- Opowiadanie: RheiDaoVan - Pojednanie przez szkarłat (2/2)

Pojednanie przez szkarłat (2/2)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Pojednanie przez szkarłat (2/2)

4.

 

Śmierdzi pleśnią, stęchłym powietrzem i czymś jeszcze. Czymś złym. Na ścianach tańczą i znikają fantastyczne cienie. Gdzieś, całkiem niedaleko słychać kapanie wody.

Kap, kap, kap.

Tup, tup, łup.

Czyjeś kroki dołączyły do koncertu. Ciężkie i miarowe. Tylko Niosący Broń potrafią tak chodzić. Zatrzymali się przed jej drzwiami.

Dźwięk odsuwanych zasuw, skrzypniecie zawiasów. Zaciekawiło ją, czy to zwykłe zaniedbanie, czy celowe działanie psychologiczne.

– Odpowiesz na kilka pytań, wywłoko – odezwał się jeden z Niosących Broń chłodno. Miał spokojny i opanowany głos.

Dziwne. Nie wyczuwała w nich nienawiści. Tylko złość, niechęć, obrzydzenie i nikły odcień satysfakcji, ale nie czystą nienawiść.

– Potrafisz kontrolować Widma?

Ker-No-Da podniosła głowę. Białą twarz wykrzywił brzydki, wilczy uśmiech. Czarne oczy z rozbawieniem wpatrywały się w chłodny błękit oczu jej rozmówcy.

– Widm nie można kontrolować – zaszemrała. Jej głos w dziwny sposób przypomina szelest suchych liści. – Widma można jedynie przywołać.

– Potrafisz to?

Ker-No-Da uśmiechnęła się niewidocznie, samymi kącikami ust. Nie wiedzieli. Nic nie wiedzieli. Głupiutkie dzieci we mgle. Takie ślepe i bezbronne. Roześmiałaby się, gdyby tak bardzo nie bolało. Niosący Broń potrafili zadawać ból.

Przekrzywiła głowę. Denerwują się.

– Gadaj – warknął błękitnooki. – Nie mam czasu na użeranie się z tobą.

Oczywiście, że nie masz, pomyślała. Liczy się każda sekunda, prawda? Wiecie tylko, że przygotowujemy się na przywołanie Widm. Ale kto im nuci, o, tego już nie wiecie. Nic nie wiecie.

– Nie, nie potrafię – powiedziała ledwie poruszając wargami. Opuściła głowę.

– Gdzie je przywołujecie?

Cisza.

– Co planujecie?

Miała ochotę się roześmiać, ale obolałe ciało powiedziało stanowcze nie. Który raz słyszała to pytanie? I który raz miała podpowiedzieć: to co zawsze?

– Ona nic nie powie – odezwał się posępny głos z korytarza. – Na pewno nic konkretnego.

Ker-No-Da przekrzywiła głowę, by dojrzeć postać stojącą w drzwiach. Nie był Niosącym Broń, tego była pewna. Był za niski, chuderlawy i…delikatny. Tak, to dobre słowo.

– Proszę, proszę, kogo tu przywiało – w głosie błękitnookiego słychać było cień szyderstwa. Nie przepadał za tamtym. Nie personalnie, ale za bycie tym, kim był. Ker-No-Da nie potrafiła tego zrozumieć. – A skąd to wiesz?

– Pozostali byli tak samo rozmowni – odpowiedział tamten spokojnie. – Poza tym nie raz przyglądałem się przesłuchaniom. Po pewnym czasie po prostu widzisz takie rzeczy. Jastrzębie natomiast czegoś się dowiedziały.

Błękitnooki skrzywił się, ale widać chuderlawy miał wyższą pozycję. Niosący Broń wyszli bez słowa sprzeciwu. Znowu szczęknęły ciężkie zasuwy.

Ker-No-Da została sama. Zły uśmiech wykwitł na posiniaczonej, białej twarzy. Biedne dzieci we mgle. To wasz koniec.

 

***

 

– Kpisz, czy o drogę pytasz? – Hanaha spojrzał na dowódcę Szturmówki z niedowierzaniem. Na takie spoufalenie pozwalał sobie bardzo rzadko i tylko wtedy, gdy byli sami. – Jastrzębie są pewne tych informacji?

Hogx skinął głową. Machinalnie bawił się złotym sygnetem, na którym lśnił czarny kamień.

– Tak, Wraxa sam to sprawdzał.

– Będzie dużo ofiar w ludziach – mruknął Hanaha, po raz kolejny przeglądając plan akcji. Na Zapomnianych Bogów, będzie ciężko. Cholernie ciężko. Dobrze, że Cienie idą w pełnym składzie. Legendarny Oddział, elita elit. Tylko raz widział ich w akcji i do dziś pamiętał chłodną precyzję milczących wojowników.

– Wiem, niestety. – Hogx westchnął ciężko. – Ale jeśli nie uderzymy teraz, będzie ich znacznie więcej. Może się uda. Techniczni opracowali coś nowego, jakąś barierę, ale jeszcze przeprowadzają próby. To nic pewnego. Ofiar nie możemy wykluczyć.

– Ja to wiem, powiedz to tej wariatce z Ratowniczego.

Hogx uniósł prawą brew.

– Miałeś wątpliwą przyjemność ją poznać?

– Nawet bardzo wątpliwą – przytaknął. – Po ostatniej akcji byłem nieco przybity i wysłali do mnie Ratownika z Sektora Samobójców. Miał sprawdzić, czy aby nie rozmyślam o strzeleniu sobie w łeb. Pogadaliśmy chwilę, facet był całkiem w porządku. A potem przyszła ta furiatka. Zaczęła na mnie fukać jaki to ja bezwzględny, nieczuły dupek jestem, to jej powiedziałem co myślę o niej i o tej jej pieprzonej akcji "Zastępczy Ratownik".

– Tak myślałem, że to był pomysł Murii. – Dowódca Oddziału Szturmowego skrzywił się. – Wierz mi, że robiłem co mogłem, by wypchali się z tą akcją, ale jaki był tego efekt, sam wiesz. Ale Ratownicy się odczepili, przynajmniej na jakiś czas, wiec nie jest źle. Mniejsza, skupmy się na bieżących problemach.

Hanaha skinął głową. Spojrzał uważnie na plan miejsca, na którym, według zapewnień Jastrzębi, Shadree miały nie tylko urzędować, ale i przyzywać Widma. Całkiem spory teren przy lotnisku, na którym jutro miał się odbyć koncert. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi w jednym miejscu. Zupełnie jakby wystawili tabliczkę: Widma zapraszamy na żer.

Niedobrze. Pusty teren, budynki i drzewa daleko. Shadree zobaczą ich z daleka, puszczą Widma w tłum ludzi. To będzie rzeź. Dlaczego nikt wcześniej nie pomyślał, by sprawdzić miejsca takie jak to?

– Kiedy ruszamy? – spytał Hanaha.

– My? – Hogx spojrzał wymownie na obandażowane ramię przyjaciela.

– Hogx, daj spokój. Wiesz, że i tak pójdę. Albo dostanę twoje pozwolenie, albo po bitwie będzie mnie czekał sąd wojennych. O ile przeżyję. Więc?

Dowódca Szturmówki pokręcił głową. Wiedział, że Hanaha nie żartuje. Tego wariata nic nie powstrzymałoby przed udziałem w takiej akcji.

– Część wejdzie na teren razem z ludźmi, którzy będą ustawiali scenę, barierki, stragany i całą resztę. Głównie Techniczni i Jastrzębie. Zabezpieczą teren, ustalą co mogą. Do tego dziesięć Cieni. Ludzie z Dwójki i naszego Oddziału oraz część Salamander będą robić za ludzi idących na koncert. Ustalę z Technicznymi, przy których barierkach będą, żebyście nie musieli kłopotać się z iluzjami, żeby przenieść broń. Ósemka, Piątka, Trójka i reszta Salamander będzie czekać na sygnał do wparowania w fazę ludzi. Cienie będą w pogotowiu. Medyczni mają kręcić się w pobliżu.

– A nie można by tak już? Ta akcja i tak jest mocno niedorobiona, brakuje nam czasu.

Hogx uśmiechnął się pod nosem.

– Też bym chciał, ale nie. Musimy poczekać, aż Shadree się zbiorą razem z Widmami w jednym miejscu. Inaczej będziemy ich ganiać po całym mieście.

Tym razem głową skinął Grax.

 

 

 

5.

 

Coraz więcej ludzi nadciągało z różnych stron. Większość była ubrana na czarno, w ciężkich butach z metalowymi czubami. Długie włosy powiewały na wietrze, który niósł śmiech i rozmowy. Atmosfera sielanki i zbliżającej się imprezy. Niewielkie grupki koczowały przed wejściem na teren byłego wojskowego lotniska, inne szły przez kilometrowy pas zieleni, by dostać się pod scenę. Rzężące, żółto-czerwone autobusy wypluwały z siebie kolejne porcje amatorów ciężkich brzmień.

Hanaha wyciągnął skręty, podzielił się z trójką innych Wojennych, z którymi stał i przypalił.

-Jak ja im zazdroszczę – odezwał się Gama, związując długie, ciemne włosy na karku. Patrzył na rosnący tłum z lekkim uśmiechem na suchej twarzy, poznaczonej dwoma cienkimi bliznami, przecinającymi lewy policzek.

– Może pozwolą nam zostać po robocie? – Hanaha potarł krótką, jasną bródkę. – Może chociaż na ostatni zespół?

– Patrzcie jaki fajny wynalazek! – zawołał Trexa zbliżając się do nich z uśmiechem. W dłoni niósł pięć piw w plastikowych kubkach, umieszczonych w tekturowym uchwycie. – Ludzie to jednak cholernie pomysłowi są.

– Trex, piwo? Podczas misji? – mruknął z powątpiewaniem Meredan. – Oberwie nam się.

– Wcale nie – odparł wesoło Trexa. – Kazali nam wmieszać się w tłum. A przypatrz się. Czy widzisz tu jakąś grupę facetów, w czarnych koszulkach, bojówkach i ciężkich butach bez piwa? Nie? No właśnie. Zgodnie z rozkazem, wtapiamy się w tłum.

Hanaha i Gama parsknęli śmiechem. Meredan pokręcił głową i spojrzał na milczącego do tej pory Khora. Ten patrzył ponuro w stronę miejsc siedzących, znajdujących się z boku. Tam, w międzyfazie, siedziało kilku Shadree, przyglądający się zbierającym się ludziom. Jastrzębie meldowały o dziewięciu.

– Jaki czas?

– Za godzinę zacznie się koncert. – Trexa spojrzał na zegarek. – Czyli w ciągu sześćdziesięciu minut zacznie się akcja. Mam nadzieję.

– Na twoim miejscu uważałbym o co proszę – odezwał się Khor, brodą wskazując scenę. Mężczyźni jak na rozkaz spojrzeli w tamtą stronę. Kolorowe światłą migały w umówiony sposób. Niebieski, biały, niebieski, czerwony, biały, zielony. I od nowa. Sygnał ataku.

– No i koniec biwakowania – mruknął Hanaha, wtykając sobie do ucha małą słuchaweczkę. Zaciągnął się, rzucił niedopałek w trawę. – Do roboty.

 

***

 

Milczące grupy Wojennych, z wszystkich Oddziałów ściągniętych na akcję, poruszały się nierówno, chaotycznie, ale w tym samym kierunku. Wszystko po to, by nie wzbudzić podejrzeń ludzi. Co jak co, ale równy jak po drucie marsz ponad czterystu osób mógłby wyglądać nieco dziwnie.

Dotarli do ściany iluzji. Tylko Zapomniani Bogowie wiedzieli ile kunsztu i wysiłku włożono, by utrzymać tak szeroki i naturalny obraz. Przebiegli na drugą stronę trzymając w dłoniach broń. Na otwartym terenie znajdowało się z pół tysiąca Shadree. Większość z nich stała odwrócona plecami do komandosów, tworząc drgające, rytmicznie kręgi. Nucili coś w swoim szeleszczącym języku.

– Co to, kurwa, jest? – wrzasnął Trexa, a jego krzyk przeszedł w jęk a potem charkot, kiedy kula trafiła go w pierś. Materiał munduru szybko nasiąkł świeżą krwią. Shadree nie zamierzali czekać aż komandosi otworzą ogień.

Strzelanina wybuchła gwałtownie, Wojenni nie mieli złudzeń, że na otwartej przestrzeni uda im się zaskoczyć Shadree. Lawreni nie dbali już, czy przeżyją. Pragnęli tylko zabrać ze sobą jak najwięcej białych, pokracznie chudych postaci. Pociski wyły, Lawreni wrzeszczeli do siebie, w słuchawkach rozlegały się meldunki Jastrzębi. Na chwilę zapanował chaos.

 

***

 

Wraxa Garmaran, Dowódca Oddziału Jastrzębi, stał na szczycie rusztowania i spod przymrużonych powiek patrzył na pole bitwy. Nie wyglądało to najlepiej. Prawdę mówiąc wyglądało cholernie źle. Akcja była prawie nie przygotowana, zabrakło czasu. Czasu i odrobiny szczęścia.

Spojrzał na cienki niebieski sznur utworzony z Technicznych, którzy stali przed barierą. Musieli utrzymywać nie tylko iluzję, ale i blokadę, która miała zatrzymać pociski. Problem polegał na tym, że było to okropnie wyczerpujące, a samych Technicznych przed pociskami chroniły tylko płyty w mundurze.

Nagle wszystko zamilkło. Wraxa z niepokojem spojrzał w niebo. Wyglądało jakby pękło. Wyrwa poszerzała się szybko, otwierając otchłań. Miała czarno-fioletową barwę i wyglądała jak olbrzymia rana na niebie. Odcinały ją postrzępione granice, pulsujące krwawym szkarłatem. Otwarta wewnątrz przestrzeń zdawała się nie mieć końca. Wewnątrz kłębiły się ponure cienie i przerażające, niewyraźne kształty. A potem ze szczeliny wypadły Widma. Brzydkie istoty, które przy odrobinie dobrej woli można było przyrównać do dziwnej hybrydy krokodyla z tygrysem, wielkiej na trzy do czterech metrów, z długimi ruchliwymi ogonami. Wyglądały jak grube kości obleczone mlecznobiałą galaretą, przetykaną fioletowymi i zielonymi żyłkami. W czaszkach lśniły małe, czarne oczka.

Shadree wznowili śpiew, mocniejszy i jeszcze bardziej szeleszczący niż poprzednio. Widma zaczęły miotać się w utworzonych kręgach, wyjąc chrapliwie, ale szybko się uspokajały, kołysząc w rytm śpiewu.

Wojenni uformowali szyki. Ich twarze były poszarzałe i ściągnięte. Czekali. W ich działaniu wreszcie pojawił się ład.

Wraxa zamarł wpatrzony w falujące morze białych głów. Niedobrze.

– Salamandry! – wrzasnął, gdy ogarnął już, co się dzieje. Miał nadzieję, że nie było za późno.

Kilkadziesiąt żółtych punktów zalśniło nagle. Ziemia pod stopami Shadree zapadła się. Białe postacie wpadły w głęboką rozpadlinę, w której po chwili rozpętało się inferno. Ogień pochłaniał ich dziesiątkami, umierali nie zdążywszy nawet pojąć, co się wydarzyło. Płomienie otoczyły szalejące Widma.

Wojenni wydali radosny wrzask. Umiejętności Salamander były nieocenione.

Radość nie trwała długo. Widma uspokoiły się, spojrzały w stronę koncertu, kłapnęły olbrzymimi paszczami i ruszyły do przodu. Wyczuły zapach ludzi. Tysięcy ludzi i żaden ogień nie był w stanie ich zatrzymać.

– Cienie! Ruszać dupy! – wydarł się Wraxa. – Reszta ani kroku!

Nikt właściwie nie widział skąd wypełzły duże, opancerzone stwory, przypominające mechaniczne owady. Poruszały się szybko, zwinnie i z cichym, metalicznym chrzęstem. Uderzyły w Shadree z siłą, której nikt się nie spodziewał. Widma zatrzymały się zderzone z czarną, połyskliwą ścianą. Cięły łapami, machały ogonami zmiatając tak owadzie machiny jak i stojących zbyt blisko Shadree. Czarne postacie przemknęły pomiędzy walczącymi kolosami. Błysnęła stal. Cienie zaczęły wyrzynać śpiewaczy, którzy kontrolowali Widma. Wojenni patrzyli na to z zachwytem. Niewielu miało okazję oglądać wcześniej ciche, morderczo skuteczne Cienie i ich maszyny.

Część owadzich stworów rozłożyła sztywne, wydłużone jak u ważki skrzydła i uniosła się nad Widma. Półprzeźroczyste błony zalśniły w zachodzącym słońcu,kolorami tęczy jak plamy oleju. Wicher, który się zerwał, podniósł tuman kurzu, w którym wycofali się komandosi. Z "ust" maszyn popłynął strumień srebrzystego pyłu, który natychmiast zasypał Widma i stojących bliżej, zdezorientowanych Shadree. Pył lepił się do galaretowatych ciał upiornych stworów oraz białej skóry i włosów istot z Granicy Mroku. Widma miotały się rozpaczliwie wpadając na siebie i tratując. Stwory zdychały w okropnej agonii. Cienie patrzyły na to w milczeniu, stojąc nieruchomo. Reszta Wojennych wydała z siebie radosnych okrzyk.

– Mamy ich! – wychrypiał z triumfem Hogx, stojący na czele Oddziału Szturmowego.

– Nie rozpraszać się! – warknął Wraxa. – Zostali jeszcze Shadree!

– Próbują się przedrzeć od północy! – wrzasnął jeden z Jastrzębi, stojący na rusztowaniu sceny. – Ósemka, jesteście najbliżej!

 

***

 

Słońce zapadło za horyzont. Pole bitwy spowiły ciemności rozświetlane błyskami nieustających eksplozji. Wrzask, huk i bitewny zgiełk były tak głośne, że praktycznie uniemożliwiały porozumiewanie się.

Wraxa ochrypł od ciągłego wrzeszczenia, którego nie słyszał nikt poza wykończonymi Technicznymi. Garmaran miał nadzieję, że ubrani w granatowe mundury Lawreni wytrzymają. Kilkunastu padło od zabłąkanych kul, reszta ledwo trzymała się na nogach, ale bariera wciąż stała.

Potężna eksplozja rozświetliła na chwilę pole walki, po niebie przetoczył się huk. Salamandry ogniem odgradzały Shadree drogę ucieczki. Szturmówka i Dwójka dzielnie parły naprzód, ignorując chlupoczącą pod nogami krew zmieszaną z błotem. Ósemka ścierała się z Shadree na północy, od południa, w nieustępliwym, krwawym marszu poruszała się Piątka, zamykając Shadree w śmiertelnej pułapce. Cienie ścigały pojedyncze białe postacie, które zdołały przebić się przez mur Wojennych. To już nie była walka tylko metodyczna rzeź.

 

 

 

6.

 

 

Hogx, naprędce opatrzony przez młodego Medyka, obserwował pobojowisko z grzbietu owadziej maszyny Cieni. Dziesiątki poległych Wojennych, jeszcze więcej Shadree. Królestwo śmierci. Żadna ze stron nie brała jeńców.

Rakaran, dowódca Oddziału Medyków, miotał się wśród rannych i konających razem z sanitariuszami. Mieli sporo roboty. Wojenni, którzy byli w stanie chodzić, snuli się wśród trupów, dobijając charczących jeszcze Shadree.

Hogx skierował metalowego owada w stronę bariery. Techniczni, którzy przez całą bitwę utrzymywali z szaleńczym uporem i determinacją cienką ścianę, leżeli na ziemi, bladzi jak trupy. Oddychali płytko, nierówno, wycieńczeni po nierównej, ale zwycięskiej walce. Kolejni Techniczni, wsparcie, które ugrzęzło wcześniej w międzyfazie, pilnowali iluzji dając im odpocząć.

Jastrzębie uważnie obserwowały szalejąych w rytm muzyki ludzi.

Hogx uśmiechnął się ponuro. Z jednej strony walka, krew i trupy, z drugiej bawiący się, niczego nieświadomi ludzie. A wszystko przedzielał pas ubranych na granatowo Lawrenów. Teraz Ratownicy mogą go pocałować w tyłek.

 

***

 

– Medycy zabrali wszystkich rannych – odezwał się cicho dowódca Cieni. Spod brudnego bandaża patrzyły błękitne, przenikliwe oczy. – Na polu nikt już nie został z naszych. Nikt żywy. Reszta chłopaków odmeldowała się i wróciła na tereny swoich Oddziałów. Z wyjątkiem tej grupki – dodał, pokazując na srebrnej tafli kryształu obraz wspomnianych Wojennych.

Hogx uśmiechnął się pod nosem.

– Niech zostaną. Skoro udało im się opędzić od Medyków, mają wystarczająco dużo siły, by posiedzieć godzinę na trawie słuchając tego jazgotu, który nazywają muzyką. Należy im się. To był ciężki dzień.

– Niezbyt to regulaminowe – mruknął dowódca Piątki, chyba najbardziej przestrzegający przepisów Wojenny stąpający po ziemi.

– I co z tego? – powiedziała wesoło Królowa Salamander – Sama bym została, ale obowiązki dowódcy nie pozwalają. Zresztą, zaraz im wyślą jakiegoś Ratownika jako niańkę, więc nic głupiego nie zrobią. – Uśmiech pojawił się na ładnej, upstrzonej piegami twarzy. – Jutro i tak będzie młyn. Raporty, sprawdzanie danych, użeranie się z nadopiekuńczymi Medycznymi, żegnanie poległych. Pewnie i Muria się przypałęta, żeby na nas nawrzeszczeć, tak, dla zasady. Niech odsapnął.

Dowódca Piątki nie wyglądał na przekonanego, ale skinął głową.

 

***

 

Nutt niepewnie podszedł do rannych Wojennych. Grupka składająca się z pięciu komandosów ze Szturmówki i trzech Salamander siedziała na wydeptanej trawie i patrzyła w kierunku sceny, na której popis dawał ostatni zespół. Zawiązane bandaże przesiąkły czerwienią, na brudnych od błota i zaschniętej krwi twarzach malowało się zmęczenie i ponura satysfakcja. Każde z nich miało lewe ramię przewiązane szkarłatną szeroką wstęgą – znak żałoby Wojennych.

– Patrzcie kogo przywiało – zachrypiał krępy, łysy Wojenny wskazując brodą Ratownika. – Zaraz będzie tyrada jak to bardzo narażaliśmy ludzkie życie.

Rozległ się ponury rechot. Nutt poczuł się nieswojo i wyjątkowo nie na miejscu. Nie powinien był przychodzić. Powinien olać rozkaz i wracać na tereny Ratowników. Muria by się za nim wstawiła, tego był niemal pewien.

– Zostawcie, on jest w porządku – odezwał się znajomy męski głos. Blondwłosy komandos z krótką bródką wstał z trudem i utykając mocno na lewą nogę podszedł do Nutta. Uścisnął mu dłoń. – Mam nadzieję, że tym razem przyszedłeś bez tej furiatki.

– Też mam taką nadzieję – odpowiedział Nutt odzyskując pewność siebie. – Dobrze cię widzieć wśród żywych, Hanaha. Was też – dodał szybko.

Wojenni patrzyli na niego nieco nieufnie. Niesnaski pomiędzy Oddziałami Wojennymi a Ratowniczymi obrosły już w legendy, a ostatnie tygodnie wcale nie polepszyły sytuacji. Po chwili mężczyzna z krótkim czerwonym irokezem, ubrany w brudny mundur Salamander, poklepał miejsce obok siebie.

-Siadaj. Skoro nasz aniołek cię lubi, znaczy, że jesteś normalny. Jak na Ratownika.

– Aniołek? – spytał Nutt siadając na trawie.

– Przylgnęło do mnie, kiedy rozeszło się, jak radziłem sobie u was na służbie – wyjaśnił Hanaha z drapieżnym uśmiechem. – Kochani, wiekopomna chwila. Ratownik przyszedł do Wojennych i nie został rozszarpany.

– Nie uwierzą mi w Oddziale – odgryzł się Nutt. – Zostanę okrzyknięty bohaterem.

Wojenni parsknęli śmiechem. Łysy komandos wyciągnął rękę do Ratownika. W dłoni trzymał złożoną ciemnoczerwoną wstęgę. Nutta zapiekły oczy. Do tej pory nie zdarzyło się jeszcze, by Wojenni dzielili się swoimi zwyczajami z innymi. Przyjął podarunek z wdzięcznością, starannie zawiązał na ramieniu. Wojenni skinęli w milczeniu głowami. Pierwsze pojednanie. Zmęczenie, bród, krew i śmierć jednoczą jak mało co. I muzyka. Ciężka, żywa, porywająca. Pozwalająca odepchnąć ponure myśli. W tej chwili nie liczyło się nic więcej.

A jutro… Jutro czekał ich Szkarłatny Dzień.

 

Koniec

Komentarze

Nnoo...
Pierwsze pojednanie zostało zawarte.
(...) na twarzach malowało się zmęczenie i ponura satysfakcja, ozdobiona błotem, kurzem i zaschniętą krwią.
(...) szukając ewentualnych rannych, (...).

To zeby było wiadomo, że czytałem, i że jest kilka rzeczy do poprawienia.
Zaczyna mi się podobać.
To jeszcze nie koniec, prawda?

Poprawione. Głupie błędy, które zazwyczaj sama wytykam. Ech...
Tego konkretnego opowiadania? Koniec. Oddziałów? Nie, ale zaczynam właśnie opowiadanie ze świata Szepczących, a nie wiem, czy pisanie dwóch rzeczy równolegle to dobry pomysł.
Dziękuję za miłe słowo :)

Nie ma za co, mi też było miło. Naprawdę. Chociaż nadal nie za bardzo przemawia do mnie pomysł z pierwszego opowiadania o Hanaha (rany Mzimu, jak to imię odmieniać?), teraz było OK.
Dwie rzeczy równolegle? Czemu nie, jeśli tylko potrafisz się "przerzucać" albo robi to Twoje natchnienie...

Zaryzykowałabym odmianę : o Hanasze ;)
Spróbuję równolegle, zobaczymy, jak to wyjdzie.

Też myślałem o takiej wymianie w końcówce, ale zabrzmiało mi to jak imię żeńskie. Bezpodstawnie, przyznaję, ale tak było. Nie mogłaś inaczej go ochrzcić?
No nic, drobiazg. Powodzenia!

Fajne, twarde fantasy :) Ciesze się, że planujesz nowe opowiadania z tego świata. Czytałem z autentyczną przyjemnością.

Dobra robota :)

Rhei, zaskakujesz i to bardzo.

Chyba najlepsze z twoich opowiadań, jakie czytałem. Soczyste, jak krwisty stek. Bardzo dobre.

Chyba się rozwijam  :D

Nikt nie powinien w to wątpić.

Nie lubię długich opowiadań. Ale to od samego początku mnie wessało w ten niesamowity świat (światy:)) Czekam na więcej. Pozdro.

Podobało się. Trochę mi się myliły nazwy formacji, ale to pewnie moja wina. A "bród" popraw.

Babska logika rządzi!

Niestety, nie porwało. Mam wrażenie, że Autorka włożyła sporo wysiłku, aby opisane walki były barwne i jak żywe, ale chyba jestem dość odporna na urodę tego typu opowieści.

Wykonanie tej części opowiadania także pozostawia sporo do życzenia. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka