelacji za niebywałe, ale uznał je za nowy wątek w swoim beznadziejnym śledztwie.

– Co ciekawsze, toksyny tej nie umiem rozłożyć na czynniki. Nie potrafię zbadać jej składu, zidentyfikować jej pochodzenia, nie umiem też niczym jej zneutralizować. Wszystkie znane mi antidota są tutaj bezskuteczne. Jest to coś, z czym nigdy nie miałem do czynienia.

– Skoro mistrz nie wie, co takiego zabiło Szczęściarza… jak ja mam to odkryć? – zapytał zrozpaczony Swen.

– Postawiono przed tobą niełatwe zadanie – odparł Romulus, a w jego głosie prawie zabrzmiało współczucie. – Ale moje odkrycie jeszcze raz potwierdza, jak ważne jest dotarcie do prawdy. Skoro zginął jeden żołnierz, mogą zginąć i kolejni, takiej możliwości nie należy wykluczyć. Poznaj swojego wroga, pisał kiedyś Lepidusz. Tak czy siak, musisz działać w sposób niekonwencjonalny. To nie było zwykłe, banalne morderstwo.

 

* * *

 

Kolejnego dnia, gdy zapadał zmrok, Swen i Ole wdrapywali się wąską, stromą ścieżką na zbocze góry. Ich celem były kurhany, o których powiedział Wutras.

Nimolid nie mógł wyrzucić z myśli poczucia, że postępuje głupio, a jego decyzja o udaniu się do uświęconego miejsca Sintrijczyków wynikała z rozpaczy i desperacji. Nic bowiem nie wskazywało, aby kolejne przesłuchania przyniosły jakikolwiek przełom. Dowódca był tak samo daleki od odkrycia prawdy o zabójstwie Szczęściarza, jak w dniu morderstwa, więc cóż innego mu pozostało? Najprawdopodobniej na górze nie odkryją nic ciekawego i wrócą z pustymi rękami, ale przynajmniej wyprawa pozwoli im na uspokojenie emocji i wyciszenie umysłu. Pewną rolę odegrały również słowa mistrza Romulusa. Czy można wyobrazić sobie bardziej niekonwencjonalne działanie, niż ta wieczorna eskapada?

Kurhany zlokalizowane były na zboczu najwyższego ze szczytów. Z tego, co Swen zrozumiał, niegdyś stanowiły istotny obiekt kultu Sintrijczyków, miejsce pochówku ważnych mieszkańców Wardaru, lecz teraz nikt nie miał do nich dostępu. Osobisty rozkaz arcyksięcia Cyrusa zamknął górską ścieżkę wszystkim pielgrzymom. Nimolid i Ole nie mieli jednak, jako Lurentyjczycy, żadnych problemów z wejściem na szlak. Wystarczyło powiedzieć strażnikom, że muszą się tam udać ze względu na prowadzone śledztwo.

Szybko ciemniało i na dodatek mężczyzn otaczała gęsta mgła. Ole niósł przed sobą pochodnię, której światło jednak niewiele dawało. Ścieżkę należałoby nazwać wyboistą i stromą, łatwo było potknąć się o któryś z ostrych, wystających kamieni albo przypadkowy nieregularny głaz, toteż przyjaciele musieli przykładać dużo uwagi do każdego kroku.

– Gdyby tylko Szczęściarz wiedział, co dla niego robimy – odezwał się Ole.

– Drań ma szczęście, że nie żyje – odparł Swen. – Gdyby był z nami, przerobilibyśmy go na tarczę treningową.

Dowódca odczuwał radość, że przyjaciel zdecydował się mu towarzyszyć. Nie wydał mu rozkazu, jedynie poprosił, a Ole bez żadnego wahania zadeklarował swój udział w wyprawie. Swen podejrzewał Olego o chęć wskoczenia dla niego w ogień, gdyby tylko zaistniała taka potrzeba, a zresztą sam zrobiłby dla towarzysza to samo. Byli sobie jak bracia. Wystarczyło, że Ole popatrzył na swojego nimolida i już wiedział, co mu w duszy gra. Potrafił powiedzieć mu, gdy czynił źle, ale też wesprzeć go w najtrudniejszych nawet momentach. Swen dziękował bogom za to, że tyle lat temu postawili tego gnojka na jego drodze.

– Gdyby nie ta mgła, powinniśmy widzieć w dole Wardaru – powiedział Ole. – Jort wspomniał, że miasto wygląda z góry jak wyjątkowo rzadkie, rozbryzgane gówno.

Swen zaśmiał się w głos.

I tak szli sobie w górę, od czasu do czasu urozmaicając wspinaczkę jakimś żartem. Trudno było powiedzieć, ile minęło czasu. Kurhany, Lurentyjczyku, kurhany! Miejsce święte za dnia staje się interesujące nocą i sądzę, że masz szansę odszukać tam część odpowiedzi na swoje pytaniabrzęczało od czasu do czasu w myślach Swena i mężczyzna z dużą dozą sceptycyzmu dumał nad tym, co też tak interesującego może odkryć na górze. Zapewne w całej tej historii najbardziej interesująca była demencja dziada i jego talent do tworzenia bajek.

W końcu dotarli do kurhanów, dysząc i zipiąc. Zbocze rozszerzało się tutaj, przyjmując formę bardziej otwartej przestrzeni. Minęła już północ, a marsz zajął ładnych kilka godzin. Powietrze zdawało się rozrzedzone i niechętnie docierało do piersi, ale za to zniknęła mgła, pozwalając mężczyznom zobaczyć więcej. Na widok miejsca kultu Sintrijczyków Swen poczuł rozczarowanie. Były to po prostu szeregi usypanych z kamieni i skał kopców, zaprojektowanych zapewne jako miejsca spoczynku ciał, których nie dało się zakopać w twardej ziemi. Wszystko to nie robiło zbyt imponującego wrażenia. Nie powinienem czuć zaskoczenia, pomyślał dowódca, jest tu po prostu tak samo brzydko, jak wszędzie indziej w tym zapomnianym przez bogów kraju.

Młodzieńcy podchodzili po kolei do wszystkich kopców, a Ole rzucał trochę światła przy pomocy swojej pochodni. Czynność ta nie miała jednak wielkiego sensu, ponieważ żaden z grobów nie został podpisany i nie wiadomo było, kto w nim spoczywa. Na dodatek wszystkie wyglądały w dokładnie ten sam sposób. Widocznie pielgrzymujący tu dawniej Sintrijczycy nie potrzebowali dodatkowych wskazówek służących zidentyfikowaniu poszczególnych kopców.

– Im bardziej poznaję Sintrijczyków, tym mniej rozumiem, dlaczego tak bardzo bronili tego kraju – stwierdził Ole po jakimś czasie.

– Złoto, mój drogi, złoto – mruknął Swen, otulając się szczelniej płaszczem w odpowiedzi na nagły podmuch wiatru. – Prawdziwe bogactwo Sintrijczyków znajdziesz pod ziemią, a nie nad nią. Widzisz tu coś ciekawego?

– Kompletnie nic. Staruch chyba cię okłamał.

– To było do przewidzenia. Powinienem kazać Cegiełce go odnaleźć i wyrwać mu nogi z tej starej dupy.

I tak błądzili sobie jeszcze długo, niespecjalnie mając nadzieję na odnalezienie czegokolwiek. Wiatr wzmagał się coraz bardziej, dokuczając obu młodzieńcom. W pewnym momencie Ole przystanął raptownie.

– Co? – zapytał go Swen.

– Tam, w ciemności. Chyba zobaczyłem, że coś się poruszyło.

Obaj zamarli, patrząc we wskazanym przez Olego kierunku. Z początku nic nie było widać, ale po chwili posłyszeli wyraźnie kroki. Swen gestem nakazał przyjacielowi zgasić pochodnię i przycupnęli za jednym z kurhanów. Był to zdrowy, żołnierski odruch – pozostać w ukryciu, dopóki nie będzie wiadomo, z czym ma się do czynienia.

Kto mógł tutaj przyjść? Na pewno żaden Sintrijczyk. Może ktoś na polecenie arcyksięcia albo marszałka? Ole spróbował wyjrzeć dyskretnie zza grobu, ale na pytające spojrzenie Swena pokręcił tylko przecząco głową. Kroki stawały się coraz wyraźniejsze, aż w końcu umilkły i mężczyzn dobiegł jakiś szelest i pojedyncze stuknięcia. Potem zapadła cisza.

Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. A potem uszu nimolida dobiegł najbrzydszy śpiew, jaki w życiu słyszał.

 

Moce wstrętne, podłe, gnuśne, moce ciemne i tajemne,

gościa swego strudzonego dziś przyjmijcie, ukołyszcie.

Co za dnia ukryte, w nocy w chwale się ukaże,

wszystkim córkom już radosnym każcie wnet pójść w pląsy, tany.

 

Głos, chociaż paskudny i skrzeczący, bez wątpienia należał do kobiety. Swen i Ole popatrzyli po sobie. Widać było, że żaden z nich nie ma pomysłu, co może to oznaczać. Nastała cisza, potem rozległy się kolejne stuknięcia i śpiew rozbrzmiał na nowo.

 

W imię wszystkich szkarad świata dzisiaj dary wam przynoszę,

jakem matki larwy córka, dziś plugastwa tutaj złożę.

Na ołtarzu brzydkim będzie już nieświeże sadło osła,

żeby w moim łonie kurwa gniewna i rozwiązła rosła.

Dar kolejny, obelżywy, krwawe ojca dziwki łzy,

żeby bestia była straszna, żeby jej wyrosły kły.

Z rzeki brudnej, smutnej, mętnej niechaj będą wodne wije,

niechże córka moja wstrętna w kiszkach ma trujące żmije.

Dar kolejny, niesłychany, czarnej górskiej owcy wełna,

niech jej w żyłach płynie jad, niech się terror nocny spełnia.

Niech kurewka mała, połączona ze mną węzłem,

będzie brzydka jak ropucha, niech się żywi ludzkim mięsem!

Moja krew, co wspomnienia nawet niewarta,

oby mała pizda skrzydła dostała od samego czarta!

 

Ole popatrzył na Swena. Nimolid momentalnie ujrzał w jego oczach strach. Śpiewny głos miał w sobie coś nieludzkiego, wściekłego, plugawego, no i z całą pewnością oznaczał czary. Magię niepochodzącą od bogów. Praworządni Lurentyjczycy omijali takie rzeczy szerokim łukiem, bali się ich, nie mówili o nich głośno. Kapłani dbali o to, by magia pozostawała z dala od ich życia. Prosząc Wielkiego Ho o pomoc, dowódca powoli, tak cicho, jak to możliwe, wyciągnął ostrze z pochwy (bogom dzięki, że młodzieńcy zabrali ze sobą broń!). Ole poszedł w jego ślady.

– No, chłopcy, na co czekacie? – rozbrzmiał głos. – Wyjdźcie zza tego kurhanu, przedstawcie się grzecznie.

Wiedziała. Kurwa, wiedziała, że tu są. Nie pozostało nic innego, jak tylko się ujawnić. Swen i Ole wychynęli ostrożnie ze swojej kryjówki. Twarzy kobiety nie powinno być widać, ale oświetlało ją jakieś srebrzyste światło niewiadomego pochodzenia. Wiedźma miała czarne włosy zaplecione w warkocz, jawiła się jako postać dosyć wysoka, dokładnie tak, jak opisała ją burdelmama. Jedyny element nieprzystający do opisu stanowił wielki brzuch, jak gdyby dziewczyna była w zaawansowanej ciąży. Swen zdębiał na ten widok. Może jednak to nie ona?

Obca uśmiechnęła się niemal życzliwie.

– Ty jesteś Teila? – zapytał Swen wytężając głos, aby zabrzmiał pewnie, srogo i twardo.

– Cóż za przenikliwy umysł – zadrwiła z niego dziewczyna i zaśmiała się wstrętnie. – Tak, wygląda na to, że tak.

– W jaki sposób tu dotarłaś? Droga jest zablokowana.

– Przyleciałam. Znacznie lepszy sposób, niż trudzenie nóg, zwłaszcza, że jestem… przy nadziei – pogłaskała swój wypukły brzuch.

– Zabiłaś mojego żołnierza i towarzysza – to nie było pytanie, tylko stwierdzenie.

– Tak. Ale najpierw uczyniłam go szczęśliwym ojcem. Czy to nie dobra zamiana?

– Dlaczego to zrobiłaś, wiedźmo? Co uzyskałaś, zabijając przypadkowego chłopaka?

– Mylisz się mówiąc, że był przypadkowy – dziewczę wyszczerzyło białe ząbki. – Słyszałam, jak wołali na niego inni. Szczęściarz. Czuło się od niego coś dobrego, miał znacznie lepszy zapach, niż wasza dwójka, jeśli mam być szczera. Pozwoliłam więc, by zasadził nasienie w moim łonie, a potem posiliłam się co smaczniejszymi kąskami.

– Zapłacisz za to, co zrobiłaś. Zabierzemy cię na dół do miasta i dasz gardła za swoją zbrodnię – oświadczył groźnie nimolid.

– Prawdę mówiąc, nie mam na to ochoty, chętnie się z wami za to pobawię. A gdy będzie już po wszystkim, pożrę was na kolację. Wprawdzie trochę późno, ale ciężarna powinna dobrze jadać, czyż nie?

I zanim żołnierze zdążyli cokolwiek zrobić, zmieniła swoją formę. W miejscu, w którym jeszcze przed chwilą stała młoda dziewczyna, pojawił się najbardziej szkaradny potwór, jakiego przyszło Swenowi w życiu zobaczyć. Ole, doświadczony, zaprawiony wojak, krzyknął ze strachu, cofnął się i mało brakowało, a wypuściłby miecz z dłoni.

Zmora przypominała ogromne ptaszysko, większe od człowieka, o monstrualnych szponach, wielkim wypukłym tułowiu i rozłożystych, pokrytych czarniejszymi od nocy piórami. Zamiast ptasiego łba miała jednak głowę kobiety, czy też może raczej prawie kobiety. Skołtunione włosy tworzyły wielki kokon na koszmarnym łbie, oczy zdały się dzikie, szeroko otwarte i chyba nawet nie okalały ich żadne powieki, a gdy potwór rozdziawił paszczę, Swen i Ole dojrzeli kilka rzędów szkaradnych kłów.

– No, chłopcy – zaskrzeczała Teila, rozciągając mordę w szpetnym uśmiechu przyprawiającym o ciarki. – Myśleliście, że jestem bezbronną dziewczynką. Czy już teraz macie pełne gacie? Chcecie pohulać z prawdziwą harpią?

Swen zebrał się na odwagę i z okrzykiem oraz podniesionym ostrzem ruszył do przodu, dając sygnał, by Ole zrobił to samo. Nieważne, jak straszna była bestia, kilka wprawnych cięć powinno położyć ją trupem. Nim jednak zdołali do niej dotrzeć, potwór… po prostu splunął. Zbity strumień zielonkawej śliny pomknął w stronę twarzy Olego, który krzyknął, tym razem naprawdę wypuścił broń i upadł. Zmora zatrzepotała skrzydłami, wzbiła się w powietrze i zmiatając ze swojej drogi Swena dopadła jego przyjaciela, młócąc szponami w nieprawdopodobnie szybkim tempie. Nocną ciszę zakłócił przerażający skowyt Olego.

Nimolid dźwignął swoje cielsko z ziemi tak szybko, jak było to możliwe i w amoku ruszył w stronę harpii atakującej jego towarzysza. Wrzaski mroziły mu krew w żyłach, ale chęć pomocy Olemu napełniła go siłą. Ta kurwa, czymkolwiek jest, nie zabije mu przyjaciela, o nie. Bez żadnego zastanowienia doskoczył do bestii i ciął kilkakrotnie w jedyne miejsce, które udało mu się dosięgnąć – czyli skrzydło potwora. Nie wiedział, czy wyrządziło to upiorzycy jakąkolwiek krzywdę, ale zasyczała ona wściekle i odstąpiła od Olego, przecinając pazurami miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał Swen. Była bardzo szybka.

Młodzieniec zaczął cofać się w nieładzie i próbował pchnąć Teilę mieczem jeszcze kilka razy, ale szybko musiał przejść do defensywy. Bestia młóciła swoimi szponami, próbowała też przewrócić go uderzeniem potężnego skrzydła, więc Swenowi nie pozostało nic oprócz prób uniknięcia jej ciosów.

– No, dalej! – zaskrzeczało ptaszysko. – Tylko tyle potrafi lurentyjski żołdak?

Próbowała splunąć raz jeszcze, ale tym razem Swen był na to przygotowany. Przekoziołkował w bok, skrywając się za jednym z kurhanów.

– A więc zaczynasz uciekać, tak? Zostawisz tu swojego towarzysza?

Myśl, Swen, myśl. Jeśli na coś nie wpadniesz, harpia zaraz zabije was obu. Każdy musi mieć jakiś słaby punkt. Nie mając innego pomysłu, chwycił w desperacji jeden z ostrych kamieni pokrywających kurhan i z całą siłą, na oślep, rzucił w stronę zmory.

Kamień prowadzili chyba sami bogowie. Kawałek skały uderzył harpię w twarz, w miejsce, gdzie tkwiło jej wynaturzone oko, a bestia zawyła wściekle. Wzbiła się w powietrze i zaskrzeczała rozdzierająco – nimolid mógłby przysiąc, że z bólu.

– Pożałujesz tego szybciej, niż ci się wydaje – wrzasnęła wściekła harpia.

Zatrzepotała jeszcze kilkakrotnie skrzydłami, syknęła wściekle i gdzieś zniknęła. Swen z bijącym sercem rozglądnął się, gotowy na niespodziewany atak z ukrycia, ale nic takiego nie nastąpiło. Wziął kilka oddechów i, nie odkładając miecza, ruszył biegiem w stronę Olego. Odnalezienie przyjaciela wymagało wiele wysiłku, ponieważ miejsca nie oświetlało już srebrzyste światło, ani pochodnia Lurentyjczyków. W końcu nimolid prawie się o niego potknął.

– Ole, żyjesz?! – krzyknął dowódca, pochylając się nad towarzyszem. Odpowiedział mu tylko słaby jęk.

Po omacku odnalazł pochodnię i drżącymi rękoma użył krzesiwa, aby ponownie ją zapalić. Cały czas miał z tyłu głowy obawę, że harpia wróci i dokończy to, co zaczęła. Ole wyglądał strasznie. Jego twarz ubabrana była zielonym płynem pochodzącym z gardzieli zmory, a szpony przecięły płaszcz wraz z napierśnikiem i raniły chłopaka głęboko w okolicach brzucha. Okropnie poszarpane było także jego ramię. Tracił dużo krwi.

– Ole, powiedz coś – jęknął prawie błagalnie Swen. – Musimy stąd zmykać.

– Dobrze, szefie… – wymamrotał przyjaciel z zamkniętymi, chyba z bólu, oczami. – Nie wiem, czy dam radę iść, bo strasznie chce mi się spać…

– Nie zasypiaj, słyszysz? Nie zasypiaj! – zarządził nimolid, mimowolnie przypominając sobie słowa Romulusa o jadzie, który uśmiercił Szczęściarza. – To jest mój rozkaz i masz mnie słuchać.

– Jasne…

– Zabiorę cię stąd. Pójdziemy po pomoc.

Swen nie miał przy sobie bandaża, więc ściągnął tylko swój płaszcz, przeciął go szybko i uzyskanym kawałkiem materiału oplótł Olego w pasie, zawiązując mocno. Głęboko ufał, że przynajmniej trochę ograniczy to utratę krwi. Zresztą, jeśli słowa mistrza Romulusa były prawdziwe, to nie krwotok stanowił obecnie najpoważniejszy problem. Resztką płaszcza starł zieloną substancję z twarzy przyjaciela, uważając przy tym, żeby jej nie dotknąć gołą dłonią.

– Teraz uważaj. Zarzucę cię na plecy. Chwyć mnie mocno i nie puszczaj. No i nie śpij.

– Taaaa jest…

Dowódca z rozpaczą odkrył, jak bardzo słaby jest chwyt Olego. Nie było czasu do stracenia. Podtrzymując chłopaka, dzierżąc pochodnię i zanosząc modły do bogów, aby harpia nie wróciła, Swen ruszył w kierunku ścieżki.

Schodzenie okazało się znacznie trudniejsze, niż wejście na górę. Z balastem w postaci przyjaciela, odbywało się to bardzo powoli. Nimolid czuł, jak krew przesiąka jego spodnie. Stawiał każdy krok bardzo uważnie bacząc, żeby się nie przewrócić. Po raz pierwszy w życiu zachciało mu się płakać ze strachu.

– Nie zasypiaj – powtórzył jeszcze raz. – Zabiję cię, jeśli zaśniesz.

Ole wydał z siebie odgłos, który zapewne miał oznaczać śmiech.

– Nie dałbyś rady – odparł niknącym głosem.

– Oczywiście, że nie. Jesteś silny i sprytny.

Swen modlił się gorąco, jak jeszcze nigdy w swoim życiu. Bogowie, błagam, niech ceną za rozwiązanie tej zagadki nie będzie życie Olego. Próbował odepchnąć od siebie powracające słowa mistrza Romulusa, lecz bezskutecznie. Substancja dostała się do mózgu twojego podwładnego i sprawiła, że ten po prostu zgnił. I to w szybkim tempie.

Schodzili po stromej ścieżce o wiele za wolno. Noc była bardzo ciemna i wietrzna.

 

Koniec

Komentarze

No cóż, AmonieRa, przykro mi to pisać, ale Spotkanie na szczycie niespecjalnie przypadło mi do gustu, albowiem nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to nie jest skończone opowiadanie, a tylko obszerny fragment znacznie większego dzieła.

Owszem, opisałeś pewne zdarzenie, do którego doszło w okupowanym mieście, ale cały czas nie mogłam pozbyć się odczucia, że  zostałam wrzucona w sam środek pewnej historii, toczącej się w ledwie zaznaczonym świecie, którego realiów nie znałam. Trudno mi było wczuć się w sytuację, bo poza tym, że Laurentyjczycy pokonali Sintrijczyków w zasadzie niczego się o tych narodach nie dowiedziałam, jeśli nie liczyć strzępków skąpych informacji, które trzeba nizać na nitkę jak koraliki, a i tak są to niezbyt jasne drobiazgi, niepozwalające na wyrobienie sobie jasnego obrazu.

Wykonanie, niestety, pozostawia wiele do życzenia – zatrzymywały mnie nie zawsze czytelnie złożone zdania, słowa użyte niezgodnie z ich znaczeniem, nie zawsze poprawnie zapisane dialogi, że o nie najlepszej interpunkcji nie wspomnę.

Raziły też niektóre słowa i zwroty, zupełnie niepasujące do czasów, w których dzieje się ta historia.

 

Szczę­ściarz za­wsze miał w życiu farta. ―> Raczej: Szczę­ściarz za­wsze miał w życiu fart.

Mieć farta to potocyzm.

 

pod ostrzał sin­trij­skich łucz­ni­ków, strza­ła le­d­wie… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Pod­czas więk­szo­ści od­by­wa­nych przez niego tre­nin­gów za­wsze na­stę­po­wa­ło coś, co prze­są­dza­ło o jego zwy­cię­stwie… ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

roz­wle­kło jego człon­ki po cały po­ko­ju i zmie­ni­ło wy­strój kom­na­ty na znacz­nie bar­dziej krwa­wy. ―> Rzecz, jak wynika z dalszego ciągu, dzieje się w karczmie, a nie przypuszczam, aby tam były pokoje, a na pewno nie komnaty.

Wystrój, moim zdaniem, nie ma racji bytu w tym opowiadaniu.

Proponuję: …roz­wle­kło jego człon­ki po całej izbie i zmie­niło­ wnętrze w krwawą jatkę.

Za SJP PWN: komnata «pokój mieszkalny lub sala reprezentacyjna w dawnych rezydencjach, pałacach i zamkach»

 

Mimo otwar­tej okien­ni­cy kom­na­tę wy­peł­niał nie­przy­jem­ny odór śmier­ci. ―> Otwarta okiennica nie gwarantuje dopływu świeżego powietrza, o ile nie otworzy się także okna.

Proponuję: Mimo otwar­tego okn­a izbę wy­peł­niał nie­przy­jem­ny odór śmier­ci.

Za SJP PWN: okiennica «ruchoma zasłona w postaci drewnianego skrzydła, zabezpieczająca okno»

 

Swen pró­bo­wał od­no­to­wać w swoim umy­śle… ―> Zbędny zaimek – czy mógł odnotować coś w cudzym umyśle?

 

Okien­ni­ca była otwar­ta, gdy już tu wszedł. ―> Okno już było otwarte, gdy tu wszedł.

 

do­wód­ca ru­szył na dół ta­wer­ny. –> Dlaczego tawerna, a nie karczma czy oberża? Tawerna to przybytek portowy, a z dalszego ciągu opowiadania dowiedziałam się, że miasto jest otoczone górami i nie ma tam ani morza, ani portu.

 

za­ra­zem jego naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Razem wy­cho­wy­wa­li się… ―> Nie brzmi to najlepiej.

Może wystarczy: …i jego naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Razem wy­cho­wy­wa­li się…

 

– Na pewno na­wa­li­li się jak dwa szpa­dle. ―> Ten zwrot, jako zbyt współczesny, razi w tym opowiadaniu.

 

Obaj męż­czyź­ni po­de­szli do sto­li­ka Pereł. ―> Obaj męż­czyź­ni po­de­szli do stołu Pereł.

Nie wydaje mi się, aby w karczmie ustawiano stoliki – po pierwszej bójce nic by po nich nie zostało i karczmarz zbankrutowałby, kupując wciąż nowe meble. Stawiam raczej na duże i ciężkie stoły.

 

Z sie­dze­nia po­wsta­ła ko­bie­ta naj­star­sza i naj­brzyd­sza. ―> Raczej: Z ławy po­wsta­ła ko­bie­ta naj­star­sza i naj­brzyd­sza.

 

– Oba­wiam się, że nie ma jej z nami – Olga po­sła­ła Swe­no­wi zroz­pa­czo­ne spoj­rze­nie. ―> Brak kropki po wypowiedzi.

Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

 Czar­ne włosy, zwy­kle za­cze­su­je je w war­kocz. ―> Czar­ne włosy, zwy­kle zaplata je w war­kocz.

Warkoczy nie zaczesuje się, warkocze się zaplata.

 

ko­bie­ta, która ze­rwa­ła się ze swo­jej ławy. ―> Zbędny zaimek.

 

wy­bu­chła hi­ste­rycz­nym szlo­chem. ―> …wy­bu­chnęła hi­ste­rycz­nym szlo­chem.

 

że drob­na dziew­czy­na zro­bi­ła TO Szczę­ścia­rzo­wi? ―> Dlaczego wielkie litery?

 

we­zwał do sie­bie jego go­ra­lid i zwy­my­ślał go w naj­lep­sze. Za­rzu­cił mu brak… ―> Nadmiar zaimków.

A może: …we­zwał go go­ra­lid i zwy­my­ślał w naj­lep­sze, za­rzu­cając brak

 

Każdy chciał wy­ma­zać wspo­mnie­nia tru­dów wo­jacz­ki przy po­mo­cy pro­cen­tów… ―> Obawiam się, że w czasie kiedy dzieje się ta historia, pijący nie wiedzieli o procentach w piwie/ winie – dla nich trunek był albo mocny, albo słaby.

Proponuję: Każdy chciał spłukać piwem wspo­mnie­nia tru­dów wo­jacz­ki

 

Śledz­two mu­sia­ło trwać, a Swen zgod­nie z po­le­ce­niem sta­nął na jego czele… ―> Można prowadzić śledztwo, ale nie wydaje mi się, aby ktoś mógł stać na czele śledztwa.

 

Sy­tu­acja ta wy­wo­ła­ła w nim naj­praw­dziw­szą fru­stra­cję. ―> To słowo nie ma racji bytu w opowiadaniu.

Może: Sy­tu­acja ta wy­wo­ła­ła w nim naj­praw­dziw­sze przygnębienie.

 

trze­cie­go dnia po wy­pad­ku Szczę­ścia­rza sie­dział przy dę­bo­wym stole, wpa­tru­jąc się w twa­rze prze­słu­chi­wa­nych Sin­trij­czy­ków, wraz ze swoją prawą ręką no­tu­ją­cą skrzęt­nie wszyst­kie ze­zna­nia. ―> A może: …trze­cie­go dnia po wy­pad­ku Szczę­ścia­rza, wraz ze swoją prawą ręką, Ole, no­tu­ją­cym skrzęt­nie wszyst­kie ze­zna­nia, siedział przy dębowym stole, wpa­tru­jąc się w twa­rze prze­słu­chi­wa­nych Sin­trij­czy­ków.

 

z czasz­ki męż­czy­zny wy­ra­sta­ły po­je­dyn­cze białe wło­ski. ―> Od kiedy włosy wyrastają z czaszki?

 

– Do­brze, niech więc bę­dzie. Kim je­steś, star­cze? – po­wie­dział, przy­glą­da­jąc się wie­ko­we­mu męż­czyź­nie z re­zy­gna­cją. ―> Skoro jest pytajnik, to raczej zapytał.

Co to znaczy, że wiekowy mężczyzna był z rezygnacją?

Proponuję: – Do­brze, niech więc bę­dzie. Kim je­steś, star­cze? – zapytał z rezygnacją, przy­glą­da­jąc się wie­ko­we­mu męż­czyź­nie.

 

Dla kogoś tak oświe­co­ne­go, jak sie­dzą­cy przede mną Lu­ren­tyj­czyk, trud­no by­ło­by uwie­rzyć cho­ciaż w po­ło­wę z nich. ―> Komuś tak oświeconemu, jak sie­dzą­cy przede mną Lu­ren­tyj­czyk, trud­no by­ło­by uwie­rzyć cho­ciaż w po­ło­wę z nich.

 

pla­nu­jąc nad­cho­dzą­cą wiel­ki­mi kro­ka­mi re­pry­men­dę za­adre­so­wa­ną do Ce­gieł­ki. ―> Czy reprymenda na pewno może nadchodzić?

Może wystarczy: …mając zamiar udzielić Cegiełce reprymendy.

 

Po ple­cach mło­dzień­ca prze­biegł zimny dreszcz i po­czuł on, jak kręci mu się w gło­wie. ―> Czy dobrze rozumiem, że biegnący dreszcz poczuł zawroty głowy?

Proponuję: Po ple­cach mło­dzień­ca prze­biegł zimny dreszcz, po­czuł też, że kręci mu się w gło­wie.

 

mie­sza go z bło­tem, na­zy­wa­jąc go nie­udacz­ni­kiem i naj­gor­szym ni­mo­li­dem, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek wy­da­ła na świat Lu­ren­cja, po czym po­zba­wia go wszyst­kich… ―> Czy wszystkie zaimki są konieczne?

 

Miej­sce nie­gdyś po­zo­sta­wa­ło naj­więk­szym tar­go­wi­skiem w Sin­trii, gdzie przy­by­wa­li kupcy… ―> Miej­sce nie­gdyś po­zo­sta­wa­ło naj­więk­szym tar­go­wi­skiem w Sin­trii, do którego przy­by­wa­li kupcy

 

okien­ni­ce nie­wiel­kich roz­mia­rów wpusz­cza­ły bar­dzo nie­wie­le świa­tła z ze­wnątrz… ―> Okiennice w ogóle nie wpuszczają światła, albowiem służą do zasłaniania okien.

 

po­zo­sta­wia­jąc prze­strzeń dla wy­so­kich dę­bo­wych półek… ―> Półki są konstrukcją poziomą, więc trudno mówić o ich wysokości. A może miałeś na myśli regały?

Za SJP PWN: półka 1. «pozioma deska lub płyta umieszczona w szafie lub przytwierdzona do ściany, przeznaczona do układania na niej różnych rzeczy» regał 1. «mebel składający się z wielu półek, służący do umieszczania na nim książek, towarów itp.»

 

jeśli mó­wi­my o TEJ spra­wie. ―> Dlaczego wielkie litery?

 

Roz­por­cjo­wa­ne jesz­cze bar­dziej, niż w dniu mor­der­stwa ciało… ―> Nie wydaje mi się, aby ciało było dzielone na porcje.

Proponuję: Rozkawałkowane jesz­cze bar­dziej, niż w dniu mor­der­stwa ciało

 

Wszyst­ko ro­bi­ło bar­dzo mało im­po­nu­ją­ce wra­że­nie. ―> Nie brzmi to najlepiej.

A może: Wszyst­ko to nie ro­bi­ło zbyt im­po­nu­ją­cego wra­że­nia.

 

Może ktoś na po­le­ce­nie ar­cy­księ­cia alb o mar­szał­ka? ―> Zbędna spacja.

 

i śpiew roz­go­rzał na nowo. ―> Chyba miało być: …i śpiew rozbrzmiał na nowo.

 

wy­cią­gnął ostrze ze swo­jej po­chwy… ―> Zbędny zaimek.

 

doj­rze­li kilka rzę­dów szka­rad­nych kłów.

– No, chłop­cy – za­skrze­cza­ła Teila, roz­cią­ga­jąc mordę w szka­rad­nym uśmie­chu… ―> Powtórzenie.

Może w didaskaliach: …roz­cią­ga­jąc mordę w szpetnym uśmie­chu

 

Ni­mo­lid pod­niósł ciel­sko z ziemi tak szyb­ko, jak było to moż­li­we i w amoku ru­szył… ―> Czyje cielsko podniósł?

 

Wrza­ski mro­zi­ły mu krew w ży­łach, ale ad­re­na­li­na… ―> Skąd w tym opowiadaniu wiedza o adrenalinie?

 

Reszt­ką płasz­cza zmył zie­lo­ną sub­stan­cję z twa­rzy przy­ja­cie­la… ―> Reszt­ką płasz­cza starł zie­lo­ną sub­stan­cję z twa­rzy przy­ja­cie­la

Do zmycia potrzebna jest woda.

 

dzier­żąc po­chod­nię i za­no­sząc bogom modły… ―> Raczej: …dzier­żąc po­chod­nię i za­no­sząc modły do bogów

 

Scho­dze­nie oka­za­ło się znacz­nie trud­niej­sze, niż wej­ście na górę. Z ba­la­stem w po­sta­ci przy­ja­cie­la, szło to bar­dzo po­wo­li. ―> Czy dobrze rozumiem, że schodzenie szło powoli?

Proponuję w drugim zdaniu: Z ba­la­stem w po­sta­ci przy­ja­cie­la, odbywało się to bar­dzo po­wo­li.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Serdeczne dzięki za lekturę oraz opinię ;) Mimo, że ocena nie jest zbyt przychylna, zawarte w niej uwagi są dla mnie na wagę złota. Na coś podobnego miałem nadzieję, publikując tutaj swój tekst. Kto nie próbuje, ten się nie uczy, a ja uczyć się chcę ;)

Pisząc opowiadanie, stanąłem na rozdrożu. Nie jest ono samo w sobie częścią większej opowieści, a jedynie rozgrywa się w świecie, który sobie stworzyłem i od podstaw wymyśliłem. Gdybym zaprezentował więcej szczegółów, opowiadanie mogłoby osiągnąć znacznie większe rozmiary, dlatego postanowiłem ograniczyć opis świata. Zrozumiałem jednak, że ktoś, kto w mojej głowie nie siedzi i nie wie, co też tam sobie wyobraziłem, może poczuć się zagubiony i nie do końca zrozumieć atmosferę opowieści. Poza tym, kto wie, może mimo dłuższego tekstu byłoby wtedy łatwiej dotrwać do jego końca – gdy czytelnik miałby okazję lepiej wejść w buty bohatera? To dla mnie materiał do refleksji i wyciągnięcia nauki ;)

Za wszystkie propozycje zmian językowych i poprawek błędów oddzielne dzięki. Poprawki oczywiście bez zwłoki wprowadzę!

Mam nadzieję, że kolejny mój tekst okaże się bardziej porywający i lepiej napisany. Mam jeden pomysł, który bardzo chciałbym spróbować przelać na papier (czy też może w tym konkretnym przypadku, na ekran) i być może przystąpię do tego zadania w lutym, gdy znajdę więcej wolnego czasu. Postanowiłem też przed publikacją kolejnego tekstu poddać go betowaniu ;)

Jeszcze raz dziękuję za komentarz i życzę przyjemnego piątkowego wieczoru!

 

Bardzo proszę, AmonieRa. Jest mi niezmiernie miło, że uznałeś uwagi za przydatne. Jeśli sprawią, że Twoje pisanie stanie się lepsze, mogę się tylko cieszyć.

 

Nie jest ono samo w sobie czę­ścią więk­szej opo­wie­ści, a je­dy­nie roz­gry­wa się w świe­cie, który sobie stwo­rzy­łem i od pod­staw wy­my­śli­łem.

Otóż to właśnie daje się zauważyć i stąd moje podejrzenia, że to fragment czegoś większego, zwłaszcza że zakończenie też wydało mi się jakby urwane i nawet nie wiem, czy zdołali wrócić, bo zostawiłeś ich w drodze.

Sam pomysł na opowiadanie nie jest zły, ale brakło mu dopracowania i porządnego wykończenia. Mam nadzieję, że każde Twoje przyszłe opowiadanie będzie lepsze od poprzedniego. ;)

 

I jeszcze tak mi przyszło do głowy, że to co przydarzyło się Szczęściarzowi, mogło mieć miejsce na w żadnej tawernie czy innej karczmie, ale w zamtuzie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeśli chodzi o Twoje uniwersum, to nie będę taka surowa :) Przedstawiasz je na tyle, że się w nim nie gubiłam. Tym bardziej, że właściwie przedstawiasz tutaj zagadkę kryminalną, a do tego IMO nie trzeba mocno rozbudowanego świata. Wiemy, że rzecz dzieje się tuż po podboju, przedstawiasz obie strony konfliktu, a że piszesz z punktu widzenia zwycięzców, to pokonani są rzecz jasna zacofani i nie wiedzą, jakie szczęście ich spotkało ;)

Trochę się zastanawiam, jak ma się rozmowność starca do ogólnego opisu nieprzychylności Sintryjczyków wobec najeźdźców. Domyślam się, że chciał ich wysłać na śmierć, ale nie do końca mu wyszło. Przypuszczam też, że Perły to kobiety, które wędrowały razem z armią i stąd ich obecność w gospodzie i kara dla szefowej. Te dwie kwestie przydałoby się IIMO doprecyzować.

To co mi się najmniej podobało, to zakoczenie. Myślę, że urwałeś trochę za wcześnie. Ok, zagadka jest rozwiązana, zbrodnię popełniła sintryjska wiedźma, ale co ze stracem, który ich tam wysłał, co z przyjacielem głównego bohatera? To jest na tyle odrębna opowieść, że warto by ją porządnie zamknąć. I przydałby się jakiś porządny twist na zakończenie.

Ponieważ jednak tekst jest przyzwoicie napisany, a Ty słuchasz rad i poprawiasz babole, to kliczek ode mnie :)

 

W kwestiach technicznych: tutuł masz podwójnie i wygląda to trochę nieporządnie. System sam dodaje tytuł, więc nie musisz już go wpisywać.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Wow! Bardzo dziękuję za klika i za cenne uwagi :) 

Perły w moim zamyśle miały być po prostu lurentyjskimi kurtyzanami podróżującymi wraz z wojskiem, służącymi dbaniu o dobrą formę oraz samopoczucie żołnierzy w trakcie wojennych trudów – zainspirowałem się tutaj systemem japońskich domów publicznych w trakcie II wojny światowej. Być może faktycznie niedostatecznie mocno wybrzmiało to z tekstu. Co do starca – próbowałem go trochę wyróżnić na tle innych Sintrijczyków, którzy byli przesłuchiwani przez Swena. Starałem się zaakcentować, że reszta wzbraniała się od odpowiedzi, nic nie widziała, niczego nie chciała powiedzieć, starzec zaś wydaje się trochę odmienny na ich tle :) Ale być może również i ten element powinienem dokładniej opisać. Mam sporo materiału do przemyślenia!

Z zakończeniem także znalazłem się w kropce. Początkowo w tekście miał znaleźć się jeszcze jeden epizod, który podsumowałby jakoś wszystkie te wydarzenia, ale w moim umyśle zrodził się pomysł, aby pozostawić pewne sprawy w zawieszeniu, dać czytelnikowi materiał do refleksji i własnej interpretacji :D Wszystko to zapewne jest kwestią warsztatu i ufam, że w miarę pisania kolejnych opowiadań będę potrafił budować swoje teksty zręczniej i przystępniej ;)

Co do tytułu, faktycznie – chociaż wcześniej nie przywiązałem do tego wagi. Już nanoszę poprawkę ;)

Jeszcze raz dziękuję za feedback!

Obiecujący świat. Wygląda na coś opartego na starożytnych krainach.

Też mam wrażenie, że za szybko uciąłeś opowieść. OK, już wiemy, co spotkało Szczęściarza, ale nie wiadomo, czy żołnierz przeżyje. Bo może Romulus coś wykombinuje…

Zgrzytnął mi denat – to bardzo współczesne słowo.

Fajnie pokazane przekonanie okupantów, że właściwie to robią łaskę podbijanym.

Trochę dużo zbiegów okoliczności – staruszek mówi dowódcy, gdzie szukać, ten idzie do kurhanów nie od razu, ale fartem trafia na harpię odprawiającą rytuał. Chyba że ona tam co noc łazi, ale nie przypominam sobie, żeby w tekście coś takiego było. Za łatwo się jędza poddała – dostała kamieniem w głowę i już w długą, nawet nie niepokoiła dowódcy w drodze powrotnej. Nie mogła się osłonić, zrobić uniku? W ostateczności przyczaić za jakąś skałą i wykończyć przeciwnika?

Wyśrodkuj gwiazdki, będzie ładniej wyglądać.

Babska logika rządzi!

Finklo, serdeczne dzięki za wizytę, lekturę i uwagi :) Zastrzeżenia techniczne od razu przyjąłem – wyśrodkowałem gwiazdki i usunąłem “denata” z tekstu . Umknęło mi to zbyt nowoczesne wyrażenie.

Jeśli chodzi o treść, to bardzo cieszy mnie fakt, że spodobały Ci się elementy przedstawionego świata. Wszystko jednak wskazuje na to, iż zakończenie wydaje się każdej z osób, które przebrnęły przez tekst, niesatysfakcjonujące i niepełne. Traktuję to jako nauczkę, żeby w kolejnych opowieściach nie pozostawiać czytelnika bez odpowiedzi na ważne pytania. 

Co do jędzy-harpii, zapewne zabrakło solidnego wytłumaczenia. Czytelnik widzi, iż pomimo upływu niedługiego czasu jej ciąża jest bardzo zaawansowana, dlatego wiedźma nie przejawia aż takiej skłonności do kontynuowania walki, zwłaszcza że sama zdążyła oberwać. 

Postaram się w przyszłości popracować nad tym tekstem i zastanowić się, co można byłoby zrobić tu lepiej, uwzględniając Wasze cenne uwagi. Podejrzewam, iż opowiadanie nie znajdzie już wielu czytelników – zostało umieszczone jakiś czas temu, ale mimo to warto w mojej opinii poświęcić mu trochę czasu :)

Z życzeniami miłej niedzieli,

Amon

Cześć AmonRa!

Przybyłem, przeczytałem, teraz coś napiszę. Poprawnie przedstawiłeś świat, wszystko jest spójne i wystarczająco opisane. Cała historia ciekawie się zaczyna, dobrze pokazujesz perspektywę zmotywowanego żołnierza okupanta “Tyle wam daliśmy, a wy co, śmiecie nie być wdzięczni!?” ;-) Śledztwo rozpoczyna się, a czytelnik powoli poznaje świat. Nazwy stanowisk, panienki, broń chemiczna, lęk przed niezadowoleniem przełożonych. Jest świat! Tekst bogaty jest również w opisy emocji bohatera (gniew, frustracja, strach). Dodaje to spójności, ale miejscami jest tego trochę za dużo imho. Może warto by to trochę skompresować na przyszłość, bo mam wrażenie, że prawie 48k znaków odstraszył trochę czytelników. Ale pamiętaj, to tylko moja skromna sugestia.

Odnoszę wrażenie, że jest to forma wprowadzenia do większego uniwersum, bo pokazujesz sporo światotwórstwa, z którego w tym tekście nie korzystasz (ale przykładowo skorzystasz w tekście opisującym dalszą część śledztwa). Bo mam wrażenie, że tekst jest w pewnym sensie elementem większej całości. Dowiadujemy się owszem, co spotkało Szczęściarza, ale zdecydowanie nie wyczerpałeś tematu.

Podobał mi się sposób wprowadzenia harpii, majstrującej przy kurhanach. Noc, plugawe rymy, zmiana postaci (nie wiem czemu, ale lubię zmiany postaci, sam już coś napisałem z tym motywem i właśnie kończę kolejne opowiadanie o to zahaczające ;-) ). Jest fanasy, jest impreza! Zakładam, że dziadek działał na jej zlecenie, ale to tylko strzał. Z chęcią poznałbym odpowiedzi na więcej pytań, bo póki co w zasadzie tylko nakreśliłeś intrygę.

Podsumowując, trochę się dłużyło, trochę pachnie fragmentem (albo domaga się kontynuacji), ale jestem zadowolony z lektury całościowo. Napisane poprawnie imho, bez specjalnych zgrzytów.

Pozdrawiam wiec i polecam do biblioteki!

 

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Jej, krar85, jak Ty dotarłeś do tego tekstu? :D 

Bardzo dziękuję za lekturę opowiadania, podzielenie się opinią oraz bibliotecznego klika :) Dużo to dla mnie znaczy, zwłaszcza, że mówimy o pierwszym tekście mojego autorstwa na tym portalu. Masz rację co do długości, sądzę, że był to czynnik odstraszający wielu czytelników (zwłaszcza, że opko dodała osoba niedawno zarejestrowana na portalu i nikomu nieznana). Zarzuty dotyczące zbyt otwartych wątków i zakończenia oczywiście przyjmuję, są to błędy nowicjusza, których próbuję uniknąć w swoich nowszych opowiadaniach :D

Fajnie, że doceniłeś worldbuilding :) 

Serdeczne dzięki za wizytę, pozdrawiam, życzę udanego wieczoru!

jak Ty dotarłeś do tego tekstu? :D

Kolejką dojechałem ;-)

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Nowa Fantastyka